Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 146 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pypcie na języku - Michał Rusinek

„Pypcie: z życia (autora) wzięte, kulturalne, historyczne i nostalgiczne, współczesne, wirtualne i komórkowe, kulinarne, zapożyczone, językoznawcze, obywatelskie.

***PILNE. Nie znajdziesz lepszej polszczyzny niż Rusinka.***

Taki intrygujący komunikat przewijałby się dziś jako «pasek» w telewizji. Jako odpowiednik Paska Jana Chryzostoma, najbardziej szalonego naszego zabytku językowego. To taka pętla czasowa, że można by się na pasku powiesić. Tylko po co to robić!? Czy nie lepiej bawić się i dziwić, zanurzać w odmętach i mętach języka i znajdować w tym czystą przyjemność? Wzorem Rusinek. Michał Rusinek” – Michał Ogórek

„Te opowieści, właściwie błahe, lecz nakreślone z prawdziwym mistrzostwem, są obrazkami naszej codzienności wplecionej w język i naszego języka wplecionego w codzienność – uzmysławiają nam, że język jest czymś bardzo osobistym, a użyty w sposób nietypowy pozwala dostrzec zadziwiające wymiary rzeczywistości („Organizujemy sylwestry. Dowolne terminy”). Czy to delikatnie pastwiąc się nad słowną kreatywnością naszych rodaków („Mariola frontuje na nabiale”, „Rekord Guinnessa – największy Papież na świecie”), czy to ukazując zabawne sytuacje, których „głównym bohaterem” jest język („Znaleziono psa. Wiadomość w smażalni”), czy wreszcie opisując nieporozumienia wynikłe z niestandardowego użycia słów („Pokażę panu cipkę”), Rusinek zdradza ogromną czułość wobec języka i fascynację jego przewrotnością” – Katarzyna Kłosińska

Opinie o ebooku Pypcie na języku - Michał Rusinek

Fragment ebooka Pypcie na języku - Michał Rusinek

redakcja: Paweł Goźliński

korekta: Teresa Kruszona

opracowanie graficzne okładki, projekt typograficzny i skład: Przemek Dębowski i Wojtek Kwiecień-Janikowski

rysunki: Jacek Gawłowski

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

Wydawnictwo książkowe:

dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

redaktor naczelny: Paweł Goźliński

koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© copyright by Michał Rusinek 2017

© copyright by Jacek Gawłowski 2017

© copyright by AGORA SA 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2017

ISBN: 978-83-268-1982-7 (epub), 978-83-268-1983-4 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

WSTĘP

Powiedzmy to sobie od razu, żeby nie było niedomówień i bolesnych rozczarowań: książka ta nie jest monografią dermatologicznych wykwitów, lecz zbiorem felietonów poświęconych pewnym zjawiskom językowym.

Język, którym się posługujemy, ma paradoksalną naturę: im bardziej jest poprawny, tym bardziej staje się niezauważalny, znika nam z oczu. Przypomina szybę, przez którą oglądamy świat: tak czystą, że nie ma jak na niej zatrzymać wzroku. Żebyśmy przypomnieli sobie o istnieniu języka, na jego powierzchni musi pojawić się rysa, błąd, odstępstwo od reguły. Wtedy dopiero uświadamiamy sobie, że opowieść o świecie jest zrobiona ze słów, które też mają swoją wagę, miarę, a nawet historię.

Można też posłużyć się bardziej cielesną metaforą. Z językiem – tym anatomicznym, jak i tym służącym do komunikacji – jest podobnie: przypominamy sobie o jego istnieniu dopiero wtedy, gdy wyczujemy na jego powierzchni jakiś pypeć, coś, co nas uwiera, boli, drażni, przeszkadza albo po prostu śmieszy. Te uczucia, jak widać dość mieszane, mają wspólny mianownik: świadomość języka.

Nie chodzi o świadomość profesjonalisty, który potrafi nazwać każdą część mowy, rozpoznać wszystkie figury stylistyczne i prześledzić całe meandry etymologii. I nie chodzi o wyższość znawcy, który uważa, że może pouczać innych. Chodzi o świadomość, że nasz świat składa się nie tylko z rzeczy, ale i ze słów, które nie są owym rzeczom podporządkowane jako ich znaki, ale są równouprawnionym materiałem budulcowym. Dzięki tak rozumianej świadomości świat jest o wiele bogatszy, a przyglądanie się temu, co dzieje się między jego słownymi i niesłownymi elementami, może dostarczyć nam wiele radości. Również radości poznawczej, bo głęboko wierzę, że ona istnieje.

Z takiego przyglądania się światu wzięła się książka, którą trzymają Państwo w ręku. Mam nadzieję, że wspomniana radość, która mi towarzyszyła przy jej pisaniu, udzieli się choć w drobnym stopniu Czytelnikom.

M.R.

(Na książkę składają się teksty, które dość nieregularnie publikowałem w krakowskim dodatku „Gazety Wyborczej” w latach 2013–2016, dyscyplinowany przez redaktorów Jerzego Lewińskiego i Michała Olszewskiego, którym tu oto uprzejmie dziękuję).

CHWILKA

Kiedy byłem mały, mój stryj miał zwyczaj wylizywać talerz, patrząc na nas, dzieci, łobuzersko i mówiąc: „Spójrzcie, czego robić nie należy”. Ponieważ od tej pory talerzy nie wylizuję, przynajmniej publicznie, więc mam prawo uważać, że chwyt pedagogiczny tego typu bywa skuteczny. Tak więc, drodzy Czytelnicy, spójrzcie, czego robić nie należy. Nie należy mianowicie naśmiewać się z nazwisk. Nie tylko wówczas, kiedy samemu nosi się nazwisko ryzykowne, które i innych mogłoby sprowokować do żartów. Nie wypada – i już.

Ale jednak przyznajmy, ileż radości przynosi nam konstatacja, że przewodnik po muzyce kameralnej napisała Danuta Gwizdalanka. Radość ta nie jest jednak rubaszna, bo nie wiąże się przecież z imputowaną śmiesznością nazwiska, ale z adekwatnością jego znaczenia do materii tej i wielu innych publikacji muzykologicznych autorki. Pozostając w podobnej tematyce, warto zwrócić uwagę na jednego z najlepszych tenorów świata o nazwisku Piotr Beczała (który, na domiar złego, został niedawno, jak doniosła prasa, wybuczany).

Pomińmy milczeniem wszystkie analogiczne adekwatności, jakie przydarzają się ginekologom, przypomnijmy jednak posła Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego (a obecnie senatora PiS) o nazwisku Zdzisław Pupa, który swego czasu wydał wojnę pornografii, mimo że sytuacje miał po temu niejako utrudnioną. W czasach PRL-u mogło się wydawać, że polityków niektórych resortów dobierano ze względu na adekwatność nazwisk: ministrem budownictwa i przemysłu materiałów budowlanych był pod koniec lat 70. Adam Glazur, a mniej więcej w tym samym czasie tekę ministra rolnictwa dzierżył Leon Kłonica. W powołanej do życia w stanie wojennym Wojskowej Radzie Ocalenia Narodowego zasiadali natomiast generałowie Oliwa, Baryła i Żyto; krążył nawet dowcip, że z WRON-y wyłoniła się KRA, czyli Krajowy Ruch Antyalkoholowy, na czele którego stanęli właśnie ci dowódcy.

Na koniec przejdźmy na cmentarz, bo gdzieżby indziej? Spacery po nekropoliach mogą dostarczyć sporo materiału do badań nad nazwiskami. Swego czasu dyrektorem krakowskiego cmentarza był pan o nazwisku Kwatera. Wisława Szymborska opowiadała, że kiedyś zauważyła na tym właśnie cmentarzu grób kobiety dwojga nazwisk: Chwilka-Tylko. Nieboszczka o takim nazwisku właściwie nie potrzebuje epitafium, bo los – a może demon języka – ułożył jej jedno z najkrótszych i zarazem najpiękniejszych.

LAMPECZKA

Kiedy po raz pierwszy zaproszono mnie do programu śniadaniowego w telewizji, przeżyłem kilka szoków naraz. Po pierwsze, kazano mi wstać o barbarzyńsko wczesnej porze (ponoć profesor Władysław Bartoszewski odmówił udziału w takim programie, twierdząc, że nawet w obozie koncentracyjnym nie budzono tak wcześnie). Po drugie, zaproszono mnie do rozmowy o pewnej książce poetyckiej, ale okazało się, że mamy na to około dwóch minut (na szczęście miała krótki tytuł, bo już się obawiałem, że samo podanie nazwiska autora i tytułu zajmie większość czasu antenowego). Po trzecie, wrzucono mnie do studia w czasie bloku reklamowego, usadzono na kanapie i kazano się uśmiechać. A kiedy uprzejmie zapytałem dziennikarkę prowadzącą rozmowę, co powinienem wiedzieć, odpowiedziała szybko: „Niech pan się nie opiera, bo się pan zleje”.

Przez całe dwie minuty rozmowy miałem dość zdumioną minę, nie wiedząc za bardzo, jak mam zareagować na ostrzeżenie dziennikarki: zapewnić ją, że choć pora wczesna, to udało mi się jeszcze w hotelu wykonać wiele czynności higienicznych? Obrazić się, że porusza tak intymne kwestie przy pierwszym spotkaniu? A może zapytać, co miała na myśli?

W czasie kolejnej przerwy reklamowej wybrałem trzecią opcję i dowiedziałem się, że chodziło po prostu o to, bym się nie opierał o oparcie kanapy, bo wówczas zleję się z tłem i będę niekorzystnie wyglądał. A w każdym razie „nie będzie to dobrze wyglądało w obrazku”. Szczerze mówiąc, odetchnąłem.

Bywam zapraszany do telewizji, więc już się nauczyłem, że jeśli realizator telewizyjny proponuje mi „setkę”, nie musi mu chodzić o 100 g wódki czystej, ale o wypowiedź do kamery, w której zachodzi stuprocentowa zgodność dźwięku i obrazu. W czasie której oczywiście tym bardziej należy uważać, żeby się nie zlać.

Współczesne języki specjalistyczne najchętniej operują zapożyczeniami z angielskiego. I tak na przykład wieloznaczny „sun gun” to nie nazwa broni, nad którą pracowali hitlerowscy naukowcy w czasie II wojny światowej, a którą rozbroił James Bond, ale nazwa lampy przykręcanej do kamery.

Niedawno byłem w Wilnie na spotkaniach z dziecięcymi czytelnikami. Lokalna polska telewizja postanowiła nagrać ze mną rozmowę. Operator ustawił kamerę na statywie i zaczął przykręcać lampę. „O, sun gun” – powiedziałem, żeby się popisać znajomością specjalistycznego języka. Realizatorzy zdziwili się nieco, więc zapytałem zmieszany, jak się u nich nazywa ów przedmiot. Odpowiedzieli: „po prostu łampeczka”. Przez „ł” przedniojęzykowe, oczywiście.

