Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Punkty zbieżne ebook

Michael Connelly  

3.76315789473684 (38)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 442

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Punkty zbieżne - Michael Connelly

Najnowsza powieść bestsellerowego cyklu z Harrym Boschem w roli głównej! Mija pół roku, odkąd Harry Bosch rzucił pracę w policji Los Angeles. Zdecydował się na ten ruch, aby uniknąć zwolnienia dyscyplinarnego i by z pomocą ekscentrycznego adwokata Mickeya Hallera pozwać Departament Policji. I choć nie znalazł się w tej sytuacji na własne życzenie, Harry musi sam przed sobą przyznać, że ma ona pewne dobre strony. Do czasu… Pewnego dnia Haller prosi Boscha o pomoc w jednej z prowadzonych spraw. Harry znów znajduje się w dobrze znanym sobie świecie, próbując rozwikłać szczególnie zagadkowe morderstwo. Różnica polega na tym, że teraz pracuje na rzecz oskarżonego, Da’Quana Fostera. I największym problemem nie jest to, że prokuratora dysponuje „żelaznymi dowodami” obciążającymi Fostera. Po przejściu na „ciemną stronę mocy”, jak określali to byli koledzy Harry’ego, staje on w obliczu zdrady wszystkich zasad, którymi kierował się w dotychczasowej karierze zawodowej. „Pełen elegancji majstersztyk Connelly’ego z dwoma najbardziej inteligentnymi bohaterami współczesnych kryminałów”. Daily Mail „Kiedy Michael Connelly jest w formie, a w przypadku Punktów zbieżnych tak właśnie jest, po prostu nie można mu się oprzeć”. Irish Times

Opinie o ebooku Punkty zbieżne - Michael Connelly

Fragment ebooka Punkty zbieżne - Michael Connelly

Tytuł oryginału:

THE CROSSING

Copyright © 2015 by Hieronymus, Inc.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Edyta Malinowska-Klimiuk, Kamila Majewska, Maria Zając

ISBN: 978-83-8110-613-9

Książka ta nie jest oparta na faktach. Wszystkie zawarte w niej nazwiska, postacie, miejsca oraz wydarzenia są albo wytworem wyobraźni autora, albo po prostu fikcyjne, a jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, żywych bądź martwych, do przedsiębiorstw, wydarzeń oraz miejsc jest czysto przypadkowe.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Pamięci Simona Christensona

Pierwszy kwietnia –prima aprilis

Ellis i Long znajdowali się o cztery długości samochodu za motocyklem na Ventura Boulevard. Jechali w kierunku wschodnim, zbliżając się do wielkiego zakola, gdzie droga skręcała na południe i przez przełęcz dochodziła do Hollywood.

Za kierownicą siedział Ellis, co zresztą wolał, mimo że był starszy z dwójki partnerów i mógł dyktować Longowi, kto prowadzi, a kto jedzie na fotelu obok. Long spoglądał w dół na ekran swojego telefonu, na jakiś filmik wideo, i pilnował tego, co nazywali swoją inwestycją.

Samochód wydawał się sprawny. Mocny. Kierownica nie miała luzów. Ellis czuł, że w pełni kontroluje pojazd. Na pasie po prawej dostrzegł wolne miejsce i dodał gazu. Wóz wyskoczył do przodu.

Long podniósł wzrok.

– Co robisz?

– Pozbywam się problemu.

– Jakiego?

– Zanim powstanie.

Nadrobił dystans i jechał teraz tuż za motocyklem. Widział czarne buty motocyklisty i pomarańczowe płomienie, wymalowane na baku. Pasowały kolorystycznie do camaro.

Podjechał jeszcze parę metrów bliżej, a kiedy droga skręciła w prawo, pozwolił samochodowi odbić na lewy pas, pod wpływem siły dośrodkowej.

Usłyszał wrzask motocyklisty, który kopnął bok auta, a następnie ostro przyspieszył, próbując wysforować się do przodu. To był błąd. Należało przyhamować i w ten sposób się wyrwać, on tymczasem wolał dodać gazu. Ellis gotował się na kolejny ruch i wcisnął pedał akceleratora. Camaro zaszarżował na lewy pas i odciął tamtemu drogę.

Ellis usłyszał pisk hamulców i długie, przeciągłe wycie klaksonu, kiedy motocykl wjechał wprost na przeciwległe pasy jezdni. A potem wysoki, rozdzierający pisk dartej stali i nieunikniony huk metalu uderzającego o metal.

Uśmiechnął się i jechał dalej.

1

Był piątkowy ranek, co sprytniejsi ludzie zdążyli już wyjechać na weekend. Dzięki temu ruch pojazdów zmierzających do centrum znacznie się zmniejszył i Harry Bosch dotarł do sądu dość wcześnie. Zamiast poczekać na Mickeya Hallera na frontowych schodach, gdzie się umówili, postanowił poszukać prawnika we wnętrzu monolitycznej budowli, która zajmowała połowę przecznicy i na osiemnaście pięter wystrzelała w powietrze. Jednakże znalezienie Hallera nie musiało być aż tak trudne, jak sugerowała to wielkość budynku. Po przejściu przez wykrywacz metalu ustawiony w holu – nowe doświadczenie dla Boscha – detektyw wjechał windą na czternaste piętro. Tam zaczął lustrować poszczególne sale sądowe, schodząc po schodach z jednej kondygnacji na drugą. Większość sal, w których rozpatrywano sprawy karne, znajdowała się na piętrach od ósmego do czternastego. Bosch wiedział o tym, gdyż w ostatnich latach spędził w nich mnóstwo czasu.

Znalazł Hallera w Departamencie 120 na dwunastym piętrze. Właśnie trwała rozprawa, lecz bez ławy przysięgłych. Haller powiedział wcześniej Boschowi, że będzie obecny na przesłuchaniu wstępnym, które powinno się skończyć przed ich spotkaniem w porze lunchu. Harry wsunął się w ławkę na końcu galerii dla publiczności i patrzył, jak Haller zadaje pytania umundurowanemu funkcjonariuszowi policji Los Angeles, który stoi w miejscu dla świadków. Bosch nie słyszał wprawdzie początku przesłuchania, jednak najsoczystsze fragmenty grillowania go nie ominęły.

– Funkcjonariuszu Sanchez, chciałbym, żeby wymienił pan teraz po kolei wszystkie czynności, które doprowadziły do aresztowania pana Hennegana w dniu jedenastym grudnia zeszłego roku – mówił Haller. – Może zaczniemy od pańskiego grafiku zadań na tamten dzień.

Sanchez potrzebował chwili, żeby przygotować sobie odpowiedź na to – jak się wydaje – rutynowe pytanie. Bosch zauważył, że funkcjonariusz ma na rękawie trzy belki; każda symbolizowała pięć lat pracy w policji. Piętnaście lat oznaczało ogromne doświadczenie i Bosch doszedł do wniosku, że Sanchez będzie miał się przed Hallerem na baczności. Udzieli mu tylko takich odpowiedzi, które przydadzą się oskarżycielowi, nie obrońcy.

– Razem z partnerem odbywaliśmy rutynowy patrol w rejonie Siedemdziesiątej Siódmej Ulicy – odrzekł Sanchez. – Zbiegiem okoliczności w chwili zdarzenia jechaliśmy na zachód Florence Avenue.

– I pan Hennegan także podążał Florence Avenue?

– Tak, zgadza się.

– W którym kierunku?

– Też w zachodnim. Jego samochód jechał bezpośrednio przed nami.

– Dobrze, a potem co się wydarzyło?

– Zbliżyliśmy się do sygnalizacji świetlnej przy Normandie. Pan Hennegan zatrzymał się na czerwonym, a my stanęliśmy za nim. Następnie pan Hennegan włączył kierunkowskaz i skręcił w prawo, w kierunku północnym, na Normandie.

– Czy skręcając w prawo na czerwonym świetle, pan Hennegan popełnił wykroczenie drogowe?

– Nie, nie popełnił. Najpierw zupełnie się zatrzymał, a potem skręcił, po sprawdzeniu sytuacji.

Haller kiwnął głową i odhaczył coś w notatniku. Siedział tuż obok swojego klienta, ubranego w więzienny strój – pewny znak, że sprawa dotyczy poważnego przestępstwa. Bosch domyślał się, że chodzi o narkotyki i że Haller próbuje podważyć zarzuty dotyczące tego, co znaleziono w samochodzie jego klienta, dowodząc niezgodnego z prawem zatrzymania. Adwokat zadawał świadkowi pytania, siedząc w ławie obrońców. Wobec nieobecności przysięgłych sędzia nie zachowywał się jak formalista i nie wymagał, żeby stać podczas zwracania się do świadka.

– Pan również skręcił, w ślad za samochodem pana Hennegana, zgadza się? – spytał Haller.

– Owszem – potwierdził Sanchez.

– W którym momencie postanowił pan nakazać panu Henneganowi, aby zatrzymał pojazd?

– Zaraz potem. Włączyliśmy koguta, oskarżony zjechał na pobocze.

– Co się działo później?

– W chwili gdy się zatrzymał, otworzyły się drzwiczki od strony pasażera i wyskoczył z nich jakiś człowiek.

– Uciekał?

– Tak jest.

– Dokąd?

