Pustelnik - Mads Peder Nordbo - ebook

92 osoby właśnie czytają

Opis

Bohaterowie bestsellerów Dziewczyna bez skóry i Zimny strach powracają w kolejnym mrożącym krew w żyłach thrillerze!

Mroczna strona skutego lodem i otulonego mgłą grenlandzkiego miasteczka.

Mroźna wyspa, która nie zna litości…

Na Grenlandii, w pobliżu wikińskich ruin, położonych w odizolowanej osadzie Sandnæs, na dnie studni zostaje znalezione ciało mężczyzny.

Gdy policja dochodzi do wniosku, że zabiła go kobieta, która zmarła półtora roku wcześniej, na niewielką arktyczną społeczność pada blady strach. Jak to możliwe? A jeśli to qivittoq – tajemniczy grenlandzki Pustelnik, którego jedynym celem jest zemsta?

Śledczy skupiają uwagę na młodej Inuitce Tupaarnaq, która wcześniej odsiadywała wyrok za zabójstwo ojca, a teraz zniknęła. Na poszukiwania wyrusza jej jedyny przyjaciel, dziennikarz Matthew Cave. I wkrótce odkrywa, że Tupaarnaq nie jest osobą, za którą ją uważał…

Tymczasem policja znajduje kolejne zwłoki, a Matthew nagle staje się nie tylko podejrzanym, ale także zwierzyną łowną dla przestępcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 383

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Qivittoq

1

Sandnæs, Grenlandia Zachodnia

8 listopada 2014

Zawsze czuł się samotny, ale nigdy tak bardzo jak teraz. Jego spojrzenie przesuwało się badawczo po rozsianych wokół rowach, kopcach ziemi i kamiennych pryzmach, które kilkaset lat wcześniej były domami normańskiej osady Sandnæs.

Tuż obok niego znajdowały się pozostałości dawnej studni, a dookoła nich grubą warstwą ścielił się śnieg, biały i nienaruszony.

Sięgnął ręką za siebie i oparł się o cembrowinę. Kamienie były nierówne, ale w przeciwieństwie do pozostałych zabudowań dawnej osady duża część studni wciąż tam stała.

Czarna paszcza głębi pochłaniała światło i wołała go do siebie. Tęsknił za życiem pod ziemią, za korytarzami i ciemnością. Ale nie tutaj. To miejsce nie należało do niego, a pod ziemią nie było nic.

Gdzieś nad nim krótko, głucho zakrakał kruk. Przeleciał tuż obok jego głowy i skierował się w stronę wznoszącej się za ruinami góry. Pozostałe kruki odpowiedziały mu ze swoich kryjówek w górskich szczelinach i uskokach. Tam, wysoko, leżał gęsty śnieg, szczeliny w białych ścianach przypominały zmęczone, ziejące pustką oczy. Gapiły się tym tępym wzrokiem na fiord długo przed pojawieniem się człowieka. Obserwowały, jak przychodzą i odchodzą kolejne epoki lodowcowe, czuły, jak mróz wbija się w nie klinem i rozsadza je na części. Duże bloki skalne odrywały się od nich z bolesnym lamentem.

Nagle za jego plecami zaskrzypiał śnieg.

– Erik? – szepnął i uśmiechnął się do siebie, a jego sztywny rudy zarost rozsunął się, obnażając żółtawe zęby. Uśmiech pojawił się także w oczach, rozjaśniając ich niebieską barwę.

Zaczynała zapadać ciemność, najgęstsza była tuż przy brzegu, skąd dochodził odgłos kroków.

Niedaleko ukazała się postać idąca wolno między niskimi, pokrytymi śniegiem ruinami.

– Erik? – powtórzył cicho i zmarszczył brwi.

Postać nie przypominała Erika, który był wyższy, znacznie szczuplejszy i miał krótkie czarne włosy. Wyglądała raczej jak jakaś staruszka.

– Kim jesteś? – zapytał. Szorstka cembrowina studni obcierała tył jego ud. – Czekam na Erika Abelsena. Przyszedł tu z tobą?

Postać nie odezwała się ani słowem, szła dalej prosto ku niemu. Nie miał już wątpliwości, że to kobieta, i stwierdził, że nie jest zdrowa. Z jej twarzą było coś nie tak. Miała szarobrązową barwę i była gładka niczym wygarbowana skóra. Wlepił w nią wzrok. W miejscu oczu i ust ziały otwory. Włosy były długie i zmierzwione, nie zauważył nawet śladu brwi.

– Abelsen nie żyje – wysyczała kobieta chrapliwym głosem, niskim i głębokim.

Zrobił krok w tył, jedną ręką chwytając się cembrowiny. Zapadnięte oczy i usta kobiety przywodziły na myśl mumię.

– Erik?! – krzyknął i rozejrzał się na wszystkie strony. Złapał się za usta. Jego krótki, urywany oddech zderzył się z zimną skórą dłoni. – Erik? Jesteś tu? Już wystarczająco długo czekam. – Głos mu zadrżał. – Chcę wrócić do domu. – Potem spojrzał na kobietę i głęboko odetchnął. – Zabiję cię, jeśli mnie dotkniesz.

Stara wymamrotała coś po grenlandzku.

– Wynocha! – wrzasnął wielki mężczyzna. Kropelki śliny rozprysnęły się na jego brodę. – Wynoś się! Mówię poważnie! Zabiję cię!

– Ja już umarłam – odparła kobieta ochryple.

Rozejrzał się dookoła. Kiedy Erik go tu zostawiał, obiecał, że go stąd zabierze. „To potrwa tylko kilka dni – powiedział. – I wrócę. Najpierw ta wrzawa musi się trochę uspokoić”.

Ciemne oczy kobiety lśniły w martwej twarzy.

Spojrzał w nie i zmarszczył brwi.

– To jakaś maska?

W tej samej chwili postać doskoczyła do niego i popchnęła go całym swoim ciężarem. Próbował się jej uchwycić, ale mu się nie udało i powoli przegiął się w tył.

Jego ciało z dużą siłą kilkakrotnie uderzyło o kamienne ściany studni, zanim spadło na błotniste dno, w które się zapadło. Udało mu się znaleźć oparcie dla rąk i podciągnąć do pozycji siedzącej. Podniósł wzrok ku kręgowi światła nad głową. Piekły go ramię i plecy, które promieniowały bólem od uderzeń o szorstkie kamienie. Ściany dookoła niego były wilgotne, ale niezamarznięte. Mróz nie chwycił jeszcze wystarczająco mocno, żeby zmienić błotniste dno studni w twarde podłoże. Jego oddech tworzył obłoczki pary rozwiewające się w powietrzu. Wymacał mokre kamienie. Były gładkie. Nie istniała żadna droga na górę.

