Pustka - Anna Głowacz - ebook + książka

Pustka ebook

Anna Głowacz

0,0
16,14 zł

lub
Opis

Klaudia traci oboje rodziców i trafia do domu dziecka. Tam poznaje Roberta. Rodzi się między nimi przyjaźń. Gdy już udaje jej się na powrót cieszyć się życiem, ono znów ją zawodzi brutalnie rozdzielając ją z przyjacielem. Składają sobie jednak obietnice, że nigdy nie pozwolą, aby ich przyjaźń przestała istnieć. Los jest jednak okrutny i po raz kolejny wystawia tych dwoje na wielką próbę. Kontakt się nagle urywa. Po 10 latach nadchodzi dzień spełnienia obietnicy, który ma wszystko rozstrzygnąć. Żal karmiony przez te wszystkie lata rozłąki miesza się z uczuciem ekscytacji. Zarówno Klaudia jak i Robert równie mocno boja się tego spotkania jak i go pragną. Czy przeznaczenie tym razem będzie dla nich łaskawsze? Czy w końcu odnajdą ścieżkę prowadzącą ich ku sobie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 219

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Anna Głowacz

PUSTKA

Wydawnictwo

Red Book

Anna Głowacz

Pustka

Copyright © Anna Głowacz 2015

Copyright © Wydawnictwo Red Book 2015

Lublin 2015 Wydanie 1.

ISBN:978-83-943899-4-9

Projekt okładki:

Łukasz Golik

Korekta:

Nina Szymczyk

Skład i Redakcja:

Red Book

Wydawca:

Wydawnictwo Red Book

Elizówka 39c

21-003 Ciecierzyn

www.redbook.com.pl

Dla mojej mamy która zawsze była,

jest i wiem, że będzie...

Rozdział 1

Czy znasz to uczucie ?

Kiedy świat się jakby kończy

A ty trwasz nadal, ale nad przepaścią

I spadasz, ale brakuje ci skrzydeł

Czy znasz to uczucie?

Kiedy pustka jest jak czarna dziura

Pochłania każdy pozostały ci jeszcze skrawek szczęścia

I pozostawia nicość

Twoją nicość, tą niechcianą

I próbujesz uciec, ale nie ma dokąd

Nie ma pomocnej ręki

A przecież zawsze była…

Więc zamykasz się w sobie jak w szklanej kuli

I chcesz zniknąć

Ale to nie jest takie proste

Bo coś jednak każe ci trwać

W tym smutku, w tym bólu

Zatopiona w nich po sam koniuszek głowy

Ale jednak…

* * *

Klaudia

Pamiętam, jakby to było wczoraj. Gdy to się stało, kończyła się właśnie lekcja historii z panią Nowak. Nauczycielka zadawała nam właśnie zadanie domowe. Byłam podekscytowana, bo zadano wypracowanie na temat starożytnych obyczajów, a ja bardzo lubiłam tą właśnie epokę. W tym czasie do klasy weszła pani psycholog z dyrektorem szkoły. Po wyrazach ich twarzy od razu było widać, że coś jest nie tak. Dyrektor szepnął coś pani Nowak do ucha, a ona wskazała na mnie palcem. Już wtedy wiedziałam, że coś się stało. Ugięły się pode mną kolana. Rzeczywistość okazała się jednak gorsza niż mogłabym kiedykolwiek przypuszczać. Pani psycholog wywołała mnie po imieniu i nazwisku i poprosiła o spakowanie swoich rzeczy. Robiłam to tak powoli, jak było tylko możliwe, odwlekając co nieuniknione. Jakbym chciała zatrzymać swoje szczęście i beztroskę choć na jedną sekundę dłużej. Wyraz twarzy pełen litości i współczucia uświadczył mnie w przekonaniu, że nie będzie to jedna z tych dobrych wiadomości. Spakowałam więc wszystko do plecaka, powoli zapięłam zamek i przewieszając go przez jedno ramię, ruszyłam w jej kierunku. Gdy się z nią zrównałam, poczułam jak jej dłoń opada na moje plecy, jakby w jakiś cudowny sposób miała dodać mi odwagi. Dziś już wiem, że był to gest wsparcia. Nie mogłam przecież być odważna. Miałam trzynaście lat, byłam zbyt młoda by zdążyć nabyć tę cechę osobowości. Przeszłyśmy w milczeniu korytarzem i weszłyśmy do dość obszernego gabinetu pani psycholog. I choć pomieszczenie było przytulne, ja czułam się tam jak w grobowcu. Usiadłam na kozetce którą wskazała mi psycholog, kątem oka dostrzegając ogromną paczkę jednorazowych chusteczek do nosa. Jedna z nich wystawała delikatnie z pudełka, jakby mówiąc „Weź mnie”. Wiedziałam, że będzie mi potrzebna, odwlekałam jednak ten moment, spuściłam głowę w dół i siedziałam w milczeniu. Czekając na stracenie.

