Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 290 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pułapka uczuć - Colleen Hoover

Książka wyjątkowa, niepodobna do niczego innego.

„New York Times”

Niezwykle emocjonalna i zabawna historia losów dwóch rodzin, które nieoczekiwanie staną się sobie bliskie w obliczu śmiertelnej choroby i codziennych problemów.

Siedemnastoletnia Saykensko straciła ojca. Wraz z matką i bratem rozpoczyna nowe życie w Michigan nowe plany na przyszłość, obawy przed nieznanym i nowi sąsiedzi powodują poważne zmiany w relacjach rodzinnych.

Colleen Hoover - autorka pięciu bestsellerowych powieści z listy „New York Timesa”, na której m.in. znalazły się W potrzasku i Punkt zwrotny, opowiadających losy Layken Cohen i Willa Coopera.

Opinie o ebooku Pułapka uczuć - Colleen Hoover

Fragment ebooka Pułapka uczuć - Colleen Hoover

Col­le­en Ho­over

Pu­łap­ka uczuć

Prze­ło­ży­ła Ka­ta­rzy­na Pu­ścian

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Slam­med

Co­py­ri­ght © 2012 by Col­le­en Ho­over

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Ka­ta­rzy­na Pu­ścian, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Książ­kę de­dy­ku­ję ze­spo­ło­wi

The Avett Bro­thers za in­spi­ra­cję pły­ną­cą ze słów:

Zde­cy­duj, kim chcesz być, i tą oso­bą bądź.

Część pierwsza

Rozdział 1

Bar­dziej nig­dzie być nie mogę,

czy mi zna­leźć „gdzieś” po­mo­żesz?

– Sa­li­na, The Avett Bro­thers

Kel i ja pa­ku­je­my ostat­nie dwa kar­to­ny do wy­na­ję­tej cię­ża­rów­ki. Za­su­wam i blo­ku­ję drzwi, za­my­ka­jąc za nimi osiem­na­ście lat wspo­mnień, z któ­rych każ­de wią­że się z moim tatą.

Zmarł sześć mie­się­cy temu. Na tyle daw­no, że mój dzie­wię­cio­let­ni brat Kel nie pła­cze już za każ­dym ra­zem, kie­dy o nim mó­wi­my, ale też na tyle nie­daw­no, że je­ste­śmy zmu­sze­ni za­ak­cep­to­wać fi­nan­so­we skut­ki spa­da­ją­ce na go­spo­dar­stwo do­mo­we po­zba­wio­ne jed­ne­go z ro­dzi­ców. Go­spo­dar­stwo do­mo­we, któ­re­go nie stać na po­zo­sta­nie w Tek­sa­sie, w je­dy­nym domu, jaki znam.

– Lake, prze­stań do­ło­wać – mówi mama, po­da­jąc mi klu­cze do domu. – My­ślę, że Mi­chi­gan bar­dzo ci się spodo­ba.

Nig­dy nie na­zy­wa mnie imie­niem, któ­re mi dała. Ra­zem z tatą przez dzie­więć mie­się­cy spie­ra­li się o to, ja­kie po­win­no być. Mama była za­ko­cha­na w imie­niu Lay­la z pio­sen­ki Eri­ca Clap­to­na. Ta­cie bar­dzo się po­do­ba­ło imię Ken­ne­dy po któ­rymś Ken­ne­dym. „Nie­waż­ne po któ­rym – mó­wił. – Uwiel­biam ichw­szyst­kich!”.

Mia­łam pra­wie trzy dni, kie­dy szpi­tal zmu­sił ich do pod­ję­cia de­cy­zji. Uzgod­ni­li, że we­zmą trzy pierw­sze li­te­ry z każ­de­go z tych imion, i w ra­mach kom­pro­mi­su na­zwa­li mnie Lay­ken, ale żad­ne z nich ani razu się tak do mnie nie zwró­ci­ło.

Na­śla­du­ję głos mamy: „Mamo, prze­stań gó­ro­wać! Mi­chi­gan bę­dzie mi się bar­dzo nie po­do­bać”.

Mama za­wsze po­tra­fi­ła wy­gło­sić wy­kład za po­mo­cą jed­ne­go spoj­rze­nia. Te­raz wła­śnie po­sy­ła mi to spoj­rze­nie.

Wcho­dzę po stop­niach na we­ran­dę i ru­szam na ob­chód przed osta­tecz­nym prze­krę­ce­niem klu­cza w zam­ku. Po­ko­je są prze­ra­ża­ją­co pu­ste. Nie czu­ję, że cho­dzę po domu, w któ­rym miesz­ka­łam od uro­dze­nia. Ostat­nie sześć mie­się­cy przy­po­mi­na­ło wir emo­cji – złych emo­cji. Wy­pro­wadz­ka była nie­unik­nio­na. Zda­ję so­bie z tego spra­wę. Spo­dzie­wa­łam się tyl­ko, że na­stą­pi po tym, jak za­koń­czę na­ukę w ostat­niej kla­sie li­ceum.

Sto­ję w po­miesz­cze­niu, któ­re nie jest już na­szą kuch­nią, kie­dy przed ocza­mi miga mi fio­le­to­wa pla­sti­ko­wa spin­ka do wło­sów – pod szaf­ką, w miej­scu, gdzie sta­ła kie­dyś lo­dów­ka. Pod­no­szę ją z zie­mi, wy­cie­ram kurz i prze­su­wam spin­kę w pal­cach.

– Od­ro­sną – po­wie­dział tata.

Mia­łam pięć lat. Mama zo­sta­wi­ła no­życz­ki do pod­ci­na­nia wło­sów na bla­cie w ła­zien­ce. Zro­bi­łam z nimi to, co po­dob­no robi więk­szość dzie­ci w tym wie­ku. Ob­cię­łam so­bie wło­sy.

– Mama bę­dzie na mnie bar­dzo zła – wy­pła­ka­łam.

My­śla­łam, że je­śli obe­tnę wło­sy, one na­tych­miast od­ro­sną i nikt ni­cze­go nie za­uwa­ży. Od­cię­łam so­bie dość sze­ro­ki ka­wa­łek grzyw­ki, po czym przez ja­kąś go­dzi­nę sie­dzia­łam przed lu­strem, cze­ka­jąc, aż od­ro­śnie. Pod­nio­słam pro­ste brą­zo­we ko­smy­ki z pod­ło­gi i trzy­ma­łam w ręku, za­sta­na­wia­jąc się, jak je na nowo przy­mo­co­wać do gło­wy. Wte­dy za­czę­łam pła­kać.

Kie­dy tata wszedł do ła­zien­ki i zo­ba­czył, co zro­bi­łam, tyl­ko się ro­ze­śmiał, pod­niósł mnie z pod­ło­gi i po­sa­dził na bla­cie.

– Lake, mama ni­cze­go nie za­uwa­ży – obie­cał, wyj­mu­jąc coś z szaf­ki. – Tak się skła­da, że mam tu coś ma­gicz­ne­go. – Otwo­rzył rękę i po­ka­zał mi fio­le­to­wą spin­kę. – Je­śli bę­dziesz ją no­sić, mama o ni­czym się nie do­wie. – Od­gar­nął po­zo­sta­łe ko­smy­ki na bok i przy­piął spin­ką. Po­tem od­wró­cił mnie przo­dem do lu­stra. – Wi­dzisz? Jak nowa!

Spoj­rza­łam na na­sze od­bi­cie i po­czu­łam się jak naj­szczę­śliw­sza dziew­czyn­ka na świe­cie. Nig­dy nie sły­sza­łam, żeby ja­kiś inny tata miał ma­gicz­ne spin­ki.

