Wydawca: MAG Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 984 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pustka: Ewolucja - Peter F. Hamilton

Już wszyscy wiedzą: Araminta jest Drugim Śniącym. Teraz poluje na nią sekta Żywego Snu pielgrzymująca do Pustki, gdzie jest obiecany raj. Polują również inni. Pustka, by utrzymać odrębną rzeczywistość w swym wnętrzu, musi wysysać energię planet, gwiazd i galaktyk. To śmiertelne zagrożenie dla wszechświata. Czasu jest coraz mniej. Ludzie świadomi niebezpieczeństwa chcą przechwycić Aramintę, by pomogła powstrzymać exodus fanatyków. Podczas karkołomnej ucieczki przez odległe światy korzysta z własnych nadludzkich talentów i poznaje swe korzenie.

Inigo przekazał ludziom w snach obrazy spełnionego życia Edearda. I wreszcie ostatni sen, niebezpieczny. Inigo waha się, czy powinien go również ujawnić. Araminta też musi wybierać: nadal uciekać czy podjąć ryzykowną grę?

W tle toczy się bezlitosna walka. Przywódczyni jednej z rywalizujących frakcji chce się dostać do Pustki. O nie, nie szuka tam raju. Obmyśla, jak zdobyć władzę absolutną nad wszechświatem.

Opinie o ebooku Pustka: Ewolucja - Peter F. Hamilton

Fragment ebooka Pustka: Ewolucja - Peter F. Hamilton

Tytuł oryginału: The Evolutionary Void

Copyright © 2010 by Peter F. Hamilton Copyright for the Polish translation © 2018 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Urszula Okrzeja Korekta: Magdalena Górnicka Ilustracja na okładce: Tomasz Maroński Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-66065-46-8 Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 228 134 743 www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

Dla Felixa F. Hamiltona, który pojawił się równocześnie z „Pustką”.

1

Statek nie miał imienia; nie miał numeru seryjnego ani nawet logo. Zbudowano tylko jeden taki egzemplarz. Nigdy drugi nie będzie potrzebny, więc żadnych oznaczeń mu nie nadano. Po prostu – „statek”.

Mknął przez podstrukturę czasoprzestrzeni z prędkością pięćdziesięciu dziewięciu lat świetlnych na godzinę. Żaden pojazd zbudowany przez człowieka nie podróżował tak szybko. Przy tej fantastycznej prędkości nawigacja odbywała się za pomocą interpretacji podobieństwa szczeliny kwantowej, która określała względne położenia masy w zewnętrznym rzeczywistym wszechświecie. Ten sposób nawigacji zmniejszał konieczność użycia prostego hiperradaru i czujników – urządzeń możliwych do wykrycia. Nadzwyczaj wyrafinowany ultranapęd „statku” mógłby osiągnąć jeszcze większą prędkość, ale znaczną część fenomenalnej energii wykorzystywano do tłumienia fluktuacji. Dzięki temu w polach kwantowych nie pojawiały się charakterystyczne deformacje, mogące zdradzić pozycję „statku” innym okrętom, które chciałyby go namierzyć.

Imponująca zdolność maskowania się, a przy tym ten ogrom: jajo długości sześciuset metrów i średnicy dwustu metrów w centrum. Faktyczna przewaga polegała jednak na uzbrojeniu: na pokładzie znajdowały się bronie zdolne zlikwidować pół tuzina okrętów Wspólnoty klasy Capital, i to w zasadzie bez wychodzenia z trybu oczekiwania. Tylko raz je sprawdzono. By uniknąć wykrycia, „statek” odleciał na dziesięć tysięcy lat świetlnych od Wielkiej Wspólnoty i dopiero tam je przetestował. W międzygwiezdnej pustce rozeszły się kolorowe mgławice. Przez następne milenia prymitywne obce cywilizacje z tego rejonu Galaktyki będą im oddawać cześć jako bogom.

Neskia siedziała w czystej, półkolistej kabinie „statku”, mając w egzowizji spokojnie tańczące trajektorie lotu. Przeszedł ją dreszcz trwożnej emocji, gdy wspominała widok gwiazd rozrywanych na strzępy. Co innego pracować dla Frakcji Progresywistów, zarządzać tajną stacją wytwórczą, wysyłać statki i sprzęt do rozmaitych agentów i przedstawicieli. To łatwe: bezduszna maszyneria, której precyzja napawała Neskię dumą. Co innego widok broni w akcji. Neskia poczuła niepokój, jakiego nie zaznała od ponad dwóch wieków, odkąd stała się Elewatem i rozpoczęła migrację do centrum. Nie negowała swej wiary w Progresywistów, ale świadomość istnienia tak potężnych broni oddziaływała mocno na pierwotnym poziomie, który nigdy nie został w pełni wyparty z jej ludzkiej psychiki. Trwogą przejmowała ją moc, którą władała jedynie ona.