– Klaudio? – usłyszałam zarówno pytający, jak i przywołujący mnie do rzeczywistości głos psycholog i podniosłam głowę. Gdy na nią spojrzałam, ujrzałam jak oczy przeszkliły jej się mocno i co i rusz próbowała z siebie wydusić okropną prawdę, ale przychodziło jej to tak samo ciężko, jak mnie czekanie. W końcu załamującym się cichym głosem zrujnowała mój świat.

– Klaudio, twoi rodzice mieli wypadek samochodowy. Lekarze robili wszystko, co było w ich mocy, ale… Niestety żadnemu z nich nie udało się przeżyć.

Słowa te przecięły mnie niczym brzytwa. W głowie zaszumiało, a w gardle poczułam rosnącą i napierającą boleśnie kulkę. Minęło zaledwie parę sekund nim dotarło do mnie, co tak naprawdę się wydarzyło. Popatrzyłam na panią psycholog prosząco, chcąc żeby to nie była prawda, aby jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności się pomyliła. Ale ona była teraz w podobnym stanie do mojego. Z jej twarzy wyczytać można było tylko ból. Pozbawiona złudzeń zakryłam głowę ramionami, podciągnęłam kolana pod brodę i szczelnie zamknięta w swoich własnych objęciach, zatraciłam się w szlochu. Płakałam tak długo i intensywnie, że aż brakowało mi powietrza. W końcu zabrakło i łez. Wycieńczona zasnęłam na kozetce, gdzie na zawsze zmieniło się moje życie. Gdy się przebudziłam zapewne parę dobrych godzin później, znajdowałam się dokładnie w tym samym miejscu co wcześniej, zwinięta w kłębek leżąc na boku. Przez chwilę zastanawiałam się, co ja tu robię i wtedy wróciła do mnie świadomość. Bolesna prawda smagała po policzkach niczym biczem. Ból był nie do zniesienia. Byłam już bliska by znów zatracić się w szlochu, gdy pani psycholog zapytała:

– Klaudio, czy ty masz jakąś rodzinę, z którą mogłabyś zostać? Kogoś, kogo moglibyśmy poinformować?

I wtedy to poczułam. Strach dużo większy i gorszy od rozpaczy. Nie, nie miałam nikogo takiego. Rodzice nie mieli rodzeństwa, a dziadkowie zmarli jak byłam małą dziewczynką.

– Nie – wydusiłam tylko z siebie i zdając sobie sprawę z tego, co to oznacza, ponownie zalałam się łzami. Mówią, że jak człowiek umiera, widzi jak we fleszu najwspanialsze momenty z życia. Ja przeżyłam to płacząc. Widziałam uśmiechniętą mamę, tatę biegnącego za mną, gdy uczyłam się jeździć na rowerze, mamę robiącą śniadanie, tatę całującego ją na przywitanie co rano. Wspólne wakacje, zamki z piasku i górskie wycieczki. To wszystko było przeszłością. Wspomnieniami. I już nigdy nie mogło ponownie zaistnieć. Podczas gdy ja podróżowałam we wspomnieniach, pani psycholog wykonała parę telefonów. Mój szloch jednak zagłuszał ją całkowicie. Po chwili odłożyła słuchawkę i podeszła do mnie, kładąc mi ręce na ramionach, popatrzyła mi głęboko w oczy i nabrała powietrza.

– Wszystko będzie dobrze, drogie dziecko. Może nie od razu, ale w końcu się ułoży. Musisz być silna i wierzyć w to całym sercem – gdy kończyła zdanie, do gabinetu wszedł pan policjant i skinął głową na znak powitania.