No­si­łam ją we wło­sach co­dzien­nie przez dwa mie­sią­ce, a mama ani razu o niej nie wspo­mnia­ła. Te­raz, kie­dy o tym my­ślę, zda­ję so­bie spra­wę, że pew­nie po­wie­dział jej, co zro­bi­łam. Ale kie­dy mia­łam pięć lat, wie­rzy­łam w jego ma­gię.

Z wy­glą­du bar­dziej przy­po­mi­nam mamę. Obie je­ste­śmy śred­nie­go wzro­stu. Mama po uro­dze­niu dwoj­ga dzie­ci nie może już ra­czej no­sić mo­ich dżin­sów, ale poza tym je­ste­śmy nie­mal jed­na­ko­we. Mamy brą­zo­we wło­sy, któ­re są pro­ste albo po­fa­lo­wa­ne, w za­leż­no­ści od po­go­dy. Jej oczy mają głęb­szy szma­rag­do­wy od­cień niż moje. Moż­li­we jed­nak, że po pro­stu wy­da­ją się ciem­niej­sze na tle jej bla­dej cery.

We wszyst­kim, co się li­czy, je­stem po­dob­na do taty. Mie­li­śmy to samo iro­nicz­ne po­czu­cie hu­mo­ru, taką samą oso­bo­wość, tak samo ko­cha­li­śmy mu­zy­kę i tak samo się śmia­li­śmy. Z Ke­lem jest zu­peł­nie in­a­czej. Fi­zycz­nie przy­po­mi­na tatę. Ma wło­sy w ko­lo­rze przy­bru­dzo­ne­go blond i de­li­kat­ne rysy. Jak na dzie­wię­cio­lat­ka jest dość drob­ny, ale bra­ki w po­stu­rze nad­ra­bia oso­bo­wo­ścią.

Pod­cho­dzę do zle­wu i od­krę­cam wodę. Prze­cie­ram pal­cem trzy­na­ście lat ku­rzu na­gro­ma­dzo­ne­go na spin­ce. Kel wcho­dzi do kuch­ni ty­łem, kie­dy wy­cie­ram ręce o dżin­sy. To dziw­ne dziec­ko, ale bar­dzo je ko­cham. Lubi ba­wić się w coś, co na­zy­wa „dniem na opak”: więk­szość cza­su spę­dza wte­dy, cho­dząc wszę­dzie ty­łem, mó­wiąc od tyłu, a na­wet pro­sząc naj­pierw o de­ser. Przy tak du­żej róż­ni­cy wie­ku mię­dzy nami i z bra­ku in­ne­go ro­dzeń­stwa musi so­bie chy­ba znaj­do­wać ja­kieś roz­ryw­ki.

– Po­śpie­szy­ła się, że­byś mówi mama, Lay­ken! – krzy­czy od tyłu.

Wkła­dam spin­kę do kie­sze­ni dżin­sów i wy­cho­dzę z domu, za­my­ka­jąc go na klucz po raz ostat­ni.

* * *

Przez kil­ka na­stęp­nych dni mama i ja na zmia­nę pro­wa­dzi­my mo­je­go je­epa i cię­ża­rów­kę. Tyl­ko dwa razy za­trzy­mu­je­my się w ho­te­lu. Kel prze­sia­da się raz do mamy, raz do mnie. Ostat­nie­go dnia je­dzie cię­ża­rów­ką ra­zem ze mną. Wy­kań­cza­ją­cy dzie­wię­cio­go­dzin­ny koń­co­wy od­ci­nek tra­sy po­ko­nu­je­my w nocy, tyl­ko raz za­trzy­mu­jąc się na chwi­lę. Kie­dy do­jeż­dża­my do na­sze­go no­we­go mia­sta, Yp­si­lan­ti, roz­glą­dam się i zda­ję so­bie spra­wę, że ogrze­wa­nie w sa­mo­cho­dzie jest włą­czo­ne, mimo że mamy wrze­sień. Zde­cy­do­wa­nie po­trze­bu­ję no­wych ubrań.

Kie­dy po raz ostat­ni skrę­cam w pra­wo, w na­szą uli­cę, GPS in­for­mu­je mnie, że „do­tar­łam do celu”.

„Do celu”. – Śmie­ję się sama do sie­bie. Co ten GPS wie.

Śle­pa ulicz­ka nie jest zbyt dłu­ga. Po obu stro­nach stoi oko­ło ośmiu jed­no­po­zio­mo­wych ce­gla­nych do­mów. Na jed­nym z pod­jaz­dów wi­dzę kosz do gry, więc mam na­dzie­ję, że Kel znaj­dzie so­bie ja­kie­goś to­wa­rzy­sza za­baw. Szcze­rze mó­wiąc, oko­li­ca wy­glą­da na po­rząd­ną. Traw­ni­ki są rów­niut­ko przy­strzy­żo­ne, chod­ni­ki czy­ste, ale wszę­dzie jest za dużo be­to­nu. O wie­le za dużo. Już tę­sk­nię za swo­im do­mem.

Wła­ści­ciel prze­słał nam zdję­cia domu, któ­ry bę­dzie­my wy­naj­mo­wać, więc od razu go roz­po­zna­ję. Jest mały. Bar­dzo mały. W Tek­sa­sie mie­li­śmy ran­czo z kil­ko­ma akra­mi zie­mi. Zni­ko­my te­ren ota­cza­ją­cy ten dom to nie­mal wy­łącz­nie be­ton i kra­sna­le ogro­do­we. Drzwi wej­ścio­we są uchy­lo­ne. Wi­dzę, że ze środ­ka wy­cho­dzi star­szy męż­czy­zna, jak po­dej­rze­wam wła­ści­ciel, i ma­cha do nas ręką.

Prze­jeż­dżam ja­kieś pięć­dzie­siąt me­trów obok domu, żeby pod­je­chać ty­łem, tak aby drzwi kon­te­ne­ra wy­cho­dzi­ły na drzwi wej­ścio­we. Przed wrzu­ce­niem bie­gu wstecz­ne­go schy­lam się i bu­dzę Kela. Śpi od wy­je­cha­nia z In­dia­ny.

– Wsta­waj – mó­wię szep­tem. – Do­tar­li­śmy do celu.

Kel roz­pro­sto­wu­je nogi, zie­wa i opie­ra czo­ło o szy­bę, żeby po­pa­trzeć na nasz nowy dom.

– Na po­dwór­ku jest ja­kiś chło­pak! My­ślisz, że miesz­ka u nas?

– Le­piej, żeby nie miesz­kał – od­po­wia­dam. – To pew­nie są­siad. Wy­ska­kuj i idź się przy­wi­tać, a ja pod­ja­dę.

Wjeż­dżam przed dom, prze­sta­wiam bieg na „par­ko­wa­nie”, opusz­czam okna i wy­łą­czam sil­nik. Mama pod­jeż­dża obok moim je­epem. Wi­dzę, jak z nie­go wy­sia­da i wita się z wła­ści­cie­lem. Osu­wam się tro­chę ni­żej na sie­dze­niu i opie­ram sto­pę o de­skę roz­dziel­czą, pa­trząc, jak Kel i jego nowy ko­le­ga wal­czą na nie­wi­dzial­ne mie­cze. Za­zdrosz­czę mu. Za­zdrosz­czę, że jest w sta­nie tak szyb­ko za­ak­cep­to­wać prze­pro­wadz­kę, a ja po­zo­sta­ję wście­kłym, roz­go­ry­czo­nym dziec­kiem.

