Purpurowe rzeki - Jean-Christophe Grangé - ebook

29 osób właśnie czyta

Opis

Straszliwa zbrodnia prowadzi dwóch niezależnych detektywów w skute lodem francuskie Alpy. Niegościnny, pełen ostrych jak brzytwy skał krajobraz, stanie się dla nich miejscem, w którym zmierzą się z granicami ludzkiego zła. W górskiej szczelinie zostają odnalezione potwornie okaleczone zwłoki mężczyzny. Śledztwo ma poprowadzić wysłany z Paryża ex-komandos Pierre Niémans. Tymczasem w mieście w południowo-zachodniej Francji młody policjant Karim Abdouf próbuje dowiedzieć się, dlaczego ktoś zbezcześcił grób dziecka, przed laty zmarłego w wypadku samochodowym. Kiedy wysoko na lodowcu zostaje odnalezione drugie ciało, ścieżki dwóch funkcjonariuszy łączą się w poszukiwaniu zabójców oraz w drodze do rozwikłania mrocznej tajemnicy sprzed lat...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 405

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Les rivières pourpres

© Editions Albin Michel – Paris 1998

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Wiktoria Melech (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Okładka:

© 2018 STORIA TELEVISION – MAZE PICTURES – ZDF –UMEDIA

Copyright for pictures of photographer Aurélie Elich

© 2018 Aurélie Elich – STORIA TELEVISION – MAZE PICTURES

Copyright for pictures of photographer Jo Voets

© 2018 Jo Voets – STORIA TELEVISION – MAZE PICTURES

Artwork created by © 2018 Marcel Weisheit

Licensed by ZDF Enterprises GmbH

Adaptacja okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Hanna Machlejd-Mościcka

Korekta: Aneta Iwan, Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-8110-943-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Virginie

Część I

1

– Ga-na-mos! Wygraliśmy!

Pierre Niémans, z nadajnikiem VHF w dłoni, obserwował z góry tłum opuszczający Parc des Princes. Tysiące rozgorączkowanych głów, białych kapeluszy, jaskrawych szalików, tworzących różnobarwny i podekscytowany strumień ludzi. Eksplozja konfetti. A raczej może legion oszalałych demonów. I trzy sylaby, ciągle te same, skandowane wolno i dobitnie: „Ga-na-mos!”.

Komisarz, stojąc na dachu przedszkola, które znajdowało się naprzeciw parku, kierował ruchami CRS, trzeciej i czwartej brygady republikańskiej służby bezpieczeństwa. Mężczyźni w granatowych mundurach, w czarnych kaskach, z dającymi im osłonę tarczami z poliwęglanu. Klasyczna metoda. Dwustu ludzi po obu stronach każdego wyjścia, grupa komandosów tworząca taki „parawan”, żeby kibice obu drużyn nie przeszli obok siebie, nie zbliżyli się ani nawet siebie nie widzieli…

Tego wieczoru, z okazji meczu Saragossa–Arsenal, jedynego w tym roku, kiedy walczyły ze sobą w Paryżu drużyny niefrancuskie, zmobilizowano ponad tysiąc czterystu policjantów i żandarmów. Kontrola tożsamości, rewizja osobista, żeby tylko zapanować nad czterdziestoma tysiącami kibiców, przybyłych z obu krajów. Główny komisarz policji, Pierre Niémans, był jednym z odpowiedzialnych za tę akcję. Lubił tego rodzaju czynności, które nie należały do jego zwykłych obowiązków. Żadnego śledztwa, żadnego postępowania sądowego. Jak na wojnie.

Kibice dotarli do pierwszego poziomu – można ich było dostrzec poprzez betonową kratownicę stadionu, powyżej wejść H i G. Niémans spojrzał na zegarek. Za cztery minuty znajdą się na zewnątrz, zaczną wylewać się na ulicę. Jeżeli przerwą kordony policyjne, dojdzie do zamieszek. Niémans odetchnął głęboko. W powietrzu tego październikowego wieczoru wyczuwało się napięcie.

Minęły dwie minuty. Niémans odruchowo odwrócił się i zobaczył w głębi plac Porte de Saint-Cloud. Całkowicie opustoszały. Pośrodku, niczym totemiczne symbole niepokoju, wznosiły się trzy fontanny. Wzdłuż alei stały ciasno obok siebie samochody CRS. Przed nimi ludzie z kaskami przyczepionymi do pasów, z pałkami obijającymi się o uda, machali dla rozgrzewki rękami. Brygady rezerwowe.

Zgiełk wzmagał się. Tłum posuwał się między płotkami z ostro zakończonych palików. Niémans uśmiechnął się mimo woli. Tego właśnie było mu potrzeba. Tłum zakołysał się. Ponad ogólny harmider przebiły się dźwięki trąbek. Pomruk wprawiał w drżenie wszystkie fragmenty żelbetowej konstrukcji. „Ga-na-mos! Ga-na-mos!”. Niémans nacisnął klawisz nadajnika i powiedział do Joachima, dowódcy kompanii: „Tu Niémans. Wychodzą. Skierujcie ich ku samochodom, na bulwar Murata, w stronę parkingów, do wyjść z metra”.

Ze swojego wysokiego stanowiska ocenił sytuację: ryzyko z tej strony było minimalne. Tego wieczoru kibice hiszpańscy byli zwycięzcami i dlatego zachowywali się mniej agresywnie. Anglicy opuszczali stadion z przeciwnej strony, wyjściami A i K, przy trybunie Boulogne – trybunie dzikich zwierząt. Niémans zamierzał rzucić tam okiem, czy operacja przebiega bez zakłóceń.

Nagle, w świetle latarni, ponad tłumem przeleciała butelka.

Komisarz ujrzał wznoszącą się pałkę, cofające się ściśnięte szeregi, upadających na ziemię ludzi. Wrzasnął przez nadajnik: „Joachim, skurwysynu! Powstrzymaj swoich ludzi!”. Rzucił się do schodów służbowych i zbiegł w pośpiechu osiem pięter w dół. Gdy wypadł na ulicę, nadbiegli już w dwu szeregach policjanci z CRS, gotowi siłą powstrzymać chuliganów. Niémans zagrodził drogę policjantom, zaczął machać rękoma. Wzniesione do góry pałki były zaledwie kilka metrów od jego twarzy, gdy z prawej strony wyskoczył Joachim, w kasku na głowie. Podniósł przyłbicę i rzucił mu wściekłe spojrzenie:

– Mój Boże, Niémans, czy pan oszalał? Po cywilnemu, naraża się pan na…

Komisarz zignorował jego uwagę.

– Co ma znaczyć ten bajzel? Niech pan powstrzyma ludzi, Joachim! Bo inaczej za trzy minuty będziemy tu mieli rozruchy.

Korpulentny, czerwony na twarzy kapitan ciężko dyszał. Jego maleńki wąsik, według mody z ubiegłego wieku, podrygiwał za każdym urywanym oddechem. W nadajniku VHF rozległ się głos: „Wezwanie do wszystkich jednostek… Wezwanie do wszystkich jednostek… Skrzyżowanie na Boulogne… Ulica Commandant-Guilbaud… Ja… Mamy problem!”. Niémans spojrzał na Joachima tak, jakby to on był odpowiedzialny za cały ten chaos. Nacisnął guzik nadajnika: „Tu Niémans. Idziemy do was”. Potem tonem rozkazującym polecił kapitanowi:

– Biegnę tam. Przyślijcie jak najwięcej ludzi. I opanujcie sytuację tutaj.

Nie czekając na odpowiedź, komisarz pobiegł odszukać stażystę, który był jego kierowcą. Przemierzył plac długimi krokami, widząc, jak kelnerzy z piwiarni des Princes w popłochu opuszczają żaluzje. W powietrzu panowała atmosfera strachu.

Odnalazł w końcu ciemnowłosego chłopaka w skórzanej kurtce, przytupującego dla rozgrzewki obok czarnego samochodu. Uderzając w maskę wozu, krzyknął:

– Szybko! Skręt na Boulogne!

Wskoczyli do samochodu jednocześnie. Opony zadymiły, gdy gwałtownie ruszyli. Stażysta chciał skręcić w lewo od stadionu, żeby jak najszybciej dojechać do wejścia K ulicą obstawioną przez policję, ale Niémans, w przebłysku intuicji, wysapał:

– Nie, objedź dokoła. Rozjuszony tłum zagrodzi nam tu przejazd.

Samochód zawrócił gwałtownie, rozpryskując kałuże wokół armatek wodnych, gotujących się już do akcji. Przejechał pędem aleję Parc des Princes, między szarymi wozami służb porządkowych. Ludzie w kaskach, biegnący w tym samym kierunku, uskakiwali na bok, nie patrząc na nich. Niémans wystawił na dach koguta. Stażysta skręcił w lewo przy liceum Claude’a Bernarda i objechawszy rondo, pojechał wzdłuż muru stadionu. Za chwilę mieli minąć trybunę Auteuil.