Wyszliśmy z gabinetu i skierowaliśmy się w stronę wyjścia ze szkoły. Wiedziałam, że więcej tu nie wrócę. Szkoła prywatna była dla dzieci z obojgiem rodziców i dobrą pracą. Opuszczając mury szkoły pożegnałam się więc w milczeniu i do oczu napłynęły mi kolejne łzy. Ile można stracić w jeden dzień? Odpowiedź nie mogła być bardziej prosta – wszystko! Wsiedliśmy do radiowozu. Pierwszym przystankiem był mój dom. Gdy wysiadłam, nogi ugięły się pode mną i niemal upadłam. Dom, który znałam, już nie istniał. Zastąpiły go puste mury, które tak samo jak ja mogły już żyć tylko wspomnieniami. Podszedł do mnie policjant i asekuracyjnie podtrzymywał, gdy pokonywaliśmy kolejne kroki w drodze do drzwi. Gdy weszłam do przedpokoju, zatrzymałam się i zerknęłam w kierunku kuchni, licząc na to, że zobaczę tam mamę robiącą obiad. Mama zapyta mnie, jak zawsze, jak minął mój dzień w szkole i pięknie się uśmiechnie, gdy powiem jej o najlepszych stopniach w klasie, a w powietrzu unosił się będzie apetyczny zapach pieczonego kurczaka. Tak się jednak nie stało. Scena ta była tylko złudzeniem. Marzeniem sennym. Zatrzymałam jednak ten obraz w wyobraźni. Wiedziałam, że będzie mi potrzebny by przetrwać. Weszliśmy po schodach na piętro, w drodze do mojego pokoju znów zatrzymałam się, tym razem przed gabinetem taty. Liczyłam, że zobaczę choć jego, jak zawsze ślęczącego przed komputerem i że zruga mnie znów za to, że porozwalałam spinacze po całym biurku, lub nie zatkałam długopisu i wysechł. Pokój jednak był pusty. Wszystko byłoby lepsze od tej pustki, która mnie teraz otaczała. Była jak pułapka bez wyjścia. Poczułam delikatne szturchnięcie ponaglające mnie abym poszła dalej. Gdy weszłam do pokoju opadłam na łóżko i popatrzyłam pytająco.

– Klaudio, musisz spakować parę najpotrzebniejszych rzeczy na kilka dni.

Wyjęłam więc małą walizkę, którą kupiła mi mama na dziesiąte urodziny i otworzyłam szafę. Spakowałam parę zestawów ubrań, piżamę i przybory do czesania. Wzięłam ulubioną książkę i pluszowego misia bez jednego ucha - prezent od taty, gdy miałam roczek. Wiele już przeszedł, ale coś mi mówiło, że ja będę musiała przejść jeszcze więcej. Gdy zapinałam walizkę dotarło do mnie, że było to kolejne pożegnanie na mojej liście. Pewnie tu już nie wrócę, tylko przyślą kogoś po moje rzeczy. Moje życie z dnia na dzień zmieniło się w istny labirynt pożegnań i samotności. Każda z jego odnóg oznaczała to samo, nieważne w którą stronę by się poszło. W tej chwili brakowało mi wiary w to, że kiedykolwiek uda mi się jeszcze z niego wydostać. Chwyciłam mocno za  uchwyt walizki i spojrzałam na policjanta. Pomimo prób utrzymania profesjonalnego wyrazu twarzy, dostrzegłam jak kąciki jego ust delikatnie drżą, a oczy zdawały się być jak za szkłem. Możliwe, że też miał dzieci. Może widział przeznaczenie, którego na razie udało mu się uniknąć. Powoli wyszłam z pokoju. Nie zatrzymywałam się już w drodze do wyjścia. Nie chciałam po raz kolejny się rozczarować.

Następnym przystankiem na trasie osieroconego dziecka był posterunek. Tu pani psycholog zakończyła swoje zadanie. Przytuliła mnie mocno, zapewne wiedząc, że nic co powie nie będzie w stanie mi pomóc i ruszyła w kierunku wyjścia. Policjant spojrzał na mnie i gestem zaprosił abym podążyła za nim. Weszliśmy do pomieszczenia, które przypominało pokój przesłuchań z tych nielicznych filmów, jakie udało mi się obejrzeć. Cztery ściany o kolorze nijakim. Stół i cztery krzesła. To wszystko. Gdy usiadłam na jednym z krzeseł policjant zapytał:

– Jak się czujesz, Klaudio?

– A pan jak by się czuł? – odpowiedziałam pytaniem.

Nic nie odpowiedział. Czekał w milczeniu. Jak jego zdaniem mogło się czuć dziecko, któremu właśnie zawalił się świat? Po chwili do pokoju wszedł mężczyzna ubrany w garnitur, ze skórzaną aktówką w ręce. Przywitał się i usiadł na wolnym krześle naprzeciwko mnie, zaraz koło pana policjanta.

