Pyszna zmiana, czyli moje życie bez glutenu - Agata Młynarska, Grażyna Rydzewska - ebook
Opis

Odkąd pamiętam, bardzo często bolał mnie brzuch. W szkole przed klasówkami, przed ważnymi spotkaniami, ale też na wakacjach, a nawet wtedy, kiedy wszystko było dobrze. Próbowałam różnych sposobów, by sobie pomóc, aż wreszcie niedawno trafiłam na miesiąc do szpitala.
Okazało się, że najważniejszym powodem różnych moich dolegliwości jest nietolerancja pokarmowa, która podstępnie, cicho i bardzo często bez objawów niszczy organizm. Nie mogę jeść niczego, co zawiera gluten. Odstawiłam też krowie białko i produkty przetworzone.

Być może i Ty cierpisz każdego dnia – boli Cię głowa, swędzi skóra, masz spuchnięty brzuch, źle śpisz albo nie opuszcza cię chroniczne zmęczenie. Myślisz, że już nic nie da się zrobić, że tak musi być, że taka twoja uroda... A przecież możesz sobie pomóc od razu. Wszystko bowiem zależy od tego, czym karmisz swój organizm, co jesz.

Dzięki mojej diecie nie tylko przestał mnie boleć brzuch, ale też wyleczyłam inne dolegliwości, które towarzyszyły mi przez większość życia. Mam nadzieję, że raz na zawsze pożegnałam się z astmą i atopowym zapaleniem skóry.

Niech ta książka będzie dla Ciebie pomocą w zawiłym świecie odżywiania, które może być przyczyną wielu chorób lub kluczem do zdrowia. Zależy to wyłącznie od Ciebie.

Zapraszam Cię na pyszne i zdrowe jedzenie w towarzystwie prof. Grażyny Rydzewskiej, Agnieszki Pęksy i Ewy Olejniczak.
Smacznego!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 170

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WSTĘP,czy­li przy­staw­ka

To nie jest książka o ko­lej­nej die­cie cud. Chcę po­dzie­lić się z wami doświad­cze­niem, które zdo­byłam przez ostat­nie mie­siące. Dzięki nie­mu zro­zu­miałam, że je­dze­nie to źródło na­sze­go do­bre­go lub fa­tal­ne­go sa­mo­po­czu­cia – w zależności od tego, jak je trak­tu­je­my.

Za­wsze czułam, że w tym, co jem, musi być coś, co mi szko­dzi. Zma­gałam się z za­par­cia­mi, rozdętym brzu­chem, bólami głowy i zmęcze­niem. Od lat le­czyłam się na astmę i aler­gie skórne. Z ja­kie­goś po­wo­du die­ty, które cza­sem sto­so­wałam, nie przy­no­siły efektów. Za­sta­na­wiałam się, jak to jest, że jem tak mało ka­lo­rii, a nie mogę schudnąć. Le­czyłam gor­sze sa­mo­po­czu­cie do­mo­wym rosołkiem, kaszą manną, którą uwiel­białam, szklanką ciepłego mle­ka. Po la­tach oka­zało się, że te rze­czy – za­miast po­ma­gać – szko­dziły. Nie ko­ja­rzyłam faktów, ob­jawów, nie od­czy­ty­wałam sy­gnałów wysyłanych przez or­ga­nizm.

Te­raz już wiem, że nie to­le­ruję glu­te­nu i lak­to­zy. Nie zda­wałam so­bie spra­wy, ja­kie spu­sto­sze­nia w or­ga­ni­zmie może czy­nić glu­ten. Bar­dzo często bez oczy­wi­stych i wi­docz­nych ob­jawów, po ci­chu, ale sys­te­ma­tycz­nie nisz­czy. Właśnie tak działo się ze mną.

Mu­siałam po­zbyć się złych na­wyków, a kon­kret­nie: do­ko­nać za­ma­chu na moje menu, prze­pro­wa­dzić re­wo­lucję w do­tych­cza­so­wym spo­so­bie je­dze­nia. Ale prze­cież przy­zwy­cza­je­nie jest drugą na­turą człowie­ka. Jak przy­wi­tać dzień bez uko­cha­nej kawy? Jak nie zjeść na śnia­da­nie pysz­nej, pachnącej bułecz­ki, jak odpuścić so­bie ru­skie pie­ro­gi? Trud­ne, ale wy­ko­nal­ne.

Nie tyl­ko od­sta­wiłam wszyst­ko, co za­wie­ra glu­ten, kro­wie mle­ko i jego po­chod­ne, ale też wszyst­ko, co jest sztucz­ne i prze­two­rzo­ne. Za­wzięłam się, bo grałam o naj­wyższą stawkę, czy­li własne zdro­wie.

I stał się cud! Brzuch prze­stał mnie boleć, nie mam już wzdęć i za­parć. Od trzech mie­sięcy nie używam leków na astmę, skończyły się moje pro­ble­my ze skórą. Le­piej śpię, nie boli mnie głowa, je­stem spo­koj­niej­sza, mam lep­szy nastrój i więcej siły.