Inne elementy jej zwierzęcej przeszłości zostały spokojnie i skutecznie wymazane. Najpierw dzięki biononice i uznaniu filozofii kulturowej Elewatów, czego kulminacją było przyjęcie doktryny Frakcji Progresywistów. Potem dla pokreślenia przywiązania do nowej wiary subtelnie odrzuciła swoją dotychczasową formę cielesną. Obecnie skóra Neskii połyskiwała metaliczną szarością, komórki naskórka przepojono najnowszą półorganiczną tkanką, która wpasowała się z idealną symbiozą. Twarz – kiedyś wzbudzała zachwyt mężczyzn – przybrała teraz bardziej efektywny, płaski profil, a biononicznie zmodyfikowane, duże, okrągłe oczy widziały w wielu szerokich spektrach. Dzięki wydłużonej i bardziej giętkiej szyi głowa zyskała znacznie większą manewrowalność. Obciągnięte połyskliwą skórą mięśnie wzmocniono i Neskia potrafiła biec jak ścigający ofiarę lampart, i to jeszcze zanim zadziałały u niej modyfikacje biononiczne.

Największą ewolucję przeszedł jednak jej umysł. Zrezygnowała z bioneuronalnego profilowania; nie potrzebowała genetycznego wzmocnienia wiary. Cześć i uwielbienie – byłoby to dla jej procesów myślowych określenie zbyt uproszczone – ale bez wątpienia była oddana sprawie. Całkowicie się poświęciła Progresywistom, zaangażowana na pełnym poziomie emocjonalnym. Dawne ludzkie troski i imperatywy biologiczne już jej nie obchodziły, cały intelekt poświęciła frakcji i jej celom. Przez ostatnie pięćdziesiąt lat tylko ich projekty i plany były dla niej źródłem satysfakcji i cierpienia. Całkowicie z nimi zintegrowana, stała się uosobieniem wartości Progresywistów. Dlatego liderka frakcji, Ilanthe, właśnie ją wybrała na dowódcę „statku” podczas tej misji. I właśnie to, jedynie to, dawało jej satysfakcję.

„Statek” zwalniał, osiągając współrzędne, które Neskia wcześniej wprowadziła do smartkoru. Prędkość słabła, aż „statek” zastygł bezwładnie w transwymiarowej stazie, a displej nawigacyjny Neskii pokazywał Układ Słoneczny oddalony o dwadzieścia trzy lata świetlne. Dogodna odległość. Znajdowali się poza rozległą siecią czujników otaczającą macierzysty świat ludzkości, lecz „statek” mógł tam dotrzeć w niecałe trzydzieści minut.

Neskia kazała smartkorowi wykonać pasywne skanowanie. Wykrył pył międzygwiezdny i dziwną lodową kometę. W promieniu trzech lat świetlnych żadnej innej masy nie stwierdził. Na pewno nie było żadnych statków. Aliści skanowanie wykazało małą, charakterystyczną anomalię; na jej widok Neskia uśmiechnęła się z satysfakcją. W otoczeniu „statku” ultranapędy trzymały się w transwymiarowej stazie, niewykrywalne. Zdradzał je tylko ten jeden specyficzny sygnał. Należało wiedzieć, czego się szuka, żeby go wykryć. Ale kto by tu czegokolwiek szukał? A już na pewno nie ultranapędów. „Statek” potwierdził, że jest tu osiem tysięcy maszyn na stanowisku, czekających na instrukcje. Neskia nawiązała połączenie i uruchomiła procedurę sprawdzania. Rój był gotowy.

Spokojnie czekała na kolejną rozmowę z Ilanthe.

* * *

Zebranie Rady EgzoProtektoratu zakończyło się i Kazimir zamknął połączenie z perceptualną salą konferencyjną. Był sam w swoim biurze na szczycie Pentagonu II. Nie miał dokąd pójść. Trzeba uruchomić flotę odstraszającą, teraz nie ma żadnych wątpliwości. Tylko tak można pokonać nadciągającą armadę Imperium Ocisenów bez nieakceptowalnej liczby ofiar po obu stronach. A gdyby wyciekła informacja, że Ocisenów wspierają statki alf... A na pewno wycieknie. Ilanthe się tym zajmie.

Nie ma wyboru.

Podszedł do panoramicznego okna, po raz ostatni poprawiając niesforny kołnierz z szamerunkiem. Spojrzał w dół na bujny park Atolu Babuyan, oświetlonego łagodnym blaskiem emitowanym przez kryształową kopułę w górze. Przez sztuczny brzask widział jednak rozmyty półksiężyc Icalanise. Podczas swej kadencji obserwował ten widok mnóstwo razy. Traktował go jako coś oczywistego. Teraz się zastanawiał, czy jeszcze kiedyś to zobaczy. U prawdziwego wojskowego nie była to myśl niezwykła – co więcej, jej rodowód mógł napawać dumą.

