Pulse - Gail McHugh - ebook
Opis

Czy wiecie, jakie to przerażające, kiedy pragniesz czegoś tak bardzo, że jesteś gotowa stać się zupełnie innym człowiekiem, żeby to osiągnąć?

Emily kładzie na szali całe swoje życie, żeby być z mężczyzną, który zdobył jej serce. Niestety nie ma pewności, że Gavin naprawdę ją kocha; pozostaje wierzyć, że postąpiła słusznie, idąc za głosem serca, i że jej wybranek okaże się takim człowiekiem, jakim chciała go widzieć.

Niestety, wszystko wskazuje na to, że tak nie jest. Dążący do autodestrukcji, zamknięty we własnym ponurym świecie Gavin rozpaczliwie potrzebuje pomocy. Emily musi zdecydować, czy jest gotowa poświęcić wszystko, żeby go uratować, i czy uczucie, jakim go darzy, jest wystarczająco silne, by wystawić je na tak ciężką próbę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 492

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Collide zetknęło ze sobą bohaterów, Pulse zaś przyspieszyło bicie ich serc. Przy okazji – mojego serca również. Gail McHugh stworzyła historię pełną zwrotów akcji i przesyconą erotyzmem. Bohaterowie – z jednej strony – są realistyczni, z drugiej – niczym wyjęci z bajki Disneya, a czytelnik chce im życzyć, by żyli długo i szczęśliwie.

Patrycja Waniek

Magia Książek; ksiazkowyswiatpatrycji.blogspot.com

Tym razem ja was nie zachęcam, a zmuszam do sięgnięcia po tę książkę. Przeżyłam z nią namiętność, która uderza jak grom z jasnego nieba i pozostawia po sobie tylko popiół.

Klaudia Błaszczyk

Recenzje książek; moje-ukochane-czytadelka.blogspot.com

Pulse to książka jedyna w swoim rodzaju. Niewątpliwie na długo zostanie w moich myślach i z pewnością jeszcze po nią sięgnę! Pełen napięcia początek, trzymający w napięciu środek i emocjonujący koniec! Wszystko sprowadza się do tego, że ta książka to istna bomba emocjonalna!

Michalina Kulińska

Książkowy świat; k-siazkowyswiat.blogspot.com

Nieczęsto się zdarza, by kontynuacje były lepsze od pierwszego tomu. Przeważnie są gorsze albo – w najlepszym wypadku – na równym poziomie. Ale nie tutaj! Pulse jest jeszcze lepsza niż Collide. Brawo i jeszcze raz brawo dla Gail McHugh.

Sylwia Węgielewska

Magiczny Świat Książki i nie tylko; magicznyswiatksiazki.pl

Pulse to prawdziwy kalejdoskop uczuć. Historia, która sprawiła, że śmiałam się, płakałam i traciłam dech nieskończoną ilość razy. To powieść, która złamała mi serce, by potem je uleczyć i dać wiarę w coś pięknego i niezaprzeczalnego. Ogromnie żałuję, że nie potrafię mówić o uczuciach tak jak Gavin, bym mogła choć w części przekazać, co ta książka ze mną uczyniła. Jeśli podobało wam się Collide, to kontynuacja skradnie wasze serca – tak jak skradła moje.

Irena Bujak

Zapatrzona w książki; zapatrzonawksiazki.blogspot.com

Gail McHugh to autorka, która swoją twórczością funduje czytelnikom emocjonalny rollercoaster. Zabiera w przygodę, gdzie nic nie jest w stu procentach oczywiste. Pulse jest książką, obok której nie sposób przejść obojętnie.

Julita Sobolewska

zapiski-ksiazkoholiczki.blogspot.com

Piękny sequel i świetne zakończenie interesującej historii Emily. Wciąż jestem zachwycony tym, że Gavin Blake zdobył dziewczynę, o której marzył.

Krystian Janik

Zaczytany; zaczytanyksiazkoholik.blogspot.com

Czytając Collide i Pulse, myślisz tylko o tym, aby chociaż na chwilę stać się Emily Cooper i być kochaną przez takiego mężczyznę jak Gavin Blake. Autorka pisze tak pięknie, tak wymownie i tak plastycznie, że każda strona jest niczym karuzela doświadczeń, niezwykła podróż pełna niezapomnianych wrażeń. Pulse to miłość, która pokona wszystko, wspaniałe wsparcie i siła, a przy tym wiele emocjonujących momentów i humor. Niepewność, strach, uczucie i determinacja do walki. Relacje głównych bohaterów pokazują, jak ważna jest bliskość drugiego człowieka i zaufanie, szczególnie w tych najcięższych chwilach.

To pełna namiętności powieść rozpalająca zmysły, która bez ostrzeżenia wciąga w misternie utkaną pajęczynę uczuć, których nie jest w stanie zniszczyć nawet najgorszy scenariusz. To obraz pełen chwil, które poruszają wyobraźnię i sprawiają przyjemność.

Collide to powieść, która wsysa i pochłania. Zaczęłam czytać ją przed snem i nie mogłam przestać – musiałam, po prostu musiałam wiedzieć, co będzie dalej. Skończyło się na tym, że zarwałam dla niej noc.

Dominika Piątek

RecenzjeAmi.blogspot.com

Jestem czytelniczką, która przeżywa każdą powieść, dlatego Collide na długo – jeśli nie na zawsze – zostanie w moim sercu i z wielką radością będę sięgała po nią kolejny i kolejny raz.

Ewelina Bartocha

Książkomania; ksiazkomania-recenzje.blogspot.com

Tytuł oryginału: Pulse

Projekt okładki: Regina Wamba, Mae I Design

Redakcja: Iwona Krynicka

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Renata Kuk, Agata Rogowska

Copyright © 2013 by Gail McHugh

Published by arrangement with Atria Books

a division of Simon & Schuster, Inc.

All rights reserved.

For the cover illustration copyright © Regina Wamba, Mae I Design

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2015

© for the Polish translation by Ewa Skórska

ISBN 978-83-287-0056-7

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2015

Wydanie I

Dedykowane kobietom,

które dopiero mają odnaleźć swój głos, siłę i odwagę.

Nigdy nie pozwól, żeby odebrano ci to wszystko,

z czym się urodziłaś.

Odzyskaj to.

1Przegapione ostatnie spotkanie

Emily oparła głowę o szybę. Jechała taksówką; miała łzy w oczach, przez co światła Manhattanu się rozmywały. W świetlnej smudze wyobraźnia pokazała jej obraz Gavina, odchodzącego kilka godzin temu. Im bardziej zbliżała się do jego mieszkania, im bardziej oddalała się od życia z Dillonem, tym mocniej czuła, że jej spełnienie, jej szczęście wiszą na włosku. Poruszyła się niespokojnie, spojrzała na zielone cyfry zegara; dochodziła pierwsza w nocy. Zacisnęła powieki, błagając w myślach Gavina, żeby przyjął ją z powrotem. Gdy taksówka podjechała pod apartamentowiec, w którym mieszkał, sięgnęła do torebki i wyjęła pogniecione banknoty. Wcisnęła kierowcy kilka z nich, otworzyła gwałtownie drzwi i wysiadła w wilgotny chłód późnego listopada.

– Hej! – zawołał kierowca, mężczyzna z Bliskiego Wschodu. – Niech pani zamknie drzwi!

Emily usłyszała, że coś mówił, lecz nie zareagowała. Nogi same niosły ją do przodu, do czegoś, co miało być nowym początkiem. Nową przyszłością z mężczyzną, bez którego nie mogła żyć. Otworzyła drzwi do budynku i przeszła przez hol. Czując, że oblewa ją pot, drżącą ręką wdusiła przycisk windy. Drzwi się rozsunęły, Emily weszła do środka i oparła się o ścianę, wyczerpana i spłakana. Trzęsła się cała i oddychała płytko, nie mogąc zapanować nad drżeniem, nie mogąc odetchnąć głębiej. Jak Gavin zareaguje, gdy ją zo­baczy?

Winda otworzyła się, pokazując jej drogę do początku… albo końca. Em nie była w stanie wysiąść; utkwiła wzrok w ścianie na końcu korytarza. Drzwi zaczęły się zasuwać, a ona poczuła zawroty głowy. Wyciągnęła rękę, żeby je powstrzymać. Powoli wyszła z windy. Nie widziała nic poza eleganckim wejściem do penthouse’u Gavina. Przez głowę przemknęły jej wszelkie możliwe scenariusze, z pamięci wypływały słowa; im bliżej drzwi była, tym bardziej się bała. Z każdym krokiem szła coraz wolniej.

Gdy dotarła do apartamentu, strach zaatakował z podwójną siłą, oplatając ją swoimi mackami. Niepewnie zastukała do drzwi, a każdy dźwięk odbijał się echem w jej sercu. Drżąc jak liść, otarła łzy z twarzy, zastukała jeszcze raz, głośniej.

Błagam cię, otwórz! – pomyślała i wcisnęła dzwonek.

Łzy spływały jej po policzkach, gdy wpatrywała się w wizjer, wyobrażając sobie, że on stoi tam, po drugiej stronie, i patrzy na nią. Myśl, że jest obserwowana, dźgnęła ją w serce.

– Proszę! – zawołała, znów naciskając dzwonek. – O Boże, Gavinie, proszę, otwórz mi! Kocham cię! Przepraszam!

Cisza.

Drżącymi rękami sięgnęła do torebki i wyjęła komórkę. Wybrała jego numer. Wpatrzona w drzwi, słuchała sygnału połączenia.

Dodzwoniłeś się do Gavina Blake’a. Wiesz, co robić.

Serce Emily się ścisnęło, znieruchomiało, po czym spadło do żołądka na dźwięk jego głosu. Kochanego głosu, który już zawsze będzie ją prześladował, jeśli go nie odzyska. Słodkiego głosu, który błagał, żeby mu uwierzyła…

Rozłączyła się, znowu wybrała numer i wysłuchała nagrania jeszcze raz. Nie odezwała się. Nie mogła. Jej urywany oddech będzie jedyną wiadomością, jaką Gavin odbierze.

Słowa… Nie znalazła żadnych.