Dziś uważam, że mie­siąc spędzo­ny na od­dzia­le ga­stro­lo­gii zo­stał mi po­da­ro­wa­ny po to, bym raz na za­wsze zro­zu­miała, że to, co jemy i jak funk­cjo­nu­je­my, ma de­cy­dujący wpływ na jakość na­sze­go życia. Trud­no o większy banał. A jed­nak, kie­dy leżysz w szpi­ta­lu i bar­dzo cier­pisz, nie brzmi to już tak try­wial­nie. Kie­dy mnie wy­pi­sa­no, byłam bar­dzo słaba, nie miałam siły na nic. A tu trze­ba było jeść, i to co trzy go­dzi­ny! Na­wet nie próbowałam go­to­wać so­bie sama. Szu­kałam kogoś, kto mi pomoże. Oka­zało się, że do­bre du­chy czu­wają. Naj­pierw sy­tu­ację ra­to­wała mama. Po­tem ode­zwała się do mnie jed­na z naj­lep­szych pol­skich ku­cha­rek, wie­lo­let­nia sze­fo­wa kuch­ni w ho­te­lach In­ter­Con­ti­nen­tal i She­ra­ton, Ewa Olej­ni­czak. Nie­daw­no uro­dziła dziec­ko, była na urlo­pie ma­cie­rzyńskim i szcze­rze wy­znała, że już trochę nu­dziło się jej bez go­to­wania. Współpra­ca? Spróbuj­my. Stwo­rzyła mnóstwo prze­pisów na da­nia dla ta­kich trud­nych przy­padków jak ja. Niech staną się one in­spi­racją dla wszyst­kich, którzy sami nie po­tra­fią po­ra­dzić so­bie w kuch­ni spe­cjal­nej tro­ski, a lubią do­brze zjeść.

Po­mysł na tę książkę po­wstał pod­czas rozmów z panią Agnieszką Pęksą – die­te­tyczką na od­dzia­le ga­stro­en­te­ro­lo­gii Cen­tral­ne­go Szpi­ta­la Kli­nicz­ne­go MSW w War­sza­wie. Ona była moim świa­tełkiem w tu­ne­lu, kie­dy zwątpiłam, że jesz­cze kie­dykolwiek będę mogła jeść smacz­nie. Po zdia­gno­zo­wa­niu mo­jej cho­ro­by byłam pew­na, że przede mną już tyl­ko kle­ik ryżowy z mar­chewką i go­to­wa­nym in­dy­kiem. Ale kie­dy pani Agniesz­ka przysłała mi pierw­sze ze­sta­wy mo­je­go no­we­go menu, do­tarło do mnie, że jesz­cze nie wszyst­ko stra­co­ne. Więcej – że cze­kają mnie fa­scy­nujące od­kry­cia w świe­cie no­wych smaków, praw­dzi­wa uczta.

Naj­ważniej­sza jed­nak była in­spi­ra­cja i życz­li­we wspar­cie pani pro­fe­sor Grażyny Ry­dzew­skiej, jed­nej z naj­wy­bit­niej­szych spe­cja­li­stek w dzie­dzi­nie chorób prze­wo­du po­kar­mo­we­go. Mądra, cier­pli­wa, ser­decz­na i piękna, każdego dnia pod­czas ob­cho­du do­da­wała mi otu­chy i uczyła cier­pli­wości. To dla mnie wiel­ki za­szczyt, że przyjęła za­pro­sze­nie do wzięcia udziału w pra­cy nad tą książką.

Mam na­dzieję, że mój przykład pomoże tym, którzy cier­pią na nie­swo­iste za­pal­ne cho­ro­by je­lit, a także tym, którzy chcie­li­by za­sta­no­wić się poważniej, co i jak jeść, by już więcej nie cho­ro­wać.

Bo być może i ty cier­pisz po­dob­nie, jak ja cier­piałam. Po wi­zy­tach u różnych le­ka­rzy, wy­ku­pie­niu ko­lej­nej re­cep­ty myślisz, że już nic więcej nie da się zro­bić. A czy pamiętasz swo­je sa­mo­po­czu­cie po dzi­siej­szym śnia­da­niu? Przy­po­mi­nasz so­bie, co zjadłaś na obiad we wto­rek, co było na ko­lację w piątek? Nie sku­pia­my się na ta­kich rze­czach, przy­wiązu­je­my do nich małą wagę. A może to się zmie­ni, gdy spróbu­jesz po­pro­wa­dzić dzien­nik żywie­nio­wy, jak ra­dzi pani Agniesz­ka? Po pro­stu za­ob­ser­wuj, jak się czu­jesz po je­dze­niu. Może masz ob­ja­wy po­dob­ne do mo­ich lub ta­kie, o których opo­wia­da pani pro­fe­sor Ry­dzew­ska?

I wie­cie co? Prze­ma­wia do mnie zda­nie: „Je­steś tym, co jesz!”. Je­stem krzepką rzod­kiewką albo ciężko­strawną fa­solą. Zgrabną kre­wetką albo tłustą flądrą. Za­baw­ne? Trochę tak. Ale też in­spi­rujące. Bo te­raz, gdy umiem wy­bie­rać je­dze­nie i wiem, co który pro­dukt może mi dać albo ode­brać, po­tra­fię le­piej o sie­bie dbać. Trosz­czyć się o moje nie­swo­iste je­li­ta tak, jak na to zasługują.