Jego u-adiunkt otworzył połączenie z Paulą.

– Rozmieszczamy flotę odstraszającą przeciw Ocisenom – powiedział.

– O, rety! Wnioskuję, że ostatnia misja uwięzienia się nie powiodła.

– Nie powiodła się. Statek alf wybuchł, gdy wycofywaliśmy go z hiperprzestrzeni.

– A niech to! Samobójstwo nie leży w naturze psychologicznej alf.

– Oboje to wiemy. ZAN:Władze też oczywiście to wiedzą, ale jak zawsze potrzeba niezbitego dowodu, a nie poszlak – stwierdził.

– Lecisz z flotą?

Kazimir mimowolnie się uśmiechnął. Gdybyś tylko wiedziała.

– Tak, lecę.

– Powodzenia. Spróbuj zwrócić się przeciwko niej. Będą tam prowadzić obserwacje; jest szansa, że uda ci się ich wcześniej wykryć?

– Na pewno spróbujemy. – Zerknął na stacje przemysłowe krążące wokół „Wysokiego Anioła”: na tle nieboskłonu tworzyły wąski, połyskujący, srebrny pierścień. – Słyszałem o Ellezelinie.

– Właśnie. Digby nie miał wyboru. ZAN wysyła zespół kryminalistyczny. Jeśli uda im się odkryć, co przewoził Chatfield, może zdołamy doprowadzić Progresywistów przed sąd, zanim dotrzesz do Ocisenów.

– Wątpię. Ale mam dla ciebie nowiny.

– Tak?

– „Lindau” opuścił układ planety Hanko.

– Dokąd leci?

– To najciekawsze. O ile się zorientowałem, leci do Szpikulca.

– Do Szpikulca? Jesteś pewien?

– Ekstrapolacja na podstawie ich obecnej trajektorii. Nie zmienia się od siedmiu godzin.

– Ale to... nie.

– A dlaczego nie? – Kazimir był rozbawiony reakcją śledczej.

– Po prostu nie wierzę, że Ozzie znów będzie wtrącać się do spraw Wspólnoty. Nie w taki sposób. A już na pewno by nie zatrudnił kogoś takiego jak Aaron.

– Dobra, przyznaję ci rację. Ale w Szpikulcu są również inni ludzie.

– Są. Mógłbyś kogoś wymienić?

Kazimir się poddał.

– Więc co Ozzie ma wspólnego z całą sprawą?

– Nie mam pojęcia.

– „Lindau” nie leci z szybkością, do jakiej jest zdolny. Prawdopodobnie został uszkodzony na Hanko. Do Szpikulca bez trudu zdołasz dotrzeć przed nim, a nawet go przechwycić.

– Kuszące, ale nie zamierzam ryzykować. Już i tak straciłam za dużo czasu na swoją osobistą obsesję. W tym momencie nie mogę znów ryzykować i szukać wiatru w polu.

– Jasne. Przez kilka dni będę zajęty. W razie pilnej konieczności możesz się ze mną skontaktować.

– Dziękuję. Teraz mój priorytet to zabezpieczenie Drugiej Śniącej.

– Powodzenia.

– Tobie też tego życzę, Kazimirze. Szczęśliwej drogi.

– Dziękuję.

Zamknął połączenie z Paulą i jeszcze przez chwilę stał przy oknie.

Potem aktywował funkcję interfejsu swojego pola biononicznego, które dopasowało się do T-sfery floty. Teleportował się do terminalu wormholowego, orbitującego poza gigantycznym statkiem-arką obcych, i przez wormhol wyłonił się w terminalu Kerensk. Kolejny skok teleportacyjny i wynurzył się wewnątrz Wyspy Heweliusza – jednej z ziemskich stacji T-sfer, unoszącej się siedemdziesiąt kilometrów nad Południowym Pacyfikiem.

– Gotowe – zameldował ZAN:Władzom.

ZAN otworzył tajny wormhol do Proximy Centauri, oddalonej o 4,3 lat świetlnych, i Kazimir przeszedł przez niego. Układ Alfa Centauri okazał się wielkim rozczarowaniem, gdy w 2053 roku Ozzie i Nigel otworzyli tam swój pierwszy wormhol dalekiego zasięgu. Ponieważ dzięki standardowym astronomicznym procedurom wykryto już tam podwójną gwiazdę typu widmowego G i K oraz planety, wszyscy mieli nadzieję na znalezienie tam światów odpowiednich dla ludzi. Nic takiego nie odkryto. Ale ponieważ Ozzie i Nigel skutecznie dowiedli, że między odległymi gwiazdami można stworzyć wormhol, udało im się zdobyć dodatkowe fundusze dla swojej firmy, która szybko przekształciła się w Sieć Transportu Tunelowego (STT), oraz założyć Wspólnotę. Nikt nigdy nie powrócił do Alfa Centauri i nikt nigdy nie był w układzie Proxima Centauri, która ze swoją małą gwiazdą typu widmowego M nie mogła mieć planety odpowiedniej dla ludzi. Właśnie dlatego stanowiła doskonałą lokalizację – ZAN zbudował tam „flotę odstraszającą” i tam też miała ona swoją bazę.

