Quo vadis — wiek XX - Patrik Kowalski - ebook
Opis

Drogi Czytelniku, masz przed sobą dzieło, zasługujące na miano nowego, prawdziwego „Quo vadis”. Zarówno ze względu na poziom reprezentowanego tutaj warsztatu literackiego, jak i na treść, podejmującą najważniejsze tematy dotyczące cywilizacji człowieka. Jest to pozycja, której lektura budzi ogrom refleksji. To powieść z gatunku tych, których przeczytanie staje się głębokim i niezapomnianym przeżyciem….

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 588

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Patrik Kowalski

Quo vadis — wiek XX

© Patrik Kowalski, 2017

Drogi Czytelniku,

masz przed sobą dzieło, zasługujące na miano nowego, prawdziwego „Quo vadis”. Zarówno ze względu na poziom reprezentowanego tutaj warsztatu literackiego, jak i na treść, podejmującą najważniejsze tematy dotyczące cywilizacji człowieka. Jest to pozycja, której lektura budzi ogrom refleksji. To powieść z gatunku tych, których przeczytanie staje się głębokim i niezapomnianym przeżyciem….

ISBN 978-83-8104-082-2

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Nad wzgórzem unosiło się gniewne kłębowisko chmur, rzekłbyś tak ciężkich, jakby cały nieboskłon spaść miał na Ziemię, wypluwszy przedtem z siebie ocean wody, by zatopić to, co było pod nim. Niebo zdało się ważyć aż tak, jakby pociągnąć miało za sobą i ten ogromny Kosmos, niewidoczny za dnia, gdy wreszcie runie na upodloną grzechem człowieczym skalistą krainę Judei.

A jednak zaledwie błysnęło i grzmotnęło z chmur parę razy i ziemia się tylko zatrzęsła. Widać Bóg pochylił się aż tak, że był teraz Sam pod nieboskłonem i w ostatniej chwili, siłą Swojej Woli powstrzymał olbrzymią katastrofę! Znów okazał potęgę Swojego MIŁOSIERDZIA, bez którego nie byłoby w tym miejscu już nic i nikogo, ani teraz, ani przedtem, ani tym bardziej w przyszłości.

Litował się bez granic, On Sam w ludzkiej postaci, umierając…

Zapisane było w Księgach: „Do swej własności przyszedł, ale swoi Go nie przyjęli”. Grzech człowieczy wbił więc w tym miejscu trzy drewniane krzyże w skałę. Jeden dla złoczyńcy bez wyrzutów sumienia, drugi dla złoczyńcy z poczuciem winy, a trzeci…, O ZGROZO!!! — DLA SAMEGO BOGA!!!

I właśnie dla tego, co stało się wówczas, ludzkość potrzebowała tyle Miłosierdzia, tyle Wybaczenia i tyle Poświęcenia, wypływających przecież z Bezinteresownej Miłości, ile nigdy przedtem!!!

Bóg cierpiał więc i umierał, i litował się zarazem, by przed chwilą śmierci, którą Sam pierwszy raz pokonywał dla wszystkich ludzi, wypowiedzieć najważniejsze we wszech historii Przebaczenia słowa: „Ojcze wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią.”

I tak oddzielił się Duch od Ciała, które i w Duchu miało Swój początek, tym razem jednak nie po kres dni, lecz na chwilę tylko, by ostatecznie Odkupić, by zaświadczyć, że Przebaczenia i Miłości nigdy nie będzie końca. Przebaczenia i Miłości potrzebowały pokolenia minione i to, które krzyżowało Pana oraz potrzebują Ich następne miliardy istnień ludzkich przez następne tysiące lat. Póki Bóg nie powie: „Jest was już wystarczająca liczba”. Chyba, że zapisał już człowiekowi nieskończoność narodzin — znowu właśnie z Miłości do tej istoty śmiertelnej, która jest z Niego.

Syn Najwyższego odwiedzał jeszcze Ziemię, aby wzmacniać Wiarę swoich uczniów, by przekazali Prawdę o Nim i o Jego Zmartwychwstaniu, o Jego Przebaczeniu, bez których świat straciłby swój sens. Ostatecznie opuścił Ciałem ludzkość do tej odległej chwili, której datę zna tylko On i Jego Ojciec, kiedy miliardy zbawionych istnień zawołają razem: „Gloria! Gloria! Chwała Panu Wszechmocnemu, chwała Jego Miłości i Jego Wielkiemu Miłosierdziu!”

Miłość Boża pozwoliła przetrwać istocie rządzącej planetą, (bardzo małą wobec potęgi i różnorodności Wszechświata), przez następne wieki wojen i niesprawiedliwości. Wieki ciemnoty, nieuświadamianej pogardy dla Praw Stwórcy i kultywowania zła z wyboru jednostek i z wyboru całych społeczności, czerpiących z tego kultu doczesną korzyść.

Wybitne postaci w każdym pokoleniu poszukiwały Prawdy o świecie, a były wśród nich osobowości bardzo prawe i mądre, którym Duch podpowiadał drogę właściwą. Zostawiały po sobie spuściznę, której gdyby następne pokolenia okazywały należyty szacunek, doceniały jej wagę, masowo studiowały ją i pielęgnowały, to cywilizacja ludzka nie byłaby tak błądząca i tak bezlitosna sama dla siebie. Bo z reguły władzę w ziemskich królestwach sprawowano w sposób wyjątkowo okrutny, drwiono ze sprawiedliwości „słabych”, czyniono wszelką podłość podwładnym i sąsiadom.

Wraz z postępem homo sapiens odkrywał mechanizmy ułamka Bożego Stworzenia, nazywał każdy napotkany element Dzieła Stwórcy po swojemu, wyznaczając nowe prawa fizyki, matematyki, biologii, chemii, medycyny i innych jeszcze określonych przez siebie nauk, robił to aż z takim zapamiętaniem, że zdało się mu, iż wie już niemal wszystko i że zatem Wiara może nie być już potrzebna do niczego. Zdało mu się, że zastąpi Ją rozwojem nowożytnej nauki i TECHNIKI oraz jego własnym, ludzkim poglądem na kształt praw, które powinny stanowić o porządku świata. Aż nadszedł ten moment, kiedy nadał też człowiek imiona tym poglądom, w które uwierzył: były to komunizm i faszyzm, a po nich jeszcze relatywizm i liberalizm.

Dyskusjom i wymyśleniom ludzkim nie było więc końca. Upadał świat bogatego blichtru, bezgranicznej pychy i samo wywyższenia ludzkiego, wielowiekowego kłamstwa o wyższości „błękitnej krwi”, świat, w którym tak niewielu pławiło się w dostatkach, kosztem milionów żyjących w ubóstwie i wyzyskiwanych oraz pozbawionych szansy na lepsze jutro. Zmiany musiały więc nadejść. Nikt nie przypuszczał jednak, jak dalece ludzkość pomyli się w wyborze dróg, które miały poprowadzić ją do owych zmian. Kolejny więc raz szafarze losu mieszkańców Niebieskiej Planety nie oparli budowania cywilizacji na Świętych Księgach.

I tak istota śmiertelna doszła do WIEKU najwymyślniejszego ukrzyżowywania Pana wciąż na nowo, i na nowo…, i na nowo…, i na niespotykaną dotąd w dziejach skalę…!!! :

Rekrut

Oto utkwiliśmy w tym okopie całkiem chyba na wieczność, nie wiadomo dlaczego nie zmieniają nas od kilku dni. Dowódca, zimny i stanowczy służbista, wychudzony drań z zapadniętymi policzkami, stał się jeszcze bardziej odpychający. Unika bliższej znajomości z kimkolwiek z nas, niczym zarazy; przecież przyszły trup, to trup i tyle…, po co więc komu dbać o stosunki z trupami? Nie powiem, jednak nasz kapitan jest ogólnie uczciwy, postępuje z nami w porządku, niczego nie udaje, nie zafałszowuje brutalnej rzeczywistości, nie oszukuje żołnierzy i nie wmawia im, iż w większości wyjdą żywi lub bez okaleczeń z tej całej, wojennej jatki. Nie dokarmia również mojej, być może fałszywej nadziei na powrót do domu.

Dźwiganie ciężaru współodpowiedzialności za śmierć wielu z nas nie może być łatwą sprawą dla naszego kapitana. Lepiej jest — o tak, z pewnością znacznie lepiej jest, kiedy spogląda on z dystansem na te ogromne rzesze ludzkie przewijające się przez krwawy front, psychika pryncypałów ważniejsza jest przecież od psychiki podkomendnych, bo gdyby było inaczej, któż byłby w stanie dowodzić nami z jakimkolwiek „rozsądkiem”? Zatem jeżeli wszyscy mamy ginąć w pewnym „porządku”, jeżeli i zaplecze frontu ma również jakoś funkcjonować, to nie może liczyć się pojedynczy człowiek, nie mogą liczyć się przynajmniej ci żołnierze najniżsi rangą. Bezpieczniej jest i sprawniej dla całego procesu frontowej śmierci, aby dowódca nie kojarzył fizjonomii tysięcy mężczyzn, co zresztą byłoby niemożliwym nawet przy ogromnej skali tej wojny, przy olbrzymiej wręcz rotacji istnień ludzkich, pojawiających się niczym znikąd i kończących swoją życiową przygodę w drewnianych skrzyniach. Po co jednemu człowiekowi znać twarze tak licznych obcych, dość, że dowódca musi mieć styczność z ich nazwiskami i z imionami, oczywiście nie inaczej, jak z tego cholernego obowiązku, więc kapitan wykonuje rozkazy i wypisuje setki imion i nazwisk dziennie, w owych przekonujących listach, w tych listach wysyłanych do rodzin żołnierzy, których absolutnie nikt wolałby nigdy nie dostać. Donosi się tam z linii frontu, iż młodzi chłopcy, iż dojrzali mężczyźni, często głowy wielodzietnych rodzin, zginęli śmiercią bohaterską oraz niby to w poczuciu dzielnie wypełnianego obowiązku wspaniałych patriotów.

A zatem, skoro ten drań, nasz kapitan, rzadko nas obecnie dogląda i aż tak usztywnił się, że nie da się z nim nic a nic normalnie pogadać, jest bardzo zasadniczy nawet dla mnie, chociaż poznaliśmy się przecież przed kilkoma miesiącami i przeszliśmy wspólnie niejedno (czasem pomagałem mu nawet w tej papierkowej, frontowej robocie), to niestety wyczuwam to najgorsze, iż głębszą tajemnicą jest i również odleglejszej jeszcze przyszłości, kiedy nas wreszcie zmienią.

