Wydawca: WAB Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 395 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 1 min Lektor: Tomasz Sobczak

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 1 min Lektor: Tomasz Sobczak

Opis ebooka Pustki - Andrew Michael Hurley

Fanatyzm religijny czy głęboka wiara? Magia czy boskie znaki? Pustki to najprawdziwszy majstersztyk. Debiutancka powieść grozy, która podbiła krytyków i czytelników, zdobywając tytuł Książki Roku brytyjskiego rynku wydawniczego!

„Końcówka jesieni była dzika i gwałtowna. Chociaż tu, w Londynie, pogoda obeszła się z ludźmi łaskawie. Na północy zalało trakcje kolejowe, całe wioski topiły się w brunatnej, mętnej wodzie z okolicznych rzek. Ostatnio w mediach pojawiła się informacja o nagłym obsunięciu się ziemi w Coldbarrow. I o szczątkach dziecka, które przy tej okazji znaleziono w starym domu u stóp klifu. Coldbarrow. Nie słyszał tej nazwy długo, chyba od trzydziestu lat. Podświadomie zawsze jednak wiedział, że to, co się tam stało, prędzej czy później musi wyjść na jaw…”

Informacja o wstrząsającym znalezisku w starym domu u stóp klifu ożywia wspomnienia dawnej pielgrzymki w odludne rejony angielskiego wybrzeża, zwane Pustkami. Niespodziewane wypadki i napotkani ludzie sprawili, że rodzinna wyprawa w celu uzdrowienia synka-niemowy zmieniła się w koszmar, z którego jeszcze wiele lat później jej uczestnicy nie są w stanie się otrząsnąć.

Skłócona rodzina, metafizyczna aura, fascynujący krajobraz i intrygująca fabuła – Pustki to przewrotna powieść grozy, nawiązująca do najlepszych tradycji gatunku, trzymająca w napięciu od pierwszej do ostatniej strony i pełna niedopowiedzeń, tajemniczości oraz symboliki religijnej, która jeszcze bardziej potęguje grozę.

Ta książka jest nie tylko dobra, jest wspaniała. Niesamowita powieść. –  Stephen King

Oto arcydzieło, dzięki któremu Hurley znalazł miejsce w cechu najwybitniejszych twórców powieści gotyckiej, wyobrażam sobie jego nazwisko napisane na zwoju pergaminu razem z nazwiskami Walpole’a czy Du Maurier. – Sarah Perry, „The Guardian”

Specyficzni bohaterowie, duszna atmosfera, opustoszały krajobraz i wszechobecne poczucie zagrożenia – to niesamowita, niepokojąca opowieść, która nie odpuszcza aż do zaskakującego zakończenia. – „Daily Mail”

Jakość tego przenikającego do szpiku kości, sugestywnego pisarstwa jest zbyt dobra, by szufladkować je w ramach jednego gatunku. – „The Times”


Andrew Michael Hurley – brytyjski pisarz. Opublikował dwa zbiory opowiadań: Klatki i inne opowiadania (2006) oraz Niezwykła śmierć Julii Christie i inne opowiadania (2008). Pustki (2014), to jego debiut powieściowy, pierwotnie wydany przez niezależne wydawnictwo Tartarus Press. Hurley mieszka w hrabstwie Lancashire, gdzie naucza literatury angielskiej i prowadzi kursy kreatywnego pisania.

Opinie o ebooku Pustki - Andrew Michael Hurley

Fragment ebooka Pustki - Andrew Michael Hurley

ANDREW MICHAEL

HURLEY

PUSTKI

przełożyła Dominika Cieśla-Szymańska

Tytuł oryginału: The Loney

Copyright © Andrew Michael Hurley 2014

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI

Copyright © for the Polish translation by Dominika Cieśla-Szymańska, MMXVI

Wydanie I

Warszawa, MMXVI

Gdy ci wychodzili, oto przyprowadzono Mu niemowę opętanego. Po wyrzuceniu złego ducha niemy odzyskał mowę, a tłumy pełne podziwu wołały: „Jeszcze się nigdy nic podobnego nie pojawiło w Izraelu!”. Lecz faryzeusze mówili: „Wyrzuca złe duchy mocą ich przywódcy”.

Mt 9,32–341

I cóż za bestia, której czas wreszcie powraca,

Pełznie w stronę Betlejem, by tam się narodzić?

William Butler Yeats, Drugie przyjście, przeł. Stanisław Barańczak

Rozdział 1

Bez wątpienia był to burzliwy koniec jesieni. W parku Hampstead Heath wichura w ciągu kilku godzin odarła drzewa ze wspaniałej pożogi kolorów, od Kenwood aż do Parliament Hill, powalając wiele starych dębów i buków. Potem wszystko spowiła cisza i mgła, a po kilku dniach unosiła się tylko woń zgnilizny i zapach ognisk.

Pewnego popołudnia spędziłem tam tyle czasu ze swoim notesem, spisując straty, że przegapiłem sesję u doktora Baxtera. Powiedział mi jednak, że mam się nie martwić. Ani wizytą, ani drzewami. Zarówno on, jak i przyroda dojdą do siebie. Nigdy nie jest tak źle, jak by się mogło wydawać.

Chyba w pewien sposób miał słuszność. I tak udało nam się wymigać tanim kosztem. Na północy rzeka zalała linie kolejowe brunatną wodą, podtopione były całe miasteczka. W telewizji pokazywali ludzi wylewających błoto z salonów, martwe krowy płynące autostradą. Potem, całkiem niedawno, pojawiły się wiadomości o nagłym osunięciu się ziemi na Coldbarrow i dziecku znalezionym w starym domu, który zwalił się do podnóża klifu.

Coldbarrow. Dawno już nie słyszałem tej nazwy. Od trzydziestu lat. Nikt, kogo znałem, nigdy nie wspominał o tym miejscu, a ja sam bardzo się starałem o nim zapomnieć. Ale chyba zawsze wiedziałem, że tego, co się tam wydarzyło, nie da się ukrywać w nieskończoność, nieważne, jak ogromnie bym tego pragnął.

Położyłem się na łóżku i zastanawiałem się, czy nie zadzwonić do Hanny’ego. Ciekawe, czy też usłyszał tę wiadomość i czy cokolwiek dla niego znaczyła. Nigdy właściwie nie zapytałem go, jak zapamiętał to miejsce. Ale też sam nie wiedziałem, co miałbym powiedzieć, od czego zacząć. Zresztą i tak trudno było go złapać. Miał mnóstwo zajęć w kościele, nieustannie jeździł świadczyć posługi starszym i niedołężnym albo pełnił swoje obowiązki w tym czy innym komitecie. A nie mogłem przecież nagrać mu wiadomości, nie w tej sprawie.

Jego książka stała na półce, wśród starych czytadeł, które już od lat zamierzałem wynieść do sklepu charytatywnego. Wziąłem ją do ręki, przesunąłem palcem po tłoczonym tytule, po czym spojrzałem na tylną okładkę. Hanny i Caroline w jednakowych białych koszulach oraz ich dwaj synowie, Michael i Peter, roześmiani i piegowaci, w objęciach rodziców. Szczęśliwa rodzina pastora Andrew Smitha.

Ta książka ukazała się prawie dziesięć lat temu. Chłopcy tymczasem urośli – Michael kończył liceum Cardinal Hulme, a Peter był w ostatniej klasie w Corpus Christi – ale Hanny i Caroline nadal wyglądają niemal tak samo jak na tym zdjęciu. Młodzi, ustabilizowani, zakochani.

Poszedłem, żeby odłożyć książkę z powrotem na półkę, i wtedy zauważyłem, że za obwolutą tkwią jakieś wycinki. Hanny z wizytą w hospicjum w Guildford. Recenzja jego książki z „The Evening Standard”. Recenzja z „Guardiana”, dzięki której naprawdę zwrócono na niego uwagę. I wycinek z amerykańskiego czasopisma ewangelickiego, kiedy Hanny wyruszył na objazd po uczelniach na południu Stanów.

SukcesMojego drugiego życia z Bogiem był niespodzianką dla wszystkich, również dla samego Hanny’ego. Była to jedna z tych książek, które – jak to tam napisali? – przemawiają do wyobraźni, oddają ducha czasów. Coś w tym stylu. Myślę, że musiało być w niej coś, co się ludziom spodobało. W każdym razie przez wiele miesięcy utrzymywała się na liście dwudziestu bestsellerów, a wydawca zbił na niej niezłą fortunkę.

Wszyscy wtedy słyszeli o pastorze Smicie, nawet jeśli nie czytali jego książki. A teraz, gdy pojawiły się te wiadomości z Coldbarrow, było całkiem prawdopodobne, że znów o nim usłyszą, chyba że ja przeleję wszystko na papier i, by tak rzec, uprzedzę cios.