TORT

Ze wszystkich ludzkich dążeń najbardziej zgubne wydaje się dążenie do elegancji. Powiedzmy, że mamy już na sobie garnitur, koszulę odprasowaną i piękny krawat, ale jeszcze nam mało, więc coś sobie dokładamy, dopinamy, dorabiamy – żeby było piękniej niż zwykle. I to coś często ściąga nas w otchłań.

Istnieją różne językowe sposoby dodawania wypowiedziom elegancji, zazwyczaj dość staroświeckie, a przynajmniej postrzegane jako staroświeckie. Nie tak dawno spytałem ekspedienta w piekarni, czy „byłby łaskaw” – sam już nie pamiętam, czy pokroić, czy zapakować. Pamiętam natomiast, że młode osoby stojące za mną w kolejce rozchichotały się, jakbym spojrzał na nie przez monokl albo inne pince-nez. Nie chcę przez to powiedzieć, że elegancja jest staroświecka. W nowoczesnym języku też jest na nią miejsce, ale wciąż dość słabo zagospodarowane. Mam nawet wrażenie, że młodzi ludzie wprawdzie bardzo, o wiele bardziej niż kiedyś, dbają o swój wizerunek, ale przy tym zapominają, że język także jest ważnym jego elementem, a słowo „styl” dotyczy w równym stopniu stroju, jak i wypowiedzi.

Obiecałem sobie jednak, że będę dobrotliwy, a nie gderliwy, wracam więc do niebezpieczeństw związanych z dążeniem do elegancji. Otóż w otchłań potrafią nas także strącić frazy, które czerpiemy z języka oficjalnego i jego komunałów. Śmiał się z takich fraz Flaubert, a nawet ułożył z nich słynny Dictionnaire des idées reçues.

Zaproszono mnie kiedyś na jubileusz biblioteki w niewielkiej miejscowości. Wygłosiłem coś w rodzaju wykładu i przyglądałem się potem dalszej części uroczystości. W pewnej chwili na scenę weszli dobroczyńcy i sponsorzy zasłużonej placówki, a wśród nich – cukiernik. Wręczył dyrektorce biblioteki tort, oczywiście w kształcie otwartej księgi, i powiedział solennym tonem: „Pani dyrektor! Mam nadzieję, że ten tort będzie dla pani pamiątką na długie lata”.

Myślę, że ta fraza spodobałaby się Flaubertowi. Ale i muszę pamiętać, że jeśli kiedyś, po długich latach, trafię znów do tej biblioteki i jej pracownicy poczęstują mnie tortem – będę musiał udawać, że jestem na diecie.

KARZEŁEK

Bardzo wcześnie przeszedłem mutację. W piątej, może szóstej klasie mówiłem już głębokim barytonem, co w zestawieniu z dość wątłym ciałkiem dawać musiało efekt komiczny. Ale miało też i konsekwencje praktyczne. Stałem się bowiem bardzo popularny wśród starszych kolegów, którzy prosili mnie, żebym kupował im to i owo w pobliskim sklepie monopolowym. W solidnie zakratowanej witrynie wisiał wówczas przykurzony plakat z wizerunkiem obrażonej damulki i dydaktycznym napisem: „Z pijanym nie tańczę”. Ale mnie przepełniała wyłącznie duma. Dostawałem odliczoną kwotę, szedłem do sklepu, robiłem poważną minę i zamawiałem, co chcieli koledzy. Ekspedientce nigdy brew nie drgnęła. Pewnego razu za ladą obok niej stała jakaś nowa, której wcześniej nie widziałem. Powiedziałem swoim barytonem: „Poproszę pół litra stołowej”, ekspedientka bez słowa wzięła pieniądze, zaczęła zawijać butelkę w papier, wskazała na mnie ruchem głowy i wyszeptała do tej nowej wyjaśniająco: „Karzełek”.

No cóż, każdy przeżywał w dzieciństwie jakieś upokorzenia. Ta historia przypomniała mi się jednak nie z powodów psychoanalitycznych, lecz ze względu na wciąż żywy, wciąż tworzący się na nowo słownik pijacki. Nie ma się co dziwić, że najnowsze dwa wydania Polskiego słownika pijackiego Tuwima zostały uzupełnione o suplement autorstwa Piotra Bikonta, zbierający branżowe słownictwo ostatnich dekad. Niektóre słowa, jak „małpka”, odeszły w zapomnienie. Zniknęła, jakże słusznie, wspomniana wódka Stołowa. Unia Europejska zamieniła nam pięćdziesiątki na czterdziestki, pojawiły się też oczywiście kalki z angielskiego, jak cocktail, drink czy – niedawno – shot.

Wydaje się, że najmniej twórczy językowo są konsumenci wina. Wino to wino. Element obcy, by nie rzec: napływowy. „Czy mają państwo białe wino?” – zapytaliśmy kiedyś, nie tak znowu dawno, w pewnej restauracji przydrożnej. „Sprawdzę” – odrzekła kelnerka. Po chwili wróciła, mówiąc ze źle ukrywanym obrzydzeniem: „Jest tylko takie żółtawe...”.

Najbardziej twórczy językowo wydają się konsumenci trunków swojskich: wódki i piwa. Idzie się przecież na „bro” albo „bronx”, czyli „browar”, lub „na lokalne” (kontestując międzynarodowe wytwórnie), ewentualnie „na witaminkę” (piwo zawiera ponoć witaminy z grupy B). Jest też metonimiczna „piana” lub metaforyczny „kefirek”.

Wśród określeń pijackich znalazłem także „karzełka”. Oznaczało ono wprawdzie nie pół litra stołowej, ale po prostu małe piwo. Niemniej jednak odnotowałem ten fakt z pewną ulgą.

SPR

Kiedy skończyłem studia i dostałem się na studia doktoranckie, listonosz przyniósł mi złowrogo wyglądające pismo z Wojskowej Komendy Uzupełnień. Wzywano mnie w nim do stawienia się określonego dnia o godzinie siódmej rano „w celu: SPR”. Pobladłem. Czyżby chciano mnie jednak wziąć do wojska? Sprawdzić moją zdolność bojową?

Sekretariat mojego uniwersytetu na wszelki wypadek wystawił mi dokument poświadczający, że jestem doktorantem, czyli rodzajem studenta. Zaniepokojona Wisława Szymborska, której wówczas sekretarzowałem, powiedziała, że w razie czego może zadzwonić do Janusza Onyszkiewicza, który był wtedy ministrem obrony narodowej. Ja natomiast zadzwoniłem kilka dni przed terminem do WKU, gdzie mnie uspokojono, mówiąc, że nie muszę przychodzić akurat tego dnia o siódmej rano, ale mogę któregoś wcześniejszego dnia o dowolnej godzinie. Ale i dodano, że ważne, bym przyszedł przed terminem, w przeciwnym razie mogą mnie doprowadzić siłą.

Przyszedłem dzień wcześniej. Drżącą ręką podałem wezwanie. Przyjmujący mnie oficer spytał, co robię po studiach. Podałem dokument z uniwersytetu. Wyjaśnił, że zaproszono mnie, by zaproponować studiowanie w Szkole Podchorążych Rezerwy, w skrócie SPR. Kiedy spytałem, czemu mnie zaproszono w formie wezwania, wyjaśnił z przepraszającą miną, że mają tylko takie druki.

Nie niepokoiłbym się tak, gdybym pamiętał o wojskowej namiętności do skrótów: tych wszystkich kabekaesach, cekaemach, a kiedyś także baonach. Okazuje się, że funkcjonują one także w nieoficjalnym języku wojskowym: skrót SPR rozwija się w nim jako Siłą Porwany Rodzicom. Ale i stanowią podstawę do tworzenia nowych słów: na oficera dyżurnego jednostki mówi się ponoć „odyniec” – od skrótu OD. Nowe słowa powstają także od stopni wojskowych, nadając im nieco swojskości. I tak na sierżanta mówi się podobno „sierściuch”.

Wojskowym żargonem rządzi metafora. Na maskę przeciwgazową starszego typu (typ MUA, z gumowym wężem łączącym maskę z pochłaniaczem) mówiono „słoń”, natomiast na nowszą (z pochłaniaczami po bokach, typ MP-4) mawia się „buldog” albo „małpiatka”. Ciekawe określenia można znaleźć w żołnierskiej kuchni. „Kaszub w trumnie” oznacza konserwę rybną: jest to więc zarazem metonimia i metafora, jak w poezji. „Pterodaktyl” to przenośne określenie drobiu, a najczęściej łykowatego kurczaka. Na salceson mawia się metaforycznie „lastriko”, na prostokątny serek topiony w sreberku – „telewizorek”, natomiast na kaszankę – „polski kawior”.

Najbardziej zafrapowało mnie określenie „glaukus”, oznaczające ponoć pieczeń rzymską. Czyżby literacka aluzja? To by było budujące. Zwłaszcza że mamy właśnie rok Henryka Sienkiewicza [2016 – red.] Ale co ma medyk, greckiego pochodzenia, do rzymskiej pieczeni? Odpowiedź przynosi XXIII rozdział Quo vadis, w którym Kryspus mówi do Winicjusza: „Więc Glaukus zostanie przy tobie, panie [...] i wraz z wdową będzie miał  p i e c z ę  nad tobą” (podkr. M.R.).

PODRÓBKA

Pamiętają państwo klapki Kubota? Jeszcze niedawno była to najpopularniejsza marka klapek na polskich straganach. Powiedzmy sobie szczerze, panowie (w pewnym wieku): wszyscy je nosiliśmy. Poza oczywistymi właściwościami miały one jedną cechę ukrytą, ujawniającą się, gdy ich powierzchnia zostawała przekłuta i do komór powietrznych dostawała się woda. Wówczas klapki, uciskane stopami, pogwizdywały.

Kilkanaście lat temu mieszkaliśmy w peerelowskim bloku. Pewnego dnia na parterze wsiadł ze mną do windy sąsiad mieszkający dwa piętra pod nami. Minę miał zafrasowaną, przestępował z nogi na nogę. „Wie pan – zagadnął – dziwna rzecz. W całym bloku coś gwiżdże. W mieszkaniu gwiżdże. Na klatce gwiżdże. Teraz nawet do piwnicy zszedłem, żeby sprawdzić. Też, cholera, gwiżdże. Nawet w windzie gwiżdże, słyszy pan?”. I wysiadł.

Wtedy dopiero zauważyłem, że miał na stopach klapki Kubota. Wkrótce się wyprowadził i nie zdążyłem mu wyjaśnić, co mu tak gwizdało. Podobno popadł w ciężki alkoholizm. I wkrótce zmarł.