Kazimir zmaterializował się pośrodku prostej, przezroczystej kopuły, która u podstawy miała dwa kilometry średnicy. Stanowiła mały pęcherz na powierzchni jałowej, pozbawionej powietrza planety, okrążającej drobnego czerwonego karła w odległości pięćdziesięciu milionów kilometrów. Ciążenie wynosiło jakieś dwie trzecie standardowego. Okoliczne niskie wzgórza strzępiły linię horyzontu, szarobrązowy regolit przybierał ponurą rdzawą barwę w niewydajnym promieniowaniu Proximy.

Stopy Kazimira stały na czymś, co wyglądało jak matowy szary metal, ale gdy próbował skoncentrować wzrok na jednolitej powierzchni, ta się skręciła, jakby coś oddzielało podeszwy butów od fizycznej struktury. Jego biononiczna funkcja skanowania pola wykazała, że wokół niego ożywiają się potężne siły, wznoszące się z dziwnej podłogi.

– Jesteś gotowy? – spytały ZAN:Władze.

Kazimir zacisnął zęby.

– Zaczynaj.

Zapewniał Gore’a i Paulę, że flota odstraszająca to nie blef. Stanowiła szczyt technicznych osiągnięć ZAN i mogła przynajmniej dorównać okrętom raielów-wojowników. Musiał jednak przyznać, że nazwanie jej flotą to była lekka przesada.

Nieunikniony problem polegał na tym, komu ufać, gdy ma się taką siłę rażenia. Im większa załoga, tym większe prawdopodobieństwo złego wykorzystania albo przecieku informacji do którejś frakcji. Paradoksalnie sama technika dostarczała rozwiązania. Potrzebowała tylko jednej sterującej świadomości. ZAN odmówił przejęcia dowództwa z powodów etycznych, odrzucając koncepcję odgrywania roli absolutnej omnipotencji. Dlatego zadanie zawsze spadało na naczelnego admirała.

Siły roiły się wokół Kazimira, wzbierały w bazie jak fala przypływu, odczytywały go na poziomie kwantowym, a potem przekształcały pamięć. Admirał przechodził transformację: czysto fizyczna struktura przemieściła się do równoważnej z nią funkcji energii zawartej w pojedynczym punkcie, który wtargnął do czasoprzestrzeni. Jego „objętość” – sygnatura energii, którą się stał – była zwinięta w głębi pól kwantowych, przy czym została wykorzystana podobna zasada konstrukcyjna jak w przypadku ZAN. Zawierała jego umysł i wspomnienia wraz z pewnymi podstawowymi zdolnościami motorycznymi i zmysłowymi, lecz w odróżnieniu od ZAN nie był to punkt o stałej lokalizacji.

Kazimir wykorzystał swoje nowe wejścia sensoryczne, by zbadać siatkę wewnątrzprzestrzenną w swoim bezpośrednim otoczeniu; przeglądał czekający układ przetransformowanych funkcji zgromadzonych wewnątrz skomplikowanych mechanizmów egzotycznej materii kopuły. Wybierał te, które mogły się przydać w misji, i wcielał je do własnej sygnatury – podobnie w dawnych czasach postępowali rycerze, gdy przechodzili przez zbrojownię i brali z półek broń i tarcze.

W końcu do swojej pierwotnej sygnatury wcielił osiemset siedemnaście funkcji. Funkcja dwudziesta siódma była zdolnością podróży ponadświetlnych i umożliwiała Kazimirowi przesunięcia całej sygnatury energii przez hiperprzestrzeń. Nie zachował żadnej masy, prędkość jaką mógł osiągnąć, była kilka rzędów większa od ultarnapędu.

Kazimir wystrzelił się z bezludnej planety w kierunku Floty Ocisenów i pędził z prędkością stu lat świetlnych na godzinę. Potem przyśpieszył.

* * *

Statek międzygwiezdny był gotów do wejścia w atmosferę planety. Dostawca uśmiechnął się do stewarda, który szedł przez kabinę i zbierał od pasażerów niedopite drinki. Powinien to robić bot albo wbudowany zsyp śmieciowy, ale towarzystwa lotnicze zawsze zatrudniały załogę ludzką, gdyż większość pasażerów (przynajmniej nie-Elewatów) lubiła odrobinę kontaktu osobistego podczas podróży. Ponadto załoga ludzka przydawała nieco wyrafinowania i elegancji wieków minionych.