– Niedaleko jest galeria handlowa, z uliczką na tyłach. Wbiegł w tę uliczkę. Kierował się na wschód.

– Czy pan lub pański partner rzuciliście się w pościg?

– Nie, proszę pana, to byłoby wbrew regulaminowi. Rozdzielenie się jest niebezpieczne. Mój partner poprosił przez radio o wsparcie, także z powietrza. Przekazał opis mężczyzny, który uciekał.

– Z powietrza?

– Policyjny helikopter.

– Rozumiem. A co pan robił, panie Sanchez, gdy pański partner wzywał pomoc przez radio?

– Wysiadłem z radiowozu i podszedłem do zatrzymanego pojazdu od strony kierowcy. Kazałem mu wystawić ręce za okno, tak żebym je widział.

– Wyciągnął pan broń?

– Tak, wyciągnąłem.

– Co było potem?

– Poleciłem kierowcy – panu Henneganowi – wysiąść z pojazdu i położyć się na ziemi. Posłuchał. Założyłem mu kajdanki.

– Czy powiedział mu pan, dlaczego jest aresztowany?

– Wtedy nie był jeszcze aresztowany.

– Został zakuty w kajdanki, kiedy leżał twarzą do ziemi, ale pan twierdzi, że nie był aresztowany?

– Nie wiedzieliśmy, kogo zatrzymaliśmy, chodziło mi wyłącznie o bezpieczeństwo swoje i partnera. Pasażer tego samochodu uciekał, to głównie wzbudziło nasze podejrzenia.

– Więc fakt, że z pojazdu wyskoczył jakiś człowiek, stanowił katalizator dalszych wydarzeń.

– Tak jest.

Haller przerzucił kilka stron w swoim żółtym notatniku, zajrzał do zapisków, a następnie sprawdził coś w laptopie, który stał otwarty na stole obrońców. Jego klient miał spuszczoną głowę; wydawało się, że śpi.

Sędzia, który siedział tak głęboko wciśnięty w fotel, że Bosch widział ledwie czubek jego siwej głowy, odchrząknął i pochylił się, ujawniając swoją obecność na sali sądowej. Ustawiona przed nim plakietka informowała, że nazywa się Steve Yerrid. Bosch nie rozpoznawał ani nazwiska, ani jego właściciela, co o niczym jeszcze nie świadczyło, gdyż w budynku tym znajdowało się ponad pięćdziesiąt sal, obsługiwanych przez ponad pięćdziesięciu sędziów.

– Nie ma pan więcej pytań, panie Haller? – zapytał.

– Przepraszam, wysoki sądzie – odrzekł Haller. – Tylko sprawdzam coś w notatkach.

– Proszę dalej.

– Oczywiście, wysoki sądzie. – Haller najwyraźniej znalazł już to, czego szukał, i gotów był do dalszych działań. – Jak długo pan Hennegan leżał na tej ulicy, zakuty w kajdanki, funkcjonariuszu Sanchez?

– Zajrzałem do samochodu, a kiedy zyskałem pewność, że nikogo więcej w nim nie ma, wróciłem do pana Hennegana, obszukałem go – chodziło o broń – a potem podniosłem na nogi i kazałem mu usiąść na tylnej kanapie radiowozu. Dla jego własnego bezpieczeństwa oraz naszego.

– Dlaczego mówi pan o jego bezpieczeństwie?

– Jak już wspomniałem, nie wiedzieliśmy, z czym mamy do czynienia. Jeden facet ucieka, drugi zachowuje się nerwowo. Należało zapewnić wszystkim bezpieczeństwo i ustalić, o co chodzi.

– Kiedy po raz pierwszy zauważył pan, że pan Hennegan zachowuje się nerwowo, jak się pan wyraził?

– Od razu. Gdy kazałem mu wystawić ręce za okno.

– A wydając to polecenie, mierzył pan do niego z pistoletu, prawda?

– Tak.

– Okej, czyli Hennegan siedział w pańskim radiowozie, z tyłu. Poprosił go pan o zgodę na przeszukanie jego samochodu?

– Owszem, poprosiłem. Odmówił.

– Co pan zrobił po tej odmowie?

– Uruchomiłem radio i poprosiłem o psa tropiącego narkotyki.

– Do czego potrzebny jest taki pies?

– Został specjalnie przeszkolony do wykrywania narkotyków.

– No dobrze, ile czasu minęło, zanim pies dotarł na skrzyżowanie Florence i Normandie?

– Około godziny. Musiano go przywieźć z akademii, gdzie odbywał się pokaz szkoleniowy.

– Czyli przez godzinę mój klient siedział na tylnej kanapie radiowozu i czekał.

– Zgadza się.

– Oczywiście, ze względu na swoje bezpieczeństwo. I pańskie.

– Tak jest.

– Ile razy podchodził pan do radiowozu, otwierał drzwi i pytał, czy może przeszukać jego samochód?

– Dwa, może trzy razy.

– I jak brzmiała jego odpowiedź?

– Za każdym razem „nie”.

– Czy pan albo drugi funkcjonariusz kiedykolwiek zatrzymaliście pasażera, który uciekł z pojazdu?

– O ile wiem, nie. Ale już następnego dnia cała sprawa została przekazana Sekcji Antynarkotykowej Biura Południowego.

– A kiedy pies wreszcie dotarł na miejsce, co się wydarzyło?

– Przewodnik obszedł z nim pojazd należący do podejrzanego. Pies podniósł alarm koło bagażnika.

– Jak się wabił?

– Chyba Cosmo.

– Jakim pojazdem poruszał się pan Hennegan?

– Starą toyotą camry.

– A więc Cosmo powiedział wam, że w bagażniku są narkotyki.

– Tak jest.

– Otworzył pan bagażnik.

– Alarm wszczęty przez psa uznaliśmy za wystarczający powód do przeszukania bagażnika.

– I znalazł pan narkotyki, funkcjonariuszu Sanchez?

– Znaleźliśmy torebkę z czymś, co wyglądało na metamfetaminę, a także worek pieniędzy.

– Ile było tej metamfetaminy?

– Jeden przecinek zero dziewięć kilograma, jak się okazało.

– A pieniędzy?

– Osiemdziesiąt sześć tysięcy dolarów.

– W gotówce?

– Wyłącznie w gotówce.

– I wtedy aresztował pan pana Hennegana za posiadanie narkotyków z zamiarem ich sprzedaży, zgadza się?

– Tak, aresztowaliśmy go, odczytaliśmy mu jego prawa, a następnie zabraliśmy do aresztu w Biurze Południowym.

Haller kiwnął głową. Znów zaglądał w swój notes. Bosch wiedział, że adwokat musi mieć jakiegoś asa w rękawie. Ujawnił go, gdy sędzia kazał mu się pospieszyć z procedowaniem.

– Funkcjonariuszu, wróćmy do samego zatrzymania pojazdu. Zeznał pan, że pan Hennegan skręcił w prawo na czerwonym świetle po tym, jak wcześniej zatrzymał swój samochód i odczekał, aż droga będzie wolna. Czy dobrze zrozumiałem?

– Tak, to się zgadza.

– I że było to zgodne z przepisami ruchu drogowego, czy tak?

– Tak.

– Skoro zatem zrobił on wszystko prawidłowo, dlaczego włączył pan koguta i kazał mu zjechać na pobocze?

Sanchez zerknął szybko na prokuratora, który siedział za stołem naprzeciwko Hallera. Jak dotąd oskarżyciel milczał, lecz Bosch widział, że w czasie składania zeznań przez policjanta cały czas robił notatki.

Zerknięcie to podpowiedziało Harry’emu, że Haller trafił w czuły punkt.

– Wysoki sądzie, czy może wysoki sąd poprosić świadka, aby odpowiedział na moje pytanie, a nie szukał pomocy u pana prokuratora? – ponaglił Haller.

Sędzia Yerrid znów pochylił się i kazał Sanchezowi odpowiedzieć. Sanchez poprosił o powtórzenie pytania, co też Haller uczynił.

– To było w okolicach Bożego Narodzenia – powiedział policjant. – W tym okresie roku zawsze wręczamy indykowe mandaty. Zatrzymałem ich, żeby dać im taki właśnie mandat.

– Indykowe mandaty? – zdziwił się Haller. – Cóż to takiego?

2

Bosch z przyjemnością oglądał ten show à la Prawnik z lincolna. Haller ze znawstwem wyciągnął wszystkie szczegóły aresztowania, trafiając w piętę achillesową oskarżenia, i miał właśnie zamiar odpowiednio ów fakt wykorzystać. Harry domyślał się już, dlaczego prokurator przez cały czas milczał. Nic nie mógł poradzić przeciwko faktom. Wszystko sprowadzało się jedynie do tego, jak przedstawi je później sędziemu.

– Co to jest indykowy mandat, funkcjonariuszu Sanchez? – ponowił pytanie Haller.

– Cóż, w południowym Los Angeles działa sieć marketów o nazwie Little John’s. Co roku w okolicach Święta Dziękczynienia i Bożego Narodzenia dają nam kupony upominkowe na zakup indyka. A my je rozdajemy ludziom.

– Jako prezenty? – upewnił się Haller.

– Tak, jako prezenty – odrzekł Sanchez.