I na­prawdę wierzę, że na­sze zdro­wie zależy tyl­ko od nas.

Dla­te­go na­pi­sałam tę książkę i od­daję ją w wa­sze ręce. Za­czy­na­my. Możecie jeść przy czy­ta­niu – byle z głową.

Aga­ta Młynar­ska

1Z WO­RO­NI­CZA POD KROPLÓWKĘ, czy­li lek­cja cier­pli­wości

To był maj, bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że Sa­ska Kępa pach­niała bzem, ale o tym prze­ko­nać się nie mogłam, bo dal­szy ciąg hi­sto­rii, którą chcę się po­dzie­lić, jest zupełnie inny niż w pio­sen­ce. Tego maja od po­nad dwóch ty­go­dni leżałam w szpi­ta­lu. Nie wie­działam, co się dzie­je ani jak długo ten stan po­trwa. Byłam poważnie cho­ra. Coś się stało, choć nikt nie po­tra­fił mi w tam­tej chwi­li po­wie­dzieć co. A ja chciałam szyb­ko usłyszeć dia­gnozę. Mijały dni, a pro­fe­sor Grażyna Ry­dzew­ska, sze­fo­wa od­działu ga­stro­lo­gii z Cen­tral­ne­go Szpi­ta­la Kli­nicz­ne­go MSW, pod­czas ob­chodów rozkładała ręce: „Cze­ka­my, pani Aga­to”. Cze­ka­my, ale na co, u li­cha? Za­trzy­ma­no mnie w bie­gu, wytrącono z torów, tkwiłam w bez­ru­chu – to było nie do znie­sie­nia. Czy na­prawdę tak trud­no stwier­dzić, dla­cze­go boli brzuch?!

Pani pro­fe­sor uśmie­chała się i zachęcała do cier­pli­wości. Tak, ona wie, cze­ka­nie jest naj­trud­niej­sze, ale żeby po­sta­wić dobrą dia­gnozę, trze­ba cza­su. Nie wszyst­kie ob­ja­wy są jed­no­znacz­ne, wy­ni­ki wciąż nie po­zwa­lają stwier­dzić, co się ze mną dzie­je. Po­win­nam uzbroić się w cier­pli­wość, leżeć i być do­brej myśli. Słuchałam tych słów, próbowałam od­wza­jem­nić uśmiech, ale w środ­ku wszyst­ko się we mnie go­to­wało.

Na szpi­tal­nym łóżku wylądowałam po jed­nym z pro­gramów Świat się kręci, który pro­wa­dziłam co­dzien­nie na żywo w TVP1. Pew­ne­go dnia wyszłam ze stu­dia pro­sto do szpi­ta­la. Prze­rażający ból brzu­cha – sta­ry zna­jo­my. Byłam prze­ko­na­na, że wy­star­czy szyb­ka ak­cja ra­tun­ko­wa. Już mi się to parę razy przy­tra­fiło, tłuma­czyłam so­bie: znów jakiś kry­zys, przemęcze­nie, za dużo stre­su. Wy­gram z tym. Ale tym ra­zem miało być in­a­czej. Z dnia na dzień zastąpił mnie Ma­ciek Ku­rza­jew­ski, a ja wma­wiałam so­bie: bez pa­ni­ki, le­ka­rze mają swo­je me­to­dy, za kil­ka dni wrócę i znów wszyst­ko będzie do­brze. Mam prze­cież pla­ny, za­da­nia. Przede mną był fe­sti­wal pio­sen­ki w Opo­lu. Pierw­szy raz miałam stanąć na sce­nie le­gen­dar­ne­go am­fi­te­atru w bar­wach TVP1. Eks­cy­tująca per­spek­ty­wa. Myślałam: „Mamy maj, fe­sti­wal jest w czerw­cu, na pew­no uda mi się wszyst­ko przy­go­to­wać i po­je­chać. Prze­cież nie będą mnie tu trzy­mać w nie­skończo­ność”.

Podłączo­na do kroplówek stu­dio­wałam sce­na­riusz i oma­wiałam po­mysły na moją fe­sti­wa­lową kre­ację. Tak to lubię, tak mnie to nakręca. Kie­dy więc będę już mogła cie­szyć się tym wszyst­kim? I co znaczą słowa pani pro­fe­sor: „Nig­dy nie da się po­wie­dzieć na sto pro­cent, kie­dy cho­ro­ba odpuści”. Jak to? Na­wet taka spe­cja­list­ka, tak wiel­ki au­to­ry­tet jak ona nie może tego prze­wi­dzieć? Za­sy­py­wałam ją py­ta­nia­mi i nie do­cie­rał do mnie ar­gu­ment, że ta­kie po­sta­wie­nie spra­wy jest naj­uczciw­sze. Czy­li: „nie wia­do­mo kie­dy”. Od­bi­jałam się od ścia­ny, słysząc set­ny raz: „tyl­ko cier­pli­wość, po­ko­ra i spokój są sprzy­mie­rzeńcami do­brej dia­gno­zy”. Nie­cier­pli­wiłam się co­raz bar­dziej, iry­to­wało mnie drep­ta­nie w miej­scu.