– Witaj Klaudio, nazywam się Marek Osowski, jestem prawnikiem twoich rodziców. Bardzo mi przykro. Taka tragedia. Jestem tu po to, aby powiedzieć ci, co się teraz stanie. Z racji tego, iż niestety nie masz rodziny, a rodzice nie powierzyli nikomu opieki nad tobą, przeniesiemy cię do domu dziecka, gdzie postaramy się znaleźć ci rodzinę zastępczą. Cały majątek rodziców, czyli dom, oszczędności i inne aktywa będziesz mogła odebrać dopiero, gdy osiągniesz pełnoletność. One będą tu na ciebie czekały. Gdy skończysz osiemnaście lat, moja kancelaria się do ciebie odezwie, a do tego czasu ja będę do twojej dyspozycji, ilekroć będzie to konieczne. Czy masz jakieś pytania?

– Nie – co mogłam odpowiedzieć trzynastoletnia ja. Nie wiedziałam wtedy nic o życiu. Pan Marek ukłonił się, wręczył mi swoją wizytówkę i jeszcze raz składając mi kondolencje, wyszedł, pozostawiając mnie z wciąż smutnym policjantem.

– Pojedziemy teraz do domu dziecka, gdzie się tymczasowo zatrzymasz - mówiąc to wstał i podał mi rękę. Gdy szliśmy przez komendę, śledziło nas wiele par smutnych oczu. Co czuli? Zapewne współczucie mieszające się z wdzięcznością, że to nie ich to spotkało. Nie tym razem. Tym razem ja byłam celem tej tragicznej i niesprawiedliwej loterii życia i śmierci. W samochodzie jechaliśmy w ciszy. Podjechaliśmy pod duży szary budynek, nie wysiadając od razu z samochodu. Funkcjonariusz popatrzył na mnie i powiedział:

– Jeśli będziesz kiedyś potrzebowała czegokolwiek, wiedz że możesz na mnie liczyć – tylko tyle i aż tyle było trzeba, abym znów zalała się łzami. Policjant spanikował. Mężczyźni boją się łez, szczególnie tych kobiecych, dziecięcych i tragicznych. A moje właśnie takie były, każdą z nich jednocześnie. Wielkie grochy bólu opadające na policzki. Wziąwszy walizkę powoli wysiedliśmy z samochodu. Policjant, którego imienia nawet nie znałam, eskortował mnie do samego lobby, prawie jak w hotelu, tylko bardziej szaro i zimno. Zostałam przekazana uśmiechniętej pani. Prawie jak produkt z jednego koszyka do drugiego. Zanim jednak odszedł, krzyknęłam:

– Jak pan się nazywa?

– Damian Milewicz.

I tyle go widziałam. Pani, wciąż uśmiechając się do mnie jakby wygrała dziś na loterii, zaprowadziła mnie do mojego pokoju. Pokazała łazienkę, osobną dla dziewczynek i osobną dla chłopców, po jednej na każde piętro. Zamieszkałam na parterze, widoków z okna nie było. Szare, czarne, wszystko brudne i jakby za mgłą. Pani Magda, jak się okazało, była moją opiekunką. Wyjaśniła mi pokrótce zasady, jakie panują w tym domu, nakreśliła czas posiłków i dodała, że resztę omówimy jak już poczuję się trochę lepiej. Wychodząc uśmiechnęła się raz jeszcze i zniknęła w korytarzu, zostawiając mi otwarte drzwi do pokoju. Zostawiła mnie. Zupełnie samą i zagubioną. Położyłam walizkę obok skromnego pojedynczego łóżka, usiadłam na nim, zauważając, że do wygodnych to ono nie należy i zaczęłam płakać. Mój szloch odbijał się echem od ścian mojego nowego domu. Tego niechcianego. Zapragnęłam, by to wszystko okazało się tylko koszmarem. Uszczypnęłam się mocno w rękę, aż zabolało, w żałosnej próbie wybudzenia się. Nic się jednak nie zmieniło. Wciąż byłam sierotą. Dlaczego ja? Czym zasłużyłam sobie na taką karę? Odpowiedź nie istniała. Pomimo młodego wieku wiedziałam, że życie jest ulotne. Wróciły do mnie słowa mamy z przed paru lat.

– Mamo boję się! – powiedziałam do niej wtedy, stojąc po raz pierwszy przed budynkiem szkoły.

– Nie bój się. Jestem przy tobie. W środku spotkasz samych miłych ludzi. Strach nie jest potrzebny.

– A będziesz już przy mnie na zawsze? – pytanie to zadawało chyba każde dziecko, przechodząc przez pewien etap swojego młodego życia.

