Raban! - Mirosław Wlekły - ebook

17 osób właśnie czyta

Opis

Istnieje na świecie Kościół, który się Polakom w głowie nie mieści. Świątynie prowadzone przez kobiety na brazylijskiej prowincji, kardynał odprawiający mszę dla gejów i lesbijek w Londynie, wspólna wigilia dla chrześcijan i muzułmanów w Brukseli, żonaci księża w Czechach, kapłani mieszkający w slumsach Argentyny, zakonnik broniący współczesnych niewolników. Oto Kościół tych, którzy biorą sobie do serca słynne wezwanie papieża Franciszka „Róbcie raban!”.
Na poszukiwanie niepokornych katolików, rycerzy Bergoglia, wyruszył Mirosław Wlekły, autor głośnej biografii „Tu byłem. Tony Halik” – przemierzył świat od Argentyny po Birmę, Brazylii po Liban, Dominikany po Anglię. Ale „Raban!” to nie tylko awanturnicza opowieść o zmianie w Kościele i próbie powrotu do źródeł chrześcijaństwa. To także swoisty raport o stanie świata: od biedy po ekologię oraz o harcie ducha i miłości, które na „peryferiach świata” ważą więcej. I lektura, po której padnie pytanie: czy kiedyś będziemy gotowi na raban w polskim Kościele? A nade wszystko to zbiór reportaży najwyższej próby jednego z najzdolniejszych polskich reporterów młodego pokolenia.

„Wiem, zazdrość nie jest najbardziej chrześcijańskim uczuciem. Ale ja bezgranicznie zazdroszczę autorowi tej książki. Jego reportaże otwierają oczy, poruszają, budzą wyrzuty sumienia. Każą «wstać z kanapy». To fascynująca, obowiązkowa lektura dla wszystkich, którzy chcieliby zrozumieć, dlaczego papież Franciszek jest tak znienawidzony przez mających się dobrze i tak kochany przez tych, którzy źle się mają. To historie o ludziach, którzy wzięli Ewangelię na poważnie: mając w nosie (również kościelne) establishmenty, interesy i wizerunek, są z Dobrą Nowiną tam, gdzie dziś realnie dzieje się świat. To przypomnienie, że od samych swoich początków chrześcijaństwo zawsze więdnie na salonach, rozkwita na peryferiach. Dla nas, Polaków, to portret Kościoła przyszłości, innego – podejrzewam – nie będzie” – Szymon Hołownia

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 347

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Karolina Oponowicz, Paweł Goźliński

Konsultacja merytoryczna: Zuzanna Radzik, Wojciech Mikołuszko (rozdz. „UMIARKOWANIE – Birma”)

Korekta: Renata Burlikowska

Projekt graficzny okładki: Ula Pągowska

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Mapa: Wawrzyniec Święcicki

WYDAWCA

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

DYREKTOR WYDAWNICZY: Małgorzata Skowrońska

REDAKTOR NACZELNY: Paweł Goźliński

KOORDYNACJA PROJEKTU: Magdalena Kosińska

© copyright by Agora SA 2019

© copyright by Mirosław Wlekły 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-268-2901-7 (epub), 978-83-268-2902-4 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Bognie – za następne dwudziestolecie

A teraz wyruszamy w drogę: biskup i lud[1]

Jorge Bergoglio, 13 marca 2013 roku,

w dniu wyboru na papieża w Watykanie

Chcę, byście poszli na ulice robić raban. Chcę rabanu w waszych diecezjach. Chcę, żeby Kościół wyszedł na ulice. Żeby odrzucił ziemską powłokę, wygodę, klerykalizm, żebyśmy przestali zasklepiać się w sobie. (...) Parafie muszą wychodzić na ulice; w przeciwnym razie staną się organizacjami pozarządowymi. A Kościół nie może być organizacją pozarządową![2]

Jorge Bergoglio, 25 lipca 2013 roku,

podczas Światowych Dni Młodzieży w Rio de Janeiro

SPRAWIEDLIWOŚĆ
| Argentyna |

– Tu Jorge – zadzwonił kiedyś do Franciszka, księdza z Buenos Aires.

– Nie pieprz – odpowiedział Franciszek. Myślał, że ktoś sobie żartuje, i zaraz się rozłączył.

Zadzwonił raz jeszcze:

– Franciszku, to naprawdę ja, kardynał.

Kardynał dobrze wiedział, jaki z Franciszka gagatek. Kiedy policja niesłusznie aresztuje ludzi z dzielnicy, on idzie się o nich wykłócać; urządza demonstracje, pisze listy do prezydenta, nie boi się przyjąć lesbijkę na wolontariuszkę, koleguje się z osobami transpłciowymi. Sam siebie nazywa księdzem awanturnikiem.

Franciszek marzył kiedyś, by opiekować się chorymi, najlepiej w jakimś szpitalu. Powiedział o tym arcybiskupowi Buenos Aires. Jorge Bergoglio odparł, że w Isla Maciel właśnie umarł ksiądz. I że to idealne miejsce dla Franciszka.

– Ryzykował dla mnie swoją reputacją. Kiedy tu bywał, pytał mnie: „Co za awanturę znowu szykujesz?”.

Mówią na niego Paco. To hiszpańskojęzyczne zdrobnienie imienia Francisco. Skrót pochodzi od świętego Franciszka z Asyżu. Jako fundatora franciszkanów nazywano go ojcem wspólnoty, Pater Communitatis. Paco wzięło się z pierwszych sylab tych wyrazów.

Spotykamy się wiosną 2013 roku. Minęły trzy tygodnie od dnia, w którym Jorge Bergoglio, kardynał, który nieoczekiwanie zadzwonił do księdza Paco, został papieżem Franciszkiem. Od tamtego dnia są imiennikami.

*

Wszyscy to mówią: Riachuelo nie przekraczać samotnie.

Bo za Riachuelo, jedną z pięciu najbardziej zanieczyszczonych rzek świata, dopływem La Platy, jest wyspa Maciel – otchłań piekieł, jądro ciemności. Nikt z „normalnych” mieszkańców Buenos Aires nigdy tam nie był i nikt przy zdrowych zmysłach tam nie pójdzie. W najlepszym razie cię obrabują. Dwa miesiące temu na środku skrzyżowania chłopak zastrzelił kobietę. Jeśli Riachuelo wylewa, wylewa na wyspę. Wyspa gnije, rozkłada się, cuchnie.