Ta smutna i pouczająca historia przypomniała mi czasy, kiedy światowe marki nie były finansowo dostępne dla przeciętnego Polaka. Polak ów skazany był więc głównie na stragany i dalekowschodnie wersje nieomal wszystkiego: od drobnej galanterii po wielkogabarytową elektronikę. Miały one nie tylko kształty i funkcje przypominające markowe pierwowzory, ale i – a może przede wszystkim – nazwy. Buty Adadis albo Redbook, bielizna Calvim Klain, dres Pumba, dezodorant Roxana. Potem pojawiły się telefony Samsing (jak słowiańska wersja wymowy angielskiego „something”). Niestety, nikt (chyba) nie wymyślił telewizora Panapsuik, choć aż się prosi. Natomiast podobno widziano gdzieś perfumy o ryzykownie – jak na nasz rynek – przekształconej nazwie: Vesrace.

Chociaż dla przeciętnego Polaka oryginały są już łatwiej dostępne, to przecież wielu skazanych jest na tańsze opcje. Nadal więc istnieją stragany, nadal sprzedawane są na nich podróbki. A i inwencja nazewnicza nie opuszcza ich twórców. Kiedy to piszę, edytor tekstu uparcie proponuje mi poprawne nazwy firm. Także nazwy niegdyś kultowych klapek męskich, które, jak się okazało, doczekały się niedawno swoich podróbek. Dalekowschodni producent, jakby specjalnie z myślą o polskojęzycznym kliencie, nazwał je Kobuta.

REKRUT

To było w schyłkowych latach PRL-u. Wówczas chodziłem się strzyc do zakładu fryzjerskiego męskiego, notabene jeszcze przedwojennego, którego – także przedwojenny – właściciel był fryzjerem wszechstronnym. Przychodzili do niego starsi panowie z Kazimierza, zbuntowana młodzież z całego zapewne Krakowa oraz ja. Starszym panom zaczesywał, co było do zaczesania, zbuntowanej młodzieży wycinał na głowach konstrukcje kontestacyjne, a mnie – strzygł na rekruta. Miał znakomitą pamięć do twarzy i fryzur, więc kiedy przyszedłem do niego po raz drugi, spytał, czy strzyżemy tak jak zwykle. Przy kolejnym razie było tak samo. Tym uśpił moją czujność. Za którymś razem wyraźnie z kimś mnie pomylił, bo kiedy po zakończeniu strzyżenia włożyłem okulary (bez których niewiele widzę), zobaczyłem w lustrze kogoś z irokezem, wygolonego gładko po bokach.

Na wszelki wypadek wolałem tam więcej nie przychodzić. Zresztą zakład niebawem został zamknięty, jego właściciel odszedł na emeryturę. Przyszła wolna Polska. Zakłady zaczęły ustępować miejsca salonom fryzjerskim. Niedługo przed maturą poszedłem do jednego z nich, usiadłem na fotelu i po chwili zorientowałem się, że wszyscy fryzjerzy i fryzjerki (była to rodzinna firma) stoją za mną i coś szepczą. Poczułem się odrobinę nieswojo, zwłaszcza że znów byłem bez okularów. Jednak kiedy moja fryzura (wciąż na rekruta) była gotowa, podeszła do mnie pani fryzjerka i zapytała, czy nie chciałbym zostać modelem. Ach, pomyślałem sobie, cóż za wspaniała kariera otwiera się oto przede mną! Sława i bogactwo! Wreszcie ktoś docenił moje przymioty... O jakie przymioty im chodziło – okazało się sekundę, długą sekundę, później, kiedy pani dodała: „Bo pan tak nisko z tyłu zarasta”. To był, że tak powiem, policzek dla mojej osiemnastoletniej dumy. Już więcej moja noga nie postała w tym salonie.

Na salonach poprzestałem, mam swój ulubiony nieopodal domu. Acz w dziedzinie usług fryzjerskich i pokrewnych inwencja nazewnicza poszła znacznie dalej, i to w kilku kierunkach. Pierwszy można by nazwać kierunkiem naukowym: „Instytut fryzur” (Lublin), „Instytut skóry” (Łódź), „Laboratorium włosa” (Warszawa). Drugi – medycznym: „Klinika włosa” (Kielce), „Klinika paznokcia” (Kraków; swoją drogą, dlaczego tylko jednego? Może od czegoś trzeba zacząć? Trzymam kciuki). Ciekawszy wydaje się kierunek rustykalny: „Farma Piękna” (Bielsko-Biała), „Farma Piękności” (Zduńska Wola), a nawet „Miejska Farma Piękności” (Warszawa). Istnieje też, dla równowagi, kierunek industrialny: „Fabryka Piękna” (Płock), „Fabryka Fryzur” (Olsztyn), „Fabryka Urody” (Sosnowiec). Dosyć zaskakującym dla mnie znaleziskiem jest kierunek militarny: „Poligon Urody” (Piaseczno), a nawet „Poligon Urody i Rekreacji” (Warszawa). Tam z pewnością wspaniale strzygą na rekruta.

LUSTRO

Kilka lat temu zaproszono mnie do telewizyjnego programu śniadaniowego. Rozmowa miała dotyczyć dzieci, kazano mi więc przyjechać do Warszawy z dzieckiem. Nocleg zarezerwowano nam w jakimś hotelu, którego nazwy nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że kiedy podałem taksówkarzowi adres, wyregulował lusterko i przyjrzał nam się uważniej. Hotelik okazał się rzeczywiście dość podejrzanego autoramentu. Dostaliśmy klucze oraz ostrzeżenie, żeby nie włączać telewizora, bo tam głównie kanały dla dorosłych. Mój pięcioletni wówczas Kuba wszedł pierwszy do pokoju i zapytał: „Tato, a po co nad łóżkiem jest lustro?”.

Następnego dnia bladym świtem przyjechał po nas telewizyjny kierowca. Czekał w samochodzie, bardzo rozbawiony. Opowiedział, że przyjechał chwilę wcześniej, podszedł do recepcji, nikogo tam nie było, aż wreszcie zeszła do niego jakaś pani w szlafroczku. Kiedy powiedział, że przyjechał po pana Rusinka, pani lekko się spłoszyła i powiedziała ze śpiewnym akcentem: „Ja nie Rusinka! Ja Pol’ka!”.

Wszystko wskazuje na to, że przypadkowo spędziliśmy z Kubą noc w burdelu, w dodatku na koszt telewizji. Literatura, zwłaszcza XIX-wieczna, odnotowuje podobne zwyczaje, nazwijmy to, inicjacyjne. Zgoda, trochę przesadziliśmy z wiekiem inicjowanego. Zyskaliśmy za to rodzinną anegdotę.

Anegdotę, którą mi przypomniała niedawna notka w prasie, donosząca, że Urząd Patentowy „w trosce o moralność” odmówił zarejestrowania nazwy kabaretu „Pożar w Burdelu” jako znaku towarowego. Dziwne. Zacznijmy od samego słowa. Nazywa ono instytucję, która – jak mało która – obrosła w eufemizmy: zamtuz, lupanar, agencja towarzyska, dom publiczny, dom schadzek, a nawet i dzielnica czerwonych latarni – to nie są określenia dosłowne. W średniowieczu prostytucją zajmowano się w publicznych łaźniach, zwanych z francuska właśnie „bordel”. Źródłosłów naszego burdelu jest więc klasycznie eufemistyczny.

Z braku dosłownego, a zarazem i odpowiednio dosadnego określenia, jego miejsce w polszczyźnie zajął „burdel”. Ot, prowizorka. Ale prowizorki są, jak wiadomo, najtrwalsze. Czy słowo to jest sprzeczne z – jak stwierdził ekspert Urzędu Patentowego – „dobrymi obyczajami”? Sprzeczna jest jedynie funkcja instytucji, którą to słowo określa. Zgoda, określa dosadnie. Urzędnik się zagalopował, bo przecież nie chodziło o zarejestrowanie domu publicznego, tylko kabaretu pod nazwą wykorzystującą potoczny frazeologizm. Również nieco zagalopował się kierownik produkcji tamtego programu śniadaniowego. Najchętniej obu – za karę – kazałbym wyjaśniać dzieciom, czemu nad łóżkiem było lustro.

INTERESIK

To było kilkanaście lat temu. Mieszkaliśmy wówczas w 11-piętrowym bloku z lat 70. Nasze dziecko odkryło w sobie talent do raczkowania, dzięki któremu uzyskało lepszy dostęp do różnych przedmiotów i możliwość ich przemieszczania. Pewnego dnia zorientowałem się, że zginął mi portfel. Domowe śledztwo wykazało, że najprawdopodobniej dziecko wrzuciło go do koszta na śmieci, a ja – nieświadomie – śmieci wyrzuciłem do zsypu.

Cóż było robić? Ubrałem się w strój roboczy i żółte rękawice, po czym chyłkiem zszedłem do zsypu, mając nadzieję, że żaden sąsiad mnie nie zobaczy. Rozpocząłem poszukiwania, których opisu oszczędzę. Nadmienię jedynie, że sporo się dowiedziałem o swoich sąsiadach. W pewnej chwili otworzyły się drzwi śmietnika i stanął w nich profesjonalny tzw. nurek. Uświadomiłem sobie, że wkroczyłem na czyjś rewir i że może się to dla mnie źle skończyć. Mierzyliśmy się wzrokiem przez kilka sekund, aż w końcu nurek powiedział: „O, przepraszam, nie wiedziałem, że śmietniczek zajęty. Czy szanownemu koledze drzwiczki przymknąć, czy zostawić otwarte, żeby światełko wpadało?”. Coś mu odburknąłem, portfel i tak się nie znalazł, dziecko posądziłem niesłusznie, na szczęście o tym nie wiedziało.

To była scena pierwsza, teraz scena druga. Nasz znajomy młody Izraelczyk przyjechał do Polski z zamiarem nauczenia się języka. Sporo już umiał, biegle czytał literaturę, ale nie znał języka żywego. Po kilku dniach opowiedział nam następującą historię: „Idę do restauracji. Kelner pyta, czy zjem zupkę, drugie danko, deserek i kawusię. Zamawiam, przynosi. Potem pyta, czy przynieść rachuneczek. Zupka była zupką, danko było dankiem, deserek deserkiem. Ale rachuneczek był rachunkiem!”.

Zdrobnienia. To nie pypcie, ale cała wysypka, szczególnie zaraźliwa w Krakowie. Owszem, dodają naszym wypowiedziom pieszczotliwości, ale i pomniejszają znaczenie tego, o czym mówimy. Infantylizujemy nimi język, ale i naiwnie zaklinamy rzeczywistość, żeby wydawała się mniej brutalna. Opisany za ich pomocą świat wygląda jednak co najwyżej jak w kiepskiej kreskówce. Albo jak w kiepskim dowcipie. Przychodzi facet do lekarza i mówi: „Panie doktorze, mam maleńki interesik...”. Lekarz: „Niestety, nic na to nie poradzę”.

OKO

To historia dość znana, ale muszę ją przypomnieć. Zadzwoniła do mnie kiedyś pani z banku i zapytała, czy rozmawia „z panem Michałem Rusinek”. Odpowiedziałem uprzejmie, że tak, ale ja się deklinuję. Na co ona: „A, to przepraszam. Zadzwonię później”.