– Halo?! – wrzasnął i z trudem się podniósł. Buty zapadły się w błoto, które sięgało do kolan. Woda przesiąkła przez spodnie. – Halo! Przepraszam, że krzyczałem! Pomóż mi stąd wyjść!

Ponownie obmacał kamienie. Z trudnością wyciągnął z błota jedną nogę obutą w kalosz i próbował ją oprzeć o ścianę, ale cały czas się ześlizgiwała.

– Halo! Pomóż mi!

W jasnym kręgu nad nim ukazała się twarz kobiety. Uśmiechnął się do niej.

Odpowiedziało mu jej martwe spojrzenie.

– Pomóż mi! – zawołał znowu i położył dłoń na obolałym karku. Utkwił wzrok w jej oczach, mimo że go przerażała.

Teraz, gdy otaczał ją jasny krąg światła, jej twarz wydawała się ciemna.

– Kim jesteś? – zapytał.

– Qivittoq.

– Qivittoq – powtórzył ze zrozumieniem. – Nie jadłem od wielu dni, jestem bardzo głodny.

– Zeżryj sam siebie – powiedział głos na górze i w gęste, zimne błoto tuż przed jego nogami spadł nóż.

Kobieta zniknęła, pozostawiając za sobą niezmącony krąg światła i ciszy.

Wkrótce ciemność pochłonie fiord i góry, a krąg nad nim zrośnie się z czarnymi kamieniami, które z każdą minutą coraz ciaśniej zwierały się wokół niego.

Cienie śmierci

2

Nuuk, Grenlandia Zachodnia

16 listopada 2014

Zima przeminęła. Matthew dziwił się, że nastąpiło to tak nagle, skoro dopiero niedawno zaczęła na poważnie przemieniać wszystko w lód i zasypywać śniegiem, pod którym miasto i reszta kraju miały zniknąć aż do maja albo czerwca następnego roku. Mimo to akurat w tym momencie już jej nie było i żarzący się na pomarańczowo blask arktycznego słońca wpadał prosto do salonu.

Słoneczne ciepło otuliło jego nagie ciało, pieszcząc je tysiącem języków i torując sobie drogę do wszystkich otworów od pępka w górę.

Czuł łaskotanie, na które reagował krótkimi szarpnięciami.

Była tam. Tupaarnaq. W tym świetle. Jedną ręką ujęła jego członka, który zaczął rosnąć. Dłoń się zacisnęła. Inaczej niż ostatnio, kobieta była naga. Jego mięśnie drżały. Pragnął jej bardziej niż czegokolwiek innego, ale jednocześnie czuł przerażenie.

Próbował zmienić pozycję, ale ciało było jak przyspawane do sofy. Jedynie członek poruszał się w dłoni Tupaarnaq.

Potem go puściła. Rozpłynęła się w tysiącach kolorów. Próbował je chwycić, lecz były zbyt ulotne, rozsypywały się, a potem ponownie zagęszczały między jego palcami i w jego spojrzeniu. Czuł ich smak. Tych kolorów. Były słodkie. Słone. Pachniały górami letnią porą. Były gładkie niczym skóra lodowca. Żadnych włosów. Wszystko gładkie. Ogolone. Oczyszczone. Czuł jej oddech. Ciepły i zimny.

Wcisnęła go w siedzisko rozgrzanej sofy. Chwyciła jego dłonie i przycisnęła do swojego szczupłego ciała i małych piersi. Jego palce przesuwały się ostrożnie między bogactwem barw, po gęstej ochronnej warstwie tatuaży. Przedstawiały szerokie liście i grube łodygi. Ciemne kwiaty. Trupie czaszki. Taki gąszcz, że nawet najmniejszy skrawek skóry nie pozostawał widoczny.

Te kolory należały do niego. Składały się na nią, stanowiły wszystko, czym była. Kobieta bez skóry. Teraz zupełnie naga, obnażona. Czuł, jak otacza go jej ciepło – głębokie, miękkie i wilgotne. Niczym oddech kogoś trawionego gorączką. Słodkawy i gorący. Jego palce zniknęły w niej, a ona się temu poddała. Oparła się dłońmi o jego klatkę piersiową i usiadła na nim wygodniej, podczas gdy odnalazł drogę do celu.

Jej biodra się kręciły. Liście i kwiaty poruszały się, nagle ożywione. Wytatuowane wyszczerzone czaszki obnażały szeregi białych zębów. Nawet na piersiach jej skóra była gęsto pokryta tatuażami aż po ciemnobrązowe pąki brodawek. Jej ruchy nabrały prędkości. Wpatrywał się w jej czarne oczy. Nie był w niej. To ona tkwiła w nim. Wyrastała mnogością kolorów niczym rośliny przebijające się przez asfalt i rozkwitające. Wewnątrz była jednocześnie gorąca jak ogień i zimna jak lód, a on czuł, że zaraz eksploduje. Nie w postaci wytrysku, to byłoby zbyt proste. Czuł, że jest bliski rozpryśnięcia się na kawałki podobnie jak wielkie bryły gór, które, rozłupane przez lód, spadają z hukiem i rozbijają się w drobne kamyczki, piach i pył.

Uwolniła się teraz od niego i zaczęła odchodzić. Jej sylwetka wyraźnie zaznaczała się w świetle wpadającym przez wielkie okna. W ręku trzymała stary harpun. Matthew nie rozumiał, skąd się tam wziął. Po prostu tam leżał. Gotowy do uderzenia. Próbował się podciągnąć, ale na stałe przywarł do sofy.

Tupaarnaq przebiła żelaznym grotem harpuna jego pierś. Potem zadała kolejne, jeszcze mocniejsze pchnięcie.

Wydał z siebie wrzask i zamachnął się, wyswobadzając z unieruchamiającej go lawy. Jego klatka piersiowa gwałtownie się wznosiła i opadała. Ręce wędrowały po skórze panicznymi ruchami, które powoli uspokajały się wraz ze świszczącym oddechem.

Ciepło zniknęło. Powróciła zima. Rozejrzał się. Był sam. Nigdzie nie widział Tupaarnaq ani żadnego harpuna.

Zamknął oczy i opadł z powrotem na sofę. Jej skórzane pokrycie wydawało się zimne i sztywne. Nie widział Tupaarnaq od tego wieczoru dziesięć dni temu, kiedy nagle pojawiła się w ciemności jego mieszkania, żeby się z nim kochać. Krótko potem znów zniknęła, a mężczyznę, którego nienawidziła ponad wszystko, znaleziono martwego.