Ksiądz czeka na mnie przy moście. Francisco Olveira, czterdziestoośmioletni dominikanin, jedyny kapłan w parafii Matki Boskiej Fatimskiej. Znoszone dżinsy, ciemna kurtka, kilkudniowy zarost, żadnej koloratki. – Mów mi Paco – prosi. Na drugą stronę Riachuelo zawiezie mnie motocyklem. U ludzi ma szacunek. Na wyspie nikt go nie ruszy.

– Dawniej, gdy kogoś nie było stać na transport łódką i szedł przez most, sporo ryzykował – opowiada, zanim odpali silnik. – Most był najniebezpieczniejszym miejscem w całej dzielnicy. Teraz jest chodnik dla pieszych, oświetlenie. Ale i tak chodzą tylko mieszkańcy. Inni nie mają po co.

Wyspa Maciel wcale nie jest wyspą. Mówią tak na nią, bo od Buenos Aires odgradza ją rzeka Riachuelo. Po drugiej jej stronie znajduje się dzielnica La Boca – kolorowe domki, uliczni artyści, stadion Boca Juniors, figury przedstawiające Maradonę, a od kilku lat też argentyńskiego papieża – to ulubione miejsce turystów. Przewodniki ostrzegają ich jednak, by nie włóczyli się tam po zmroku.

Na dzielnicę po drugiej stronie Riachuelo turyści nawet nie spojrzą. Kiedy fotografują najsłynniejszy budynek La Boki – wąski i kolorowy – na krańcu uliczki Caminito, stoją do Isla Maciel tyłem.

Nie przyjeżdżają tu karetki pogotowia, nauczyciele boją się pracować, choć dawniej dzielnica tętniła życiem. Ponad sto lat temu otwierano tu burdele, bo nieopodal był port i spragnieni seksu marynarze. Potem zamożni chłopcy z Buenos Aires wpadali tu na inicjację seksualną. Prostytutki zniknęły kilkadziesiąt lat temu.

– Kto chciałby przyjeżdżać do slumsu na panienki? Teraz największe problemy tego miejsca to broń i narkotyki. Nie chcę nikogo usprawiedliwiać, ale często młodzi ludzie nie mają innego wyboru – komentuje Paco, gdy przyjeżdżamy na miejsce. Jest jednym z księży w Opcji Preferencyjnej na rzecz Ubogich (COPP), grupy duchownych wspierających biednych i wykluczonych. Są spadkobiercami Ruchu Księży dla Trzeciego Świata, który powstał zaraz po II Generalnym Zgromadzeniu Episkopatów Ameryki Łacińskiej w kolumbijskim Medellin w 1968 roku. To wtedy na dobre rozgorzały dyskusje o sprawiedliwości społecznej. Narodziła się teologia wyzwolenia.

Hiszpan z urodzenia, a z wykształcenia: pielęgniarz, prawnik i teolog. Młodość spędził w hiszpańskiej Maladze, w Argentynie mieszka od ćwierć wieku.

– Tutaj można żyć z biednymi, dzielić z nimi radości i smutki. W Hiszpanii takich dzielnic nie ma. Dlatego się przeprowadziłem.

Zostawiamy motocykl pod mieszkaniem Paco, ruszamy na zwiedzanie slumsu. Najpierw wstępujemy do parafialnego domu kultury. Znajduje się w starym klasztorze salezjańskim (żyje już tylko jedna zakonnica, ma dziewięćdziesiąt sześć lat i nie rusza się z łóżka). Jest sobota, a dzieci wyglądają na zachwycone możliwością zabawy w większym gronie. Najczęściej mają indiańskie rysy twarzy. To córki i synowie emigrantów. Dziewczynki rysują, chłopcy grają w koszykówkę. Głodni przychodzą tu na śniadanie, spragnieni ruchu pograć w piłkę, niewyedukowani na korepetycje. Jak wszędzie w biednych dzielnicach Argentyny pełno tu kolorów. Ściany są zielone, a stoły żółte i czerwone.

Paco wita się ze wszystkimi.

– Policja jest skorumpowana, zamieszana w różne czarne interesy. Konsekwencje tego ponoszą ludzie w slumsach. Porządku nikt tu nie pilnuje. Nastolatki nie mają perspektyw, chodzą z bronią w ręku. Ale nie wszystkie trafią do więzienia, dzięki takim ludziom jak Carolina – uśmiecha się do opiekunki świetlicy.

– Nagle wszyscy nas zauważyli – dziewczyna prycha na wspomnienie dziennikarzy, bo odkąd papież Argentyńczyk mówi o Kościele ubogim, było ich już tu sporo. Na co dzień jest fotoreporterką. Kilka lat pracowała w gazecie. Teraz jest wolnym strzelcem, a co sobotę przyjeżdża na Isla Maciel opiekować się dziećmi ze slumsu.

W tygodniu dom kultury zamienia się w fabrykę. Parafia z pomocą państwa urządziła spółdzielnię. Kupiła maszyny. Szesnaście kobiet, głównie samotnych matek, szyje mundurki dla uczniów oraz fartuchy dla personelu medycznego. Sprzedają po niższych cenach niż inni.

– W Argentynie na czarno pracuje trzydzieści pięć procent ludzi, na przykład jako pomoce domowe, po dwanaście godzin za niewielkie pieniądze – Paco opowiada, że właściciele firm na pracy biednych zarabiają fortuny. Tutaj każda kobieta pracuje tyle godzin, ile może. Jedna dłużej, druga krócej, bo musi nakarmić dziecko. Księdza nie obchodzi, czy jego podopieczne są wierzące. Po prostu chce im pomóc.

Na zewnątrz murale: portrety lewicowych księży męczenników, tłumy Argentyńczyków wiwatujących z flagami i wizerunki francuskich sióstr zakonnych, które na zlecenie junty wojskowej wyrzucono z samolotu do oceanu.

Wewnątrz wiszą portrety: jest Juan Perón, jego żona Evita i na każdym kroku ojciec Carlos Mugica.