Oto ponad naszymi głowami roztacza cię cała ta groteskowa rzeczywistość, połamane drzewa pochylają się mocno, jakby same chciały schować swoje korony, tam gdzie i my, wciąż żywi, chronimy się przed masakrą (dziwne, bo przecież już jej nie przetrwały, doleciały tu z pobliskiego lasu trafione wybuchem), depczę więc i ja po resztkach ich korzeni, po zwęglonych gałęziach, spoglądam nie raz przez te małe szybki maski przeciwgazowej na ciągnący się w nieskończoność ów kręty korytarz, czasem w nim stoimy, czasem siedzimy, czasem, kiedy jest spokojniej, odkopujemy go na nowo, jemy też w nim i ostatnio nawet zdarza się nam załatwiać tutaj potrzeby (do ogromnego wiadra i bez fekaliów cholernie ciężkiego — skąd u licha ktoś wytrzasnął tak ogromne wiadro???), rozmawiamy tu i o tych najzwyklejszych sprawach, nie związanych ani trochę z potworną wojną, czynimy to, żeby odreagować w przerwach pomiędzy atakami, inaczej i najtwardsi z nas, ci nawet najbardziej doświadczeni żołnierze, którzy jeszcze przetrwali, również zbzikowaliby. Patrzę więc, póki żyję, jak koledzy moi umierają w tym „naszym” okopie lub pomiędzy nim, a rozciągającą się nieopodal linią wroga (z każdym dniem ubywa kogoś, kogo kojarzyłem jeszcze ze szkół, albo z podwórek naszego miasta, które oddalone stąd, zauważa już pewnie utratę nawet tych nie znanych powszechnie obywateli), korytarz wykopany jest głęboko, wzmocniony jest też potężnymi blokami betonowymi, żebyśmy mogli próbować chować się w jego ścianach przed tą ciężką śmiercią, która — podła ladacznica — jakoś nie chce oszczędzić tak licznych z nas. Kulę się więc w sobie również i ja, tak, jak tylko potrafię, wśród owych konstrukcji z betonu i jeszcze z grubych desek, wówczas kiedy jest najgoręcej, kiedy ponad moją głową trzęsie się od wielkiego zgiełku bitwy złowroga pajęczyna ostrych bezlitośnie drutów zagradzających.

Błotnista, brązowa ziemia i piasek wciskają się w każdy zakamarek naszych sztywnych mundurów, drapiemy się więc co rusz to tu, to tam, chociaż zdawałoby się, że już same wszy i te szczury chodzące po nas nocą, powinny uodpornić skórę na dokuczliwe swędzenie. Drapiemy się więc nie patrząc na nasze ciała, robimy to odruchowo i mechanicznie, próbujemy skupić się w tym czymś gumowym, czego ciasnota szczególnie dotkliwa jest na skroni, bo żyły puchną nam tam okrutnie (chcą wręcz eksplodować!), ze śmiertelnego zatem przymusu tkwimy więc często w tym czymś gumowym na twarzach, ograniczającym całe nasze postrzeganie świata. I prawie nie widujemy, podczas ataku wroga, błękitu nieba usianego wiszącymi na uwięzi balonami (widać ten dziwny spektakl wyraźnie za dnia, kiedy czasem artyleria milczy) i ledwie udaje się nam zważać zza tych okrągłych i małych szybek, co robią własne dłonie, bardziej w największej trwodze polegamy na wyczuciu palców, na pamięci czynności, których dowódca i nieżyjący już towarzysze broni nauczyli nas wcześniej, czynności, które mamy wykonywać zawsze i jak najsprawniej, żeby przetrwać i żeby mścić się za każdą kulę i za każdy granat gazowy, które wróg posłał w stronę naszych linii.

Oto więc kiedy pojawia się ta trucizna, to myślę sobie zaraz, zaraz w sobie dedukuję, że ten świat, który mnie właśnie otacza, ten świat, widziany przez szybki mojej ciasnej maski przeciwgazowej, maski skazańca, wygląda całkiem idiotycznie. Oto brzmią też całkiem głupio i całkiem nienaturalnie, brzmią groteskowo te wszystkie wrzaski żołnierzy, te strzały pojedyncze i serie całe z kulomiotów, i te głuche eksplozje, nasza rzeczywistość świszczy dookoła w przerażający sposób, bo jest i tak, że na co dzień, czyli każdego zwykłego dnia w normalnym świecie, kiedy człowiek nie ma cuchnącej gumy zaciśniętej na twarzy, otacza go spokój, najczęściej cisza gra mu w uszach, a bywa wówczas i tak, że gdzieś na otwartej przestrzeni człowiek słyszy chociażby śpiew ptaków lub dochodzą do niego głosy bliskich, głosy dobrych znajomych, z którymi uwielbia człowiek zwyczajnie przebywać. Bo jest i tak, bo i owszem, że słyszy się przecież nie raz ten wspaniały zgiełk czasu pokoju, kiedy dla przykładu gra się ze swoimi dziećmi w szmacianą piłkę, kiedy robi się to razem z całą gromadą dzieciaków sąsiadów z dzielnicy — ot, w zabawie wszyscy krzyczą, rodzice i ich dzieciaki wołają: biegnij tu i podaj tam…! Wówczas też słychać przecież zgiełk i brzmi on dla nas kojąco, brzmi dla wszystkich dookoła całkiem naturalnie, bo jest to ów wywołany przez ludzi hałas moralnie usprawiedliwiony, harmider zdrowej rozrywki i przyjemnego przecież wysiłku, nie brzmi on więc nic przerażająco, jak brzmi cały ten piekielny zgiełk linii frontu!

Teraz to wokół mnie, dziennie po kilkakroć, całymi seriami, mieszają się ze sobą głuche huki granatów gazowych, z dźwiękiem gongów, z eksplozjami pocisków, rozpoznawalnych dla doświadczonego żołnierza względem kalibru, teraz to jesteśmy przyciśnięci do ziemi, do betonu lub do drewna, skuleni, z tymi założonymi na twarzach przeklętymi i błogosławionymi zarazem gumami, bo chcemy przetrwać, dociskamy zatem usta do zaworu, niczym wyrwana z wody ryba, łapiemy ustami zużyty kilkakrotnie oddech…

Wtedy dociera do nas najsilniej, jak wielką jest to paranoją, jak ogromne i niemal niewyobrażalne spotyka nas czyjeś świństwo, świństwo wynalazców, świństwo chemików, świństwo fizyków i fabrykantów, świństwo możnowładców i świństwo dowódców wojskowych, bo przecież ziemskie powietrze jest w swojej naturze, przyznać trzeba, jest na co dzień wspaniałe, jest świeże i jest kojące, i rześki ma ten swój zapach, nie wymaga od nas noszenia żadnych absurdalnych masek, utrzymuje nas i wszelkie czyste stworzenie przy życiu i dzieje się tak słusznie, bo gdyby miało być zatem inaczej, gdyby zaplanowano to dokładnie inaczej, że z założenia powietrze miałoby być dla ludzi trucizną, świat przecież wyglądałby zupełnie odmiennie. Pewnie nie byłoby w nim nas, zwierząt oraz roślin, a jeśli nawet jakimś cudem człowiek dotrwałby przez wieki, w tych skrajnych warunkach, dotrwałby czasów bestialskiej swojej, zaawansowanej techniki, to i nie poruszałoby nikogo noszenie tych karykaturalnych masek, śmierdząca guma byłaby wręcz w modzie, występowałaby pewnie nawet w kolorowych odmianach, damy przyozdabiały tę gumę w pióra, koronki oraz cekiny, perfumowałyby ją, przekonywałyby gentlemanów, jak tylko potrafiłyby, że pod gumą skrywają interesujące i piękne twarze, a i wszystkie z nich garbiłyby się zapewne od ciężaru noszonych na plecach zbiorników z cudownym, z wytwarzanym tylko przez człowieka i tylko w jego fabrykach — zdrowym powietrzem…

O tak, oto na co dzień nikt z nas absolutnie nie chodzi przygarbiony i ze strachem, do którego — co dziwne, człowiek potrafi przyzwyczaić się; nie nachylasz się więc, mój towarzyszu niedoli wojennej, niemal bez przerwy, tak jak robi się to tutaj, bo ja cały w zasadzie czas chodzę przygarbiony. Chcę też przecież uniknąć i choćby draśnięcia, a już z pewnością tej śmiertelnej kuli, kiedy ledwie kilkadziesiąt metrów stąd wróg tylko czeka, aż ktoś wystawi swój łeb z okopu. Na co dzień głowa każdego z nas nie jest też więc celem, w którym ktoś chce zrobić koniecznie przeklętą dziurę i nagle, i brutalnie, i niespodziewanie zakończyć człowiekowi ziemski byt.

Bo wyobraź sobie przyjacielu z czasu pokoju, że ktoś nastaje na twoje życie, poluje nieustannie na ciebie, chce skończyć z tobą skutecznie, raz na zawsze, a ty liczysz wciąż na to, wierzysz w to usilnie, jak zresztą wierzą gdzieś tam oddaleni od ciebie twoi bliscy, wierzycie więc razem mocno i stanowczo, i równolegle, chociaż przecież na odległość, że co, jak co, ale ty przetrwasz jakoś jednak tę okrutną, bezsensowną wojnę…!

Na co dzień, kompanie mój, nie zdumiewasz się w ten sposób, nie intryguje cię wciąż ta jedna, wciąż ta sama i bardzo natrętna myśl, że kawał świata pielęgnuje głupotę i zbrodnię, że część ludzi tarza się wręcz w głupocie i w zbrodni, skoro zabijają się oni nawzajem, ale gdyby ich zapytać, gdyby zadać większości z nich bardzo proste pytanie, dlaczego i po co to robią, nie padłaby żadna sensowna, żadna absolutnie przekonująca odpowiedź, żadne obiektywne, całkiem dobre usprawiedliwienie…

Na co dzień też zatem nie powtarzasz krzykiem do kolegów owych groteskowych komend, gdy znowu zaczyna się całe to szaleństwo, kiedy ktoś po drugiej stronie rozkaże głupcom takim, jak my, ruszyć do szturmu, daje sygnał, by wystawić się po te śmiertelne dziury w głowach, po rany w piersiach, bo na co dzień nie jest w sumie tak łatwo wmówić trochę mądrzejszym — o tak: naprawdę odrobinę inteligentniejszym ludziom — że dać porozrywać sobie ciała, pourywać kończyny, jest ogromnym i patriotycznym zaszczytem…!