Matthew przeczesał dłonią jasne włosy. Skierował wzrok ku krajobrazowi za oknem, gdzie oddychał ciężko Ocean Arktyczny, przenikając zimnem całe miasto. Poczuł to z wielką mocą właśnie teraz, gdy zniknęły światło i ciepło ze snu. Był przyzwyczajony do koszmarów nocnych, ale nie o cielesnych zbliżeniach, i to z Tupaarnaq w roli głównej. Dręczące go koszmary z reguły dotyczyły śmierci Tine albo człowieka, do którego zabicia zmusiły go dramatyczne okoliczności.

Nie rozumiał, dlaczego Tupaarnaq przyszła do niego wtedy tylko po to, aby znowu zniknąć. Wiedział, że życie doświadczyło ją zbyt dotkliwie, aby mogła się z kimś kochać w zwykły sposób. Zatem dlaczego się pojawiła? Miała świadomość, że Matthew wciąż cierpi po śmierci swojej ciężarnej żony i że on także zdaje sobie sprawę, jak bardzo naznaczyły ją lata dzieciństwa, kiedy ją gwałcono. Bardzo chciał, żeby przyszła do niego z miłości. Wydawało mu się, że po śmierci Tine już nigdy nie będzie w stanie doznać bliskości z żadną kobietą. Aż do momentu, gdy poznał Tupaarnaq – a teraz ona również go opuściła. Powinien był pozostać jej przyjacielem, nikim więcej. Tylko że to ona zjawiła się u niego w nocy, to ona popchnęła go na łóżko i usadowiła się na nim.

Ostre światło piekło go w oczy. Słońce widniało nisko nad powierzchnią morza, jego blask intensywnie odbijał się w śniegu. Matthew sięgnął do kieszeni po telefon. 11.30. Nocą nigdy nie potrafił dobrze się wyspać, lepiej wychodziło mu to przed południem; sen, a wraz z nim koszmary, pojawiał się zawsze, kiedy był odpowiednio zmęczony.

Otworzył nową wiadomość od naczelnego gazety. „W pobliżu więzienia morze wyrzuciło na ląd półżywego wieloryba, postrzelonego. Bierzesz to? Daj znać do południa”.

Naczelny znał go aż za dobrze. „Zgłaszam się – odpisał mu Matthew. – Półżywy wieloryb? Biorę to. Będę tam przed południem”.

3

Listopadowe słońce rzucało długie cienie, oświetlając górzysty teren ciągnący się w stronę ramienia fiordu pomiędzy Nuuk a pokrytą śniegiem górą Sermitsiaq po przeciwnej stronie morza. Śnieg skrzył się w intensywnym świetle, a mroźne arktyczne powietrze nadawało wszystkiemu aurę wyjątkowej czystości.

Matthew ostrożnie stąpał po terenie pokrytym śliskim śniegiem pomiędzy dwiema potężnymi skałami, których jeszcze nie pogrzebała zima. To właśnie podczas wędrówek po tych płaskich obszarach poza miastem człowiek najgłębiej się zapadał. W ciągu miesiąca przejście tędy bez ugrzęźnięcia w śniegu aż po biodra stanie się z pewnością niemożliwe.

W dole, na kamienistym brzegu, gdzie łagodnie opadająca skała napotykała morze, leżał wieloryb. Był to dorosły humbak o długości około jedenastu metrów. Matthew wciąż nie mógł dojrzeć, czy zwierzę jest żywe, ale wokół potężnego cielska zdążył się zebrać pokaźny tłum mieszkańców, wznoszących okrzyki zarówno złości, jak i entuzjazmu i energicznie wymachujących rękoma w powietrzu.

Wyglądało na to, że zwierzę jest ranne, więc niezależnie od tego, czy było żywe, czy martwe, nie znalazło się na lądzie z własnej woli. O ile Matthew wiedział, zabijanie wielorybów w tak bliskiej okolicy Nuuk nie stanowiło normalnej praktyki.

Wieloryb żył. Oddychał ciężko przez otwór na czubku wielkiej głowy. Okiem, które wciąż widziało, wodził zrezygnowany i wystraszony po zebranym tłumie.

Płetwy miały długość kilku metrów i pokrywała je gruba guzkowata skóra.

Zwierzę nie ruszało się, w długich odstępach czasu było jedynie słychać jego chrapliwy oddech. Jakby serce prawie zamarło. Zraniono go harpunem w tylną część ciała. Drugi wystrzał musiał być nieudany, bo mimo że wieloryb miał także ranę w pobliżu głowy, nie było w niej widać harpuna.

Ottesen poklepał Matthew po ramieniu.

– Co tam?

– Naczelny mnie tu przysłał. – Matthew uśmiechnął się do szczupłego policjanta. – Co się stało?

– Legalne polowanie – stwierdził Ottesen. – Choć nie do końca, bo łowcy spartaczyli robotę. Podczas polowań nie wolno zaganiać zwierzyny na ląd.

Matthew wpatrywał się w czarne oko wieloryba.

– I co się teraz stanie? Przecież nie może tak tu leżeć i umierać.

Bardzo chciał, aby zwierzę się poruszyło. Żeby stawiało opór. W tej sytuacji nie dało się jednak nic zrobić. Tylna część tułowia ssaka wyglądała na zbyt poranioną, by mógł przeżyć.

– Mają go zabić – oznajmił Ottesen. – Tamten ze strzelbą, Bilo, to państwowy kontroler polowań. Mimo że na samym początku polowanie było legalne, wieloryba skonfiskowano po tym, jak utknął na brzegu. Łowcy są rozjuszeni, ale niech w przyszłości lepiej wykonują swoją pracę.

Woda obmywająca wieloryba była czerwona od krwi. W ranach po uderzeniach harpunem gruba jasnoróżowa warstwa tłuszczu odcinała się na tle ciemnej skóry.

– Całe to zamieszanie przysporzy nam niemało kłopotów – ciągnął Ottesen z westchnieniem, wskazując na jedną z grupek obserwujących zajście. – Tamten facet, Kåre, jest z WWF, a ci stojący za nim to lokalni obserwatorzy wielorybów, którzy dobitnie sprzeciwiają się wszelkim polowaniom na nie w fiordzie Nuuk. Jeśli dobrze znam Kårego, ta sprawa nie przejdzie bez echa; prawdziwa z niego zaraza.

Matthew skierował wzrok na ludzi wskazanych przez Ottesena. Facet z WWF robił zdjęcia telefonem, podczas gdy grupa kobiet i jeden mężczyzna kłócili się głośno z garstką Grenlandczyków w niebieskich kombinezonach roboczych.

– To ci łowcy?

– Tak, ten obok kontrolera polowań to Vitus, kapitan. Na pewno zażarcie walczy o to, by móc zachować zwierzynę. Problem polega na tym, że to nie jego zdobycz, skoro żywy wieloryb znalazł się na lądzie. Wtedy władze są zmuszone pozbawić go życia.