Rozdział 2

Jeśli nawet to miejsce miało inną nazwę, nie była mi znana. Tutejsi nazywali je Pustki – było to dziwne pustkowie między ujściami Wyre i Lune, dokąd Hanny i ja jeździliśmy w każdą Wielkanoc z Mamą, Ojcem, państwem Belderbossami i księdzem Wilfredem, naszym proboszczem. To był nasz tydzień skruchy i modlitwy, spowiadaliśmy się wtedy, odwiedzaliśmy źródełko świętej Anny i szukaliśmy Boga w pierwszych oznakach wiosny, która właściwie nie była wiosną; żadnej żywiołowości i wylewności. Raczej mokre błony porodowe zimy.

Chociaż Pustki wyglądały na nudne i nijakie, było to niebezpieczne miejsce. Dziki i jałowy kawał angielskiego wybrzeża. Martwe usta zatoki, które napełniały się i opróżniały dwa razy dziennie, przez co Coldbarrow – opuszczona mierzeja jakąś milę od wybrzeża – zmieniała się w wyspę. Przypływ bywał szybszy od galopującego konia i co roku topiło się tu kilka osób. Pechowych rybaków prąd spychał z kursu i znosił na mieliznę. Wygodniccy zbieracze małży, nieświadomi, z czym mają do czynienia, podczas odpływu wjeżdżali furgonetkami na piasek, a kilka tygodni później morze wyrzucało ich na brzeg z zielonymi twarzami i skórą jak rozłażąca się szmata.

Tego rodzaju tragedie trafiały niekiedy do mediów, ale okrucieństwo Pustek miało w sobie taką nieuchronność, że owi nieszczęśnicy często nie zapisywali się w ludzkiej pamięci i dołączali do niezliczonych innych, którzy ginęli tutaj przez stulecia, próbując zawładnąć tym miejscem. Wszędzie widoczne były ślady dawnych ludzkich przedsięwzięć: falochronów zmielonych przez sztormy na żwir i drewnianych mol, z których ostały się tylko przegniłe czarne rozpórki wystające z mułu. Były też inne, bardziej tajemnicze konstrukcje: pozostałości naprędce skleconych szop, gdzie niegdyś filetowano makrele, wożone później na targ w głębi lądu, przerdzewiałe boje świetlne, a na cyplu kikut drewnianej latarni morskiej, która dawniej kierowała marynarzy i pasterzy przez kapryśne piaski.

Jednak nikt nie znał Pustek naprawdę. Zmieniały się wraz z każdym przypływem i odpływem, a pływy minimalne odsłaniały szkielety tych, którzy sądzili, że uda im się uniknąć podstępnych prądów. Kości bywały zwierzęce, czasem ludzkie, a któregoś razu i takie, i takie – poganiacza i jego owiec, którzy zostali odcięci i utonęli na starej przeprawie z Kumbrii. A teraz, po stu albo więcej latach od ich śmierci, Pustki wyrzucały ich szczątki z powrotem na ląd, jakby chciały pokazać, kto miał rację.

Nikt, kto choć trochę wiedział o tym miejscu, nawet nie zbliżał się do wody. To znaczy nikt oprócz nas i Billy’ego Tappera.

***

Billy był miejscowym pijakiem. Znali go wszyscy. Jego upadek z wyżyn na gołe deski życiowej porażki wpisał się w mitologię tego miejsca na równi z pogodą i stanowił właściwie dar dla ludzi takich jak Mama i ksiądz Wilfred, którzy posługiwali się nim jako podręcznym przykładem tego, co pijaństwo może zrobić z człowiekiem. Billy Tapper nie był osobą, tylko karą.

Jak głosiła legenda, niegdyś uczył muzyki w szkole dla chłopców, a może był dyrektorem szkoły dla dziewcząt w Szkocji albo na południu, albo w Hull, gdzieś tam, gdziekolwiek. Różnie mówiono, jednak wszyscy byli zgodni, że to picie padło mu na mózg, i krążyło wiele opowieści o jego dziwacznych zwyczajach. Podobno mieszkał w jaskini. W Whitehaven zabił kogoś młotkiem. Miał gdzieś córkę. Uważał, że pewne kombinacje kamyków i muszelek czynią go niewidzialnym, więc często z kamykami grzechoczącymi w kieszeniach wkraczał chwiejnie do pubu Pod Dzwonem i Kotwicą w Little Hagby, gdzie próbował pić z cudzych szklanek, sądząc, że nikt go nie widzi. Dlatego miał złamany nos.

Nie wiedziałem, ile z tego było prawdą, ale to nie miało znaczenia. Kiedy się zobaczyło Billy’ego na własne oczy, wszystko, co o nim mówiono, wydawało się możliwe.

Pierwszy raz zobaczyliśmy go na betonowym, pokrytym kamyczkami przystanku autobusowym przy drodze, która wiodła wybrzeżem z Morecambe do Knott End. Był 1973 rok, miałem wtedy dwanaście lat, Hanny szesnaście. Ojca z nami nie było. Wyjechał wcześnie z księdzem Wilfredem i państwem Belderbossami, żeby obejrzeć witraż w odległym o dwadzieścia mil wiejskim kościele, gdzie podobno znajdował się wspaniały neogotycki wizerunek Jezusa uciszającego wody. Mama postanowiła więc zabrać mnie i Hanny’ego do Lancaster, żeby uzupełnić zapasy i zobaczyć wystawę starych psałterzy w bibliotece – nigdy bowiem nie przepuściła okazji, żeby przybliżyć nam historię naszej wiary. Wyglądało na to, że Billy jedzie w tę samą stronę – tak wynikało z tekturowej tabliczki wiszącej na jego szyi, jednej z kilkudziesięciu, dzięki którym kierowcy autobusów wiedzieli, dokąd się wybiera.

Nazwy innych miejscowości, w których albo już był, albo do których mógłby pojechać, odsłoniły się, kiedy kręcił się przez sen. Kendal. Preston. Manchester. Hull. W tym ostatnim mieszkała jego siostra, jak głosiła jaskrawoczerwona kartka, zawieszona na osobnym naszyjniku ze sznurówek. Tekturka zawierała też informacje, które w razie czego mogły się okazać bezcenne, to znaczy jego nazwisko, telefon do siostry oraz – co wypisano wielkimi literami – że jest uczulony na penicylinę.

Ten akurat fakt bardzo mnie wtedy intrygował i zastanawiałem się, co by się stało, gdyby jednak podano mu penicylinę: czy zaszkodziłoby mu to bardziej, niż już sam sobie zaszkodził? Nigdy nie widziałem kogoś, kto by tak źle traktował własne ciało. Palce i dłonie miał spękane od brudu. Wszystkie bruzdy i linie były brązowe. Po obu stronach złamanego nosa widniały oczy, wkręcone głęboko w czaszkę. Włosy spełzały mu na uszy i kark pokryty niezliczonymi tatuażami, tak że przybrał kolor morskiej zieleni. W moich oczach jego niechlujstwo miało w sobie pewien heroizm; mnie i Hanny’ego Mama regularnie szorowała i wycierała do sucha ręcznikiem.

Siedział jak worek, z opróżnioną butelką po czymś nagannym leżącą obok niego na ziemi i małym, wyglądającym na spleśniały, kartoflem na podołku, który to widok działał na mnie dziwnie kojąco. Wydawało się słuszne, że Billy powinien mieć tylko surowy kartofel. Pewnie właśnie coś takiego jadają wyrzutki społeczne, odgryzając po kawałku, kiedy tygodniami szwendają się tu i tam w poszukiwaniu następnego kartofla. Łapiąc stopa. Kradnąc, co popadnie. Jeżdżąc na gapę pociągami. W tamtych czasach włóczęgostwo nie było z mojego punktu widzenia pozbawione pewnego uroku.

Billy gadał sam do siebie przez sen, ściskając kieszenie, w których, tak jak opowiadano, grzechotało, jakby napełniono je kamieniami, i skarżył się gorzko na kogoś o nazwisku O’Leary, który był mu winien pieniądze i nigdy mu ich nie oddał, chociaż miał konia. Kiedy się obudził i nas zobaczył, starał się, jak mógł, być uprzejmy i trzeźwy, szczerząc swoje trzy czy cztery czarne, krzywe pieńki i uchylając beretu przed Mamą, która obdarzyła go krótkim uśmiechem, ale tak samo jak wszystkich innych obcych oceniła jednym rzutem oka, a potem siedziała w pełnym odrazy i zgrozy milczeniu, wpatrując się w pustą szosę, jakby mogła spojrzeniem przywołać autobus.