Cóż, tak to już jest, że na co dzień świat oszukuje głupszych z nas oraz tych pozornie mądrych i robi to z ogromnym nawet powodzeniem, czyni ten przebiegły fałsz już od bardzo dawna, bo od zamierzchłej przeszłości. Świat wzywa więc młodych i zdrowych mężczyzn do bohaterstwa, wysławia je, jako cnotę nad cnotami, zachęca do nadstawiania łbów, aby prędzej, czy później zarobili ową „zaszczytną” dziurę, z której wypłynie im mózg z krwią, albo nieco niżej — flaki z krwią, jeśli szaleństwo trwać będzie dostatecznie długo i jest tak na co dzień, że świat potwornie ich wszystkich, to znaczy absolutnie NAS WSZYSTKICH, bo też i żony nasze, i dzieci nasze, i całą resztę rodzin naszych i naszych prawdziwych przyjaciół — świat okłamuje! Nie opisuje przecież otwarcie i w szczegółach beczek owej rozlanej krwi, nie wspomina słowa o masie rozszarpanego mięsa, o smrodzie gnijących szczątków ludzkich oraz końskich, o pocie i o strachu, o szaleństwie rekrutów, o krzykach rozpaczy umierających, o ich okropnym wołaniu o ratunek, który niestety często nie nadchodzi…!

O tak, tak…, na co dzień świat panów, którzy mają nad nami władzę, nosi bardzo białe rękawiczki, nieprawdopodobnie mocno wybielone…! Na co dzień cały nasz świat jest przez to jakby nie do końca realny, jest on, człowieku, w gruncie rzeczy ogromnie zafałszowany, kłamie w żywe oczy naszych dusz z całkowitą bezczelnością, której odwagi dodaje czyjaś tymczasowa bezkarność! Choć tymczasowa, to i tak bezkarność ta jest dostatecznie długotrwała, żeby spróbować nam wszystkim odebrać bezcenne życie!

I ja zatem dałem się już oszukać, bo przecież tkwię w tym okopie broniąc ojczyzny, kiedy wydaje mi się, że wcale nie była zaatakowana, ale jej bronię, pomimo wielkiego pytania we mnie, dlaczego właściwie ta wojna wybuchła i kto ma w niej jakąkolwiek rację. Tak, tak — wiem, dyskutowałem na ten temat nie raz z nieżyjącymi już kolegami, dyskutowaliśmy w okopach i na tyłach linii, i podczas posiłków i przed snem…, gazety mocno rozpisywały się przecież o zamachu na owego arcyksięcia, ale przyznacie mi chyba rację, że mam wątpliwości i to całkiem spore wątpliwości, bo chodzi mi dokładnie o tę ważną dla mnie sprawę, o odpowiedź na to kolejne z istotnych pytań, a mianowicie, czy jakiś tam arcyksiążę wart jest na pewno śmierci nas wszystkich wziętych razem, tkwiących tu dookoła mężczyzn, dzielnych ludzi, czy jest wart choćby naszego przerażenia?

Czy wart jest naszego przebijania się bagnetami i trucia gazem? Nie znałem przecież arcyksięcia, nikt z nas go nie znał i nie wiemy w związku z tym nawet, czy był dobrym człowiekiem, czy aby na pewno cennym dla milionów, a ja dokładnie wątpię, nie wierzę wręcz absolutnie, żeby wart był potwornej zemsty wszystkich walczących tutaj żołnierzy.

Siedzę więc w tym okopie, bo taki mam rozkaz i podobno również ów patriotyczny obowiązek i zadaję sobie te zwykłe, te oczywiste dla istoty myślącej, do których chcę usilnie siebie zaliczać, moralne pytania. Pytania o słuszność tego co robię, tego co robią koledzy moi, tego co robi wróg, który również polubił grę w piłkę, również dopiero co naprawiał zegary, czy buty, uprawiał ziemię, pasł krowy, wypiekał chleb, sprzedawał coś albo uczył dzieci w szkołach.

Siedzę tu i mam niezatarte poczucie, że wszyscy jesteśmy w ogromnym błędzie, my i nasi dowódcy, i pryncypały naszych dowódców, że wszyscy uczestniczymy w czymś, czego nie powinno w ogóle być, co w ogóle nigdy nie powinno mieć miejsca…!

Tkwię tak w okopie i przyznaję, że boję się śmierci, chyba co raz to bardziej z każdym upływającym dniem i przemijającą nocą, kiedy uświadamiam sobie coraz silniej, że nie wiem, za co wartościowego miałbym właściwie teraz umierać, poświęcić za chwilę najcenniejszy dar, który człowiek kiedykolwiek otrzymał. Miałbym odejść w straszliwy sposób, nie przeżywszy wielu jeszcze rzeczy, które normalnie powinny mnie jeszcze spotkać, których powinienem doświadczyć kiedyś. Mnożą się w mojej głowie te wszystkie pytania teraz. Ktoś powie zatem: kiepski z ciebie żołnierz i morale do walki masz słabe. A ja zapytam go zaraz, czy człowiek aby na pewno został stworzony po to, by być żołnierzem i czy na pewno istnieje po to, by zabijać innych ludzi, robić to od wieków, w tych wszystkich niezliczonych konfliktach?

Nie wydaje się mnie, aby tak było. Nie wydaje mi się, aby zakładała to, jako absolutną konieczność, metoda urządzenia tego świata. Dlatego nie sposób nie zadawać ważnych moralnych i egzystencjalnych pytań, zwłaszcza na tej wojnie, gdzie życie traci swą normalną, wielką wartość, gdzie dowódcy i ich arcy-pryncypały szastają nim na lewo i na prawo, bo mają w swoje plany wkalkulowane straty w ludziach i jest dla nich oczywiste i dziecinnie proste, że część z nich musi zginąć. Jest też im obojętne, właściwie którzy z nich polegną.

Tylko, że nie jest to obojętne nikomu z nas w tych okopach, nie jest to i obojętne mnie, który zbyt wiele mam do stracenia! W domu zostawiłem żonę i dwójkę dzieci. Nigdy nie przelewało się pod naszym skromnym dachem, najczęściej jest nam bardzo ciężko, ale mieliśmy jak dotąd zawsze chociaż — siebie.

Tymczasem ktoś każe mi porzucić, co mam najcenniejsze — dla arcyksięcia. Oddać, co mam jedyne — dla obcego mi arcyksięcia. Przebijać kulami i bagnetem innych ludzi, truć ich, ile się tylko da, bo książęta, królowie, car, generałowie i diabli wiedzą, kto jeszcze, pokłócili się śmiertelnie! Bo nie mogą siebie znieść nawzajem — te „rodzinki”, muszą pokazać jedna drugiej, która jest silniejsza, sprytniejsza, kto obmyślił bardziej przebiegłe plany zabijania wroga na tej przeklętej wojnie!!!

Przecież jaką paranoją, jakim szaleństwem i jaką obłudą, głupotą i debilizmem jest wszystko, co robimy my tutaj — chłopi, robotnicy, kucharze, duchowni, krawcy, lekarze, szewcy, subiekci, uczniowie, kamerdynerzy i nauczyciele. Wszystko, co robimy sobie nawzajem w tych okopach i pomiędzy nimi!!! Wszystko, co robią nam — tkwiącym w tych korytarzach, w tych zagłębieniach w ziemi — artylerie po obu stronach konfliktu!!!

Czy przyszło komuś do głowy, komuś spośród owych „elitarnych rodzinek”, które nami rządzą, które z łatwością posyłają nas na śmierć, tym wszystkim maluczkim, również śmiertelnym przecież królom, książętom i generałom, którzy lekką ręką wysyłają nas na tę wojnę, że nie jest to wcale walka o siłę ich ambicji, o niby honor, czy o „wielkość” narodów, ale jest to walka głupców z głupcami (bo każdy, kto do wojny dąży, głupcem jest, choćby dlatego, że srogo za to zapłaci)! ŻE NIE JEST TO KLASYCZNA WALKA DOBRA ZE ZŁEM???!!!

Bo nie jest jednak tak, W TEJ AKURAT WOJNIE, że zło jest po jednej stronie, a dobro po drugiej stronie okopów, ale zło jest wszędzie, jest wszechobecne, wszechogarniające, wszech rządzące, jest powszechne! Dobro nie walczy w „naszej” wojnie z karabinem w ręku, czy uzbrojone w siekące bezlitośnie kulomioty, nie zadaje śmierci z bagnetem u lufy, z granatem w dłoni! Ono marzy jedynie o końcu zabijania! Śni po nocach, kiedy jedynie jest spokojniej, kiedy jedynie zapada jakaś tam sobie cisza, rozświetlana często wścibskimi rakietami, aby tę wojnę bratobójczą, wojnę bezsensowną, jak najszybciej zakończyć!

Tak więc ja i wielu moich kolegów nie chcemy umierać na tej wojnie!!! Bo nikt z nas nie chce umierać — ZA BEZSENS!!!

Nie chcę też umierać już teraz, bez większej jeszcze wiedzy, w niemal głupocie własnej, która wydaje mi się akurat, że nie jest już u mnie tak ogromna, ale jednak nadal we mnie jest.

Wciąż nie zdążyłem znaleźć odpowiedzi na zbyt wiele pytań. Odpowiedzi te przychodzą przecież z czasem, z czasem który trzeba przeżyć, którego trzeba DOŻYĆ, przychodzą jednemu wcześniej, drugiemu później, ale przychodzą zawsze właśnie o jakimś CZASIE, którego nie można przecież stracić! Tak to jest, że nie ma chyba nikogo, kto by nie chciał, jak i ja chcę, dowiedzieć się zanim umrze, jak to jest tak naprawdę z tym ludzkim życiem. Co jest prawdziwie ważne, co nie? Kto i kiedy ma całkowitą rację i co po nas pozostanie i w związku z tym, co w ogóle ma wartość bezwzględną, czyli Wieczną? Jak to jest tak do końca z tą walką dobra ze złem, która mnie wydaje się i nie tylko zresztą mnie, że jest tak bardzo ważna, jeśli w ogóle nie NAJWAŻNIEJSZA? Walki, której brakuje mi na tej wojnie, bo widzę tutaj, dookoła siebie jedynie zło, dobra tu nie ma niemal, polega ewentualnie na ratowaniu rannego z pola bitwy, na robieniu opatrunków, albo na szczerym dzieleniu się racjami lub na miłosnym wspominaniu kobiet i całych naszych rodzin.