Był zły, kie­dy mama zde­cy­do­wa­ła, że się prze­pro­wa­dza­my. Głów­nie dla­te­go, że sta­ło się to w sa­mym środ­ku se­zo­nu mło­dzie­żo­wej ligi ba­se­bal­lo­wej. Miał przy­ja­ciół, za któ­ry­mi bę­dzie tę­sk­nił, ale w wie­ku dzie­wię­ciu lat nasz naj­lep­szy przy­ja­ciel jest zwy­kle wy­ima­gi­no­wa­ny i miesz­ka po dru­giej stro­nie oce­anu. Mama dość szyb­ko prze­ko­na­ła go obiet­ni­cą, że po­zwo­li mu się za­pi­sać na ho­kej, co chciał zro­bić jesz­cze w Tek­sa­sie, ale na far­mer­skim Po­łu­dniu nie był to zbyt po­pu­lar­ny sport. Kie­dy się już na to zgo­dzi­ła, Kel za­czął my­śleć o Mi­chi­gan po­zy­tyw­nie, a na­wet z pew­ną eu­fo­rią.

Ro­zu­miem, dla­cze­go mu­sie­li­śmy się prze­pro­wa­dzić. Tata do­brze za­ra­biał, pro­wa­dząc sklep z far­ba­mi. Mama w ra­zie po­trze­by pra­co­wa­ła na zle­ce­nie jako pie­lę­gniar­ka, ale głów­nie zaj­mo­wa­ła się do­mem i nami. Ja­kiś mie­siąc po jego śmier­ci uda­ło jej się zna­leźć pra­cę na peł­ny etat. Wi­dzia­łam, jak od­bi­ja się na niej stres zwią­za­ny ze śmier­cią taty oraz z tym, że zo­sta­ła gło­wą ro­dzi­ny.

Pew­ne­go wie­czo­ru przy ko­la­cji wy­ja­śni­ła nam, że nie stać jej na to, żeby da­lej opła­cać wszyst­kie ra­chun­ki i raty za dom. Po­wie­dzia­ła, że zna­la­zła le­piej płat­ną pra­cę, ale że mu­sie­li­by­śmy się prze­pro­wa­dzić. Pra­cę za­pro­po­no­wa­ła jej przy­ja­ciół­ka z li­ceum, Bren­da. Ra­zem do­ra­sta­ły w ro­dzin­nym mie­ście mo­jej mamy, Yp­si­lan­ti, na obrze­żach De­tro­it. Staw­ka była wyż­sza niż za­rob­ki moż­li­we do osią­gnię­cia w Tek­sa­sie, więc mu­sia­ła się zgo­dzić. Nie wi­nię jej za prze­pro­wadz­kę. Moi dziad­ko­wie nie żyją, więc nikt nie może jej po­móc. Ro­zu­miem, dla­cze­go mu­sie­li­śmy to zro­bić, ale zro­zu­mie­nie sy­tu­acji nie za­wsze uła­twia jej za­ak­cep­to­wa­nie.

– Lay­ken, nie ży­jesz! – krzy­czy Kel przez otwar­te okno i wbi­ja mi wy­ima­gi­no­wa­ny miecz w szy­ję. Cze­ka, aż opad­nę na drzwi, ale ja tyl­ko prze­wra­cam ocza­mi. – Tra­fi­łem cię. Po­win­naś nie żyć!

– Uwierz mi, i tak już nie żyję – mru­czę, otwie­ra­jąc drzwi i wy­do­sta­jąc się z sa­mo­cho­du.

Kel wpa­tru­je się w be­ton z opusz­czo­ny­mi ra­mio­na­mi i zwi­sa­ją­cym wy­ima­gi­no­wa­nym mie­czem u boku. Jego nowy przy­ja­ciel stoi z tyłu, tak samo zre­zy­gno­wa­ny. Na­tych­miast ża­łu­ję, że prze­ka­za­łam im mój zły na­strój.

– I tak już nie żyję… – po­wta­rzam swo­im naj­lep­szym po­twor­nym gło­sem – …bo je­stem zom­bi!

Chłop­cy za­czy­na­ją krzy­czeć, kie­dy wy­cią­gam ręce, prze­krę­cam gło­wę na bok i wy­da­ję z sie­bie gul­go­czą­cy dźwięk.

– Mó­zgi! – mru­czę, go­niąc ich na sztyw­nych no­gach do­oko­ła cię­ża­rów­ki. – Mó­zgi!

Po­wo­li ob­cho­dzę ma­skę sa­mo­cho­du, kie­dy do­strze­gam, że ktoś chwy­ta mo­je­go bra­ta i jego no­we­go przy­ja­cie­la za koł­nie­rze.

– Łap ich! – krzy­czy nie­zna­jo­my, przy­trzy­mu­jąc dwóch wrzesz­czą­cych chło­pa­ków.

Wy­glą­da na kil­ka lat star­sze­go ode mnie i jest spo­ro wyż­szy. Więk­szość dziew­czyn opi­sa­ła­by go jako nie­złe cia­cho, ale ja nie je­stem więk­szo­ścią dziew­czyn. Chłop­cy wy­ma­chu­ją rę­ka­mi, a mię­śnie nie­zna­jo­me­go na­pi­na­ją się pod ko­szu­lą, kie­dy pró­bu­je nad nimi za­pa­no­wać.

W prze­ci­wień­stwie do mnie i Kela ci dwaj na pew­no są ro­dzeń­stwem. Poza oczy­wi­stą róż­ni­cą wie­ku są iden­tycz­ni. Obaj mają gład­ką oliw­ko­wą cerę, czar­ne jak smo­ła wło­sy, któ­re w ten sam spo­sób opa­da­ją im na czo­ło. Nie­zna­jo­my za­czy­na się śmiać, kie­dy Kel wresz­cie się uwal­nia i za­da­je mu cios swo­im „mie­czem”. Spo­glą­da na mnie i mówi bez­gło­śnie: „Po­mo­cy!”, a ja zda­ję so­bie na­gle spra­wę, że za­sty­głam w swo­jej po­zie zom­bi.

In­stynk­tow­nie mam ocho­tę wczoł­gać się z po­wro­tem do cię­ża­rów­ki i ukryć na jej pod­ło­dze do koń­ca ży­cia. Za­miast tego jesz­cze raz krzy­czę „Mó­zgi!”, rzu­cam się do przo­du i uda­ję, że wgry­zam się młod­sze­mu chłop­cu w czu­bek gło­wy. Ła­pię Kela i jego no­we­go przy­ja­cie­la i ła­sko­czę ich, aż za­czy­na­ją po­kła­dać się ze śmie­chu na be­to­no­wym pod­jeź­dzie.

Kie­dy wsta­ję, star­szy brat wy­cią­ga do mnie dłoń.

– Cześć, je­stem Will. Miesz­ka­my po dru­giej stro­nie uli­cy. – Wska­zu­je na dom znaj­du­ją­cy się do­kład­nie na­prze­ciw­ko na­sze­go.

Po­da­ję mu rękę.

– Cześć, Lay­ken. Wy­cho­dzi na to, że miesz­kam tu­taj – od­po­wia­dam i zer­kam na dom za swo­imi ple­ca­mi.

Will się uśmie­cha. Nasz uścisk dło­ni się prze­cią­ga, bo żad­ne z nas nic nie mówi. Nie zno­szę krę­pu­ją­cych mo­men­tów.