Tak jak większość pijaków, Billy nie tracił czasu na konwersacje, tylko cisnął mi swoje krwawiące, złamane serce na dłoń niczym kawał surowej polędwicy.

– Tylko nie dajcie się zwieść temu diabłu w butelce, chłopcy. Straciłem wszystko przez to świństwo – powiedział, unosząc flaszkę i spijając resztki z dna. – Widzicie tę bliznę?

Uniósł rękę i zsunął rękaw. Czerwony szew biegł od nadgarstka do łokcia, między tatuażami przedstawiającymi sztylety i dziewczęta o cyckach jak melony.

– Wiecie, skąd to mam?

Potrząsnąłem przecząco głową. Hanny tylko się gapił.

– Spadłem z dachu. Kość mi wyszła o, tędy.

Pokazał palcem, pod jakim kątem sterczała mu kość łokciowa.

– Macie fajki?

Znów potrząsnąłem głową. Westchnął.

– Kurwa. Lepiej, jakbym został w Catterick – stwierdził nielogicznie.

Trudno było ocenić – wyglądał zupełnie inaczej niż weterani o surowych, przystojnych twarzach, którzy pojawiali się w komiksach Commando – ale sądziłem, że jest w takim wieku, że mógł walczyć na wojnie. I faktycznie, kiedy zgiął się wpół w ataku kaszlu i zdjął beret, żeby otrzeć usta, z przodu zobaczyłem jakiś przekrzywiony, metalowy wojskowy znaczek.

Zastanawiałem się, czy to dlatego zaczął chlać, przez wojnę. Ojciec mówił, że z niektórymi ludźmi wojna porobiła dziwne rzeczy. Rozwaliła im kompasy.

Niezależnie od przyczyny ja i Hanny nie mogliśmy oderwać od niego wzroku. Upajaliśmy się jego brudem, jego brutalną, obcą wonią. Był to ten sam rodzaj trwożliwego podniecenia jak wtedy, gdy przypadkiem przejeżdżaliśmy przez – zdaniem Mamy – złą część Londynu i zgubiliśmy się w labiryncie szeregowców, stojących tuż obok fabryk i wysypisk złomu. Odwracając się na siedzeniach, zafascynowani patrzyliśmy przez okna na brudnawe, zagapione dzieci, które zamiast zabawek miały kawałki drewna i metalu wyrwane ze starych mebli leżących na podwórkach, gdzie stały kobiety w fartuchach i wrzeszczały brzydkie słowa do mężczyzn wytaczających się z pubów na rogu. To było jak safari w parku degradacji. Tak właśnie wyglądał świat bez Boga.

Billy zerknął na Mamę, po czym, nie spuszczając z niej wzroku, sięgnął do plastikowej torby pod nogami i wyjął kilka szmatławych kawałków papieru, które wcisnął mi do ręki. Były to strony wyrwane ze świerszczyka.

Mrugnął do mnie i znów usiadł, opierając się o ścianę. Nadjeżdżał autobus, więc Mama wstała i wyciągnęła rękę, żeby go zatrzymać, a ja szybko upchnąłem kartki w kieszeni.

– Co ty robisz? – zapytała.

– Nic.

– Przestań się guzdrać i zajmij się Andrew.

Zacząłem nakłaniać Hanny’ego, żeby wstał, bo zaraz trzeba będzie wsiadać, ale on się nie ruszał. Uśmiechał się i spoglądał obok mnie na Billy’ego, który tymczasem znów zasnął.

– Co jest, Hanny?

Spojrzał na mnie i znów na Billy’ego. Po chwili zrozumiałem, na co patrzył: Billy nie trzymał w ręku kartofla, tylko swojego penisa.

Autobus się zatrzymał i wsiedliśmy. Kierowca spojrzał do tyłu i gwizdnął na Billy’ego, ale on się nie obudził. Spróbował więc jeszcze raz, a kiedy nic to nie dało, potrząsnął głową i wcisnął guzik zamykający drzwi. Usiedliśmy i patrzyliśmy, jak na przodzie spodni Billy’ego rozlewa się ciemna plama. Mama cmoknęła, żebyśmy odkleili twarze od szyby i spojrzeli na nią.

– Miejcie się na baczności – powiedziała, kiedy autobus ruszył. – Ten człowiek już jest w was. Wierzcie mi, wystarczy zaledwie kilka złych decyzji, żeby go uwolnić.

Postawiła torebkę na kolanach i patrzyła wprost przed siebie. Ściskając w jednej ręce zdjęcia ze świerszczyka, wsunąłem drugą pod płaszcz i czubkami palców nacisnąłem mocno na brzuch, próbując znaleźć owo ziarno zła, które potrzebowało tylko odpowiednich warunków, to jest bezbożności i zepsucia, żeby zacząć kiełkować i rozrastać się niczym chwast.

To mogło się stać bardzo łatwo. Alkohol szybko przejmował władzę nad człowiekiem, czyniąc go swoim sługą. Ksiądz Wilfred zawsze to powtarzał.

Kiedy później tego wieczoru Mama powiedziała mu o Billym, tylko westchnął i potrząsnął głową.

– Pani Smith, czego można się spodziewać po takim człowieku? Kimś tak oddalonym od Boga?

– Powiedziałam chłopcom, żeby mieli się na baczności – powiedziała Mama.

– I słusznie – odparł, zdjął okulary i zaczął przecierać je rękawem, spoglądając na mnie i Hanny’ego. – Powinni zadbać o to, by mieć rozeznanie we wszelkich truciznach, które podsuwa nam szatan.

– A mnie jest go żal – odezwała się pani Belderboss.

– Mnie też – powiedział Ojciec.

Ksiądz Wilfred założył na powrót okulary, a przez jego twarz przemknął protekcjonalny uśmiech.

– Przydajecie mu więc czegoś, czego ma już aż nadto. Litość to jedyne, czego pijak ma w nadmiarze.

– Mimo to sądzę, że musiał mieć niesłychanie ciężkie życie, skoro tak się stoczył – powiedziała pani Belderboss.

Ksiądz Wilfred zmarszczył brwi.

– Nie sądzę, by wiedział, co to znaczy ciężkie życie. Jestem pewien, że Reginald mógłby opowiedzieć wam tyle samo historii, ile ja o prawdziwej biedzie, prawdziwym trudzie.

Pan Belderboss skinął głową.

– Nikt w Whitechapel nie miał lekko – powiedział. – Nie było pracy. Dzieciaki chodziły głodne.

Pani Belderboss ze współczuciem dotknęła ramienia męża. Ksiądz Wilfred odchylił się na oparcie i otarł usta serwetką.

– Nie, człowiek taki jak on to najgorszy rodzaj głupca – oświadczył. – Odrzucił wszystko. Wszystkie swoje przywileje i możliwości. Z tego, co wiem, miał porządny zawód. Był nauczycielem. Cóż za okropne marnotrawstwo.

***

To dziwne, ale w dzieciństwie niektóre sprawy były dla mnie tak oczywiste, a ich skutki tak nieuchronne, że myślałem, iż mam jakiś szósty zmysł. Dar jasnowidzenia, jak prorocy Eliasz albo Ezechiel, którzy z taką niepokojącą precyzją przewidywali susze i plagi.

Pamiętam, jak pewnego razu Hanny huśtał się nad stawem w Hampstead Heath, a ja wiedziałem, po prostu wiedziałem, że lina się urwie, i tak się stało; tak samo wiedziałem, że bezdomny kot, którego przyniósł z parku, zginie pod kołami metra, i że wygrane na festynie akwarium ze złotą rybką upuści na podłogę w kuchni zaraz po przyjściu do domu.

W ten sam sposób po tej rozmowie przy kolacji wiedziałem, że Billy niedługo umrze. Ta myśl pojawiła się w mojej głowie jako niezbity fakt; tak jakby to już się stało. Nikt nie mógłby długo żyć w ten sposób. Życie w takim brudzie wymagało tyle wysiłku, że byłem pewien, iż miłosierny Bóg, ten, który wysłał Jonaszowi wieloryba na ratunek i dał Noemu cynk, że będzie lało, skróci jego cierpienia.

Rozdział 3

Nasz wyjazd do Pustek w tamtą Wielkanoc miał być ostatnią wyprawą w to miejsce na wiele następnych lat.

Po tym wieczorze, kiedy wyjaśniał nam przy kolacji, jak to jest z Billym Tapperem, ksiądz Wilfred zmienił się w niepojęty, niezrozumiały dla nikogo sposób. Wszyscy uznali, że być może zrobił się za stary na takie pielgrzymki – w końcu to była daleka podróż z Londynu, a odpowiedzialna rola pasterza naszej trzódki podczas tygodnia tak intensywnych modlitw i rozmyślań mogła być wyczerpująca dla kogoś w jego wieku. Był więc zmęczony, to wszystko.