No tak…, kto by nie chciał znać na co dzień odpowiedzi na wszystkie niemal egzystencjalne pytania? Kto by nie chciał poznać PRAWDY niemal całkowitej, a w każdym razie tej całej dostępnej człowiekowi? Kto by nie chciał doświadczyć PRAWDY — jeszcze zanim umrze na tej przeklętej, na bezsensownej, na okrutnej wojnie…?!

Mam przeczucie, będąc chyba ogólnie dobrą istotą, że niemal całkowita PRAWDA prowadzić musi do wiedzy przeogromnej o czymś, co jest absolutnie zaprzeczeniem postępowania naszych pryncypałów, zaprzeczeniem wszystkiego, czego doświadczamy ja i moi koledzy w tych okopach. Chyba gdyby poznać właśnie niemal całkowitą PRAWDĘ, na zasadzie przyjętych bezwzględnie i stosowanych z uporem mądrości, to nikt na tej Ziemi nie złapałby za karabin, za granat z gazem, nie chwyciłby za bagnet, za nóż, nie rzuciłby kamieniem nawet! Bo czymże byłby gniew, czymże byłaby chciwość ludzka, chęć władzy, zemsta, czy zawiść, gdyby Bóg, Jahwe, Allah, czy ten sam Pan pod jakąkolwiek inną Nazwą stał Żywy i „najrealniejszy”, czyli widziany oczami człowieka, stał ciągle przed każdym z nas ze Swoją Potęgą i Zasadami?! Wówczas nie byłoby takiego głupca, ani takiej „odwagi”, żeby przed Nim, „fizycznie” obecnym dokonywać zbrodni, czy choćby pośledniej podłości. Nie dałoby się chyba wówczas dokonywać ich przeciw Niemu właśnie, no i na szkodę innym ludziom. A przecież tak wielu czyniących codzienną podłość, naszych pryncypałów i nas samych, czyniących ją miast modlitwy, wierzy, że On gdzieś Tam jest…!

Tak więc chyba czas nadchodzi właściwy, towarzyszu niedoli, aby kolejny raz powiedzieć ludziom dobitnie, aby wytłumaczyć współobywatelom bardzo dokładnie, jak to jest ze Wszystkim Ważnym. Kolejny raz zrobić to trzeba, bardzo na współczesny sposób, zanim dla wielu będzie za późno na jakiekolwiek zmiany, bo chociaż On poświęcił się ogromnie, Ofiarę uczyniwszy najważniejszą we historii, to jednak wielu ludzi nadal ginie na Wieczność. Giną, człowieku, tragicznie — poprzez swoje postępki. Uczynić to trzeba, zanim może i świat ten ludzki ostatecznie upadnie, gdyby pogrążył się w grzechu już tak głęboko, aż zupełnie bez odwrotu…!

Jestem więc teraz tutaj, w tym okopie i myślę o tych jedynie ważnych rzeczach, może też i dlatego, że być może dzisiaj, albo i jutro wszelka błahostka przestanie mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Jeśli mi kto zrobi tę ogromną dziurę w ciele, przez którą ujdzie cała moja krew, ucieknie przez nią życie moje, jeśli zakończy się ziemski czas kolejnego zwykłego żołnierza, zatem mój czas.

Nim to jednak nastąpi, pewnie zdołam wybiec jeszcze kilka razy z tych okopów do bezsensownego szturmu, który i tak niczego nie zmieni w układzie sił, bo linia frontu nie przesunie się w ogóle, albo co najwyżej o pół kilometra, bo gdyby nawet tak, to jakie znaczenie ma w tym wypadku pół kilometra zrytej ziemi, pół kilometra wypalonych roślin, pół kilometra drutów zagradzających, pół kilometra leżących i psujących się szczątków ludzkich. Jedną więc linię okopów dalej jest tak samo niebezpiecznie, unosi się w powietrzu ten sam smród, wciska się w mundur ten sam piasek i brudzi go to samo błoto, biegają po nas te same szczury i trzeba naciągać na twarz tę samą, idiotyczną gumę z małymi szybkami. Jedną linię okopów dalej będziemy zadawać innym i otrzymywać w zamian tę samą śmierć, którą zgotowały nam rządzące naszymi narodami „elity”.

Nieprawdopodobne jest…, absolutnie nieprawdopodobne jest, jak BARDZO owe „elity” zdołały już oszukać nas bardzo wiele razy. Niesamowite, że opanowały aż tak perfekcyjnie przebiegłą zdolność zamaskowywania rzeczywistości, i że właśnie udaje się im ta sztuczka kamuflażu wielkich, politycznych kłamstw, kilkakrotnie podczas jednego cyklu pojedynczego, ludzkiego życia. Czyniły „elity” i czynią fałsz niezwykle skutecznie, co okazuje się w pełni dopiero po tej drugiej stronie bytu, tej stronie najważniejszej, tej nieprzemijającej! Nieprawdopodobne jest, jak bardzo okazuje się to dokładnie tam, pokazuje się dobitnie i dla licznych, oj — mocno boleśnie, bo na kształt wiecznego upodlenia, wiecznego cierpienia, dociera do licznych istnień, że dały oszukać się całkiem, że ich życie poprzez czyjeś oszustwo (nie tylko za sprawą własnej głupoty), ich życie było pomyłką. Nic, a nic istotnego nie zostało przez nich zrozumiane, przemyślane, zatem nie wyciągnięto żadnych mądrych wniosków — zawczasu. Oto objawia się to tam, że miliony na tej planecie nie pojęły nic z przekazów, nie spostrzegły znaków, nie odczytały z nich właściwie niczego, co jest naprawdę ważne. Wielu ludzi nie uchwyciło i nie uchwyci już sensu, rządzeni przez owych chytrych ślepców, tak samo niedowidzieli i niedowidzą, jakoś trwali i trwają poprzez ziemski czas, ogołoceni na własne życzenie z najgłębszego z celów!

I ja trwałem zatem w tym „naszym” rowie, chociaż nie byłem aż tak głupi, bo jednak zadawałem w duchu te wszystkie pytania, trwałem więc nie raz na posterunku, kiedy kolejny raz zaczynało się to najgorsze, kiedy artyleria wroga siekła najpierw gdzieś dalej za nami, potem waliła co raz to bliżej, aż potężne eksplozje dosięgały i wreszcie „naszych” okopów… I darłem się i biłem brawa na przemian, wielkie brawa biłem nie raz…, o!, brawa przeogromne, za odwagę tamtych oficerów! Dostawaliśmy, owszem, wycisk na naszych stanowiskach, ale przecież i wróg był stanowczo za blisko, zdarzało się, że walnęło i w tamtych, a też śmiertelne odłamki naszych umocnień, czasem i większe w rozmiarze, leciały przecież w ich stronę. Co za idioci kazali strzelać z dział do tak zbliżonych linii?! W której akademii kształcą tak bezgranicznych durniów na oficerów???!!!

Pociski waliły więc bezlitośnie, wszędzie dookoła, tak kolejny już raz byliśmy w samym środku piekła na Ziemi, a ja pewnego dnia, jakoś dziwnie i nagle, i niespodziewanie, zupełnie przestałem bać się przynajmniej aż tak o to moje najdroższe życie, przestałem aż tak głęboko i filozoficznie myśleć o jego możliwym końcu, tragicznym i przedwczesnym, bo uwagę moją przykuwało teraz zupełnie coś innego, czyjeś, a nie własne jednak przetrwanie stało się, ku zaskoczeniu, moim oczkiem w głowie.

Skoro przecież ginęło nas coraz więcej, skoro ubywało tych dzielnych, choć głupich żołnierzy, dla których wojna ta miała jednak jakiś sens, skoro ginęli też ci podobni do mnie koledzy, którzy rozkazy wykonywali również z głupoty, a i owszem, choć żadnego sensu nie widzieli w całym tym krwawym zamieszaniu, to i trzeba było uzupełniać te częste straty, jak się zapałki u palacza fajek zużywają, to i wojna ta wciąż wypalanych ogniem, zgaszonych i okopconych, tych zimnych z nas na śmieci wyrzucała, zatem zapałki były potrzebne wciąż nowe.

Przysyłali więc kolejnych rekrutów, z których jeden młodzian na świeżo, razu tamtego przykleił się do mnie, coś mu przypasowało, może przypominałem mu starszego brata, albo kuzyna bliskiego jakiegoś, więc gówniarz przyczepił się i nie odpuszczał mnie na krok. Pomyślałem wówczas, że niańczenie rekruta może być całkiem dobrym pomysłem, każde przecież zajęcie tutaj, każde inne od zabijania ludzi, od strzelania, walki potwornej wręcz i rzucania granatami gazowymi, było z pewnością całkiem dobrą, całkiem wskazaną ideą.

Niańczyłem więc go po tym, jak nas nareszcie zmienili, kilometrów parę dalej od potwornej rzezi, niańczyłem go na naszych tyłach, wreszcie po tym oddaleniu się od piekła, po bardzo, bardzo, ale to bardzo długim czasie, oj — zbyt długim, bo miałem okropne wrażenie za tamtym razem, jakbym był w okopie miesiące całe, więcej: lata całe bez chwili przerwy, bez wytchnienia, bez zluzowania wycieńczonych nerwów. A przecież nie zmienili nas ledwie przez sześć dni…

Oto można było uwolnić się od przenoszenia tego ogromnego i ciężkiego wiadra, można było wyjść na spokojną łąkę, na nieostrzeliwaną połać wspaniałej zieleni, można było pójść w to cudowne miejsce za zwykłą potrzebą! Chodziliśmy więc w dwójkę, czasem z innymi, w większej grupie, ale najczęściej w dwójkę, to i miałem wrażenie wówczas, że rekrut i fizjologię swojego organizmu dostosował do mojej. Jadł, kiedy ja jadłem, co było w porządku — oczywiste, spał kiedy, ja spałem, co było w porządku — normalne, ale i chodził na stronę, kiedy i ja chodziłem, nigdy beze mnie. Jakże błogie były to chwile, tak kucać spokojnie pośród traw i małych, kolorowych kwiatów, na otwartej przestrzeni, kiedy nikt nie strzelał, nikt nie truł, nikt nie czyhał śmiertelnie, a potem, po wszystkim tak zwykłym przecież, czymś co towarzyszy człowiekowi przez całe jego pierwsze życie, czymś tak nie sprawiedliwie traktowanym jako wstydliwa sprawa, co ujawnia dopiero wojna (jedyny z wojny taki pożytek), można się było po tym wszystkim fizjologicznym ZWYCZAJNIE I BEZ STRESU — WYPROSTOWAĆ. Oto mieliśmy rytuał wspaniały dla zmęczonych kręgosłupów, rytuał miły na tej wojnie bezsensownej, rytuał w pokoju powszedni, który stawał się pożądanym luksusem psychiki czasu masowego, międzyludzkiego mordowania.