W tej strasznej chwili pomyślała, że on jej nigdy nie wybaczy. Przycisnęła rękę do ust. Przez chwilę nie czuła nic, a potem rozpacz wybuchła w jej piersi. Po policzkach płynęły strumienie łez, szloch odbijał się echem w korytarzu. Cofnęła się gwałtownie, aż uderzyła plecami o ścianę. Wpatrywała się w drzwi, a wspomnienie jego twarzy paliło jej umysł. Wnętrzności zapłonęły bólem, serce skamieniało. Zrozpaczona powlokła się do windy.

***

Zgarbiona, załamana, przekręciła klucz w zamku swojego mieszkania. Wewnątrz słabe światło nad kuchnią lekko rozpraszało mrok w salonie. Idąc na palcach, żeby nie obudzić Olivii, roztrzęsiona, znękana Emily weszła do sypialni, a stamtąd do łazienki.

Stanęła przed lustrem i spojrzała na swoje odbicie. Zielone oczy, tak niedawno roziskrzone nadzieją, teraz były bez wyrazu. Przesunęła palcami po policzkach, rozmazując tusz do rzęs po bladej twarzy. Jej serce pogrążyło się w żałobie. Oparła dłonie na zimnej umywalce i rozszlochała się; łapczywie wciągała powietrze. Ból przeszył ją na wskroś, rozpacz zacisnęła się na szyi jak pętla.

Próbowała się uspokoić, ochlapała twarz gorącą, potem zimną wodą. Sięgnęła po ręcznik, zgasiła światło. Ledwie powłócząc nogami ze zmęczenia, podeszła do łóżka, runęła na nie i zwinęła się w kłębek. Wyczerpana, zapadła się w materac. Miała nadzieję na choć kilka godzin snu.

Daremnie. Sen nie przychodził.

Sekundy łączyły się w minuty, minuty przelewały w godziny, a pełne bólu i zaskoczenia niebieskie oczy Gavina patrzyły na nią ze wspomnień. Przekręcała się na plecy i gapiła bezmyślnie w sufit, a fale nieznośnego bólu szarpały jej serce. Mijały kolejne godziny…

***

Ignorując przenikliwy dźwięk rozgrzewanych silników prywatnego samolotu Blake Industries, Gavin zastanawiał się, czy Emily będzie pamiętać te rzeczy, których on nigdy nie zapomni. Nadal nie docierało do niego, że to naprawdę koniec. Stracił ją. Za siedem krótkich godzin będzie należała do Dillona, już na zawsze.

Wyjął walizkę z dżipa Coltona i zapatrzył się w czyste, nocne niebo. Jego zbolałe serce pękło na tysiąc kawałków, po czym zastygło w cierpieniu. Colton wysiadł z wozu; odkąd młodszy brat do niego przyszedł, stracił swój zwykły spokój.

– Nie musisz tego robić, młody – powiedział głośno, podmuchy z silników z furią rozwiewały mu ciemne włosy. – Ucieczka z miasta w środku nocy nie zwróci ci jej.

Gavin nie był pewien, czy wyjazd zdoła wymazać Emily z jego duszy. Nie wiedział też, czy kiedykolwiek przestanie pragnąć jej obecności. Musiał się od niej oddalić, opuścić Nowy Jork, w tej chwili tylko to czuł. Chciał się wynieść do diabła, jak najdalej od Emily, której postać i wspomnienie prześladowałyby go na każdym kroku.

– Mówiłem ci, Coltonie, muszę złapać dystans. – Przesunął dłonią po twarzy. – Nie mogę tu zostać. A ty postaraj się wydostać nasze akcje z łap tego drania.

Colton westchnął ciężko i skinął głową.

– To będzie pierwsza rzecz, jaką zrobię w poniedziałek rano. – Poklepał brata po ramieniu, jego wzrok złagodniał. – Wszystko będzie w porządku, jak wrócisz. Obiecaj mi tylko, że przez ten czas zapomnisz o Emily.

Gavin wzdrygnął się na dźwięk jej imienia.

– Jasne – powiedział grobowym głosem. – Spróbuję.

Przez jakiś czas patrzyli na siebie, w końcu Gavin wszedł po trapie do samolotu. Ze szczytu schodów odwrócił się jeszcze, żeby popatrzeć, jak jego brat wyjeżdża z ich niewielkiego prywatnego lotniska. Zdruzgotany, wcisnął dłoń w kieszeń dżinsów i wyciągnął komórkę. Nawet nie spojrzał na ekran, tylko cisnął z wysokości aparat na pas startowy; telefon rozpadł się na kawałki na asfalcie. Jak ma się oderwać, to od razu. Żadnego kontaktu, z nikim. Żeby nikt nie próbował wyciągać go z jego bólu, przekonywać, że źle robi.

Siwowłosy pilot przekazał jego bagaż stewardowi.

– Dobry wieczór, panie Blake. – Chłopak potrząsnął dłonią pasażera. – Przygotowaliśmy wszystko, o co pan prosił. W Playa del Carmen powinniśmy wylądować za cztery go­dziny.

Gavin skinął głową i przeszedł do kabiny.

Zamknął drzwi, jego wzrok spoczął na minibarku i butelce bourbona. Przyglądał się jej przez chwilę, potem zdjął płaszcz i rzucił na fotel. Próbując się uwolnić od przeklętego anioła, nawiedzającego jego myśli, pokonał niewielką przestrzeń i sięgnął po bursztynowy płyn zapomnienia. Nie zawracał sobie głowy szklanką, odkręcił nakrętkę i przystawił butelkę do ust. Alkohol zapłonął mu w gardle, nie przynosząc nawet cienia ulgi.

W tej właśnie chwili Gavin zrozumiał, że nigdy nie zdoła zapomnieć o Emily. Pijany czy trzeźwy, zawsze będzie świadom jej braku w swoim życiu. Kochał ją. Oddychał nią jak powietrzem… Powietrzem, którego właśnie pozbawiono go na zawsze. Odstawił butelkę, ze zmęczeniem przesunął ręką po włosach. Usiłując zatrzeć obraz jej pięknych oczu, patrzących na niego ze wspomnień, pochylił się do okna, spojrzał na miasto w dole i już wiedział, że ucieczka nie zadziała. Nic nie zadziała. Ani topienie smutku w alkoholu, ani wyjazd, nic nie zdoła sprawić, że przestanie czuć to, co czuł.

Stracił ją. Mrugające w dole światła oddalały się coraz bardziej, a serce Gavina pogrążało się w żałobie po kobiecie, którą bezpowrotnie utracił. Jego mózg analizował, jak długo będzie trwał pogrzeb.

***

Gdy światło poranka odebrało gwiazdom ich blask, Emily zwlokła się z łóżka po nieprzespanej nocy i poszła do kuchni. Było jej niedobrze. Otworzyła lodówkę, wyjęła butelkę z wodą i usiadła ciężko przy stole. Zza rogu wyłoniła się Olivia.

– Hm, widzę, że Debillon odstawił cię jednak do domu? – rzuciła, zerkając na przyjaciółkę. Podeszła do szafki, otworzyła ją. – Miło z jego strony, że pozwolił pannie młodej przygotować się do ślubu w jej mieszkaniu.

– Liv, ja…

– Zanim znów zaczniesz go bronić czy snuć swoje fantazje, chcę ci powiedzieć, że zeszłego wieczoru Gavin był w bardzo złym stanie. – Przyjaciółka trzasnęła drzwiczkami szafki. – Jeszcze nigdy nie widziałam go tak zranionego.

– Olivio, nie…

– Wiem, wiem, nie jesteś w nastroju, żeby o tym gadać – warknęła, otwierając z rozmachem następną szafkę. – A mo-­że mam cię utwierdzić w przekonaniu, że nie jesteś wariatką, decydując się na ślub z Debillonem i nie ufając Gavi­nowi?

– Olivio – zaczęła znów Emily, wstając z miejsca. – Nie słuchasz. Ja nie…

Liv odwróciła się do niej i zmrużyła brązowe oczy.

– Cholera, nienawidzę się za to, co teraz powiem, ale… do licha, nie wezmę w tym udziału! Ty kochasz Gavina, Gavin kocha ciebie. Ja wierzę Gavinowi, ty mu nie wierzysz. Cała ta sytuacja zmusza mnie, żebym opowiedziała się po czyjejś stronie! – Jedną rękę oparła na biodrze, drugą odgarnęła gęste jasne włosy. – Przykro mi, ale nie będzie mnie na twoim ślubie!

– I bardzo dobrze, ponieważ mnie też nie będzie – wykrztusiła Emily i opadła na krzesło. – Nie wyjdę za Dillona.

Oczy Olivii rozszerzył szok, lecz twarz rozjaśnił uśmiech.

– Nie…? Nie! – Aż odetchnęła, po czym podeszła szybko do przyjaciółki. Ta pokręciła głową, z jej oczu popłynęła nowa rzeka łez. Olivia uklękła obok i objęła ją. – A niech mnie, a niech mnie… W takim razie wykreślam cię z listy osób do odstrzału. Za to, co postanowiłaś, kocham cię na zabój!

– Skrzywdziłam Gavina. – Emily omal nie zadławiła się tymi słowami. – Chciałam mu wierzyć i chyba w głębi duszy mu wierzyłam, lecz się bałam. A teraz… teraz jest za późno.

Olivia wstała, podnosząc również Emily. Ujęła jej twarz w dłonie.

– Na nic nie jest za późno! Wystarczy, że do niego zadzwonisz, a zapomni o wszystkim. On cię kocha! Zeszłej nocy był wściekły, ale dałby się za ciebie zabić, naprawdę, ciągle to powtarzał.

Dygocząc, Emily wciągnęła powietrze.