– Na jakiej podstawie decydujecie, kto ma je dostać?

– Zwracamy uwagę na porządnych kierowców, osoby zachowujące się tak, jak należy.

– Na przykład na kierowców, którzy przestrzegają przepisów ruchu drogowego?

– Właśnie.

– Więc w tym wypadku kazaliście panu Henneganowi zjechać na pobocze, gdyż na czerwonym świetle zachował się, jak należy?

– Tak.

– Innymi słowy, zatrzymał pan pana Hennegana za to, że nie złamał prawa, zgadza się?

Sanchez znów spojrzał na prokuratora, licząc na jakąś pomoc. Nie doczekał się i sam musiał się zmagać z odpowiedzią.

– Nie wiedzieliśmy, że złamał prawo. Ustaliliśmy to dopiero, gdy jego kolega wyskoczył z wozu i gdy znaleźliśmy narkotyki oraz pieniądze.

Nawet Bosch uznał to tłumaczenie za żałosne. Ale Haller nie zamierzał odpuścić.

– Funkcjonariuszu Sanchez – powiedział. – Ujmę to bardzo konkretnie: zanim uruchomił pan sygnalizację świetlną oraz syrenę w radiowozie w celu zatrzymania pana Hennegana, pan Hennegan nie popełnił żadnego wykroczenia, ani też nie zrobił nic nielegalnego. Zgadza się?

Sanchez wymamrotał odpowiedź:

– Zgadza.

– Proszę powtórzyć to wyraźnie do protokołu – polecił Haller.

– Zgadza się – powiedział Sanchez głośno, poirytowanym tonem.

– Nie mam więcej pytań, wysoki sądzie.

Sędzia zapytał prokuratora – zwracając się doń per „panie Wright” – czy chce przesłuchać świadka, lecz Wright się poddał. Z faktami się nie dyskutuje, żadne pytanie, które zdołałby zadać, nie byłoby w stanie ich zmienić. Sędzia odprawił funkcjonariusza Sancheza, po czym zwrócił się do obu prawników.

– Czas na pański wniosek, mecenasie Haller – rzekł. – Czy jest pan gotów do przedstawienia swojej argumentacji?

Nastąpiła krótka dyskusja: Haller odrzekł, że chciałby procedować dalej na podstawie ustnej argumentacji, którą przygotował, na co Wright odparł, że wolałby otrzymać ją na piśmie. Sędzia Yerrid poparł Hallera, mówiąc, że chce teraz usłyszeć jego stanowisko, a dopiero potem zdecydować, czy pisemna argumentacja będzie konieczna.

Haller wstał i podszedł do pulpitu, który znajdował się między prokuratorem a ławą obrońcy.

– Powiem krótko, wysoki sądzie, ponieważ moim zdaniem fakty w tej sprawie są całkowicie jednoznaczne. Należy uznać, że podstawa prawna do zatrzymania mojego klienta nie tylko była niewystarczająca, lecz nawet nie istniała. Pan Hennegan przestrzegał wszystkich przepisów ruchu drogowego, pod żadnym względem nie zachowywał się podejrzanie. A tymczasem funkcjonariusz Sanchez i jego partner włączyli światła ostrzegawcze oraz syrenę i kazali mu zjechać na pobocze.

Haller przyniósł ze sobą jakąś opasłą prawniczą księgę, którą położył na pulpicie. Zerknął teraz do niej, na zaznaczony wcześniej fragment tekstu, po czym kontynuował:

– Wysoki sądzie, czwarta poprawka do konstytucji określa, że tego rodzaju zatrzymanie i przeszukanie może odbyć się tylko na podstawie nakazu, wydanego przez uprawnione do tego organa. Wyjątek stanowią naprawdę szczególne okoliczności, gdy istnieje uzasadnione podejrzenie, że doszło do złamania prawa, lub graniczące z pewnością prawdopodobieństwo, iż osoby znajdujące się w danym pojeździe popełniły przestępstwo. W tym przypadku żadna z powyższych okoliczności nie wystąpiła. Czwarta poprawka nakłada na władze zdecydowane ograniczenia, jeśli chodzi o egzekwowanie wspomnianego prawa. Rozdawanie kuponów na zakup indyka nie jest właściwym sposobem realizowania konstytucyjnych uprawnień. Pan Hennegan nie popełnił najmniejszego wykroczenia drogowego i – jak przyznał sam funkcjonariusz, który dokonał aresztowania – przed zatrzymaniem prowadził pojazd w sposób absolutnie właściwy. Nie jest istotne, co znaleziono później w bagażniku jego samochodu. Władze pogwałciły prawo mojego klienta do ochrony przed bezprawnym przeszukaniem i zatrzymaniem. – Haller przerwał, prawdopodobnie próbując ocenić, czy musi dodać coś więcej. – Ponadto – rzekł po chwili – owa godzina, którą pan Hennegan spędził zamknięty na tylnym siedzeniu radiowozu funkcjonariusza Sancheza, oznacza areszt bez nakazu sądowego oraz bez wyraźnych przesłanek i jako taki również stanowi złamanie praw mojego klienta do ochrony przed bezprawnym przeszukaniem i zatrzymaniem. To owoc zatrutego drzewa, wysoki sądzie. Zatrzymanie było czymś złym. Wszystko, co się z nim wiąże i z niego wypływa, jest tym samym skażone. Dziękuję.

Haller wrócił na swoje miejsce i usiadł. Jego klient nie dawał po sobie poznać, że słuchał tej argumentacji ją i zrozumiał.

– Panie Wright? – powiedział sędzia.

Prokurator wstał i niechętnie zbliżył się do pulpitu. Bosch nie miał wykształcenia prawniczego, ale dysponował solidnym doświadczeniem i wiedzą na temat prawa. Było dlań jasne, iż postępowanie przeciwko Henneganowi nie idzie dobrze.

– Wysoki sądzie – zaczął Wright. – Codziennie, przez okrągły tydzień, funkcjonariusze policji mają do czynienia z różnymi obywatelami. Niekiedy spotkania te kończą się aresztowaniem. Jednak zgodnie z orzeczeniem Sądu Najwyższego, „nie każda bezpośrednia styczność pomiędzy funkcjonariuszami policji a obywatelami musi kończyć się zatrzymaniem”. Tu właśnie mamy do czynienia z taką bezpośrednią stycznością policjanta z obywatelem – doszło do niej z powodu chęci wynagrodzenia dobrego zachowania. A to, że wypadki potoczyły się w zupełnie innym kierunku i powstały nowe okoliczności uzasadniające podjęcie działań przez funkcjonariuszy, wynika z faktu ucieczki pasażera z pojazdu oskarżonego. Był to zasadniczy element, który zmienił obraz sytuacji. – Wright zerknął do żółtego notatnika, który przyniósł na pulpit. Znalazł odpowiednie miejsce i kontynuował. – Oskarżony jest dilerem narkotyków. Dobre intencje policjantów, którzy go zatrzymali, nie powinny stanowić przeszkody w dalszym postępowaniu. Sąd ma w tym zakresie pełną swobodę decyzji, ale funkcjonariusz Sanchez i jego partner nie mogą ponieść kary za to, że wykonywali swoje obowiązki wzorowo.

Wright usiadł. Bosch wiedział, że argumentacja ta sprowadzała się właściwie do zdania się na łaskę sądu. Haller wstał, gotowy do odpowiedzi.

– Wysoki sądzie, chciałbym podkreślić tylko jedną rzecz. Pan Wright się myli. Cytuje orzecznictwo, ale pomija ów fragment, który mówi, że gdy funkcjonariusz policji – siłą fizyczną lub mocą nadanej mu władzy – zatrzymuje jakiegoś obywatela, dochodzi do aresztowania. Jakby pan prokurator posługiwał się suwakiem logarytmicznym i ustawiał fakt zatrzymania względem prawdopodobnej przyczyny. Twierdzi, że zatrzymanie nastąpiło dopiero wtedy, gdy pasażer wyskoczył z samochodu pana Hennegana, kiedy już istniały ku temu przesłanki. Lecz logika ta nie ma sensu, wysoki sądzie. Kogut na radiowozie oraz dźwięki syreny, które uruchomił funkcjonariusz Sanchez, zmusiły pana Hennegana do zjazdu na pobocze. Aby jednak mogło dojść do aresztowania, pod jakimkolwiek zarzutem, muszą zajść stosowne przesłanki do zatrzymania pojazdu. Obywatele mają prawo do swobodnego podróżowania i niczym niezakłóconego poruszania się po całym kraju. Zmuszanie ich do zatrzymania się i rozmowy stanowi pogwałcenie tego prawa. Krótko mówiąc, indykowy mandat nie stanowi żadnej podstawy do takich działań. W tej sprawie postąpiono niezgodnie z prawem, wysoki sądzie. Dziękuję.

Zadowolony ze swego przemówienia, Haller wrócił na miejsce. Wright nie wstawał, żeby przemówić. Swoją argumentację, lub właściwie to, co z niej zostało, przedstawił już wcześniej w całości.

Sędzia Yerrid pochylił się ponownie i odchrząknął prosto do mikrofonu, powodując w całej sali głośną eksplozję. Hennegan wyprostował się gwałtownie, dowodząc, że istotnie przespał całe przesłuchanie, które mogło zadecydować o jego losie.