Wrzawa wokół nich narastała. Trzej chłopcy w wieku dziesięciu–dwunastu lat podbiegli do wieloryba i zaczęli obrzucać go kamieniami. Zwierzę nawet nie drgnęło, poruszyło się jedynie oko.

– Nie możecie go zastrzelić?! – wykrzyknął Matthew. – Te wyrostki są kompletnie popaprane.

– Dla nich to tylko jedzenie – stwierdził Ottesen i zerknął z uśmiechem na Matthew. – Już teraz cieknie im ślinka na myśl o świeżej słoninie z wieloryba.

– Ale chyba zostanie zabity, zanim zaczną go pożerać?

Obok nich stała mała Grenlandka w czerwonej kurtce. Trzymała kamień w dłoni. Jej dolna warga kilka razy wysunęła się i schowała. Potem spojrzała na trzymany w ręce kamień i go wypuściła.

Ottesen przywołał do siebie drugiego policjanta.

– Co oni robią?

– Vitus chce dostać pieniądze za wieloryba – powiedział młodszy funkcjonariusz. – Bilo powiedział mu, żeby o tym zapomnieli.

– Lepiej zajmij się tym, żeby w końcu go zabić! – krzyknął do niego Ottesen, po czym podniósł wzrok i skinął głową.

Mężczyzna obok niego uniósł ręce i zaczął wrzeszczeć na Ottesena po grenlandzku. Ottesen coś mu odkrzyknął i mężczyzna wycofał się ze zgorzkniałym wyrazem twarzy.

– Jak dużo zarabiają na takim wielorybie? – zapytał Matthew, śledząc wzrokiem rozjuszonego łowcę.

– Około pięćdziesięciu tysięcy koron według związku łowców, zatem niewiele.

– Pięćdziesiąt tysięcy koron?! – wykrzyknął zdziwiony Matthew.

– Owszem – odparł Ottesen. – Dlatego to idiotyzm zabijać ostatnie wieloryby żyjące w tym fiordzie, bo jako atrakcja turystyczna są warte znacznie więcej.

– Jest pan z gazety, prawda? – Jakaś kobieta pociągnęła Matthew za rękaw. – Mam nadzieję, że napisze pan o tym świństwie, które się tu rozgrywa.

– Tak, liczę na to, że o tym napiszę. – Matthew uśmiechnął się do niej.

Była powyżej trzydziestki i miała jasne włosy.

– Kim pani jest?

– Mam na imię Julie – powiedziała z tłumioną złością. – Należę do obserwatorów wielorybów tutaj, w Nuuk, i zaledwie wczoraj podziwialiśmy, jak ten piękny okaz nurkuje i wynurza się z fiordu. Dziś został posiekany na kawałki przez stado kretynów z harpunami i strzelbami. – Wciągnęła głęboko powietrze. – Trzeba, do ciężkiej cholery, ustalić jakieś przepisy dotyczące ochrony tutejszych wielorybów.

– Chyba trudno to zrobić, skoro mamy do czynienia ze starą tradycją – sondował Matthew.

– Polowanie na wieloryby z łodzi motorowych z armatkami harpunniczymi i bronią palną to żadna stara inuicka tradycja. – Przerwała na moment i wskazała głową leżące obok wielkie cielsko. – Ten rodzaj polowań na wieloryby pojawił się tu wraz z Europejczykami i już dawno powinno się go zabronić. Nie ma to nic wspólnego ze zwyczajami Inuitów. Oni zawsze zasłaniają się swoją kulturą, kiedy nie udaje im się postawić na swoim.

– Nie słuchaj tego babska! – wykrzyknął jeden z łowców stojących kilka metrów od nich. – Zasrana Dunka, nie ma bladego pojęcia o Grenlandii. Chodzi wyłącznie o pożywienie. Nie polujemy dla zabawy, tak jak robicie to u was, w malutkiej, przyjemnej Danii.

– Lodówki w Brugsenie są wypchane jedzeniem! – odkrzyknęła Julie. – Sprzedawane tam mięso nie jest naszpikowane metalami ciężkimi.

– Wasze świnie są pełne trucizny – odwarknął wściekle mężczyzna.

– Nie te ekologiczne – odparła szybko, wbijając w niego gniewny wzrok. – Poza tym jestem wegetarianką!

Mężczyzna prychnął i pokręcił głową.

– Polowanie na wieloryby to nasze prawo. Ta tradycja ma ponad tysiąc lat.

– Inuici nie mieszkają tutaj aż tak długo! – odkrzyknęła ze złością.

Ottesen lekko popchnął Matthew i skinął głową w kierunku kontrolera polowań.

– Chodź.

Za plecami Matthew słyszał krzyki innej kobiety, która chciała wiedzieć, ile milionów był wart dla branży turystycznej żywy wieloryb, i punktowała, że skoro kraj pragnie być samowystarczalny, totalnym idiotyzmem jest zabijanie czegoś tak wartościowego za nędzne pięćdziesiąt tysięcy koron.

Wieloryb dyszał ciężko i wszyscy stojący wokół jego wielkiego lśniącego cielska na moment umilkli. W wodzie, która nabrała intensywnie czerwonej barwy, skakały małe i duże dzieci.

– Tak się składa, że my, myśliwi, lepiej wiemy, ile zwierząt żyje w morzu, niż wasi szurnięci biolodzy – odezwał się mężczyzna do duńskiej ekolożki. – My rozumiemy morze.

Wrzawa wokół umierającego zwierzęcia eksplodowała na nowo.

– Zabij go w końcu! – krzyknął Ottesen do Bila.

Kontroler polowań skinął głową, po czym odgonił dzieci i stanął tuż przed głową wieloryba. Była znacznie większa od niego, a obwisła, pokryta bruzdami dolna część żuchwy rozciągała się płasko pod brzuchem zwierzęcia aż do kamienistego brzegu. Bilo trzymał potężnych rozmiarów broń tuż przy punkcie nieco powyżej oka wieloryba i wystrzelił.

Wielki ssak kilkakrotnie zamrugał okiem, próbując unieść ogon, aby się wyzwolić.

Mężczyzna oddał ponowny strzał prosto w świeżą ranę po poprzednim wystrzale, która teraz jeszcze bardziej się otworzyła.

Oko wieloryba znów zaczęło szybko mrugać, a ciało przeszyły potężne drgawki. Z rany sączyła się krew, spływając na oko i długie wargi.

Na krótki moment oko zwierzęcia zadrżało, po czym się zamknęło. Przednia część tułowia zapadła się i opróżniła z powietrza.

Bilo odwrócił się do Ottesena.

– Co teraz?

– Oddaj go łowcom – powiedział funkcjonariusz z rezygnacją. – Rozpęta się prawdziwe piekło, jeśli zatopimy go w morzu albo oddamy sprzedawcom z targu bez żadnego rozliczenia.