Perón był prezydentem Argentyny w latach 1946-1955 i 1973-1974, nacjonalistą i socjalistą. Głosił hasła sprawiedliwości społecznej i równości klas. Skonfliktował się z Kościołem katolickim, zalegalizował rozwody i prostytucję. Dla wielu stał się ikoną walki o prawa ubogich. Evita, jego żona, wspierała go w kampaniach politycznych, działała charytatywnie. Argentyńczycy kochali ją i uważali za wcielenie dobroci.

Z kolei Mugicę nazywano Che Guevarą Kościoła. Wiedzą, poziomem nauczania wyróżniał się wśród profesorów w seminarium, w którym uczył się Bergoglio. Był wzorem dla pokolenia duchownych, którzy pod koniec lat sześćdziesiątych zaangażowali się w ruch rewolucji społecznej: kampanii na rzecz ubogich[1]. Potem stał się ikoną Ruchu Księży Trzeciego Świata, który na początku kolejnej dekady skupiał w Argentynie już co dziesiątego księdza, a setki pozostałych przynajmniej z nim sympatyzowały[2].

Pochodził z zamożnej i konserwatywnej rodziny. Uwielbiał grać w tenisa, studiował prawo. W wieku dwudziestu jeden lat postanowił jednak zostać jezuitą. Peronistą stał się głównie z powodu wyrzutów sumienia: jak wielu argentyńskich katolików pod koniec lat pięćdziesiątych oburzał się związkami Kościoła z antyperonistowskimi politykami i wojskowymi, stojącymi po stronie możnych i mocnych, pragnącymi przeprowadzić w kraju nacjonalistyczo-katolicką krucjatę. Zwrócił się w stronę biednych i uznał, że jego miejsce jest wśród ludu. Podobnie uważało wielu argentyńskich duchownych i – mając za wzór francuski ruch księży-robotników – przeprowadzali się do biednych, wcześniej zaniedbanych przez Kościół, dzielnic. „W ten sposób ruszył proces, księża udali się do slumsów i bezpośrednio integrowali się ze swoim ludem” – uważał Mugica[3].

Potępiał przemoc, choć w połowie lat siedemdziesiątych byli i tacy kapłani, którzy tolerowali montoneros, lewicowych partyzantów popierających Peróna, którzy w imię rewolucji posuwali się do zabijania. Wcale nie chciał być jak kolumbijski ksiądz Camilo Torres, który ginąc z karabinem w ręku, stał się dla rewolucyjnej lewicy wzorem mesjanistycznej miłości[4]. Z drugiej jednak strony – wbrew woli biskupa – nie odmawiał pogrzebów partyzantom, a nawet uważano go za ich nieformalnego kapelana.

Tymczasem argentyński Kościół dzielił się coraz bardziej: jedni popierali rewolucję społeczną, drudzy zwracali się w stronę wojskowego rządu, widząc w nim ratunek przed komunizmem. W okresie zaostrzającej się prawicowo-nacjonalistycznej polityki i zbrojnej przemocy ówczesny prymas Argentyny arcybiskup Juan Carlos Aramburu stworzył zespół księży do spraw dzielnic biedy. Wśród nich był oczywiście Mugica.

To wtedy, pod koniec 1969 roku, na kapłana wyświęcono Jorge Bergoglia. Zaledwie cztery lata później, w wieku trzydziestu sześciu lat, został prowincjałem argentyńskich jezuitów. Wspierał pracę swoich podwładnych w slumsach Buenos Aires, nie wycofał się nawet, gdy szwadrony śmierci strzelały do księży pomagających biednym. Zabronił im chodzić samotnie i po zmroku dopiero po śmierci Mugiki.

Kilka dni przed nią uczestniczyli w tych samych rekolekcjach. Bergolio spytał ojca Carlosa, czy się nie boi. – Jedyne, czego się boję – odparł Mugica – to śmierć z dala od Kościoła[5]. Już od jakiegoś czasu, w związku z zaangażowaniem na rzecz biednych, dostawał pogróżki.

Jedenastego maja 1974 roku odprawił wieczorną mszę w kościele San Francisco Solano w stołecznej dzielnicy Villa Luro, po ósmej wyszedł na ulicę, a kiedy zamierzał wsiąść do zaparkowanego pod kościołem Renault 4, kilku napastników podziurawiło go czternastoma pociskami. Na sali, w której lekarze przeprowadzali operację, mundurowi i mężczyźni w cywilu stali na straży jej niepowodzenia. Dokumentacja medyczna od razu i na zawsze zniknęła. Wiele lat później potwierdzono, że mordercami byli członkowie prawicowych szwadronów śmierci Triple-A, Antykomunistycznego Sojuszu Argentyńskiego. Tylko przez pierwszych siedem miesięcy następnego roku Triple-A dokonało w Argentynie niemal pół tysiąca zabójstw i było zamieszane w dwa tysiące zaginięć[6].

Po śmierci Mugica stał się symbolem walki o sprawiedliwość społeczną, mieszkańcy argentyńskich slumsów jego portrety wieszają na ścianach, a jego podobizną zamalowują mury. Jak pisze biograf papieża Franciszka, śmierć marksizmu i koniec argentyńskiej partyzantki sprawiły, że Bergoglio mógł wreszcie czcić go „bezpiecznie i poprawnie”[7]. Już jako arcybiskup Buenos Aires za zgodą Watykanu przeniósł ciało Mugiki z arystokratycznego cmentarza La Recoleta do kaplicy w jego dawnej parafii Chrystusa Robotnika. Podczas uroczystej mszy modlił się „za bezpośrednich zabójców ojca Carlosa, a także za tych, którzy ideologicznie usprawiedliwiali morderstwo, i za cichych wspólników znacznej części społeczeństwa i Kościoła”. Tablica, którą z tej okazji odsłonił, informowała o chrześcijańskim poświęceniu ubogim ojca Carlosa[8].