– Przepraszam – rzekł Yerrid, gdy grzmot już ucichł. – Po wysłuchaniu zeznań świadka oraz argumentacji stron, sąd przychyla się do wniosku o oddalenie powództwa. Materiał dowodowy znaleziony w bagażniku…

– Wysoki sądzie! – krzyknął Wright, zrywając się z miejsca. – Proszę o uzasadnienie. – Rozłożył szeroko ręce, jakby zaskoczony decyzją sądu, której musiał się z całą pewnością spodziewać. – Wysoki sądzie, bez uznania materiału dowodowego z bagażnika pojazdu oskarżenie nie ma żadnych podstaw. Czy narkotyki i pieniądze zostały przez sąd zignorowane?

– Właśnie to chcę powiedzieć, panie Wright. Nie było wystarczających przesłanek do zatrzymania tego samochodu. Jak określił to pan Haller, mamy do czynienia z owocem zatrutego drzewa.

Wright wskazał bezpośrednio na Hennegana.

– Wysoki sądzie, ten człowiek to diler narkotyków. Ponosi współodpowiedzialność za plagę trapiącą nasze miasto i społeczeństwo. A wysoki sąd pozwala mu wrócić do…

– Panie Wright! – warknął sędzia do mikrofonu. – Sąd nie ponosi odpowiedzialności za błędy prokuratury.

– Prokuratura wniesie zażalenie w ciągu dwudziestu czterech godzin.

– Ma takie prawo. Będę bardzo ciekaw, czy uda się panu sprawić, żeby czwarta poprawka zniknęła.

Wright spuścił nisko głowę. Haller wykorzystał okazję, aby wstać i posypać rany prokuratora solą.

– Wysoki sądzie, wnoszę o oddalenie zarzutów przeciwko mojemu klientowi. Brak jakichkolwiek dowodów uzasadniających akt oskarżenia.

Yerrid skinął głową. Wiedział, że ten moment nadejdzie. Postanowił okazać Wrightowi odrobinę miłosierdzia.

– Gruntownie rozważę ten wniosek, panie Haller, poczekam też, czy prokuratura istotnie złoży zażalenie. Czy coś jeszcze, panowie?

– Nie, wysoki sądzie – rzekł Wright.

– Tak, wysoki sądzie – powiedział Haller. – Mój klient przebywa w areszcie, a kaucja wynosi pół miliona dolarów. Proszę o jego zwolnienie do czasu rozpatrzenia wniosku o oddalenie zarzutów lub zażalenia.

– Zgłaszam sprzeciw – odezwał się Wright. – Wspólnik tego człowieka uciekł. Wszystko wskazuje na to, że Hennegan zrobi to samo. Jak już mówiłem, zgłosimy wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy.

– Skoro tak pan twierdzi – powiedział sędzia. – Wezmę pod rozwagę kwestię zasadności kaucji. Zobaczymy, co zrobi oskarżenie. Panie Haller, zawsze może pan wnieść o ponowne rozpatrzenie pańskiego wniosku, jeśli prokuratura okręgowa będzie się ociągać. – Yerrid dawał Wrightowi do zrozumienia, żeby nie grał na zwłokę, bo w przeciwnym razie on podejmie stosowne kroki. – Skoro nie ma już nic więcej, odraczam postępowanie – rzekł sędzia.

Yerrid odczekał chwilę na reakcję obu prawników, a potem wstał i wyszedł zza swojego potężnego biurka. Zniknął za drzwiami, znajdującymi się za stanowiskiem protokolanta.

Bosch patrzył, jak Haller klepie Hennegana w ramię i pochyla się, aby mu wyjaśnić, jak wielkie zwycięstwo właśnie odniósł. Lecz stanowisko sądu nie oznaczało jeszcze, że Hennegan za chwilę wyjdzie z tej sali lub z aresztu tanecznym krokiem. Absolutnie nie. Sprawa dopiero się zaczynała. Prokuratura niewątpliwie odniosła rany, z których łatwo się nie wyliże. Jednak dopóki Hennegan pozostawał za kratkami, oskarżyciel publiczny wciąż miał pole manewru. Wright mógł na przykład zaproponować zmianę kwalifikacji czynu na łagodniejszą w zamian za przyznanie się do winy. Hennegan stanąłby wówczas przed perspektywą spędzenia w zakładzie karnym nie wielu lat, lecz paru miesięcy, a prokuratura uzyskałaby skazanie, czyli wygrałaby sprawę.

Bosch wiedział, że tak właśnie działa ten system. Prawo można nagiąć. Jeśli chodzi o prawników, zawsze potrafią się dogadać i dobić targu. Sędzia oczywiście też był tego świadomy. Sprawa, którą prowadził, w zasadzie pozostawała rozstrzygnięta. Wszyscy na sali sądowej zdawali sobie sprawę, że Hennegan jest dilerem narkotyków. Jednak aresztowanie przeprowadzono niezgodnie z procedurami, dlatego materiał dowodowy się nie liczył. Trzymając Hennegana w areszcie, sędzia dawał czas na opracowanie rozwiązania, które uniemożliwiłoby dilerowi wymknięcie się sprawiedliwości. Wright szybko spakował swoją aktówkę i odwrócił się w stronę wyjścia. Idąc ku drzwiom, rzucił okiem na Hallera i powiedział, że będą w kontakcie.

Haller skinął głową i dopiero wtedy zauważył Boscha. Szybko skończył rozmowę ze swoim klientem. Strażnik sądowy podszedł, żeby zabrać Hennegana do aresztu.

Niedługo potem Haller przeszedł przez drzwi, za którymi czekał na niego Bosch.

– Ile z tego zrozumiałeś? – spytał.

– Wystarczająco dużo – odpowiedział Bosch. – Usłyszałem, że „pan Wright się myli”1.

Haller wyszczerzył zęby.

– Czekałem całe lata, żeby dostać go jako przeciwnika i móc mu to powiedzieć.

– Powinienem ci chyba pogratulować.

Haller skinął głową.

– Prawdę mówiąc, coś takiego nie zdarza się zbyt często. Na palcach obu rąk mógłbym policzyć, ile razy udało mi się doprowadzić do oddalenia zarzutów.

– Mówiłeś o tym swojemu klientowi?

– Subtelności prawa dziwnym trafem go nie interesują. Chce tylko wiedzieć, kiedy go wypuszczą.

3

Zjedli w restauracji Traxx na Union Station. Było to przyjemne miejsce, blisko budynku sądu, w porze lunchu ulubione przez sędziów i prawników. Kelnerka znała Hallera i nie trudziła się podawaniem mu menu. Po prostu zamówił to, co zwykle. Bosch zajrzał szybko do jadłospisu i wybrał hamburgera z frytkami, rozczarowując tym Hallera.

Wcześniej po drodze rozmawiali o sprawach rodzinnych. Bosch i Haller byli przyrodnimi braćmi i mieli córki w tym samym wieku. Dziewczęta planowały zamieszkać w jednym pokoju od września, jako studentki Chapman University w hrabstwie Orange. Obie dostały się na tę uczelnię, nie mając pojęcia o zamiarach tej drugiej; dowiedziały się o tym dopiero, gdy opublikowały na swoich profilach na Facebooku pisma potwierdzające przyjęcie na studia. Tak powstał plan wspólnego zamieszkania w jednym pokoju. Ojcowie byli z niego zadowoleni, ponieważ zdawali sobie sprawę, że połączywszy siły, łatwiej będą mogli dbać o córki i monitorować, jak dostosowują się do studenckiego życia.

Gdy siedzieli przy stoliku obok okna z widokiem na przepastną halę dworcową, nadszedł czas, aby przejść do rzeczy. Bosch oczekiwał bowiem najnowszych informacji w sprawie, którą Haller dla niego prowadził. W minionym roku Harry został zawieszony jako funkcjonariusz policji Los Angeles pod mocno naciąganym zarzutem, że otworzył zamek w gabinecie pewnego kapitana i dorwał się do starych kronik kryminalnych w związku z prowadzonym przez siebie śledztwem dotyczącym zabójstwa. Była wtedy niedziela, a Bosch nie chciał czekać do następnego dnia, aż kapitan przyjdzie do pracy. Właściwie nic poważnego, lecz wykroczenie to mogło stanowić pretekst do wszczęcia procedury usunięcia go ze stanowiska.

Co ważniejsze, w okresie zawieszenia Bosch nie otrzymywał pensji, a to oznaczało również wstrzymanie wpłat na rzecz Opcjonalnego Planu Odroczenia Emerytalnego (DROP). Nie miał więc ani wynagrodzenia, ani dostępu do środków zgromadzonych w DROP, a jednocześnie musiał walczyć o przywrócenie do pracy i stanąć przed Komisją Dyscyplinarną – obliczał, że zajmie to minimum pół roku, czyli zakończenie całej sprawy nastąpi już po przewidywanym terminie jego przejścia na emeryturę. Nie mając pieniędzy na bieżące wydatki oraz na opłacenie studiów córki, Bosch zdecydował się więc zostać emerytem od razu, aby móc korzystać ze środków z DROP. Następnie zatrudnił Hallera, który wniósł pozew przeciwko miastu, zarzucając departamentowi policji podjęcie niezgodnych z prawem działań, które miały zmusić Harry’ego do odejścia.