Pytanie, jak wyobrażała sobie ona czynność deklinacji i czy aby nie jako coś w rodzaju depilacji, musi pozostać bez odpowiedzi. Ważniejsza jest tu kwestia odmiany nazwisk i nad nią się pochylmy. Owszem, istnieją nazwiska nieodmienne, które nie dają się przyporządkować żadnemu wzorcowi odmiany. Jest ich jednak stosunkowo niedużo. Większość się odmieniać powinno.

Za którymś kolejnym telefonem kolejnej pani z banku zapytałem inaczej: dlaczego nie odmienia mojego nazwiska, przecież dość prostego w odmianie. Odpowiedziała przez zęby – rozmowa była oczywiście nagrywana w trosce o bezpieczeństwo – że takie ma wytyczne. Więcej nie dopytywałem. Podobno ludzie wolą, gdy ich nazwisk się nie odmienia. Czują się wówczas poważniej traktowani, jakby nieodmienność dodawała oficjalności. I powodowała, że nazwisko stawało się słowem ważniejszym od słów zwykłych, podlegających władzy gramatyki. Słowem niezwykłym. Tak jak i my jesteśmy niezwykli. I chcielibyśmy nie podlegać żadnej władzy.

Od pewnego czasu olbrzymią popularnością medialną cieszy się ksiądz Dariusz Oko. Ma on przenikliwy wzrok, radykalne poglądy i retorykę charakterystyczną dla paranoi (władza nad światem, tajemnicze lobby, mniejszość pisząca historię itp.) – krótko mówiąc, do mediów się nadaje. Ale przecież duchownych o tych cechach jest sporo, czemu więc akurat on jest aż tak popularny? Wydaje się, że jego przewaga nad innymi tkwi w nazwisku.

Nie, nie chodzi o to, że ktoś o takim nazwisku po prostu musi być przenikliwy i widzieć więcej. Chodzi o to, że nieodmienianie przez dziennikarzy odmienialnego przecież nazwiska powoduje, że jego właściciel staje się osobą szczególną, niezwykłą i niepodległą żadnym regułom – tak jak jego nazwisko nie jest podległe regułom gramatyki. Spróbujcie, drodzy dziennikarze, nie pisać o księdzu Oko, ale o księdzu Oce, o poglądach księdza Oki, o spieraniu się z księdzem Oką...

Oczywiście, jeśli w ogóle musicie.

ZBOK

Przed spotkaniem autorskim, które miało być transmitowane za pośrednictwem internetu, podszedł do mnie pracownik biblioteki i powiedział lekko zakłopotany: „Będzie pan strimowany...”. Odpowiedziałem, że owszem, już jestem nieco stremowany, a pewnie będzie gorzej, zastanawiając się nad głębokim pochyleniem samogłoski „e” przez owego pracownika, ale szybko mi wyjaśnił, że chodzi o tzw. streaming, czyli właśnie internetową transmisję.

Rzadko miewam spotkania autorskie. Ale często się zdarza, że kiedy docieram do jakiejś biblioteki, panie bibliotekarki mówią, że był u nich niedawno pan Grzegorz Kasdepke, było bardzo fajnie i one by chciały, żeby moje spotkanie było równie fajne. Nie jest to fraza, która pomaga przezwyciężyć wspomnianą tremę. Dla zadośćuczynienia pozwolę sobie przytoczyć więc kilka anegdot mojego serdecznego kolegi po piórze. Grzegorz, stachanowiec spotkań autorskich, opowiadał, jak kiedyś pani bibliotekarka, wioząc go na spotkanie po krętych kaszubskich drogach, zaproponowała, że skoro mają trochę czasu, to ona chętnie pokaże mu swoją cipkę. Starając się ukryć przerażenie – najuprzejmiej podziękował, ale ona jęła go przekonywać, że mieszka niedaleko, mąż też się ucieszy... Zgodził się więc, nie chcąc wyjść na frajera. A ona z dumą pokazała mu kurkę, którą hodowała w ogrodzie. Przy okazji dowiedział się, że w tamtych częściach Polski nazywają w ten sposób również koszyczek na ofiary wrzucane podczas mszy.

Innym razem po spotkaniu dzieci ustawiły się w kolejce po autografy. Podeszła dziewczynka i powiedziała, że ma na imię Nirwana. Grzegorz, zdumiony, poprosił o powtórzenie. Powtórzyła. Nadal nie bardzo wierzył, więc poprosił o przeliterowanie. Przeliterowała. Wpisał więc dedykację. Następny w kolejce był chłopak, który powiedział od razu: „Marek. Em-a-er-e-ka”...

Ciekawe bywają także pytania, zwłaszcza dzieci: „Czy był pan kiedyś przystojny”, „Jak to jest być starym człowiekiem?”, „Ile lat jeszcze będzie pan żył?”, „Ile ma pan centymetrów?” – to tylko niewielka próbka tego, na co narażeni są wszyscy piszący dla dzieci. A i na spotkaniach dla dorosłych bywa zaskakująco. Ostatnio podeszła do mnie dziewczyna, prosząc o dedykację „Dla Marcina od jego ukochanej Walentynki”. Wyperswadowałem jej to jednak, tłumacząc, że w ten sposób mogę skomplikować życie jej, sobie, a co gorsza – Marcinowi.

Nic nie przebije jednak frazy pewnego ośmiolatka, który usłyszawszy, że jestem z Krakowa, przyjrzał mi się badawczo i powiedział: „Pan jest zbok”. Trochę mną to wstrząsnęło, więc spytałem najuprzejmiej, co ma na myśli. „Zbok Wawelzgi” – wyjaśnił, wycierając nos rękawem.

WODOGRZMOTY

Podobno kiedyś zapytano Sławomira Mrożka, co go śmieszy. Miał odpowiedzieć, że śmieszą go nazwy geograficzne, i jako przykład podał Wodogrzmoty Mickiewicza. Nazwy tego typu nadaje się, rzecz jasna, by oddać cześć wielkim rodakom. Czyli ma być solennie, ale czasami wychodzi komicznie. Nie ma w tym bynajmniej niczyjej złej woli, niczyich uchybień czy zaniedbań, jest za to żywioł języka, który – pilnowany, a zwłaszcza niepilnowany – lubi płatać nam figle.

W Krakowie mamy przemożną chęć czczenia. Nie mamy za to wodogrzmotów, jeśli więc ulica wydaje się nam zbyt banalna, wpadamy na inne brawurowe pomysły, na przykład nadając imię Czesława Miłosza – węzłowi. Uściślijmy: drogowemu. Przejeżdżając tamtędy, zawsze myślę, że noblista jednak lepiej trafił niż jego starszy kolega po piórze, bo konteksty „węzła” są znacznie wznioślejsze od kontekstów „wodogrzmotów”.

Z wyżyn wzniosłości dość łatwo runąć w otchłań śmieszności, szczególnie za sprawą wieloznaczności. Do niedawna na granicy tadżycko-kirgiskiej można było podziwiać szczyt Lenina; do niedawna, bo rząd Tadżykistanu zmienił nazwę na szczyt Awicenny. Może i zrobiło się mniej śmiesznie, ale pozostało równie wieloznacznie. Pod Krakowem mamy za to wąwóz Kochanowski, nieopodal miejscowości Kochanów, nazywany – głównie przez grasujących tam rowerzystów – wąwozem Kochanowskiego. Tu jednak winni są nie urzędnicy, lecz, jak zwykle, cykliści. A może nawet, co gorsza, cykliści poloniści.

Lubię słowo „zaułek”. Oznacza zarówno wąską uliczkę, jak i trudno dostępne, ukryte miejsca. Urzędnicy lubią je mniej, a szkoda. Ileż może uciechy przynieść i ileż kontekstów uruchomić zdanie o funkcjonariuszach penetrujących zaułek św. Bartłomieja (męczennika) naprawdę istniejący w Gdańsku. W tymże samym mieście jest także ulica Wały Jagiellońskie, której nazwa tak niegdyś zachwyciła lokalnych muzyków, że nazwali tak swój zespół kabaretowy.

Puśćmy wodze fantazji: proponowałbym, żeby przy kolejnych okazjach geograficzni decydenci tak dobierali miejsca do nazwisk, żeby konteksty (miejsc i nazwisk) się zazębiały. Miło by było przecież objechać czasami rondo Chopina, wysiąść na przystanku Piłsudskiego czy łowić ryby w kanale Wajdy...

KIEPURA

Styl jest jak koń: bywa, że nas ponosi. Zwłaszcza wówczas, gdy postanawiamy ubarwiać go porównaniami i piszemy na przykład, że styl jest jak koń... Porównania mogą przyjąć formy skrócone, bez spójnika „jak”, wówczas mamy do czynienia z metaforami i analogiami. Pascal, definiując człowieka, nie pisał, że jest „jak” myśląca trzcina, lecz że po prostu jest trzciną myślącą.

Z tym myśleniem bywa jednak różnie. Często zamiast myśleć samodzielnie, posługujemy się powtarzanymi do znudzenia frazami i frazesami, bez zastanowienia, co znaczą. I wtedy to my jesteśmy we władzy (cudzego) stylu, choć powinno być odwrotnie. Jedną z najbardziej rozpowszechnionych i zarazem wyświechtanych fraz opartych na analogii jest określenie „Wenecja północy”. Można znaleźć co najmniej pięć miast, które nazywano w ten sposób: Amsterdam, Sankt Petersburg, Sztokholm, Wrocław i Bydgoszcz. Właściwie można by ją zastosować do wszystkich miast położonych geograficznie na północ od Wenecji, nad jakąkolwiek rzeką czy jeziorem – bo o lagunę jednak trudniej. Uroda czy wartość historyczna wydaje się tu sprawą drugorzędną.

Nieco inaczej wygląda sprawa określeń konkretnych osób. O Zbigniewie Cybulskim mówiło się, że to „polski James Dean”, co może i w zamierzeniu było określeniem nobilitującym, ale jednocześnie krzywdzącym, gdyż był on przecież aktorską klasą samą w sobie. Na Jana Kiepurę mówiono „Caruso z Sosnowca”, w czym pobrzmiewała nuta egzaltacji, ale i zarazem praktyczna informacja o mieście urodzenia polskiego śpiewaka. Po przyznaniu Wisławie Szymborskiej w 1996 roku Literackiej Nagrody Nobla prasa szwedzka nazywała ją dwojako: Mozartem poezji lub Gretą Garbo poezji. Czemu Mozart? Bo pisała (rzekomo) bez skreśleń? Czemu Greta Garbo? Bo źle się czuła w otoczeniu tłumu? Lepiej nie wnikać.