W następnych latach po śmierci Mugiki Argentynę dobijała katastrofa gospodarcza. W 1976 roku w wyniku zamachu stanu władzę przejęła junta wojskowa z generałem Jorge Rafaelem Videlą na czele. Dopiero po upadku dyktatury Argentyńczycy poznali skalę jej działalności: setki tajnych ośrodków przetrzymywania, tortury, zrzucanie z helikopterów do morza, dziewięć, a według nieoficjalnych szacunków nawet trzydzieści tysięcy zabitych. Jednak część argentyńskich biskupów, przeciwników Ruchu Księży Trzeciego Świata, widziała w dyktaturze „zbawienie od horrorów demokracji”, a w represjach „świętą wojnę, która miała uratować Argentynę od komunizmu”[9].

Inni duchowni zaangażowani w obronę praw człowieka, jak choćby biskup Enrique Angelelli, ginęli w pozorowanych wypadkach samochodowych.

W szóstym roku swojego pontyfikatu, kiedy kończę pisać tę książkę, papież Franciszek beatyfikował Angelelliego, świętym ogłosił Oscara Romero, wcześniej wyklętego obrońcę ubogich z Salwadoru, i cofnął suspensę Jana Pawła II z 1983 roku na nikaraguańskiego księdza Ernesta Cardenala, ówczesnego ministra oświaty w lewicowym rządzie sandinistów.

Kto wie, może czas przyjdzie też na Mugicę.

*

Paco, wychodząc z byłego klasztoru, pokazuje kolejne zdjęcie księdza Mugiki. Pod nim cytat: „Uważam, że misją księdza jest głosić dobrą nowinę biednym i stawiać wymagania bogatym”. Paco mruży oczy przed ostrym słońcem.

– Que dia peronista – zachwyca się pogodnym dniem. Peronista to przymiotnik od nazwiska byłego prezydenta, znaczy mniej więcej tyle co angielskie cool. Jedzenie może być peronista, futbol, wszystko, co fajne.

A jak ktoś nie przepadał za Perónem, to jaki jest dzień?

– Wtedy jest boski – włącza się matka, która właśnie przyprowadziła do świetlicy swojego syna. W odpowiedzi Paco przypomina znaną argentyńską rymowankę: – Święci, których Bóg zsyła, nie są z mojej bajki. Mam tylko dwóch świętych: świętą Evitę i świętego Peróna.

Nawet w taki słoneczny dzień dzielnica tonie w błocie i dzieciaki nie mają gdzie się podziać.

– Świetlica to ich jedyna rozrywka. Dlatego dzieci uwielbiają Carolinę. Mimo że nie zostaje na popołudniowej katechezie – Paco uśmiecha się porozumiewawczo.

– Wolę pomagać, niż się modlić – twierdzi dziewczyna. Ma trzydzieści lat, w domu czeka na nią żona.

– Ci, co mnie znają, łącznie z Bergogliem, wiedzą, co o tym myślę – odpowiada ksiądz Paco, gdy pytam go o małżeństwa osób tej samej płci. – Czasami jest mi wstyd, że jestem księdzem. Jak śmieszne są niektóre reguły naszego Kościoła. Na przykład że papież nie powinien myć nóg kobietom w Wielki Czwartek. Oburzali się za to na Bergoglia. Ale z drugiej strony jestem dumny, że jako ksiądz mogę tu pracować. Dlatego czasem wolę się zamknąć, przemilczeć pewne sprawy, by walczyć o inne. Z Caroliną żegna się rewolucyjnym kubańskim zawołaniem: – Hasta la victoria, siempre, compañera! (Zawsze do zwycięstwa, towarzyszko!).

– Mamy około pięćdziesięciorga wolontariuszy: katolików, niekatolików, ewangelików, ateistów, kirchnerystów (zwolenników ówczesnej prezydent Argentyny Cristiny Fernández Kirchner) i krytyków rządu. To nieistotne. Ważne, że są dobrymi ludźmi, że pomagają biednym – tłumaczy mi Paco.

I by lepiej wyjaśnić, o co mu chodzi, prowadzi do kościółka Matki Boskiej Fatimskiej. Ściana za ołtarzem wygląda, jakby właśnie odbył się tu festiwal graffiti. Ksiądz objaśnia rysunki: – Obok Jezusa stoją zamordowani kapłani: po prawej ksiądz Mugica, po lewej arcybiskup Romero i dalej biskup Angelelli. Nie tylko pomagali biednym, z biedą też walczyli. Wokół nich ludzie z naszej dzielnicy. Po prawej kolorowe domy La Boki. Nad nimi Matka Boska. I błękitna Riachuelo, idealnie oczyszczona, jako symbol tego, że pewnego dnia to samo stanie się z nami. Bliżej nasza Isla Maciel. Chłopaki grają w piłkę. Drużyna San Telmo pochodzi z centrum Buenos Aires, ale stadion ma u nas. To nic, że gra w regionalnej lidze i jest bardzo kiepska – wszyscy tu ją kochamy. Na lewo od księży prostytutki, bo nasza dzielnica kiedyś z nich słynęła.

*

Ksiądz Paco mieszka w małym domku: jeden pokój, kilkanaście metrów kwadratowych, jest salonem, biurem i kuchnią naraz. Regał z książkami, gadżety klubowe Boca Juniors. Nad kanapą – duży portret Che Guevary. Nie ten najbardziej znany, na którym Che jest poważny. Na zdjęciu w domu Paco Che się uśmiecha. Ksiądz nie pochwala przemocy. Po przeciwnej stronie na drzwiach plakat z przekreślonym karabinem.

– Ten dom to nie pałac – komentuje – ale jest o wiele lepszy od innych w dzielnicy. Kiedy tu przyjechałem, kupiłem zrujnowane mieszkanie, takie jak inne. Gdyby to zależało od Bergoglia, pewnie nie miałby nic przeciwko. Ale biskup mojej diecezji nie pozwolił mi się tam przeprowadzić. Dlaczego? Taka mentalność. A mnie za każdym razem boli, gdy przychodzi ktoś z dzielnicy i zachwyca się: „Jaki piękny ma ksiądz dom”. Jeśli zdecydowałem się być z biednymi, uważam, że powinienem żyć tak samo jak oni.