Wresz­cie po­ja­wił się jakiś kon­kret. Po ko­lej­nym ba­da­niu USG za­padła de­cy­zja: trze­ba usunąć pęche­rzyk żółcio­wy. Są ka­mie­nie, praw­do­po­dob­nie to one wywołują ten po­twor­ny ból, który po­wra­ca od dłuższe­go cza­su. Ból podstępny i nie­prze­wi­dy­wal­ny. Nig­dy nie wie­działam, kie­dy zno­wu mnie do­pad­nie. Ucie­szyłam się, bo te­raz po­ja­wiła się per­spek­ty­wa roz­pra­wie­nia się z nim raz na za­wsze. I tak tra­fiłam na stół ope­ra­cyj­ny pro­fe­so­ra Mar­ka Dur­li­ka.

Ba­nal­na ope­ra­cja, wy­ko­nu­je się ją w szpi­ta­lach ru­ty­no­wo. Usu­nięcie pęche­rzy­ka żółcio­we­go (czy­li cho­le­cy­stek­to­mia – jak do­czy­tałam w In­ter­ne­cie) to nic nad­zwy­czaj­ne­go – po­cie­sza­li zna­jo­mi. Moja mama to miała, cio­cia, sąsiad­ka, szef – wy­grze­by­wa­li z pamięci. Na ka­micę, czy­li pia­ski i złogi w pęche­rzy­ku, cier­pi na­wet jed­na piąta po­pu­la­cji; czte­ro­krot­nie częściej ko­bie­ty. Ope­ra­cja to naj­lep­sze roz­wiąza­nie. No to ciach i będzie po bólu – ucie­szyłam się.

PROF. GRAŻYNA RY­DZEW­SKA O FUNK­CJI PĘCHE­RZY­KA ŻÓŁCIO­WE­GO

Pęche­rzyk żółcio­wy (mamy go po pra­wej stro­nie brzu­cha pod żebrem) jest swe­go ro­dza­ju ma­ga­zy­nem żółci wy­twa­rza­nej przez wątrobę i po­trzeb­nej między in­ny­mi do tra­wie­nia tłuszczów w je­li­tach. Jeśli na­sze posiłki są zbyt tłuste i or­ga­nizm nie nadąża z tra­wie­niem tłuszczy, pęche­rzyk do­sta­je sy­gnał i wy­rzu­ca z sie­bie porcję żółci. Kie­dy jed­nak żółć nie wydo­sta­je się z pęche­rzyka, na przykład z po­wo­du głodówki lub nie­re­gu­lar­nie spożywa­nych posiłków, to – zgod­nie z za­sa­da­mi fi­zy­ki – za­cho­wu­je się jak ciecz, która stoi. Za­wsze coś się z niej wytrąca. Zbyt długie jej za­le­ga­nie w pęche­rzyku pro­wa­dzi do ka­mi­cy, jak po­tocz­nie na­zy­wa­my tworzące się w pęche­rzy­ku złogi wytrącające się z żółci: krysz­tałków cho­le­ste­ro­li i soli żółcio­wych. Mogą one za­le­gać w pęche­rzy­ku i w zwężeniach dróg żółcio­wych. Niektóre są małe jak ziarn­ka pia­sku, ale zda­rzają się także kil­ku­cen­ty­me­tro­we oka­zy.

Utarło się prze­ko­na­nie, że pro­ble­my z pęche­rzy­kiem żółcio­wym częściej ma płeć piękna, płodna, pulch­na i po czter­dzie­st­ce, a więc 4 * P. Bar­dzo ogólnie tłuma­czyło się to tym, że ko­bie­ty cho­rują częściej ze względu na nie­co inną niż u mężczyzn go­spo­darkę hor­mo­nalną. Rodzą dzie­ci, tyją, prze­kwi­tają. Dziś ta za­sa­da nie do końca jest ak­tu­al­na. Często do ka­mi­cy do­cho­dzi u pa­cjentów wręcz wy­chu­dzo­nych, długo głod­zo­nych. Ka­mie­nie utrud­niają odpływ żółci z pęche­rzy­ka, co jest przy­czyną ogrom­ne­go bólu. W narządach trzew­nych ból po­wsta­je w wy­ni­ku roz­ciąga­nia, skur­czu, na­ci­sku, pociąga­nia czy wzro­stu tem­pe­ra­tu­ry. Na przykład je­li­to czy wątrobę można by ciąć nożycz­ka­mi czy kłuć, a pa­cjent tego nie po­czu­je, ale już roz­ciąga­nie, cho­ciażby pod wpływem wzro­stu ciśnie­nia, boli bar­dzo. Dla­te­go właśnie pęche­rzyk, roz­dy­mający się pod wpływem gro­madzącej się tam żółci, wywołuje tak przy­kre do­zna­nia.