Kontroler polowań posłusznie przytaknął.

– I co teraz? – zapytał Matthew.

– Teraz trzeba go poćwiartować. Jest za wielki, żeby go przenieść, więc po prostu tu zostanie. Tak samo odbywa się to w osadach, więc to nie problem. Jedyna różnica polega na tym, że tam nie ma wianuszka gapiów w postaci połowy mieszkańców stolicy. – Ottesen napotkał spojrzenie Matthew. – Daj im trochę popalić, jeśli będziesz o tym pisał. Mam na myśli łowców. To szczyt idiotyzmu zabijać ostatnie wielkie wieloryby, które zostały w tym fiordzie.

Matthew skinął głową i spojrzał na górzysty teren za ich plecami. Z tej części wybrzeża nie było widać Nuuk, chociaż znajdowali się w niedużej odległości od miasta.

– Masz czas przejechać się ze mną na komisariat? – zapytał Ottesen.

– Jasne.

– Naciskają nas z góry. – Ottesen zmarszczył brwi. – Tupaarnaq nie odzywała się do ciebie przypadkiem?

– Ani słowem. Wciąż podejrzewacie ją o zabójstwo Abelsena?

Ottesen wzruszył ramionami.

– Przyglądamy się sprawie. W tej chwili wszystko jest brane pod uwagę, a Abelsen, o ile mi wiadomo, ponosił winę za część beznadziejnego życia Tupaarnaq…

4

Ottesen rzucił kurtkę na krzesło przy biurku i pokazał na ścianę na prawo od nich.

– Próbowałem się w tym wszystkim rozeznać.

Do ściany taśmą klejącą przytwierdzono różne fotografie. Wokół każdej z nich wisiało mnóstwo żółtych karteczek z notatkami, strzałkami i liniami.

– Zamordowani są najwyżej, pod nimi podejrzani – ciągnął Ottesen. – Ale nie mam żadnych zdjęć Bradleya i Reese’a, jeśli takowe w ogóle istnieją. Spójrz na to. Czy o czymś zapomniałem? – Pokazał na prawo. – Zdjęcia Lybertha wiszą osobno, o tam.

– Zapomniałeś? – powtórzył Matthew i zrobił krok w stronę ściany z materiałami. – Co masz na myśli?

– Twój ojciec i Tupaarnaq na pewno powiedzieli ci więcej niż mnie.

– Być może. Nie wiem. Wydaje mi się, że ojciec bardzo otwarcie mówił o wszystkim, kiedy już pojawił się po latach. – Matthew wodził wzrokiem między karteczkami.

Wśród zmarłych znajdowało się trzech mężczyzn: Lyberth, Abelsen i Briggs.

Nie minęło wiele miesięcy, od kiedy byłego przewodnika narodu Jørgena Emila Lybertha znaleziono martwego w mieszkaniu Tupaarnaq. Został bardzo brutalnie zamordowany: rozcięto go od krocza do mostka i usunięto mu wnętrzności niczym upolowanej zwierzynie. Wszystko wskazywało na Tupaarnaq, ale sprawa przyjęła nieoczekiwany obrót i winą za morderstwa, popełnione zarówno współcześnie, jak i w 1973 roku, obarczono najbardziej wpływowego grenlandzkiego urzędnika, Kjelda Erika Abelsena. Ciemne sprawki Lybertha i Abelsena rozpoczęły się w latach siedemdziesiątych od wielu morderstw różnych osób, w tym co najmniej dwóch dziewczynek. Aż do momentu śmierci Briggsa to właśnie Abelsena podejrzewano o zamordowanie Lybertha, ale nagle Abelsen sam padł ofiarą zabójcy i wiele wskazywało na to, że stała za tym Tupaarnaq, która kilka dni wcześniej z bliskiej odległości odstrzeliła mu obydwoje uszu, a także groziła śmiercią.

– Twojego ojca umieściłem w środku. – Ottesen przerwał rozmyślania Matthew. – Oczywiście nie podejrzewamy go o żadne z tych morderstw, ale był jedną z kluczowych postaci w Tupilaku i jest naszym jedynym świadkiem, jeśli chodzi o te sprawy.

– Czy nie powinniście raczej dorwać Bradleya i Reese’a? – zapytał Matthew. – A baza w Thule? Udało się wam czegoś od nich dowiedzieć?

– Nie – odparł Ottesen krótko. – Kategorycznie negują istnienie jakiejkolwiek operacji czy jednostki zwanej Tupilakiem. Utrzymują również, że Bradley i Reese zmarli w 1990 roku. Konsekwentnie zaprzeczają temu, jakoby żyli i działali jako płatni zabójcy ukrywający się gdzieś na lądolodzie.

– Przecież sam byłeś przy tym, jak Briggs wyznawał wszystko mojemu ojcu – zaprotestował Matthew. – I widziałeś, jak ginie z rąk snajperów. To byli właśnie Bradley i Reese, a ja widziałem ich na własne oczy, kiedy chcieli zabić ojca na wschodnim wybrzeżu, w Ittoqqortoormiit. – Spojrzał twardo na Ottesena. – Tupilak to nie żaden bajer. Bradley i Reese wciąż działają, a mój ojciec i ja z całą pewnością jesteśmy następni na ich liście śmierci.

– Dowodem świadczącym za tym, że to ich widzieliście w Ittoqqortoormiit, są wyłącznie zeznania twojego ojca, który sam tkwi w tej sprawie po uszy.

– Dlaczego miałby kłamać? Nic by dzięki temu nie zyskał, zresztą Briggsa nie mógł zabić ani on, ani Abelsen.

– Matt, potrzebuję realnych, namacalnych dowodów na to, że Tupilak miał tak duży zasięg. – Ottesen krótko pociągnął nosem i pokazał na karteczkę z imieniem Tupaarnaq. – W przeciwnym razie będziemy musieli zacząć szukać gdzie indziej.

– Ale ona była przecież w Tasiilaq – powiedział Matthew z rezygnacją. – Strzelała tam do trzech mężczyzn. Abelsen był pewien, że to ona.

– No i kilka dni później Abelsena zamordowano w szpitalnym łóżku tutaj, w Nuuk, a ciebie mamy jako świadka, że właśnie tego wieczoru Tupaarnaq była w mieście.

Matthew wbił wzrok w ziemię. Tej nocy nagle pojawiła się u niego, kochała się z nim, po czym zniknęła.

– Brakuje tutaj JJ-a.

– Czyli przełożonego twojego ojca i Briggsa z bazy w Thule w 1990 roku?

– Tak, uważam, że od pierwszego dnia ponosił pełną odpowiedzialność za Tupilaka.