Tego typu analogie są bowiem niebezpieczne. Podobno ktoś obraził się, gdy powiedziano mu, że z niego „istny Napoleon”, bo uznał, że to przytyk do jego nikczemnego wzrostu. Ale niebezpieczeństwo tkwi też w logicznej odwracalności analogii. Skoro Bydgoszcz jest Wenecją północy, to Wenecja powinna być Bydgoszczą południa. Skoro Cybulski to polski James Dean, to James Dean to amerykański Cybulski. Skoro Kiepura to Caruso z Sosnowca, to Caruso powinien być znany jako Kiepura z Neapolu... No bo co w końcu, kurczę blade, jak mawiał Mikołajek. Czyli taki francuski Bolek i Lolek. Razem wzięty.

OLBRZYM

Niektórzy pisarze zaczynają pisać książki od tytułów. Inni obmyślają tytuły, gdy książki są już gotowe. Ale są i tacy, którzy narzekają, że wszystkie dobre tytuły już są zajęte, i pozostawiają ich wymyślanie wydawcom.

Wydawcy, zanim podejmą decyzję, stosują zasadę nasłuchu rynku. Jakie książki mają lepsze wzięcie? Co powoduje, że klienci księgarni sięgają chętniej po jedne, a unikają innych? Tylko nazwisko autora czy autorki? Tytuł? A może okładka? Kiedyś dowiedziałem się, że najgorzej sprzedają się w Polsce książki w białych okładkach. Podobno Polacy się obawiają, że im się szybko pobrudzą. Nie wiem, czy słusznie, ale winiłbym za to perfekcyjną panią domu.

Dobrze jest posłużyć się w tytule słowem kluczem, które grafik – na polecenie wydawcy – sprytnie podkreśli, rozstrzeli lub – za przeproszeniem – wybolduje lub skursywizuje na okładce. Jakie to słowo? Oczywiście „seks”. Bywa jednak, że tematyka książki tak dalece odbiega od obcowania płciowego, że nijak nie da się nim posłużyć w tytule. Pozostaje mniejszy kaliber, jak „skandal” lub „tajemnica”. Niedawno modny był także przymiotnik „resortowy”. Aż dziw, że nie powstała książka „Tajemnice resortowych seksskandali”. A może przeoczyłem?

Jeszcze kilka lat temu panowało przeświadczenie, że sprzedają się wyłącznie takie książki, które w tytule zawierają pytanie. Podobno czytelnicy sięgali po nie na zasadzie wyrwania do odpowiedzi: znam odpowiedź na to pytanie, więc kupię tę książkę. Dobrze, że moda ta trwała krótko i nikt nie wpadł na pomysł przerabiania tytułów klasycznych dzieł literackich z konstatacji na zdania pytajne. Albo, co gorsza, cenzury. Z Szekspira pozostałoby tylko „Jak wam się podoba?”.

Nie tak dawno w tytułach królowała intymność. Intymne wyznania, intymne biografie, intymne powieści. Wchodząc do księgarni, czuliśmy się trochę jak w drogerii w dziale płynów do higieny. Mam nadzieję, że moda ta już minęła.

Są i tytuły – rozkazy. Te zdumiewają mnie najbardziej, być może dlatego, że nie załapałem się na szkolenie wojskowe i nie nawykłem do tej formy wypowiedzi. Mój ulubiony tytuł z tej serii brzmi „Obudź w sobie olbrzyma”. Jej autor, jak głosi notka wydawcy, „uchodzi za człowieka, który osiągnął szczyty możliwości wnikania w ludzkie wnętrze”. Nie będę wnikał w wewnętrznie sprzeczną metaforykę autora notki, ale mam uprzejmą prośbę: gdybym kiedyś obudził w sobie olbrzyma, proszę mnie natychmiast zastrzelić.

KLAWISZ

Najłatwiej znęcać się nad komentatorami. Komentator, jak wiadomo, ma obowiązek komentowania na żywo tego samego, co i my widzimy lub słyszymy. Powinien komentować błyskawicznie i błyskotliwie, a w każdym razie błyskawiczniej i błyskotliwiej niż my, zwykli odbiorcy, moglibyśmy komentować. To straszliwa presja, dewastująca psychikę, co objawia się zwykle w postaci językowej wysypki.

Nie, nie chodzi mi o komentatorów sportowych. O tych jeszcze napiszę. Tym razem wsłuchajmy się w komentatorów tegorocznego Konkursu Chopinowskiego. Mówienie o sztuce nie jest łatwe, ale ze wszystkich sztuk to właśnie muzyka stawia największy opór komentatorom i teoretykom. Delacroix mawiał, że muzyka jest au-dessus de la pensée, czyli wymyka się nawet myślom. Teoria muzyki bardzo wyraźnie podszyta jest metaforą: „barwa tonu”, „paleta brzmieniowa” to przecież pożyczki z języka opisu sztuk plastycznych, a zarazem z innych doznań zmysłowych.

Komentator muzyczny ma więc trudność podwójną: po pierwsze, jest komentatorem, po drugie, komentuje coś, co komentarzom stawia szczególny opór. W czasie konkursu dowiedzieliśmy się na przykład, że czyjś polonez okazał się „zbyt zwiewny”, w czyimś walcu a-moll odnotowano „zbyt mało smutku”, natomiast w walcu F-dur – „zbyt mało poczucia humoru”. Na szczęście w polonezie zauważono „mądry wstęp”. Uff.

Zabawne bywają wtręty branżowe, muzykologiczne, jak na przykład narzekanie, że „słabe wejście w trzydziestkędwójkę odcisnęło się piętnem na reszcie utworu”, nie mówiąc o „braku rytmu punktowanego w oktawach”. Dobrze, że niektórzy „potrafią czytać bemole”. I że Chińczykowi „spokojnie płynęły szesnastki w lewej ręce”. Kanadyjczyk zaś niestety miał „lewej ręki za mało”. Nie zapamiętałem, a szkoda, który z finalistów „doskonale budował kolorystykę”. Oczywiście lewą ręką.

W grę wchodzi też czasami noga, a wówczas pianista „pedałuje z wyczuciem”. Gorzej, kiedy jego „pedalizacja trąci automatyzmem”. Trudno się z tym nie zgodzić. Wszelkim automatyzmom mówimy gromkie „nie”. A z fortepianowym pedałem trzeba się w ogóle obchodzić ostrożnie, żeby nie usłyszeć od komentatora: „za dużo pedału; ja wolałbym szmer, a była mgła”. Z mgłą tym bardziej trzeba ostrożnie.

Nie sądzę, żeby któryś z uczestników konkursu zaraz po własnym występie włączał telewizor czy radio i wsłuchiwał się w komentarze ekspertów. Gdyby jednak któryś spróbował, to zastanawiam się, co poczułby, usłyszawszy, że jest „głęboko zanurzony w dźwięk klawisza”. Ja poczułem chłód i wilgoć więziennej celi.

CIASTKO

Oto sytuacja dobrze znana wszystkim, którzy wpadną na pomysł pospiesznego zwiedzania wielkich galerii malarskich. Nasza percepcja sztuki ma określoną wyporność i po obejrzeniu pewnej ilości nawet – a może zwłaszcza – największych arcydzieł, zaczynamy zauważać u siebie objawy zmęczenia, a nasza miłość do malarstwa zostaje wystawiona na ciężką próbę.

Co robić? Tadeusz Konwicki proponował, żeby ograniczyć się do czytania tabliczek umieszczonych pod obrazami: „Ze strasznym strachem, żeby nie przegapić arcydzieła, sylabizowałem napisy z tych tabliczek, nazwiska malarzy, lata ich życia i miejsca urodzenia. Rzecz jasna, na obejrzenie obrazu już nie było czasu ani możliwości, bo gdybym co kilka sekund zginał się i rozginał, to już w trzeciej sali mógłby mnie szlag trafić. Ale i w takiej pozycji długo nie wytrzymałem. Padłem na czworaki i czołgając się na czworakach, żwawo czytałem napisy na mosiężnych tabliczkach”.

Nawet w takiej pozycji owa żwawa lektura może nam dostarczyć wiele radości. W jednym z amerykańskich muzeów przeczytać ponoć można, że pewien obraz przedstawia „mityczne zwierzę zamieszkujące Góry Skaliste”. Jeśli nie chodzi o jakieś mityczne Góry Skaliste, to mamy tu do czynienia z tajemniczym pomieszaniem dwóch sfer: rzeczywistej i nierzeczywistej. Nie trzeba jednak szukać tak daleko. Na pokazywanej niedawno w krakowskim Muzeum Narodowym wystawie „Ottomania”, skądinąd znakomitej, podpis pod jednym z obrazów zwracał naszą uwagę na „realistyczne przedstawienie smoka”. Właściwie, stojąc przed płótnem przedstawiającym jednorożca, moglibyśmy – zgodnie z tą samą logiką – zakrzyknąć: „jak żywy!”.

Sprawa się dodatkowo komplikuje, kiedy mamy do czynienia ze sztuką współczesną. Już sformułowanie „muzeum sztuki współczesnej” jakoś zgrzyta; muzea – w przeciwieństwie do galerii – kojarzą się bowiem raczej z tym, co niewspółczesne. Tak czy owak, do odbioru takiej sztuki nie wystarczy znajomość kulturowych kontekstów, autorzy podpisów pod obrazami usiłują więc wskazać odbiorcom tropy interpretacyjne. Najlepszych autorów zatrudnia Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK. Dzieło zatytułowane „Mieć ciastko i zjeść ciastko” opisano tam tak: „Obie sytuacje ujawniają przepaść wyboru, jaka je dzieli”. O autorze (Michał Frydrych, ur. 1980) dowiedzieliśmy się natomiast, że „należy do artystów gotowych na daleko posunięte poświęcenie intelektualne”.

Nie wstając z czworaków, z żalem stwierdzamy, że my do takich odbiorców nie należymy.

BIERUT

Mam w domu stare wydanie Wyboru pism Adama Mickiewicza z ilustracjami Andriollego. Pamiętam je z dzieciństwa i nadal bardzo lubię. Nie tak dawno zauważyłem, kto napisał do niego wstęp: Bolesław Bierut. Książkę wydano w 1952 roku – prawdopodobnie mogła się ukazać w tym kształcie dzięki owemu wstępowi ówczesnego prezydenta, nieprzypadkowo nazywanego namiestnikiem Stalina.

Czytamy w nim, że utwory Adama Mickiewicza podnoszą „mowę ojczystą na wyżyny niezrównanego piękna”. Mickiewicz był poetą-rewolucjonistą występującym w obronie mas ludowych i uciśnionych chłopów i robotników: „wielki romantyzm rewolucyjny Mickiewicza wybuchał protestem przeciwko zaśniedziałemu i samolubnemu oportunizmowi ówczesnych uprzywilejowanych warstw społecznych”. Oczywiście, niecała twórczość poety pasuje do modelu interpretacyjnego przyjętego przez Bieruta. „Mistyczna forma”, którą niekiedy przyjmowała jego twórczość, była odbiciem tragizmu poety. A tragizm – efektem „ówczesnej niedojrzałości [...] sił ludowych”. Dopiero dzisiaj, tzn. w latach 50. XX wieku, masy ludowe dojrzały, a „tryskające płomiennym uczuciem słowo” może do nich trafić i wzmóc ich siły. Oczywiście nie samo, lecz opatrzone komentarzem prezydenta-filologa.