Nie­możność po­zby­cia się żółci z pęche­rzy­ka gro­zi jego ro­ze­rwa­niem i wy­la­niem się za­war­tości do otrzew­nej, a to już stan za­grażający życiu. Wte­dy trze­ba usunąć pęche­rzyk. Usu­wa się go za­wsze w całości, a jego funkcję przej­mu­je przewód żółcio­wy, łączący wątrobę z dwu­nast­nicą. Nie jest to sy­tu­acja na­tu­ral­na, ale za­cho­wując od­po­wied­nią dietę, można z tym żyć. Trze­ba jeść zdro­wo, czy­li re­gu­lar­nie i w małych ilościach. Należy uni­kać po­traw tłustych, smażonych, ostrych i wzdy­mających.

2CIACH I NIE MA?Pomyłka opty­mist­ki

Na­prawdę byłam do­brej myśli. Ope­ra­cja me­todą la­pa­ro­sko­pową miała przy­nieść na­tych­mia­stową po­prawę. Bo to prze­cież lo­gicz­ne – coś wy­ci­na­my, więc to coś już nie boli. Opty­mi­stycz­nie na­sta­wio­ny pan pro­fe­sor wpa­dał do mnie co kil­ka go­dzin, do­ty­kał brzu­cha i, pusz­czając oko, za­pew­niał: będzie do­brze. Ale do­brze nie było. Mój stan następne­go dnia za­dzi­wił i mnie, i le­ka­rzy. Brzuch zaczął boleć tak samo jak przed ope­racją, a może na­wet jesz­cze bar­dziej! Jak to możliwe? Nikt nie po­tra­fił od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie. Zaczęło się ga­sze­nie pożaru, czy­li szturm le­ka­mi prze­ciwbólo­wy­mi naj­cięższe­go ka­li­bru. I co? I nic. Żad­nej po­prawy. Kon­sul­ta­cje le­ka­rzy, kręce­nie głowa­mi, nie­po­kojące spoj­rze­nia na wy­ni­ki badań. I de­cy­zja o dru­giej ope­racji: trze­ba po­sze­rzyć dro­gi żółcio­we, zro­bić sfink­te­ro­to­mię. Co to, na Boga, ozna­cza? Krótkie wytłuma­cze­nie od per­so­ne­lu: ga­stro­log wpro­wa­dzi do mo­je­go brzu­cha rurkę, która umożliwi spe­ne­tro­wa­nie ka­merą zawiłości or­ganów wewnętrznych, i będzie prze­ci­nał dro­gi żółcio­we. Nie będzie bolało, a ja, na szczęście, będę wte­dy spała.

CHO­LE­CY­STEK­TO­MIA DZI­SIAJ

Wycięcie pęche­rzy­ka żółcio­we­go me­todą la­pa­ro­sko­pową tocho­le­cy­stek­to­mia la­pa­ro­sko­po­wa. Aby prze­pro­wa­dzić za­bieg, w ja­mie brzusz­nej musi po­wstać prze­strzeń umożli­wiająca ob­ser­wację. Do jamy brzusz­nej wpro­wa­dza się więc igłę, za po­mocą której wpom­po­wu­je się gaz, najczęściej od trzech do pięciu litrów dwu­tlen­ku węgla. Następnie wpro­wa­dza się la­pa­ro­skop – in­stru­ment chi­rur­gicz­ny z mi­nia­tu­rową ka­merą na końcu. Przez do­dat­ko­we ka­niu­le do jamy brzusz­nej wpro­wa­dza się narzędzia chi­rur­gicz­ne, które służą do wy­pre­pa­ro­wa­nia i usu­nięcia pęche­rzy­ka żółcio­we­go. Narzędzia wpro­wa­dzane są małymi otwo­ra­mi o wiel­kości od pięciu mi­li­metrów do cen­ty­me­tra. Dla porówna­nia za­bieg usu­nięcia pęche­rzy­ka wy­ko­na­ny kla­syczną tech­niką zo­sta­wia ranę o długości piętna­stu cen­ty­metrów. Ope­ra­cje la­pa­ro­skopowe są w tej chwi­li uzna­wa­ne w chi­rur­gii za lepszą me­todę niż tra­dy­cyj­na. Zda­rza się jed­nak, że w trak­cie cho­le­cy­stek­to­mii z po­wo­du kom­pli­ka­cji (np. krwa­wie­nie) chi­rurg musi zde­cy­do­wać o przejściu na starą me­todę ope­ra­cji.

La­pa­ro­sko­pia to no­wo­cze­sna tech­ni­ka ope­ro­wa­nia, ale sam po­mysł jest sta­ry. Jego au­to­rem był Phi­lip Boz­zi­ni, który w 1806 roku zbu­do­wał pierw­szy en­do­skop – układ optycz­ny po­zwa­lający zaj­rzeć do wnętrza ludz­kie­go ciała. Wy­na­la­zek zo­stał jed­nak od­rzu­co­ny na wie­deńskim uni­wer­sy­te­cie między in­ny­mi z po­wo­du sprze­ci­wu du­cho­wieństwa, które kry­ty­ko­wało młode­go le­ka­rza za nie­zdrową cie­ka­wość. Do wy­na­laz­ku powrócono pół wie­ku później, ko­lej­ni ba­da­cze udo­sko­na­la­li go co­raz bar­dziej, aż w roku 1987 wy­ko­na­no we Fran­cji pierwszą w świe­cie ope­rację z użyciem la­pa­ro­sko­pu. W Pol­sce tego typu ope­racja odbyła się czte­ry lata później.