Ponieważ jednak miałem ten niesamowity dar wyczuwania, jak się naprawdę sprawy mają, wiedziałem, że nie chodzi tylko o to. Że coś jest bardzo nie w porządku.

Kiedy temat Billy’ego już się wyczerpał i wszyscy usadowili się w salonie, ksiądz Wilfred poszedł na plażę i wrócił całkiem odmieniony. Nieobecny. Czymś wstrząśnięty. Tłumacząc się dość nieprzekonująco kłopotami żołądkowymi, poszedł się położyć i z wymownym trzaskiem zamknął drzwi na zasuwkę. Chwilę później usłyszałem jakieś odgłosy dobiegające z jego pokoju i zdałem sobie sprawę, że płacze. Nigdy wcześniej nie słyszałem płaczącego mężczyzny, tylko raz pewnego upośledzonego, jednego z tych, którzy przychodzili do domu parafialnego na zajęcia z robótek ręcznych prowadzone co dwa tygodnie przez Mamę i kilka innych pań. W tym szlochu słychać było strach i rozpacz.

Następnego ranka, kiedy wreszcie wstał, z włosami w nieładzie, wciąż wzburzony, wymamrotał coś na temat morza i zanim ktokolwiek zdążył zapytać, co się stało, wyszedł, zabierając aparat fotograficzny. Zwykle się tak nie zachowywał. Ani też nie wstawał tak późno. Zupełnie nie był sobą.

Wszyscy patrzyli, jak idzie drogą, po czym postanowili, że najlepiej będzie jak najszybciej wyjechać, przekonani, że gdy tylko ksiądz Wilfred znajdzie się z powrotem w parafii św. Judy, zaraz dojdzie do siebie.

Jednak kiedy wróciliśmy do domu, nie odzyskał spokoju. W swoich kazaniach bardziej niż zwykle rozwodził się nad wszechobecnym złem tego świata, a na każdą wzmiankę o pielgrzymce pochmurniał i pogrążał się jakby w niespokojnym śnie na jawie. Po pewnym czasie nikt już o tym nie wspominał. Te wyjazdy należały do przeszłości.

Życie toczyło się dalej i zapomnieliśmy o Pustkach aż do 1976 roku, kiedy to ksiądz Wilfred zmarł nagle w styczniu, a na jego miejsce z jakiejś niespokojnej parafii w New Cross przeniesiono do nas księdza Bernarda McGilla.

Po mszy inauguracyjnej, podczas której biskup przedstawił go wiernym, przed plebanią podano herbatę i ciastka, żeby ksiądz Bernard mógł poznać swoich parafian w mniej formalnym otoczeniu.

Od razu zyskał powszechną sympatię i wydawało się, że czuje się wśród nas swobodnie. Taki już miał sposób bycia, niewymuszony wdzięk, który sprawiał, że mężczyźni łatwo się przy nim śmiali, a kobiety zaczynały podświadomie poprawiać włosy.

Krążąc tak od grupki do grupki, biskup podszedł do Mamy i do mnie ze sporym kawałkiem keksu, który usiłował zjeść w możliwie dostojny sposób. Zdjął ornat, ale nadal miał na sobie śliwkową sutannę, tak że wyróżniał się na tle odzianych w brązy i szarości parafian jako ważna figura.

– Wydaje się sympatyczny, Wasza Ekscelencjo – odezwała się Mama.

– W istocie – odrzekł biskup ze swoim szkockim akcentem, który nie wiedzieć czemu zawsze nasuwał mi na myśl mokry mech.

Przyglądał się, jak ksiądz Bernard doprowadza pana Belderbossa do wybuchów śmiechu.

– W poprzedniej parafii dokonywał istnych cudów.

– Doprawdy? – powiedziała Mama.

– Doskonale udawało mu się przyciągnąć młodzież – powiedział biskup, patrząc na mnie ze zwodniczym uśmiechem nauczyciela, który w równym stopniu miałby ochotę karać, jak się zaprzyjaźnić, a ostatecznie nie robi ani jednego, ani drugiego.

– Mój syn jest ministrantem, Wasza Ekscelencjo – pochwaliła się Mama.

– Naprawdę? – powiedział biskup. – Brawo. Ksiądz Bernard umie znaleźć wspólny język z młodzieżą, podobnie jak z bardziej dojrzałymi członkami kongregacji.

– Jeśli przybywa tu z polecenia Waszej Ekscelencji, jestem pewna, że doskonale sobie poradzi – rzekła Mama.

– Nie wątpię – odparł biskup, grzbietem dłoni strzepując z siebie okruszki. – Z pewnością bezpiecznie poprowadzi was przez wzburzone wody, omijając skały, by tak rzec. Ta żeglarska metafora jest całkiem na miejscu – dodał, patrząc w przestrzeń i pozwalając sobie na uśmiech. – Widzi pani, cieszę się, że ksiądz Bernard wyprowadzi tę kongregację na szersze wody. Nie wiem jak pani, ale ja jestem zdania, że jeśli zanadto nas rozleniwi to, co znane, wiara zmienia się w stojący staw.

– Cóż, jeśli Wasza Ekscelencja tak sądzi – powiedziała Mama.

Biskup odwrócił się do niej znów z tym pełnym samozadowolenia uśmiechem.

– Czyżbym wyczuwał jakiś opór wobec tego pomysłu, pani…?

– Smith – powiedziała Mama, po czym, widząc, że biskup czeka na jej odpowiedź, mówiła dalej: – Być może, Wasza Ekscelencjo, wśród starszych parafian. Nie są zbyt przychylni zmianom.

– I słusznie, pani Smith, i słusznie – odparł biskup. – Proszę się nie niepokoić, wolę myśleć o mianowaniu nowego proboszcza jak o procesie organicznym; nowym szczepie na starej winorośli, by tak rzec; raczej kontinuum niż rewolucja. W żadnym razie nie sugerowałem wyprawy na krańce świata. Myślałem o tym, żeby ksiądz Bernard pojechał z jakąś grupą na wielkanocne rekolekcje. Wiem, że ta tradycja była bardzo droga sercu Wilfreda, i ja też zawsze uważałem ją za nader cenną. Byłby to miły sposób, by oddać cześć jego pamięci – dodał. – I okazja, by spojrzeć w przyszłość. Tak jak mówiłem, kontinuum, pani Smith.

Przez gwar panujący w ogrodzie przebiło się dzwonienie nożem o szklankę.

– Proszę mi wybaczyć – przeprosił biskup, ocierając usta z okruszków. – Obowiązek wzywa.

Z sutanną łopoczącą wokół kostek i coraz bardziej mokrą od trawy ruszył w kierunku stołu na kozłach ustawionego przy różanych krzewach.

Kiedy odszedł, do mamy podeszła pani Belderboss.

– Ucięliście sobie długą pogawędkę z Jego Ekscelencją – zauważyła, dając Mamie żartobliwego szturchańca. – O czym rozmawialiście?

Mama się uśmiechnęła.

– Mam wspaniałe wieści – powiedziała.

***

Kilka tygodni później Mama zorganizowała spotkanie dla wszystkich zainteresowanych, żeby zacząć działać, zanim biskup zmieni zdanie, jak to miał w zwyczaju. Zaproponowała, by wszyscy przyszli do nas i wspólnie ustalili, dokąd moglibyśmy pojechać, chociaż miała na myśli tylko jedno miejsce.

W umówiony wieczór zjawili się więc u nas mokrzy od deszczu, roztaczając zapach wilgoci i domowych obiadów: państwo Belderbossowie, panna Bunce, gospodyni na plebanii, i jej narzeczony David Hobbs. Powiesili płaszcze na niewielkim ganku o popękanej posadzce i nieusuwalnej woni przepoconych butów, po czym zebrali się w naszym salonie, przy stole zastawionym do herbaty, niespokojnie zerkając na zegar na kominku w oczekiwaniu na księdza Bernarda.

W końcu zadźwięczał dzwonek, wszyscy poderwali się z miejsc, a Mama poszła otworzyć. W progu stał ksiądz Bernard, kuląc się na deszczu.

– Proszę wejść, proszę wejść – powiedziała Mama.

– Dziękuję, pani Smith.

– Czy dobrze się ksiądz czuje? – zapytała. – Mam nadzieję, że ksiądz nie przemókł zanadto.

– Nie, nie, pani Smith – odparł ksiądz Bernard, któremu w butach chlupotała woda. – Lubię deszcz.

Mamie, niepewnej, czy to nie sarkazm, nieco zrzedła mina. Księża zwykle tak nie mówili. Ksiądz Wilfred zawsze był absolutnie poważny.