Kiedy Niémans zobaczył pierwsze kłęby dymu unoszące się w powietrzu, wiedział, że miał rację: zamieszanie objęło już plac de l’Europe.

Samochód przeciął białawą mgłę, roztrącając przy tym pierwsze ofiary, które uciekały co sił w nogach. Bitwa rozgorzała tuż przed trybuną prezydencką. Mężczyźni w krawatach, kobiety w odświętnych strojach biegli, potykając się, z twarzami zalanymi łzami. Część usiłowała przedostać się do bocznych ulic, inni, przeciwnie, wbiegali na powrót po schodach, do wejść na stadion.

Niémans wyskoczył z wozu. Na placu wrzała bezładna bójka. W tłumie kibiców z trudem można było rozróżnić jaskrawe stroje zwolenników drużyny angielskiej i ciemne sylwetki policjantów CRS. Niektórzy z tych ostatnich czołgali się po ziemi – niczym broczące krwią ślimaki – podczas gdy inni, stojący dalej, obawiali się użyć karabinów z gumowymi pociskami, żeby nie postrzelić rannych kolegów.

Komisarz zdjął okulary i osłonił twarz szalem. Podszedł do najbliższego policjanta i wyrwał mu pałkę, wymachując jednocześnie swą trójkolorową legitymacją. Para osiadająca na wizjerze kasku przesłoniła osłupiałą minę chłopaka.

Pierre Niémans pobiegł w kierunku bijących się. Kibice Arsenalu walili pięściami, drągami, podkutymi obcasami, a policjanci z CRS cofali się, osłaniając leżących już na ziemi kolegów. Kłębiące się ciała, zmiażdżone twarze, rozbite o asfalt szczęki. Trzask pałek, wyginających się od silnych uderzeń.

Komisarz zanurzył się w ciżbę.

Grzmocił pięścią, walił pałką. Dorwawszy jakiegoś potężnego typa, zaczął go okładać bez opamiętania. Po żebrach, w podbrzusze, po twarzy. Niespodziewanie typ zerwał się z rykiem na nogi, unikając kolejnego kopnięcia. Dźgnął swoim drągiem w gardło napastnika. Wtedy krew uderzyła Niémansowi do głowy, w ustach poczuł metaliczny smak. Przestał myśleć logicznie, stracił panowanie nad sobą. Dla niego była to prawdziwa wojna.

Nagle ujrzał dziwną scenę. Sto metrów od niego jakiś mężczyzna, ubrany po cywilnemu, już dość poturbowany, szarpał się z dwoma przytrzymującymi go chuliganami. Niémans dojrzał smugi krwi na jego twarzy i to, z jaką nienawiścią okładali go tamci dwaj. Sekundę potem zrozumiał wszystko: ranny i ci, którzy go zaatakowali, mieli na bluzach symbole rywalizujących ze sobą klubów.

Dla nich to zwykłe porachunki.

Tymczasem ofiara zdołała wymknąć się swoim napastnikom i pobiegła w boczną ulicę Nungesser et Coli. Napastnicy rzucili się w pogoń za uciekającym. Niémans odrzucił pałkę i ruszył w ślad za nimi.

Zaczął się pościg.

Niémans, oddychając miarowo, biegł cichą uliczką, zmniejszając dystans do prześladowców, którzy byli już blisko swojej ofiary.

Skręcili na prawo i wkrótce dotarli do pływalni Molitor, otoczonej dokoła murem. Tutaj bandziory dopadły swoją ofiarę. Kiedy Niémans dobiegł do placu Porte Molitor, na końcu peryferyjnego bulwaru, nie mógł uwierzyć własnym oczom: jeden z napastników wyciągnął maczetę.

W niebieskawym świetle ulicy komisarz dostrzegł, jak ostrze maczety tnie człowieka, który upadł na kolana, podrygując przy każdym ciosie. Napastnicy podnieśli ciało i przerzucili je ponad balustradą.

– Stać! – krzyknął komisarz, wyciągając jednocześnie rewolwer. Oparł się o jakiś samochód i trzymając oburącz kolbę, wycelował na wstrzymanym oddechu. Pierwszy strzał. Pudło. Bandzior z maczetą odwrócił się zaskoczony. Drugi strzał. Znowu pudło.

Niémans pobiegł, z bronią w dłoni przy udzie, gotów do walki. Był wściekły: bez okularów dwa razy nie trafił do celu. Wbiegł na most. Bandzior z maczetą schował się w krzaki rosnące wzdłuż bulwaru. Jego kumpel stał nieruchomo, oszołomiony. Komisarz przyłożył mu lufę do gardła, a potem pociągnął za włosy aż do słupa ze znakiem drogowym. Przykuł go jedną ręką. Dopiero wtedy spojrzał na jezdnię.

Ciało ofiary spadło na asfalt, gdzie kilka samochodów przejechało po nim, a potem zderzając się, spowodowały ogromny korek. Stłoczone rozbite auta, pogięte blachy… ponad tym wszystkim unosił się przeraźliwy dźwięk klaksonów. W świetle reflektorów Niémans zauważył, że jeden z kierowców zatoczył się przy swym wozie, zasłaniając rękami twarz.

Komisarz zwrócił wzrok w głąb bulwaru. Dostrzegł zabójcę, z kolorową opaską na ramieniu, który znikał w krzakach. Niémans ruszył jego śladem, chowając do kabury broń.

Bandzior, uciekając między drzewami, co pewien czas spoglądał w jego kierunku. Pierre Niémans nie chował się: ten człowiek powinien wiedzieć, że główny komisarz policji zamierza dobrać mu się do skóry. Niespodzianie morderca przeskoczył skarpę i zniknął. Odgłos kroków na żwirowanej alejce pozwolił Niémansowi ustalić kierunek jego ucieczki: park Auteuil.

Pobiegł za nim. Nocne światło odbijało się w szarych kamykach żwirowej alejki parkowej. Okrążając szklarnie, ujrzał sylwetkę wdrapującą się po murze. Rzucił się za nim i stwierdził, że znajdują się na terenie kortów Rolanda Garrosa.

Furtki pomiędzy nimi nie były zamknięte i zabójca bez trudu przebiegał z jednego kortu na drugi. Niémans otworzył furtkę i znalazł się na korcie. Przeskoczył przez siatkę. Pięćdziesiąt metrów dalej uciekinier zwolnił, najwyraźniej tracił siły. Pokonał jeszcze jedną siatkę i wbiegł na schody między ławkami. Niémans zaczął się wspinać w ślad za nim, lekko, zwinnie, był tylko trochę zadyszany. Będąc zaledwie kilka metrów od uciekającego, zobaczył cień skaczący w próżnię ze szczytu trybun.

Uciekinier właśnie przedostał się na dach jakiegoś domu i natychmiast zniknął po drugiej stronie. Komisarz cofnął się dla nabrania rozpędu i skoczył za nim. Wylądował na tarasie wysypanym żwirem. Pod nim były trawniki, drzewa. Wokół cisza i spokój.

Ani śladu mordercy.

Stoczył się na wilgotną trawę. Istniały tylko dwie możliwości: budynek główny, z którego dachu właśnie zeskoczył, lub spora drewniana budowla w głębi ogrodu. Wyciągnął swój MR 73 i oparł się o drzwi, które otworzyły się pod jego ciężarem.

Komisarz zrobił kilka kroków i zatrzymał się zaskoczony. Znalazł się w holu wyłożonym marmurem, z kamienną półokrągłą płytą, na której wyryte były słowa w nieznanym mu alfabecie. W ciemności widniała pozłacana balustrada schodów prowadzących na wyższe piętra. Z cienia wyłaniały się welurowe obicia, cesarska czerwień, połyskujące wazy… Niémans domyślił się, że wtargnął do ambasady któregoś z krajów azjatyckich.

Nagle rozległ się jakiś hałas na zewnątrz. Morderca był w innym budynku. Komisarz przeciął park, depcząc trawniki, i dotarł do budynku z drewnianym dachem. I tym razem drzwi otworzyły się bez trudu. Niczym cień wśliznął się do mrocznego wnętrza. Była to stajnia, podzielona na boksy z ażurowymi ściankami, gdzie stały małe koniki z krótko przystrzyżonymi grzywami.

Koniki drżały. Migotała słoma. Pierre Niémans ruszył do przodu z bronią w ręku. Minął jeden boks, drugi, trzeci… Jakiś głuchy dźwięk z prawej strony. Odwrócił się. To tylko stuk kopyta. Krzyk. Znowu obrót. Za późno. Błysk ostrza. Niémans uskoczył w ostatnim momencie. Maczeta musnęła go po ramieniu i wbiła się w zad konia. Koń gwałtownie wierzgnął i żelazna podkowa rąbnęła bandytę w twarz. Komisarz wykorzystał tę chwilę, rzucił się na mordercę i zaczął okładać go kolbą rewolweru.