Paco chodzi w rozciągniętym brązowym swetrze i mocno startych trampkach. Zaparza yerba mate i idzie z nią w odwiedziny do parafian. Matero – tykwę pełną suszu z ostrokrzewu paragwajskiego – trzyma w prawej ręce, termos z gorącą wodą ściska pod lewą pachą. Co chwilę dolewa świeżej wody. Częstuje każdego, kogo spotka. Siorbiemy z jednej bombilli, czyli metalowej rurki.

– Nie za gorzka? – pyta. – Biedni wolą słodką. Jedzą w południe. Rano i wieczorem piją mate. A słodka daje im więcej energii.

Domy budowano tu z drewna i blachy falistej. Z zewnątrz przypominają kolorowe budynki La Boki. Ksiądz zagląda do Marii Isabel Verón. Budynek, w którym ma mieszkanie, jest biały na parterze, żółty na pierwszym piętrze, czerwony na drugim. Futryny okien są zielone i niebieskie. Ale wewnątrz jest szaro i cuchnie ściekami tak, że mdłości ma się jeszcze długo po wyjściu. Na podwórku rozrzucone deski, by nie brodzić w błocie.

– Kanalizacji tu nie ma, gazu też nie. Ale ci ludzie są szczęśliwi, bo mają bieżącą wodę – mówi Paco. Przyszedł w sprawie projektu „Casitas de Belén” (Domki z Betlejem). Prowadzi go parafia i wolontariusze. Przy wsparciu sponsorów pomagają w remontach zrujnowanych domów, dają tymczasowe kwatery, do pracy angażują sąsiadów. Po pomoc może zgłosić się każdy. Postęp prac budowlanych kontrolują architekci. Jeśli ktoś nie wyda pieniędzy na remont domu, musi natychmiast je oddać i nie może liczyć na nową pożyczkę.

Rufi ma dwoje dzieci i niewidomego męża. Za jedenaście tysięcy peso odbudowała zawalony dom. Pracuje w przyparafialnej spółdzielni, z pensji oddaje po czterysta peso miesięcznie.

Mąż Cristiny pracuje w fabryce. Ona opiekuje się dziećmi i Bogu dziękuje, że już nie kapie jej na głowę. Za sześć tysięcy peso naprawili dach, oddają czterysta peso miesięcznie.

Epifanii, peruwiańskiej babci dwojga ślicznych wnucząt, dach niemal spadł na głowę. Położenie nowego i naprawa ścian kosztowały ponad trzynaście tysięcy. Epifania ma legalną pracę, oddaje tysiąc peso miesięcznie.

– Zrzucenie czerwonych butów od Prady to bardzo ważny gest – zauważa Paco, nawiązując do startych butów papieża Franciszka. – Ale to nie wszystko. Nie wystarczą też jadłodajnie dla biednych ludzi, by oczyścić sumienia bogatych. Trzeba zmieniać struktury społeczne. Światem nie może rządzić bóg kapitalizmu. A jeśli Kościół nie przyczyni się do zmiany, nie ma mowy o skutecznej walce z biedą.

Maria Isabel cały dzień zajmuje się trojgiem dzieci swojej córki. Syn zmywa naczynia w restauracji w eleganckiej dzielnicy Puerto Madero. Zarabia nieźle jak na mieszkańca slumsu – trzy i pół tysiąca peso. Ale to starcza tylko na jedzenie i używane ubrania. Mięso jedzą rzadko, czasem kupują drobiowe podroby. Ludzie nie chodzą już tu głodni. Ale często żywią się byle czym. Maria Isabel wprowadza nas do ciemnej izby bez okna. Zasłona dzieli ją na „salon” i „sypialnię”. Ma przyjść we wtorek do siedziby fundacji. Dostanie pięć tysięcy peso pożyczki na urządzenie łazienki. Materiały dadzą sponsorzy. Symbolicznie zapłacą też za robotę ludziom z dzielnicy. Fachowych rad udzielą inżynierowie w ramach wolontariatu. Wszystko opiera się na zaufaniu. Maria Isabel niczego nie będzie musiała podpisywać. Nie zapłaci odsetek. Kiedy odda pieniądze, trafią do następnego potrzebującego.

– Banki biednym nie pożyczają, robią to parabanki. Dadzą pięć tysięcy, trzeba oddać pięćdziesiąt. To bestialstwo – irytuje się Paco.

*

Oto najniebezpieczniejsza część wyspy. Nie ma już piętrowych kamienic, tylko baraki. Blaszane czy murowane. Parterowe, nieotynkowane, ciasno zbudowane. Nie ma podwórek, placów zabaw, parków, drzew, zieleni. Są beton i śmieci. Gaz tylko w butlach. Coraz więcej błota. Wiele domów stoi zaledwie półtora metra od torów kolejowych. Pociąg przejeżdża cztery razy dziennie. Dachy z blachy falistej przygnieciono kamieniami, deskami albo drewnianymi paletami, aby nie zwiewał ich wiatr. Wszystkie okna zakratowane.

Przy grupie wyrostków Paco prosi, by nie robić zdjęć.

– Część, księżulku – mruczy pod nosem nastolatek.

– Widzisz tego chłopaka? – opowiada Paco. – Niedawno jego brat na środku ulicy zamordował matkę swojego kumpla. Obaj okradali ludzi z dzielnicy. Policjanci przymykali oko, nie interweniowali. Chłopcy posprzeczali się, pewnie o pieniądze. Jeden zemścił się na matce drugiego. Teraz jest w poprawczaku.

Idziemy dalej.

A tu mieszkała rodzina z siedmiorgiem dziećmi. Wcześniej żyli na ulicy. Potem na pół roku wprowadzili się do księdza Paco. Aż wreszcie udało się zdobyć w ministerstwie pieniądze na ten domek. Dostali podstawowe wyposażenie: krzesła, stół, lodówkę. Ale dla zbirów z dzielnicy to było za wiele. Pewnej nocy napadli na nich z bronią, ukradli wszystko, a rodzinę wyrzucili z wyspy.

– Tutaj z kolei – wchodzimy w wąską uliczkę, ma najwyżej dwa metry szerokości, a Paco prosi, by mieć się na baczności – mieszka Rosa z trojgiem dzieci. Nocami gotuje w knajpie. W dzień odsypia. Jej mąż gwałcił ich najstarszą córkę. Teraz siedzi w więzieniu. Ta rodzina ma szczęście. W Argentynie niewielu gwałcących ojców i mężów trafia za kraty. „Casitas de Belén” kupiło Rosie dom. Nie był drogi, tylko piętnaście tysięcy peso, ale sama nie dałaby rady. Pomagają jej spłacać.