– Deszcz jest dobry dla kwiatów – powiedziała wreszcie.

– Tak – zgodził się ksiądz Bernard.

Spojrzał w tył na swój samochód.

– Zastanawiam się, pani Smith, co by pani powiedziała, gdybym wziął ze sobą Monro. Nie lubi siedzieć sam, a od tego bębnienia deszczu o dach troszkę dostaje szajby.

– Monro? – zapytała Mama, spoglądając na samochód.

– Na cześć Matta.

– Matta?

– Matta Monro, tego piosenkarza – wyjaśnił ksiądz Bernard. – To moja jedyna słabość, zapewniam panią, pani Smith. Długo się naradzałem z Panem Bogiem w tej sprawie, ale myślę, że uznał mnie za beznadziejny przypadek.

– Przepraszam – powiedziała Mama – ale o kim ksiądz mówi?

– O tym głupim zwierzaku, co przyciska mordę do szyby.

– O psie?

– Tak.

– Dobrze – powiedziała Mama. – Mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku. On nie… rozumie ksiądz?

– Ależ skąd, pani Smith, jest nauczony czystości. Po prostu utnie sobie drzemkę.

– Nie musisz się martwić, Esther – powiedział Ojciec, a wtedy ksiądz Bernard poszedł do samochodu i wrócił z czarnym labradorem, który kichnął na wycieraczce, po czym z lekkim drżeniem wyciągnął się przed kominkiem, jakby mieszkał tu całe życie.

Mama zaproponowała księdzu Bernardowi jedyny fotel stojący obok telewizora, wytarty mebel barwy oliwkowo-beżowej, który próbowała upiększyć obrzeżonym koronką pokrowcem, wyrównywanym przy użyciu poziomnicy Ojca, kiedy myślała, że nikt nie widzi.

Podziękował, otarł czoło chusteczką i usiadł. Dopiero wtedy usiedli wszyscy pozostali. Mama pstryknęła palcami i rzuciła mi spojrzenie, które było jak kopniak w tyłek. Podczas wszelkich spotkań towarzyskich u nas w domu do mnie należało podanie gościom herbaty i ciastek, ukląkłem więc przy stoliku i nalałem księdzu Bernardowi filiżankę herbaty, którą następnie postawiłem na telewizorze zasłoniętym wykrochmaloną serwetą – tak samo jak wszystkie krucyfiksy i figury w kościele, ponieważ był post.

– Dziękuję, Tonto – powiedział ksiądz Bernard, uśmiechając się do mnie porozumiewawczo.

Nadał mi to przezwisko niemal zaraz, gdy nastał w parafii. On był Samotnym Ranczerem, a ja byłem Tonto. To było dziecinne, ale podobała mi się myśl, że walczymy ramię w ramię, tak jak kumple w komiksach Commando. Ale z czym walczymy, tego nie byłem pewien. Może z Diabłem. Poganami. Żarłokami. Marnotrawcami. Tego rodzaju ludźmi, którymi ksiądz Wilfred uczył nas gardzić.

Fotel zajęczał, gdy się na nim usadowił, a ja znów pomyślałem o jego potężnej posturze. Był synem farmera z Antrim i miał około trzydziestki, jednak lata ciężkiej pracy sprawiły, że wyglądał na dużo starszego. Miał ciężką twarz o grubych rysach i rozpłaszczonym nosie, znad kołnierzyka na karku wylewała mu się fałda ciała. Gładko zaczesane, wypomadowane włosy tworzyły lśniący hełm. Ale to jego dłonie najbardziej nie pasowały do kielicha mszalnego i cyborium. Wielkie czerwone łapska, stwardniałe przez lata budowania kamiennych murów i przygważdżania do ziemi byczków, które trzeba było zakolczykować. Gdyby nie koloratka i jego głos, miękki jak owcze runo, można by go łatwo uznać za wykidajłę albo gangstera obrabiającego banki.

Niemniej, jak już mówiłem, wszyscy w parafii od razu go polubili. Taki już był. Nieskomplikowany, uczciwy, o swobodnym sposobie bycia. Męski wśród innych mężczyzn, ojcowski wobec kobiet dwakroć od niego starszych. Widziałem jednak, że Mama wstrzymuje się z opinią na jego temat. Szanowała go oczywiście jako kapłana, ale tylko w takim stopniu, w jakim mniej lub bardziej naśladował księdza Wilfreda. Kiedy zdarzyło mu się jakieś potknięcie, uśmiechała się słodko i delikatnie dotykała jego ramienia.

– Ksiądz Wilfred zazwyczaj wygłaszał credo po łacinie, ale to nie ma znaczenia – powiedziała po jego pierwszej odprawionej samodzielnie mszy w kościele św. Judy. Oraz: – Ksiądz Wilfred zwykle sam odmawiał modlitwę – kiedy ksiądz Bernard zaproponował mi ten punkt programu podczas niedzielnego lunchu, na który zaprosiła go chyba tylko po to, żeby sprawdzić go w kwestii takich szczegółów.

My, ministranci, uważaliśmy, że ksiądz Bernard jest fajny – nadawał nam przezwiska, a po mszy zapraszał nas na plebanię. Ksiądz Wilfred oczywiście nigdy tego nie robił i nawet dla większości dorosłych parafian plebania była miejscem niemal równie tajemniczym i świętym jak tabernakulum. Ale ksiądz Bernard wydawał się zadowolony z naszego towarzystwa, a kiedy srebrne naczynia zostały już umyte i schowane, a komże odwieszone do szafki, prowadził nas do salonu, sadzał przy stole, gdzie, pijąc herbatę i jedząc ciastka, opowiadaliśmy sobie różne historie i kawały przy akompaniamencie piosenek Matta Monro. To znaczy ja nie. Ja wolałem słuchać. Albo przynajmniej udawałem, że słucham, a jednocześnie błądziłem wzrokiem po pokoju i próbowałem wyobrazić sobie życie księdza Bernarda: to, co robi, kiedy nikogo nie ma w pobliżu, kiedy nie musi już być kapłanem. Nie wiedziałem, czy księża kiedykolwiek przestają być księżmi. Chodzi mi o to, że nasz Ojciec w wolnym czasie nie sprawdzał zaprawy murarskiej na kominie ani nie ustawiał teodolitu w ogródku na tyłach, więc wydawało mi się niesprawiedliwe, że ksiądz musi przez cały czas być święty. Ale może to tak nie działało. Może być księdzem to jak być rybą. Zanurzenie na całe życie.

***

Kiedy ksiądz Bernard dostał już swoją filiżankę, pozostali też mogli się napić herbaty. Nalałem wszystkim po kolei – z jednego imbryka, a potem z następnego – aż został tylko jeden kubek. Kubek Hanny’ego. Ten z londyńskim autobusem. Zawsze stawialiśmy dla niego kubek, nawet kiedy był w Pinelands.

– Jak się miewa Andrew? – zapytał ksiądz Bernard, patrząc na mnie.

– Dobrze, proszę księdza – odparła Mama.

Ksiądz Bernard skinął głową i uśmiechnął się tak, jakby rozumiał, co naprawdę powiedziała.

– Przyjedzie na Wielkanoc, prawda? – zapytał.

– Tak – potwierdziła Mama.

– Na pewno ucieszy się pani, że znów jest w domu.

– Tak – powiedziała znów Mama. – To dla mnie wielka radość.

Zapadła niezręczna cisza. Ksiądz Bernard zdał sobie sprawę, że zapędził się na teren prywatny, i zmienił temat, unosząc filiżankę.

– Herbata pierwsza klasa, pani Smith – powiedział, na co Mama się uśmiechnęła.

To nie było tak, że Mama nie chciała, żeby Hanny był w domu – kochała go z taką intensywnością, że Ojciec i ja czuliśmy się czasem jak dalecy krewni – ale przypominał jej o egzaminie, którego wciąż nie zdała. I chociaż ogromnie ją cieszyły wszelkie drobne postępy Hanny’ego – to, że umie już napisać pierwszą literę swojego imienia albo na przykład zawiązać sznurówkę – były to tak niewielkie zmiany, że wciąż z bólem myślała o długiej drodze, jaka ją czeka.

„To istotnie będzie długa droga – powiedział jej kiedyś ksiądz Wilfred. – Pełna rozczarowań i przeszkód. Ale powinna się pani cieszyć, że Bóg ją pani zesłał i że zesłał Andrew jako sprawdzian i jako przewodnika pani duszy. Będzie pani przypominał o pani własnej niemocie wobec Boga. A kiedy w końcu będzie zdolny mówić, pani także będzie mogła mówić i poprosić Boga, o co pani zechce. Nie każdemu dana jest taka szansa, pani Smith. Niech pani ma tę świadomość”.