Rytuałów zresztą każdy z nas szukał indywidualnie, każdy doświadczony żołnierz dbał o coś, czyścił coś, broń lub buty, coś swojego dopieszczał, choćby jakiś drobiazg mieszczący się w kieszeni, wielu paliło tytoń, pisało listy, skrobało pamiętniki, czytanie książek również było w modzie. Jakże ogromną ulgę przynosiły te elementy normalnego, codziennego życia, były na siłę wkomponowane we frontowy absurd, oto nieskomplikowane zwykłości ratowały nasze umysły przed kompletnym zbzikowaniem.

Ja zwłaszcza lubiłem czytać. Brałem do ręki książkę, kładłem się w naszej kwaterze, w której tak często zwalniały się łóżka, że w zasadzie i tutaj nie miało głębszego sensu nawiązywanie bliższych znajomości z żołnierzami. Co innego z książką. Kilkaset kartek, pieczołowicie złożonych gdzieś w drukarni, miało niewielkie wymagania, z reguły zawsze można było odnaleźć je w miejscu, gdzie się uprzednio książkę odłożyło, były wierne, jak własny, dobry pies, słowem sama przyjemność. Oferowały rzecz bezcenną w tym miejscu; niewielkim kosztem można się było natychmiast wynieść precz z frontu, znaleźć na szerokich ulicach i zaułkach pokojowego miasta, wśród pędzących automobilów i dorożek, wśród kramów oferujących cywilne bzdety, eleganckie ubrania i żywność, którą od biedy można było wybierać samemu. Można było właśnie, dla dobrego przykładu, wybrać się z fikcyjną postacią do restauracji i zdecydować, co zjemy na obiad owego słonecznego i spokojnego dnia, tak samo dobrego, jak prawie każdy dzień w czasie pokoju…

Wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach u większości z nas. Mało było wśród ludzi, których spotkałem, o których otarłem się na froncie, takich durniów, którzy żyli i oddychali pełnią jestestwa w związku z jedynie tym miejscem przeklętym, gdzie w powtarzających się kilkudniowych cyklach próbowano nas koniecznie uśmiercić, najlepiej rozerwać na strzępy i zwęglić naszą skórę i resztki munduru.

Sielanka z moimi książkami, sielanka u innych w związku z czyszczeniem, dopieszczaniem przedmiotów, pisaniem pamiętników, niebezpiecznej gry w karty (niebezpiecznej, bo zbyt zbliżającej żołnierzy), wszystko kończyło się jednak tak szybko, jak zaczynało, bo przecież „elity” nie wysyłały nas tutaj dla rozrywki, dla naszego rozwoju, dla nawiązywania powierzchownych kontaktów, czy szczerych przyjaźni, ale po to, abyśmy trwali w tych dziurach i w korytarzach w ziemi, pilnowali stanowisk, a nade wszystko żebyśmy spędzali jak najwięcej czasu na mordowaniu wroga.

Wylądowaliśmy więc znowu w okopie, ja i „mój” rekrut, przyklejony rzep do psiego ogona, dość był nawet na tych tyłach posłuszny, jak faktycznie jakie miłe, domowe zwierzę, przysłużył się i dla mojego relaksu.

Co innego jednak miało miejsce w okopie. Tutaj rekrut stawał się troską, zmartwieniem, gwoździem w bucie, trzeba było go ciągle pouczać, zwracać uwagę, szczególnie, żeby ten swój łeb chował przed kulą, nic przecież jakby nie docierało do niego, zapominał wszystko, czego uczyłem go na tyłach, jakby wyłączył się jakoś, był całkiem rozkojarzony. Może strach o własne życie, trwoga pewnie przed nieuniknioną śmiercią wyjaławiała mu pamięć, tego mogłem się tylko domyślać.

Więc robiło mi się żal jego, miałem ciężar na duszy jakoś tak większy, niż zazwyczaj w kontekście rekrutów, kuło mnie coś głęboko w piersi, zbyt bolesne było to odczucie, bo popełniłem ten dokładnie błąd przywiązania, bo i zaraz pomyślałem, że na dłuższą metę rzeczywiście rekrut taki nie ma szans na przetrwanie w koszmarze frontowym, chociażbym jego i nawet bardzo, bardzo pilnował, prędzej, czy później, a raczej prędzej — śmierć go dopadnie. Przecież i z każdym dniem malało prawdopodobieństwo mojego własnego przeżycia, przetrwania również kilku doświadczonych ludzi, których twarze kojarzyłem, którzy walczyli gdzieś w pobliżu. Iluż to można uniknąć pocisków spadających losowo i gęsto? Jak długo rachunek matematyczny może sprzyjać człowiekowi podczas artyleryjskiej nawałnicy, powtarzanej niemal codziennie? Co dopiero ma dziać się z losem wiecznie rozkojarzonego żółtodzioba, często wystawiającego swój łeb już pod jeden tylko celny strzał…?

I tak, tamtego, ważnego dnia, zaczęło się koło dziewiątej rano, czyli całkiem nie o świcie, kiedy mieliśmy już nadzieję, że tym razem wszystkim upiecze się, a i Słońce obiecująco wstało i lekki wiatr przegonił chmury. Byłby to naprawdę całkiem dla mnie piękny dzień w pokojowym mieście, poszedłbym ochoczo do pracy, wykonał, co każą, a całe późne popołudnie spędziłbym z rodziną, dzieciaki wzięłoby się do parku, skromne sprawunki poczyniło, żeby było co do garnka włożyć. Jakoś szczęście normalnego życia popłynęłoby pomiędzy nami, chwalilibyśmy, o tak! — taki dzionek, po nastaniu zmroku. Tymczasem faktycznie piekło oto przyszło po mojego młodzika, potężnymi eksplozjami przypomniało o sobie, że czekać bezczynnie nie zamierza na śmierć całej tej chorej cywilizacji, żeby objawić wówczas dopiero po niej — swoje istnienie, dość jest głupoty ludzkiej za Ziemi, żeby musiało czekać na cokolwiek, głupota oraz z niej zbrodnia pochodząca, obie płynące szerokim strumieniem, piekło z pod ziemi same wyciągają na powierzchnię, jeszcze przed Dniem Ostatecznym, jeszcze zanim ziemia ewentualnie pęknie z owej Nadprzyrodzonej Woli…!

I za chwilę, kiedy zrobiło się bardzo gorąco, bardzo, bardzo gorąco, mój rekrut miał już obłęd w oczach! Ten sam cholerny, nie wróżący nic dobrego obłęd, który widywałem wiele razy wcześniej w oczach rekrutów, choć podobnie przytrafiał się on i tym doświadczonym żołnierzom, jeśli tylko atak był nazbyt gwałtowny i długotrwały (jeśli można tak to ująć), szczególnie chodzi o tę długotrwałość, bo łagodnych w przebiegu ataków nigdy przecież nie było, jeden pocisk jest już dokładnie piekłem, co dopiero, gdy spadają ich setki dookoła nas.

Opiekowałem się zatem, jak mogłem rekrutem podczas ostrzału, tak w ogóle to jeszcze dodać muszę ten szczegół chyba istotny, że był on naprawdę młodziutkim, delikatnym chłopcem, miał „mleko pod nosem”, ha! — miał i jeszcze w pamięci bez wątpienia świeżo czytane w szkolnej ławie wierszyki o miłości. Zapewne ojciec kazał mu wyruszyć na tę wojnę i spełnić ów patriotyczny obowiązek, ową dumę w rodzinie podnieść. Tak pomyślałem, jak tylko przed tygodniem pierwszy raz zasalutował przede mną w bardzo sztuczny sposób, ledwie wyuczony, kiedy przedstawiał mi się grzecznie, nieśmiało i niewinnie…

Teraz stał nade mną wyprostowany, gówniarz całkiem zapomniał o tej zasadzie numer jeden, o tym ciągłym pochylaniu się, za krótko tu był, żeby już pochylenie to stało się jego naturalną pozycją, żeby sam naprawił się i u niego ten „błąd ludzkiej ewolucji”. Stał więc wyprostowany jak struna dwa metry przede mną, tuż obok, po środku okopu…

Pękł ostatecznie po chwili, kiedy pocisk rozerwał ziemię tuż ponad nami, zdzieliło mnie nawet w policzek porządną i ciężką garścią gruntu, jakbym dostał rękawicą bokserską na ringu — teraz to dopiero wpadło chłopię w totalną, oj — nic nie kontrolowaną panikę! Uniósł rekrut najpierw karabin ponad głową, potem rozejrzał się na lewo i na prawo, ale jakoś tak dziwnie, bo gapił się chyba w dno okopu, nie na jego ściany i nie na mnie (mówiłem mu ze kilkanaście razy przedtem, że ma nie robić nic, prócz naśladowania moich zachowań), nagle wdrapał się po rozwalonej belce konstrukcyjnej i pobiegł gówniarz przed siebie, ile tchu miał w płucach, pobiegł wprost ku okopom wroga!

Wyskoczyłem za nim, sekundę może trwało, jak skapowałem, co dzieje się, dorwałem szczeniaka z dziesięć metrów od naszych stanowisk, nikt go jeszcze nie zastrzelił, ułamek wręcz kolejnej sekundy miałem słuszną myśl, że i tamci przy potężnym ostrzale leżą i kulą się we wszystkich możliwych dziurach i szparach w ziemi, nikt łba raczej nie wystawia, to i pewnie nie zauważą naszego „szturmu”. Zdzieliłem go więc kolbą przez łeb, to i bezpieczniej, niż gdyby zarobił za kilkadziesiąt metrów dalej — bagnetem, czy nożem w brzuch.

Gówniarz upadł natychmiast, wyciągnął się, jak długi. Wtedy to nagle ogłuszyło mnie bardzo mocno, bardzo, bardzo mocno, mózg odbił mi się od górnej części czaszki, rzuciło mną całym w powietrze, ja wiem — może na półtorej metra, odruchowo zamknąłem oczy, a i tak ujrzałem przez powieki, jak światło potężne prześwituje przez drobne naczynia krwionośne, było to światło absolutnie czerwone i było silniejsze nawet od światła samego Słońca, najjaśniejsze i najczerwieńsze, jakie kiedykolwiek widziałem w życiu!!!