Sto metrów dalej grupa mężczyzn uwija się na budowie.

– To jest Jorgito, stolarz naszej parafii, a to jego znajomy José. Ma pięćdziesiąt lat, pół życia spędził w więzieniach, nie umie czytać i pisać. Na Isla Maciel mieszka około stu analfabetów. Zachęcamy ich do nauki. Na wyspie są szkoły podstawowa i średnia, a także szkoły dla dorosłych.

– José, zapisz się na zajęcia – przekonuje Paco. – To tylko godzina dziennie między czternastą a piętnastą. Na ekranie telewizora wyświetlają się literki, ćwiczy się wymowę. W miesiąc opanujesz czytanie i pisanie. Będziesz mógł iść do podstawówki.

Idziemy dalej pomiędzy nieotynkowanymi budynkami.

– Tu są: kaplica, jadłodajnia, dom parafialny, świetlica, wszystko w jednym. A także ośrodek zdrowia. Mieszkańcy Isla Maciel mają tu dostęp do pielęgniarek, pediatry, ginekologa, położnych, stomatologa, psychologa i pracowników socjalnych. A w tym miejscu miała sklep Berni, emigrantka z Paragwaju. Mieszkała z rodziną na piętrze. Ale jej szwagier handlował narkotykami. Nie podobało się to miejscowym. Jak nowy może się tak panoszyć? Rozpętali przeciwko nim wojnę. Okradali Berni. Zastraszali. Zdecydowała, że wraca do Paragwaju, dom zostawiła parafii.

W dawnym domu Berni panie gotują zupę jarzynową dla dzieci z okolic, częstują słodką mate i upieczoną babką. Na piętrze dzieci z wolontariuszkami kolorują Zygzaka McQueena i inne postaci z kreskówek. Malec w bordowej bluzie prosi o zdjęcie. Udaje, że w obu rękach trzyma pistolety.

– Tak nigdy nie rób – wygraża palcem Paco.

– A to co? – żartuje do kilkunastoletniego grubaska w biało-czerwonej koszulce klubowej. – River Plate fuera! Wynocha stąd! Tutaj kibicuje się Boca Juniors.

*

Tamtego razu w Argentynie spotkałem ich więcej.

Marcelo Ciaramellę, też księdza w Opcji na rzecz Ubogich, który zapewniał mnie, że nie ma dla niego tematów tabu, a gdy się zdziwiłem, to zaraz przypomniał, z jak konserwatywnego przybywam kraju. Stwierdził, że interesuje go myślenie, prawda, wysłuchanie wszystkich. Tak przecież robił Jezus. I nawet tutaj w Argentynie – mówił mi Ciaramella – gdyby Jezus nagle pojawił się w tej dzielnicy, pewnie też niejeden by go zapytał: „Hej, koleś, z kim ty się zadajesz?”.

Kolejnym był Luis Emilio Sánchez, legenda Ruchu Księży Trzeciego Świata, który zasłynął z protestów przeciw prawicowej dyktaturze, potem ze wspierania prostytutek i osób transpłciowych, dla których odprawiał msze w czerwonej dzielnicy w Constitución, a kiedy obchodził sześćdziesięciolecie kapłaństwa, Bergoglio podszedł do niego i powiedział: „Luis, dziękuję ci za wszystko, co robisz dla biednych” (Sánchez zmarł rok po naszym spotkaniu).

Spotkałem Facundo Berrettę Laurię – z brodą, w lenonkach i berecie jakby zdjętym z Che Guevary – który ma w nosie, gdy ktoś nazywa go komunistą. Mieszka w slumsie numer 21-24, bo slumsy w Buenos Aires zazwyczaj się numeruje, a nie nazywa.

Poznałem wreszcie młodego i skromnego Damiana Reynoso z Ciudad Oculta, slumsu nazywanego „Ukrytym Miastem”, który uważa, że w pomaganiu biednym to, czy chodzą do kościoła, nie ma większego znaczenia: – Wiara to nie tylko bycie w niedzielę na mszy, jeśli kobieta dba o dziecko i potrzebuje pomocy, to trzeba jej pomóc, bo tutaj w slumsie życie i wiara łączą się ze sobą.

Dwóch ostatnich należy do drużyny curas de las villas, księży ze slumsów, powołanych przez arcybiskupa Jorge Bergoglia rycerzy do zadań specjalnych, wysłanych do najbiedniejszych miejsc miasta, by pomagali ubogim, negocjowali z władzą i domagali się zmian.

*

W Buenos Aires spotkałem kogoś jeszcze:

Maria Elena Bergoglio, najmłodsza i jedyna z żyjącego jeszcze rodzeństwa Jorge, pokazuje rodzinne zdjęcia. Pierwsze, z lat czterdziestych, to pamiątka Pierwszej Komunii. Jorge, starszy od niej o jedenaście lat, i nieco młodszy od niego Oscar cali na biało: w marynarkach, krótkich spodenkach i eleganckich bucikach, z przedziałkami na prawą stronę. Na drugim Jorge już po święceniach kapłańskich, mama Regina, ojciec Mario. Na kolejnym – cała rodzina: rodzice, babcia Rosa, dziadek Juan, siostry – Maria Elena i Marta, i bracia – Alberto i Oscar. Jorge w sutannie stoi pośrodku. W pogodne kwietniowe popołudnie spędzam u siostry papieża ponad dwie godziny, a po kolejnej godzinie wracam z właśnie wydaną książką „El Jesuita” i jeszcze chwilę rozmawiamy o jej bracie. Maria Elena Bergoglio mieszka teraz w dawno nieremontowanym domu w Ituzaingó na przedmieściach Buenos. Ma sześćdziesiąt pięć lat i na pewno nie robi zakupów w eleganckich sklepach przy rynku. Siwe włosy zaczesane do tyłu, niemodny różowy sweter, na parapecie wysuszona roślina.

– Pancho, Iris! – pokrzykuje na psy. Ma ich cztery.