Bił go i bił… gdy wreszcie przerwał, spojrzał na krwawiącą twarz swojej ofiary. Z poranionych policzków sterczały kości. Gałka oczna zwisała na kilku włóknach. Morderca nie ruszał się, na głowie wciąż miał kapelusz w barwach Arsenalu. Niémans ponownie chwycił rewolwer i trzymając oburącz zakrwawioną kolbę, włożył mu lufę do ust. Odciągnął kurek i zamknął oczy. Już miał strzelić, gdy rozległ się przenikliwy dzwonek.

To odezwał się w jego kieszeni telefon komórkowy.

2

Trzy godziny później, w nowej dzielnicy Nanterre-Préfecture, w budynku Komendy Głównej Policji ostre światło padało na biurko Antoine’a Rheimsa siedzącego w cieniu. Naprzeciw niego, również poza kręgiem światła, widoczna była wysoka sylwetka Pierre’a Niémansa, który właśnie przedstawił zwięzły raport na temat pościgu w Boulogne.

– Co z tym człowiekiem? – zapytał sceptycznym tonem Rheims.

– Z Anglikiem? Jest w stanie śpiączki. Ma liczne złamania na twarzy. Zadzwoniłem do szpitala Hôtel-Dieu: zamierzają zrobić mu przeszczep skóry.

– A ofiara?

– Rozjechany przez samochody na przedmieściu Porte Molitor.

– Mój Boże! Co się tam właściwie stało?

– Porachunki między angielskimi chuliganami. Wśród kibiców Arsenalu byli kibice Chelsea. Korzystając z zamętu, pobili się między sobą. Jeden z nich użył maczety.

Rheims pokiwał głową z niedowierzaniem. Po chwili ciszy zapytał ponownie:

– A ten twój? Jesteś pewien, że to uderzenie kopytem doprowadziło go do tego stanu?

Niémans nie odpowiedział i odwrócił się do okna. W białym blasku księżyca po fasadach sąsiednich budynków przesuwały się fantazyjne cienie, ponad ciemnozielonymi wzgórzami parku Nanterre przepływały obłoki.

– Nie rozumiem cię, Pierre – odezwał się znowu Rheims. – Po co wdajesz się w takie historie? Pilnowanie stadionu!

Niémans nadal milczał.

– To nie na twoje lata – podjął Rheims. – Ani nie wchodzi w zakres twoich obowiązków. Nasza umowa była jasna: żadnej pracy w terenie, żadnej więcej przemocy…

Niémans odwrócił się do swego przełożonego.

– Przejdźmy do rzeczy, Antoine – rzekł. – Dlaczego wezwałeś mnie tutaj w środku nocy? Kiedy do mnie dzwoniłeś, nie mogłeś wiedzieć, co się dzieje w parku. A więc, o co chodzi?

Pozostający w cieniu Rheims ani drgnął. Szerokie ramiona, siwe kręcone włosy, twarz jak z kamienia. Komisarz wydziału kierował od kilku lat Centralnym Biurem do spraw Zwalczania Handlu Ludźmi – OCRTEH – skomplikowana nazwa na określenie po prostu brygady obyczajowej. Niémans poznał Rheimsa znacznie wcześniej, zanim osiadł on na tym spokojnym stanowisku rządowym, spotkali się, kiedy obaj jako zwykłe gliny patrolowali ulice w słońcu i w deszczu, szybcy i skuteczni. Niémans pochylił krótko ostrzyżoną głowę i powtórzył:

– O co chodzi?

Rheims westchnął.

– Chodzi o morderstwo.

– W Paryżu?

– Nie, w Guernon. W departamencie Isère, niedaleko Grenoble. Miasteczko uniwersyteckie.

Niémans przysunął krzesło i usiadł, zwrócony twarzą do przełożonego.

– Zamieniam się w słuch.

– Ciało znaleziono wczoraj po południu. Zawieszone między skałami, nad rzeką, która płynie obok kampusu. Wszystko wskazuje na to, że zbrodnię popełnił psychopata.

– Co wiesz o ciele? Czy to kobieta?

– Nie. Mężczyzna. Młody. Chyba bibliotekarz. Ciało było nagie. Nosiło ślady tortur: rany cięte, szarpane, oparzenia… wspominano też o uduszeniu.

Niémans oparł łokcie o biurko. Obracał w rękach popielniczkę.

– Dlaczego mi to wszystko mówisz?

– Bo mam zamiar cię tam wysłać.

– Co takiego? Przecież policja z Grenoble zatrzyma zbrodniarza w ciągu tygodnia i…

– Pierre, nie udawaj idioty. Dobrze wiesz, że to nie takie proste. Takie sprawy nigdy nie są proste. Rozmawiałem z sędzią. Chce specjalisty.

– Specjalisty od czego?

– Od zabójstw. I obyczajówki. Podejrzewa motyw seksualny. W każdym razie coś w tym rodzaju.

Niémans wychylił się do światła i poczuł ciepło lampy halogenowej.

– Antoine, nie mówisz mi wszystkiego.

– Sędzią jest Bernard Terpentes. Mój stary kumpel. Obaj pochodzimy z Pirenejów. Ta sprawa go niepokoi, kapujesz? Chce załatwić ją jak najszybciej. I uniknąć plotek, mediów, wszystkich tych głupot. Za kilka tygodni zaczynają się zajęcia na uniwersytecie, trzeba zamknąć dochodzenie przed tym terminem. To wszystko, co mogę ci powiedzieć.

Niémans wstał i podszedł ponownie do okna. Popatrzył na latarnie, na ciemny park. Czuł jeszcze w skroniach napięcie ostatnich godzin: uderzenia maczetą, przedmieście, pościg przez korty Rolanda Garrosa. Uświadomił sobie po raz setny, że telefon od Rheimsa uchronił go przed zabiciem człowieka. Pomyślał o napadach niekontrolowanej agresji, które odbierały mu świadomość, poczucie czasu i miejsca, do takiego stopnia, że zdolny byłby popełnić zbrodnię.

– Więc jak? – spytał Rheims.

Niémans odwrócił się i oparty o framugę okna odrzekł:

– Mija już czwarty rok, odkąd nie prowadzę tego rodzaju spraw. Dlaczego właśnie mnie to proponujesz?

– Potrzebny mi człowiek doświadczony. Wiesz, że ci z centrali mogą wysłać swoich ludzi w każde miejsce we Francji. – W mroku było słychać, jak bębni palcami o blat biurka. – Korzystam więc ze swojej niewielkiej władzy.

– Wyciągasz asa z kieszeni?

– Wyciągam asa z kieszeni. Dla ciebie to wycieczka. Dla mnie przysługa, którą oddam staremu przyjacielowi. Przynajmniej nikogo w tym czasie nie pobijesz.

Rheims wyjął kartki z faksu, który połyskiwał na jego biurku.

– Pierwsze wnioski żandarmów. Bierzesz czy nie?

Niémans podszedł do biurka i wyciągnął rękę po ciepłe jeszcze kartki.

– Zadzwonię do ciebie. Po wiadomości ze szpitala Hôtel-Dieu.

Niémans opuścił wkrótce ulicę Trois Fontanot i udał się do swojego mieszkania na ulicy La Bruyère, w dziewiątej dzielnicy. Był to duży apartament, niemal pusty, z woskowanym parkietem. Wziął prysznic, opatrzył rany – a raczej zadrapania – i popatrzył na swe odbicie w lustrze. Krótko ostrzyżone włosy, połyskujące siwizną, okrągłe szkła okularów w metalowej oprawce. Uśmiechnął się do siebie. Nie chciałby spotkać na pustej ulicy kogoś z taką gębą.

Wrzucił trochę ubrań do sportowej torby, między koszule wsunął remingtona kaliber 12 oraz pudełko naboi i magazynek do swojego manurhina. Potem wziął pokrowiec i włożył do niego dwa garnitury wraz z kilkoma krawatami o fantazyjnych deseniach.