Jeszcze kilka lat temu tego typu zabiegi interpretacyjne wydawały się reliktem przeszłości i opowiadało się o nich studentom w czasie przeszłym. W historii świata bywało przecież wielokrotnie, że poddawano literaturę minionych epok takim zabiegom interpretacyjnym, by mogła przetrwać w zideologizowanych epokach późniejszych. A w demokracji? Chyba tylko wydanie Mein Kampf wymagało opatrzenia komentarzem.

Tymczasem telewizja publiczna pokazała niedawno Idę Pawła Pawlikowskiego. Seans został poprzedzony napisami wyjaśniającymi kontekst historyczny wydarzeń przedstawianych w filmie stylizowanymi na integralną część filmu. Był to wstęp, w którym ktoś – kto?, redakcja? – wyjaśniał, jak rozumieć dzieło. Widzowie, pozostawieni z nim sam na sam, mogliby przecież powziąć niesłuszne podejrzenia co do naszej nieskazitelnej historii.

Podobnie jak Bierut tłumaczył mistycyzm Mickiewicza, tak i jeden z komentatorów w telewizyjnym studiu tłumaczył, dlaczego Ida nie była promocją Polski (a ponoć być powinna). Otóż gdyby film „nie pozwalał bronić strony żydowskiej w tym konflikcie polsko-żydowskim [...], nie dostałby Oscara”. Zdaniem Bieruta zaś, gdyby Mickiewicz zrezygnował z mistycyzmu – nie zyskałby uznania ówczesnych czytelników.

Różnica między tymi interpretacjami jest zasadnicza: dzięki jednej ukazał się wybór pism wielkiego poety – który bez niej ukazać by się nie mógł. Dzięki drugiej dostaliśmy wyjaśnienie, dlaczego antypolski film zyskał międzynarodową sławę. Nic się nie stało? Być może, jeszcze. Mam nadzieję, że nie doczekam czasów, kiedy publikacja na przykład tomu wierszy znowu będzie możliwa tylko z komentarzem pokazującym, jak je czytać.

STRESZCZENIE

Powiedzmy, że nie czytaliśmy jakiejś książki, a chcemy zabłysnąć i zrobić wrażenie na nowo poznanej osobie. Oczywiście przyjąwszy śmiałe założenie, że znajomość literatury robi jeszcze na kimkolwiek jakiekolwiek wrażenie.

Co robić? Sięgnąć do streszczeń. Oczywiście najłatwiej dotrzeć do internetowych. I słusznie, bo są wstrząsające; zwłaszcza te, które umieszcza nie tyle redakcja stosownego portalu, ile jego użytkownicy przejęci sprawą.

Powiedzmy, że książka, której nie czytaliśmy, to jakaś powieść Paulo Coelho. Możemy sobie przecież wyobrazić, że na pierwszej randce, między jednym a drugim siorbnięciem bananowego shake’a (szejka?), nasza koleżanka lub kolega spyta, czy czytaliśmy Alchemika, powieść niezwykle przecież popularną w naszym kraju. Oczywiście odpowiemy: „Oczywiście!”. Ale co zrobić, jeśli posypią się dalsze pytania i żądania dowodów?

Przepraszamy, bierzemy telefon, wychodzimy do łazienki i zaglądamy do sieci. Tam czytamy, że powieść ta ma aż 209 stron (wszystkie streszczenia – góra jedną stronę) i opowiada o losach chłopca o imieniu Santiago, który „pochodził z niezamężnej (sic!) rodziny”. Pewnego dnia podszedł do niego starzec, który tak naprawdę był królem „ubranym jak zwykły biedak w szaty dla niepoznaki” (tu dyskretnie przyglądamy się w lustrze własnej garderobie) i zaczął mu opowiadać o swojej pierwszej przygodzie erotycznej. Chłopiec nie chciał słuchać, co nas, rzecz jasna, nie dziwi, ale „wewnętrzne bicie serca nakazywało mu wysłuchać starca”. Cieszymy się, że nie było ono zewnętrzne. Czytamy dalej. Nasz bohater „zapisał się do karawanny (sic!), która ruszała do Egiptu”, ale „karawana (sic!) była w stałym stresie, ponieważ w pobliżu według człowieka prowadzącego wielbłądy są nieustające walki klanów”. Trochę się już pogubiliśmy, omijamy więc na wszelki wypadek liczne zdania wielokrotnie złożone i czytamy sam koniec streszczenia, żeby wiedzieć, czy powieść kończy się happy endem. Od tego zależy przecież kierunek naszej randkowej konwersacji. Czytamy: „Santiago wrócił do domu oraz kupił sobie dużo owiec”. Spójnik „oraz” sugeruje, że happy endy były nawet dwa! Tym lepiej dla nas.

I już mamy wracać z rzeczonej łazienki, kiedy uderza nas podsumowująca streszczenie fraza: „Mój stosunek do wymowności tej książki jest chłodny, jednakże polecam ją gorąco”. Zostajemy, odkręcając sobie w umywalce wodę raz chłodną, raz gorącą.

ABSTRAKCJA

Metafory i porównania pozwalają nam zobaczyć coś, czego gołym okiem nie widać. Kiedy coś zobaczymy, to jest szansa, że zrozumiemy, choćby i było bardzo abstrakcyjne. A im bardziej coś jest abstrakcyjne, tym bardziej wymaga metaforyzacji, tym bardziej domaga się sprowadzenia do rozpoznawalnego obrazu.

Ale abstrakcja – rzecz względna. To, co dla jednych jest konkretem, innym może jawić się jako rzecz nierealna i trudno wyobrażalna. I tak peerelowscy urzędnicy wyższych szczebli namiętnie posługiwali się określeniem „odcinek”. Na przykład ogłaszali z dumą, że „na odcinku »kultura« odnotowaliśmy wzrost wydajności”. Kultura była więc dla nich na tyle abstrakcyjna, a zarazem jednowymiarowa, że jawiła im się w formie odcinków. Być może na tego typu metaforykę wpływ miało słownictwo militarne: linia frontu dzieli się przecież na odcinki, a życie urzędnika wyższego szczebla było wieczną walką o lepsze jutro. Także na odcinku „kultura”. Co więcej, owa kultura występowała tu zawsze w mianowniku, jakby była zaledwie kryptonimem militarnej akcji, a nie wartością samą w sobie.

Metaforyka jednowymiarowa (i zarazem militarna) ustąpiła niedawno miejsca dwuwymiarowej. Urzędnicy dzisiejsi chętnie mówią bowiem o „obszarze” kultury. Nadal zdarza im się odnotowywać w nim wzrosty i spadki, ale najczęściej ów obszar „zagospodarowują”. Kultura, jak widać, nadal jest abstrakcją, która wprawdzie zyskała dodatkowy wymiar, bo nie jest już fragmentem prostej, ale wycinkiem powierzchni i przypomina działkę w rzucie poziomym. A taką działkę najpierw trzeba ogrodzić, a potem podzielić zgodnie z wytycznymi. Płodozmian? Trójpolówka? To urzędnik decyduje o formach zagospodarowania, bo urzędnik jest tu przecież gospodarzem.

Kiedyś odcinek, teraz płaszczyzna, czas więc na przestrzeń. Kulturę podałem tutaj przykładowo. Ale właśnie kulturze dobrze by zrobiło, gdyby myślano o niej w kategoriach przestrzennych. Chyba że przestanie być dla urzędników abstrakcją. Ale w to jakoś trudno mi uwierzyć.

CARMEN

Na pojawiające się coraz częściej i boleśniej pytanie, gdzie bije tętno współczesnej poezji, odpowiedź wydaje się zdumiewająco prosta: w sklepie z farbami. Nic tak przecież nie pobudza poetycko jak kolory. A właściwie przymus – zewnętrzny?, wewnętrzny? – kolorów tych nazywania.

Zajrzyjmy do palety firmy produkującej farby. Okruch Lodu, Chłodny Cień czy Grafitowa Noc brzmią jeszcze niewinnie. Ale już Dryfujące Kry, Śnieżny Zaprzęg czy Nocna Wyprawa mają charakter nieco epicki, że nie wspomnę o Namiętności Carmen (przypominam poecie, który tę nazwę wymyślił, że namiętność ta źle się skończyła; na operach warto wysiedzieć do końca). Natomiast Bukiet Pierwiosnków, Aromaty Wanilii i Tropikalna Cytryna rozsnuwają przed nami gamę aromatów i każą zadać sobie (klientowi?) pytanie: znasz-li ten kraj? Pytania zresztą zaczynają się mnożyć: czyim popisem jest Popisowy Biszkopt? Co to jest Magnetyczna Wiśnia? Rozumiem, że Mechaniczna Pomarańcza po prostu była już zajęta... Paletę zamyka jednak prozaiczny Odporny Popielaty. I to jest nawet pocieszające.

Kiedyś w Krakowie działała korporacja taksówkarska, w której wprawdzie jeździły stare gruchoty, ale za to kiedy się je zamawiało, panie dyspozytorki mówiły: „Za 10 minut podjedzie szmaragdowy polonez” albo „malachitowe daewoo” czy też „szafirowe espero” (dodajmy na marginesie, że sukces sprzedażowy tego ostatniego modelu w Polsce zdumiewał, jako że nazwa ta kojarzyła się z pewnym znienawidzonym lekiem zwanym „wszywką”). To były jednak początki kapitalizmu i zarazem wolności, także nazewniczej. Zalewać nas zaczęły nazwy anglojęzyczne, z którymi nie wszyscy sobie radzili. Sprzedawca w jednym z salonów samochodowych mawiał: „To jest tico w kolorze Hot Pepper, czyli Podgrzewana Papryka”. Podgrzewane fotele przyszły do nas nieco później.

A jeszcze przecież niewiele wcześniej królowały na szosach PRL-u duże fiaty w takich kolorach, jak: amarantowy, kość słoniowa (zwana popularnie brudnym zębem lub zębem starca), tabakowy, oliwkowy czy zwykły niebieski (popularnie zwany ZOMO Blue). O ile jeszcze swojsko brzmiał błękit bałtycki czy zieleń stepowa (patrz: Sienkiewicz), o tyle już błękit turecki czy adriatycki miały wyraźny posmak egzotyki. Że nie wspomnę o czerwieni meksykańskiej, piasku pustyni czy kultowym bahama yellow.

Egzotyka współczesnych nazw kolorów nie umywa się do tamtej, PRL-owskiej, podszytej tęsknotą za czymś nieosiągalnym. Turcja? Meksyk? Wyspy Bahama? Pustynie? Brzmiały niegdyś jak dzielnice Nibylandii. A teraz? Są w katalogach wszystkich biur podróży. Egzotyka last minute? To żadna egzotyka. Prawdziwa egzotyka to egzotyka nieosiągalna. Także prawdziwą poezję przenika świadomość niespełnienia, mrzonki, klęski. Wśród nazw współczesnych chyba więc tylko Namiętność Carmen spełnia ten warunek.