Herbata w kubku, którą nalaliśmy dla Hanny’ego, wystygła i pokryta pomarszczonym kożuszkiem mleka stanowiła dowód, że Mama nie zapomniała. Był to osobliwy rodzaj modlitwy.

– A więc – odezwał się ksiądz Bernard, odstawiwszy niedopitą herbatę i odmówiwszy dolewki. – Czy ktoś ma jakieś propozycje, jeśli chodzi o nasz wyjazd w Wielkanoc?

– Tak – powiedziała szybko panna Bunce, zerkając na Davida, który zachęcająco skinął głową. – Moglibyśmy pojechać do Glasfynydd.

– Dokąd? – zapytała Mama, rzucając innym sceptyczne spojrzenie, na które państwo Belderbossowie odpowiedzieli uśmiechem. Oni też nigdy nie słyszeli o tym miejscu. To tylko panna Bunce próbowała się wyróżnić. Była młoda. To nie jej wina.

– Glasfynydd. To takie ustronie na skraju Brecon Beacons – wyjaśniła. – Piękne. Byłam tam wiele razy. Jest tam leśny kościółek. Siedzi się na kłodach.

Nikt się nie odezwał oprócz Davida, który powiedział:

– Brzmi ciekawie. – I upił herbaty.

– No dobrze – powiedział po chwili ksiądz Bernard. – To mamy jeden pomysł. Czy są jakieś inne?

– Cóż, to oczywiste – odparła Mama. – Powinniśmy wrócić do Moorings i odwiedzić źródełko. – Zachęcana pomrukami radości, jakie państwo Belderbossowie wydali na wspomnienie dawnych pielgrzymek, dodała: – Wiemy, jak tam dojechać, znamy to miejsce, i jest tam spokojnie. Możemy pojechać na cały Wielki Tydzień, zabrać Andrew do źródełka i zostać aż do Dni Krzyżowych, żeby obejrzeć procesję, tak jak kiedyś. Byłoby cudownie. Cała dawna gromada znów razem.

– Ale ja nigdy tam nie byłam – powiedziała panna Bunce. – Ani David.

– Wiesz, co mam na myśli – odparła Mama.

Ksiądz Bernard rozejrzał się po pokoju.

– Jakieś inne pomysły? – zapytał, a czekając na odpowiedź, wziął markizę i ugryzł połowę.

Nikt się nie odezwał.

– W takim razie – powiedział – niech zadecyduje większość. Kto chce jechać do południowej Walii…

Panna Bunce i David podnieśli ręce.

– Kto chce jechać do Moorings…

Teraz pozostali podnieśli ręce z dużo większym zapałem.

– W takim razie ustalone – stwierdził ksiądz Bernard. – Jedziemy do Moorings.

– Ale ksiądz nie głosował – zauważyła panna Bunce.

Ksiądz Bernard się uśmiechnął.

– Tym razem pozwoliłem sobie wstrzymać się od głosu. Chętnie pojadę wszędzie, dokąd mnie zabiorą.

Znów się uśmiechnął, po czym zjadł drugą połowę herbatnika.

Zawiedziona panna Bunce zerkała na Davida, oczekując współczucia. Ale on tylko wzruszył ramionami i podszedł do stołu po kolejną filiżankę herbaty, którą Mama nalała mu zamaszystym gestem, uradowana wizją powrotu do Pustek.

Państwo Belderbossowie opisywali właśnie ze szczegółami to miejsce księdzu Bernardowi, który kiwając głową, wziął z talerzyka kolejny herbatnik.

– A źródełko, proszę księdza – powiedziała pani Belderboss – jest po prostu piękne, prawda, Reg?

– Och, tak – potwierdził pan Belderboss. – Jest tam zupełnie jak w raju.

– Tyle kwiatów – dorzuciła swoje trzy grosze pani Belderboss.

– I taka czysta woda – dodał pan Belderboss. – Prawda, Esther?

– Jak kryształ – przytaknęła Mama, mijając kanapę.

Uśmiechnąwszy się do księdza Bernarda, podeszła do panny Bunce, by zaproponować jej ciasteczko, które ta przyjęła z podziękowaniem zdolnym ściąć krew w żyłach. Mama skinęła głową i poszła dalej. Wiedziała, że w Moorings pokona pannę Bunce i jej Glasfynydd jednym palcem, bo będzie na własnym boisku.

Dorastała na północno-zachodnim wybrzeżu, o rzut kamieniem od Pustek, i wciąż było to słychać w jej akcencie, chociaż wyjechała stamtąd dawno temu i od jakichś dwudziestu lat mieszkała w Londynie. Mimo to wciąż nazywała wróble i szpaki w tamtejszej gwarze, a kiedy byliśmy mali, śpiewała nam kołysanki, których nie słyszał nigdy nikt spoza jej wioski.

Wmuszała w nas gulasz z cebulą i ziemniakami oraz flaczki i często wspominała sernik, który jadła, gdy była dziewczynką; zatykający arterie przysmak robiony z pierwszego mleka po ocieleniu.

Wydawało się, że tam, gdzie dorastała, niemal co drugi dzień było święto jakiegoś świętego. I chociaż większości z nich nikt już nie obchodził, nawet najbardziej gorliwi chrześcijanie z parafii św. Judy, Mama pamiętała o nich wszystkich wraz z rozmaitymi towarzyszącymi im rytuałami, które uparcie odprawiała w domu.

W dzień świętego Jana trzeba było trzykrotnie przesunąć metalowy krzyżyk nad płomieniem świecy, co symbolizowało świętą ochronę, którą otrzymał Jan, gdy wrócił do płonącego domu, by ratować trędowatych i chromych.

W październiku, w dzień świętego Franciszka z Asyżu, szliśmy do parku i zbieraliśmy jesienne liście i gałązki, by zrobić z nich krzyże do przystrojenia ołtarza.

A w pierwszą majową niedzielę – jak od niepamiętnych czasów czynili ludzie w wiosce Mamy – szliśmy przed mszą do ogrodu, by obmyć twarze w rosie.

Pustki miały w sobie coś szczególnego. Dla Mamy źródełko świętej Anny ustępowało miejsca jedynie Lourdes, dwumilowy spacer przez pola z Moorings stał się dla niej Drogą św. Jakuba. Była przekonana, że wyłącznie tam Hanny ma jakąkolwiek szansę na uzdrowienie.

Rozdział 4

Hanny przyjechał z Pinelands na początku ferii wielkanocnych, niezmiernie podekscytowany.

Jeszcze zanim Ojciec zgasił silnik, on już biegł podjazdem, żeby pokazać mi nowy zegarek, który dostał od mamy. Widziałem go w witrynie sklepu, gdzie pracowała. Był ciężki, złocony, z obrazkiem przedstawiającym Golgotę na tarczy i cytatem ze świętego Mateusza na kopercie: „Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny”.

– Bardzo ładny – powiedziałem, oddając mu go.

Prawie wyrwał mi zegarek i założył na rękę, po czym wręczył mi plik rysunków i malunków, dorobek z całego semestru. Wszystkie były dla mnie. Zawsze były dla mnie. Nigdy dla Mamy ani dla Ojca.

– Cieszysz się, że jesteś w domu, prawda, Andrew? – zapytała Mama, przytrzymując drzwi Ojcu, który wnosił przez ganek walizkę Hanny’ego.

Przygładziła mu włosy i przytrzymała za ramiona.

– Powiedzieliśmy mu, że znów jedziemy do Moorings – powiedziała. – Już się nie może doczekać, prawda?

Ale Hanny był bardziej zajęty mierzeniem. Położył mi rękę na czubku głowy, a potem przesunął ją tak, że zatrzymała się na poziomie jego grdyki. Znów urósł.

Ucieszony, że nadal jest wyższy, z łomotem wszedł po schodach na górę, chwytając się poręczy tak mocno, że aż skrzypiała pod jego ciężarem.

Poszedłem do kuchni, żeby zrobić mu herbatę w jego kubku z londyńskim piętrusem, a kiedy wszedłem do jego pokoju, wciąż był w starym prochowcu ojca, który sobie upodobał wiele lat temu i który upierał się nosić niezależnie od pogody. Stał przy oknie, plecami do mnie, patrząc na domy po drugiej stronie ulicy i przejeżdżające auta.

– Hanny, wszystko dobrze?

Nie poruszył się.

– Daj mi płaszcz – zaproponowałem. – To ci go odwieszę.

Odwrócił się i patrzył na mnie.

– Daj mi płaszcz, Hanny – powiedziałem, ciągnąc go za rękaw.