Po drodze Niémans zatrzymał się przed otwartym całą noc McDonaldem na bulwarze Clichy. Połknął w pośpiechu dwa royal cheese, nie spuszczając wzroku z samochodu zaparkowanego po drugiej stronie ulicy. Była trzecia nad ranem. W brudnej, słabo oświetlonej migającymi neonami salce kręcili się zwykli bywalcy. Murzyni w zbyt obszernych łachach. Prostytutki z warkoczykami w stylu jamajskim. Narkomani, bezdomni, pijacy. Wszyscy oni należeli do świata, w którym sam kiedyś przebywał – świata ulicy. Niémans porzucił go dla pracy w biurze, dobrze płatnej i budzącej szacunek. Dla każdego innego gliny wejście do urzędów centralnych było awansem. Dla niego oznaczało zepchnięcie w kąt – wprawdzie pozłacany, ale on czuł się tym upokorzony… Spojrzał jeszcze raz na otaczające go szare istoty. Były to zjawy z jego lasu, który kiedyś przemierzał niczym myśliwy.

Niémans jechał bez zatrzymywania, na długich światłach, nie zważając na radary ani na ograniczenia szybkości. O ósmej rano skręcił na autostradę prowadzącą do Grenoble. Przejechał przez Saint-Martin-d’Hères, Saint-Martin-d’Uriage i na wysokości podnóża Grand Pic de Belledonne skręcił na Grenoble. Wzdłuż krętej drogi przesuwały się na przemian lasy iglaste i tereny przemysłowe. Jak zwykle na prowincji przyroda mimo swego piękna nie była w stanie zamaskować wrażenia ogólnej brzydoty.

Komisarz minął pierwsze znaki wskazujące kierunek do miasteczka uniwersyteckiego. W oddali, w zamglonym świetle pochmurnego poranka, rysowały się wysokie szczyty gór. Na kolejnym zakręcie dostrzegł leżące w dolinie miasteczko: betonowe bryły wysokich, nowoczesnych budynków, otoczone długimi trawnikami. Niémans pomyślał, że przypomina to ośrodek sanatoryjny, który dzięki swym rozmiarom mógłby uchodzić za normalne miasto.

Zjechał z drogi krajowej i skierował się ku dolinie. Po zachodniej stronie szosy zobaczył płynące w dole rzeki, które się ze sobą splatały, srebrzyście połyskując wśród ciemnych górskich zboczy. Niémans zwolnił: wstrząsnął nim dreszcz na widok lodowatych strumieni wody spływających z góry, które pieniąc się, znikały w zaroślach, żeby za moment znowu się pojawić z głośnym szumem, białe od piany.

Postanowił zboczyć trochę z drogi. Skręcił, przejechał pod sklepieniem modrzewi i sosen, skropionych poranną rosą. Po chwili znalazł się na długiej polanie, okolonej wysokim, czarnym murem skalnym.

Zatrzymał się. Wysiadł z samochodu i wyjął lornetkę. Obejrzał uważnie okolicę: stracił z oczu rzekę, ale szybko się zorientował, że strumień, dosięgnąwszy dna doliny, przepływał tuż za skalną ścianą. Mógł go nawet dostrzec w przerwach między kamieniami.

Nagle zauważył inny szczegół i nastawił ostrzej lornetkę. Nie, nie mylił się. Wrócił do samochodu, ruszył z rykiem silnika w stronę rzeczki. W jednym z uskoków skalnych znalazł fluorescencyjną żółtą taśmę, jakiej używała żandarmeria państwowa, z napisem:

PRZEJŚCIE WZBRONIONE.

3

Niémans zjechał po skalnym zboczu niżej, gdzie widać było krętą, wąską ścieżkę. Wkrótce musiał się zatrzymać. Wysiadł z wozu, przeszedł pod taśmą i dotarł do rzeki.

Nurt rzeki hamowała tu naturalna przeszkoda. Potok, który, jak oczekiwał Niémans, powinien kipieć wzburzoną pianą, rozlał się, tworząc małe jeziorko o przezroczystej, spokojnej tafli. Jak twarz, z której zniknęły wszelkie objawy gniewu. Daleko na prawo rzeka kontynuowała swój bieg i zapewne przepływała przez miasto, którego szarawe kontury widniały poniżej.

Niémans nagle się zatrzymał. Na lewo od niego jakiś człowiek przykucnął nad wodą. Komisarz odruchowo sięgnął do kabury. Trącił przy tym kajdanki, które cicho brzęknęły. Tamten odwrócił się i uśmiechnął do niego.

– Co pan tu robi? – zapytał ostro Niémans. Nieznajomy uśmiechnął się ponownie bez słowa i podniósł się, otrzepując ręce. Był to młody mężczyzna o szczupłej twarzy i rzadkich blond włosach. W zamszowej bluzie i spodniach z kantami.

– A pan? – odpowiedział zuchwałym pytaniem. Jego bezczelność rozbroiła Niémansa.

– Jestem policjantem – odparł szorstko. – Nie zauważył pan taśmy? Mam nadzieję, że ma pan jakieś wytłumaczenie…

– Éric Joisneau, policja z Grenoble. Przyjechałem, żeby zbadać teren. Trzej moi koledzy dotrą tu w ciągu dnia.

Niémans stanął obok niego na wąskim brzegu.

– Gdzie są pańscy ludzie? – zapytał.

– Dałem im pół godziny na śniadanie. – Wzruszył ramionami beztrosko. – Chciałem popracować tu w spokoju… panie komisarzu Niémans.

Niémans drgnął zaskoczony. Młody człowiek podjął pewnym siebie tonem:

– Rozpoznałem pana od razu. Pierre Niémans. Sławny łowca morderców i dilerów narkotyków. Sławny we wszystkim, czego się tylko tknie…

– Czy wszyscy inspektorzy są teraz tacy bezczelni?

Joisneau skłonił się z ironiczną miną.

– Proszę mi wybaczyć, komisarzu. Próbuję tylko odbrązowić idola. Jest pan gwiazdą, supergliną, który śni się wszystkim młodym inspektorom. Przyjechał pan tu z powodu morderstwa?

– A jak myślisz?

Młody policjant skłonił się ponownie.

– To będzie zaszczyt pracować u pańskiego boku.

Niémans spojrzał pod nogi, na lśniącą powierzchnię gładkiej wody, jakby przeszkloną przez poranne światło. W głębi rzeka zdawała się mienić zielenią nefrytu.

– Powiedz mi, co wiesz o sprawie.

Joisneau wskazał oczyma na skalną ścianę.

– Ciało było zawieszone tam na górze.

– Na górze? – powtórzył Niémans, spoglądając na skałę, której ostre występy rzucały ponury cień.

– Tak. Na wysokości piętnastu metrów. Zabójca umieścił ciało w jednym z uskoków tej skały. Ułożył je w dziwnej pozycji.

– To znaczy w jakiej?

Joisneau zgiął nogi, uniósł kolana i skrzyżował ramiona na piersi.

– Embrionalnej.

– Niebanalne.

– W tym wypadku nic nie jest banalne.

– Wspominano mi o ranach, oparzeniach – powiedział Niémans.

– Nie oglądałem jeszcze ciała, ale zdaje się, że rzeczywiście były ślady licznych tortur.

– Ofiara zmarła wskutek tortur?

– Nie ma co do tego pewności. Na szyi są także głębokie rany cięte i ślady duszenia.

Niémans znowu odwrócił się w kierunku jeziorka. Zobaczył wyraźne odbicie swojej sylwetki – ostrzyżoną głowę i niebieski płaszcz.

– A tu? Znalazłeś coś?

– Nie. Od godziny już szukam jakiegoś szczegółu, wskazówki. Na razie bez rezultatu. Moim zdaniem ofiara nie została zabita tutaj.

– Wspiąłeś się na górę?

– Tak. Nie znalazłem niczego ważnego. Morderca z pewnością dostał się na szczyt ściany z drugiej strony, a potem opuścił ciało na linie. Zszedł za pomocą drugiej liny i przymocował ciało. Zadał sobie dużo trudu, żeby ułożyć trupa w takiej wymyślnej pozycji. To niepojęte.

Niémans spojrzał jeszcze raz na chropowatą powierzchnię skały najeżonej ostrymi krawędziami. Z miejsca, gdzie stał, nie mógł dobrze ocenić odległości, ale wydawało mu się, że nisza, w której umieszczono ciało, znajdowała się w połowie wysokości ściany, tak samo daleko od ziemi jak od szczytu grzbietu. Odwrócił się gwałtownie.

– Chodźmy stąd.

– Gdzie?

– Do szpitala. Chcę obejrzeć ciało.

Na oświetlonym stole leżał trup mężczyzny, odkryty do ramion. Był skulony, jakby bał się uderzenia pioruna w twarz.

Łokcie miał wciśnięte między kolana, pięści pod brodą. Biała skóra, napięte mięśnie, ślady ran sprawiały dziwne wrażenie, jakby nie pasowały do ciała. Na szyi widoczne były długie zadrapania, jakby ktoś usiłował rozciąć gardło. Żyły na skroniach napęczniały.