Haller poprosił go o spotkanie twarzą w twarz, dlatego Bosch nie spodziewał się dobrych wiadomości. Wcześniej prawnik przekazywał mu najnowsze informacje przez telefon. Harry domyślał się, że coś się stało.

Postanowił odłożyć dyskusję nad własną sprawą i na moment powrócić do przesłuchania, które skończyło się przed chwilą.

– Musisz być bardzo z siebie dumny, że wyciągnąłeś tego dilera narkotykowego – powiedział.

– Wiesz równie dobrze jak ja, że on wcale nie wyjdzie – odparł Haller. – Sędzia nie miał wyboru. Teraz prokuratura zmieni kwalifikację czynu i mój facecik i tak odsiedzi swoje.

Bosch pokiwał głową.

– Ale ta gotówka w bagażniku – rzekł. – Jestem pewien, że to się odbije rykoszetem. Ile wynosi twoje wynagrodzenie? Jeśli wolno spytać.

– Pięćdziesiąt tysięcy plus samochód – odpowiedział Haller. – Nie będzie go potrzebował za kratkami. Mam kogoś, kto się tym zajmie. Likwidatora. Po sprzedaży wozu dostanę dodatkowych kilka tysięcy.

– Nieźle.

– Nieźle, jeśli wszystko dostanę. Muszę opłacać rachunki. Hennegan wynajął mnie, ponieważ zobaczył moje nazwisko na reklamie na przystanku autobusowym właśnie tam, na skrzyżowaniu Florence i Normandie. Siedząc na tylnej kanapie radiowozu, do którego go wsadzili. Zapamiętał mój numer telefonu. W całym mieście mam sześćdziesiąt takich reklam na przystankach, co kosztuje mnie niezłą kasę. Muszę tankować bak, Harry.

Bosch nalegał wcześniej, że zapłaci Hallerowi za jego pracę nad swoim pozwem, lecz jego propozycja nie sięgała takich stratosferycznych wyżyn jak potencjalna zapłata od Hennegana. Haller mógł jeszcze obniżyć koszty własne, zlecając pracownikowi załatwianie wszelkich czynności pozasądowych. Nazywał to rabatem dla przedstawicieli organów ścigania.

– Skoro o forsie mowa: wiesz, ile Chapman będzie nas kosztował? – zapytał Haller.

Bosch kiwnął głową.

– Sporo – rzekł. – Nie zarobiłem tyle przez pierwsze dziesięć lat mojej pracy jako glina. Ale Maddie ma dwa stypendia. Hayley coś sobie załatwiła?

– Tak, dobrze jej poszło. Każde wsparcie bardzo się przyda.

Bosch pokiwał głową, jakby omówili już wszystko i ich spotkanie zmierzało ku końcowi.

– No dobra, dawaj te złe wieści – powiedział. – Zanim przyjdzie żarcie.

– Jakie złe wieści? – zapytał Haller.

– Nie wiem. Ale pierwszy raz chciałeś się ze mną spotkać osobiście. Zakładam, że coś jest nie tak.

Haller pokręcił głową.

– Och, nawet nie zamierzam gadać o tym sporze z policją Los Angeles. Sprawa się wlecze, ale nadal trzymamy ich w narożniku. Chciałem porozmawiać o czymś innym. Chcę cię wynająć, Harry.

– Wynająć mnie. To znaczy?

– Wiesz, że prowadzę sprawę Lexi Parks, prawda? Że bronię Da’Quana Fostera?

Boscha zaskoczył ten niespodziewany zwrot w rozmowie.

– No tak, reprezentujesz Fostera. Co to ma wspólnego z…

– Cóż, Harry, proces sądowy rozpoczyna się za sześć tygodni, a ja mam gówno, a nie materiał, który mógłbym wykorzystać do obrony klienta. Stary, on tego nie zrobił, ale ten wasz cudowny system wymiaru sprawiedliwości rozpierdala go na kawałki. Jeśli czegoś nie zrobię, skażą go za zabójstwo. Chcę cię wynająć, żebyś dla mnie pracował.

Haller pochylił się nad stołem, z naleganiem. Bosch bezwiednie się cofnął. Wciąż odnosił wrażenie, że jest jedynym facetem w tej restauracji, który nie wie, co się dzieje na świecie. Od przejścia na emeryturę zatracił wiedzę o bieżących rozgrywkach w tym mieście. Nazwiska Lexi Parks i Da’Quana Fostera tkwiły gdzieś na peryferiach jego świadomości. Słyszał, że jest taka sprawa i w dodatku poważna. Lecz ostatnie pół roku starał się trzymać z dala od tych artykułów w gazetach i programów w telewizji, które przypominałyby mu o misji, jaką realizował przez blisko trzydzieści lat – o łapaniu morderców. Udało mu się to tak bardzo, że wziął się nawet za od-dawna-planowany-lecz-nigdy-niezrealizowany projekt remontu starego motocykla marki Harley-Davidson, który rdzewiał i kurzył się w jego garażu od prawie dwudziestu lat.

– Ale przecież ty już masz dochodzeniowca – powiedział Bosch. – Tego wielkiego faceta o wielkich rękach. Motocyklistę.

– No tak, Cisco, tylko że Cisco jest na zwolnieniu i nie może zajmować się sprawą taką jak ta – odrzekł Haller. – Zabójstwo zdarza mi się może raz na dwa lata. To wziąłem tylko dlatego, że Foster to mój długoletni klient. Potrzebuję twojej pomocy, Harry.

– Na zwolnieniu? Co mu się stało?

Haller potrząsnął głową, jakby coś sprawiło mu ból.

– Facet codziennie jeździł na harleyu, lawirował między samochodami, jak mu się podobało. Zakładał taki supernowoczesny kask, który – jeśli chodzi o ochronę karku – okazał się totalnym gównem. Mówiłem mu, że to tylko kwestia czasu. Prosiłem o prawo pierwszeństwa do jego wątroby. Nie bez powodu motocyklistów nazywają dawcami organów. Nieważne, jak ty dobrze jeździsz – w ruchu drogowym uczestniczą też inni.

– Więc co się stało?

– Któregoś wieczoru, nie tak dawno, pędził po Ventura. Natknął się na jakiegoś buraka, który zablokował go i zmusił do wjechania w nurt pojazdów z przeciwnej strony. Zrobił unik, ale przy drugim samochodzie musiał już położyć motocykl – to stary model, bez przednich hamulców. Przeleciał na dupie całe skrzyżowanie. Na szczęście miał skórzany skafander, dlatego otarcia nie były aż tak paskudne, ale poszło mu wiązadło krzyżowe przednie. Leczą go teraz, podobno chcą mu wymienić całe kolano. Nieważne. Rzecz w tym, że Cisco to świetny dochodzeniowiec pracujący dla obrońców, ale właśnie wypadł z gry. Potrzebuję doświadczonego detektywa z Wydziału Zabójstw. Harry, jeżeli mój klient pójdzie siedzieć, ja tego nie przeżyję. Niewinni klienci pozostawiają blizny, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi.

Przez dłuższą chwilę Bosch wpatrywał się w Hallera pustym wzorkiem.

– Ja już mam swój projekt – rzekł w końcu.

– To znaczy? Jakąś sprawę? – spytał Haller.

– Nie, motocykl. Remont.

– O Jezu, ty też?

– To harley z roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego, taki sam, jakim jeździł Lee Marvin w filmie Dziki. Dostałem go od człowieka, z którym kiedyś współpracowałem. Dwadzieścia lat temu zapisał mi ten motor w testamencie, a potem skoczył z urwiska w Oregonie. Od tej pory trzymam maszynę w garażu.

Haller machnął ręką lekceważąco.

– Długo czekała, może poczekać jeszcze trochę. A tu chodzi o niewinnego człowieka. Nie wiem, co robić. Jestem zdesperowany. Nikt mnie nie słucha i…

– To wszystko przekreśli.

– Co?

– Jeśli zajmę się jakąś sprawą dla ciebie – nie tylko dla ciebie, ale dla każdego obrońcy – to zniweczę wszystko, czego dokonałem, pracując jako policjant.

Haller przybrał sceptyczny wyraz twarzy.

– Daj spokój. To po prostu śledztwo. A nie…

– Przeciwnie. Wiesz, jak nazywają faceta, który z Wydziału Zabójstw przechodzi na drugą stronę? Nazywają go „Jane Fonda”, jak ta aktorka, która popierała Wietnam Północny. Kumasz? To przejście na ciemną stronę mocy.

Haller zerknął przez okno na wnętrze poczekalni. Była pełna ludzi, którzy przyjeżdżali pociągami Metrolink; tory biegły ponad dachem restauracji.

Nim zdążył coś powiedzieć, kelnerka przyniosła jedzenie. Przez cały czas, gdy rozkładała przed nimi talerze i napełniała ich szklanki mrożoną herbatą, wpatrywał się w Boscha siedzącego po drugiej stronie stolika. Kiedy poszła, Harry odezwał się pierwszy.

– Słuchaj, to nic osobistego – gdybym w ogóle miał to dla kogoś zrobić, to chyba tylko dla ciebie.