– Tylko że nie ma żadnych dowodów, które wskazywałyby na ten związek – stwierdził Ottesen. – Wielokrotnie rozmawiałem z JJ-em, który wije się jak piskorz, poza tym nie jesteśmy w stanie nic zdziałać, jeśli chodzi o amerykańskiego oficera na terytorium bazy USA. Zupełnie nic. Tym bardziej że na poparcie swoich podejrzeń mamy tylko zeznania żołnierza, który zdezerterował. – Pokręcił głową z irytacją. – Tą drogą nie jestem w stanie nic uzyskać, i zawsze tak było, jeśli chodzi o Thule.

– Ale z tego powodu nie musicie chyba ścigać Tupaarnaq?

– Tupaarnaq? – Ottesen westchnął. – Posłuchaj! Była naszą główną podejrzaną w sprawie morderstwa Lybertha do momentu, aż Abelsen wpadł w szał, i wszystko wskazuje na to, że zabiła Abelsena tego wieczoru, kiedy odwiedziła także ciebie… Wiesz może, gdzie teraz przebywa? Nawet tobie nie odpowiada, mam rację? – Zawahał się. – Jesteś pewien, że wiesz, z kim masz do czynienia? Pamiętasz pogróżki pod adresem polityków? Znasz jakieś osoby z Nuuk poza nią, które potrafiłyby zdobyć zdjęcia dokumentujące krwawą zbrodnię i zamieścić je na nośniku USB w taki sposób, żeby nie dało się ich później namierzyć?

– Na przykład ciebie albo mnie? Akurat to kompletnie niczego nie dowodzi. – Matthew na chwilę zamknął oczy.

Tupaarnaq groziła Abelsenowi w Tasiilaq, a tego dnia, kiedy późnym wieczorem zjawiła się w mieszkaniu Matthew, okazało się, że Abelsena zabito zaledwie godzinę wcześniej. Poza tym wielokrotnie groziła Abelsenowi śmiercią, nienawidziła go. Ottesen miał rację co do nośnika USB – jedyne, co się na nim znajdowało, to seria zdjęć ukazujących kadr za kadrem śmierć Lybertha w mieszkaniu Tupaarnaq, a ich pochodzenia nigdy nie udało się ustalić.

– Co ty na to? – zapytał Ottesen.

Matthew pokręcił głową. Kłuło go w piersi, kiedy policjant ciskał oskarżenia na Tupaarnaq.

– Nie pomogę ci w kwestii tych niepotwierdzonych plotek. Zresztą chyba nie możesz mnie wykorzystywać w taki sposób.

– Wykorzystywać? – powtórzył Ottesen. – Nie chodzi o to, żeby cię wykorzystywać. Przemawiam ci do rozsądku. Jesteś najlepszym umysłem analitycznym, jaki znam w Nuuk.

– To także za wiele nie wyjaśnia.

– Przestań. – Popatrzył na zdjęcia i wiszące obok kartki. – Tupaarnaq długo siedziała w więzieniu, Matt, ale czy rzeczywiście tak długo, jak nam się wydaje? Nie potrafiłem uzyskać od duńskiej służby więziennej jednoznacznej odpowiedzi, mimo że normalnie tego typu sprawy przebiegają zupełnie bezproblemowo. I kto zapłacił za te wszystkie tatuaże? Wytatuowanie całego ciała sporo kosztuje. Kto zadbał o to, żeby wychodziła na wolność tak często i na tak długi czas, by udało jej się to zrobić? – Urwał i potarł oko. – Matt, ona jak najbardziej mogła zabić Lybertha, a Abelsen mógł być jedną z nielicznych albo jedyną osobą, która o tym wiedziała, bo przecież mamy pewność, że tam był.

– To wszystko powtarzałeś także wtedy, kiedy zastrzelono Briggsa. – Matthew ogarnęło zmęczenie. Czuł ucisk w żołądku.

Tupaarnaq nienawidziła Abelsena, ponieważ była jego córką urodzoną w wyniku gwałtu i ponieważ pośrednio to on ponosił winę za śmierć jej matki i młodszych sióstr.

– Wiem – odparł Ottesen. – Po prostu dużo o tym myślę.

Matthew podszedł do biurka Ottesena i napisał „JJ” na żółtej kartce samoprzylepnej, którą przykleił na samym środku kolażu policjanta.

– Bradley i Reese pojawią się znowu, a kiedy to się stanie, będziesz miał kolejnego zmarłego do powieszenia tutaj. Tych dwóch natomiast łączą związki tylko z jednym człowiekiem i jest nim JJ.

– Tak twierdzi twój ojciec i nikt inny, Matt, a mnie brakuje bardziej konkretnych dowodów. Nie mam nic!

Rozległo się pukanie do drzwi i do środka zajrzała brodata twarz komendanta policji.

– Cześć, Bjørn – powitał go Ottesen. – Co się dzieje?

– Chciałbym dostać krótkie sprawozdanie z tej afery z wielorybem – odezwał się Bjørn. – Za chwilę do ciebie przyjdę.

– W porządku – powiedział Matthew. – Ja też muszę pędzić do redakcji i napisać o wielorybie. Mój naczelny chce być pierwszy z tym newsem.

– Poszedł już w państwowych wiadomościach – odparł Bjørn, mrugając do niego.

Matthew rzucił Ottesenowi szybkie spojrzenie.

– Zgadamy się.

Ottesen skinął głową.

– Tak jest.

5

Bjørn zatrzasnął drzwi za Matthew.

– Powinniśmy podjąć jakieś działania w związku z tym wielorybem?

Ottesen wzruszył ramionami.

– Naszym zadaniem nie jest podsycanie napięć, mimo że to idiotyzm, że wolno im polować na wieloryby w fiordzie.

– Zgadzam się, ale ta część nie leży w naszej gestii. Czy poza tym jest w tej sprawie coś, czym powinniśmy się zająć?

– Raczej nie. W każdym razie nie teraz. Pozwoliłem im zatrzymać wieloryba, bo gdybyśmy go skonfiskowali, rozpętałoby się prawdziwe piekło.

Bjørn przytaknął strapiony i skierował wzrok na ścianę pełną zdjęć i karteczek.

– A ta sprawa?

Ottesen wzruszył ramionami.

– Jest tak wiele luźnych wątków, że sporo robimy w ciemno, ale na pewno na coś wpadniemy.

– Liczę na to – stwierdził Bjørn. – Mamy tu zabitego przywódcę narodu, urzędnika najwyższego szczebla i byłego oficera z Thule, poza tym różni sympatycy Lybertha otrzymali wstrząsające groźby śmierci. – Bjørn wskazał na fotografie przedstawiające umierającego Lybertha.

Zdjęcia dostarczono na nośnikach USB wielu najbardziej zaciekłym członkom partii polityka wraz z bezpośrednimi groźbami.