Niémans podniósł wzrok na osoby obecne w kostnicy. Byli to: sędzia śledczy Bernard Terpentes – szczupły, z krótkim wąsikiem, potężnie zbudowany, o ruchach niedźwiedzia, kapitan Roger Barnes, który dowodził brygadą żandarmerii w Guernon, oraz kapitan René Vermont, oddelegowany przez sekcję poszukiwań, niewysoki, łysawy, z twarzą pokrytą trądzikiem i wąskimi szparami oczu. Joisneau stał z tyłu, z miną gorliwego stażysty.

– Czy wiadomo, kto to jest? – zapytał Niémans. Barnes zrobił krok do przodu, bardzo po wojskowemu, i odkaszlnąwszy, powiedział:

– Ofiara to Rémy Caillois, panie komisarzu. Miał dwadzieścia pięć lat. Pracował od trzech lat jako kierownik biblioteki na uniwersytecie w Guernon. Ciało zostało zidentyfikowane dziś rano przez jego żonę, Sophie Caillois.

– Czy zgłosiła jego zniknięcie?

– Wczoraj, w niedzielę, wieczorem. Mąż wybrał się poprzedniego dnia na wycieczkę w góry, na szczyt Muret. Sam, jak to czynił w każdy weekend. Czasami spędzał noc w którymś ze schronisk. Dlatego żona nie niepokoiła się, aż do wczoraj po południu i…

Barnes przerwał. Niémans odsłonił ciało ofiary.

Zapadła cisza, jakby wszystkim głos uwiązł w gardle ze zgrozy. Brzuch i klatkę piersiową ofiary pokrywały czarne rany różnej wielkości i kształtu. Widoczne były pokaleczone fioletowe wargi, wielobarwne oparzenia i coś, co przypominało plamy z sadzy. Dawało się również zauważyć zadrapania na rękach i nadgarstkach, jakby skrępowano ofiarę kablem.

– Kto znalazł ciało?

– Młoda kobieta… – Barnes zerknął do notatek. – Fanny Ferreira. Wykładowca na tym uniwersytecie. Ma zwyczaj pływać w rwącej rzece – w piance i z płetwami. To niebezpieczny sport…

– I co dalej?

– Dopłynęła do naturalnej zapory na rzece, do skały odgradzającej kampus. Wdrapując się na górę, dostrzegła w skalnej niszy ciało.

– To jej słowa?

Barnes rozejrzał się niepewnie dokoła.

– Tak, chyba tak…

Komisarz odkrył ciało w całości. Obszedł wokoło skulonego nieboszczyka, przyglądając się jego białej skórze i ostro sterczącym kościom czaszki z krótkimi włosami.

Niémans wziął świadectwo zgonu, które podał mu Barnes. Pobieżnie przebiegł wzrokiem tekst maszynopisu. Dokument został sporządzony osobiście przez dyrektora szpitala. Miejscowy lekarz nie podał godziny zgonu. Zadowolił się opisaniem widocznych ran i wywnioskował, że śmierć nastąpiła wskutek uduszenia. Żeby dowiedzieć się czegoś więcej, trzeba przeprowadzić sekcję zwłok.

– Kiedy przybędzie lekarz sądowy?

– Spodziewamy się go w każdej chwili.

Komisarz podszedł do ofiary. Pochylił się nad zmarłym i przyjrzał się rysom jego twarzy. Przystojna, młoda, z zamkniętymi oczyma, bez żadnych śladów tortur.

– Nikt nie dotykał twarzy?

– Nikt, panie komisarzu.

– Oczy miał zamknięte?

Barnes przytaknął głową. Niémans kciukiem i palcem wskazującym uniósł ostrożnie powieki ofiary. W tym momencie stała się rzecz nieoczekiwana: z prawego oka wypłynęła łza. Komisarz odskoczył gwałtownie. Zmarły płakał.

Niémans spojrzał na innych, ale nikt nie zauważył tego zadziwiającego szczegółu. Starając się zachować zimną krew, znowu uniósł powieki zmarłego. To, co zobaczył, upewniło go, że nie oszalał, że było to morderstwo z rodzaju tych, jakich boi się każdy glina lub o jakich marzy przez cały okres służby, zależnie od swojej osobowości.

Wyprostował się i zdecydowanym ruchem przykrył ciało. Mruknął do sędziego:

– Pomówmy o przebiegu śledztwa.

Bernard Terpentes wstał.

– Rozumiecie panowie, że ta sprawa może okazać się trudna i… niecodzienna. Z tego powodu postanowiliśmy z prokuratorem, że policja z Grenoble będzie współpracować z policją krajową. Sprowadziłem także obecnego tu komisarza głównego policji Pierre’a Niémansa, który przybył z Paryża. Bez wątpienia znacie jego nazwisko. Komisarz pracuje teraz w Paryżu w wydziale do walki ze stręczycielstwem. Na razie nie wiemy nic o motywach zabójstwa, być może jednak chodzi o zbrodnię na tle seksualnym. W każdym razie popełnił ją jakiś szaleniec. Doświadczenie pana Niémansa bardzo nam się przyda. Dlatego też proponuję, żeby komisarz objął kierowanie operacją…

Barnes wyraził zgodę krótkim skinieniem głowy, Vermont poszedł w jego ślady, lecz nie tak gorliwie. Natomiast Joisneau powiedział:

– Co do mnie, to nie widzę żadnych przeszkód. Kiedy jednak przybędą moi koledzy…

– Ja im wszystko wyjaśnię – przerwał mu Terpentes i zwróciwszy się do Niémansa, powiedział: – Słuchamy pana, komisarzu.

Niémans poczuł się trochę niezręcznie. Chciał jak najszybciej stąd wyjść, zająć się śledztwem i przede wszystkim być sam.

– Kapitanie Barnes, ilu ma pan ludzi? – zapytał.

– Ośmiu. Nie, przepraszam, dziewięciu.

– Czy potrafią przepytać świadków, odnaleźć jakieś wskazówki, zorganizować zapory na drodze?

– No tak… Choć, co prawda, nie robimy na ogół takich rzeczy…

– A pan, kapitanie Vermont, ilu pan ma ludzi?

– Dwudziestu – odpowiedział służbiście żandarm. – Są to ludzie doświadczeni. Przeczeszą teren, gdzie odnaleziono…

– Doskonale. Sugeruję również, żeby przepytali osoby, które mieszkają przy drogach prowadzących do rzeki, żeby złożyli wizyty w warsztatach, na dworcach, w domach sąsiadujących z parkingami samochodowymi… Caillois podczas wycieczek nocował niekiedy w schroniskach. Dotrzyjcie do nich i przeszukajcie je. Ofiara mogła być porwana z któregoś z nich.

Niémans zwrócił się do Barnesa.

– Panie kapitanie, chciałbym, żeby zebrał pan informacje z całego regionu. Do południa chcę otrzymać listę włóczęgów i bezdomnych w departamencie. Proszę sprawdzić, kto ostatnio został zwolniony z więzienia w promieniu trzystu kilometrów. Może nam się przydać wykaz kradzieży samochodów i włamań. Proszę nie zapomnieć o hotelach i restauracjach. Niech pan roześle faksem kwestionariusze z pytaniami. Chcę wiedzieć o każdym podejrzanym szczególe. Chciałbym też dostać opis wszystkich bulwersujących wydarzeń, jakie miały miejsce w Guernon w ciągu ostatnich dwudziestu lat, a które mogłyby mieć coś wspólnego z naszą sprawą.

Barnes zapisał w swoim notesie żądania komisarza. Niémans zwrócił się do Joisneau:

– Skontaktuj się z centralnym biurem informacji. Poproś ich o listę sekt, magów i wszystkich ostatnio uwięzionych w tym rejonie.

Joisneau kiwnął głową. Terpentes także milcząco wyraził swą zgodę, niczym szef, który obmyślił cały plan działania.

– Zajmiecie się tym, zanim będzie gotowy wynik sekcji zwłok – zakończył Niémans. – Nie muszę chyba panom przypominać, że należy zachować całkowite milczenie w tej sprawie. Ani słowa prasie lokalnej, w ogóle nikomu.

Rozstali się w pośpiechu, z powodu porannej mżawki, na podjeździe CHRU – szpitala uniwersyteckiego. W cieniu wysokiego budynku, który, jak się wydawało, liczył sobie przynajmniej dwa wieki, każdy wsiadł bez słowa do swego samochodu.

Rozpoczęło się polowanie.

4

Pierre Niémans i Éric Joisneau udali się od razu na uniwersytet, wzniesiony u wrót miasta. Komisarz poprosił porucznika, by poczekał na niego w bibliotece, w głównym budynku, podczas gdy on złoży wizytę rektorowi uczelni, który miał gabinet na ostatnim piętrze budynku administracyjnego, sto metrów dalej.