– Oczywiście, że będę – odpowiedziała.

Kłamała. Zostawiła mnie. Była to jednak jedna z tych obietnic, której nikt nie jest w stanie dotrzymać. Załamana niesprawiedliwością losu i przeszywającą mnie na wskroś tęsknotą i rozpaczą, szlochałam coraz głośniej.

Rozdział 2

I była tam, a jakby jej nie było

Twarz osłonięta zasłoną smutnego deszczu

Cichy szloch, a jakby krzyk

Prośba o pomoc

Której nikt nie jest w stanie udzielić

Jak przepiękny obraz

Ze smutną sceną

Podziwiasz go, a zarazem się smucisz

Łzy wyryły ścieżki na jej policzkach

By łaskawi mogli nimi chodzić

I siedziała tam, a jakby unosiła się w powietrzu

Niczym upadły anioł bez skrzydeł

Odegnać smutki

Przywrócić radość

Cel podróży daleki

* * *

Robert

Pamiętam, jakby to było wczoraj. Przechodziłem korytarzem i zauważyłem uchylone drzwi do pokoju, który od jakiegoś czasu stał pusty. Zaciekawiony przystanąłem na progu. To co zobaczyłem zasmuciło mnie i przywołało wszystkie złe wspomnienia. Siedziała na łóżku i płakała. Boże, jaki to był smutny płacz. Mogłem się tylko domyślać, jaki jest powód jej ogromnego smutku. Ale prawda była taka, że historia nas wszystkich tutaj, była bardzo podobna jedna do drugiej. W końcu lądujemy tu, gdy nie ma już nikogo innego. Gdy zostajemy kompletnie sami. Wiedziałem, że to bardzo niegrzeczne tak się wpatrywać w czyjś ból, ale jakaś dziwna siła wstrzymywała mnie przed odejściem. Zostawili ją tu całkiem samą. Nie chciałem odwrócić się do niej plecami jak wszyscy inni. Przez chwilę popłynąłem wspomnieniami do tego dnia, kiedy ja trafiłem tu po raz pierwszy i zacząłem się zastanawiać, czego tak naprawdę wtedy potrzebowałem. Ciężko było jednak odpowiedzieć na to pytanie, wiedziałem jednak, czego potrzebowałem najmniej – samotności. Niewiele myśląc, powoli wszedłem do pokoju, nawet nie podniosła głowy. Jakby ściszyła trochę szloch, manipulując pokrętłem od głośności i intensywności płaczu. Jej bierność dodała mi odwagi i dosiadłem się do niej na tym jednoosobowym niewygodnym łóżku, a ona płakała nadal z zakrytą rękami twarzą. Przez ostatnie pięć lat mojego pobytu tutaj miałem wrażenie, że widziałem i słyszałem już każdy z możliwych rodzajów bólu. Jej był jednak inny, niczym wirus. Zarażał z niesłychaną wręcz prędkością. Poczułem, jak kulka w moim gardle uporczywie narasta. I nagle chciałem dodać jej otuchy, podzielić się z nią tym jej bólem, aby był trochę lżejszy. Chciałem zabrać jak najwięcej na swoje własne barki, które zniosły już tak dużo, że mogły unieść także i to. Nie wiem, ile mogła mieć lat. Wyglądała na młodszą ode mnie. Poczułem się jak starszy brat i kierowany impulsem, przytuliłem ją nagle mocno do siebie. Nie odepchnęła mnie, przeciwnie, przywarła do mnie, a jej szloch stawał się coraz głośniejszy, odbijając się od mojej piersi. Coraz trudniej było mi powstrzymać swoje własne łzy. Niemalże namacalnie czułem jej ból. Wypełniał każdą komórkę mojego ciała.

– Jestem Robert. Nie jesteś sama. Popłaczemy razem – gdy to powiedziałem, opadła ochraniająca mnie zasłona, a wraz z nią łzy zaczęły staczać się po moim policzku, wtórując nieznajomej dziewczynce, która mogła być mi siostrą. Trwaliśmy tak jakby w nieskończoność. Ale ta jedna jedyna nieskończoność wcale mi się nie dłużyła. Oczyszczała nas, powoli i stopniowo zastępując ból smutkiem, a potem przygnębieniem. I w końcu dotarliśmy na sam kraniec naszej wspólnej podróży. Poczułem, jak jej mięśnie napinają się delikatnie, gdy powoli odsunęła się ode mnie. I wtedy po raz pierwszy dane mi było zobaczyć te piękne wielkie brązowe oczy. Nawet okalane czerwoną poświatą płaczu budziły podziw i zachwyt. Usta miała pełne, napuchnięte od słonych łez. Mały zgrabny nosek idealnie dopełniał całość. Była bardzo ładną młodą dziewczynką. Popatrzyła na mnie zarazem smutno, jak i z wdzięcznością.