ZAROST

Do przeszłości mamy zwykle stosunek dwoisty: albo uważamy, że kiedyś było lepiej, nie to co teraz, albo wprost przeciwnie: że ja to za młodu miałem ciężkie życie, nie to co wy dziś. Nie oznacza to, że świat dzieli się na wyznawców tych poglądów, bo wielu ludziom sprzeczności w poglądach nie przeszkadzają, więc mogą być wyznawcami ich obu naraz.

Zgódźmy się jednak, że kiedyś było – inaczej. Na przykład inny był język PRL-u. Szczególnie ten publiczny, którym posługiwano się przy okazjach oficjalnych, sączący się z radia i telewizji. Przed nim właściwie nie było ucieczki. Owszem, można było nie wychodzić z domu i udawać, że PRL nas nie dotyczy; takie zwyczaje panowały na przykład w wielu starych rodzinach krakowskich. Można też było uciec do kościoła, który – w wielu przypadkach – był miejscem wolnej myśli i wolnego słowa. Była to jednak wolność specyficzna, ograniczona doktryną radykalnie odmienną od panującej w świecie poza murami kościołów. Ucieczka od języka PRL-u w język Kościoła była najczęściej ucieczką z pustosłowia w patos, trochę więc – jak na rysunku Andrzeja Mleczki – z deszczu pod rynnę. W 1989 roku, po upadku komuny, „Gazeta Wyborcza” i inne demokratyczne, liberalne media musiały de facto stworzyć na nowo dyskurs publiczny i tak go usytuować stylistycznie, by od tamtych dwóch biegunów był jak najdalej.

Jednak język PRL-u i język Kościoła przenikały i wciąż przenikają do dyskursu naszego powszedniego. Bywało, że partyjny aparatczyk mówił jak proboszcz, a sam niedawno byłem świadkiem, jak pewien duszpasterz powiedział: „nasz kolektyw księżowski postanowił...”. Jednak palma pierwszeństwa należy się milicjantowi. Otóż w peerelowskiej telewizji w porze największej oglądalności co jakiś czas pokazywano powtarzający się spektakl. Ale po kolei: najpierw „nieznani sprawcy” kradli z jakiegoś kościoła na przykład obraz, następnie dzielni milicjanci zatrzymywali owych sprawców i przekazywali skradziony przedmiot zakłopotanemu księdzu. Przy czym ostatni akt dramatu odbywał się właśnie w telewizji. Chodziło o to, by pokazać, jak to władza pomaga Kościołowi i jak Kościół powinien być owej władzy wdzięczny. Pamiętam jak dziś taką właśnie scenę: milicjant przekazujący księdzu święty obraz miał opowiedzieć całą historię i zaczął mniej więcej tak: „Z kościoła w miejscowości Skaranie Boskie skradziono obraz olejny o wymiarach 43 na 67 centymetrów przedstawiający starszego mężczyznę z zarostem. Ksiądz proboszcz utrzymuje, iż był to Bóg Ojciec”.

RZEŹNICZA

Podobno prawdziwy humor powinien być doprawiony szczyptą makabry. Bywa jednak i tak, że i komizm, i makabryczność są niezamierzone. Ba, zdarza się im towarzyszyć nawet znakomitym, godnym poparcia ideom – co tylko potęguje efekty uboczne. I tak od wczesnych lat 80. wzdragam się, słysząc nazwę unikatowych przyrodniczo terenów północno-wschodniej Polski, zwanych „Zielonymi Płucami Polski”. Niby wszystko jest w porządku, a metafora miejsca, które dostarcza naszej ojczyźnie życiodajnego tlenu – czytelna. Ale metafory mają to do siebie, że lubią się wizualizować. Płuca są częścią ciała. Zieleń – bynajmniej nie jest oznaką ich zdrowia.

Ktoś tego nie zauważył. Trudno. Natomiast inny ktoś w pewnej nadmorskiej miejscowości na przybytku tzw. małej gastronomii wywiesił kartkę z dwoma zdaniami. Pierwsze było optymistyczne, drugie – optymizm ten drastycznie nadwątlało: „Znaleziono psa. Wiadomość w smażalni”. Tu nawet nie ma metafory. Jest natomiast w domyśle coś, czego lepiej się nie domyślać.

Kartka ta pochodzi z początku lat 90., kiedy to powstawały nowe firmy, stawiając wyzwanie rodzimej inwencji językowej. W pierwszej dziesiątce moich ulubionych nazw tragikomicznych znajduje się ubojnia drobiu „Exodus”. Właściciel ponoć czuje się niewinny: nazwał tak firmę, bo w tych czasach modny był zespół muzyczny o takiej nazwie, który bardzo mu się podobał. Tak oto kultura popularna wyparła świadomość tradycji biblijnej. Przeglądając nazwy zespołów zaczerpnięte z tej tradycji, można się tylko pocieszać, że właściciel mógł trafić gorzej.

Wśród nazw makabrycznych i komicznych zarazem można znaleźć i takie, które nie są efektem gapiostwa, naiwności czy niewiedzy, ale wyłącznie ślepego losu. Pod tym względem bardzo cenię to, że lokalna izba wytrzeźwień znajduje się przy ulicy Rozrywka, w dodatku z umoralniającym widokiem na cmentarz Batowicki. Ale najbardziej podoba mi się, że regionalne centrum krwiodawstwa w Krakowie znajduje się przy ulicy Rzeźniczej. Tego by sam Tim Burton nie wymyślił.

GEOGRAFIA

Są takie miejsca – miasta, wioski, lasy, wąwozy, przełęcze – które naznaczyła silniej historia niż geografia. Im bardziej dramatyczne dzieje jakiegoś skrawka lądu, tym więcej tam nazw, które kojarzą się dramatycznie, choćby ich krajobraz od dramatyzmu był daleki. W naszym kraju bodaj najbardziej obciążony jest pod tym względem Oświęcim.

Miałem na studiach koleżankę, chorobliwie chudą. Kiedy mówiła, że pochodzi z Oświęcimia, wywoływało to u kolegów i koleżanek niezdrowe uśmiechy. A i niewiele brakowało, by w „Gazecie Wyborczej” ukazał się tekst pod (makabrycznym) tytułem „Pasiaki przegrały w Oświęcimiu” – oczywiście w rubryce sportowej i oczywiście z niewinnymi intencjami.

Ponieważ żyjemy nie tyle w świecie, ile w świecie naszych przeświadczeń o świecie, to mogę sobie wyobrazić, że są ludzie, którym kontekst historyczny Oświęcimia całkowicie przesłania każdy inny. Którzy uważają, że jest to miejsce na tyle przeklęte, że nie można tam być szczęśliwym czy radosnym, a urodzenie się w tym miejscu jest jakąś nieprzyzwoitością. Mam nadzieję, że takie postrzeganie miasta odchodzi do przeszłości, że będzie się wreszcie odróżniać współczesny Oświęcim od Auschwitz (choć jeszcze pod koniec lat 80. ubiegłego wieku w wydanym w USA przewodniku po Polsce napisano, że Kraków to „miasto niedaleko Auschwitz”). Teraz mieszkańcy i władze Oświęcimia starają się to miasto odczarować. Z różnym skutkiem, niestety. Kilka lat temu pojawiło się hasło: „Powiat oświęcimski. Ziemia, która przyciąga”. Jak na miejsce, które walczy z wizerunkiem nekropolii, hasło dość lekkomyślne.

Ale zostawmy Oświęcim i naszą historię. Inni też mają nielekko. Weźmy taką Grecję: umówienie się na pierwszą randkę z dziewczyną pod malowniczymi Termopilami (nieopodal niewinnej Lamii, miasta partnerskiego Rzeszowa) może źle wróżyć. Za to wyprawa statkiem wycieczkowym po Zatoce Sarońskiej pod Salaminę może się skończyć upragnionym zwycięstwem i zmienić bieg historii. Tej prywatnej.

DZIEŃ

Wśród językowych konstrukcji, które najbardziej zgrzytają w zębach, wysoką pozycję zajmuje fraza „na dzień dzisiejszy”. Twór to PRL-owski i wydawałoby się, że powinien zaniknąć razem z tamtą epoką, a w każdym razie niedługo po jej zgonie. Tymczasem ma się dobrze i słychać go co i rusz, zwłaszcza w ustach przedstawicieli władz różnych szczebli.

Istnieje teoria mówiąca, że „na dzień dzisiejszy” to fraza pojawiająca się zwykle w obecności mikrofonu lub kamery. Przedmioty te mają magiczną funkcję: zmieniają język tych, którzy w ich obecności coś mówią. Wiadomo, skoro słowa mają popłynąć w eter, to trzeba mówić jakoś inaczej, jakoś bardziej. Po co? Nie bardzo wiadomo. Wiadomo za to, że z takich ambicji rodzi się chęć noszenia białych skarpetek do czarnych butów i garnituru. I analogiczna do niej namiętność do fraz typu „Na dzień dzisiejszy”.

Tych fraz jest cała dorodna rodzina: blisko spokrewnione sformułowanie „na tę chwilę” czy też „w miesiącu wrześniu”. Aż zdumiewa, że nie słychać frazy „w dniu piątek” – ani „w dniu piątku”, bo przecież uoficjalniając wypowiedzi chętniej wszystko odmieniamy. Przez co nawet na uniwersytetach usłyszeć można, że żyjemy w roku „dwutysięcznym piętnastym”, a nie po prostu dwa tysiące piętnastym.

Niestety, nic nie może być po prostu. Po prostu to po prostacku. A my przecież nie z takich! Pokażmy się z innej strony, kiedy podchodzą do nas na ulicy z kamerą lub mikrofonem – zwłaszcza na dzień dzisiejszy, w miesiącu wrześniu, w mieście Kraków!

Błąd, drodzy Państwo, nie tylko polega na pleonazmie, na którym oparte są te frazy. Błąd tkwi w tym, że zakładamy zarazem, iż mikrofon i kamera towarzyszą nam tylko sporadycznie. Tymczasem przecież wiadomo, że wszystko cały czas się nagrywa. Nie tylko w warszawskich lokalach gastronomicznych. I nie od – po prostu – dzisiaj. Nie udawajmy więc, bo to się i tak wyda, prędzej czy później.

DZIÓB

PRL był krajem zakazów, wstępów surowo wzbronionych, baczności i awarii. Nasze poruszanie się po nim powodowane było nie zachętami i pokusami, lecz zniechęcaniem, pogróżkami i zakazami. Zmiana ustroju spowodowała zmianę wektorów sił: napisy na tabliczkach zaczęły nas przyciągać. A jeśli teraz mają czegoś zabronić, to robią to dyskretnie i tak, by nie naruszyć naszej psychiki nadmiarem negatywności.