Wszedł do odnowionego gmachu z lat siedemdziesiątych, z wysokim stropem i ścianami w jasnym pastelowym kolorze. Na samej górze, w sali przypominającej poczekalnię, siedziała przy małym biurku sekretarka. Niémans przedstawił się i powiedział, że chciałby się widzieć z panem Vincentem Luyse’em.

Musiał poczekać kilka minut i przez ten czas obejrzał fotografie zwycięskich studentów, dzierżących puchary i medale zdobyte na trasach narciarskich lub na rwących górskich potokach.

Chwilę potem Niémans znalazł się przed obliczem rektora. Był to mężczyzna o krótkich, kędzierzawych włosach, płaskim nosie i białej cerze. Twarz Vincenta Luyse’a stanowiła ciekawą mieszaninę negroidalnych rysów i anemicznej bladości. Panujący w gabinecie półmrok przed burzą rozjaśniały co jakiś czas promienie chowającego się za chmury słońca. Rektor poprosił komisarza, by usiadł, i pocierając nerwowo ręce, zapytał:

– No i co pan powie?

– O czym?

– Odkrył pan już jakieś ślady?

– Panie rektorze, dopiero co przyjechałem. Proszę dać mi trochę czasu. Na razie chciałbym zadać panu kilka pytań.

Luyse zesztywniał na krześle, które, jak wszystkie meble w tym gabinecie wyłożonym boazerią w kolorze ochry, przypominało swym kształtem dziwny kwiat, jakby z obcej planety.

– Czy miały już miejsce jakieś niepokojące wydarzenia w pańskiej uczelni? – spytał obojętnym tonem Niémans.

– Niepokojące? Nigdy.

– Żadnych historii z narkotykami? Żadnych kradzieży, rozróbek?

– Nie.

– Nie ma żadnych band, klanów? Jakiejś grupy egzaltowanych młodych ludzi?

– Nie rozumiem, o czym pan mówi.

– Mam na myśli czarną magię i tym podobne rytuały.

– Nic takiego u nas się nie zdarza. Nasi studenci mają otwarte umysły.

Niémans milczał. Rektor taksował go wzrokiem: krótkie, na jeża ostrzyżone włosy, barczysta sylwetka, kolba MR 73 wystająca spod płaszcza. Luyse przeciągnął dłonią po twarzy, po czym, jakby sam siebie próbując przekonać, powiedział:

– Słyszałem, że jest pan doskonałym policjantem.

Niémans nadal milczał, utkwiwszy w nim wzrok. Luyse opuścił oczy i dodał:

– Chciałbym, panie komisarzu, żeby znalazł pan jak najszybciej mordercę. Wkrótce zaczynają się zajęcia…

– W tej chwili nie ma w kampusie żadnego studenta?

– Jest kilku w internacie. Mieszkają na górze, na poddaszu głównego budynku. Jest także paru profesorów, którzy przygotowują się do wykładów.

– Mógłbym poznać ich nazwiska?

– Ależ… – zawahał się na moment – nie ma problemu.

– Co może pan powiedzieć o Rémym Caillois?

– Był bibliotekarzem. Bardzo zamknięty w sobie, nie utrzymywał z nikim kontaktów.

– Czy studenci go lubili?

– No tak… Oczywiście.

– Gdzie mieszkał? W Guernon?

– Tutaj, w kampusie. Na ostatnim piętrze głównego budynku, mieszkał razem z żoną. To samo piętro zajmują studenci z internatu.

– Rémy Caillois miał dwadzieścia pięć lat. W dzisiejszych czasach to trochę za młody wiek, żeby się żenić.

– Rémy i Sophie Caillois studiowali na naszym uniwersytecie. Poznali się wcześniej, w kampusie, w szkole dla dzieci naszych profesorów. Przyjaźnili się od dziecka.

Niémans wstał gwałtownie.

– Dziękuję panu bardzo, panie rektorze.

Wyszedł pospiesznie, uciekając przed panującym w gabinecie zapachem strachu.

Książki.

W wielkiej bibliotece uniwersyteckiej, na ażurowych, metalowych półkach, wszędzie dokoła stały ułożone w doskonałym porządku, widoczne w świetle lamp neonowych, masy książek. Tomy z ciemnymi grzbietami, zdobione tłoczeniami lub srebrem. Na każdym etykietka z symbolem uniwersytetu w Guernon. Pośrodku rozległej sali stoły z plastikowymi blatami, oddzielone od siebie szklanymi ściankami. Kiedy Niémans wszedł, od razu skojarzyło mu się to z więzienną rozmównicą.

W przestronnej i jasnej sali panowała jednocześnie atmosfera całkowitego odosobnienia.

– Na tym uniwersytecie wykładają najlepsi profesorowie – poinformował go Joisneau. – Elita południowo-wschodniej Francji. Prawo, ekonomia, literatura, psychologia, socjologia, fizyka… I przede wszystkim medycyna. Wybitni naukowcy z Isère prowadzą tu zajęcia i są konsultantami w tutejszym szpitalu. Mieści się w dawnych budynkach uniwersyteckich, które zostały całkowicie przerobione. Leczy się tu ponad połowa departamentu, a w klinice położniczej urodzili się wszyscy mieszkańcy tutejszej górskiej okolicy.

Niémans słuchał go, skrzyżowawszy ręce na piersi, oparty o jeden ze stolików.

– Skąd wiesz to wszystko?

– Studiowałem tutaj – odrzekł Joisneau, wziąwszy do ręki pierwszą z brzegu książkę. – Zaczynałem na wydziale prawa… chciałem zostać adwokatem.

– I jesteś policjantem?

Porucznik spojrzał na Niémansa. W jego oczach odbijało się światło lamp.

– Kiedy miałem już robić dyplom, przestraszyłem się nagle, że się zanudzę na śmierć. Wtedy zapisałem się do szkoły policyjnej w Tuluzie. Wmawiałem sobie, że zawód policjanta wiąże się z działaniem, ryzykiem, że będzie to praca, która dostarczy mi wielu niespodzianek…

– I co, jesteś rozczarowany?

Porucznik odstawił książkę na półkę. Spoważniał.

– Nie. A zwłaszcza nie dzisiaj. – Utkwił wzrok w komisarzu. – Te zwłoki… Jak można zrobić coś takiego?

Niémans uchylił się od odpowiedzi.

– Jaka była atmosfera na uczelni? Nie działo się nic szczególnego?

– Nie. Sporo smarkaczy z rodzin mieszczańskich, z głowami pełnymi frazesów na temat życia, epoki, jedynie słusznych ich zdaniem idei… Były także dzieci chłopów i robotników. Jeszcze więksi idealiści. I bardziej agresywni. W każdym razie wszyscy zetknęliśmy się z bezrobociem, więc…

– Nie było żadnych dziwnych historii? Powstawały jakieś grupki, partyjki?

– Nie. Nic takiego. Chociaż może… Istniała swego rodzaju elita uniwersytetu. Taki mikrokosmos utworzony z dzieci wykładających tu profesorów. Niektórzy byli wyjątkowo zdolni. Zgarniali co roku wszystkie nagrody. Nawet w dyscyplinach sportowych. To nam się nie podobało.

Niémans przypomniał sobie portrety zwycięzców w poczekalni rektora Luyse’a.

– Czy ci studenci tworzyli jakąś grupę? – zapytał. – Czy mógł ich łączyć jakiś pomylony pomysł?

Joisneau roześmiał się głośno.

– Coś w rodzaju konspiracji?

Niémans wstał i podszedł do półek.

– Bibliotekarza znają wszyscy na uczelni. Jest idealnym celem. Wyobraź sobie grupę studentów opanowanych jakąś szaleńczą ideą. Ofiara… rytuał… Zastanawiając się nad wyborem kandydata na ofiarę, mogliby pomyśleć właśnie o Caillois.

– Zapomina pan, że mówiłem o prymusach. Są zbyt zajęci rywalizacją w nauce, żeby wdawać się w coś takiego.

Niémans wszedł między rzędy półek z książkami, których oprawy połyskiwały brązem i złotem. Joisneau podążał za nim krok w krok.

– Bibliotekarz – mówił dalej komisarz – to ktoś, kto pożycza książki, wie, co każdy czyta, co studiuje… Może dowiedział się czegoś, czego nie powinien wiedzieć?

– Nie zabija się człowieka w ten sposób dla… Jakie tajemnice, według pana, mogą skrywać studenci w swoich lekturach?

– Nie wiem – Niémans odwrócił się do niego gwałtownie. – Nie ufam intelektualistom.

– Ma pan jakiś pomysł? Jakieś podejrzenie?

– Nie. W tym momencie wszystko jest możliwe. Bójka. Zemsta. Jakiś wybryk inteligencików. Może homoseksualistów. Albo po prostu dokonał tego jakiś włóczęga, psychopata, który przypadkiem natrafił w górach na Caillois.