– Jestem Klaudia Miś. Dziękuję, że postanowiłeś ze mną zostać.

- Nie ma za co. Każdy potrzebuje przyjaciela i nikt nie zasługuje na samotność – gdy to powiedziałem, kąciki jej ust delikatnie podniosły się, ukazując pierwszy zapewne dzisiejszego dnia blady uśmiech.

– Chcesz abym oprowadził cię po domu? – musiałem zrobić coś, by zająć jej myśli. Oddalić ją tak daleko od bólu, jak tylko mogłem.

– Jasne – odpowiedziała wciąż lekko zachrypniętym od płaczu głosem. Mimo tego wydawał się dźwięczny i miły dla ucha.

Chwyciłem ją za rękę i pociągnąłem za sobą w stronę wyjścia, kierując się najpierw do stołówki. Dłonie miała niesamowicie delikatne i ciepłe. Jakby ich wewnętrzna strona pokryta była aksamitem. Spodobał mi się ten dotyk.

– Tu zjadamy posiłki – zacząłem opowiadać. – Jedzenie jest smaczne i urozmaicone. Nie ma co narzekać. Nasza pani kucharka Katarzyna robi nam czasem jakieś smakołyki na życzenie. W dniu urodzin zawsze gotuje to, na co solenizant ma ochotę. Moje będą niedługo i zastanawiam się, jakiego dokonać wyboru: gołąbki czy gulasz wieprzowy? A ty, co byś wybrała?

– Nie powiem, bo to będą twoje urodziny i sam musisz podjąć decyzję.

– No dobrze. Pomyślę jeszcze nad tym. Mam jeszcze trochę czasu do namysłu. Mieszka nas tutaj czterdzieści osiem osób, no z tobą jest czterdzieści dziewięć – kontynuowałem. – Wszyscy w przedziale wiekowym od pięć do siedemnaście lat. Jesteśmy dość zgraną grupą, zdarzają się oczywiście wyjątki, które wolą samotność. Raz na rok wyjeżdżamy na wakacje. Na dwa tygodnie nad morze lub w góry, w dwóch grupach po jednej na każdy turnus. W święta ubieramy ogromną choinkę w holu i każdy dostaje jakiś prezent. Nie jest źle. Myślę, że dużo lepiej niż było w domu niejednego z nas.  Opowiedz mi coś o sobie. Ile masz lat?

– Trzynaście, a ty?

–  Niedługo skończę piętnaście. Chcesz opowiedzieć mi swoją historię?

– Tylko, jeśli ty opowiesz mi swoją.

Nie lubiłem tej odpowiedzi, słyszałem ją już parę razy, wielokrotnie rozdrapywała gojące się już powoli rany i zadry. I pomimo wielkiej niechęci powrotu do przeszłości wiedziałem, że to jedyny sposób, aby się na mnie otworzyła i pozwoliła mi zdobyć jej zaufanie.

– Moja matka umarła przy porodzie. Zostałem więc z ojcem.Z początku jakoś sobie radził, była też babcia do pomocy. Potem było coraz ciężej. Stracił pracę, najpierw jedną, potem kolejną. Smutki zalewał alkoholem. Pewnego dnia babcia zasnęła i już się nie wybudziła. Pewnie nie chciała dłużej na to patrzeć. Ja nie miałem tego komfortu. Coraz częściej nie wracał na noc, a jeśli wracał, to zazwyczaj pijany i poobijany. Bałem się nocami, siedząc samotnie w domu. Często wplątywał się w bójki. Jednak na mnie nigdy nie podniósł ręki. Czasem nakrzyczał, ale to było tyle. Pewnego dnia po prostu nie wrócił i gdy przygnębiony i głodny po paru dniach zacząłem go szukać, dowiedziałem się, że tym razem zbyt ambitnie wybrał rywala do walki. I wtedy trafiłem tutaj. To było pięć lat temu. Miałem wtedy dziesięć lat. Moje życie nie było idealne, ale nie miałem źle, wielu z nas tutaj miało dużo gorzej. Liczyłem z początku na to, że ktoś mnie zaadoptuje. Wraz z upływem czasu odchodziła i nadzieja i ochota, bo zżyłem się z innymi tutaj i nie chciałem odchodzić. I oto jestem. Jeden z tych oszukanych przez życie. Pozostawiony na pastwę samotności. Ale nie poddaję się i staram się tym razem rozdawać karty inaczej, tak abym to ja mógł oszukać życie. Odmienić swój los. Przykładam się do nauki i liczę, że jakoś będzie. To miejsce uczy mnie pokory. A ty? Czy teraz opowiesz mi, co się stało?