Przynosi mi wodę w musztardówce, pali papierosa i co chwila kaszle. Jorge, jej syn, przygotowuje kanapki. Maria Elena jest rozwiedziona. Twierdzi, że brat bardzo ją wspierał, kiedy rozchodziła się z mężem. Była urzędniczką, katechetką, a teraz gospodynią domową.

– Dzieciństwo? Mieliśmy bardzo szczęśliwe – uważa. – Co niedziela szliśmy razem do kościoła, bo rodzina była religijna. Mama nie pozwalała nam rozmawiać po włosku. Chciała, byśmy idealnie mówili po hiszpańsku. Ale babcia Rosa uczyła nas trochę przywiezionej z Piemontu mowy. Uczyła nas też swoich wierszy.

Maria Elena trochę się wzbrania, ale na moją prośbę recytuje po włosku jeden z nich: o mamie, tacie, Jezusie i szczęściu.

Gdy Jorge oznajmił, że chce zostać księdzem, ojciec ucieszył się, a matka przez kilka lat nie mogła się z tym pogodzić. Z początku nie chciała nawet odwiedzić go w seminarium.

Maria Elena pokazuje listy od starszego brata. Wśród nich jeden wysłany do nastolatki z nowicjatu w Santiago de Chile ponad pół wieku temu.

– Niech pan czyta – mówi. – To ważne.

Rok 1960, Jorge pisze: „Uczę tutaj religii w trzeciej i czwartej klasie. Te dzieci są takie biedne, niektóre nie mają nawet butów. Często nie mają co jeść, a zimą marzną. Nie zdajesz sobie sprawy, jak to jest, bo zawsze miałaś czym napełnić żołądek, a kiedy było ci zimno, siadałaś przy piecyku. Piszę ci to, żebyś zdawała sobie z tego sprawę. Bo kiedy ty się cieszysz, wiele dzieci płacze. Kiedy siadasz do stołu, inne dzieci nie mają nawet kawałka chleba, a kiedy pada i jest zimno, mieszkają w barakach i nawet nie mają czym się okryć. Powiedziała mi jedna staruszka: »Ojczulku, gdybym zdobyła jakiś koc, jak dobrze by mi się wtedy żyło, bo teraz całą noc marznę«. A najgorsze jest to, że oni nie znają Jezusa. Nie znają, bo nie ma kto im o nim powiedzieć. Rozumiesz teraz, dlaczego uważam, że na świecie brakuje świętych?”.

– To chyba tam, w Chile – mówi mi siostra papieża – zaczął być tak wrażliwy na potrzeby biednych.

*

Jorge Bergoglio stanął na czele Kościoła katolickiego w marcu 2013 roku. Natychmiast po wyborze jego przyjaciel brazylijski kardynał Cláudio Hummes powiedział mu: „Nie zapominaj o ubogich”. Argentyńczyk przybrał imię Franciszek, a ja krótko po konklawe wyruszyłem do Argentyny.

W pierwszych dniach kwietnia jako reporter „Gazety Wyborczej” znalazłem się w Buenos Aires, by przekonać się, skąd tak naprawdę wziął się „papież z końca świata”. Wnioski opublikowałem w serii reportaży, które ukazały się w gazecie i e-booku pod tytułem „Skąd się wziąłeś, Franciszku? Reporterska podróż do kraju papieża”.

Mijały lata, a ja coraz częściej zastanawiałem się, dokąd ten papież zmierza. To wtedy, za namową Karoliny i Pawła, redaktorów wydawnictwa, dla którego wcześniej napisałem dwie książki, przeprosiłem się z moim starym, nieco podziurawionym plecakiem, który towarzyszył mi w Argentynie. Przez kilka lat leżał i kurzył się w szafie, a oni docinali mi, że z walizką na kółkach mi nie do twarzy. Poza tym walizka w takiej podróży byłaby zupełnie bezużyteczna. Trudno byłoby z nią wędrować po wzgórzach kwitnącego Libanu, dotrzeć do wioski Munduruku w Amazonii lub osad targanych cyklonami w delcie birmańskiej rzeki Irawadi. Odkurzenie starego plecaka, by ruszyć w świat w poszukiwaniu Kościoła, o którym mówi Franciszek, miało doprowadzić do fantastycznej przygody.

W różne miejsca globu pojechałem, by go zrozumieć. Podczas kolejnych podróży miałem się przekonać, że papieża z Argentyny wymyślił kardynał tak przychylny gejom, że zgodził się, by w Londynie założyli własne duszpasterstwo. Że w kraju naszych sąsiadów – uważanym za arcyateistów – są ludzie, których wiary nie załamie wieloletnia odsiadka, nawet kłody rzucane pod nogi przez Watykan. Że są na świecie miejsca – jak odległe zakątki Brazylii – gdzie nabożeństwa w kościele odprawiają żonaci mężczyźni, a nawet kobiety. Że libański chrześcijanin wyciągnął rękę do muzułmanów, bo postanowił zostać bojownikiem Chrystusa. Że pośród islamskich terrorystów chodzi afrykański ksiądz i opowiada im o Jezusie. Że na upalnych Karaibach w obronie wyznawców wudu wykorzystywanych przez chrześcijan staje leciwy jezuita. I wreszcie, że w dalekiej Azji, w jednym z najbiedniejszych zakątków świata, człowiek papieża Franciszka na bok odkłada wszystkie problemy, by krzyczeć w obronie Ziemi.