Przyglądał się, jak odpinam guziki, a potem wieszam prochowiec na kołku z tyłu drzwi. Płaszcz ważył chyba z tonę razem z wszystkimi rzeczami w kieszeniach, których Hanny potrzebował do porozumiewania się ze mną. Króliczy ząb był sygnałem, że jest głodny. Słoik pełen gwoździ oznaczał nękający go czasem ból głowy. Przepraszał za pomocą plastikowego dinozaura, a kiedy się bał, zakładał gumową maskę goryla. Czasem używał kombinacji tych przedmiotów i chociaż Mama i Ojciec udawali, że wiedzą, co to wszystko znaczy, tylko ja rozumiałem go naprawdę. Mieliśmy własny świat, a rodzice mieli swój. To nie była ich wina. Ani nasza. Po prostu tak było. I nadal tak jest. Jesteśmy bliżej, niż ktokolwiek zdołałby sobie wyobrazić. Nikt, nawet doktor Baxter, nie rozumie tego w pełni.

Hanny poklepał łóżko, usiadłem więc, a on zaczął przeglądać swoje malunki przedstawiające zwierzęta, kwiaty i domy. Jego nauczycieli. Innych podopiecznych.

Ale ostatni obrazek był inny. Hanny narysował dwie postacie z kresek, stojące na plaży zasypanej rozgwiazdami i muszlami. Morze za nimi było niczym jasnoniebieska ściana, wznosząca się jak tsunami. Po lewej widać było żółte góry, ozdobione pióropuszami zielonej trawy.

– To Pustki, prawda? – powiedziałem zdziwiony, że w ogóle pamiętał to miejsce. Minęło wiele lat, odkąd byliśmy tam po raz ostatni, a Hanny rzadko rysował coś, czego nie miał przed nosem.

Dotknął wody, a potem przesunął palec nad żółtawe garby wydm, nad którymi wisiało wielkie stado ptaków. Hanny uwielbiał ptaki. To dzięki mnie wiedział o nich wszystko. Jak poznać po cętkach na piórach, czy mewa przeżyła już jedną, dwie czy trzy zimy, i jak rozróżnić głosy jastrzębia, rybitwy i gajówki. Jak siedzieć nad wodą tak nieruchomo, że biegusy będą dreptać wokół ciebie całym stadkiem, tak blisko, że można poczuć na twarzy powiew ich skrzydeł.

Naśladowałem dla niego krzyki kulików, brodźców i mew srebrzystych, a potem leżeliśmy na plecach, przyglądając się lecącym wysoko kluczom gęsi i zastanawiając się, jak to jest lecieć kilometr nad ziemią i przecinać powietrze dziobem twardym jak kość.

Hanny uśmiechnął się i stuknął palcem w postacie na obrazku.

– To ty – powiedziałem. – To Hanny.

Hanny skinął głową i dotknął swojej piersi.

– A to ja? – zapytałem, wskazując mniejszą postać, a Hanny złapał mnie za ramię. – Cieszę się, że przyjechałeś – powiedziałem szczerze.

Pobyt w Pinelands mu nie służył. Nie znali go tam. Nie troszczyli się o niego tak jak ja. Nigdy go nie pytali, czego mu potrzeba. Był po prostu wielkim chłopaczyskiem, przesiadującym w świetlicy telewizyjnej z farbkami i kredkami.

Przycisnął mnie do siebie i pogłaskał po włosach. Był coraz silniejszy. Za każdym razem, kiedy się widzieliśmy, wyglądał inaczej. Dziecięca pulchność, widoczna jeszcze podczas świąt, zniknęła z jego twarzy i już nie musiał rysować sobie wąsów kawałkiem przypalonego korka, jak to robiliśmy, kiedy byliśmy mali. Z trudem mieściło mi się to w głowie, ale Hanny stawał się dorosły.

Myślę, że do niego, choć niejasno, też docierał ten osobliwy fakt. Wrażenie takie jak wtedy, kiedy człowiekowi się wydaje, że w pokoju coś się zmieniło, choć trudno powiedzieć co. Czy zniknął jakiś obrazek? A może jakaś książka stoi na innej półce?

Widziałem czasem, jak przygląda się swoim dużym dłoniom, gęstwinie czarnych włosów na piersi, twardym, owalnym bicepsom, tak jakby nie do końca mógł pojąć, co robi w tym ciele mężczyzny.

***

Tak samo jak przed laty, o świcie w Wielki Wtorek ruszyliśmy do Moorings.

Kiedy już wszyscy zebrali się przy plebanii i zapakowali bagaże do busa, ksiądz Bernard usiadł za kierownicą. Ale zanim zdążył odpalić silnik, Mama dotknęła jego ramienia.

– Ksiądz Wilfred zazwyczaj odmawiał modlitwę, zanim wyruszyliśmy – powiedziała.

– Tak, oczywiście – odparł ksiądz Bernard, wysiadł i zaczął kreślić znak krzyża.

– Zwykle szliśmy za róg, proszę księdza – wyjaśniła Mama. – I modliliśmy się z Najświętszą Panienką.

– Ach tak – powiedział ksiądz Bernard. – Oczywiście.

Zebraliśmy się u stóp malutkiego ogródka skalnego, na którym stała figura Matki Boskiej, i pochyliliśmy głowy, a ksiądz Bernard odmówił zaimprowizowaną modlitwę o wstawiennictwo, prosząc o bezpieczną podróż i udaną pielgrzymkę. Po „amen” każdy po kolei podszedł do barierki i pochylił się, by ucałować stopy Maryi.

Ksiądz Bernard odsunął się, by zrobić miejsce dla pani Belderboss, która powoli opadła na kolana, po czym pochyliła się, podtrzymywana za ramiona przez męża. Kiedy ucałowała stopy Dziewicy, przymknęła oczy i zaczęła modlić się szeptem, co trwało tak długo, że ksiądz Bernard zaczął zerkać na zegarek.

Ja miałem podejść jako ostatni, ale ksiądz Bernard powiedział:

– Daj spokój, Tonto. Inaczej spędzimy cały dzień na obwodnicy.

Zerknął na Matkę Boską, spoglądającą na nas z wyrazem zadumy i żalu.

– Jestem pewien, że nie będzie miała za złe.

– Jak ksiądz uważa.

– Tak uważam – powiedział i potruchtał do busa, a wspinając się na fotel kierowcy, zdążył jeszcze rozbawić wszystkich żarcikiem, którego nie dosłyszałem.

Od wielu miesięcy nie widziałem ich tak rozradowanych. Wiedziałem, o czym myśleli. Że tym razem będzie inaczej. Że Hanny zostanie uzdrowiony. Że są o krok od cudownego zwycięstwa.

***

Wyjechaliśmy z Londynu i ruszyliśmy na północ przez East Midlands i Yorkshire do Lancashire. Siedziałem z tyłu, z Monro wciśniętym pod mój fotel, to drzemiąc, to się budząc, gdy przejeżdżaliśmy przez kolejne hrabstwa. Często budziłem się z poczuciem, że już mijaliśmy tę okolicę. Ale chyba cała Anglia wygląda mniej więcej podobnie. Jednakowe stare farmy, nowe osiedla, iglice kościołów, chłodnie kominowe, oczyszczalnie, tory, mosty, kanały i miasteczka – różniące się wyłącznie drobnymi detalami budynków i odcieniem kamienia.

Gdy wyjeżdżaliśmy, nad przedmieściami Londynu słońce zaczęło wychodzić zza chmur, ale gdy odjechaliśmy na północ, zniknęło i czasem jedynie na moment wyłaniało się ponad ramieniem odległego żółtego wzgórza albo odbijało się krótkim magnezjowym błyskiem od powierzchni jeziora w oddali.

Zrobiło się zimniej, chmury pociemniały. Nawierzchnia drogi zawrzała od zacinającego deszczu. Nad zimnymi jeziorami i lasami unosiły się strzępy mgły. Wrzosowiska przybrały barwę pleśni, a po torfowych zboczach spływały wezbrane potoki, które z oddali wydawały się białe i twarde jak żyły kwarcu.

Nikt nie powiedział nic na ten temat – być może mając nadzieję, że problem sam zniknie – ale przez ostatnie kilka mil bus wydawał straszliwy hałas, tak jakby coś się urwało w silniku. Za każdym razem, kiedy ksiądz zmieniał bieg, słychać było głośny dygot i zgrzyt, aż w końcu skrzynia biegów przestała działać i ksiądz Bernard zjechał na pobocze.

– Co się stało, proszę księdza? – zapytała pani Belderboss.

– To chyba sprzęgło – odparł ksiądz Bernard.

– To na pewno przez wilgoć, tutaj wszędzie się dostaje – orzekł pan Belderboss i znów rozsiadł się wygodnie, zadowolony ze swojego osądu.