– W ta­kim ra­zie wi­ta­my w Yp­si­lan­ti. – Will wy­su­wa rękę z uści­sku i wkła­da do kie­sze­ni kurt­ki. – Skąd przy­je­cha­li­ście?

– Z Tek­sa­su? – Nie bar­dzo wiem, cze­mu ko­niec mo­jej od­po­wie­dzi za­brzmiał jak py­ta­nie.

Nie bar­dzo wiem, dla­cze­go ana­li­zu­ję, dla­cze­go za­brzmiał jak py­ta­nie. Nie bar­dzo wiem, dla­cze­go ana­li­zu­ję to, dla­cze­go ana­li­zu­ję – tra­cę gło­wę. To pew­nie przez brak snu w ostat­nich trzech dniach.

– Z Tek­sa­su, tak? – Will ko­ły­sze się na pię­tach w przód i w tył. At­mos­fe­ra sta­je się jesz­cze bar­dziej krę­pu­ją­ca, kie­dy nie od­po­wia­dam. Will zer­ka na bra­ta i schy­la się, żeby go zła­pać za kost­ki. – Mu­szę za­wieźć tego urwi­sa do szko­ły – wy­ja­śnia, pod­no­sząc go i prze­rzu­ca­jąc so­bie przez ra­mię. – Wie­czo­rem ma się ochło­dzić. Po­win­ni­ście się po­sta­rać jak naj­wię­cej roz­pa­ko­wać dzi­siaj. Póź­niej ma być zim­no przez kil­ka dni. Je­śli bę­dzie­cie po­trze­bo­wać po­mo­cy po po­łu­dniu, daj­cie mi znać. Bę­dzie­my w domu koło czwar­tej.

– Pew­nie, dzię­ki.

Prze­cho­dzą przez uli­cę, a ja cią­gle ich ob­ser­wu­ję. Kel za­da­je mi cios w lę­dź­wie, więc pa­dam na ko­la­na i kur­czo­wo ści­skam brzuch, po­chy­lo­na do przo­du. Kel sia­da na mnie i za­da­je osta­tecz­ny cios. Jesz­cze raz zer­kam na dru­gą stro­nę uli­cy i wi­dzę, że Will nas ob­ser­wu­je. Za­my­ka za bra­tem drzwi sa­mo­cho­du, prze­cho­dzi na stro­nę kie­row­cy i ma­cha na po­że­gna­nie.

Wy­ła­do­wa­nie wszyst­kich kar­to­nów i me­bli zaj­mu­je nam znacz­ną część dnia. Wła­ści­ciel domu po­ma­ga przy więk­szych rze­czach, któ­rych mama i ja nie da­je­my rady pod­nieść same. Je­ste­śmy zbyt zmę­cze­ni, żeby za­brać się do kar­to­nów w je­epie, więc prze­kła­da­my to na ju­tro. Czu­ję się tro­chę za­wie­dzio­na, kie­dy opróż­nia­my cię­ża­rów­kę. Nie mam już wy­mów­ki, żeby po­pro­sić Wil­la o po­moc.

Kie­dy tyl­ko moje łóż­ko zo­sta­je zło­żo­ne, za­czy­nam zbie­rać z ko­ry­ta­rza kar­to­ny ze swo­im imie­niem. Więk­szość roz­pa­ko­wu­ję, ście­lę łóż­ko i za­uwa­żam, że me­ble w moim po­ko­ju rzu­ca­ją na ścia­ny cie­nie. Wy­glą­dam przez okno – za­cho­dzi słoń­ce. Albo dni są tu­taj dużo krót­sze, albo stra­ci­łam po­czu­cie cza­su.

W kuch­ni mama i Kel wkła­da­ją na­czy­nia do sza­fek. Wspi­nam się na jed­no z sze­ściu wy­so­kich krze­seł sto­ją­cych przy bar­ku, któ­ry przez brak ja­dal­ni peł­ni rów­nież funk­cję sto­łu. O sa­mym domu nie da się po­wie­dzieć zbyt wie­le. Za drzwia­mi wej­ścio­wy­mi jest mały przed­po­kój za­koń­czo­ny sa­lo­nem. Od kuch­ni od­dzie­la go je­dy­nie ko­ry­tarz po le­wej i okno po pra­wej. Be­żo­wy dy­wan jest wy­koń­czo­ny drew­nia­ną li­stwą bie­gną­cą przez resz­tę po­miesz­czeń.

– Tak tu czy­sto – mówi mama, ukła­da­jąc na­czy­nia. – Nie wi­dzia­łam ani jed­ne­go owa­da.

W Tek­sa­sie owa­dy są licz­niej­sze niż źdźbła tra­wy. Je­śli nie za­bi­jasz much, go­nisz za osa­mi.

– To chy­ba je­dy­na za­le­ta Mi­chi­gan – od­po­wia­dam.

Otwie­ram pu­deł­ko z piz­zą i pa­trzę, co mam do wy­bo­ru.

– Je­dy­na za­le­ta? – Mama pusz­cza do mnie oko, opie­ra­jąc się o blat. Bie­rze ka­wa­łek pep­pe­ro­ni i wkła­da go do ust. – Wy­da­wa­ło mi się, że ra­zem są co naj­mniej dwie za­le­ty.

Uda­ję, że nie wiem, o co cho­dzi.

– Wi­dzia­łam, jak roz­ma­wia­łaś rano z tym chło­pa­kiem – wy­ja­śnia z uśmie­chem.

– Mamo, bła­gam – od­po­wia­dam na tyle obo­jęt­nie, żeby za­brzmia­ło to wia­ry­god­nie. – Je­stem nie­mal pew­na, że bez więk­sze­go zdzi­wie­nia za­uwa­ży­my, iż Tek­sas nie jest je­dy­nym sta­nem za­miesz­ki­wa­nym przez ga­tu­nek mę­ski. – Pod­cho­dzę do lo­dów­ki i bio­rę so­bie na­pój.

– Co to zna­czy za­mysz­ki­wa­nym? – pyta Kel.

– Za­miesz­ki­wa­nym – po­pra­wiam go. – Za­miesz­ki­wać to in­a­czej zaj­mo­wać, miesz­kać, re­zy­do­wać, za­lud­niać, ko­czo­wać, żyć. – Moje kur­sy przy­go­to­waw­cze do eg­za­mi­nów na stu­dia nie po­szły na mar­ne.

– To tak jak my za­mysz­ki­wu­je­my Yp­si­lan­ti?

– Za­miesz­ku­je­my. – Koń­czę jeść swój ka­wa­łek piz­zy i po­cią­gam łyk na­po­ju. – Je­stem pad­nię­ta. Idę do łóż­ka.

– Chcesz po­wie­dzieć, że idziesz za­miesz­ki­wać swo­ją sy­pial­nię? – pyta Kel.

– Szyb­ko się uczysz, ko­ni­ku po­lny. – Schy­lam się, ca­łu­ję go w gło­wę i idę do po­ko­ju.

Tak miło jest wejść pod koł­drę. Przy­najm­niej łóż­ko jest zna­jo­me. Za­my­kam oczy i pró­bu­ję so­bie wy­obra­zić, że je­stem w moim sta­rym po­ko­ju. Moim sta­rym, cie­płym po­ko­ju. Koł­dra i po­dusz­ka są lo­do­wa­te, więc przy­kry­wam gło­wę, żeby wy­two­rzyć tro­chę cie­pła. Za­pa­mię­tać: gdy tyl­ko wsta­nę, zlo­ka­li­zo­wać ter­mo­stat.