To była prawda. Obaj urodzili się jako synowie legendarnego adwokata z Los Angeles, wychowywali się jednak wiele kilometrów i jakby kilka pokoleń od siebie. Poznali się zaledwie parę lat temu. Mimo faktu, że Haller zajmował względem Boscha przeciwną stronę ringu, by tak rzec, Harry lubił go i szanował.

– Przykro mi, stary – ciągnął. – Wiesz, jak jest. Nie chodzi o to, że się nawet nie zastanawiałem. Ale jest pewna granica, której nigdy nie przekroczę. Nie ty pierwszy mnie o to prosisz.

Haller kiwnął głową.

– Rozumiem. Tylko że ja proponuję ci coś innego. Mam pewność, że mój klient został w to morderstwo wrobiony. Jest też DNA, z którym nie wiem, co zrobić. Faceta skażą, jeśli nie znajdę kogoś takiego jak ty, kto mi pomoże…

– Daj spokój, Haller, nie ośmieszaj się. Każdy adwokat w każdym sądzie mówi takie rzeczy codziennie. Wszyscy klienci są niewinni. Każdy klient został wrobiony. Słyszałem to przez trzydzieści lat, ilekroć usiadłem w sali sądowej. Ale wiesz co? Nigdy potem nie zastanawiałem się nad tymi, których wsadziłem do paki. Każdy z nich powtarzał, że nie dopuścił się zarzucanego mu czynu.

Haller nie odpowiedział, Bosch miał więc czas, żeby wziąć pierwszy kęs jedzenia. Było smaczne, ale rozmowa zepsuła mu apetyt. Haller zaczął mieszać widelcem w sałatce, nie biorąc niczego do ust.

– Słuchaj, proszę tylko, żebyś przyjrzał się tej sprawie i sam się przekonał. Porozmawiaj z nim, a zaczniesz myśleć to samo co ja.

– Z nikim nie będę rozmawiał. – Bosch wytarł usta serwetką i odłożył ją na stół, koło talerza. – Chciałbyś jeszcze o czymś pogadać, Mick? Czy lepiej, żebym wziął to na wynos?

Haller nie zareagował. Patrzył w dół, na swoje nietknięte danie. Bosch widział w jego oczach strach. Strach przed porażką, strach przed koniecznością życia z wyrzutami sumienia.

Haller odłożył widelec.

– Może zróbmy tak – powiedział. – Zajmiesz się tą sprawą, a jak znajdziesz dowody przeciwko mojemu klientowi, przekażesz je prokuraturze. Cokolwiek ustalisz, nieważne, co to będzie, podzielimy się tym z prokuratorem. Śledztwo, w którym wszystko się może zdarzyć – nawet to, co wymyka się uprzywilejowanej, bezpośredniej relacji adwokat – klient.

– No, a co na to powie ten twój facet?

– Zgodzi się chętnie, ponieważ jest niewinny.

– No tak.

– Słuchaj, po prostu się zastanów. Potem daj mi znać.

Bosch odsunął swój talerz. Zjadł tylko jeden kęs, ale dla niego lunch już się skończył. Zaczął wycierać ręce w bawełnianą serwetkę.

– Nie mam się nad czym zastanawiać – powiedział. – I od razu mogę dać ci znać. Nie potrafię ci pomóc.

Bosch wstał i rzucił serwetkę na jedzenie. Sięgnął do kieszeni, wyłuskał z niej dość gotówki, żeby zapłacić cały rachunek, po czym umieścił pieniądze pod solniczką. Przez cały ten czas Haller gapił się na poczekalnię.

– To tyle – rzekł Harry. – Idę.

4

Przez większą część weekendu Boschowi udawało się nie myśleć o propozycji Hallera. W sobotę pojechał wraz z córką do hrabstwa Orange, żeby mogła zwiedzić swoją przyszłą uczelnię i poczuć atmosferę miasteczka, w którym szkoła się mieściła. Późny lunch zjedli w jakiejś restauracji na skraju kampusu, gdzie wszystko podawano na waflach. Potem wybrali się na mecz Angelsów w pobliskim Anaheim.

Niedzielę zarezerwował sobie na pracę przy remontowanym motocyklu. Zadanie, które go czekało, należało do najważniejszych w całym projekcie rewitalizacji pojazdu. Rano wymontował gaźnik harleya, wyczyścił wszystkie jego części i porozkładał je na starych gazetach na stole w jadalni, aby wyschły. Wcześniej w Glendale Harley zakupił zestaw naprawczy, dysponował więc wszystkimi nowymi uszczelkami i oringami niezbędnymi do wykonania pracy. Instrukcja remontowa Clymera ostrzegała, że jeśli źle osadzi jakąś uszczelkę, pozostawi którąś z dysz brudną albo w trakcie ponownego montażu pomiesza któryś z kilkudziesięciu elementów, cała operacja będzie psu na budę.

Po lunchu zjedzonym na tylnym tarasie wrócił do stołu w jadalni, włączył muzykę jazzową z wieży stereo, a do ręki wziął wkrętak krzyżakowy. Nim zaczął składać gaźnik, raz jeszcze uważnie przestudiował instrukcję Clymera. Postępował teraz w kolejności odwrotnej niż przy jego demontażu. John Handy Quintet grał utwór pod tytułem Naima, odę Handy’ego do Johna Coltrane’a z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego siódmego roku. Bosch pomyślał, że jest to najlepsze nagranie koncertu saksofonowego na żywo w historii.

Postępował dokładnie według instrukcji, krok po kroku, i gaźnik szybko zaczął nabierać właściwego kształtu. Kiedy Harry sięgnął po dyszę, zauważył, że spoczywa ona na zdjęciu w gazecie, które przedstawiało byłego gubernatora stanu Kalifornia. Facet miał w zębach cygaro, a na twarzy szeroki uśmiech. Obejmował innego mężczyznę, w którym Bosch rozpoznał byłego stanowego kongresmena ze wschodniego Los Angeles.

Zdał sobie sprawę, że to stary numer „Timesa”, który chciał kiedyś zachować. Zawierał klasyczny raport na temat bieżącej polityki. Przed kilkoma laty, w ostatnich dniach urzędowania, gubernator skorzystał ze swoich uprawnień i zmniejszył wyrok więzienia człowiekowi skazanemu za zabójstwo. Tak się składało, że był to syn jego kumpla kongresmena. Syn ów, zamieszany w bójkę na noże ze skutkiem śmiertelnym, poszedł na układ z prokuraturą i przyznał się do winy, poczuł się jednak niezadowolony, gdy sędzia skazał go na piętnaście do trzydziestu lat pozbawienia wolności w więzieniu stanowym. Odchodząc z urzędu, gubernator zredukował mu odsiadkę do siedmiu lat.

Jeżeli gubernator sądził, że ostatni oficjalny akt jego mijającej kadencji przejdzie niezauważony, to się mylił. Gówno się rozlało; pojawiły się oskarżenia o nepotyzm, kumoterstwo, o uprawianie polityki w najgorszym możliwym stylu. „Times” opublikował obszerny, dwuczęściowy artykuł poświęcony brudnym, podejrzanym interesom. Gdy Bosch to czytał, robiło mu się niedobrze, lecz nie na tyle, żeby gazetę wyrzucić. Zachował ją do ponownej i ciągłej lektury, która miała mu przypominać, na czym w istocie polega działanie wymiaru sprawiedliwości. Przed objęciem stanowiska gubernator był gwiazdorem filmowym, specjalizującym się w rolach herosów – mężczyzn gotowych poświęcić wszystko dla sprawiedliwości. Teraz wrócił do Hollywoodu, znów chciał zostać gwiazdą ekranu. Bosch postanowił jednak, że już nigdy nie obejrzy ani jednego filmu z jego udziałem – nawet w darmowej telewizji.

Rozważania o wadach wymiaru sprawiedliwości, wywołane artykułem w gazecie, odwróciły uwagę Boscha od gaźnika. Wstał od stołu i wytarł ręce w szmatę, którą trzymał razem z narzędziami. Potem zebrał wszystko, przypominając sobie, że kiedyś na tymże stole rozkładał akta śledztw dotyczących zabójstw, a nie części do motocykla. Otworzył przesuwne szklane drzwi w salonie i wyszedł na taras, żeby spojrzeć na miasto. Jego dom wznosił się na wspornikach po zachodniej stronie przełęczy Cahuenga, oferując widok na autostradę numer 101, biegnącą do Hollywood Heights i Universal City.

Sto jedynka była zakorkowana w obu kierunkach, na przełęczy stały samochody. Nawet w niedzielne popołudnie. Od przejścia na emeryturę Bosch delektował się faktem, że już nie musi w tym uczestniczyć. Ruch uliczny, dzień pracy, napięcie, odpowiedzialność za wszystko.

Jednak w tym delektowaniu się tkwiło coś fałszywego i Harry to czuł. Wiedział, że bez względu na stres związany z przebywaniem w tej wolno poruszającej się rzece świateł i stali jego miejsce jest właśnie tam. Że w jakimś sensie jest tam, w dole, potrzebny.