– Czy może ksiądz to naprawić? – zapytała pani Belderboss.

– Mam taką nadzieję, droga pani – odparł ksiądz Bernard. – Wydaje mi się, że w tej okolicy jest się zdanym wyłącznie na własną pomysłowość, spryt i zaradność.

Uśmiechnął się i wysiadł. Oczywiście miał rację. Wszędzie wokół rozciągały się tylko błotniste pustkowia, nad którymi unosiły się morskie ptaki, niczym rozwiewane przez wiatr łachmany.

Deszcz bębnił o przednią szybę, spływając po niej strugami, gdy ksiądz Bernard podniósł maskę i oparł ją na podpórce.

– Idź mu pomóc – powiedziała Mama do Ojca.

– Ale ja się nie znam na samochodach – odparł, podnosząc wzrok znad mapy.

– Może mu się przydasz.

– Esther, on wie, co robi. Gdzie kucharek sześć i tak dalej.

– Cóż, mam nadzieję, że uda mu się uruchomić silnik – powiedziała Mama, wyglądając przez okno. – Robi się coraz zimniej.

– Jestem pewien, że nic nam nie będzie – pocieszył ją Ojciec.

– Myślałam o państwu Belderbossach – odparła Mama.

– Och, nie martw się o nas – powiedział pan Belderboss. – Bo to raz zdarzyło nam się zmarznąć, prawda, Mary?

– Prawda, prawda.

Zaczęli ględzić o wojnie, a ponieważ już to wszystko słyszałem, odwróciłem się do Hanny’ego, który od pięciu minut ciągnął mnie za rękaw, bo strasznie chciał mi pokazać swój view-master.

Uśmiechając się od ucha do ucha, podał mi czerwony stereoskop. Przyciskał go do twarzy przez większość podróży, przewijając po kolei różne rolki z filmami, które wyjmował ze swojej szkolnej torby na ramię. Aż do Kettering, gdzie była przerwa na siusiu, oglądaliśmy Góry świata, a potem Osobliwe stworzenia z głębin oceanu oraz Eksplorację kosmosu, aż w końcu Mama przekonała go do Scen ze Starego Testamentu i teraz koniecznie chciał, żebym też je obejrzał. Ewa z przyrodzeniem delikatnie przysłoniętym listowiem, nóż Abrahama wzniesiony nad sercem Izaaka, rydwany faraona zalewane przez fale Morza Czerwonego.

Kiedy skończyłem, zobaczyłem, że trzyma ręce wciśnięte między uda.

– Musisz wyjść? – zapytałem.

Zakołysał się w przód i w tył, kopiąc w drzwi bokiem buta.

– To chodźmy.

Podczas gdy ksiądz Bernard grzebał w silniku, wysiedliśmy i zaprowadziłem Hanny’ego nieco dalej, tak żeby nikt go nie widział. Podszedł do kamiennego murku i rozpiął dżinsy, a ja czekałem, słuchając, jak deszcz stuka w kaptur kurtki, którą kazała mi włożyć Mama.

Spojrzałem w kierunku busa, bo wydawało mi się, że słyszę podniesione głosy. Mama. Ojciec. Robili, co mogli, żeby podtrzymać radosny nastrój, który ogarnął nas przy wyjeździe z parafii, ale trudno było nie popaść w przygnębienie, kiedy o asfalt bębnił deszcz, a wszystko wokół przesłaniała mgła.

Znad pól wiał ostry wiatr, niosąc zapach solanki i zgnilizny, silny jak woń cebuli. Miałem wrażenie, że wszystkie nasze poprzednie pielgrzymki były przesiąknięte tym zapachem, i poczułem rosnące w brzuchu napięcie. Jeździliśmy tam, odkąd pamiętałem, ale nigdy nie czułem się w Moorings całkiem swobodnie. Było tam raczej jak w domu mojego dziadka. Posępne, pogrążone w martwocie, nieco złowrogie miejsce. Miejsce, gdzie nie chciało się przebywać zbyt długo. Zawsze się cieszyłem, gdy nasza wielkanocna pielgrzymka dobiegała końca, więc skrycie westchnąłem z ulgą, gdy ksiądz Wilfred zmarł i przestaliśmy tam jeździć.

Pozostali dodawali sobie otuchy śpiewaniem hymnów i modlitwą, ale niekiedy wydawało się, że – być może nieświadomie – próbują raczej coś odegnać, niż zaprosić do siebie Boga.

Hanny skończył i pomachał do mnie, żebym podszedł tam, gdzie stał.

– Co tam masz? – zapytałem.

Wskazał na ogrodzenie przed sobą. Ktoś zastrzelił i oskórował zająca, a potem powiesił tę skórę na drucie kolczastym razem z kilkudziesięcioma szczurami. Jako trofeum albo na postrach, a może jedno i drugie.

– Hanny, zostaw to – powiedziałem. – Nie dotykaj.

Spojrzał na mnie prosząco.

– Nie możemy go uratować.

Podszedł, żeby pogłaskać zająca, ale kiedy potrząsnąłem głową, cofnął rękę. Zając patrzył na nas szklistym brązowym okiem.

Przechodziliśmy przez drogę, żeby wrócić do busa, kiedy usłyszałem, że nadjeżdża samochód. Chwyciłem Hanny’ego za rękaw i trzymałem mocno, gdy mijał nas elegancki daimler, rozbryzgując wodę na boki. Na tylnym siedzeniu spała dziewczyna z policzkiem przyciśniętym do szyby. Kierowca zwolnił na zakręcie, gdzie staliśmy, odwrócił głowę i spojrzał na mnie przelotnie, po czym samochód minął zakręt i zniknął. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego auta. W Pustkach prawie nic nie jeździło. Jeśli już, to głównie ciężarówki z sianem, a czasem zwykłe wozy zaprzężone w konie.

Kiedy wróciliśmy z Hannym do busa, ksiądz Bernard wciąż miał ręce głęboko wśród przewodów i kabli.

– Co się stało, proszę księdza? – zapytałem.

– Nie wiem, Tonto – odparł i rękawem otarł z oczu krople deszczu. – Być może koło zamachowe, ale musiałbym je całe wyjąć, żeby mieć pewność.

Z pewnym wahaniem zamknął maskę i razem ze mną wsiadł do busa.

– Udało się? – zapytał pan Belderboss.

– Jeszcze nie – odparł ksiądz Bernard, przygładzając ociekające wodą włosy. – Szczerze mówiąc, przydałby się mechanik.

– O rety! – zmartwiła się pani Belderboss. – Co za początek.

– Przynajmniej dojechaliśmy aż tutaj – powiedział Ojciec.

– To prawda – przyznał ksiądz Bernard.

Monro zaczął skomleć. Ksiądz Bernard uciszył go, a wtedy pies się skulił, patrząc na niego wybałuszonymi oczami.

– Myślę, że najlepiej będzie – powiedział – jeśli pójdę do wioski i poszukam kogoś, kto mógłby nam pomóc.

– Przy tej pogodzie, proszę księdza? – zaprotestowała pani Belderboss. – Zaziębi się ksiądz na śmierć.

– Szczerze mówiąc, spacer dobrze mi zrobi, pani Belderboss – odparł. – Długie siedzenie mi nie służy.

– To kawał drogi, proszę księdza – powiedział pan Belderboss. – Chyba ze trzy albo i cztery mile.

Ksiądz Bernard uśmiechnął się lekceważąco i zaczął owijać szyję szalikiem.

– Pójdziesz z nim, dobrze? – powiedziała do mnie Mama.

– Niech się pani nie obawia, pani Smith – odrzekł ksiądz Bernard. – Nie ma sensu, żebyśmy obaj zmokli.

– To żaden kłopot, prawda? – Szturchnęła mnie Mama.

– Żaden – powiedziałem.

Wiatr z wizgiem ocierał się o busa. Monro znów zapiszczał, więc ksiądz Bernard pochylił się, żeby uspokajająco podrapać go po karku.

– Co mu się stało, proszę księdza? – zapytał pan Belderboss.

– Nie wiem – odparł ksiądz Bernard. – Może to przez ten samochód, co przejechał.

– Może ma ksiądz rację – zgodził się pan Belderboss. – Gnał jak szalony. Chyba nie miał najmniejszego zamiaru zwolnić na zakręcie.

– Ale dziewczyna śliczna, prawda? – zauważyła pani Belderboss.

Jej mąż zmarszczył brwi.

– Jaka dziewczyna?

– Ta z tyłu.

– Nie widziałem żadnej dziewczyny.

– Więc ją przegapiłeś, Reg.

– Daj spokój, Mary – powiedział. – Wiesz, że ja świata poza tobą nie widzę.

Pani Belderboss nachyliła się do panny Bunce.