To wła­śnie za­mie­rzam zro­bić, kie­dy wy­grze­bu­ję się z łóż­ka, a moje bose sto­py na­po­ty­ka­ją lo­do­wa­tą pod­ło­gę. Wy­cią­gam z sza­fy blu­zę i za­rzu­cam ją na pi­ża­mę, szu­ka­jąc skar­pe­tek. Bez­sku­tecz­nie. Idę na pal­cach przez przed­po­kój, sta­ra­jąc się ni­ko­go nie obu­dzić, jed­no­cze­śnie zaś usi­łu­jąc jak naj­mniej­szą po­wierzch­nią stóp do­ty­kać zim­nej drew­nia­nej pod­ło­gi. Prze­cho­dząc obok po­ko­ju Kela, do­strze­gam na pod­ło­dze jego kap­cie z Dar­them Va­de­rem. Za­kra­dam się po ci­chu, wsu­wam je na nogi i z ulgą do­cie­ram wresz­cie do kuch­ni.

Szu­kam dzban­ka do kawy, ale nig­dzie go nie ma. Pa­mię­tam, że za­pa­ko­wa­łam go do je­epa. Pech, bo jeep stoi na ze­wnątrz. A na ze­wnątrz jest nie­do­rzecz­nie zim­no.

Nig­dzie nie mogę zna­leźć kur­tek. W Tek­sa­sie rzad­ko kie­dy nosi się kurt­ki we wrze­śniu. Bio­rę klu­czy­ki i do­cho­dzę do wnio­sku, że będę mu­sia­ła po pro­stu bły­ska­wicz­nie do­trzeć do je­epa. Otwie­ram drzwi i wi­dzę, że całe po­dwór­ko po­kry­wa ja­kaś bia­ła sub­stan­cja. Mija se­kun­da, za­nim zdam so­bie spra­wę, co to jest. Śnieg? We wrze­śniu? Schy­lam się, na­bie­ram tro­chę go do ręki i przy­glą­dam się. W Tek­sa­sie śnieg nie pada zbyt czę­sto, a jak już pada, to nie taki. Tek­sań­ski śnieg bar­dziej przy­po­mi­na mi­nia­tu­ro­we ka­wa­łecz­ki twar­de­go jak ska­ła gra­du. Śnieg w Mi­chi­gan jest taki, jaki za­wsze so­bie wy­obra­ża­łam: pu­szy­sty, mięk­ki i zim­ny! Szyb­ko go wy­rzu­cam, wy­cie­ram ręce o blu­zę i ru­szam w kie­run­ku je­epa.

Nie do­cho­dzę da­le­ko. W mo­men­cie, kie­dy kap­cie z Dar­them Va­de­rem na­po­ty­ka­ją po­kry­ty śnie­giem be­ton, prze­sta­ję pa­trzeć na znaj­du­ją­cy się przede mną sa­mo­chód. Leżę pła­sko na ple­cach i spo­glą­dam w bez­chmur­ne błę­kit­ne nie­bo. Na­tych­miast czu­ję ból w pra­wym ra­mie­niu i zda­ję so­bie spra­wę, że wy­lą­do­wa­łam na czymś twar­dym. Wy­cią­gam rękę i wyj­mu­ję spod sie­bie be­to­no­we­go kra­sna­la ogro­do­we­go. Po­ło­wa jego czer­wo­nej czap­ki jest ode­rwa­na i po­ła­ma­na na ka­wał­ki. Szcze­rzy się zło­śli­wie. Ję­cząc z bólu, pod­no­szę kra­sna­la, ro­bię za­mach nie­zra­nio­nym ra­mie­niem i chcę ci­snąć nim o zie­mię, ale ktoś mnie po­wstrzy­mu­je.

– To nie jest do­bry po­mysł!

Na­tych­miast roz­po­zna­ję głos Wil­la. Jest ak­sa­mit­ny i ko­ją­cy, jak głos mo­je­go taty, ale jed­no­cze­śnie nie­co roz­ka­zu­ją­cy. Sia­dam i wi­dzę, że idzie w moim kie­run­ku.

– Nic ci nie jest? – pyta ze śmie­chem.

– Po­czu­ję się dużo le­piej, jak roz­wa­lę to cho­ler­stwo – od­po­wia­dam, bez­sku­tecz­nie pró­bu­jąc się pod­nieść.

– Le­piej tego nie rób. Kra­sna­le przy­no­szą szczę­ście. – Will pod­cho­dzi bli­żej, za­bie­ra mi kra­sna­la z ręki i ostroż­nie kła­dzie na po­kry­tej śnie­giem tra­wie.

– Tak. – Przy­glą­dam się roz­cię­ciu na swo­im ra­mie­niu, któ­re wy­two­rzy­ło już ja­sno­czer­wo­ną pla­mę na rę­ka­wie blu­zy. – Nie­sa­mo­wi­te szczę­ście.

Will prze­sta­je się śmiać, kie­dy do­strze­ga krew na mo­jej bluz­ce.

– Boże, prze­pra­szam. Nie śmiał­bym się, gdy­bym wie­dział, że coś ci się sta­ło. – Schy­la się, bie­rze mnie pod dru­gie ra­mię i pod­no­si. – Po­win­naś przy­kle­ić na to pla­ster.

– Nie mam po­ję­cia, gdzie są. – My­ślę o sto­sie nie­roz­pa­ko­wa­nych jesz­cze kar­to­nów.

– W ta­kim ra­zie chodź ze mną. Mam pla­stry w kuch­ni.

Will zdej­mu­je kurt­kę i opa­tu­la mi nią ra­mio­na. Kie­dy prze­cho­dzi­my przez uli­cę, przy­trzy­mu­je mnie za rękę. Czu­ję się tro­chę ża­ło­śnie z tym, że mi po­ma­ga – mo­gła­bym iść sama. Mimo to nie sprze­ci­wiam się i je­stem jak hi­po­kryt­ka wo­bec świa­to­we­go ru­chu fe­mi­ni­stek. Cof­nę­łam się do roli damy w opa­łach.

Zdej­mu­ję kurt­kę z ra­mion, kła­dę na opar­ciu ka­na­py i idę za Wil­lem do kuch­ni. W środ­ku wciąż jest ciem­no, do­my­ślam się więc, że wszy­scy śpią. W jego domu jest wię­cej miej­sca niż w na­szym. Ma po­dob­ny otwar­ty roz­kład, ale sa­lon wy­da­je się o kil­ka me­trów więk­szy. Na po­dwór­ko wy­cho­dzi duże okno wy­ku­szo­we z pa­ra­pe­tem wy­ło­żo­nym wiel­ki­mi po­du­cha­mi.

Na ścia­nie na­prze­ciw­ko kuch­ni wisi kil­ka ro­dzin­nych fo­to­gra­fii. Więk­szość przed­sta­wia Wil­la z młod­szym bra­tem, na kil­ku są też jego ro­dzi­ce. Pod­cho­dzę bli­żej, żeby przyj­rzeć się zdję­ciom, pod­czas gdy Will szu­ka pla­strów. Geny na pew­no odzie­dzi­czy­li po ojcu. Na fo­to­gra­fii wy­glą­da­ją­cej na naj­now­szą, cho­ciaż i tak zro­bio­nej kil­ka lat temu, tata obej­mu­je obu sy­nów, ści­ska­jąc ich przed obiek­ty­wem. Jego czar­ne jak smo­ła wło­sy są przy­pró­szo­ne si­wi­zną, a gę­ste czar­ne wąsy pod­kre­śla­ją wiel­ki uśmiech. Ma iden­tycz­ne rysy jak Will. Obaj mają oczy, któ­re śmie­ją się, kie­dy są we­se­li, oraz ide­al­nie bia­łe zęby.