SFINK­TE­RO­TO­MIA

Sfink­te­ro­to­mia to za­bieg chi­rur­gicz­ny, który po­le­ga na prze­cięciu zwie­ra­cza Od­die­go. Jest to mięsień, który kur­czy się lub roz­kur­cza, umożli­wiając odpływ soków tra­wien­nych i żółci do dwu­nast­ni­cy. U pew­nej gru­py osób po usu­nięciu pęche­rzy­ka żółcio­we­go (ok. 9% według badań bry­tyj­skich) zwie­racz Od­die­go zbyt sil­nie się kur­czy lub jest trwa­le zwężony. Sta­je się to przy­czyną trwającego na­wet po kil­ka go­dzin bólu w całej górnej części brzu­cha, który pro­mie­niu­je aż do pleców i barków. Cza­sa­mi przy­po­mi­na to ob­ja­wy sprzed usu­nięcia pęche­rzy­ka żółcio­we­go. Po­ja­wiają się też nud­ności i wy­mio­ty. Może wystąpić gorączka i dresz­cze. Ob­ja­wy te ob­ser­wu­je się za­raz po ope­ra­cji pęche­rzy­ka lub kil­ka lat później. Po za­bie­gu ope­ra­cyj­nym (me­todą en­do­sko­pową) do 95% pa­cjentów uzy­sku­je po­prawę. Obo­wiązuje die­ta z ogra­ni­cze­niem tłuszczów.

Na sali po­ope­ra­cyj­nej próbowałam do­pa­so­wać się do szpi­tal­ne­go życia. Oswoiłam kroplówki, bo nie mogłam już jeść nor­mal­nie. Po­cie­szałam się, że przy­najm­niej wyjdę z fi­gurą mo­del­ki. Leżąc w półma­li­gnie, reszt­ka­mi ro­zu­mu za­sta­na­wiałam się jed­nak, jak długo jesz­cze to wszyst­ko po­trwa. I co się właści­wie stało, że na­gle zna­lazłam się w tak fa­tal­nym położeniu? Byłam ak­tyw­na, jak mi się wy­da­wało, zdro­wa, a tu proszę: wiel­kie bum, do­padło mnie. A prze­cież w ostat­nim cza­sie, mając świa­do­mość, jak zwa­rio­wa­ne życie pro­wadzę, bar­dzo uważałam na to, co jem, pil­no­wałam przy­najm­niej tego. No to co mi jest? Czy to coś poważniej­sze­go, na całe życie? A może cho­ro­ba zaczęła się w roz­pa­lo­nej pracą głowie? Czy ra­czej jest zupełnie nie­za­leżna od psy­chi­ki lub try­bu życia? Skąd się przyplątała i ja­kie­go poświęce­nia ode mnie wy­ma­ga? Na wszyst­kie te py­ta­nia już wkrótce miałam uzy­skać od­po­wiedź.

Tym­cza­sem tra­fiła mnie nowa pe­tar­da – ko­lej­ny, nie­wy­obrażal­nie sil­ny atak bólu. Zwi­jałam się na łóżku, wy­mio­to­wałam. Powrót na ga­stro­lo­gię odbył się z fan­fa­ra­mi, bo wokół mnie zro­biło się wiel­kie za­mie­sza­nie. Miałam do­cho­dzić do sie­bie, a od­cho­dziłam od zmysłów. Bar­dzo, bar­dzo bolało, nie prze­sa­dzam. Następna su­ge­stia le­ka­rzy: wszyst­ko wska­zu­je na to, że mamy do czy­nie­nia z jakąś cho­robą je­lit. Prze­wlekłą, nie­swo­istą, czy­li nie­wia­do­me­go po­cho­dze­nia. Wte­dy po raz pierw­szy usłyszałam naj­bar­dziej praw­do­po­dobną dia­gnozę: nie­swo­iste za­pa­le­nie je­lit.

PROF. GRAŻYNA RY­DZEW­SKAO NIE­SWO­ISTYCH ZA­PAL­NYCH CHO­RO­BACH JE­LIT

Ter­min nie­swo­iste za­pal­ne cho­ro­by je­lit (NZChJ) ozna­cza tyle, że świat me­dy­cy­ny wciąż nie wie, co je wywołuje. Na­ukow­com nie udało się wy­tro­pić żad­nej bak­te­rii, wi­ru­sa, żad­ne­go pasożyta, które by po­wo­do­wały, że w je­li­tach po­ja­wiają się zmia­ny za­pal­ne. A po­nie­waż nie zna­my czyn­ni­ka do­pro­wa­dzającego do cho­ro­by, znacz­nie trud­niej z nią wal­czyć. NZChJ można po­dzie­lić na trzy ka­te­go­rie. Są to: wrzo­dziejące za­pa­le­nie je­li­ta gru­be­go, cho­ro­ba Leśniow­skie­go–Croh­na i mi­kro­sko­po­we za­pa­le­nie je­li­ta. Opra­co­wa­no kil­ka teo­rii próbujących wyjaśnić pro­blem. Jed­na z nich zakłada, że u podłoża tych chorób leżą czyn­ni­ki śro­do­wi­sko­we. Jako ko­ron­ny przykład po­da­je się to, że w bied­nych kra­jach, gdzie lu­dzie walczą każdego dnia o prze­trwa­nie, gdzie są dzie­siątko­wa­ni przez pasożyty i zakażenia po­kar­mo­we, bo woda nie jest uzdat­nia­na, nie ma an­ty­bio­tyków, te cho­ro­by występują bar­dzo rzad­ko.