Uzyskał dostęp do czujników, gdy wokół statku gęstniała atmosfera. Na drugim co do wielkości południowym kontynencie planety Fanallisto padał deszcz. Potężne, spiżowe chmury przetaczały się nad ląd napędzane wiatrem, który nad pustymi przestrzeniami Oceanu Antarktycznego nabierał straszliwej prędkości. Deszcz był tak potężny, że miasta aktywowały pola siłowe kopuł pogodowych. Do rozrastających się stref rolniczych słano ostrzeżenia o powodziach.

Fanallisto rozwijała się od ponad stu lat. Całkiem przyjemna planeta, niczym się niewyróżniająca na firmamencie Światów Zewnętrznych. Dziesiątki milionów ludzi żyły w nudnawych strefach zurbanizowanych. Każda miała świątynię Żywego Snu i pokaźny zastęp wyznawców. Perspektywa Pielgrzymki wywoływała napięcia i spory, a sytuację pogarszały ostatnie wydarzenia na Viotii. Każdy dzień kryzysu przynosił nowe akty przemocy wobec świątyń.

Nic szczególnego. Podobnych konfliktów było mnóstwo w Wielkiej Wspólnocie. Na Fanallisto jednak przemoc spotkała się kilka razy z odwetem ludzi o wzbogaconych biononikach. Frakcja Konserwatystów bardzo chciała odkryć, co takiego szczególnego ma w sobie Fanallisto, że aż potrzebne są wsparcie i ochrona prawdopodobnych agentów Progresywistów.

Dostawca się tym nie przejmował, o czym wyraźnie powiedział frakcji. Na Fanallisto przebywał jednak obecnie agent Frakcji Konserwatywnej, a standardowe procedury operacji w terenie wymagały zapewnienia niezależnego wsparcia ewakuacji. Dlatego właśnie Dostawca nie pojechał prosto do Londynu z kosmoportu Purlap, lecz poleciał na Trangor, a potem najbliższym statkiem na Fanallisto. Przynajmniej nie brał aktywnego udziału w operacji. Drugi agent nawet się nie dowiedział o przybyciu Dostawcy.

Statek komercyjny przebił się przez mokrą atmosferę i lądował w kosmoporcie Rapall. Wszyscy pasażerowie wysiedli. W budynku terminalu Dostawca odebrał bagaż; dwie średnie walizki sunęły za nim na regrawie i zaparkowały się w bagażniku taksówki. Zamówił taksówkę i do komercyjnej dzielnicy miasta odbył krótki lot w małej kapsule regrawowej, która przemknęła pod polem siłowym kopuły. Stamtąd pomaszerował na inne lądowisko taksówek i – używając innej tożsamości – poleciał do hotelu Foxglove we wschodniej części miasta.

Na dziesięć dni zarezerwował pokój 225, wykorzystując certyfikat trzeciej tożsamości i płacąc niewykrywalną monetą. Cztery minuty zajęło mu włamanie się do węzła cybersferycznego pokoju i zainstalowanie rozmaitych procedur, dzięki którym pokój wyglądał na zamieszkany. Miła, profesjonalna robótka, ocenił. Mała jednostka kuchenna będzie wytwarzała posiłki, które bot-pokojówka, podczas codziennego porannego sprzątania, wyrzuci do toalety. Od czasu do czasu włączą się prysznic sporowy oraz inne urządzenia; klimatyzatory zmienią temperaturę, węzeł przekaże do unisfery kilka rozmów. Zużycie energii będzie się zmieniało.

Wstawił obie walizki do jedynej szafy, żeby pokój wyglądał porządniej, i aktywował ich mechanizmy obronne. Nie chciał wiedzieć, co jest wewnątrz, ale domyślał się, że jakiś dość agresywny hardware. Upewnił się, że mechanizmy działają poprawnie, opuścił pokój i zamówił taksówkę pod westybul hotelu. To nie on wróci po walizki – to by stworzyło wzorzec. Był wdzięczny za takie procedury operacyjne. Po ostatnim śnie Justine chciał tylko jednego: wrócić do rodziny. Już postanowił, że przez kilka następnych tygodni nie przyjmie żadnych dalszych zleceń od Frakcji Konserwatywnej, bez względu na to, jak bardzo będą go ostrzegać i jak uprzejmie prosić. Wydarzenia gęstniały, zbliżał się punkt kulminacyjny, a było tylko jedno miejsce, w którym powinien przebywać prawdziwy ojciec.

Szklane, kurtynowe drzwi westybulu rozsunęły się, przepuszczając Dostawcę. Taksówka już na niego czekała, unosiła się kilka centymetrów nad betonowym placykiem. Nie zdążył do niej dotrzeć, gdy zadzwoniła do niego Frakcja Konserwatywna.

Odmówię im, obiecał sobie. Choćby nie wiem co.

Usiadł na wklęsłym fotelu taksówki, powiedział smartnetowi, że chce jechać do centrum, a potem przyjął rozmowę.

– Tak?

– Rozmieszczono flotę odstraszającą – powiedziała Frakcja Konserwatywna.