Mat­ka Wil­la za­pie­ra dech w pier­siach. Ma dłu­gie ja­sne wło­sy i wy­glą­da na wy­so­ką, przy­najm­niej na zdję­ciach. W ry­sach sy­nów nie od­naj­du­ję żad­nych cech mamy. Może Will ma jej oso­bo­wość. Te wszyst­kie zdję­cia uwy­dat­nia­ją istot­ną róż­ni­cę po­mię­dzy na­szy­mi miej­sca­mi za­miesz­ka­nia – to jest praw­dzi­wy dom.

Wcho­dzę do kuch­ni i sia­dam przy bar­ku.

– Naj­pierw mu­sisz prze­myć ranę. – Will pod­cią­ga rę­ka­wy i od­krę­ca wodę.

Jego bla­do­żół­ta ko­szu­la w ku­chen­nym świe­tle jest lek­ko prze­świ­tu­ją­ca i wi­dać pod nią za­rys pod­ko­szul­ka. Ma sze­ro­kie bary, rę­ka­wy opi­na­ją mu się na umię­śnio­nych ra­mio­nach. Czub­kiem gło­wy się­ga ku­chen­nej szaf­ki, więc, do­cho­dzę do wnio­sku, że jest ode mnie ja­kieś pięt­na­ście cen­ty­me­trów wyż­szy. Ga­pię się na wzór na jego czar­nym kra­wa­cie, któ­ry prze­rzu­cił przez ra­mię, żeby go nie za­mo­czyć. Na­gle Will za­krę­ca wodę i pod­cho­dzi do bar­ku. Czu­ję, jak się ru­mie­nię, bio­rąc od nie­go mo­krą ser­wet­kę. Wsty­dzę się, że tyle uwa­gi po­świę­cam jego wy­glą­do­wi.

– W po­rząd­ku. – Opusz­czam bluz­kę z ra­mie­nia. – Do­się­gnę.

Will od­pa­ko­wu­je pla­ster, a ja wy­cie­ram krew z rany.

– To co ro­bi­łaś na dwo­rze, w pi­ża­mie, o siód­mej rano? Cią­gle prze­no­si­cie kar­to­ny?

Po­trzą­sam gło­wą i wrzu­cam ser­wet­kę do ko­sza na śmie­ci.

– Kawa.

– Aha. To zna­czy, że nie prze­pa­dasz za ran­nym wsta­wa­niem. – Brzmi to bar­dziej jak stwier­dze­nie fak­tu niż py­ta­nie.

Kie­dy się zbli­ża, żeby przy­kle­ić mi pla­ster na ra­mie­niu, czu­ję jego od­dech na szyi. Po­cie­ram ręce, żeby ukryć po­ja­wia­ją­cą się na nich gę­sią skór­kę. Will przy­le­pia pla­ster i przy­kle­pu­je go.

– Już. Jak nowe.

– Dzię­ki. I mogę wcze­śnie wsta­wać. Ale mu­szę wy­pić kawę.

Pod­no­szę się, od­wra­cam gło­wę i uda­ję, że przez ra­mię oglą­dam pla­ster. Tak na­praw­dę jed­nak za­sta­na­wiam się nad ko­lej­nym ru­chem. Już mu po­dzię­ko­wa­łam. Mo­gła­bym się od­wró­cić na pię­cie i wyjść, ale by­ło­by to nie­uprzej­me po tym, jak wła­śnie mi po­mógł. Ale je­śli będę da­lej tu stać i cze­kać, aż on coś po­wie, to może wy­glą­dać głu­pio, że jed­nak nie wy­szłam. Nie ro­zu­miem, dla­cze­go w jego obec­no­ści ana­li­zu­ję ta­kie pod­sta­wo­we czyn­no­ści. Jest tyl­ko jed­ną z wie­lu osób za­miesz­ku­ją­cych to mia­sto!

Kie­dy się od­wra­cam, Will stoi przy bar­ku i na­le­wa kawę. Pod­cho­dzi do mnie i sta­wia ku­bek na bla­cie.

– Z mle­kiem i cu­krem?

Po­trzą­sam gło­wą.

– Może być czar­na. Dzię­ki.

Opie­ra się o ba­rek i pa­trzy, jak piję. Jego oczy mają do­kład­nie taki sam głę­bo­ki od­cień zie­le­ni jak oczy jego mat­ki na zdję­ciu. Czy­li jed­nak coś po niej odzie­dzi­czył. Uśmie­cha się, od­wra­ca ode mnie wzrok i spo­glą­da na ze­ga­rek.

– Pora się zbie­rać. Brat cze­ka na mnie w sa­mo­cho­dzie i mu­szę iść do pra­cy. Od­pro­wa­dzę cię. Mo­żesz za­trzy­mać ku­bek.

Przed ko­lej­nym ły­kiem do­strze­gam wy­ma­lo­wa­ne na nim duże li­te­ry. Naj­lep­szy Tata na Świe­cie. Z iden­tycz­ne­go kub­ka pił kawę mój tata.

– Dam so­bie radę – mó­wię, ru­sza­jąc do drzwi. – Chy­ba opa­no­wa­łam już cho­dze­nie w po­zy­cji wy­pro­sto­wa­nej.

Will wy­cho­dzi za mną z domu, za­my­ka drzwi i na­le­ga, że­bym wzię­ła jego kurt­kę. Na­rzu­cam ją so­bie na ra­mio­na, jesz­cze raz mu dzię­ku­ję i prze­cho­dzę przez uli­cę.

– Lay­ken! – krzy­czy Will, kie­dy już mam wejść do domu. Od­wra­cam się i wi­dzę, że stoi na swo­im pod­jeź­dzie. – Niech moc bę­dzie z tobą! – Śmie­jąc się, wsia­da do sa­mo­cho­du, a ja sto­ję w miej­scu jak ko­łek i wpa­tru­ję się w moje kap­cie z Dar­them Va­de­rem. Kla­syk.

Kawa po­ma­ga. Znaj­du­ję ter­mo­stat i przed lun­chem dom wresz­cie się tro­chę na­grze­wa. Mama po­je­cha­ła z Ke­lem za­ła­twić prze­pi­sa­nie ra­chun­ków na swo­je na­zwi­sko, a ja zo­sta­łam w domu z ostat­ni­mi kar­to­na­mi, nie li­cząc tych, któ­re są jesz­cze w je­epie. Roz­pa­ko­wu­ję kil­ka pu­deł i do­cho­dzę do wnio­sku, że naj­wyż­szy czas na prysz­nic. To już trze­ci dzień zu­peł­ne­go igno­ro­wa­nia kwe­stii zwią­za­nych z wy­glą­dem.

Wy­cho­dzę spod prysz­ni­ca i owi­jam się ręcz­ni­kiem. Prze­rzu­cam wło­sy do przo­du, cze­szę je i su­szę. Kie­dy są su­che, po­wie­trze z su­szar­ki kie­ru­ję na za­pa­ro­wa­ne lu­stro i ro­bię okrą­gły otwór, żeby się tro­chę uma­lo­wać. Wi­dzę, że moja opa­le­ni­zna bled­nie. Za dużo się tu nie po­wy­le­gu­ję na słoń­cu, więc rów­nie do­brze mogę przy­wyk­nąć do ja­śniej­szej kar­na­cji.