Pamiętam mój szok, kiedy po raz pierwszy, w czasach głębokiego PRL-u, pojechałem do Anglii. Tam na remontowanym budynku wisiała tabliczka, która – o dziwo – nie zakazywała surowo wstępu na teren budowy, ale uprzejmie przepraszała za niedogodności i przekonywała, że ten remont jest właśnie dla mnie, żeby było mi wygodniej. Zakaz przeszkadzania remontującym był tu niejako w domyśle.

Styl PRL-owskich tabliczek był zwięzły i bezosobowy. Najczulsza forma, jaką pamiętam, brzmiała: „Uprasza się P.T. klientów”. Owo tajemnicze P.T. nie było bynajmniej sowieckim skrótem, jak sugerowali niektórzy, lecz łacińskim, czyli przedwojennym: „pleno titulo”, czyli „z zachowaniem należnych tytułów”. To szczególnie ważne w Krakowie, gdzie wciąż przecież cenimy tytuły. Na Plantach nadal można spotkać żebraka, który do wszystkich zwraca się „panie dyrektorze!”, „pani prezes!”, „panie mecenasie!”. Jeśli na to nie reagują, to sięga po grubszą broń i woła: „ekscelencjo!”. To zazwyczaj skutkuje.

Kilka lat temu, zimą, byłem nad Morzem Martwym. Zauważyłem tam tabliczkę zakazującą w kilku językach (oraz za pomocą obrazków) czterech rzeczy: pływania w ubraniu, pływania na brzuchu, chlapania i wchodzenia do wody pod wpływem alkoholu. W morzu pływała akurat żabką, chlapiąc na siebie nawzajem, grupka pijaniusieńkich Rosjan, oczywiście w ubraniach. Jak widać, zakazy miewają skutek odwrotny. Być może też zbyt długie życie wśród nich powoduje, że się na nie impregnujemy.

Wróćmy do ojczyzny. Znajdziemy tu wciąż przecież ciekawe tabliczki. Mam swoje dwie ulubione. Pierwsza jest amatorska, a jej treść jest efektem inicjatywy, by tak rzec, oddolnej i brzmi: „Awaria toalety. Prosimy załatwiać się na własną rękę”. Druga jest całkiem profesjonalna i głosi: „Zakaz dobijania dziobem”. Brzmi to wprawdzie makabrycznie, ale gdy się zorientujemy, że tabliczka jest umieszczona w porcie – oddychamy z ulgą. Jodowanym powietrzem.

JAKOIMY

Zamiast wdawać się w dyskusję, które święta są ważniejsze – Bożego Narodzenia czy Wielkiej Nocy – przyjrzyjmy się językowi Kościoła. Badania wykazują, że właśnie Niedziela Wielkanocna cieszy się największą popularnością wśród wiernych, wychodzących zapewne z założenia, że kiedy jak kiedy, ale w święta do kościoła iść wypada. Wiedzą to duszpasterze, którzy starają się, by tego dnia ich kazania były najatrakcyjniejsze; mają przecież szansę trafić do najszerszego grona odbiorców.

Jakiś czas temu pewien ksiądz wpadł na pomysł, żeby posłużyć się środkiem pozawerbalnym. Zakończywszy więc wielkanocne kazanie słowami „...i oto budzi się życie!”, wyjął spod pulpitu elektroniczne chińskie kurczątko, które – położone na dłoni i przystawione do mikrofonu – zaczęło wydawać dźwięki przypominające alarm w zegarkach elektronicznych. Owszem, ksiądz może i pobudził uwagę tych wiernych, którzy mieli zegarki z podobnym alarmem, zaczęli więc nerwowo sprawdzać, czy aby im się to wszystko nie śni. Ale owo kurczątko z życiem, jako (nie)żywo, nie miało nic wspólnego.

Środki pozawerbalne odłóżmy z szacunkiem na bok. Co nam pozostaje? Najczęściej, niestety, język, który tak się ma do zwykłej komunikacji jak elektroniczne kurczątko do życia. Przede wszystkim będzie się nas „ubogacać”, czyli wzbogacać duchowo, zubożając przy okazji językowo, bo to słowo wyjątkowo sztuczne. Czyha też na nas „dzieło”, na przykład pojednania, „dawanie świadectwa”, „tajemnica” i jej „przenikanie” lub tylko „dotykanie”. Ale też cała brygada metafor związanych z głębokością: wszystko, co wartościowe, powinno być albo „głębokie” (na przykład treści), albo nawet „pogłębione” (na przykład religijność). Możemy też być pewni, że pojawi się – uwaga, uwaga – przymiotnik „szczególny”, w szczególnych miejscach: albo zamiast akcentu, albo wówczas, gdy istnieje obawa, że ktoś mógłby mieć na myśli coś nieszczególnego. I tak będziemy słuchać o „szczególnej łasce” i „szczególnej prawdzie”. Jaka jest różnica między prawdą a szczególną prawdą? Lepiej nie pytać.

Na szczęście język ma wbudowane mechanizmy obronne przed takimi modami językowymi. Głównym z nich jest ironia, która w ogóle pozwala je dostrzegać. Doskonałym papierkiem lakmusowym do wyszukiwania językowych sztuczności są dzieci. Kiedy zbierałem materiał do książki o dziecięcym słowotwórstwie, nadesłano mi wiele przykładów neologizmów, które wzięły się z niezrozumienia archaicznego, hermetycznego języka religijnego. Przytoczę tylko kilka: „Pięknaś ino po kolana” (zamiast „i niepokalana”), „i doprowadź mnie do żywopłota wiecznego” czy „nie wódź nas na pokruszenie”. A wiedzą Państwo, kto to są „jakoimy”? To tacy ludzie, którzy odpuszczają naszym winowajcom!

TWARZ

Ze wszystkich części ciała najważniejsza – przynajmniej językowo – wydaje się twarz. Można rzucić coś komuś w twarz, twarz można stracić albo odzyskać, z twarzą się wychodzi. Albo i nie.

Ostatnio przeczytałem informację, że „Anna Mucha została twarzą butów”. To dość niefortunne i jednak komiczne zestawienie opiera się na jeszcze innym, stosunkowo nowym znaczeniu słowa „twarz”: jako osoby, która występuje w serii reklam jakiegoś produktu i ma być kojarzona z jego marką. Twarz jest tutaj synekdochą – czyli figurą typu „część zamiast całości” – człowieka; co więcej, człowieka rozumianego przede wszystkim jako swój własny wizerunek. Do tworzenia wizerunku najlepiej nadają się seriale i programy telewizyjne, dlatego to właśnie najczęściej dzięki nim aktorzy i prowadzący stają się twarzami. Bywa, że butów. Bywa też i gorzej.

Twarz w tym znaczeniu nie weszła jeszcze na tyle głęboko do języka, żeby nie prześwitywała przez nią dosłowność. Dlatego też niepokojące poznawczo wydawało się hasło reklamowe pewnego hipermarketu. Sprzedaje się w nim ponoć produkty, za które „ręczy twarzą” Robert Makłowicz. Do tej pory ręczyło się raczej głową, co oznaczało mniej więcej tyle, że brało się za coś pełną odpowiedzialność i że było się gotowym oddać głowę katu, gdyby to coś nie spełniało oczekiwań. Jest w tym, rzecz jasna, retoryczna przesada. Ale „ręczenie twarzą” albo sugeruje – w wersji makabrycznej – że oddaje się katu tylko przednią część głowy, czyli bierze się mniej więcej połowę odpowiedzialności za reklamowane przez siebie produkty. Albo – wprost przeciwnie – wynika z tej frazy, że ręczy się tym, co się ma najważniejszego, czyli wizerunkiem właśnie.

Charakterystyczną cechą współczesnej komunikacji, szczególnie tej internetowej, jest anonimowość. Kto z piszących na forach się podpisuje, czyli posługuje własną twarzą? Praktycznie nikt. Tzw. internet nie jest zbiorem pojedynczych twarzy. „Twarzą” internetu jest maska, w której pokazywali się publicznie członkowie grupy – nomen omen – Anonymous. Przeciętni, nieznani ludzie mogą mieć tylko maski. Tylko celebryci, ludzie o wykreowanym przez media wizerunku, mogą mieć „twarze”. Chociaż nie zapominajmy, że tak naprawdę to są właśnie zaledwie maski.

RĘKAWICE

Najwspanialszy humor to humor niezamierzony. Miało być poważnie, a wyszło śmiesznie, bo ktoś zapomniał, że słowa mogą mieć więcej niż jedno znaczenie. Kontekst bywa bezlitosny, bo to on najczęściej przypomina jakieś inne znaczenie. I zdanie zaczyna znaczyć coś innego, niż zamierzył jego autor.

Bardzo lubię takie sytuacje. Nie dlatego, żeby się z autora wyśmiewać. On jest jak autor dzieła literackiego: pępowina została przecięta, jego dzieło zaczyna żyć własnym życiem, a on już nic na to poradzić nie może. Lubię te sytuacje także dlatego, że dzięki nim choćby na krótką chwilę zwracamy uwagę na tkankę języka. Oplata ona szczelnie przedmioty wokół nas, ale czasami – właśnie w takich chwilach – odkleja się od nich i tworzy strukturę całkiem niezależną.

Z wyżyn teoretycznej wzniosłości zejdźmy na nizinę przykładów. W Poznaniu był kiedyś zakład krawiecki, nad którym wisiał szyld: „Spodnie. Rok założenia 1912”. Nic tak nie psuje dowcipu, jak wyjaśnianie, dlaczego śmieszy, poprzestańmy więc na delektowaniu się tą frazą, której dwuznaczność odkształca tkankę języka i nawet najlepszy krawiec nie jest w stanie jej zaprasować.

Drugi przykład pochodzi z okolic lotniska na Okęciu. Kilka lat temu można tam było zobaczyć billboard z reklamą o treści: „Rękawice robocze z drugiej ręki”. Gdyby twórca tego hasła znał dowcip rysunkowy z „New Yorkera” (na którym pod sklep obuwniczy podjeżdża samochód, wysiadają z niego jednonodzy faceci i kradną wystawione przed sklepem pojedyncze buty), być może dostrzegłby nadchodzące niebezpieczeństwo.

Na koniec przykład, który nie ma autora, nikt więc nie ponosi odpowiedzialności za jego śmieszność. A śmieszy głównie paralotniarzy i motocyklistów, którzy planują trasy wokół Lublina. Jedna z nich biegnie bowiem przez następujące miejscowości: Kazimierz – Nielisz – Cyców – Niemce. Sądzę, że warto pokonać tę trasę, tak z powodów językowych, jak i patriotycznych.

PRZYDROŻNOŚĆ

Skoro są powieści drogi i filmy drogi, to muszą być także pypcie drogi, a właściwie pypcie przydrożne. Nawet z krótkiej przejażdżki po drogach gminnych, powiatowych, wojewódzkich lub krajowych wrócić można z naręczem językowych kwiatków.