– Moi rodzice zginęli dziś oboje w wypadku samochodowym, a oprócz nich nie miałam nikogo. Więc trafiłam tutaj. To tak w wielkim skrócie, ale dziś jedynie na tyle mnie stać. Gdzie chodzicie do szkoły? – rozumiałem ją. Było zbyt wcześnie. Nie była jeszcze gotowa. Jednak to jedno zdanie wystarczyło, aby nakreślić mi ogrom jej tragedii.

– Tuż za rogiem jest podstawówka, a kilka przecznic dalej szkoła średnia. Uczęszczamy do szkół publicznych. Nie mamy specjalnego traktowania z racji tego, iż jesteśmy z domu dziecka. Lubisz się uczyć?

– Tak. Zawsze miałam najwyższe stopnie w klasie. Najbardziej lubię matematykę i fizykę. Z humanistycznych uwielbiam historię, zwłaszcza epokę starożytną. A ty?

– Biologia i chemia to moje koniki. Ale uczę się chętnie wszystkiego – z każdą minutą spędzoną w jej towarzystwie czułem, jak magicznie rośnie pomiędzy nami więź. Chciałem, aby tak pozostało.

– Chodź, pokażę ci moje sekretne miejsce – chwyciłem ją za rękę i pociągnąłem w kierunku wyjścia. W drzwiach natrafiliśmy na panią Magdę, dałem jej wzrokiem do zrozumienia, że zaraz wrócimy i że próbuję pomóc. Kiwnęła tylko głową na zgodę i z uśmiechniętą jak zawsze buzią ruszyła w swoją stronę. Niedaleko domu rozciągał się las. Weszliśmy na jedną ze ścieżek i po chwili dotarliśmy na małą polankę. Na samym środku polany stał wysoki dąb o gałęziach tak rozłożystych i gęstych, że podczas deszczu nie można było zmoknąć. Gdzieś w połowie jego wysokości znajdował się mały drewniany domek.

– To miejsce jest piękne! – wykrzyczała. – Ale skoro mi je pokazałeś, to nie jest już takie do końca sekretne.

– Podzielę się z tobą tym miejscem. Będzie od teraz naszą wspólną tajemnicą – naprawdę tego chciałem. Mógłbym oddać wszystko tej małej dziewczynce, która pojawiła się tak nagle i jakby zawładnęła moją duszą, dawała mi nowe powody by żyć i walczyć. Próbując ratować ją, miałem wrażenie, że ratuję i samego siebie.

– Można wejść do środka? – zapytała nieśmiało, jakby nie wiedząc, jak bardzo pragnę podzielić się z nią tym miejscem.

– Jasne, trzeba tylko wiedzieć, jak – podszedłem do drzewa i spod ogromnego kamienia wyciągnąłem schowany kawałek liny. Dopiero teraz było widać, że jego drugi koniec przyczepiony jest do domku.

– Widzisz? To jest tajne wejście. Chwytasz sznur i wspinasz się na górę. Chcesz spróbować?

– Nie wiem czy dam radę, to dość wysoko, nigdy nie wspinałam się po linie – wyglądała na naprawdę przestraszoną.

– Pomogę ci, o nic się nie martw – mówiąc to podałem jej linę, którą zgrabnie chwyciła obiema rączkami.

– No, a teraz chwyć się mocno i podciągnij się do góry. Nogami opieraj się o pień, tak jakbyś wchodziła do góry po bardzo stromych schodach – zrobiła wszystko dokładnie tak, jak jej powiedziałem, szybko się uczyła. Nim się spostrzegłem, była już na górze, uśmiechając się dumnie.

– Dołączysz? – zapytała.