Cze­szę wło­sy i zwią­zu­ję je w ku­cyk. Na­kła­dam na usta tro­chę błysz­czy­ku i ma­lu­ję rzę­sy. Re­zy­gnu­ję z różu, bo nie jest mi już ra­czej po­trzeb­ny. Po­go­da i krót­kie spo­tka­nia z Wil­lem spra­wi­ły, że po­licz­ki mam cią­gle za­ru­mie­nio­ne.

Kie­dy by­łam pod prysz­ni­cem, mama z Ke­lem zdą­ży­li wró­cić i zno­wu gdzieś wyjść. Mama zo­sta­wi­ła mi kar­tecz­kę z wia­do­mo­ścią, że ra­zem z Bren­dą po­je­cha­li do mia­sta od­dać cię­ża­rów­kę. Na bla­cie obok klu­czy­ków do sa­mo­cho­du leżą trzy bank­no­ty dwu­dzie­sto­do­la­ro­we i li­sta za­ku­pów. Zbie­ram wszyst­ko i idę do je­epa. Tym ra­zem do­cie­ram do nie­go bez przy­gód.

Wrzu­ca­jąc wstecz­ny bieg, zda­ję so­bie spra­wę, że nie mam zie­lo­ne­go po­ję­cia, do­kąd je­chać. Nic nie wiem o tym mie­ście, a jesz­cze mniej o tym, czy wy­jeż­dża­jąc z mo­jej uli­cy, po­win­nam skrę­cić w lewo, czy w pra­wo. Na po­dwór­ku Wil­la wi­dzę jego młod­sze­go bra­ta, więc za­trzy­mu­ję się przy ich kra­węż­ni­ku i opusz­czam szy­bę od stro­ny pa­sa­że­ra.

– Hej, chodź tu na chwi­lę!

Chło­pak pa­trzy na mnie i waha się. Może my­śli, że za­raz zno­wu rzu­cę się na nie­go jako zom­bi. Pod­cho­dzi do sa­mo­cho­du, ale za­trzy­mu­je się metr od okna.

– Jak do­je­chać do naj­bliż­sze­go skle­pu spo­żyw­cze­go?

Prze­wra­ca ocza­mi.

– Se­rio? Mam dzie­więć lat.

OK. Po­do­bień­stwo do bra­ta koń­czy się na wy­glą­dzie.

– Dzię­ki… A tak w ogó­le to jak ci na imię?

Brat Wil­la uśmie­cha się ło­bu­zer­sko i krzy­czy: „Darth Va­der! ”. Śmie­je się, od­bie­ga­jąc od sa­mo­cho­du.

Darth Va­der? Do­cie­ra do mnie zna­cze­nie jego od­po­wie­dzi. Żar­tu­je so­bie z kap­ci, któ­re mia­łam na so­bie dziś rano. Nic nad­zwy­czaj­ne­go. Nad­zwy­czaj­ne jest na­to­miast to, że Will mu­siał z nim o mnie roz­ma­wiać. Nie mogę się po­wstrzy­mać i pró­bu­ję so­bie wy­obra­zić tę roz­mo­wę oraz to, co Will o mnie my­śli. Je­śli w ogó­le o mnie my­śli. Z ja­kie­goś po­wo­du ja sama my­ślę o nim tak czę­sto, że jest to tro­chę krę­pu­ją­ce. Za­sta­na­wiam się, ile ma lat, co stu­diu­je, czy ma dziew­czy­nę.

Na szczę­ście w Tek­sa­sie nie zo­sta­wi­łam żad­ne­go chło­pa­ka. Pra­wie rok się z ni­kim nie spo­ty­kam. Li­ceum, pra­ca na pół eta­tu i po­ma­ga­nie przy spor­tach Kela nie zo­sta­wia­ło mi wie­le cza­su na rand­ki. Zda­ję so­bie spra­wę, że trud­no się bę­dzie prze­sta­wić z by­cia oso­bą bez chwi­li wol­ne­go cza­su na by­cie oso­bą, któ­ra nie ma ab­so­lut­nie nic do ro­bo­ty.

Się­gam do skryt­ki, żeby wy­jąć GPS.

– To nie jest do­bry po­mysł – mówi Will.

Spo­glą­dam w górę i wi­dzę, że idzie w kie­run­ku sa­mo­cho­du. Ro­bię, co w mo­jej mocy, żeby po­wstrzy­mać uśmiech.

– Co nie jest do­brym po­my­słem? – py­tam.

Wkła­dam GPS w uchwyt i włą­czam.

Will krzy­żu­je ręce na pier­si i opie­ra się o drzwi.

– Jest te­raz dużo ro­bót dro­go­wych. Zgu­bisz się, słu­cha­jąc tego sprzę­tu.

Za­mie­rzam mu od­po­wie­dzieć, kie­dy obok za­trzy­mu­ją się Bren­da z moją mamą. Bren­da opusz­cza szy­bę po stro­nie kie­row­cy, a mama wy­chy­la się przez jej fo­tel.

– Nie za­po­mnij ku­pić pły­nu do pra­nia. Nie pa­mię­tam, czy jest na li­ście. I sy­ro­pu na ka­szel. Chy­ba coś mnie bie­rze – mówi przez szy­bę.

Kel wy­ska­ku­je z tyl­ne­go sie­dze­nia, pod­bie­ga do bra­ta Wil­la i za­pra­sza go do środ­ka, żeby obej­rzał nasz dom.

– Mogę? – pyta chło­piec, zwra­ca­jąc się do Wil­la.

– Pew­nie. – Will otwie­ra drzwi po stro­nie pa­sa­że­ra. – Caul­der, nie­dłu­go wró­cę. Jadę z Lay­ken do skle­pu.

Je­dzie? Zer­kam na nie­go i wi­dzę, że za­pi­na pas.

– Nie je­stem zbyt do­bry w opi­sy­wa­niu dro­gi. Mogę z tobą je­chać?

– Chy­ba tak – mó­wię ze śmie­chem.

Spo­glą­dam do tyłu na Bren­dę i mamę, ale już zdą­ży­ły wje­chać przed dom. Wrzu­cam bieg i słu­cham Wil­la wy­ja­śnia­ją­ce­go mi, jak wy­je­chać z na­szej oko­li­cy.

– Więc twój młod­szy brat ma na imię Caul­der? – Bez więk­sze­go en­tu­zja­zmu za­czy­nam pro­za­icz­ną roz­mo­wę.

– Mój je­dy­ny brat. Po moim uro­dze­niu ro­dzi­ce przez wie­le lat sta­ra­li się o ko­lej­ne dziec­ko. Caul­der przy­szedł na świat wte­dy, kie­dy imio­na ta­kie jak Will nie były już na cza­sie.

– Po­do­ba mi się two­je imię. – Na­tych­miast ża­łu­ję, że to po­wie­dzia­łam. Za­brzmia­ło jak kiep­ska pró­ba flir­tu.

Wy­bu­cha śmie­chem. Lu­bię jego śmiech. Wku­rza mnie, że lu­bię jego śmiech.

Sztyw­nie­ję, czu­jąc, że od­gar­nia mi wło­sy z ra­mie­nia i do­ty­ka szyi. Wsu­wa pal­ce pod koł­nie­rzyk bluz­ki i zsu­wa mi ją nie­co z ra­mie­nia.

– Po­trzeb­ny ci nowy pla­ster.