Były także ba­da­nia, z których wy­ni­ka, że dzie­ci, które w pierw­szym roku życia sty­kają się z drob­no­ustro­ja­mi, rza­dziej niż dzie­ci z miast za­pa­dają na astmę, gorączkę sienną i cho­ro­by aler­gicz­ne. W in­nych ba­da­niach za­ob­ser­wo­wa­no, że życie na wsi, pi­cie nie­pa­ste­ry­zo­wa­ne­go mle­ka albo po­sia­da­nie kota w dzie­ciństwie zmniej­sza ry­zy­ko cho­ro­by Leśniow­skie­go–Croh­na.

Na­ukow­cy sądzą też, że nasz sposób odżywia­nia się z dietą bo­gatą w tłuszcze oraz ra­fi­no­wa­ne węglo­wo­da­ny ma niewątpli­wie wpływ na zwiększe­nie za­cho­ro­wal­ności na NZChJ. Pod uwagę bie­rze się także wpływ czyn­ników ge­ne­tycz­nych, flo­ry bak­te­ryj­nej i od­po­wie­dzi na­sze­go układu od­por­nościo­we­go na drob­no­ustro­je. Za­uważono, że od 30 do 40% flo­ry bak­te­ryj­nej u pa­cjentów cho­rych na nie­swo­iste za­pa­le­nia jest rzad­ko spo­ty­ka­na u osób zdro­wych.

3ŻYCIE W TRY­BIE SLOW Czy ja też tak mogę?

Za­pa­le­nie je­lit – długo roz­ma­wiałyśmy z panią pro­fe­sor o tym, czym ono jest, jak z nim żyć, skąd mogło się wziąć u mnie. To cho­ro­ba z au­to­im­mu­no­agre­sji, co ozna­cza, że cho­ru­je od­por­ność, or­ga­nizm sam dla sie­bie sta­je się nie­bez­pie­czeństwem, ata­ku­je zdro­we komórki za­miast cho­rych. Pa­ra­doks? Nie­lo­gicz­ne? Na ra­zie się nad tym nie za­sta­na­wiałam. Ja po pro­stu się prze­stra­szyłam. Opis cho­ro­by brzmiał groźnie. „Czy jest na to le­kar­stwo?” – za­py­tałam. Od­po­wiedź była skom­pli­ko­wa­na. Usłyszałam, że mogę się z tego wy­le­czyć, jeśli zro­bię porządek z… głową. Bo to w niej sie­dzi roz­wiąza­nie pro­ble­mu. Za­pa­le­nie je­lit może być cho­robą na całe życie i tyl­ko ode mnie zależy, czy będę się umiała z nią ułożyć. A może na­wet uda mi się prze­go­nić ją na do­bre? Tyl­ko jak? W pierw­szych dniach po usłysze­niu dia­gno­zy mu­siałam się spo­tkać i zmie­rzyć z wie­lo­ma py­ta­nia­mi, które dotąd kom­plet­nie mnie nie do­ty­czyły. Nowa sy­tu­acja. Wiel­ki stres. Do­brze, że pani pro­fe­sor była bli­sko.

PROF. GRAŻYNA RY­DZEW­SKAO TRUD­NOŚCIACH W DIA­GNO­ZO­WA­NIU I LE­CZE­NIU NZCHJ

Ob­jawów po­szczególnych od­mian nie­swo­istych za­pal­nych chorób je­lit jest tak dużo i są one tak różno­rod­ne, że po­sta­wie­nie dia­gno­zy może trwać wie­le lat. Do­pie­ro gdy to już nastąpi, za­czy­na się le­cze­nie, które pro­wa­dzi do złago­dze­nia naj­cięższych do­le­gli­wości, ta­kich jak ból brzu­cha.

Wrzo­dziejące za­pa­le­nie je­li­ta gru­be­go jest dość szyb­ko wy­kry­wa­ne przez le­ka­rzy, gdyż w stol­cu po­ja­wia się świeża krew. A po­nie­waż wszyst­ko, co wiąże się z krwią, na ogół bar­dzo nas nie­po­koi, cho­rzy zwy­kle zgłaszają się po po­moc bezzwłocznie – znacz­nie szyb­ciej niż w przy­pad­ku cho­ro­by Leśniow­skie­go–Croh­na, która często ma­ni­fe­stu­je się bólami brzu­cha, osłabie­niem, gorączką, utratą białka i bie­gunką. Ob­ja­wy te przy­pi­su­je się różnym cho­ro­bom. Cza­sem sami pa­cjen­ci ba­ga­te­li­zują je, myśląc: „Coś nie­do­bre­go zjadłem, mam de­li­kat­ny żołądek. Przej­dzie mi”. Po­dob­nie re­agują le­ka­rze, zwłasz­cza gdy przy­cho­dzi do nich młody człowiek, do­brze wygląda, nie prze­ja­wia cech nie­dożywie­nia, a w jego ba­da­niach bio­che­micz­nych nie ob­ser­wu­je się groźnych zmian.