Ocknąłem się po chwili — rzecz przedziwna, bo ostrzał potworny natychmiast ustał, zapadła cisza, chociaż mogła to być fałszywość moich zmysłów, gdyż sam raczej nic kompletnie nie słyszałem, prócz potwornego gwizdu w uszach, a jednak „sielanka” zrobiła się, przecież nie widziałem, żeby gdzie waliło ponad mną, dookoła spokój, ziemia nigdzie nie wzburzała, unosząc się w charakterystycznym, ognistym kształcie…

OTO LEŻAŁEM IDEALNIE NA ŚRODKU OGROMNEGO LEJU, ŚWIEŻEGO, JESZCZE DYMIĄCEGO!

Obejrzałem siebie, obmacałem dokładnie; hełm mi z łba zrzuciło, leżał tuż obok, ale nie zaobserwowałem żadnego choćby draśnięcia na moim ciele, chociaż to przy tej skali pocisku i w centrum praktycznie eksplozji nie było za nic możliwe, było ABSOLUTNIE NIEWYKONALNE!

Rekruta nigdzie nie było w pobliżu. Darmo szukałem jego ciała, chociaż munduru szczątków. Wycofałem się więc jak najszybciej. Okop, w miejscu, gdzie chroniliśmy się przed ostrzałem jeszcze chwilę przedtem, przed tym desperackim „szturmem” szczeniaka, rozwalony był na strzępy i częściowo przysypany ziemią oraz betonowym gruzem.

W końcu, po trzech jeszcze dniach, po odesłaniu na tyły tych, którzy przetrwali jeden z najcięższych ostrzałów artylerii tamtych tygodni, darmo szukałem owego rekruta, pytałem o imię, a tu każdy wzruszał ramionami, w dowództwie zgłosiłem zaginięcie żołnierza, ale nie przyjęli, bo z imienia i stan liczebny kompanii na ten teraz zgadzał się, a skoro nazwiska nie pamiętam, to jakbym ducha zupełnie szukał. Poległo z nas kilkunastu tamtego dnia, trupy były jednak policzone, rozpoznane, zewidencjonowane i wszystko było, jak należy, mojego rekruta wśród nich z pewnością nie było, ciała dla pewności obejrzałem, ordnung za to był, nikt dokładnie nie zaginął.

Kilka dni jeszcze minęło, zanim zacząłem pojmować choć odrobinę, do czego właściwie doszło tamtego dnia. Tak…, o bardzo tak…!!! Przecież JA nie miałem prawa już żyć! Ani gdybym był został w okopie i machnął ręką na szaleństwo rekruta; a i w chwilę po tym, jak zdzieliłem go w łeb kolbą, powinno rozerwać mnie na strzępy i częściowo resztki mojego ciała i munduru zwęglić… W obu przypadkach historii wojennej nie miałem prawa przetrwać artyleryjskiej rzezi!

Oto więc stało się ze mną coś, co stało się z moim losem bieżącym i zatem raczej z przyszłym, jeśli wojnę miałem dalej przeżyć, stało się ze mną coś Nadprzyrodzonego. Coś co nie jest do wyjaśnienia zwykłą miarą, szybko więc doszedłem do wniosku, że — o tak, nie bałem się w końcu tego określenia, po znowu tygodniu chyba — stało się ze mną coś Cudownego! Oto doświadczyłem na jawie ABSOLUTNIE CUDOWNEGO OCALENIA!!!

Jeżeli ktoś mi nie wierzy, to jest zwyczajnie ograniczony i nie dbam o to, ale przyznać jednak muszę, że czas ziemski, jaki upłynął dalej, który jest czasem z natury bardzo krótkim, jest jednak też wystarczająco długi dla człowieka, aby z biegiem miesięcy i jeszcze lat pamięć Cudownego ocalenia zatarła się nieco, aby stawała się mglista. Dzieje się tak dlatego, bo ułomna ludzka świadomość czyni Cud mocniej nierzeczywistym, Cudowne ocalenie zmienia się w baśń kiedyś opowiedzianą, teraz potraktowaną z absolutnie nienależną jej lekkością. I dopiero po „tamtej stronie”, po tej stronie, po której znalazłem się wiele lat później, Cudowne ocalenie odzyskało pełnię swojej powagi. Po pierwsze ze względu na sam fakt jego potwierdzenia, absolutnej afirmacji ocalenia mojego ziemskiego życia na pierwszej wojnie światowej, bezwzględnej i nie podlegającej już żadnej dyskusji wiedzy o tym Cudzie, po drugie, co jest jeszcze bardziej znaczące, ze względu na ciąg wydarzeń następnych, na cały mój los, na wpływ mojej osoby na losy innych ludzi, jaki później, po tym Cudownym ocaleniu wywarłem, czego by przecież nigdy nie było, gdybym był jednak „zawczasu” — odszedł z ziemskiego świata.

Wkrótce dowiecie się, po co to moje Cudowne ocalenie w ogóle miało miejsce, dlaczego Istota Najwyższa zajęła się szczególnie i mną, chociaż dookoła umierały w okropnych męczarniach albo dosłownie w jednej sekundzie tysiące mężczyzn.

Pamiętam, że po tamtym Ocaleniu poprosiłem pryncypała o urlop. Przyznałem, że chyba faktycznie jestem twardy, ale muszę trochę odsapnąć, wyciszyć się, zluzować nerwy.

Drań stanowczo odmówił…

Powiedział, że brakuje mu żołnierzy z doświadczeniem, że ostatnio za szybko, ale to stanowczo za szybko giniemy, że ja mam widocznie jakiś fart, skoro ośmielam się zawracać mu głowę stanem swoich nerwów. Dodał, iż dostajemy kolejne wzmocnienie, świeży transport rekrutów nadejdzie już jutro i ktoś musi zająć się nimi. On sam ma cholernie dużo roboty, chociażby z ewidencjowaniem nas, z wysyłaniem listów do rodzin poległych żołnierzy, bo mają prawo wiedzieć przecież, a on ma dokładnie obowiązek poinformowania ich, że synowie, mężowie, ojcowie, rodzeństwo, czy cholera wie, jakie tam jeszcze powinowactwa przytrafiają się ludziom, w każdym razie muszą oni wszyscy wiedzieć, zgodnie z instrukcją z dowództwa, że martwy żołnierz padł był śmiercią bohaterską i w poczuciu owego dobrze spełnionego, patriotycznego obowiązku. Powiedział też, że zgodnie z życzeniem dowództwa, w co drugim liście informuje, iż poległy odchodził w sposób spokojny, bez bolesny niemal, z wymagającą podziwu godnością wypisaną na twarzy.

Dodał jeszcze, iż teraz powinienem szczególnie świecić przykładem, gdyż nadszedł właśnie mój awans — na sierżanta. Tym bardziej więc prośba moja uwolnienia się od obowiązków jest obecnie całkiem nie na miejscu.

I faktycznie już następnego dnia stanął przede mną szereg podkomendnych rekrutów, mężczyźni w różnym wieku, przeważnie bardzo młodzi, świeże mięso dla artylerii wroga, każdy bez pojęcia o trwaniu w prawdziwym okopie. Dla rzezi, w której mieli za moment wziąć udział, byli jak niezapisane, białe kartki, mające za chwilę zostać strawione na popiół przez potworny ogień.

Zacząłem ich szkolenie od rzeczy podstawowej — od sztuki szybkiego i szczelnego zakładania maski. Pociski wybiorą same, których z nich rozerwać na strzępy, których oszczędzić na później. Nie mieli na to wpływu. Kiedy pojawi się jednak trucizna, sami będą jakby współodpowiedzialni za swoją śmierć, czy kalectwo, jeśli który źle maskę założy, albo zrobi to z gapiostwa, czy w panice — zbyt późno.

Jeszcze noc, jeszcze jeden dzień ćwiczeń i kolejna noc, i poprowadziłem ich przez nasze okopy, rozstawiłem chłopaków gdzie trzeba, sprawdziłem czy każdy ma maskę na miejscu i broń gotową do zabijania.

Niedługo po świcie artyleria zaczęła walić, ale robiła to krótko, jakby nareszcie zabrakło jej pocisków. Potem ktoś z przeciwnej strony wydał rozkaz do ataku i znowu zaczęło się to wszystko, oj, człowieku zaczęło się to całe mordowanie na nowo, robienie dziur w czyichś uniesionych głowach i torsach, chyba że kto akurat wystrzałem w nogę trafił, to i nabijanie na bagnet leżącego, jak trzeba i siekanie szablą było lżejsze, każdy sposób mordowania był dobry, żeby ocalić samego siebie. Żaden z moich świeżych rekrutów nie wyobrażał sobie na co dzień, zanim tu trafił, dość skutecznie i dość prawdziwie, jak to jest faktycznie zabijać i być zabijanym. Bo samo wyobrażenie jest niczym, wobec wbicia metalu głęboko w czyjś brzuch i wobec jego wybałuszenia oczu i jego krzyku, wyobrażenie jest niczym, wobec własnej odciętej ręki, szyi tryskającej krwią spomiędzy palców, parzącej dziury w sercu i jest niczym wyobrażenie wobec własnego wrzasku w potwornym, śmiertelnym bólu, tuż przed samym końcem ziemskiego życia…!!!

Oj — człowieku, na co dzień, nie ujrzałbyś tej charakterystycznej chmury, której ta grupa moich rekrutów doświadczyła zaraz po tym, jak odparliśmy szturm, kiedy zmiarkowali wszyscy, że nie mają gdzie schować się przed kolejnym prawdziwym doświadczeniem, nie jedynie wyobrażonym, kiedy więc sięgali, kolego, jeden pies wie, czy świadomie, czy już odruchowo po te gumy, czuli je zaraz zaciśnięte na twarzach i gapili się przez małe, brudne, okrągłe szybki na śmiertelną mgłę, gdy tamci posyłali do nas truciznę…

Jeszcze później, jak wiatr nieco rozrzedził już to świństwo, wykonywaliśmy mój własny rozkaz i zaczęliśmy rzucać granatami w tamtą stronę, w stronę wroga narzuconego nam przez owe przeklęte „elity narodów” i robiliśmy tak już co jakiś czas, na okrągło, mordowaliśmy się aż po zmierzch, a i kulami i jeszcze parę razy bagnetami zadawaliśmy śmierć, czyniliśmy to znowu… i zapamiętale, w tych szalonych wypadach, w owym absolutnym absurdzie ludzkiej współczesności…!