– Nie. Pojechałam do niego zeszłej nocy. Nie otworzył mi. – Odsunęła się od Olivii i znów opadła ciężko na siedzenie przy stole. – Dzwoniłam na jego komórkę kilka razy, nie odebrał. Skończył ze mną. A ja zasługuję na każdą sekundę bólu, jaki teraz czuję. – Potrząsnęła głową i dodała cicho: – Nie wierzę, że na to pozwoliłam…

– Wczoraj wieczorem nie chciał wracać do pustego domu. – Olivia znów uklękła przy Emily, wzięła ją za rękę. – Po przyjęciu przedweselnym poprosił, żebym zawiozła go do Coltona. Bójka z Dillonem trochę go otrzeźwiła, ale dam sobie uciąć rękę, że w tej chwili on i Colton leżą nieprzytomni. Pomyśl, jaki był nawalony! Jest dopiero siódma rano. Pewnie w ogóle nie słyszał telefonu. Zadzwonię do niego za jakiś czas, a ty spróbuj się uspokoić, dobrze?

Emily uwolniła dłonie z jej rąk, odruchowo zakryła sobie oczy. Skinęła też głową, usiłując stłumić niepokój.

– Dobrze, spróbuję.

Olivia się uśmiechnęła.

– Jestem z ciebie dumna, Em.

– Dumna? Ze mnie? – Emily otarła nos wierzchem dłoni. – Niby dlaczego? Przecież zraniłam Gavina! Gdybyś widziała jego twarz… Ten obraz cały czas mnie prześladuje.

Przyjaciółka spojrzała łagodnie, przesunęła dłonią po jej policzku.

– Jestem z ciebie dumna, bo w końcu zrozumiałaś, że zasługujesz na lepsze życie z mężczyzną, który naprawdę cię kocha i otoczy opieką. Nie da się ukryć, że Gavin został zraniony, ale wszystko będzie jeszcze dobrze, zobaczysz!

Emily zapatrzyła się na Olivię, cień nadziei zakradł się do jej serca. Skinęła głową, modląc się w duchu, żeby przyjaciółka miała rację.

– No dobrze – powiedziała Liv, zerkając na zegarek. – Do twojego niedoszłego wesela zostały cztery godziny. Co chcesz, żebym zrobiła, oprócz tego, że wyskoczę po kawę, bo nie mamy ani grama? Wyglądasz mi na kogoś, kto z przyjemnością napiłby się kawy, tak samo jak ja. – Podeszła do szafy w korytarzu, sięgnęła po płaszcz. – Zadzwonić do twojej siostry? – Zatrzymała się w pół ruchu. – Nie, mam lepszy pomysł! Zadzwonię do twojego byłego przyszłego męża i powiem mu, żeby się walił! O, proszę, powiedz, że mogę!

Emily wstała i przeszła przez kuchnię. Wzięła ręcznik papierowy, wydmuchała nos. Za chwilę Dillon się obudzi i zobaczy, że jej nie ma… Przeszył ją dreszcz.

– On jeszcze nie wie.

Liv zmarszczyła czoło.

– Jak to nie wie? Myślałam…

– Wyszłam, gdy zasnął – przerwała jej Emily. – Nikt jeszcze o niczym nie wie, oprócz ciebie. – Potarła twarz.

Olivia otworzyła szeroko oczy.

– Aaa, no dobra… Posłuchaj, może się mylę, ale czy pan młody nie powinien jednak wiedzieć takich rzeczy?

Emily westchnęła i minęła przyjaciółkę. Weszła do sypialni i zaczęła grzebać w komodzie. Pragnęła dwóch rzeczy: odzyskać Blake’a i wziąć długi gorący prysznic.

– Wiem, Liv. Umyję się, uspokoję i zadzwonię do niego.

Olivia oparła się o drzwi, w jej oczach zabłysnął niepokój.

– A możesz zaczekać, aż wrócę z kawą? Zadzwonię do Lisy i Michaela, powiem im, co się dzieje, dobra?

Emily zamknęła szufladę i spojrzała na zatroskaną przyjaciółkę.

– Dobrze, zaczekam. – Podeszła do niej. – I dziękuję.

Olivia ujęła ją za brodę, potrząsnęła leciutko.

– Nie ma za co. Dobra, leć, bierz prysznic, wracam za chwilę.

Emily skinęła głową. Gdy za Olivią zamknęły się drzwi, poczuła ciężar w żołądku. Rozmowa z Dillonem − nieważne, czy Gavin byłby przy niej, czy nie, nie będzie łatwa. Westchnęła, starając się zignorować jego niemal namacalną obecność. Poszła do łazienki, położyła na toaletce spodnie i T-shirt, odkręciła wodę. Gdy gorąca para wypełniła pomieszczenie, zdjęła ubranie, wśliznęła się pod prysznic. Wzięła mydło, powoli przesuwała nim po obolałej wewnętrznej stronie ud. Jej myśli zalała wizja tego, co pozwoliła Dillonowi ze sobą zrobić. Zawstydzona, opuściła powoli głowę, aż kasztanowe włosy zasłoniły jej twarz jak woalka. Bolał ją każdy mięsień, lecz to i tak było nic w porównaniu z bólem pękającego serca.

Zanurzała się w mrocznych czeluściach swojego umysłu, który odtwarzał w kółko to, co Dillon zrobił zeszłej nocy. Wtedy też dotarło do niej w pełni, na co się godziła przez ostatni rok. Świadomość tego, jak się oszukiwała, wmawiając sobie, że on ją kocha, że się o nią troszczy, obezwładniła ją. Przytłaczająca, głęboko zakorzeniona wdzięczność za jego pomoc – właśnie to doprowadziło ją do punktu, w jakim się znalazła.

Złość na samą siebie narastała, kipiała w żołądku. Coraz mocniej, coraz szybciej tarła ramiona, twarz, nogi, jakby chciała usunąć ze skóry wszelkie wspomnienia związane z Dillonem. Odkręciła bardziej gorącą wodę, trzęsąc się na myśl o tym, jak pozwalała sobą manipulować, na każdym kroku, bez przerwy.

Łzy mieszały się z wodą; kilka razy odetchnęła głęboko, próbując wziąć się w garść. Dillona już nie było w jej życiu. Nie było żadnego „my”, to należało do przeszłości. Jak we śnie spłukiwała ze skóry nie tylko mydło, ale i truciznę, którą wsączył w jej duszę. Wyszła spod prysznica, sięgnęła po ręcznik, owinęła się nim. Stojąc przez lustrem, patrzyła na kobietę, jaką pragnęła być. Już zawsze.

– Nigdy więcej – szepnęła. Potrząsnęła głową, przesunęła rękami po policzkach, zacisnęła powieki. – Nigdy więcej.

Myśląc o szaleństwie, jakie miał przynieść ten dzień, Emily wskoczyła w ubranie, wysuszyła włosy i ruszyła do sypialni. Stanęła jak wryta, słysząc włączającą się pocztę głosową. Nagły strach, że to może być Dillon, i równie nag­ła nadzieja, że to jednak Gavin, sparaliżowały ją. Nie­pewnie podeszła do szafki nocnej i drżącą ręką sięgnęła po telefon.

Strach i nadzieja zniknęły, gdy zobaczyła, że to wiadomość od Lisy. Poczuła, że dopada ją zmęczenie; położyła się więc na łóżku, przytuliła do poduszki, po czym odsłuchała wiadomość. Siostra niepewnym głosem zapewniała ją, że ona i Michael już jadą. Jednocześnie gdzieś w tle Emily zarejestrowała, że drzwi wejściowe cicho się otwierają.

– Liv?! – zawołała, zamknęła telefon i usiadła na łóżku. Odrzuciła aparat, przesunęła dłonią po twarzy i ruszyła do salonu. – Mam nadzieję, że kupiłaś coś do jedzenia… − Urwała, wstrząśnięta. Zatrzymała się w drzwiach do salonu i sparaliżowana, patrzyła bez słowa na Dillona, który opar­ty o blat, sączył sok ze szklanki.

– Obudziłem się i zobaczyłem, że cię nie ma, Emily… – Odstawił sok, do twarzy miał przyklejony nieprzyjemny uśmiech. – Tak się śpieszyłaś, żeby tu przyjechać i się wystroić, zanim powiesz mi „tak”? – Przesunął palcem po jej policzku. – Pomyślałem, że zajrzę, zanim zacznę się szykować u Trevora.

– Odwal się ode mnie, Dillonie – wykrztusiła drżącym głosem i cofnęła się, usiłując ukryć strach, buzujący w jej żyłach.

Zamrugał w niedowierzaniu, po czym zmrużył oczy, na jego twarzy odbiła się dezorientacja.

– Co? – spytał, podchodząc bliżej i biorąc ją za ramię.

Gwałtownie wyrwała rękę, aż uderzyła łokciem w szafkę.

– Słyszałeś. Powiedziałam: odwal się. – Ostatnie słowa wysyczała cicho. – To koniec, Dillonie. To… – wskazała przestrzeń między nimi – to już skończone. Nie będę dłużej twoją chętną ofiarą…

Nim zdążyła dokończyć, pchnął ją na ścianę, jedną ręką złapał za włosy, drugą chwycił za brodę. Przesunął językiem po jej dolnej wardze, świdrując ją wzrokiem.

– Pieprzyłaś się z nim, tak?

Ból przeszył jej czaszkę. Krzyknęła, a ten krzyk zabrzmiał jak prychnięcie:

– Tak, pieprzyłam się z nim! Tak, kocham go, i nie, nie wyjdę za ciebie ani dziś, ani nigdy!

Chociaż nadal paraliżował ją strach, nagle zalało ją poczucie ulgi i wyzwolenia. Przymknęła na chwilę powieki, chcąc przywołać obraz twarzy Gavina, jednak cios w policzek sprawił, że otworzyła szeroko oczy. Skóra piekła boleśnie. Popchnęła Dillona, chcąc się uwolnić. Cisnął nią przez pokój niczym szmacianą lalkę. Wylądowała na czworaka na podłodze. Próbowała wstać, lecz znów złapał ją za włosy, po czym przygniótł do ziemi.

– Ty pieprzony świrze! – wrzasnęła, zaciskając dłonie na jego nadgarstkach.

Ukląkł i odchylił mocno jej głowę, zmuszając, żeby na niego spojrzała.

– Pieprzysz się z nim?! Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem?! – warknął, nawijając sobie jej włosy na pięść.

Serce waliło jej jak młotem, gdy zebrała wszystkie siły i wbiła paznokcie w jego ręce, usiłując zmusić go, żeby je wyplątał z jej włosów.

– A co takiego dla mnie zrobiłeś?! Zniszczyłeś mnie! – zawołała. Podły uśmiech zapalił się na jej twarzy, łzy spływały po policzkach, gdy wykrzyczała: – O, żałuję, że nie pieprzyłam się z nim przy tobie!

Patrząc na nią oczami bardziej lodowatymi i pustymi niż nocne niebo, Dillon jeszcze raz uderzył ją w twarz. Krzyknęła; poczuła ukłucie bólu, skóra nad brwią musiała być rozcięta, ciepła, gęsta krew spłynęła jej po policzku.

Tymczasem on pociągnął ją za włosy, zmuszając do wstania; potem przycisnął ją do swojej piersi. Emily przełknęła dławiący strach i spojrzała mu w oczy. Mina Dillona wyraźnie świadczyła o tym, że to jeszcze nie koniec. W nagłym przypływie gniewu i adrenaliny przeorała mu paznokciami twarz od powiek aż do szczęki. Na jego skórze pojawiły się cienkie strużki krwi, z gardła wyrwało się wycie.

Przez dudnienie tętna w skroniach Emily usłyszała odgłos otwieranych drzwi i krzyk Lisy. Jednym skokiem Michael dopadł Dillona, złapał go za barki i odciągnął od Emily. Przewrócili się; Michael wylądował na plecach, Dillon − na nim; zadał cios. Michael zrzucił go, przekręcił się na bok i zerwał na równe nogi.

Emily stała w objęciach Lisy, trzęsąc się płakała. Patrzyła, jak Dillon podnosi się z podłogi, jak jej szwagier skacze do przodu i uderza go w twarz, rozcinając mu wargę.

– Powinienem był to zrobić wczoraj, draniu! – zaryczał.

Dillon otrząsnął się po ciosie, wyprostował i ruszył do przodu; złapał Michaela za kołnierz, jednak nim zdążył coś zrobić, ponownie oberwał pięścią w twarz i padł na podłogę.

Zgiełk głosów ranił uszy Emily, żołądek skręcały mdłości. Znieruchomiała, szloch zamarł jej na ustach, gdy patrzyła, jak do mieszkania wchodzą zaniepokojeni odgłosami bójki sąsiedzi, a za nimi dwóch policjantów. Po wyjaśnieniach Michaela jeden z gliniarzy podniósł Dillona i skuł mu ręce za plecami.

– Jesteś pieprzoną dziwką! – zawył Dillon, wypluwając krew. – Zwykłą pieprzoną dziwką! Mam nadzieję, że cię zerżnie, a potem rzuci, jak wszystkie pozostałe, suko!

Jego słowa wybuchły w głowie Emily, poczuła się jak pyłek kurzu, unoszony w zwolnionym tempie w samym środku ryczącego tornada. W całym tym szaleństwie, jakie rozpętało się wokół, w pokoju pełnym ludzi, nie widziała nic, tylko… twarz Gavina. Jeden z gliniarzy groził Dillonowi, że jak się nie uspokoi, to swój pobyt w areszcie zapamięta do końca życia, lecz ona nic nie słyszała, prócz odgłosu swojego rozpadającego się serca. Jedyne, co czuła, to odrętwienie.

Uwolniła się z objęć siostry i podeszła do Dillona. Na jego skrwawionych ustach błądził nieprzyjemny uśmieszek. Patrząc suchymi oczami na tego łajdaka, którego tak kochała, któremu oddała całą siebie, uderzyła go w twarz. Po całych miesiącach życia w piekle, do którego pozwoliła się wtrącić, po miesiącach tłumionego bólu, teraz już nic nie mogło jej powstrzymać. Rzuciła się na niego, okładając go pięściami.

– To twoja wina! – krzyczała, wyrywając się policjantowi, odciągającemu ją od Dillona. – Kochałam cię, a ty, ty stałeś się człowiekiem, jakim poprzysiągłeś nie być! I wiesz co…? – Dyszała ciężko, a wyprowadzany przez policjanta jej były narzeczony obejrzał się przez ramię. Już się nie uśmiechał. – Jeśli Gavin mnie rzuci i już nigdy się do mnie nie odezwie, będę wiedziała, że zasłużyłam na każdą chwilę tego cier­pienia!

Rozdygotana, patrzyła, jak Dillon odchodzi z jej życia równie nagle, jak się w nim znalazł. Złapała się za brzuch i opadła na kolana; myśli o Gavinie szarpały jej serce. Zdruzgotana, oparła czoło o stolik, zasłoniła twarz rękami i wybuchła płaczem.

Lisa usiadła przy niej, objęła ją, przytuliła. Kołysząc się w jej ramionach, Emily zrozumiała, że oto wyrwała się z piek­ła. Nie będzie już kolejną daną w statystyce. Nie będzie jeszcze jedną ofiarą przemocy.

Wydawało jej się niemożliwe, że pozwoliła, żeby sprawy zaszły tak daleko… W tym momencie rozbłysła w jej pamięci wizja matki, która pozwala − najpierw mężowi, potem kolejnym facetom, żeby traktowali ją jak szmatę. Natrętny obraz mroził krew w żyłach.

– Cii, siostrzyczko… – szepnęła Lisa, przytulając ją mocniej. – Już po wszystkim…

Olivia uklękła przy nich.

– Dobrze się czujesz? – spytała miękko. Podała Emily woreczek z lodem, z apteczki wyjęła plaster oraz gazę. Szybko opatrzyła rozcięcie nad brwią.

Emily skinęła głową, oczy miała mokre od łez.

– Tak, nic mi nie jest.

Drugi policjant podszedł do nich. Był nieco przy kości, jego mundur wyglądał na powypychany.

– Będę musiał prosić panią o zeznanie. Pogotowie już jedzie, jeśli będzie pani chciała, zawiozą panią do szpitala.

– Nie. – Emily przyłożyła lód do spuchniętego policzka, skrzywiła się, czując zimno na skórze. – Nie chcę do szpitala.

– W porządku. – Policjant zajrzał do notatnika. – Może pani odmówić, gdy przyjadą, ale tak czy inaczej muszą wejść, bo to było wezwanie do przemocy domowej.

Michael usiadł na sofie z zatroskaną miną.

– Emily, moim zdaniem powinni cię obejrzeć.

– Zgadzam się – dodała Lisa.

Emily wstała, próbując opanować zawroty głowy. Przeszła chwiejnie przez salon, chciała sprawdzić, czy Gavin nie oddzwonił. Lisa i Olivia zerwały się, poszły za nią.

– Em… – Olivia delikatnie wzięła przyjaciółkę za ramię, na jej twarzy malowało się niezrozumienie. – Czemu nie chcesz iść do szpitala?

Emily odwróciła się, odgarnęła włosy. Sięgnęła po telefon i serce jej zamarło: ani jednego nieodebranego połączenia od Gavina.

– Powiedziałam „nie”, Olivio. Żadnego szpitala. – Do jej oczu napłynęły łzy, usiadła ciężko na łóżku. – Czuję się dobrze. Potrzebuję tylko aspiryny i snu.

Przyjaciółka zacisnęła usta w wąską linijkę, spojrzała na Lisę. Obie miały stroskane miny. Lisa skrzyżowała ręce i oparła się o drzwi.

– Emily, jak słowo daję, czasami jesteś uparta jak muł.

– Wiem – odparła. – Ale naprawdę nic mi nie jest.

Olivia przechyliła głowę i westchnęła znacząco, patrząc w sufit. Potem przeniosła wzrok na przyjaciółkę, oparła rękę na biodrze.

– Wiesz, jaki jest jedyny powód, dla którego nie będę naciskać?

Emily zamknęła oczy i pokręciła głową.

– No?

– Taki, że dałaś Debillonowi porządnego kopa w dupę i więcej go tu nie zobaczymy.

Emily położyła się na łóżku, zwinęła w kłębek. Normalnie odpowiedziałaby jakimś żartem, lecz teraz nie była w stanie. Teraz zmusiła się, żeby odpowiedzieć cokolwiek.

– Tak – powiedziała ze smutkiem w głosie. Przyłożyła lód do policzka, piekły ją oczy. – Chyba tak. – Odetchnęła głęboko, naciągnęła na siebie kołdrę. – Jak przyjedzie pogotowie, to ich wpuśćcie, na razie chcę pobyć sama.

Lisa i Olivia skinęły głowami, nadal niespokojne, i wyszły z sypialni.

Pół godziny później Emily złożyła zeznania i załatwiła papierkowe sprawy z policjantem, a także po raz kolejny odmówiła udania się do szpitala. Kiedy w mieszkaniu wreszcie zapanowała cisza, jej wzrok padł na telefon. Sprawdziła. Nic. Żadnej wiadomości od Gavina. Po jej policzkach znów popłynęły łzy. Czuła, że musi mu wszystko wytłumaczyć. Wybrała jego numer; gryzła wargę, słuchając kolejnych sygnałów. W końcu odezwała się poczta głosowa; Emily już miała zamknąć klapkę telefonu, jednak powstrzymała się. Zalał ją ból, dojmująca tęsknota ścisnęła pierś.

– Gavinie… ja… mówi Emily – szeptała, walcząc z emocjami, podchodzącymi jej do gardła. – Pewnie nie chcesz ze mną rozmawiać, ale i tak muszę ci coś powiedzieć. – Wzięła głęboki wdech i powoli wypuściła powietrze. – Dillon sprawił, że czułam się martwa, a ty… ty zwróciłeś mi życie. Gdy Gina otworzyła mi drzwi tamtego ranka, pomyślałam… – urwała, otarła łzy – wystraszyłam się, że znów jesteście razem. Powinnam była pozwolić ci to wyjaśnić. Przepraszam! Przykro mi, że ze wszystkich dziewczyn na świecie, w których mógłbyś się zakochać, wybrałeś właśnie mnie. I przepraszam, że ci nie uwierzyłam, choć powinnam. I że złamałam ci serce. Kocham cię, Gavinie. Powiedziałeś, że pokochałeś mnie w chwili, gdy mnie ujrzałeś, teraz wiem, że ja pokochałam cię w tym samym momencie. Czułam, że powinnam być z tobą, a walczyłam z tym. W pierwszej chwili wystraszyło mnie w tobie wiele rzeczy, dopiero potem pokazałeś, jaki jesteś naprawdę… − Rozpłakała się na dobre. – Proszę, wybacz mi, że próbowałam zniszczyć naszą miłość! Że nie zawalczyłam o nas, choć wiedziałam, że powinniśmy być razem. Wybacz, że byłam taka słaba, taka rozbita… I dziękuję ci… Dziękuję, że mnie kochałeś. Dziękuję za dołeczki w twoich policzkach i za kapsle. Za każdym razem, gdy widzę kapsel, myślę o tobie. Dziękuję za Jankesów i przemądrzałe uwagi. Dziękuję za nocną jazdę i zachody słońca. Dziękuję ci za to, co było dobre, co było złe, i za to wszystko, co pomiędzy… – Urwała i nie zdążyła nic więcej dodać, długi sygnał oznaczał, że czas nagrania się skończył. – Przepraszam, że jedyne, co ode mnie dostałeś, to ból – szepnęła, wpatrując się w sufit i przyciskając telefon do piersi.

2Odrętwienie

W ciągu dwudziestu czterech lat życia Emily zdarzały się chwile odrętwienia, kiedy zamykała jakiś rozdział. Pozwalała wtedy, żeby jej umysł się wyłączył, uwolnił od zalewającej go trucizny. Witała to uczucie z radością, rozkoszowała się nim jak zapachem róż. Tamto odrętwienie oczyszczało. Jednak dziś tkwiła w barze Bella Lucina, automatycznie zapisywała kolejne dane w bloczku zamówień, walcząc z odrętwieniem, które zapuszczało korzenie w jej sercu i pleniło się niczym chwast. Czegoś takiego nie doznała jeszcze nigdy. I wcale nie chciała czuć.

216 godzin bycia martwą…

12960 minut zagubienia…

777600 sekund całkowitego odrętwienia…

Dzień po dniu jej względny spokój, starannie upleciony z nitek nadziei, rozpadał się, a ona sama bezpowrotnie ginęła. W nocy śnił jej się Gavin, a były to nieprzyjemne sny, które wciąż na nowo przypominały, że go utraciła. Stawał się pięknym wspomnieniem, rozwiewał w powietrzu, zabierając ze sobą jej siły witalne. Porzucona, złamana i pewna, że już nigdy nic się nie zmieni, cierpiała, myśląc, że on kochał ją wtedy, gdy najmniej na to zasługiwała. Na takie uczucia zupełnie nie była przygotowana, w dodatku wiedziała, że zasłużyła na każdą godzinę, minutę i sekundę tego, czego teraz doświadczała.

– Zaniosłam za ciebie drinki na dwunastkę – powiedziała Fallon i usiadła obok.

Z pochyloną głową, nadal zanurzona w odmętach czasu, który upłynął od odejścia Gavina, Emily nie odpowiedziała.

– Zamówili makaron primavera dla tej małpy, która się do nich przysiadła. – Emily spojrzała na przyjaciółkę nieobecnym wzrokiem. – No tak. Znaleźli ją po drugiej stronie ulicy. Pewnie uciekła z cyrku. – Fallon zwinęła włosy w niedbały węzeł.

– Mówiłaś coś o małpie? – spytała z wahaniem Emily. – I kiedy ufarbowałaś włosy na niebiesko?

– Nie, nie mówiłam nic o małpie. – Fallon uniosła brew, oparła się łokciami o bar, podłożyła dłonie pod brodę. – Są niebieskie od trzech dni i już mnie w nich widziałaś.

– Aha. – Emily wróciła do mazania w bloczku.

– Co to ma być? – Fallon wzięła od niej notesik z zamówieniami. – Co to za liczby?

– Nic takiego. – Emily wyrwała jej notatki.

Fallon przyglądała się jej ze zmarszczonymi brwiami.

– Kolorado, nie chcę naciskać, ale mam nadzieję, że nie odliczasz godzin do samobójstwa, co?

Emily aż się szarpnęła, jej oczy rozszerzył szok.

– Jezu, Fallon, chyba nie myślisz, że mogłabym to zrobić?!

– Odpowiedz na pytanie: jest to odliczanie czy nie?

Emily westchnęła, postukała notesem o granitowy blat baru.

– Minęło dziewięć dni, odkąd wyjechał. Dziewięć dni od chwili, gdy złamałam mu serce. Dzwoniłam, wciąż nie odbiera.

– Nie odbiera niczyich telefonów. – Fallon przytuliła przyjaciółkę. – Colton mówił przedwczoraj Trevorowi, że nawet on się nie może do Gavina dodzwonić.

– Być może, ale to nie przez brata wyjechał, tylko przeze mnie. – Emily pokręciła głową, z całych sił walcząc ze łzami. – Oddał mi swoje serce, a ja je podeptałam. Przeze mnie zostawił swoją rodzinę, przyjaciół… swoje życie…

– Em, przede wszystkim przestań się zadręczać. Biorąc pod uwagę to, co zobaczyłaś tamtego ranka, i tak miał dużo szczęścia, że w ogóle mu uwierzyłaś. Nie mówię, że nie powinnaś, ale, do licha, nie ma co kryć, to był niezły szajs! Po drugie, wyjechał, bo myślał, że bierzesz ślub z Dillonem. Jak się dowie, że pogoniłaś tego gnojka, wróci.

– On już wie, że ślub się nie odbył – szepnęła Emily, czując, że znów pęka jej serce. – Olivia powiedziała mi, że Colton zostawił wiadomość jego gosposi.

– O, nie wiedziałam… – mruknęła Fallon, uciekając wzrokiem. Przez chwilę bawiła się kosmykiem włosów, w końcu spytała: – Może potrzebuje więcej czasu?

– Sama nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. – Emily potarła skronie. – Wiem tylko jedno: bez niego nie istnieję.

Fallon spojrzała niespokojnie na przyjaciółkę, jednak zanim zdążyła coś powiedzieć, ktoś wbił jej palce między żebra i połaskotał. Zaskoczona, odwróciła się gwałtownie.

– Trevor! – pisnęła, przyciągając uwagę Antonia. Posłał jej ostre spojrzenie z drugiego końca sali; dziewczyna przygryzła wargę i wymówiła bezgłośnie: „przepraszam”. Szef pokręcił głową, po czym wrócił do swojego lunchu. – Ty kretynie! – szepnęła, odpychając swojego chłopaka.

Ten zachichotał i cmoknął dziewczynę w czubek głowy.

– Przepraszam, zapomniałem, że masz łaskotki, Niebieskowłosa.

– Jasne, zapomniałeś. – Fallon wykrzywiła się, wstała. – Co tu robisz tak wcześnie? Przecież wiesz, że kończę za dwie godziny.

– Przyszedłem pogadać z Emily. – Uśmiechnął się do niej niepewnie. – Jesteś już wolna?

– Niestety, jeszcze nie. – Em wstała, wzięła głęboki wdech, spojrzała na notes i wsunęła go do fartuszka. – Do końca zmiany zostało mi pół godziny.

– Kolorado, rzucę okiem na twoje stoliki, a ty pogadaj z moim zapominalskim facetem. – Spojrzała na Trevora z wyrzutem, za to poklepała Emily przyjaźnie po plecach. – Zajmę się wszystkim, małpa z dwunastki dostanie swój deserek.

Trevor podrapał się w brodę, ściągnął brwi.

– Małpa…?

– Zgadza się, małpa! – Fallon mrugnęła do Emily, a on wzruszył ramionami. – Gadajcie sobie, my, kochanie, zdzwonimy się wieczorem.

– Na pewno mogę? – spytała jeszcze raz Emily, rozpuszczając koński ogon.

– Nie ma sprawy. – Fallon cmoknęła Trevora w policzek i ruszyła do pracy.

– Usiądziemy w boksie? – zaproponował Trevor.

– Czemu nie. – Odwiązała fartuszek, weszła za bar. – Chcesz coś do picia?

– Nie, dzięki.

Emily zrobiła sobie podwójne espresso, po czym przenieśli się do boksu, wciśniętego na tyłach restauracji. Wśliznęła się na siedzenie i upiła łyk kawy. Przez ostatnie dni prawie nie spała, miała nadzieję, że podwójna dawka kofeiny choć trochę pobudzi jej organizm i przestanie się czuć jak zombie.

Trevor spojrzał na nią oczami pełnymi żalu.

– Przede wszystkim chcę ci powiedzieć, że czuję się jak łajdak po całej tej sprawie z Dillonem.

Emily poruszyła się, zaskoczona tą nagłą deklaracją.

– Daj spokój, Trevorze, to nie twoja wina.

– Nie, Emily, zaczekaj. Wysłuchaj mnie, dobrze? − Z ociąganiem skinęła głową. – Przepraszam, że rozmawiamy dopiero teraz… Chciałem przyjść do ciebie tego samego dnia, w którym to się stało, ale… nie dałem rady. Przez bity rok patrzyłem na to, co się dzieje, i ani razu nie otworzyłem gęby. Przyglądałem się, jak on cię traktuje, i nie powiedziałem nic. – Urwał, jego palce nerwowo skubały lnianą serwetkę. – Pamiętam, jak byłaś podekscytowana, gdy zaczęliście się spotykać, a potem on po prostu zaczął cię niszczyć, dzień po dniu. Chciałbym, żebyś mnie dobrze zrozumiała: widziałem, że się zaczyna źle dziać, lecz nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo. − Urwał, odchylił się na oparcie, potrząsnął głową. – Nie, psiakrew, pieprzę bzdury i próbuję się wybielić. Widziałem. Widziałem wszystko na własne oczy i powinienem był coś zrobić. Mogłem coś zrobić. Tymczasem… ściąłem się z Gavinem, że z zazdrości oczernia Dillona, bo sam się w tobie zakochał. – Trevor złapał się za głowę, po czym odetchnął, a głos zniżył do szeptu. – Niech to szlag, kumpluję się z Blakiem od dziecka, a jednak nie stanąłem po jego stronie. Widziałem, jak Dillon uderzył go na przyjęciu przedweselnym i nie zrobiłem nic, cholera, nic!

– Trevorze, proszę cię, to nie…

– Nie, poczekaj. Daj mi skończyć, Emily. − Znowu skinęła głową. – Olivię i mnie wychował człowiek, który nigdy w życiu nie odezwałby się do naszej matki tak jak Dillon do ciebie. – Jego wzrok spoczął na Fallon, szykującej za barem dzbanek świeżej kawy. – Cholera, kocham Fallon i nie potrafię sobie nawet wyobrazić, żeby ktoś potraktował ją tak jak Dillon ciebie! I co? Podkuliłem ogon… i teraz mogę mieć tylko nadzieję, że ty i Gavin wybaczycie mi, że byłem cholernym tchórzem. Ale nie zmienię przeszłości i jedyne, co mogę zrobić, to odtąd być w porządku. Dlatego kilka dni temu odszedłem z Morgan & Buckingham. Nie widziałem tego dupka, gdy zabierałem swoje rzeczy, ale skończyłem z nim i całym jego szajsem. Gdy mówiłem, że uważam cię za moją drugą siostrę, to było na serio. A przecież brat nigdy by nie pozwolił, żeby ktoś tak traktował jego siostrę. – Ujął jej dłoń. – Proszę, wybacz mi, jeśli potrafisz.

Emily ścisnęła jego rękę; z jej oczu płynęły łzy, w głowie miała pustkę.

– Nie mogę ci wybaczyć, bo nie mam czego. Za to, co się wydarzyło, nie mogę nikogo obwiniać. To ja odpowiadam za wszystko, co pozwoliłam sobie zrobić. Nie chcę, żebyś to brał na siebie.

– A jednak…

– Nie, Trevorze. To ja mu na to pozwoliłam. – Wskazała swoją pierś. – To nawet nie jest wina Dillona, tylko moja.

– Olivia opowiadała mi, że twoja mama ciągle trafiała na dupków. Dorastałaś w takiej atmosferze, myślę, że to cię usprawiedliwia. Ale ja…? Dla mnie nie ma wytłumaczenia.

Wspomnienie toksycznych związków matki oderwało na chwilę uwagę Emily od Trevora. Jej wzrok przykuła wcho­dząca właśnie do restauracji uśmiechnięta para, której Fallon wskazała stolik.

– Powinnam być mądrzejsza, nie iść w jej ślady… – urwała, nie chcąc się rozkleić, po czym znów spojrzała na przy­jaciela.

– Em, właśnie zrobiłaś pierwszy krok! Super, że złożyłaś zeznania i że wystąpiłaś o zakaz zbliżania się Parkera do ciebie. Dlatego chciałem cię prosić… teraz, gdy Gavina nie ma… gdyby ten dupek próbował ci się naprzykrzać, obiecaj, że dasz mi znać, dobrze?

Emily dotknęła opuszkami strupa nad brwią.

– Dobrze, dzięki… – zawahała się, odchrząknęła. – Mogę cię o coś spytać?

– Jasne.

– Dzwoniłeś do Gavina i zostawiłeś mu wiadomość?

– Tak. – Trevor skinął głową.

Emily wciągnęła powietrze, splotła ręce na kolanach.

– Błagam, powiedz, że nie wspomniałeś mu o tym, co się stało!

– Nie, uznałem, że to nie jest dobry pomysł, żeby dowiedział się z poczty głosowej. Chcę z nim pogadać, jak wróci.

– Proszę, posłuchaj mnie. Ja nie chcę, żeby on wiedział, co zrobił Dillon. On… no nie wiem, po prostu… Proszę, nie mów mu o niczym, dobrze?

Trevor przechylił głowę, w jego głosie zabrzmiało zdu­mienie:

– Chcesz, żebym ukrył przed nim prawdę?

Emily poczuła ukłucie niepokoju w żołądku.

– Tak. Dość się już nacierpiał. Poza tym gdyby się o wszyst­kim dowiedział, nie odpuściłby Dillonowi.

– Czemu chcesz kryć tego dupka?! – Chłopak wydawał się zszokowany.

– Kurde, Trevorze, ja nie kryję Dillona, próbuję tylko chronić Gavina! Jak się dowie, nie odpuści. Dopadnie Dillona, nie daj Boże, coś mu zrobi i wyląduje w więzieniu! Albo Dillon zrobi coś Gavinowi… Nie mogłabym z tym żyć! Już wystarczająco go skrzywdziłam. – Odwróciła wzrok, wytarła łzy z oczu. – Proszę… – szepnęła. – Po prostu nic mu nie mów.

Trevor przesunął ręką po karku.

– Posłuchaj, nie wyciągnę tego pierwszy, ale Blake zna Dillona i wie, że on nie pozwoliłby ci tak po prostu odejść. Będę szczery, Em: jeśli mnie spyta, powiem mu prawdę.

Przycisnęła palce do skroni.

– Przepraszam. Nie powinnam prosić, żebyś kłamał.

Odetchnął ciężko, zamrugał i poprawił okulary na nosie.

– Nie przepraszaj, to wszystko jest popieprzone. Po prostu obiecaj mi, że sama mu o tym powiesz, jak już się dogadacie.

– Jeśli się dogadamy… – westchnęła. – Nawet nie oddzwonił… – Jej wzrok znów powrócił do pary po drugiej stronie sali. – Skończył ze mną.

– A ja myślę, że on cię kocha, choć ma teraz bajzel w głowie. Jestem pewien, że jak wróci i na ciebie spojrzy, wszystko samo się ułoży. – Wstał i położył dłoń na jej ramieniu. – Miejmy tylko nadzieję, że nie zniknął na pół roku.

Emily miała wrażenie, że Trevor właśnie jej wyrwał ostatni fragment serca.

– Naprawdę myślisz, że może go nie być tak długo? – wyszeptała drżącym głosem.

– Przepraszam, Em, nie chciałem tego powiedzieć.

– Ale powiedziałeś. Dlaczego?

Przygryzł dolną wargę, odwracając wzrok, i wzruszył ramionami.

– Gavin potrafi zniknąć na dobre… Nie mam pojęcia, jak długo go nie będzie.

Emily zakręciło się w głowie, przycisnęła rękę do ust.

– O mój Boże… Ja przecież… On nie może… – Ruszyła w stronę baru, nogi same ją niosły. Sięgnęła po torebkę, płaszcz i apaszkę, serce biło jej jak oszalałe.

– Nie powinienem był tego mówić. – Trevor poszedł za nią do baru, spojrzał przepraszająco. – Równie dobrze może wrócić jutro.

– Lub za pół roku – wykrztusiła, mijając go.

Dotarła do drzwi, a jej pierś ściskała panika. Trzęsąc się cała, wyszła z restauracji; jej myśli pędziły z prędkością światła. Zarzuciła płaszcz, odruchowo lawirowała w strumieniu śpieszących się ludzi. Urywki rozmów, klaksony samochodów, odgłosy syren wirowały wokół niej, a ona była na nie kompletnie głucha. Bo jedynymi dźwiękami, jakie w tej chwili słyszała, był głos Gavina szepczącego jej wprost do ucha, jego beztroski śmiech, bicie jego serca, kołyszące ją do snu.

Na samą myśl, że może go nie być tak długo, łzy pchały się jej do oczu. Przez te dziewięć dni od przyjęcia przedweselnego omal nie umarła. Po sześciu miesiącach umrze na pewno.

Im bardziej zbliżała się do Chrysler Building, tym mniej pewnie się czuła. Lecz nie miała zamiaru pozwolić, żeby ją to zatrzymało. Nim się zorientowała, już wchodziła do holu. A tam poczuła, że traci dech.

Jej wzrok spoczął na plecach mężczyzny, opartego o kontuar recepcji. Czarne włosy, muskularne ciało… Wyglądał zupełnie jak Blake! Zesztywniała, widząc, jak nieznajomy leniwie wsuwa dłoń do kieszeni spodni, drugą dłonią przeczesując włosy gestem jej ukochanego. Emily spróbowała się opanować, powoli ruszyła w jego stronę. Wyciągnęła drżącą rękę i dotknęła go lekko w ramię. Pragnęła go wszystkimi zmysłami. Wciągnęła zapach jego wody kolońskiej, a wtedy on się odwrócił.

Emily ujrzała obcą twarz, obce oczy i obcy uśmiech. Oszalałe serce podskoczyło jej do gardła.

– Tak? – odezwał się mężczyzna.

Nie będąc w stanie przemówić, poruszyć się czy choćby myśleć, wpatrywała się w nieznajomego szeroko otwartymi oczami. Od nagłego przypływu mdłości zakręciło się jej w głowie; otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, i nie zdołała.

– Dobrze się pani czuje? – Nieznajomy położył ręce na jej ramionach. – Wygląda pani, jakby miała zasłabnąć.

Emily chrząknęła, pokręciła głową i się cofnęła.

– Ja… przepraszam… pomyślałam… – nie dokończyła, zamrugała nerwowo, odwróciła się i pobiegła do zatłoczonej windy, wcisnęła się do środka.

Windziarka w czerwonym żakiecie odwróciła głowę.

– Które piętro? – spytała krótko.

Emily spojrzała na nią, usiłując wrócić do rzeczywistości, zapanować nad swoimi emocjami. Nie zdołała.

– Nie… nie wiem.

Kobieta prychnęła z przyganą i wzruszyła ramionami. Za to jakiś starszy pan uśmiechnął się ciepło do Emily.

– Jak się nazywa firma, której pani szuka?

– Blake Industries – odparła, podnosząc rękę do czoła.

– O, znam ją i jej dwóch charyzmatycznych właścicieli – odparł mężczyzna. Skinął głową niesympatycznej kobiecie w uniformie, która gapiła się na Emily przez ramię. – Sześćdziesiąte drugie piętro. Niech pani będzie tak miła i przywoła tej młodej damie windę.

Zbierając resztki sił, Emily uśmiechnęła się do niego. Starszy pan skinął głową i puścił jej oczko.

Winda zatrzymywała się na kolejnych piętrach, a Emily zatopiła się we wspomnieniach. Ona i Gavin stali w tej samej windzie, gdy zobaczyła go po raz pierwszy. Teraz niewielką przestrzeń wypełniali ludzie, wtedy byli sami.

– Nie jest moją dziewczyną, jeśli nad tym się zastanawiasz.

– Kto powiedział, że w ogóle się zastanawiam?

– A kto powiedział, że nie?

Wspomnienie zgasło, gdy życzliwy mężczyzna dotknął jej ramienia, dając znać, że dotarli na właściwe piętro. Em pohamowała nagłą chęć ucieczki, podziękowała mu skinieniem głowy, przecisnęła się przez tłumek i wyszła z windy. Omiotła spojrzeniem piaskowaną szklaną ścianę z napisem „Blake Industries”, przełknęła ślinę i podeszła do recepcjonistki, siedzącej za mahoniowym kontuarem w kształcie półksiężyca.

Ciemnowłosa kobieta oderwała wzrok od monitora, uśmiechnęła się.

– W czym mogę pomóc?

Jakimś cudem Emily zdołała odpowiedzieć uśmiechem.

– Chciałabym się widzieć z panem Coltonem Blakiem.

– Przykro mi, ale pan Blake ma teraz spotkanie. Może zechce pani usiąść i zaczekać, powinien być wolny najdalej za dziesięć minut. – Wskazała plastikowe fotele. – Mogę prosić o pani godność?

– Emily Cooper.

– Powiadomię, że pani czeka, panno Cooper. – Recepcjonistka posłała jej kolejny uśmiech.

– Dziękuję. – Emily odwróciła się, lecz nim zdążyła usiąść, drzwi gabinetu się otworzyły. Jej zdenerwowanie sięgnęło zenitu, gdy ujrzała Coltona, usłyszała jego głęboki, serdeczny śmiech. Ściskał dłoń mężczyzny, który wychodził razem z nim. Emily zrobiło się słabo, gdy poczuła na sobie wzrok brata Gavina.

Jego jowialność zniknęła w jednej chwili, na twarzy pojawiła się maska obojętności. Patrzył na nią z rozchylonymi ustami, potem przeniósł wzrok na swojego rozmówcę. Emily obserwowała spięta, jak wsuwa rękę we włosy, jak usiłuje przywołać na twarz niedawną beztroskę. Szarpiąc nerwowo brzeg białej koszuli, czekała, aż mężczyźni dotrą do windy. Colton obrzucił ją wzrokiem bez wyrazu, po czym skupił się na swoim gościu.

– Zdzwonimy się w przyszłym tygodniu, Tom – powiedział, wciskając guzik windy. – Przekaż pozdrowienia Ellie, moja matka zadzwoni do niej na dniach w sprawie brunchu.

– Dobrze. – Drugi mężczyzna pokiwał głową; drzwi windy się zamknęły.

– Panie Blake – odezwała się wtedy recepcjonistka – panna Cooper chciała się z panem zobaczyć.

– Widzę. Dziękuję, Natalie. – Colton odwrócił się do Emily i skinął jej głową. – Emily…

– Witaj, Coltonie.

– Co ty tu robisz? – rzucił ostro.

Poruszyła się nerwowo, wpatrzona w jego świdrujące zielone oczy. Przełknęła ślinę.

– Chcę z tobą porozmawiać.

– To oczywiste.

– Więc czemu pytasz? – Przechyliła głowę.

Starszy z braci Blake’ów uniósł brew, kącik jego ust zadrżał w uśmiechu.

– Porozmawiajmy zatem.

Emily poszła za nim do gabinetu, znów usiłując zapanować nad strachem i mdłościami. Colton zamknął drzwi i zdjął marynarkę, gestem wskazał gościowi krzesło przed biurkiem. Zdjęła płaszcz i apaszkę, po czym usiadła, walcząc z dojmującym pragnieniem ucieczki. Nie, nie może teraz wyjść. Zerkając ukradkiem na Coltona, zarejestrowała, że odwiesił marynarkę do szafy, podszedł do biurka i siadł w fotelu naprzeciw niej. Przez chwilę przyglądał się jej uważnie.

– Zraniłaś go, Emily – chrząknął znacząco.

Tęsknota, okupująca jej zbolałe serce, tylko się powiększyła.

– Wiem. Wiem o tym lepiej niż ktokolwiek inny. – Walczyła z całych sił, żeby głos jej się nie załamał. – Ale kocham go i muszę to naprawić. Olivia powiedziała, że wie od ciebie, że nie ma go w kraju. Proszę, Coltonie, powiedz mi, gdzie on jest.

Starszy Blake odchylił się w fotelu, po czym rzucił protekcjonalnie:

– Kochasz go? Ciekawe, dlaczego trudno mi w to uwierzyć. – Emily cofnęła się jak od uderzenia, a on mówił dalej: – I niby jak to sobie wyobrażasz? Nawet jeśli ci powiem, gdzie on jest, skąd wiesz, że cię przyjmie z powrotem? Nie masz pojęcia, w jakim był stanie, gdy przyjechał do mnie tamtej nocy. Jego wzrok, ból na twarzy… – Wzruszył ramionami, dodał cynicznie: – No tak, skąd możesz wiedzieć, byłaś zbyt zajęta swoim przyjęciem przedweselnym.

Pokój wypełniło ciężkie milczenie, Emily poczuła, że brak jej tchu. Jego insynuacje były niczym siarczysty policzek. Nie panując dłużej nad sobą, zamrugała, z jej oczu popłynęły łzy.

– Za tamtą noc zapłaciłam ogromną cenę. Przeżyłam ją bardziej, niż mógłbyś podejrzewać. − Gdy wymówiła te słowa, jej umysł przywołał gorzki ból, będący karą za jej czyny albo… za ich brak. Ale trudno, nie pozwoli, żeby Colton zarzucał jej, że się świetnie bawiła tamtego wieczoru. Wstała z krzesła, przycisnęła ręce do piersi. – Nie masz pojęcia, jak bardzo kocham twojego brata. Bez niego nie mogę żyć, ledwo oddycham, nie mogę spać, prawie nie jem. To prawda, że przez chwilę mu nie ufałam, nie mogłam! Tamtego okropnego ranka otworzyłam drzwi do jego przeszłości i to w momencie, gdy wierzyłam, że jestem jego przyszłością! To mnie zabiło. Instynkt kazał mi uciec, więc go posłuchałam. A teraz obydwoje cierpimy z tego powodu. − Przycisnęła dłoń do ust, spuściła oczy. Serce dudniło jej w piersi, gdy powoli podniosła głowę i spojrzała na Coltona, w jej płonących zielonych oczach było błaganie. – Nie wiem, czy on mnie przyjmie i nawet na to nie liczę. Nie wiem, czy w ogóle na mnie spojrzy, sama z trudem na siebie patrzę. Ale jedno wiem na pewno: chcę go zobaczyć. Muszę mu powiedzieć, jak bardzo żałuję. Nie wiem, jak się to skończy, co się stanie, po prostu muszę to zrobić! – Wciągnęła powietrze, spojrzała na swojego rozmówcę zwężonymi oczami. – Dlatego nie waż się mówić, że go nie kocham, bo to nieprawda.

Na twarzy starszego z Blake’ów odbiło się zrozumienie i współczucie. Wstał, wziął długopis i notes. Nabazgrał coś na małej karteczce, obszedł biurko i podał notatkę Emily.

– Oto adres jego domu i baru na plaży, w którym zapewne przesiaduje. – Wyjął portfel z kieszeni, odliczył kilka banknotów, jego wargi uniósł nikły uśmiech. – To prawda, że za tobą nie przepadałem, ale nie pozwolę, żebyś nadszarpnęła swój budżet, jadąc po tego mądralę; wiesz, w sumie powinienem być ci wdzięczny. – Sięgnął po jej dłoń, wcisnął pieniądze.

Spojrzała na banknoty, pociągnęła nosem i pokręciła głową.

– Nie, nie potrzebuję… Wystarczy mi, że wiem, gdzie on jest.

Próbowała oddać mu pieniądze, lecz Colton stanowczo odsunął jej rękę.

– Nalegam. To tylko kilka setek. Gavin chciałby, żebym ci pomógł, zorganizuję ci więc samolot i hotel. – Chrząknął, wsunął ręce do kieszeni. – Mam szczerą nadzieję, że będzie inaczej, jednak musisz się liczyć z tym, że… że może dziwnie zareagować na twoje przybycie.

Emily z trudem skinęła głową. Zbierając swoje rzeczy, starała się odepchnąć tę natrętną myśl, lecz wiedziała, że być może rzeczywiście będzie się musiała zmierzyć z tym, że Gavin ją odtrąci. Włożyła płaszcz, spojrzała na Coltona.

– Odzywał się do ciebie?

– Nie. – Pokręcił głową. – Jeszcze nie.

Strach przeszył jej żołądek.

– Więc skąd pewność, że on tam w ogóle jest? Może coś mu się stało.

– Zaufaj mi, znam swojego brata. Nic mu nie jest – powiedział z przekonaniem, odprowadzając ją do drzwi. – Jedyną osobą, która może go skrzywdzić, jest on sam.

Aż rozchyliła usta, spojrzała na Coltona okrągłymi z przerażenia oczami.

– Chyba nie myślisz, że…

– Nie, nie! – przerwał jej szybko. – Nie to miałem na myśli, zapomnij, co powiedziałem. – Emily się wzdrygnęła. Cichym, poważnym głosem Colton dodał: – Przepraszam za moją oschłość. To mój młodszy brat i chociaż jest kibicem Jankesów, co napawa mnie obrzydzeniem, bo sam kibicuję Metsom, to jednak trochę go lubię.

– To tak jak ja – szepnęła, wpatrując się w swoje stopy. Potem znów spojrzała w oczy Coltona, szukając w nich podobieństwa do Gavina. – Naprawdę.

– Wiem, nie musisz mnie przekonywać. Teraz musisz zrobić tylko jedno: polecieć do niego i jemu to udowodnić. Mój asystent skontaktuje się z tobą i poda ci szczegóły podróży.

Emily przycisnęła torebkę do piersi, jej oczy wypełniła wdzięczność.

– Dziękuję ci, Coltonie.

Skinął głową i otworzył jej drzwi.

Wyszła, czując, że łzy znów spływają jej po policzkach. Gdy znalazła się w windzie, w której się wszystko zaczęło, zalały ją ulga i strach jednocześnie. Niepewność i nadzieja rozdygotały nerwy, przyśpieszyły bicie serca. Bała się tego, jak Gavin ją przyjmie, gdy zjawi się bez zapowiedzi, pragnąc ratować to, co było między nimi. I wiedziała zarazem, że nie wytrzyma bez niego ani dnia dłużej.

3Dystans

Zachodzące karaibskie słońce kładło długie cienie na mozaikowych płytkach małego baru na plaży. Gavin świetnie znał to miejsce, odwiedzał je za każdym razem, gdy tu przyjeżdżał − było to trochę tak, jakby rozciągnąć Piątą Aleję daleko, daleko na południe. Dym unosił się leniwie znad grilla, powietrze wypełniał aromat tacos z krewetkami i tamales. Zerwał się ciepły wiatr, fale uderzały o piasek. Gavin chłonął otaczające go obrazy i dźwięki, a jego zbolałe serce biło w rytm fal.

Odgłosy bębnów, rozlegające się na plaży, wczasowicze grający w siatkówkę na gorącym piasku, ciała kobiet z chirurgicznie powiększonymi piersiami, spragnione kolejnej warstwy olejku do opalania, maluch raczkujący w stronę turkusowej wody i biegnący za nim ojciec. Mężczyzna złapał malca w ostatniej chwili, zawirował z nim. Dzieciak roześmiał się radośnie, pewnie zakręciło mu się w głowie. Kącik ust Gavina uniósł się delikatnie. Mężczyzna wyszedł z wody z synkiem na ramieniu, położył malucha na piasku obok matki, przerywając jej chwilę spokoju. Gavin patrzył, jak tamten kładzie się obok żony, uśmiecha, obejmuje ją i całuje, i poczuł ogromną tęsknotę. Wspomnienie Emily w jego ramionach przeszyło go jak błyskawica. Sięgnął po szklaneczkę whisky z lodem, który zdążył niemal stopnieć, z wysiłkiem oderwał wzrok od rodziny na plaży.

– Señor Blake… – Gavin spojrzał na kelnera, którego znał od lat, a który teraz podszedł z kolejnym drinkiem. Stawiając szklankę przed Gavinem, Miguel uniósł brwi. – To, señor, od tamtej pięknej señority. – Wskazał głową kobietę siedzącą samotnie przy barze.

Gavin spojrzał w jej stronę. Długonoga, w krótkiej jedwabnej sukience, uśmiechała się do niego nieśmiało, sącząc piña coladę przez słomkę i spoglądając na niego znacząco. Skinął jej głową i odwrócił się do młodego Meksykanina; wyjął portfel z tylnej kieszeni spodni i podał mu napiwek.

– Dziękuję, Miguelu. Zanieś jej drinka na mój koszt. – Odchylił się i położył rękę na oparciu sąsiedniego krzesła. – Jak się mają Maria i syn?

– O, bardzo dobrze, señor Blake – odparł Meksykanin ochoczo. – Próbujemy nauczyć grać małego w piłkę nożną! – Roześmiał się i zgarnął ze stolika pustą szklankę. – Chcemy, żeby pewnego dnia zagrał… jak wy to nazywacie… olimpia…?

– Olimpiada – podpowiedział Gavin.

Szeroko uśmiechnięty, Miguel przerzucił ścierkę przez ramię.

– Właśnie, olimpiada, olimpiada i mundial. Mamy nadzieję, że mały pewnego dnia przyniesie mnie i mojej rodzinie tyle dinero, co ma pan, señor. Dużo szczęścia, si?

Gavin podniósł drinka, poruszył szklanką, aż kostki lodu zastukały o ścianki. Obraz Emily zalał jego świadomość; uśmiechnął się z wysiłkiem do Miguela i powiedział tonem wypranym z emocji:

– Tak jest, pieniądze dają dużo szczęścia, Miguelu.

Kelner uśmiechnął się jeszcze szerzej i odszedł. Nie miał pojęcia, że zostawia stałego klienta sam na sam z jego demonami. Tymczasem fizyczny ból, przyczajony tuż pod skórą, przemożny, niemal nie do zniesienia, uderzył Gavina prosto w serce. Nie mógł się pozbyć myśli o prawdziwym szczęściu, nie potrafił się od nich uwolnić. Narastający ból przerodził się w gniew. Mimo starań, nie potrafił uciec od ukochanej, wciąż tak bardzo jej pragnął. Każdy mięsień jego ciała się napiął, gdy wspomnienia wspólnych chwil, kasztanowych włosów łaskoczących go w twarz opanowały jego umysł, narastając, piętrząc się, atakując.

Gavin przekręcił głowę, próbując przebić się przez ten mur uczuć; jego wzrok spoczął na kobiecie od drinka. Miała dość ładną twarz, bujne, rude włosy spadały na ramiączka sukienki. Przesunął wzrokiem po jej szczupłej sylwetce; na ustach nieznajomej błądził zachęcający uśmiech. Wzięła kieliszek i kopertówkę i zaczęła iść w jego stronę. Nie odrywając od niej wzroku, Blake słuchał, jak sandały na obcasikach wystukają rytm na drewnianym pomoście. Przystanęła tuż przed nim, przechyliła głowę i zajrzała mu w oczy, jakby pytała, czy może się przysiąść. Pomyślał, że to jej wahanie jest nawet podniecające, skinął głową i wskazał miejsce naprzeciwko.

Wciąż się uśmiechając, zeszła z pomostu na patio na plaży. Odsunęła krzesło, postawiła na blacie kieliszek, obok położyła torebkę. Jej włosy rozwiał ciepły wiatr. Kiedy podniosła rękę, żeby założyć rude kosmyki za ucho, Gavin zauważył, że ma zielone oczy w boleśnie znajomym odcieniu. Zalany emocjami, jego umysł rozpaczliwie walczył ze wspomnieniem Emily.

– Potrafię dostrzec mężczyznę ze złamanym sercem z odległości kilometra – wymruczała, siadając. Założyła nogę na nogę i upiła spory łyk swojego drinka. Lekko pochyliła się nad stolikiem, kuszący uśmiech wygiął jej lśniące wargi, gdy wzrok zsunął się z twarzy Gavina na jego pierś, a potem wrócił do oczu. – Co mogę zrobić, żeby panu pomóc, panie…?

– Nie jesteś tak nieśmiała, jak się wydajesz – mruknął, sięgając po swoją whisky, pokręcił głową. – Jak to mówią, pozory mylą. Ale w porządku, ja też nie jestem tak nieśmiały, jak mógłbym się wydawać. – Dopił drinka, postawił szklankę na stole, po czym pstryknął w nią palcami. Przejechała po szklanym blacie, brzęknęła o popielniczkę. Oparł łokcie na stoliku, skrzywił się i złożył dłonie pod brodą. – Chcesz znaleźć sposób na moje problemy? Jestem zaintrygowany, panno…?

Nieznajoma przygryzła wargę i usiadła, naśladując jego pozę.

– Po pierwsze, miło mi, że jesteś zaintrygowany. Przyznaję, że taki był mój cel. Cieszę się, gdy mężczyzna uznaje mnie za intrygującą. Po drugie, jestem bardzo daleka od bycia nieśmiałą. Po trzecie, nigdy nie mówiłam, że ty sprawiasz wrażenie nieśmiałego. Nic w tobie nie wskazuje na nieśmiałość i to też mnie cieszy. – Zsunęła sandałek z prawej stopy i sięgnęła do niej dłonią. Pochyliła głowę, a Gavin obserwował, jak powoli przesuwa czerwonymi paznokciami od spodu stopy do kostki. Po chwili wyprostowała się, zmieniła pozycję, wsuwając sobie bosą stopę pod pośladek i się uśmiechnęła. – Po czwarte, tak, chcę rozwiązać twój problem, w dowolny i miły ci sposób. Ja również przechodzę trudny okres, więc byłoby to z korzyścią dla nas obojga. I po piąte, skoro ty nie podałeś nazwiska, czemu ja miałabym się przedstawiać? Zdaje się, że jestem od ciebie trochę starsza, a starszym należy się szacunek. Nie mam racji, panie…?

Na ustach Gavina pojawił się uśmiech.

– Gavin Blake.

– A więc, panie Blake o pękniętym sercu, miło cię poznać. Ja nazywam się Jessica Layton, możesz mi mówić Jessica. – Patrząc mu prosto w oczy, wyciągnęła rękę w zapoznawczym geście. Ujął ją i poczuł, jak jej kciuk rysuje małe kręgi na wierzchu jego dłoni. Z wahaniem się wycofała i poprawiła stanik. – To kim ona była i czemu, na litość boską, złamała serce tak boskiemu facetowi?

Kierowany impulsem, chrząknął i patrząc ponad Jessicą, podniósł rękę, prosząc Miguela o następną kolejkę. Pokręcił głową, odchylił się w krześle i wsunął dłonie w kieszenie szortów. Z niewzruszoną miną przechylił głowę na bok i utkwił wzrok w oczach swojej rozmówczyni.

– Pozwól, że wyjaśnię ci kilka rzeczy, Jessico, jeśli tak masz naprawdę na imię. − Lekko zmrożona jego tonem, skinęła głową. – Otóż, po pierwsze, moje życie i ludzie, którzy w nim byli, to absolutnie nie twoja sprawa, więcej o to nie pytaj. Po drugie, być może ci się wydaje, że zdołasz znaleźć remedium na moje problemy, jednak ja jestem cholernie pewny, że nie. Jestem też więcej niż pewny, że zdołam zerżnąć cię do nieprzytomności, lecząc z tych ciężkich chwil, przez które właśnie przechodzisz. Może i jestem młodszy, ale nie jesteś pierwszą kobietą w moim życiu. Nadążasz?

Patrząc na niego szeroko otwartymi oczami, Jessica rozchyliła usta, lecz się nie odezwała. Skinęła tylko głową.