– Chyba nie muszę dodawać, że naciskają nas obu z góry…

– Nie musisz. – Ottesen wodził wzrokiem po karteczkach. – Zarówno Abelsen, jak i Tupaarnaq są podejrzewani o zamordowanie Lybertha, a Abelsena mogła zabić Tupaarnaq. – Zamachał rękoma. – Oprócz tego są jeszcze ci dwaj żołnierze do zadań specjalnych, którzy napadli na Matthew, jego ojca i Tupaarnaq w Ittoqqortoormiit. Matthew uważa, że powinniśmy zainteresować się JJ-em, bo według niego stoi on za Tupilakiem, czyli operacją służącą wyszkoleniu morderców na zamówienie, ale brakuje na ten temat jakichkolwiek dowodów.

– Idź za tym, co już masz – stwierdził stanowczo Bjørn. – Najpierw trzeba złapać Tupaarnaq. Ma na koncie morderstwa i siedziała w więzieniu od piętnastego roku życia. Według mnie rozwiązanie znajduje się tuż pod naszym nosem.

– Owszem – powiedział Ottesen i na chwilę zamilkł. – Ale planuję także zbadać głębiej ślady prowadzące do Thule, mimo że za każdym razem napotykam mur.

– Chciałbym wyrazić się jasno – powiedział Bjørn. – Dostałem takie wciry, że aż mi w pięty poszło. Nie możemy sobie pozwolić, żeby w związku z tą sprawą mieć na głowie i amerykański, i duński wywiad. Ryzykujemy nasze stanowiska, rozumiesz? – Westchnął ciężko. – Nie możemy oskarżać amerykańskiej armii o to, że stworzyła tajną jednostkę elitarną, aby zabijać osoby zagrażające politycznemu albo wojskowemu bezpieczeństwu w Arktyce. Przypominam, że jesteśmy tylko cholernie małym komisariatem w Nuuk.

Ottesen spojrzał przybity na swojego szefa.

– Przestańcie rzucać na Amerykanów oskarżenia oparte wyłącznie na poszlakach z zeznań jednego dezertera – ciągnął Bjørn już spokojniejszym tonem.

– W ciągu kilku ostatnich lat pojawiły się też inne sprawy, w których podejrzenia padały na ludzi z bazy Thule tuszujących różne przestępstwa.

– Ale zawsze bez dowodów, prawda?

– Tak, niestety.

– Okej, na początek znajdź Tupaarnaq. Według mnie to największy konkret możliwy do uzyskania.

– Na pewno dokładnie zbadam wszystkie ślady – stwierdził Ottesen i skierował wzrok na swój kolaż ze zdjęć martwych osób. – A ją prędzej czy później znajdziemy. Porywcza młoda kobieta z zespołem stresu pourazowego raczej nie będzie się ukrywała przez zbyt długi czas.

– Właśnie to miałem na myśli. – Bjørn przyglądał się natarczywie Ottesenowi. – Prędzej czy później coś spartaczy. A co z tym Matthew? Nie sądzisz, że trochę za dobrze jest zaznajomiony z tą sprawą?

– Co masz na myśli?

– No, korzystasz z jego usług, a to w ostatecznym rozrachunku może stanowić problem, jeśli jego ojciec albo Tupaarnaq ukrywają więcej, niż wiemy.

– Brakuje nam ludzi umiejących rozpracowywać złożone sprawy – odparł Ottesen cichym głosem.

Bjørn sapnął ciężko.

– Poza tym próbowałem go zatrudnić – ciągnął. – Ale on nie chce.

– Grenlandzka rzeczywistość jest zupełnie inna – przerwał mu Bjørn. – W Danii nie przeszłoby zatrudnienie kogoś takiego jak on, ale masz rację. Zaciągnięcie tutaj wykwalifikowanych ludzi graniczy z cudem. Prześwietliłeś go dokładnie? Gdybyś coś spartaczył, ja będę odpowiadał za całe to gówno.

– Tak, oczywiście.

Bjørn spojrzał badawczo na podwładnego.

– Jak się mają sprawy z Aviają? Wciąż chce rozwodu?

Ottesen potwierdził zmęczonym głosem.

– Nie chce mi się teraz o tym gadać.

– Rozumiem to cholernie dobrze. – Bjørn przeczesał dłonią brązowy zarost. – Ponaciskaj trochę tego Matthew, dobrze?

– Co przez to rozumiesz?

– No, sprawdź, czy nie możemy go włączyć na stałe do prac komisariatu na jakimś stanowisku analityka. Ułatwiłoby mi to wiele rzeczy.

– Obiecuję, że pomęczę go o to.

Bjørn przeniósł wzrok na fotografie wypatroszonego Lybertha.

– Musimy, do diabła, dowiedzieć się, kto zrobił te zdjęcia i rozesłał pogróżki. Wyciągnij z Toma wszystko, co się da. Dowiedz się, kto był z Abelsenem tego dnia, kiedy zamordowano Lybertha w mieszkaniu Tupaarnaq.

6

Zamieszczenie artykułu o wielorybie na stronie internetowej gazety zajęło Matthew ponad godzinę. Zanim podjął na nowo pisanie o sprawie Tupilaka i mrocznych śladach śmierci ciągnących się za tym wojskowym eksperymentem od 1990 roku, chciał odwiedzić ojca w szpitalu, aby wypełnić luki w swoim śledztwie.

Nadciągał zmrok. W listopadzie dni były krótkie, niedługo zostanie jedynie kilka godzin światła dziennego, choć nie stanowiło to tak dużego problemu, jak mu się wydawało, kiedy przeprowadził się do Nuuk. Śnieg świecił bowiem takim blaskiem, że za dnia ciemność nigdy nie była zupełna, a już na pewno nie przypominała bezśnieżnego duńskiego mroku panującego przez większość okresu zimowego.

Skręcił między dwa zdewastowane drewniane bloki mieszkalne i wciągnął głęboko do płuc mroźne powietrze. Nie palił od dnia, w którym obiecał swojej przyrodniej siostrze Arnaq, że rzuci papierosy, i teraz czuł, że powietrze wypełnia jego klatkę piersiową z większą łatwością.

W pobliżu przycupnęło stadko czarnych jak smoła arktycznych kruków. Ich rozmiar dziwił go niezmiennie za każdym razem, kiedy zbliżał się do któregoś z nich. Niektóre miały prawie metr długości, a rozpiętość ich skrzydeł była jeszcze większa. Dzioby, podobnie jak oczy, miały czarny kolor. Wraz z tym, jak pokrywa śnieżna rosła, te wielkie ptaki stawały się coraz bardziej agresywne i natarczywe w poszukiwaniu brakującego pożywienia. Jeśli zapomniało się zamknąć wieka śmietników, para kruków potrafiła roznieść ich zawartość po okolicy w ciągu zaledwie kilku minut.