Rewolucja w Rosji

Bogactwo zaślepia każdego człowieka, jeśli uszyte jest ponad jego miarę. Tak i car nie był wyjątkiem pod tym względem, zabrakło mu wyobraźni dziejowej. Oto upadła trzystuletnia monarchia.

Nieco później, tamtego słynnego dnia „Aurora” wystrzeliła tylko raz i pociskiem ślepym… Potem był alkohol w carskich piwnicach… Nastał chaos, wybuchła wojna domowa rozpętana przez bolszewików, nieprzygotowanych wówczas do sprawowania władzy. Były aresztowania, gwałty, samosądy, egzekucje, nastał okres krwawej rewolucji. Walił się stary porządek „panów”, po nich władzę w wielkim, w wielonarodowym i wielokulturowym kraju przejąć miała „sprawiedliwa władza ludu”.

Oto więc nowi myśliciele zwęszyli swoją szansę. Nie wiedzieli jednak, że w świecie bez twardych ograniczeń moralnych, bez Religii, bez strachu przed odpowiedzialnością ogromną, tą państwową również, gdzie zawsze dojść może do sądu formalnego i tą jednostkową, choćby rozliczaną właśnie aż przed samym Panem Bogiem, muszą myśliciele przegrać z opryszkami, z pospolitymi przestępcami, którzy za chwilę zdecydują również o losie wielu ideowych ojców rewolucji.

Choć było przecież i tak z pewnymi myślicielami, że pośród pospolitych przestępców, stawali się najgorszymi z rzeźników.

Obłędne idee, całkiem fałszywe w założeniach, na które wpadła garstka pseudofilozofów jeszcze w połowie poprzedniego wieku, znalazły swój nowy i żyzny grunt, obrodziły pośród głupoty ludzkiej, rozpanoszyły się w umysłach nie tylko bolszewików. Jedynie słuszne przywództwo zamarzyło się intelektualistom i przyczajonym pośród nich bandytom, naczytali się i nadyskutowali wszyscy o kształtach możliwych niby to obywatelskiego społeczeństwa. Utopia pochłonęła rozum ludzki na dobre, poniosła chytrych oraz idiotów, oraz chamów, ich wszystkich wespół poniosła ślepa podnieta własnego udziału w dziejach.

I tak działo się niewyobrażalnie sporo, oj, „towarzysze” wiele złego, okrucieństwa ogrom dział się w ten czas w chaosie, dalej w stan tragedii już zaplanowanej weszliśmy, kiedy dwaj dyktatorzy, jeden po drugim, umocnili władzę nad narodami, w naszej Wielikiej Rossyj. Nie byli sami, oczywiście inni pomniejsi dyktatorzy byli w ich otoczeniu, grono ambitnych morderców zjednoczonych wokół wspólnego interesu. Owych rzeźników podniecał najbardziej ze wszystkiego ów nieograniczony wpływ na losy milionów; było to uczucie wręcz graniczące z wyobrażeniem o możliwościach Pana Boga…! Wkrótce jednak liczni z nich mieli stracić swoje życie, ponieważ lojalność wobec dyktatora panującego, wierność sztucznemu systemowi ideowemu narzuconemu ludom terrorem, wcale nie oznaczała własnego bezpieczeństwa. Każda krwawa rewolucja ma tę cechę, że pożera swoje dzieci, pustoszy wyższe i niższe szczeble władzy.

Dla samego dyktatora panującego najważniejsza jest oczywiście władza absolutna. Żaden dyktator jednak nie ma pojęcia o bezsprzecznej, o niepodważalnej, o absolutnie nagiej prawdzie, iż sięgnięcie po ten gatunek władzy, świadczy o chorobie psychicznej człowieka, udowadnia kliniczne szaleństwo jednostki. Tylko natury upośledzone i kryminalne zarazem stać na marzenie i na czyn władzy absolutnej.

I nie ma w tym stwierdzeniu cienia przesady, gdyż żaden mądry mąż stanu, żaden przywódca kierujący się prawymi pobudkami, troską o dobro ogółu, nie stanie się głuchym na zdanie i na potrzeby innych. Pokutuje w nim świadomość, że żadna z istot ludzkich nie weszła i nigdy nie wejdzie w posiadanie monopolu na mądrość i na słuszność poglądów. Dobro polityczne ogółu, to wypadkowa dobrej woli, słusznych postępowań wielu polityków. Każdy człowiek z osobna, nawet najgenialniejszy, jest zbyt ograniczony, aby móc rządzić — światem. Monopol władzy absolutnej jednego człowieka, czy chociażby nawet grupy ludzi skupionej wokół jednej idei, monopol, czyli wykluczenie, czyli wyeliminowanie innych poglądów, oznacza zawsze stąpanie drogą zbrodni.

Więc dokonując zbrodni, społeczni myśliciele, intelektualiści i te zwykłe szumowiny, zwykłe prymitywy, zajęli miejsca nadętych panów, trzeba przyznać, iż otoczonych przez wieki blichtrem, wypełnionych pogardą dla „maluczkich” i tym całym wyniosłym — bla…, bla…, bla… Z kolei rewolucjoniści przeistoczyli się już w twardych i bezwzględnych władców lokalnych, otrzymywane od wodzów plany aresztowań i zsyłek wykonywali z ogromnym, z „rewolucyjnym” wręcz zapałem. O tak, o bardzo tak…! — oto na długo jeszcze przed dojściem do władzy nazistów na Zachodzie, na Wschodzie zorganizowano potworny, masowy system wyniszczania ludności, system obozów zniewolenia, zadawania gwałtu i śmierci. Śmierci zbierającej żniwo pośród chorób i niedożywienia. Dla zaspokojenia krwiożerczego obłędu wodzów, jeszcze raz — jednego po drugim — i z gorliwości pozostałych morderców, wykonawców ich zbrodniczych poleceń, rozrastał się zatem w tym swoistym, w swoim przerażającym rytmie — Gułag.

I ja z grubsza podążyłem za tą ideą odrzucenia precz świata kapeluszy z piórami i śmiesznych meloników, cieszyłem się przecież z gwałtownych zmian w tamtym czasie, i moje serce wypełniła odwrotna pogarda dla niedawnych elit, dla ich „cuchnącego bogactwa, dla okradania z dóbr mas ciężko pracujących, z dóbr, którymi powinni panowie i panie dzielić się szczerze, a skoro nie robili tego, to trzeba było zatem odebrać im siłą, co nasze, co ludu, co powinno należeć do wszystkich i służyć wspólnemu dobru…” I ja dałem się na jakiś czas omamić owemu złudzeniu, że nowa władza zbuduje świat człowieka sprawiedliwego.

Mordy i gwałty, aresztowania powszechne, zsyłki, przesiedlenia stały się więc częścią nieodzowną naszej rzeczywistości, czego ja z początku nie pojąłem, a u podstaw tego wszystkiego, jak już wspomniałem, była choroba psychiczna wodzów i tych, którzy im służyli oraz szczególnie w terenie, szczególnie na prowincji, gorliwość we wprowadzaniu w życie elementów centralnie zaplanowanego przestępstwa, przestępstwa na ogromną skalę, był więc ten pęd prowincjonalnych aparatczyków do choćby pomniejszej kariery, był ich ambicjonalny głód przypodobania się wodzom, nadzieja zostania zauważonym i był oczywiście wszechobecny strach. Tymczasem przecież wodzowie wyobrazili sobie rzecz absolutnie szaloną, rzecz całkiem niepojętą, urzeczywistnili idee, dla których miliony ludzi w swojej masie mogły być czymś na kształt materii plastycznej, którą można formować w historii w dowolny zatem sposób! Tak rozlała się na całą naszą Rosję (a wkrótce też przecież i na inne części świata) największa zbrodnia współczesnej nam cywilizacji — anulowanie ważności życia pojedynczego człowieka!

A przecież jest tak, iż powszechna zgoda na śmierć jednego, niewinnego człowieka, już jest zbrodnią.

Więc owe nadęte i utopijne hasła zaczęły rządzić naszym życiem, kłamstwo polityczne osiągnęło gigantyczny, nieznany dotąd w całej ludzkiej historii rozmiar, pochłonęło finalnie miliony bezbronnych ofiar! Armia „oficerów politycznych”, funkcjonariuszy rozbudowanego aparatu terroru, ustawiła życie ludzkie do góry nogami. Było to tak, jakby odwrócić organizm skórą do środka, mięśniami i narządami na wierzch. Wszystko straciło odporność na wewnętrzną zarazę, choroba ogarnęła całe ciało, narządy zaczęły psuć się, gnić i śmierdzieć!

Tak, tak…, o tak, tak…, śmierdziało wokół nas, śmierdziało wszędzie! Socjalistyczna utopia, jako że jest jedynie utopią i nigdy niczym więcej, w praktyce zanurzyła nas w oceanie cierpienia ludzkiego, pośród rządów przestępców. Przyznaję, że nie wiedziałem, że nie miałem wówczas też jeszcze pojęcia, iż cały „wielki marksizm”, to była pseudonaukowa bzdura! Historia przecież nie jest i nigdy nie będzie gatunkiem nauki ścisłej. Historia to nic innego, jak chronologiczna nauka o faktach, zdarzeniach, które miały miejsce. Ona też nie posiada ścisłych prawideł swojego rozwoju, tak rozwija się jedynie wiedza i technika, podczas gdy z biegiem historii trwa nieustanna walka dobra za złem, Wiary z satanizmem, piękna z brzydotą. Aczkolwiek walka ta ma przeróżne, zmieniające się przecież oblicza. Owszem, feudalizm oraz monarchia to już za bolszewików były, tak i zawsze już są to przeżytki, ale w praktyce właściwy rozwój społeczeństw sprowadza się do tej podstawowej zasady — aby nie dopuszczać pod żadnym pozorem do autorytarnych rządów jednostek niemoralnych. Jeżeli więc tworzono „wielkie filozofie”, „olbrzymie systemy”, zyskujące autorytet chociażby ilością stron w druku i pewnym nowatorstwem myślenia, to ta jedna zasada, zasada intencjonalnego i realnego w realizacji dobra społecznego, osadzona zatem również w realiach demokratycznych mechanizmów, druzgocąco obala wszelkie utopijne, ludzkie, pseudonaukowe wypociny!

Owszem zatem, historia ma i tę pewną prawidłowość, tak ją zdołałem po latach zauważyć i ją za słuszną całkiem uznaję — że nasz Pan musi Cudownie w niej zawsze Interweniować, kiedy człowiek zepsuje coś potwornie w historii swojej.