*

Po moim wyjeździe z Argentyny Paco, ksiądz awanturnik z Wyspy Maciel, stworzy Fundację Isla Maciel, która będzie koordynować wszystkie jego projekty społeczne. Otworzy Przytułek Marii jako miejsce profilaktyki i leczenia uzależnienia od narkotyków; przychodnię stomatologiczną, dwie jadłodajnie, które każdego wieczora wydają pół tysiąca posiłków; Dom Dziecka imienia Evy Perón dla dzieci matek pracujących, szkółkę cyrkową i orkiestrę dziecięcą. Rozwijać będzie projekt „Domki z Betlejem”, wsparcie szkolne, zajęcia sportowe i artystyczne dla dzieci i młodzieży. Zbuduje kaplicę Męczenników Ameryki Łacińskiej pod wezwaniem – dziś już świętego – Oscara Romero. Będzie walczył z przestępczością i niesprawiedliwością. Jako prawnik uruchomi dla mieszkańców slumsu ośrodek porad prawnych. Stworzy Komisję do spraw Praw Człowieka, pomagającą mieszkańcom dzielnicy w zmaganiach ze społeczno-polityczną rzeczywistością Argentyny. Napisze list do prezydenta Mauricio Macriego, w którym wytknie mu zaniedbywanie biednych i zaproponuje podzielenie się jego „w wątpliwy sposób zdobytym, a na pewno nieprzyzwoitym i niemoralnym majątkiem”. W liście zacytuje papieża Franciszka: „Nie dzielić się własnymi dobrami z ubogimi znaczy okradać ich i pozbawiać życia”[10]. W Hiszpanii dostanie nagrodę Solidarności Międzynarodowej.

Po pięciu latach pontyfikatu stwierdzi, że Franciszek jest jednym z najlepszych papieży w historii, i nadal będzie wprowadzać w życie jego nauczanie: na poziomie społecznym, religijnym i politycznym.

Od słowa „religijny” Paco woli „społeczny”. Bo w końcu wszystko, co w obronie życia, jest religijne. Tak samo religijne jak udzielanie chrztu jest pomaganie ludziom.

Tamtego dnia, wiosną 2013 roku, Paco odwiózł mnie motocyklem na drugi brzeg płynącej ściekami Riachuelo. Wysadził w dzielnicy La Boca. Mówił, że dalej mogę iść już sam. Śpieszył się do swojej Isla Maciel.

– Teologia wyzwolenia nawiązuje do tego, że Bóg słucha, rozumie ból i próbuje pomóc – powiedział na pożegnanie. – Nie interesuje mnie, czy ktoś jest wierzący, czy nie. Bóg staje się człowiekiem i wchodzi pomiędzy biednych. Być w Opcji na rzecz Ubogich nie znaczy, że musisz wśród nich żyć. Znaczy, że gdziekolwiek na świecie jesteś, masz robić wszystko, by im pomagać. Wierzyć, że do niesprawiedliwości, biedy i grzechu wcale nie należy ostatnie słowo. Nigdy nie przyzwyczaję się do cierpienia biednych. Bieda jest jak Eucharystia. Biedni są Jezusem Chrystusem. Tak jak nigdy nie podeptałbym Eucharystii, tak nigdy nie potraktuję źle biednych. Moim zadaniem jako księdza jest więc zejście z krzyża, wyjście z kościoła i pomaganie. Tak jak robił to Jezus. Mówią nam: on umarł na krzyżu, by nas zbawić. To kłamstwo. On umarł w obronie biednych. Zabili go możni tamtych czasów. Mugica mówił: „Niektórzy dla biednych poświęcą wszystko, nawet swoje życie”. Ale ja myślę, że Bóg nie chce od nas śmierci. Bóg nie jest producentem krzyży.

PS

Niedługo po tym, jak opuściłem Buenos Aires, ksiądz Paco Olveira przekazał przez znajomego wiadomość dla papieża. Napisał tak:

„Kochany Ojcze Franciszku, drogi Jorge, nie chcę zabierać Ci czasu, ale chciałbym Ci podziękować. Jestem w Isla Maciel, ponieważ to Ty, Ojcze, zaryzykowałeś i postawiłeś na mnie, chociaż nie miałeś ku temu żadnych powodów. Wręcz przeciwnie, dobrze przecież wiedziałeś, że byłem księdzem bardziej znanym ze swoich występków niż ze swoich dokonań. Cały świat jest pełen nadziei. Jak zawsze modlę się w intencji Ojca. Potrzebujemy innego Kościoła, Soboru Watykańskiego III i abyśmy my, księża, mogli się żenić (któż by przypuszczał, że będę miał tyle odwagi, aby powiedzieć to papieżowi). Niech Ojciec na siebie uważa, bo bardzo Go potrzebujemy, Paco”.

Wkrótce przyszedł do niego e-mail. Na prośbę papieża wysłał go jego sekretarz ksiądz Fabian Pedacchio.

„Drogi bracie Paco, nie wyobrażasz sobie nawet, jaką radość sprawiłeś mi swoim listem. Dziękuję. Cieszę się, że nadal pracujesz z entuzjazmem i energią. Przy okazji chciałbym Ci podziękować za świadectwo męstwa, które dajesz (no cóż, czasami przesadzasz z tą odwagą, ale to też jest dobre). Proszę, nie zapomnij się za mnie modlić. Wspominam Cię z braterską miłością. Niech Cię błogosławi Jezus i niechaj Święta Dziewica ma Cię w opiece, Francisco”.

Przypisy
[1] Elisabetta Piqué, Franciszek. Życie i rewolucja, Znak, Kraków 2016, s. 32
[2] Maciej Stasiński, Papież Franciszek w Brazylii: Chcę rabanu w Kościele, wyborcza.pl, 26 lipca 2013
SPRAWIEDLIWOŚĆ — Argentyna
[1] Austen Ivereigh, Prorok. Biografia Franciszka, papieża radykalnego, Wydawnictwo Niecałe, Bytom 2015, s. 72
[2] ibid., s. 124
[3] Carlos Mugica, Peronismo y Cristianismo, Editorial Merlin, Buenos Aires 1973
[4] Austen Ivereigh, Prorok. Biografia Franciszka, papieża radykalnego, Wydawnictwo Niecałe, Bytom 2015, s. 126
[5] Elisabetta Piqué, Franciszek. Życie i rewolucja, Znak, Kraków 2016, s. 137
[6] Austen Ivereigh, Prorok. Biografia Franciszka, papieża radykalnego, Wydawnictwo Niecałe, Bytom 2015, s. 163
[7] ibid., s. 271
[8] ibid., s. 271
[9] ibid., s. 167
[10] Adhortacja papieża Franciszka Evangelii Gaudium „O głoszeniu Ewangelii w dzisiejszym świecie”, s. 57, w: https://www.deon.pl/religia/serwis-papieski/dokumenty/adhortacje-franciszek/art,1,adhortacja-apostolska-evangelii-gaudium,strona,1.html