– Dziwi mnie, że tak długo to trwało. Ludzie denerwują się z powodu Ocisenów, a przecież nawet jeszcze nie wiedzą o alfach.

– Uważamy, że całe to rozmieszczenie to wynik knowań Progresywistów.

– Naprawdę? A co mieliby przez to zyskać?

– Poznaliby w końcu naturę floty odstraszającej.

– No dobrze, ale w czym im to pomoże?

– Nie wiemy. Ale to ma być kluczowa sprawa w ich planach, postawili prawie wszystko na jedną kartę, żeby zmanipulować to jedno wydarzenie.

– Gra się zmienia – powiedział Dostawca słabo. – To właśnie powiedział Marius: gra się zmienia. Myślałem, że mówi o Hanko.

– Najwyraźniej nie.

– A więc rzeczywiście wkraczamy w fazę krytyczną?

– Tak się wydaje.

Od razu nabrał podejrzeń.

– Już nic więcej dla was nie będę robił – oznajmił. – Nie teraz.

– Wiemy. Dlatego dzwonimy. Stwierdziliśmy, że na to zasługujesz. Rozumiemy, jak wiele znaczy dla ciebie rodzina. Jak bardzo chcesz z nią być.

– Aha. Dziękuję.

– Jeśli chcesz wrócić do bardziej aktywnego statusu...

– Dam wam znać. Czy mój zastępca przejął śledzenie Mariusa?

– Informacje operacyjne są niedostępne.

– Oczywiście, przepraszam.

– Jeszcze raz dziękujemy za współpracę.

Koniec rozmowy. Dostawca wyprostował się w fotelu.

Cholera! Flota odstraszająca! Sprawa robiła się poważna, potencjalnie zabójcza. Do diabła z procedurami: kazał taksówce lecieć prosto do kosmoportu. Lot, który miał zarezerwowany, startował dopiero za dwie godziny. U-adiunkt natychmiast wyszukał mu pierwszy statek w stronę jednego ze Światów Centralnych. Lot linii PanCephei na Gralmond, za trzydzieści pięć minut. U-adiunkt zdołał zarezerwować miejsce z olbrzymią dopłatą za kabinę w salonce pierwszej klasy. Ale lot miał trwać dwadzieścia godzin. Plus dwadzieścia minut przesiadki przez wormhol na Ziemię i za dwadzieścia jeden godzin z kawałkiem Dostawca dotrze do Londynu.

Tyle czasu wystarczy. Czy aby na pewno?

* * *

Araminta tak strasznie chciała uciec jak najdalej od Colwyn City, że zupełnie nie myślała o praktycznych aspektach marszu ścieżkami silfenów między światami. Spacerek przez tajemnicze lasy i słoneczne polany uznała za pomysł romantyczny. Równocześnie pokazałaby środkowy palec: niech się odpieprzą Żywy Sen i ten sukinsyn Kleryk Konserwator. Gdyby się chwilę zastanowiła, staranniej by dobrała odzież i na pewno włożyłaby solidniejsze buty. No i wzięłaby coś do jedzenia.

Na razie nie zwracała uwagi na te sprawy. Niecałą godzinę szła beztrosko przez mały zagajnik, w którym wynurzyła się ścieżka z Francola Wood. Araminta dziwiła się po prostu, jakie ma szczęście, że w końcu udało jej się wybrnąć z trudnej sytuacji.

„Musisz sobie uzmysłowić, czego chcesz”, powiedział jej Laril.

Właśnie zaczynam to robić. Znów przejmuję kontrolę nad swoim życiem.

Wtedy cztery księżyce zaszły za horyzont. Uśmiechnęła się do odchodzącego kwartetu, zastanawiając się, kiedy znowu się pojawią. Szybko przesuwały się po niebie, więc na pewno okrążały tę planetę kilkakrotnie w ciągu doby. Odwróciła się za siebie i uśmiech zamarł jej na twarzy. Gruby wał ciemnych, nieprzyjaznych chmur rósł nad wysokimi wzgórzami okalającymi dolinę. Dziesięć minut później lunęło i w kilka sekund przemoczyło Aramintę do suchej nitki. Wygodny stary polar chronił przed mżawką, ale nie przed niemal tropikalną ulewą. Araminta odsunęła z oczu kosmyki – teraz szczurze ogonki – i zdecydowanie brnęła naprzód, mając widok najwyżej sto metrów przed sobą. Buty o cienkich podeszwach rozjeżdżały się na niebezpiecznie śliskim trawopodobnym podłożu. Mozolnie schodziła po stoku na dno doliny, przez połowę czasu w kucki, jak goryl. I tak przez trzy godziny.

Przez resztę dnia trawersowała szeroką, pustą dolinę. Chmury z łoskotem przetoczyły się gdzieś dalej. Pomarańczowo zabarwione światło słoneczne wysuszyło jej kurtkę i spodnie, ale bielizna nie wyschła i zaczęła ją wkrótce ocierać. W końcu Araminta dotarła do szerokiej, meandrującej rzeki.