Ale też, o tak! — i przyznać absolutnie przecież sam muszę, że gdybym już wówczas był tak mądry, jak jestem w miarę teraz, to najprawdopodobniej nie dane było by mi dłużej pożyć, wywęszono by to moje obecne „kontrrewolucyjne” nastawienie, to moje „burżuazyjne” i „szpiegowskie”, i „anty-proletariackie” myślenie. Gdybym nawet nie wypowiadał się publicznie w tych sprawach, gdybym trzymał owe przemyślenia jedynie w głowie swojej, to i tak wyciśnięto by ze mnie całą, nagą prawdę, wyczytano by ją w moich oczach i odebrano w gestach. Więc pewnie i też dla zwykłego, ludzkiego przetrwania, było praktyczne przez chwilę mojego życia, że byłem tak naiwny, jak całe zastępy moich rodaków.

I zatem zadać więc trzeba tutaj to istotne pytanie, kimże my właściwie jesteśmy? Nie tylko właśnie wy, moi rodacy, nie tylko ja, ale mam na myśli wszystkich innych, więc ludzie pytam was, kimże my jesteśmy, skoro miliony potrafią oddać się błędnym założeniom ideologicznym i pozwalają miliony z nas, aby w imię tych błędnych założeń wycinano nas masowo w pień? Kimże my więc jesteśmy, skoro miliony z nas, w jednej zaledwie chwili historii, potrafią uwierzyć w te same, bzdurne slogany? Bo nie łudźmy się w tej sprawie oraz nie łudźmy się też w sprawie innych totalitaryzmów, gdyż to znowu miliony z nas uwierzyły w nie i tą silną wiarą, i tą jej MASOWOŚCIĄ, i postępowaniem swoim, i również odwrotnie — tą bezczynnością, usankcjonowały ich istnienie. A jeszcze są tacy przecież idioci, którzy po wielu latach, kiedy wszystko jest wiadomo, kiedy zbrodnie potworne są już ujawnione, są tacy, co jeszcze tęsknią do owych systemów…

Ot i taki nastał czas, oto, gdy nie jesteś prosty, nie jesteś prymitywny, źle czujesz się w kolektywie, toś jest prawdziwa zaraza, nie towarzysz i nie godny jesteś, by żyć na Ziemi, chleb przejadać, który powstaje jedynie dla wspólnego, partyjnego „dobra”, dla ciężko pracujących robotników. Wrogiem ty ludu jesteś!

Albo, jest też tak, że gdy prosty jesteś, a jednak pracować ci się nie chce lub najzwyczajniej przechodziłeś ulicą w nieodpowiednim czasie, czyli miałeś pecha w związku z łapanką, masz inteligenckie dłonie, zbrodniczo nie naznaczone codziennym, jedynie wartym, fizycznym trudem, albo marzyła ci się produkcja żywności na własnej ziemi, która — jak wszystko — powinna być wspólną, zamarzył ci się własny zysk, o tak…, o po wielokroć tak!!! — jesteś gnojem burżuazyjnym, jesteś „elementem pasożytniczym”, antyspołecznym i nadajesz się jedynie do rozłupywania kamieni i nie wart jesteś, aby ci nawet za tę pracę zapłacono cokolwiek więcej, ponad możliwość ciężkiej wegetacji… Bo wrogiem ty ludu jesteś!

Tak, tak, ogromna fala szalonych zmian przetoczyła się przez całą naszą Rosję! Darmo „biali” trudzili się, na samym początku tej sprawy, żeby jeszcze bieg historii odwrócić. Rzadko co zdoła pokonać terror od ręki. Pierwej musi wypalić się, pochłonąć mnogość ludzkich istnień, zanim Bóg sam sprawi, iż nareszcie upadnie. Ów mechanizm powtarza się na mniejszą, czy na większą skalę, odkąd nasz, czyli człowieczy świat, zaczęli urządzać krwawi dyktatorzy! A zatem znowu wychodzi na wierzch to historyczne prawidło o konieczności Bożych Interwencji!

Przyznaję się, żeby kto nie zarzucił mi zakłamania, więc przyznaję się szczerze, kolejny raz podkreślam to, że ja również z początku uwierzyłem bolszewikom i cieszyłem się bardzo z upodlenia tych egoistów, tych nadętych panów. Trzeba było jedynie przetrwać jakoś ten ciężki okres walki na śmierć i życie, potem miało być sprawiedliwiej, o — znacznie sprawiedliwiej dla wszystkich, po ostatecznym zwycięstwie wspaniałej i wielkiej rewolucji.

Więc zapisałem się. To prawda, iż nie od razu, znacznie później, czyli nie zaraz w pierwszym roku po szturmie Pałacu Zimowego, ale przecież zapisałem się, więc i ja zacząłem nosić tę bardzo ważną legitymację partyjną. Owszem, nie miałem w rękach broni, nie zastrzeliłem żadnego kontrrewolucjonisty, bo mi sumienie i Wiara nie pozwalały, ale dołączyłem formalnie do naszej „rewolucji proletariatu” — poprzez członkostwo w partii. Szybko też zauważyłem, jak praktyczne było to posunięcie, ponieważ gdy zdawać by się mogło, że wróg został już chyba pokonany, kiedy wojna domowa jako taka skończyła się w ojczyźnie, wyrżnięto białych i położono zwycięski kres wszelkim, zbrojnym interwencjom „mocarstw burżuazyjnych”, to jednak nadal miało się wrażenie, iż trwa jakaś wojna dookoła nas. Była to wojna „podjazdowa”, była to wojna z wewnętrzną świadomością narodów, odtąd żyjących w „republikach rad”, a także wojna z „agenturalnym wrogiem”, który nigdy nie spał, czaił się za każdym niepowodzeniem, zwłaszcza wszelkim nieudanym przedsięwzięciem, tym organizacyjnym, czy produkcyjnym. Więc, gdy szło cokolwiek nie tak, jak powinno iść, to stać musiał za tym wróg ukryty, jakiś pasożyt, skoro partia robiła wszystko, jak należy i z pełnym zaangażowaniem i ze znawstwem, robiła co trzeba, a jeżeli tak to było przedstawiane w wersji oficjalnej, obowiązującej, jedynie słusznej — państwowej — to zatem było absolutnie bezpieczniej samemu należeć do partii.

Wszędzie pytano o legitymację, jak coś trzeba było załatwić. Jeśli nie miałeś jej, trzeba było czekać czas nieokreślony, żadnej pewności nie było, że ktokolwiek poprowadzi twoją sprawę, mogła ciągnąć się w nieskończoność, leżąc sobie w urzędzie. A spraw, różnych formalności było mnogo, co rusz to jakieś nowe obwieszczenia i przepisy wchodziły w życie.

Podkreślić naprawdę to muszę, że od razu, tamtego pamiętnego dnia, kiedy zapisałem się, zrobiło mi się lżej sporo z tą legitymacją w kieszeni i szło mi się tak jakoś nawet odważniej, swobodniej ulicami naszego miasta. Co dopiero przecież mówić później, o załatwianiu tych przeróżnych formalności.

To zapisanie, to posunięcie rozsądne, ten ruch może i nawet nieco „patriotyczny” z mojej strony, „obywatelski”, okazał się jednak, Panie nasz, nie wystarczający dla własnego bezpieczeństwa. I dlatego właściwie przychodzi mi do głowy teraz to pytanie, czy zatem istniało jakiekolwiek możliwe posunięcie w nowej, porewolucyjnej rzeczywistości (chociaż oficjalnie tkwiliśmy w „nieustannej rewolucji”), które dawałoby człowiekowi gwarancję nietykalności, pewność swobodnego żywota? I więc zważywszy na to, co spotkało mnie dalej, zważywszy też na los tysięcy ludzi, o których otarłem się, a którzy na pewien sposób stali się mi bliscy poprzez podobieństwo cierpień, muszę z przykrością stwierdzić, że nie. Nie było takiej metody, żadnego skutecznego sposobu bycia bezpiecznym. Nawet legitymacja partyjna, podparta chociaż tymczasowym, ale „słusznym” i szczerym przekonaniem ideologicznym, nie chroniła jej posiadacza. Prawda jest taka, że wkrótce po przejęciu władzy przez bolszewików, wszyscy, jak okiem sięgnąć, zaczęliśmy bać się. Kto nie doświadczył totalitaryzmu, ten nie wie, o czym jest mowa w poprzednim zdaniu. Między innymi, zaczynasz człowieku brać pod uwagę, że każde wyjście z domu może być twoim ostatnim. I wcale nie jest dość na tym! To stwierdzenie dopiero rozpoczyna temat obfity, jak wody Wołgi i tak samo długi, jak ta rzeka. Panie, nasz Panie, zmiłuj się nad nami, bo oto bolszewizm szybko odebrał też jeszcze tak fundamentalne poczucie bezpieczeństwa — we własnych ścianach! Było w tamtych czasach przecież całe mnóstwo, absolutne mnóstwo aresztowań i często przeprowadzano je w nocy, kiedy człowiek wyrwany nagle ze snu, budził się jeszcze w swojej pościeli, w absolutnie dramatycznym momencie życia!

Skoro zacząłem opowiadać, o tych złych stronach rewolucji, a jednocześnie przyznałem się już do tego, że z początku popierałem bolszewików, i że nawet zapisałem się do partii, to możecie więc zadać mi teraz pytanie, kiedy tak naprawdę przeszła mnie „miłość” do tych wielikich, społeczno-politycznych zmian. Odpowiem i przyznam, że wcale to przejrzenie na oczy nie przyszło mi tak szybko, a wręcz przeciwnie, dalej jeszcze kawałek historii mojej potoczył się w głupocie własnej i w strasznej naiwności zwykłego człowieka.

Mieszkałem w mieście wielikim i ważnym, nie tylko dla samej rewolucji, ale i dla przeszłości całego narodu rosyjskiego. Aaa, no tak… — staliśmy się narodem radzieckim. Więc, jak mówię, mieszkałem sobie spokojnie dość blisko centrum miasta, chociaż nasza ulica akurat nie wyglądała na tę z reprezentacyjnych, u nas akurat nie było budynków monumentalnych, tych eleganckich, stały tu rzędy raczej przypadkiem zestawionych ze sobą niskich, drewnianych domów i warsztatów. Czyli nikt chyba, żaden z architektów miasta, nie zaplanował tak naszego trwania w tym miejscu. Konieczność służenia bogatym ludziom, mieszkającym w domach ogromnych, no i nieco też ubogim sąsiadom, założyła naszą dzielnicę.