Komisarz przejechał palcami po okładkach książek.

– Nie jestem dogmatykiem, ale zaczniemy od tego. Trzeba przejrzeć stare księgi, które mogą mieć związek z tym morderstwem.

– Jaki związek?

Niémans przeszedł znowu między rzędami półek, skierował się do pulpitu bibliotekarza w drugim końcu sali, na podwyższeniu, ponad stolikami czytelników. Na pulpicie królował komputer, w szufladach ustawione były segregatory. Komisarz postukał w czarny ekran.

– Tutaj musi być wykaz wszystkich wypożyczanych książek. Zleć to swoim ludziom. Znajdź najbardziej oczytanych, jeśli w ogóle tacy istnieją. Poproś także o pomoc studentów z internatu. Niech wyszukają wszystkie książki, które poruszają problemy zła, brutalności, tortur, a także zabijania na ofiarę z pobudek religijnych. Niech zajrzą do książek dotyczących etnologii. Chciałbym, żeby zanotowali nazwiska studentów, którzy interesowali się tego rodzaju pracami. Trzeba też dowiedzieć się, na jaki temat Caillois pisał swą pracę dyplomową.

– A ja co mam robić?

– Ty przepytasz studentów z internatu. Każdego z osobna. Przebywają tutaj dniami i nocami, muszą więc znać uczelnię na wylot. Zwyczaje, nastroje, dziwne typy… Chcę wiedzieć, jak Caillois był oceniany przez innych. Zbierz też informacje o jego włóczęgach w górach. Znajdź tych, którzy mu towarzyszyli. Spróbuj wysondować, kto znał trasy jego wycieczek. Kto mógł dołączyć do niego tam na szlaku…

Joisneau spojrzał sceptycznie na komisarza. Niémans nachylił się do niego i powiedział cicho:

– Powiem ci, co tu mamy. Mamy przerażający mord, skurczonego trupa, z oznakami straszliwego cierpienia na twarzy. Wszystko to wygląda na jakieś szaleństwo. Ale na razie to nasz sekret. Mamy kilka godzin, może trochę więcej, żeby rozwiązać tę zagadkę. Potem wtrącą się media, zaczną się naciski, rozbudzą się emocje. Skoncentruj się. Zanurz się w tym koszmarze. Daj z siebie wszystko, co możesz. Tylko w ten sposób odsłonimy oblicze zła.

Porucznik robił wrażenie przestraszonego.

– Pan naprawdę uważa, że uda nam się w kilka godzin…

– Chcesz pracować ze mną, tak czy nie? – przerwał mu komisarz. – Wyjaśnię ci, jak ja to widzę. Kiedy mamy morderstwo, trzeba brać pod uwagę każdy szczegół z nim związany, jakbyś spoglądał w zwierciadło. Ciało ofiary, ludzie, którzy ją znali, miejsce zbrodni… We wszystkim tkwi część prawdy, szczególny aspekt zbrodni, rozumiesz? – Stuknął palcem w komputer. – Na przykład ten ekran. Kiedy się go włączy, pokaże nam, jak w lustrze, co robił każdego dnia Rémy Caillois, jego codzienne zajęcia, jego myśli. Znajdują się w nim szczegóły, drobne informacje, które mogą nas zainteresować. Trzeba się w to zagłębić. Spojrzeć na to z drugiej strony. – Podniósł się i rozłożył ręce. – Jesteśmy w szklanym pałacu, Joisneau, w labiryncie odbitych obrazów. Patrz więc uważnie. Bo gdzieś wśród tych luster, w jakimś ciemnym kącie kryje się morderca.

Joisneau stał z otwartymi ustami.

– Jak na praktyka snuje pan zbyt teoretyczne rozważania…

Komisarz trzepnął go dłonią po plecach.

– To nie filozofowanie, Joisneau. Po prostu takie jest życie.

– A pan, kogo pan zamierza przepytać?

– Ja? Porozmawiam z naszym świadkiem, Fanny Ferreirą. No i oczywiście z Sophie Caillois, żoną zabitego. Nic, tylko kobietki, Joisneau – mrugnął do niego. – Na tym polega praktyka.

5

Asfaltowa droga, nad którą wisiało posępne niebo, wiła się wśród budynków kampusu, z szarawymi i niebieskimi ścianami, z pordzewiałymi żaluzjami na oknach. Niémans jechał wolno – wcześniej zaopatrzył się w plan uniwersytetu – i w odpowiednim momencie skręcił w uliczkę prowadzącą do stojącego osobno gimnazjum. Dojechał do budynku z betonu, który przypominał raczej bunkier niż halę sportową. Wysiadł z samochodu i odetchnął głęboko. Siąpił drobny deszczyk.

Komisarz obrzucił spojrzeniem kampus z budynkami rozsianymi w odległości kilkuset metrów. Jego rodzice byli także nauczycielami, ale w małych szkołach na przedmieściu Lyonu. Nie pamiętał z tego nic lub prawie nic. Bardzo szybko zorientował się, że w pozornie ciepłym, przytulnym gniazdku rodzinnym panuje zakłamanie. Doszedł wówczas do wniosku, iż powinien się usamodzielnić. Im szybciej, tym lepiej. Kiedy skończył trzynaście lat, poprosił rodziców, by pozwolili mu kontynuować naukę w szkole z internatem. Nie próbowano mu tego wyperswadować, ale teraz jeszcze pamiętał dochodzący zza zamkniętych drzwi sypialni rodziców płacz matki. Nigdy nie wyzwolił się od tego wspomnienia. Wtedy właśnie zamknął się w sobie.

Cztery lata internatu. Cztery lata samotności, nauki i ćwiczeń fizycznych. Wszystkie jego nadzieje wiązały się z jednym celem, z jedną datą: wstąpieniem do wojska. Siedemnastoletni Pierre Niémans, wzorowy maturzysta, złożył podanie do szkoły oficerskiej. Kiedy lekarz wojskowy, w stopniu majora, oznajmił mu, iż nie został przyjęty, i wyjaśnił dlaczego, młody Niémans poczuł się urażony do głębi. Zdradziły go jego wewnętrzne, zbyt widoczne niepokoje. Wiedział, że już zawsze będzie mu się śnił długi korytarz bez wyjścia, zalany krwią, z wyjącymi wściekle w ciemności psami na samym końcu.

Inni chłopcy poddali się, wysłuchali pokornie orzeczenia psychiatrów. Tylko nie Pierre Niémans. Zaparł się, ponownie zaczął ćwiczyć, z jeszcze większą zaciętością i siłą woli. Ponieważ nie może być żołnierzem, wybierze inne pole walki: ulice, gdzie toczy się bitwa z pospolitym złem. Poświęci swoje siły i duszę wojnie bez laurów i sztandarów, lecz doprowadzi ją do końca. Niémans postanowił zostać policjantem. W tym celu poddawał się przez długie miesiące testom psychologicznym. Wkrótce wstąpił do szkoły policyjnej w Cannes-Écluse. Zaczęła się wówczas dla niego nowa epoka. Odnosił wyjątkowe rezultaty w strzelaniu. Nie ustawał w wysiłkach, żeby być jeszcze lepszym, jeszcze silniejszym. Stał się policjantem, który nie miał sobie równego – upartym, brutalnym, przebiegłym.

Najpierw pracował w komisariatach dzielnicowych, potem jako strzelec wyborowy znalazł się w brygadzie, z której powstała BRI – brygada dochodzeniowa i interwencyjna. Zaczęły się operacje specjalne. Zabił pierwszego człowieka. Wtedy po raz ostatni zmierzył się ze swoim własnym przekleństwem. Nigdy nie zostanie dumnym żołnierzem, walecznym oficerem. Będzie jednak nieustraszonym bojownikiem ulic, w ich przemocy i szaleństwie utopi własne lęki.

Niémans wciągnął głęboko górskie powietrze. Pomyślał o nieżyjącej od wielu lat matce. O coraz bardziej tracącej swe kształty przeszłości, o zacierających się wspomnieniach.

Nagle ujrzał biegnącego drobnym truchtem ogromnego psa, z krótką sierścią, lśniącą od mżawki. Wielkie żółte ślepia wpatrywały się w komisarza. Pies zbliżał się, kołysząc zadem. Niémans nie ruszał się. Pies był już zaledwie kilka kroków od niego. Zmarszczył wilgotny nos. Zaczął powarkiwać. Oczy mu zabłysnęły. Wyczuł strach człowieka.

Niémans stał jak sparaliżowany.

Jakaś nieznana siła skrępowała mu ręce i nogi. Zbladł jak ściana. Pies ujadał, wyszczerzając zęby. Niémans znał ten proces. Strach rodził strach i agresję. Pies szczerzył zęby, w jego gardle bulgotał ryk. Komisarz sięgnął po broń.