Do­dat­kową trud­nością w roz­po­zna­niu jest to, że ból brzu­cha, gorączka, za­par­cia albo bie­gun­ki rzad­ko występują w tym sa­mym cza­sie. Często po­ja­wiają się po­je­dyn­czo.

Pro­blem z roz­po­zna­niem tych chorób mamy nie tyl­ko my. Ame­ry­ka­nie sza­cują, że u nich od od­no­to­wa­nia pierw­szych ob­jawów do zdia­gno­zo­wa­nia cho­ro­by Leśniow­skie­go-Croh­na upływa zwy­kle pięć lat.

Nie­ste­ty obec­nie nie­swo­iste za­pal­ne cho­ro­by je­lit to cho­ro­by prze­wlekłe. Jeśli ktoś, zwłasz­cza młody, słyszy taką dia­gnozę, nie do­wie­rza, załamu­je się, po­pa­da w de­presję. Ale nie jest to wy­rok raz na za­wsze. Może się to zmie­nić, tak jak w przy­pad­ku cho­ro­by wrzo­do­wej żołądka i dwu­nast­ni­cy. Wiązano je ze stre­sem i sty­lem życia – aż do 1982 roku, kie­dy Au­stra­lij­czy­cy Bar­ry J. Mar­shall i J. Ro­bin War­ren od­kry­li, że przy­czyną po­nad 90% wrzodów dwu­nast­ni­cy i do 80% wrzodów żołądka jest zakażenie bak­te­rią He­li­co­bac­ter py­lo­ri. Od­kry­cie au­stra­lij­skich na­ukowców zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wało sposób le­cze­nia cho­ro­by wrzo­do­wej. Stała się w dużej mie­rze ule­czal­na. Le­czy się ją an­ty­bio­ty­ka­mi w połącze­niu z le­ka­mi zmniej­szającymi wy­dzie­la­nie kwa­su żołądko­we­go. Le­ka­rze cze­kają na taki przełom w od­nie­sie­niu do nie­swo­istych za­pa­leń je­lit.

Cho­ro­by tej nie da się wy­le­czyć dziś, ale można z nią żyć, i to pełnią życia. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych są kam­pa­nie, które mają zachęcać pa­cjentów do tego, by się otwo­rzy­li, przełama­li wstyd i prze­ba­da­li. W jed­nej z nich wystąpił pre­zy­dent Geo­r­ge Bush, który po­wie­dział Ame­ry­ka­nom: „Tak, zba­dałem się, bo je­stem obciążony ge­ne­tycz­nie”. Jego syn Ma­rvin ma cho­robę Leśniow­skie­go–Croh­na. Cier­piało na nią też dwóch pre­zy­dentów USA: J.F. Ken­ne­dy i D.D. Eisen­ho­wer. Tam nie za­mia­ta się pod dy­wan fak­tu, że cho­ro­wały i cho­rują też ak­tor­ki, fi­na­list­ki wy­borów miss, spor­tow­cy, na­ukow­cy. Lubię po­ka­zy­wać te przykłady cho­rym. Po­ma­ga im to uwie­rzyć, że cho­roba to tyl­ko pew­ne utrud­nie­nie w ich życiu, ale nie czy­ni ona ni­cze­go nie­możli­wym. Je­den z mo­ich pa­cjentów jest podróżni­kiem; był na ark­tycz­nym Spits­ber­ge­nie i w Au­stra­lii. Mówię mu tyl­ko: mu­sisz tra­fić w okien­ko, kie­dy nie będziesz po­trze­bo­wać leków.

W le­cze­niu nie­swo­iste­go za­pa­le­nia je­lit po­trzeb­ny jest spokój. Trze­ba so­bie wszyst­ko poukładać, na­uczyć się dy­stan­su do sie­bie i świa­ta. Zacząć żyć tak, żeby już nic nie mogło wy­pro­wa­dzić cię z równo­wa­gi. Pro­ste? Teo­re­tycz­nie – tak. Ale spróbuj to so­bie wy­obra­zić w prak­ty­ce! Otrzy­małam po­moc. Pani pro­fe­sor po­ka­zała mi list jed­nej ze swo­ich pa­cjen­tek z po­dobną przy­padłością. Na­pi­sała, że te­raz jej życie to­czy się w cu­dow­nie śli­ma­czym tem­pie, a ona wresz­cie na wszyst­ko ma czas i za­wsze zdąża. Jej życie jest slow. Jej myśli są slow i jej je­dze­nie jestslow.

Mój świat za­wsze się kręcił na naj­wyższych ob­ro­tach, ale prze­cież nie da się tak funk­cjo­no­wać cały czas. Kie­dyś przy­cho­dzi mo­ment zwrot­ny i może dla mnie to jest tu i te­raz? Może te­raz ja muszę włączyć tryb slow?

Myślałam nad