Do szpitala Sana nie było daleko, idącemu Matthew zdążyły się już ukazać niektóre z jego niskich żółtych zabudowań. Ojciec był tam pacjentem, odkąd Bradley i Reese go postrzelili, najpierw w Ittoqqortoormiit, a później na lotnisku w Nuuk, gdzie zginął Briggs. Matthew był pewien, że ojciec też miał zginąć, jednak udało mu się wymknąć śmierci z kilkoma ranami postrzałowymi.

Zwolnił tempo, kiedy rozległ się sygnał jego telefonu. Dzwonił Ottesen.

– Co tam? Gdzie jesteś?

– W drodze do ojca.

– Rozumiem. Grupa archeologów znalazła martwego mężczyznę w okolicach dawnej osady Sandnæs.

– Co takiego? – Matthew pochylił się instynktownie, gdy dwa wielkie kruki przeleciały tuż nad jego głową.

Jeden z ptaków wydał z gardła ciąg chrapliwych dźwięków.

– Zmarły to rosły mężczyzna o rudym zaroście – ciągnął Ottesen. – Leży martwy na dnie starej studni. Na miejscu mamy już dwóch ludzi, ale za godzinę sam tam polecę helikopterem. Zabierzesz się ze mną?

– Czy to Bárdur?

– Na to wygląda.

– Rozumiem. Możesz przyjechać po mnie pod szpital?

– Tak.

Matthew milczał przez krótką chwilę.

– Jak zmarł?

– Z pragnienia? Zimna? Utraty krwi? Nie wiem. Ale brakuje mu dłoni.

– Dłoni?

– Tak. I wygląda na to, że sam ją sobie odciął, tak twierdzą tamci. Dobra, muszę pędzić. Do zobaczenia za godzinę.

Matthew się zatrzymał. Bárdur był człowiekiem o zwichrowanej psychice, ale mimo wszystko wydawało się zbyt nieprawdopodobne, aby odciął sobie dłoń. Urodził się w powoli wymierającej osadzie Færingehavn i dorastał pod opieką ojca w bardzo purytańskiej społeczności, której filary stanowiły surowe wychowanie, szkoła czytania Biblii i przemoc. Z czasem nasiliły się u niego zaburzenia psychiczne. Kiedy jego ojciec zniknął, Bárdur został sam na świecie i skończył jako jednoosobowa armia wykonawcza Abelsena, ślepo mu posłuszna. Był to chory psychicznie człowiek, nieodczuwający bólu, własnego ani innych – Tupilak z krwi i kości ukształtowany przez zło, które rozsiewał Abelsen.

7

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Mrożący krew w żyłach kryminał z Grenlandii

Do Nuuk nie prowadziły żadne drogi. Miasto było jedyne w swoim rodzaju, ze wszystkich stron otoczone górami, niebem i morzem.

Lód, wiatr, mróz, bezkresna, dzika przyroda i… okrutne morderstwa w małym grenlandzkim miasteczku.

Życie Matthew rozpadło się po tym, gdy w wypadku stracił żonę i nienarodzoną córeczkę. By uciec od wszystkiego, wyjeżdża na Grenlandię i zaczyna pracę jako dziennikarz lokalnej gazety w Nuuk. Wkrótce zostaje wysłany do zrelacjonowania niezwykłego odkrycia: na krańcu lądolodu znaleziono zmumifikowanego wikinga. Wszystko wskazuje na to, że to sensacja na skalę światową, ale wkrótce człowiek z lodu znika, a policjant, który pilnował zwłok, zostaje zabity.

Matthew rozpoczyna śledztwo: trafia na ślad pewnej zamkniętej sprawy z 1973 r. dotyczącej brutalnego zabójstwa czterech mężczyzn. Każdy był wcześniej podejrzewany o seksualną przemoc wobec córek. Dwie z nich zniknęły bez śladu i nigdy nie zostały odnalezione.

Co łączy współczesne i dawne zbrodnie? Czy młody dziennikarz dotrze do prawdy? Zwłaszcza że jedyną osobą, na której może polegać, okazuje się młoda Grenlandka Tupaarnaq, właśnie wypuszczona z więzienia po odbyciu dwunastu lat kary za zabójstwo swojego ojca…

Nordycka seria kryminalna, która zachwyciła świat!

W Tasiilaq nikt nigdy niczego nie widział ani niczego nie mówił, mimo że ludzie wiedzieli o wszystkim.

PRZYRODNIA SIOSTRA MATTHEW ZNIKA podczas weekendowej wycieczki do opuszczonej grenlandzkiej osady.

Tupaarnaq, młoda, niezależna Grenlandka, oskarżona niegdyś o zabójstwo ojca, powraca więc do Nuuk, aby pomóc swojemu jedynemu przyjacielowi Matthew odnaleźć dziewczynę. Ślady krwi na terenie osady świadczą o zbrodni, ale dopiero gdy matka Arnaq otrzymuje telefon od córki, przerażonej i na skraju wyczerpania, staje się dla wszystkich oczywiste, że czasu na odnalezienie zaginionej jest coraz mniej…

Ojciec Matthew, Tom, jako młody żołnierz w amerykańskiej bazie w Thule uczestniczył w tajnym eksperymencie o katastrofalnych skutkach. Przez wiele lat musiał żyć w ukryciu. W związku ze zniknięciem Arnaq tajemnice z Thule wychodzą na jaw, a Matthew zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że jest pionkiem w grze toczącej się o życie i śmierć.

Rozpaczliwie szukając Arnaq i próbując zrozumieć, co naprawdę stało się z jego ojcem, musi stawić czoło grenlandzkiej policji i armii amerykańskiej, która dąży do schwytania Toma. Ale przede wszystkim zmierzyć się ze swoimi wspomnieniami…

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Qivittoq
Rozdział 1
Cienie śmierci
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Pies
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Zwierzyna łowna
Rozdział 18
Samotność
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Umarli
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Życie w cieniu
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Nagi
Rozdział 51
Rozdział 52
Rozdział 53
Rozdział 54
Strach
Rozdział 55
Rozdział 56

Tytuł oryginału: Kvinden med dødsmasken

Copyright © by by Mads Peder Nordbo and JP / Politikens Hus A / S, København, 2019

Copyright for the Polish edition © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2019

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Justyna Haber-Biały, Agata Lubowicka

Redakcja i korekta: d2d.pl

Projekt typograficzny: Robert Oleś / d2d.pl

Zdjęcia na okładce: Simon Migaj / Unsplash, Ben Wicks / Unsplash

ISBN 978-83-8053-675-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.kultowy.pl

www.burdaksiazki.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek