Pulpet i Prudencja. Smocze Pogotowie Przygodowe - Joanna Olech - ebook + audiobook
Opis

Pompon, słynny smok przygarnięty przez rodzinę Fisiów, ożenił się i ma dwoje dzieci. Są to bliźniaki Pulpet i Prudencja. Chodzą do zwykłej szkoły z dziećmi, które je zaakceptowały i wcale się nie dziwią, że w ławce siedzą dwa bystre smoki w kolorze limonkowym. Pewnego dnia Pulpet i Prudencja wybierają się z przyjaciółmi do Transylwanii w poszukiwaniu swoich przodków. Fantastyczne poczucie humoru i wartka akcja to cechy pisarstwa Joanny Olech. Autorka również wykonała ilustracje do tej mądrej książki, która w subtelny sposób uczy tolerancji i otwarcia na innych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 105

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 12 min

Lektor: Krzysztof Tyniec

Popularność


Joanna Olech

Pulpet i Prudencja

Smocze Pogotowie Przygodowe

Pulpeta i Prudencję (z natury) rysowała autorka

Wydawnictwo Znak Kraków 2010

Projekt graficzny i okładka

Kuba Sowiński

Fotografia autorki na 4. stronie okładki

Grzegorz Olech

Ilustracje

Joanna Olech

Adiustacja

Małgorzata Biernacka

Korekta

Barbara Gąsiorowska Aurelia Hołubowska

Łamanie

Katarzyna Leja

Copyright for the text & illustrations © by Joanna Olech

ISBN 978-83-240-1402-6

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 

Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569 e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Nazywam się Prudencja i jestem hersztem piratów. Kiedy tupnę drewnianą nogą, drżą przede mną chłopy jak dęby, a złodzieje i nożownicy moczą majtki ze strachu. Wieści o moich zuchwałych rabunkach obiegły świat. Sztaby złota służą mi za przyciski do papierów, a zrabowanymi brylantami puszczam kaczki na wodzie. Moja zbójecka melina mieści się na bezludnej wyspie u ujścia rzeki Świder.

Okej, okej… zmyślałam. To nasza rodzinna tradycja. Od zmyślania pyszczki nam się wydłużają i cierpną ogony.

Tak naprawdę jestem smokiem. To znaczy… smokiem dziewczyną. Albo „samicą smoka”, jak powiedziałby doktor Rąbek (zgodzicie się chyba, że to brzmi okropnie).

Moje imię pochodzi z łaciny i oznacza „ostrożność” albo „rozwagę”. Nie mam pojęcia, skąd ten durny pomysł. Przypuszczam, że rodzice spodziewali się jednego dziecka, a nie bliźniąt. Wybrali dla niego – całkiem rozsądnie – imię Pulpet (tak nazywa się mój brat).

Tymczasem urodziło się nas dwoje. Zapewne w pośpiechu, na wariata, szukali imienia dla drugiego dziecka. I stąd ta „Prudencja”, niech to kaczka kopnie!

Nie widzicie problemu? Ha! To spróbujcie zdrobnić moje imię. Prudzia? Dencia?… Śmiało! Wysilcie swoje szare komórki! Czy są jakieś lepsze propozycje?… Nie ma?

No właśnie!

Nie wiem, czy macie pojęcie, jak to jest mieć brata bliźniaka.

Generalnie rodzeństwo to jest niezły wynalazek. No wiecie, braterska solidarność… te rzeczy… Ale z Pulpetem sprawy mają się zupełnie inaczej.

Kiedy jesteś bliźniakiem, zwłaszcza bliźniakiem-bliźniaczo-podobnym, wszyscy oczekują, że będziesz wierną kopią brata. Podsuwają ci ciastka, które on lubi, kupują ten sam fason adidasów i dziwią się, kiedy odmawiasz wyjazdu w góry, które on uwielbia. W szkole sadzają cię w tej samej ławce i nie mogą pojąć, czemu dostajesz pałę z klasówki, którą on napisał na piątkę. Słowo daję, flaki mi się przewracają za każdym razem, kiedy muszę tłumaczyć, że nie jesteśmy jednym organizmem. Trudno o dwie bardziej różniące się od siebie osoby niż ja i mój brat. Mamy takie same nosy, takie same uszy, takie same oczy… ale na tym koniec podobieństw.

To, że jesteśmy smokami, tylko komplikuje sytuację. Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy jedyni na świecie. Raptem cztery sztuki – Mama, Tata, Pulpet i ja. Ludzie oczekują, że będziemy jak smoki z bajki – wszyscy tacy sami.

Mieszkamy w Smoczej Jamie. Jeśli byliście w Krakowie na wycieczce szkolnej, to pewnie pamiętacie tę jaskinię pod Wawelem. Trochę tam ciemno i wilgotno, prawda? I zalatuje pleśnią. Zastanawiacie się, jak można tam mieszkać? Spokojna głowa. Może zauważyliście w głębi drzwi z napisem: „Przejście służbowe. Tylko dla personelu”. Za tymi drzwiami są kręte schodki w górę. Dalej – długi korytarz prowadzi do naszego mieszkania. Na końcu – drzwi z kołatką w kształcie smoczej głowy (prezent od babci Fiś). To tu mieszkamy. Całkiem przyjemne miejsce, słowo daję. Dwa pokoje z kuchnią, meble ze Smyka, wanna z bąbelkami, spora biblioteka, nowa wykładzina dywanowa. Ognioodporna. W poprzedniej Tata niechcący wypalił dziurę podczas transmisji meczu Wisła-Cracovia.

Mój Tata zionie ogniem. U nas, smoków, to normalka. Chociaż Mama mówi, że zianie jest prostackie i w złym guście. Może i tak, ale bywa bardzo przydatne. Zwłaszcza kiedy trzeba zrumienić grzankę albo załatać dętkę rowerową (jeśli wiecie, co to wulkanizacja). Od grzanek w naszym domu jest Pulpet, a od naprawy roweru – to raczej ja. Mój brat ma różne dziewczyńskie talenty, a ja – wręcz przeciwnie. Umiem wyregulować obroty w skuterze doktora Rąbka, z zamkniętymi oczami rozpoznaję każdą markę samochodu po gangu silnika, a nie dalej jak tydzień temu zreperowałam sąsiadce radio Szarotka. Jak dorosnę – zostanę strażakiem. To znaczy… strażakiem dziewczyną. No bo przecież nie „samicą strażaka”, prawda?

Swoją drogą, najwyższa pora zadbać o żeńskie końcówki!

Oboje z Pulpetem chodzimy do podstawówki na ulicy Dragonów. Dopiero całkiem niedawno dowiedziałam się, że nazwa ulicy nie pochodzi od smoków (ang.dragon),tylko od kawalerii. „Dragon” to taki facet na koniu, uwierzycie? Phi!

Jesteśmy pierwszym pokoleniem smoków, które chodzą do szkoły. Nasi rodzice są samoukami. Czy to znaczące, że słowo „samouk” jest bardzo podobne do słówka „smok”? Wiedza moich rodziców jest… hm… dziurawa jak ser szwajcarski. Tata nie ma pojęcia, kim była Maria Konopnicka, nie zna wzoru na pole trapezu i nie słyszał o bogactwach naturalnych Senegalu, ale rozpoznaje dwa tysiące gatunków owadów i potrafi je nazwać po łacinie. Na dodatek świetnie imituje głosy zwierząt, a w szachy gra jak sam Kasparow.

Mama z kolei zapamiętuje bez problemu dwunastocyfrowe liczby, zna język suahili i potrafi żonglować pięcioma piłeczkami. Że nie wspomnę o jej kisielu żurawinowym, który jest najlepszy na świecie.

Natomiast kiedy trzeba poprawić wypracowanie z polskiego – moi rodzice są zupełnie bezużyteczni. Tata nie ma pojęcia o ortografii (na pocztówce świątecznej do Fisiów napisał „gwiastka” – przez „es” i „te”!!!), a Mama do każdego wypracowania dorzuca smoka albo układa nową listę lektur szkolnych:Anaruk – smok z Grenlandii, O smoku, który jeździł koleją, Smoki z Bullerbyn, Akademia Pana Smoka…

Do szkoły mamy niedaleko, raptem dwie przecznice, ale i tego wystarczy, żeby zrobić zbiegowisko. Powiem nieskromnie, że jesteśmy dosyć sławni. Miejscowi już nas znają i tylko machają przyjaźnie z daleka. Gorsza sprawa z przyjezdnymi – ci smoka na oczy nie widzieli. Najpierw się gapią i trącają łokciami, a potem – dawaj wyciągać aparaty i – pstryk! pstryk! – po oczach. Czasami któryś próbuje skubnąć łuskę z ogona – dla tych jesteśmy bezlitośni. Bywa, że Pulpet draśnie takiego natręta pazurkiem alboszczypnie boleśnie w zadek. Ja opędzam się piórnikiem. A piórnik mam solidny, drewniany…

Zasadniczo jesteśmy pacyfistami. Ale trudno uniknąć przemocy, kiedy trzeba stawić czoło czterdziestoosobowej wycieczce Zespołu Szkół Zawodowych z Węcierzyc. Uwierzcie mi – nie jest lekko być mniejszością gatunkową.

No choćby wczoraj – idziemy sobie Plantami… Pulpet kręci młynka workiem z kapciami, ja przeskakuję kałuże, ale kątem oka widzę, że u wylotu alejki kłębi się grupka przyjezdnych. Łatwo ich poznać po torebkach z kanapkami i po ciupagach, których nakupili w straganach na Rynku. Wokół wycieczki biega spocony opiekun z planem Krakowa w garści.

– Uwaga, Pulpecie! – mówię. – Wycieczka na jedenastej. Plan awaryjny!

Pulpetowi nie trzeba dwa razy powtarzać, w dwóch susach już jest w krzakach, a ja za nim. Do dzwonka siedem minut… – myślę sobie. – Spoko. Przeczekamy.

Nie doceniłam przeciwnika.

– O kurde, Andżeliko! Widziałam smoki, jak pragnę skonać! – słyszę i już wiem, że nie jest dobrze. Mamy październik, liście pożółkły i opadają. Nasza kryjówka to kępka wyłysiałych krzaków, a smocze łuski lśnią w jaskrawym słońcu i sieją „zajączkami” wokół. I już widzę tę Pamelę i Andżelikę, jak gnają w naszą stronę, a za nimi Patryk i Alan, i pół tuzina innych Dżejsonów.

– Ja cię sunę, smoki! – mówi Pamela i rozgarnia wątłe krzaczki. W tej sytuacji nie pozostaje nam nic innego, jak tylko otrzepać kolana, zdmuchnąć z nosa kilka liści i opuścić naszą kryjówkę z godnością.

– Dzień dobry! – mówimy chórem, jak Mama uczyła, co wzbudza prawdziwą wesołość wśród gapiów.

– Żywe! Zajebiste! – mówi Patryk, na co mój brat krzywi się boleśnie. Od dziecka jest wrażliwy i ma wręcz uczulenie na wulgarne słowa. Podnosi głowę i karci Patryka spojrzeniem. Niestety, facet jest zaimpregnowany na takie subtelne sygnały. Rechocze rozbawiony i mówi: – A może przypalimy gada zapalniczką, to zatańczy krakowiaka?

Wysuwa naprzód ciupagę i już-już ma dzióbnąć Pulpeta ostrym końcem pod żebro, kiedy mój brat wypuszcza nosem obłok smrodliwego, siarkowego dymu. Zaskoczony Patryk krztusi się, dławi i cofa dwa kroki. Andżelika i Pamela odskakują z niesmakiem, zatykając nosy. Pulpet gwiżdże przeraźliwie, co oznacza „ewakuacja!”. Startujemy jak prom Discovery – z przytupem. Hyc! między nogami gapiów, pędem mijamy nadbiegającego opiekuna wycieczki, ślizgiem pod podwoziem autokaru, slalomem między parkującymi samochodami i już jesteśmy na ostatniej prostej – widać wejście do szkoły i pękatą postać pani Wyrodek – woźnej – która zamiata podjazd. Zziajani dopadamy drzwi równo z dzwonkiem.

– Znowu te cholery wam dokuczały? – pyta domyślnie woźna. – Bachory przeklęte. Że też kary nie ma na to chuligaństwo! Statysta – jeden w drugiego!

– Sadysta – poprawia machinalnie Pulpet. Na szczęście woźna nie słyszy, a my biegniemy do klasy.

W

tym

miesiącu nasza klasa to trzecia Ce.

Tutaj

muszę wyjaśnić – my, smoki, rozwijamy się szybciej niż ludzie. Trzyletni smok jest już całkiem dorosły, podczas gdy trzyletni człowiek – wiadomo – nadal chodzi w pampersie. To bardzo kłopotliwe. Ledwo zaprzyjaźnisz się z jakimś ludzkim rówieśnikiem, a już go przerosłeś – klocki cię nie bawią, misio idzie w kąt, „chodzi lisek koło drogi” już ci nie leży. A przy tym – dorastamy szybko, ale rośniemy wolno. Nabieramy rozumu, ale nadal pozostajemy niewielkiego wzrostu. To wprowa

dza

sporo zamieszania. Bywa, że ludzie traktują mojego (całkiem dorosłego) Tatę jak przytulankę – ćwierkają nad nim i wsuwają mu do łapy lizaka, sądząc, że mają do czynienia z dzidzią. Nie muszę wam mówić, że Tata tego nie lubi. I reaguje czasami… hmm… nerwowo.

No więc – jak mówiłam – dorastamy szybciej. Nie możemy spędzić w podstawówce sześciu lat. Wiem, że to zabrzmi pyszałkowato, ale jesteśmy na to zbyt bystrzy. Kiedy się urodziliśmy (a nasze przyjście na świat narobiło niemało zamieszania), doktor Rąbek – przyjaciel rodziny i znawca gadów – przewidział problemy. Napisał dla nas specjalny, ekspresowy program szkolny.

W każdym półroczu zaliczamy trzy klasy. W rok skończymy podstawówkę, w pół roku gimnazjum, następne pół – liceum. A potem się zobaczy.

Ponieważ jesteśmy biologicznym fenomenem, szkoła fundnęła nam regularne zajęcia z psychologiem szkolnym. Do tej niewdzięcznej roboty zgłosił się pan Jakubek, który cierpi na ofidofobię, czyli paniczny lęk przed gadami. Twierdzi, że cotygodniowa sesja z dwoma smokami pomoże mu przełamać strach. Na razie kiepsko mu to wychodzi. Podczas naszych wizyt blednie i poci się obficie. Trzęsie się, biedak, aż mu okulary dzwonią. Nie daj Boże ziewnąć albo się przeciągnąć – błyskawicznie daje nura pod biurko i długo ociąga się z wyjściem.

Pan Jakubek próbuje rzetelnie zarobić na swoją pensję – daje nam do wypełnienia różne testy, każe rysować obrazki, pokazuje duże czarne kleksy i pyta, z czym nam się kojarzą. Mój brat udziela długich, kwiecistych odpowiedzi, które psycholog pilnie zapisuje w notesie.

Pulpet patrzy na okrągłego kleksa i plecie:

– Sugerowałbym, że to odcisk stopy dinozaura. Ślad stopy – dramatyczne świadectwo bytowania na ziemi olbrzymich roślinożerców…

Pan Jakubek, bardzo zadowolony, skrobie w zeszyciku, po czym podsuwa ten sam kleks pod mój nos i pyta:

– Co ci to przypomina, Prudencjo?

– Kleksa – odpowiadam zgodnie z prawdą.

– W kształcie… – Pan Jakubek zawiesza głos i uśmiecha się zachęcająco.

– Kleksa w kształcie KLEKSA – upieram się, bo, jak mamę kocham, nie widzę tu odcisku stopy dinozaura ani pary tancerzy flamenco, ani wiejskiej kapliczki, ani precelka, ani żadnej z tych głupich rzeczy, które przychodzą do głowy mojemu bratu.

Psycholog mruczy pod nosem i stawia w swoim zeszycie wielki minus.

Niestety, pan Jakubek nie radzi sobie z naszym szybkim dorastaniem. Na pierwszej wizycie w gabinecie psychologa ledwo składaliśmy proste wyrazy i liczyliśmy do dziesięciu (na patyczkach). Pulpet – wstyd powiedzieć – seplenił i ssał kciuk. Tydzień później mój brat przyniósł panu jakubkowi słoik po ogórkach, pełen mlecznych zębów, które wypadły mu w międzyczasie (to nie był dobry pomysł – pan jakubek zasłabł i musieliśmy go ocucić, polewając wodą z akwarium). Miesiąc później Pulpet napisał pierwszy sonet, a ja rozwiązałam równanie z dwoma niewiadomymi. Psycholog był wstrząśnięty. Zapisał cały zeszycik i patrzył na nas z niedowierzaniem. Od tej pory nie afiszujemy się ze swoją wiedzą i dla świętego spokoju udajemy dwa małe, głupie smoki.

Możecie mi wierzyć – nauczycielki nie lubią, kiedy w klasie pojawia się na krótko para smoków, narobi zamieszania i znika. Co prawda doktor Rąbek wręcz stawał na uszach, żeby je na to przygotować, ale bywa różnie. Ludzie lubią proste sytuacje. Wiadomo – kotki robią „miau”, pieski robią „hau”, a smoki? Smoki pożerają dziewice. Oto siła literatury ludowej – niby wszyscy wiedzą, że bajki to bujda, ale na wszelki wypadek cichcem wyjmują pilniczek do paznokci… a nuż się przyda? I choćbyś się zaklinał, że twoim ulubionymdaniem jest ciasto z rabarbarem; choćbyś przysięgał, że jesteś wegetarianinem – będą cię traktować, jakbyś był Godzillą.

Najbardziej z całej szkoły lubię Gabrysię. Jest najmniejsza w klasie trzeciej Ce, okrągła i ostrzyżona króciutko, na jeża. Od razu, pierwszego dnia szkoły, zwróciłam na nią uwagę. To było wiosną, przed wakacjami. Rodzice przyprowadzili nas pod sekretariat, pomachali i poszli. Właśnie trwała przerwa. Szliśmy korytarzem eskortowani przez panią Helę – naszą wychowawczynię. Wszyscy wgapiali się w nas, jak zwykle. To mnie nawet nie dziwi. Gdyby w szkole pełnej smoków wylądowały dwa różowe, pozbawione łusek, tu i ówdzie porośnięte włosem, bezogoniaste stworzenia – też bym się gapiła. No więc maszerowaliśmy za panią Helą w tłumie dzieciaków w różnych rozmiarach i widziałam same rozdziawione gęby. Na półpiętrze tłum się przerzedził i wtedy zobaczyłam niedużą, krótko ostrzyżoną dziewczynkę. Siedziała na parapecie, pochylona nad tamborkiem, i wyszywała. Kompletnie mnie zamurowało, bo haftowanie to, jak wiadomo, kompletny obciach, najbardziej wstydliwa czynność pod słońcem. Tylko noszenie warkocza z kokardą jest gorsze. Dziewczynka podniosła wzrok znad tamborka i uśmiechnęła się do nas szeroko. Bez cienia zdziwienia – jakby nic innego nie robiła przez całe życie, tylko widywała smoki na szkolnym korytarzu. A wtedy zauważyłam, że wyszywa na białej serwetce czarnym kordonkiem „Wesołego Rogera”, czyli piracką banderę z trupią czachą. He, he!

Gabrysia jest dziwna – wszystko robi inaczej niż inni. Za to ją lubię. Jest dziwna… jak smok.

Wiedzieliśmy, że pierwszy dzień szkoły może być trudny. Pulpet nawet spakował do plecaka sztuczne gówienko ze sklepu Śmieszne Rzeczy, żeby na wypadek szarpaniny odwrócić uwagę przeciwnika. Pulpet jest bardzo pomysłowy, jeśli chodzi o unikanie awantur, ale i tak najczęściej kończy się na ucieczce. W biegu na setkę nikt nam nie podskoczy – jesteśmy szybcy jak Bond.

No