W piątek przy lunchu Mickey Haller zwrócił się do niego z poważną propozycją, argumentując, że jego klient jest człowiekiem niewinnym. Oczywiście, tego należało jeszcze dowieść. Lecz Haller nie podał drugiej połowy równania. Jeżeli jego klient jest rzeczywiście niewinny, to w takim razie gdzieś tam grasuje prawdziwy morderca, którego nikt nie szuka. Morderca tak przebiegły, że wrobił niewinnego mężczyznę. Mimo tego, co powiedział w restauracji, fakt ten przeszkadzał Boschowi, przez cały weekend błąkał się gdzieś w jego myślach. Było to coś, z czym Harry miał spory kłopot, odkąd mieszkał sam.

Wyjął z kieszeni telefon i wybrał numer z listy ulubionych. Po pięciu sygnałach odezwał się zniecierpliwiony głos Virginii Skinner.

– Harry, mam nóż na gardle. O co chodzi?

– Jest niedzielny wieczór, planujesz może…

– Wezwali mnie do roboty.

– Co się dzieje?

– Wczoraj wieczorem w Woodland Hills Sandy Milton spowodował wypadek drogowy i uciekł.

Milton był konserwatywnym radnym miejskim. Skinner pracowała jako dziennikarka śledcza zajmująca się polityką w gazecie „Times”. Bosch rozumiał, dlaczego wezwano ją do pracy w niedzielę. Nie rozumiał jednak, czemu nie zadzwoniła do niego i mu o tym nie powiedziała, nie wykorzystała jego wiedzy, do kogo najlepiej zadzwonić w policji Los Angeles, żeby podpytać o szczegóły. Dowodziło to tylko, że na przestrzeni ostatniego miesiąca w ich związku nie działo się najlepiej. A właściwie nie działo się nic.

– Muszę lecieć, Harry.

– No tak. Szkoda. Zadzwonię później.

– Nie, to ja zadzwonię.

– Okej. Zjemy dzisiaj razem kolację, mimo wszystko?

– Tak, chętnie, ale muszę lecieć.

Rozłączyła się. Bosch wrócił do wnętrza domu po piwo z lodówki i przy okazji sprawdził jej zawartość. Ustalił, że nie ma tam niczego, czym mógłby skusić Virginię, aby przyjechała do niego na wzgórze. Poza tym około dwudziestej do domu miała zawitać córka Boscha, powracająca ze służby u policyjnych Eksplorerów, która mogłaby poczuć się niezręcznie, spotkawszy Virginię. Virginia i Maddie wciąż znajdowały się na wczesnym etapie wzajemnego docierania.

Harry postanowił, że gdy Skinner oddzwoni, zaproponuje jej kolację gdzieś w centrum miasta.

Otworzył właśnie butelkę i włączył płytę Rona Cartera, zarejestrowaną podczas koncertu w tokijskim klubie Blue Note, kiedy zabrzęczał telefon.

– Hej, szybka jesteś.

– Przed chwilą oddałam artykuł. To właściwie notka na temat politycznego uwikłania Miltona. Za dziesięć, piętnaście minut ma do mnie zatelefonować Richie Enuretyk, żeby ją przedyskutować. Mamy dość czasu na rozmowę?

Richie Enuretyk był jej wydawcą, naprawdę nazywał się Richard Ledbetter2. Viriginia określała go w ten sposób, ponieważ był młody i niedoświadczony – młodszy od niej o ponad dwadzieścia lat – ciągle pouczał ją jednak, w jaki sposób powinna zajmować się swoją działką, jak pisać artykuły i redagować ukazujące się raz w tygodniu felietony o lokalnej polityce, które chciał nazywać blogiem. Ich relacja musiała wkrótce stanąć na ostrzu noża, a Bosch obawiał się, że w tym przypadku Virginia jest słabszą stroną, ponieważ jej doświadczenie przekładało się na wyższą pensję, przez co była dla zarządu atrakcyjniejszym celem.

– Dokąd chciałbyś pójść? Gdzieś w centrum?

– Raczej bliżej ciebie. Zdecyduj. Tylko nie do indyjskiej restauracji.

– Oczywiście, żadnej indyjskiej. Pozwól, że się zastanowię. Coś na pewno wymyślę, zanim się pojawisz. Zadzwoń, kiedy dojedziesz do Echo Park. Na wszelki wypadek.

– Dobrze. Ale słuchaj, mam prośbę. Mogłabyś mi znaleźć jakieś artykuły na temat pewnej sprawy?

– Jakiej sprawy?

– Faceta, którego aresztowano pod zarzutem popełnienia zabójstwa. Śledztwo prowadzi policja z Los Angeles, chyba. Gość nazywa się Da’Quan Foster. Chcę się dowiedzieć…

– No tak, Da’Quan Foster. Człowiek, który zabił Lexi Parks.

– Zgadza się.

– Harry, to poważna sprawa.

– Jak bardzo?

– Nie jestem ci potrzebna do szukania artykułów prasowych. Po prostu wejdź na stronę internetową gazety i wklep nazwisko ofiary. Na jej temat napisano całe mnóstwo ze względu na to, kim była oraz dlatego, że faceta aresztowano dopiero w miesiąc po zdarzeniu. I śledztwa wcale nie prowadzi policja z L.A., tylko biuro szeryfa. Rzecz miała miejsce w Zachodnim Hollywood. Słuchaj, muszę kończyć. Właśnie dostałam sygnał od Richiego.

– Okej, ja będę…

Rozłączyła się. Bosch schował telefon do kieszeni i wrócił do stołu w jadalni. Trzymając gazetę za rogi, przesunął części gaźnika na bok. Następnie zdjął laptop z półki i go włączył. Gdy czekał, aż system się załaduje, zerknął na gaźnik rozłożony na gazecie. Zdał sobie sprawę, jak bardzo się mylił, sądząc, że remont motocykla cokolwiek mu zastąpi.

Na płycie Ronowi Carterowi akompaniowali dwaj gitarzyści. Grali utwór Milta Jacksona zatytułowany Bags’ Groove3. Pod jego wpływem Bosch zaczął rozmyślać o dawnej codzienności, za którą tęsknił.

Gdy komputer był już gotowy do pracy, Harry znalazł witrynę internetową „Timesa” i w wyszukiwarkę wpisał imię i nazwisko Lexi Parks. Poświęcono jej trzysta trzydzieści trzy artykuły, przy czym pierwsze opublikowano sześć lat temu, na długo przed zabójstwem. Bosch zawęził zakres poszukiwań do bieżącego roku i znalazł dwadzieścia sześć wzmianek, uszeregowanych według dat i nagłówków. Pierwsza pochodziła z 10 lutego 2015 roku: Powszechnie lubiana naczelnik wydziału z Zachodniego Hollywood zamordowana we własnym łóżku.

Bosch lustrował nagłówki, aż wreszcie znalazł jeden datowany na 19 marca 2015 roku: „Gruba ryba” z gangu aresztowana za zabójstwo Parks.

Bosch wrócił do pierwszego artykułu, zakładając, że najpierw przeczyta oryginalną zajawkę dotyczącą samego morderstwa, a potem informację o zatrzymaniu. Zdąży, zanim wyruszy samochodem do centrum miasta.

Wstępny raport na temat zabójstwa Lexi Parks koncentrował się na ofierze, nie na samej zbrodni, ponieważ biuro szeryfa ujawniło zaledwie kilka szczegółów sprawy. Właściwie szczegóły te dało się zawrzeć w jednym zdaniu: Parks została pobita na śmierć we własnym łóżku, a potem znalazł ją mąż, zastępca szeryfa w Malibu, który wrócił do domu z nocnej służby.

Bosch zaklął głośno, dowiedziawszy się, że mąż ofiary jest policjantem. Fakt ten sprawiał, że ewentualny udział Harry’ego w śledztwie na rzecz obrony oskarżonego byłby jeszcze poważniejszym pogwałceniem zasad obowiązujących wśród stróżów prawa. Namawiając Boscha do przyjrzenia się sprawie, Haller nie wspomniał o tym szczególe, bardzo dogodnie dla siebie.

Mimo to Harry czytał dalej; dowiedział się, że Lexi Parks była jedną z czterech naczelników wydziału w urzędzie miasta w Zachodnim Hollywood. Do jej obowiązków należała kontrola nad bezpieczeństwem publicznym, ochrona konsumentów oraz komunikacja z mediami. To właśnie stanowisko głównej rzeczniczki prasowej miasta oraz frontmenki, która stale stawała przed mediami, zaowocowało epitetem „powszechnie lubiana” w nagłówku artykułu. W chwili śmierci Parks miała trzydzieści osiem lat, pracowała w urzędzie miejskim od dwunastu, zaczynała jako inspektor budowlany, a potem pewnie wspinała się w górę po kolejnych szczeblach kariery.

Parks poznała swojego przyszłego męża, zastępcę szeryfa Vincenta Harricka, gdy oboje pełnili obowiązki służbowe. Zachodnie Hollywood podpisało z biurem szeryfa umowę, zgodnie z którą stróże prawa i porządku mieli pełnić służbę na terenie miasta; Harricka skierowano na posterunek przy San Vicente Boulevard. Kiedy Parks i Harrick się zaręczyli, mężczyzna poprosił o przeniesienie z Zachodniego Hollywood, aby uniknąć podejrzeń o konflikt interesów, skoro oboje pracowali dla miasta. Początkowo służył w południowej części hrabstwa, na komisariacie w Lynwood, a potem skierowano go do Malibu.