Brzeg po tej stronie doliny był niepokojąco grząski. Najwyraźniej silfeni nie używali łodzi. Nigdzie nie było brodu ani kamieni, ułatwiających przejście przez rzekę. Araminta z nieufnością obserwowała szybki nurt. Zacisnęła zęby i ruszyła w dół rzeki. Szła pół godziny, ale nie znalazła żadnego naturalnego miejsca, gdzie mogłaby przekroczyć rzekę. Musiała wejść do wody.

Zdjęła kurtkę, spodnie, bluzkę i związała je swoim wiernym pasem narzędziowym. Nie mogła zostawić ubrań, choć gdyby musiała płynąć, stanowiłyby wielkie obciążenie. Brodząc, trzymała ciężki tobołek nad głową. Dno rzeki było śliskie, szybki prąd – niebezpieczny, a woda lodowata, że aż zapierało dech. Pośrodku rzeki woda sięgała prawie do obojczyków, ale Araminta z determinacją szła naprzód.

Słaniając się, wyszła na drugi brzeg. Skórę miała zdrętwiałą. Tak się trzęsła, że nie mogła odwiązać tobołka, który teraz był jej jedynym dobytkiem. Idąc, albo drżała z zimna i kuliła się, albo dla rozgrzewki okładała się ramionami. W końcu palce odzyskały czucie. Ciało było przeraźliwie blade, gdy znów wkładała drżące ręce i nogi w ubranie.

Marsz jej zbytnio nie rozgrzał. Przed nocą nie udało jej się dotrzeć do linii lasu. Zwinęła się przy niewielkiej skale i drżąc, zapadła w niespokojny sen. W nocy dwa razy padało.

Rano uświadomiła sobie, że nie ma nic do jedzenia. W brzuchu jej burczało, gdy schyliła się nad małą strużką, by napić się lodowatej wody. Nigdy nie czuła się tak podle. Nawet w dniu gdy opuściła Larila, nawet gdy widziała swoje mieszkanie w płomieniach. Ale paskudnie! Co gorsza, nigdy przedtem nie czuła się tak samotna. To nie był świat człowieka. Gdyby przytrafiło jej się coś banalnego – skręcona kostka, rozcięte kolano – nie mogła wezwać pogotowia, żadnej pomocy w promieniu lat świetlnych. Leżałaby tu w dolinie i umierała z głodu.

Wyobraziła to sobie, świadoma teraz, jak wielkie ryzyko podjęła wczoraj, przechodząc przez rzekę. Kończyny zaczęły jej drżeć. Doszła do wniosku, że to opóźniona reakcja szokowa, następstwo strasznej walki w Parku Bodant i brodzenia w lodowatej rzece.

Z większą ostrożnością ruszyła ku linii drzew w górach. Nie znalazła nic nadającego się do jedzenia. Ziemię pokrywały żółtawe, trawiaste rośliny o małych lawendowych kwiatkach. Wlokąc się posępnie, próbowała sobie przypomnieć wszystko, co słyszała o ścieżkach silfenów. Niewiele. Nawet encyklopedia powszechna, załadowana do spacji pamięci, zawierała na ten temat więcej mitów niż faktów. Ścieżki istniały, map nie było; jacyś ludzie-mediewiści wyruszyli tu w poszukiwaniu celów osobistych, nieracjonalnych; potem o wielu z nich słuch zaginął. Oczywiście z wyjątkiem Ozziego. Araminta mętnie wiedziała, że Ozzie jest przyjacielem silfenów. Również Mellanie, kimkolwiek kiedyś była. Araminta pluła sobie w brodę, że nie kazała swojemu u-adiunktowi zrobić prostej kwerendy. Ponad tydzień temu Cressida poinformowała ją o jej osobliwym rodowodzie, ale Araminta nie dopytywała ani nie próbowała się czegoś sama dowiedzieć. Idiotka za mnie.

Na wspomnienie Cressidy postanowiła się zebrać do kupy. Cressida nigdy się nie poddawała, nie rozczulała nad sobą. A przecież jestem z nią również spokrewniona.

Szukała więc pozytywów, podchodząc do lasu, gdzie powinna się zaczynać następna ścieżka. Po pierwsze, wyczuwała ścieżki, co znaczyło, że ta wędrówka się zakończy, będzie miała jakiś finał. Brak jedzenia wkurzał, ale Araminta miała przecież silne dziedzictwo Awangardów, a ich etos polegał na przygotowaniu ludzkości, by mogła przeżyć w całej Galaktyce. W dzieciństwie, na farmie, bawili się z rodzeństwem w „spróbuj to zjeść” i wtedy się przekonała, że Awangarda dość trudno otruć obcą roślinnością. Jej kubki smakowe posiadały wyostrzoną zdolność wyłapywania tego, co niebezpieczne. O ile roślina nie była ekstremalnie trująca, metabolizm Araminty potrafił sobie z nią poradzić.