– Tylko pod warunkiem, że zrzucisz mi linę – odpowiedziałem z uśmiechem, oczami wskazując na sznur, którą wciąż trzymała kurczowo w rękach. Udała aktorsko, że się zastanawia, po czym opuściła go, bym mógł do niej dołączyć. Miałem wprawę we wspinaczce do domku i po paru sekundach byłem już na górze. Usiedliśmy na skraju podestu, zwieszając nogi w dół. Klaudia machała nimi wesoło, jakby dzisiejszy dzień był tym zwykłym i w żaden sposób nie nadzwyczajnym, jakby parę godzin temu nie została odarta ze szczęścia. Zobaczyłem radosną i uśmiechniętą dziewczynkę. Tylko przez ten jeden moment, ale jednak. Siedzieliśmy tak dość długo. Opowiadałem jej o tym miejscu, o ludziach, których tu pozna. O tragediach wielu z nas. Robiłem to by uświadomić jej, że nie tylko ona została pokrzywdzona przez los. A przede wszystkim, że nie jest to w żaden sposób jej wina. Ona opowiadała mi o starej szkole, o licznych przyjaciołach, których tam miała. O wygranych konkursach matematycznych i lekcjach tańca. Miała szczęśliwe życie przez te lata, kiedy jej rodzice jeszcze żyli. Niektórzy nie mieli nawet tego.

– Jestem głodna – powiedziała nieśmiało.

– Pewnie kolacja będzie już niebawem, chodźmy – zeszliśmy powoli w dół, pokazałem jej jak skutecznie zakamuflować linę tak, by ciężko ją było dostrzec. Gdy nam się to udało, ruszyliśmy z powrotem do ośrodka. Ośrodka zranionych i samotnych serc. Miejsca, w którym jak się okazało, mogliśmy znaleźć bratnią duszę. Trzeba było tylko cierpliwie czekać i mieć nadzieję. Moja nadzieja szła obok mnie, trzymając mnie za rękę.

Rozdział 3

I gdy spadałam w otchłań

Poczułam jak chwyta mnie dłoń

Mocna i silna

Nie dała mi upaść

I w tym najgorszym dniu

Zrodziło się ziarenko nadziei

Tej ulotnej, tej wyśnionej

Tej naiwnej

Chciała wierzyć

Za wcześnie by się poddać

Zbyt łatwo

A życie zawsze jest trudne

Nie ma łatwych ścieżek

Bez wyjątku

* * *

Klaudia

Uczucie ciepła jego dłoni było jak morfina dla mojego serca. Koiło ból. On wciąż tam był, ale już nie taki straszny, bo widziany oczami dwojga ludzi dzielących się tym cierpieniem. Wtedy za młoda byłam, by to zrozumieć, liczyło się dla mnie wsparcie, to, że ktoś był obok. To, że tak szybko udało mi się pozbyć samotności. Moja pustka, pomimo swego ogromu, rozświetliła się nagle delikatnie, jak świeca podczas burzy. Dawała nadzieję. Trzymałam się jego dłoni kurczowo, jakby w obawie, że zaraz zniknie i pustka znów wypełni mnie po brzegi. Puściłam go dopiero, gdy podeszliśmy po tacę na stołówce. Na kolację serwowano dziś pierogi z mięsem lub tosty. Wybrałam pierogi. Robert zdecydował się na tosty. Kierowałam się za nim do stolika, niczym zagubiona owieczka bez stada. Co i rusz zerkał przez ramię, by sprawdzić czy za nim podążam. Usiadł przy stoliku koło okna. Byliśmy tylko my dwoje. Wiedział chyba, że nie chciałam się jeszcze dzielić ze wszystkimi moim bólem, nie chciałam więcej współczucia. Rozumiał to. Byłam mu za to wdzięczna.

– Dam pół tostu za dwa pierogi – powiedział nagle, a ja zdziwiona swoją reakcją zaśmiałam się na głos.

– Taka wymiana? Ok, niech ci będzie – ze swojego talerza przełożyłam na jego dwa pierogi, a on dał mi pół tostu zgodnie z umową. Powiedziałabym nawet, że była to ta mniejsza połowa. Nie było jednak sensu się boczyć, nikt nie zabraniał tu prosić o dokładkę, z tego, co zdążył opowiedzieć mi Robert.

Jedliśmy w milczeniu. Widziałam kątem oka obserwujące mnie twarze dzieci, tak samo samotnych jak ja, gdy przybyły tu po raz pierwszy. Gdzieś w głębi serca dodawało mi to otuchy. Nie byłam sama, nie byłam jedyną tak strasznie pokaraną przez los osobą. I z sekundy na sekundę stawałam się częścią tej samotnej grupy, która tak naprawdę nie była wcale samotna. Mieli siebie. Ja miałam Roberta. Miałam szansę mieć ich wszystkich. Musiałam tylko tego chcieć i się na nich otworzyć.