Bosch postanowił, że przeczyta jeszcze kolejny artykuł oczekujący w cyfrowej kolejce, licząc, że dowie się o całej sprawie czegoś więcej. Nagłówek wydawał się obiecujący: Śledczy: zabójstwa Lexi Parks dokonano na tle seksualnym. Artykuł, opublikowany dzień po pierwszym, donosił, że detektywi z sekcji zabójstw biura szeryfa podejrzewają, iż ofiara została zaatakowana we własnym domu, w łóżku, podczas snu, a sprawca lub sprawcy dostali się tam z zewnątrz. Parks wykorzystano seksualnie, a potem brutalnie pobito tępym narzędziem. W treści notatki nie wspomniano, jakie to mogło być narzędzie ani czy zostało odnalezione. Brakowało też informacji o jakichkolwiek dowodach pozyskanych na miejscu zbrodni. Po ujawnieniu tych jakże skromnych szczegółów z dochodzenia artykuł skupiał się na reakcjach osób, które znały Parks i jej męża, a także na przerażeniu, jakie zbrodnia ta wzbudziła w lokalnej społeczności. Donoszono, że Vincent Harrick wziął urlop, aby poradzić sobie z żalem po stracie żony.

Przeczytawszy artykuł numer dwa, Bosch ponownie zerknął na listę i przeleciał wzrokiem tytuły. Kilkanaście kolejnych nie brzmiało zbyt obiecująco. Sprawa pozostawała przedmiotem gorących doniesień, najpierw codziennych, potem cotygodniowych, jednak z nagłówków biło mnóstwo negatywnych informacji. Brak podejrzanych w sprawie zabójstwa Parks, Śledczy bez rozwiązania w sprawie Parks, Zachodnie Hollywood oferuje sto tysięcy dolarów nagrody za informacje oParks. Bosch wiedział, że oferta nagrody pieniężnej stanowi de facto przyznanie się, iż policja nie dysponuje absolutnie niczym i chwyta się brzytwy.

A potem sytuacja się zmieniła. Piętnasty artykuł w kolejce, opublikowany trzydzieści osiem dni po zabójstwie, obwieszczał aresztowanie czterdziestojednoletniego Da’Quana Fostera pod zarzutem zabójstwa Lexi Parks. Bosch kliknął w link i dowiedział się, że na osobę Fostera policja natknęła się zupełnie niespodziewanie, w wyniku dopasowania próbki DNA pobranej na miejscu zdarzenia. Foster został zatrzymany z pomocą grupy funkcjonariuszy policji w Los Angeles w pracowni artystycznej Leimert Park, gdzie właśnie kończył prowadzić pozalekcyjne zajęcia z malarstwa dla dzieci w wieku szkolnym.

Ta ostatnia informacja dała Boschowi do myślenia. Zupełnie na pasowała do jego wyobrażeń o gangsterze, w dodatku grubej rybie. Zastanawiał się, czy Foster odpracowywał jakiś dawny wyrok, prowadząc zajęcia na rzecz lokalnej społeczności. Czytał dalej. Według artykułu próbkę DNA pobraną na miejscu zabójstwa Parks wprowadzono do stanowego banku danych i uzyskano dopasowanie z próbką uzyskaną od Fostera po jego aresztowaniu w dwa tysiące czwartym roku w związku z podejrzeniem o gwałt. Nigdy nie postawiono mu zarzutów w tej sprawie, ale jego DNA pozostawało w bazie danych stanowego Departamentu Sprawiedliwości.

Bosch miał ochotę poczytać więcej artykułów na ten temat, ale czas naglił; musiał zdążyć na spotkanie z Virginią Skinner. Jego wzrok padł na nagłówek notatki, która ukazała się kilka dni po aresztowaniu Fostera: Podejrzany w sprawie Parks całkowicie odmienił swoje życie. Kliknął w link i szybko zlustrował zawartość. Była to historia napisana w oparciu o relacje okolicznych mieszkańców, zgodnie z którą Da’Quan Foster należał kiedyś do gangu motocyklowego Rollin’ 40s Crips, lecz później wyszedł na prostą i powrócił do społeczeństwa. Był malarzem samoukiem, którego prace wisiały w jednym z muzeów w Waszyngtonie. Posiadał własną pracownię przy Degnan Boulevard, gdzie prowadził zajęcia pozalekcyjne i weekendowe dla dzieci z okolicy. Ożenił się, miał dwoje własnych maluchów. Aby nie było tak słodko, artykuł w „Timesie” informował również, że w latach dziewięćdziesiątych Fostera kilkukrotnie aresztowano za posiadanie narkotyków, odsiedział ponadto czteroletni wyrok pozbawienia wolności. W dwa tysiące pierwszym roku wyszedł na zwolnienie warunkowe i nie licząc zatrzymania w sprawie o gwałt, w której zresztą nigdy nie postawiono mu zarzutów, człowiek ten nie miał kolizji z prawem od ponad dziesięciu lat.

W artykule zamieszczono wypowiedzi wielu mieszkańców, którzy wyrażali swoją niewiarę w zasadność oskarżenia lub też otwarcie podejrzewali, że Fostera wrobiono. Żadna z osób cytowanych w gazecie nie sądziła, by to on zabił Lexi Parks. Powszechnie uważano, że krytycznej nocy Foster nie mógł być w Zachodnim Hollywood.

Na podstawie lektury Bosch nie potrafił ustalić, czy Foster w ogóle znał ofiarę ani dlaczego obrał ją za swój cel.

Harry zamknął laptop. Przeczyta sobie to wszystko później; nie chciał, żeby Virginia Skinner czekała na niego – gdziekolwiek zdecydowała się spotkać. Musieli porozmawiać. Ostatnio ich wzajemne relacje były dość napięte, głównie dlatego, że ona skupiała się na swojej pracy, a Bosch nie miał nic do roboty, poza remontowaniem motocykla, który liczył tyle samo lat co on.

Wstał od stołu i poszedł do sypialni, aby włożyć czystą koszulę i lepsze buty. Dziesięć minut później jechał samochodem w dół wzgórza, w kierunku autostrady. Włączywszy się w srebrną rzekę pojazdów, za przełęczą wyjął telefon i uruchomił zestaw głośnomówiący, aby być w zgodzie z przepisami. Kiedy Harry nosił policyjną odznakę, takie drobiazgi zupełnie go nie obchodziły, teraz jednak sumiennie zapinał pas bezpieczeństwa w samochodzie i wkładał do ucha słuchawkę. Za rozmowę przez komórkę podczas jazdy można przecież zarobić mandat.

Na podstawie odgłosów w tle domyślił się, że Haller podróżuje właśnie na tylnym siedzeniu lincolna. Obaj więc byli w drodze, dokądś zmierzali.

– Mam pytania dotyczące Fostera – powiedział Bosch.

– Strzelaj – odrzekł Haller.

– Co to za DNA – krew, ślina, sperma?

– Sperma. Pozostałości na ofierze.

– Na czy w?

– I to, i to. W waginie. Na skórze w górnej części prawego uda. Trochę też na prześcieradle.

Kilka chwil Bosch jechał w milczeniu. Droga wznosiła się, przecinając Hollywood. Mijał gmach wytwórni Capitol Records. Zbudowano go tak, żeby wyglądał jak stos płyt z dawnych czasów. Dziś niewiele osób słuchało już winyli.

– Coś jeszcze? – zapytał Haller. – Cieszę się, że myślisz o tej sprawie.

– Jak długo znasz tego faceta?

– Prawie dwadzieścia lat. Był moim klientem. Święty nie jest, ale ma w sobie jakąś łagodność. Nigdy nie zabijał. Był na to albo za mądry, albo za miękki. Może jedno i drugie. W każdym razie zmienił swoje życie, wyszedł na prostą. Dlatego wiem.

– Co wiesz?

– Że on tego nie zrobił.

– Czytałem parę artykułów w Internecie. Co z tym aresztowaniem za gwałt?

– Jedna wielka bzdura. Pokażę ci akta. Zatrzymali go razem z dwudziestoma innymi facetami. Wypuścili jeszcze tego samego dnia.

– Jak daleko zaszedłeś w postępowaniu procesowym? Dostałeś już dokumentację ze śledztwa?

– Dostałem. Ale jeśli cię to interesuje, musisz chyba porozmawiać z moim klientem. Najpierw poczytasz sobie akta, a potem będziesz działał na rzecz drugiej strony. Nie zamierzasz chyba…

– Daj spokój. Chodzi mi tylko o dokumenty. Wszystko się od nich zaczyna i na nich kończy. Gdzie mogę dostać kopię?

– Spróbuję ci ją skompletować na jutro.

– Dobrze. Zadzwoń, przyjadę po to.

– Więc wchodzisz do gry?

– Po prostu zadzwoń, kiedy będziesz miał gotową dokumentację.

Bosch się rozłączył. Rozmyślał o tej rozmowie oraz o własnych odczuciach po przeczytaniu artykułów prasowych. Jeszcze nie podjął decyzji. Nie przekroczył granicy. Nie mógł jednak zaprzeczyć przed sobą, że bardzo się do tej granicy zbliżył. Nie umiał również odrzucić narastającego w nim wrażenia, że oto za chwilę znów zacznie pełnić swoją misję.