– Clarisse! Clarisse! Wracaj, Clarisse!

Niémans oprzytomniał. Spoza czerwonej zasłony dostrzegł siwego mężczyznę w swetrze, jaki noszą kierowcy ciężarówek. Zbliżał się szybkim krokiem.

– Czyś pan zwariował?

– Jestem z policji. Niech pan zabierze tego kundla – z trudem wydusił z siebie Niémans.

Mężczyzna był najwyraźniej oburzony.

– To rasowy pies. Chodź, Clarisse, chodź, moja maleńka.

Pan i jego zwierzę oddalili się. Niémans z trudem przełknął ślinę. W gardle czuł piekącą suchość. Pokiwał głową, schował broń i obszedł dokoła budynek. Skręcając w lewo, zmusił się do refleksji: od jak dawna nie zaglądał do swojej duszy?

Z drugiej strony budynku gimnazjum komisarz zauważył kobietę.

Fanny Ferreira stała w otwartych drzwiach i polerowała papierem ściernym czerwoną deskę. Komisarz pomyślał, że pewnie za jej pomocą pokonuje rwącą wodę potoków.

– Dzień dobry – powiedział i skłonił się na powitanie. Całkiem już doszedł do siebie.

Fanny podniosła wzrok. Miała chyba nie więcej niż dwadzieścia lat. Matowa cera, czarne kręcone włosy, drobnymi loczkami wijące się na skroniach i gęstą, ciężką kaskadą opadające na ramiona, niezwykle jasne, błyszczące oczy.

– Nazywam się Pierre Niémans, jestem komisarzem policji. Prowadzę śledztwo w sprawie morderstwa Rémy’ego Caillois.

– Pierre Niémans? – zapytała z niedowierzaniem. – A to ci dopiero. Niewiarygodne.

– Co takiego?

Głową wskazała na małe radio stojące na ziemi.

– Właśnie mówili o panu w wiadomościach. Powiedzieli, że schwytał pan dwóch morderców w Parc des Princes i przy okazji skatował jednego z nich, co raczej nie jest godne pochwały. Umie pan być jednocześnie w różnych miejscach?

– Po prostu jechałem tu całą noc.

– Co pan u nas robi? Nasi policjanci nie wystarczą?

– Powiedzmy, że jestem tu, żeby ich wesprzeć.

Fanny wróciła do swego zajęcia – zwilżyła powierzchnię deski, a potem przytrzymując ją rękami, oderwała kawałek papieru ściernego. Miała zgrabną, silną sylwetkę. Była w spodniach do nurkowania z pianki kauczukowej, w kamizelce i w butach do wspinaczki z jasnej skóry, ciasno zasznurowanych. Przymglone mżawką światło mieniło się wokół niej tęczowymi barwami.

– Wygląda na to, że nieźle zniosła pani ten szok – odezwał się znowu Niémans.

– Jaki szok?

– No… odnalezienie…

– Staram się o tym nie myśleć.

– A czy możemy o tym porozmawiać?

– W tym celu pan przyjechał, prawda?

Nie patrzyła na komisarza. Cały czas szlifowała deskę. Jej ruchy były szybkie i zdecydowane.

– W jakich okolicznościach odkryła pani ciało?

– W każdy weekend pływam na czymś takim – wskazała na przewróconą do góry dnem łódź. – W pobliżu kampusu jest skalna ściana, taka naturalna przeszkoda, która hamuje prąd rzeki, dzięki czemu można bez większych trudności wylądować. Kiedy wciągałam deskę, zauważyłam…

– Na skale?

– Tak, na skale.

– To niemożliwe. Byłem tam. Stwierdziłem, że nie sposób zauważyć czegoś na skale, na wysokości piętnastu metrów…

Fanny rzuciła papier ścierny do kosza, wytarła ręce i zapaliła papierosa. Te zwykłe gesty wzbudziły nagle u Niémansa gwałtowne pożądanie.

Młoda kobieta wypuściła z ust długą smużkę błękitnawego dymu.

– Ciało było na skale, ale ja go tam nie widziałam.

– Więc gdzie?

– Odbite w wodzie. Biała plama na powierzchni jeziora.

Z twarzy Niémansa znikło napięcie.

– Tak właśnie przypuszczałem.

– Czy to ważne dla śledztwa?

– Nie. Lubię jednak jasne sytuacje.

Niémans milczał przez chwilę, po czym znowu zapytał:

– Jest pani alpinistką?

– Skąd pan wie?

– Nie wiem… Ta okolica… Poza tym wygląda pani na bardzo wysportowaną.

Odwróciła się i uniosła ręce ku górom widniejącym wokół doliny. Po raz pierwszy się uśmiechnęła.

– Oto moje królestwo, panie komisarzu! Znam na pamięć wszystkie te góry, od Grand Pic de Belledonne do Grandes Rousses. Kiedy nie pływam po górskich potokach, wspinam się na szczyty.

– Czy umieścić ciało na skale mógł tylko alpinista?

Fanny spoważniała, obserwując rozżarzony do białości koniec papierosa.

– Niekoniecznie. Są tam naturalne stopnie. Trzeba jednak być bardzo silnym, żeby wnieść taki ciężar, nie tracąc równowagi.

– Jeden z moich inspektorów sądzi, że zabójca wspiął się z drugiej strony, mniej stromym zboczem, i dopiero potem opuścił ciało na linie.

– Musiałby nadłożyć niezły kawał drogi. – Zastanowiła się przez moment. – Prawdę mówiąc, jest jeszcze trzecia możliwość, bardzo prosta, jeśli zna się technikę wspinaczki.

– Chętnie posłucham.

Fanny Ferreira zgasiła papierosa o podeszwę buta i pstryknęła palcami.

– Proszę pójść ze mną.

Weszli do budynku, w którym mieściła się hala sportowa. W półmroku Niémans dostrzegł ułożone w stos podłogi namiotowe, poręcze, tyczki, sznury z węzłami. Fanny skierowała się pod ścianę z prawej strony.

– To moja kryjówka – powiedziała. – Latem nikt tu nie przychodzi. Mogę więc tu przechowywać moje rupiecie.

Zapaliła lampę sztormową, zawieszoną nad czymś w rodzaju warsztatu. Leżały na nim liczne narzędzia, jakieś kawałki metalu, połyskujące srebrzyście lub jaskrawymi barwami. Fanny zapaliła kolejnego papierosa.

– Co to jest? – zapytał Niémans.

– Haki, karabińczyki, trójkąty, uchwyty. Sprzęt alpinistyczny.

– I co z tego wynika?

Fanny znowu wypuściła z ust smużkę dymu.

– A to, panie komisarzu, że zabójca, dysponujący takim sprzętem i umiejący się nim posługiwać, mógłby bez trudu podnieść ciało z brzegu rzeki.

Niémans słuchał jej z założonymi na piersi rękami, oparty o ścianę. Fanny, z papierosem w ustach, grzebała w swoich rzeczach. Tym gestem bez znaczenia znowu obudziła w komisarzu pożądanie. Ta dziewczyna wyjątkowo mu się podobała.

– Mówiłam już panu, że w tej ścianie są naturalne stopnie. Dla alpinisty albo nawet dla kogoś, kto często uprawia trekking, byłoby dziecinnie łatwe wejść bez ciała.

– I co dalej?

Fanny wzięła jaskrawozielony bloczek z wieloma otworami.

– Umieszcza go pan na skale, ponad niszą.

– Jak? Za pomocą młotka? To by zabrało mnóstwo czasu!

– Pańska wiedza o alpinizmie – twarz Fanny ginęła w kłębach dymu papierosowego – jest na poziomie zerowym, panie komisarzu. – Wzięła hak leżący na stole. – Za pomocą takiego urządzenia jak to – pokazała coś w rodzaju wiertarki, tłustej od smaru – wbije pan błyskawicznie kilka haków do każdej skały. Potem umocowuje pan bloczki i już może pan unieść swego trupa. Taką technikę stosuje się przy wciąganiu plecaków w trudnych miejscach.

Niémans miał sceptyczną minę.

– Nie wchodziłem na samą górę, ale moim zdaniem nisza jest za ciasna. Nie wyobrażam sobie, w jaki sposób zabójca mógłby wciągać ciało z tak niewygodnej pozycji. Chyba że wrócimy do poprzedniego przypuszczenia, że jest to jakiś olbrzym.

– A kto mówi o wciąganiu ciała na górę? Alpinista po prostu wziąłby drugi koniec liny i zjechał na dół. Wtedy ciało samo wjechałoby na górę.

Komisarz nagle pojął, na czym polega cała ta technika, i uśmiechnął się.

– Tyle tylko, że zabójca musiałby być cięższy niż ofiara, prawda?