Mimo to rosnąca tu trawa jej się nie podobała.

Poczekam do następnej planety, zanim skosztuję tej trawy.

Gdy dochodziła do pierwszych, porośniętych mchem drzew, powietrze znacznie się oziębiło. Daleko znad doliny nadciągały gęste chmury w kształcie kowadła. W tej temperaturze deszcz zmyłby resztki morale, jakie jej zostały.

Wchodziła w las. Długie, miodowobrązowe liście trzepotały na gałęziach drzew. Z trawy wyzierały białe kłębuszki jakby ciasno zwiniętej pajęczyny. Wśród drzew wiatr ucichł. Araminta nabierała wiary w siebie. W jakiś sposób wyczuwała, że coś się zmienia. Gdy spojrzała w górę, między plątaninę gałęzi, widziała nikłe prześwity nieba podbarwione turkusem. To dodawało otuchy. Niebo było tu zdecydowanie jaśniejsze i bardziej przyjazne niż nad górami.

Głęboko w gajasferze albo w dumaniu silfeńskiego Ostrowa Matki – gdziekolwiek dryfował jej umysł – mogła śledzić subtelne zmiany przestrzeni wokół siebie. Ścieżka cały czas była w ruchu, nie mając ustalonego początku ani końca; droga reagowała na życzenia podróżnego. Ale chyba, z pewnej niewiarygodnej odległości, Aramintę obserwowała jakaś świadomość. I Araminta miała mgliste wrażenie, że na ścieżkach znajduje się wiele istot. Nieprzebrane miliony wędrowały tu i tam; niektórzy mieli cel, chcieli czegoś doświadczyć, inni dawali się prowadzić ścieżkom losowo przez Galaktykę, by coś znaleźć i poznać.

Między oblepionymi mchem pniami pojawiały się nowe drzewa o gładkich białawozielonych pniach. Bujne zielone liście przywoływały na myśl wiosnę w lesie. Po pniach pięły się bluszcze i winorośle, obwieszone girlandami szarych kwiatów. Ścieżka wiła się wśród pagórków, wkraczała w wąskie doliny. Araminta szła przed siebie. Mijała szemrzące strumyki. Raz nawet dobiegł ją grzmot potężnego wodospadu, ale gdzieś dalej od drogi, więc nie poszła za dźwiękiem. Czerwone liście przeplatały się w jasnobrązowym baldachimie. Butami deptała kruche liście w trawie. Powietrze robiło się ciepłe i suche. Deszczowa dolina została wiele godzin z tyłu. Araminta usłyszała cichy madrygał śpiewany głosem obcej istoty. Nie znała słów, ale harmonie wydały jej się przepiękne. Przystanęła nawet na chwilę zasłuchana. Wiedziała: to silfeni, liczna grupa krocząca radośnie do nowego świata, oferującego świeże widoki i ekscytacje. Przez chwilę miała ochotę do nich podbiec, widzieć to, co oni widzą, czuć wszystko tak, jak oni czują. Ale wtedy do jej umysłu wsączył się obraz Cressidy, inteligentnej, samodzielnej, skupionej na celu, i zrozumiała skonfundowana, że wędrówka z bandą obcych elfów nie jest rozwiązaniem. Bez entuzjazmu ruszyła w dalszą drogę. Na pewno gdzieś daleko był świat Wspólnoty, choć obecnie droga do niego była mało używana. Silfenów nie obchodziły planety, na których powstały inne cywilizacje, szczególnie te poniżej pewnego poziomu technologicznego.

Drzewa się przerzedzały. Westchnęła z ulgą, gdyż z każdym krokiem robiło się bardziej biało, jaśniej i cieplej. Teraz przeważały drzewa o liściach czerwonych, grubych i woskowych oraz jasnoszarych cienkich gałązkach, dziwnie od siebie odseparowanych. Uśmiechnęła się radośnie. To niesamowite, że między światami są takie ścieżki.

Szlak zaprowadził ją na skraj falujących drzew.

– O, Wielki Ozzie! – szepnęła przerażona, mrużąc oczy w oślepiającym świetle. Aż po horyzont rozciągał się przed nią widok płaszczyzny pokrytej białym piaskiem. Gorącego słońca nie przesłaniała żadna chmurka. – To pustynia!

Araminta wykonała pełny obrót i nagle zobaczyła, że jest pośrodku nędznej kępki drzew na skraju długiego, błotnistego stawku. Gdzieś w tych drzewach ginęła ścieżka, kurcząc się do nicości.

– Zaraz, to nie tak, coś się nie zgadza. Nie chcę tu być. – I wtedy ścieżka zniknęła. – O, w mordę!

* * *

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.