Pod­cią­ga bluz­kę i ją przy­kle­pu­je. Jego pal­ce zo­sta­wia­ją na mo­jej szyi cie­pły ślad.

– Przy­po­mnij mi, że­bym je ku­pi­ła. – Sta­ram się po­ka­zać, że jego za­cho­wa­nie i bli­skość zu­peł­nie na mnie nie dzia­ła­ją.

– OK, Lay­ken… – Will milk­nie na chwi­lę, zer­ka­jąc na stos kar­to­nów w dal­szym cią­gu le­żą­cych na tyl­nym sie­dze­niu. – Opo­wiedz mi o so­bie.

– Mmm, nie. To ta­kie ty­po­we.

Śmie­je się.

– W po­rząd­ku. Sam cię roz­gry­zę. – Schy­la się i wy­su­wa pły­tę z od­twa­rza­cza. Jego ru­chy są tak płyn­ne, jak­by ćwi­czył je od lat. Za­zdrosz­czę mu. Nig­dy nie by­łam miss gra­cji.

– Wie­le moż­na o kimś po­wie­dzieć po mu­zy­ce, ja­kiej słu­cha. – Bie­rze pły­tę i przy­glą­da się ety­kie­cie. – „Pier­do­ły Lay­ken”? – Czy­ta i śmie­je się. – Czy w tym przy­pad­ku „pier­do­ły” to część opi­so­wa, czy na­zwa wła­sna?

– Nie lu­bię, jak Kel ru­sza moje pier­do­ły. – Za­bie­ram mu pły­tę z ręki i z po­wro­tem wkła­dam do od­twa­rza­cza.

Kie­dy z gło­śni­ków do­bie­ga od­krę­co­ny na cały re­gu­la­tor dźwięk ban­jo, od razu czu­ję się za­wsty­dzo­na. Je­stem z Tek­sa­su, ale nie chcę, żeby mu się to ko­ja­rzy­ło z mu­zy­ką co­un­try. Je­śli mia­ła­bym wy­brać jed­ną tek­sań­ską rzecz, za któ­rą nie tę­sk­nię, by­ła­by to wła­śnie ta mu­zy­ka. Wy­cią­gam rękę, żeby przy­ci­szyć, ale on ją przy­trzy­mu­je.

– Zrób gło­śniej, znam to. – Nadal ści­ska moją rękę.

Moje pal­ce w dal­szym cią­gu do­ty­ka­ją re­gu­la­to­ra dźwię­ku, więc pod­krę­cam gło­śniej. Nie­moż­li­we, żeby to znał. Zda­ję so­bie spra­wę, że ble­fu­je – taka kiep­ska pró­ba flir­tu. Spraw­dzę go.

– Tak? To co to za pio­sen­ka?

– The Avett Bro­thers. Mó­wię na nią „Ga­briel­la”, ale wy­da­je mi się, że to koń­ców­ka jed­nej z pio­se­nek z se­rii Pret­ty Girl. Uwiel­biam mo­ment, kie­dy na koń­cu wcho­dzą z gi­ta­ra­mi elek­trycz­ny­mi.

Jego od­po­wiedź wpra­wia mnie w osłu­pie­nie. Na­praw­dę to zna.

– Lu­bisz The Avett Bro­thers?

– Uwiel­biam. W ze­szłym roku gra­li w De­tro­it. Naj­lep­szy kon­cert, na ja­kim by­łem.

Czu­ję przy­pływ ad­re­na­li­ny, pa­trząc na jego rękę cią­gle trzy­ma­ją­cą moją, któ­ra do­ty­ka przy­ci­sku re­gu­la­cji dźwię­ku. Po­do­ba mi się to, ale je­stem na sie­bie wście­kła, że mi się to po­do­ba. Zda­rza­ło mi się już mieć w to­wa­rzy­stwie chłop­ca mo­ty­le w brzu­chu, ale zwy­kle po­tra­fię le­piej nad sobą pa­no­wać.

Will do­strze­ga, że pa­trzę na na­sze ręce. Cofa swo­ją i po­cie­ra dłoń­mi o no­gaw­ki spodni. Wy­glą­da to na ner­wo­wy od­ruch. Je­stem cie­ka­wa, czy też jest skrę­po­wa­ny.

Zwy­kle słu­cham mu­zy­ki, któ­ra nie jest po­pu­lar­na. Rzad­ko spo­ty­kam ko­goś, kto by cho­ciaż sły­szał o po­ło­wie mo­ich ulu­bio­nych ze­spo­łów. The Avett Bro­thers są zde­cy­do­wa­nie na pierw­szym miej­scu.

Ra­zem z tatą czę­sto sie­dzie­li­śmy do póź­na i śpie­wa­li­śmy ich pio­sen­ki, a on pró­bo­wał za­grać od­po­wied­nie chwy­ty na gi­ta­rze. Kie­dyś po­wie­dział mi, jak by ich opi­sał: „Lake, wiesz, że ja­kiś ze­spół ma praw­dzi­wy ta­lent, kie­dy jego nie­do­sko­na­ło­ści sta­ją się do­sko­na­ło­ścią”.

Zro­zu­mia­łam, co miał na my­śli, kie­dy za­czę­łam ich na­praw­dę słu­chać. Po­zry­wa­ne stru­ny ban­jo, chwi­lo­we, peł­ne pa­sji za­bu­rze­nia har­mo­nii, gło­sy prze­cho­dzą­ce z ak­sa­mit­nych przez ochryp­nię­te do wrzesz­czą­cych w cią­gu jed­ne­go wer­su. To wszyst­ko nada­wa­ło ich mu­zy­ce treść, cha­rak­ter i au­ten­tycz­ność.

Po śmier­ci taty mama dała mi z wy­prze­dze­niem pre­zent, któ­ry przy­go­to­wał na moje osiem­na­ste uro­dzi­ny: dwa bi­le­ty na kon­cert The Avett Bro­thers. Roz­pła­ka­łam się, bo po­my­śla­łam, że tata sam nie mógł się pew­nie do­cze­kać ich wrę­cze­nia. Wie­dzia­łam, że chciał­by, że­bym je wy­ko­rzy­sta­ła, ale nie mo­głam. Kon­cert miał się od­być kil­ka ty­go­dni po jego śmier­ci i wie­dzia­łam, że nie będę w sta­nie się nim cie­szyć. Nie tak, jak bym się cie­szy­ła, gdy­by był tam ze mną.

– Też ich uwiel­biam – mó­wię lek­ko drżą­cym gło­sem.

– Wi­dzia­łaś ich kie­dyś na żywo?

Nie bar­dzo wiem dla­cze­go, ale stop­nio­wo za­czy­nam opo­wia­dać mu wszyst­ko o ta­cie. Słu­cha w sku­pie­niu, prze­ry­wa­jąc mi tyl­ko po to, żeby po­wie­dzieć, kie­dy i w któ­rą stro­nę mam skrę­cić. Mó­wię o na­szej mi­ło­ści do mu­zy­ki. O jego na­głej i zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nej śmier­ci na za­wał. Mó­wię o moim pre­zen­cie uro­dzi­no­wym i o kon­cer­cie, na któ­ry nie uda­ło nam się pójść. Nie wiem, dla­cze­go cią­gle mó­wię, ale ja­koś nie po­tra­fię się za­mknąć. Nig­dy tak swo­bod­nie się nie zwie­rzam – zwłasz­cza oso­bom, któ­re le­d­wie znam. Zwłasz­cza fa­ce­tom, któ­rych le­d­wie znam. Cią­gle jesz­cze mó­wię, kie­dy zda­ję so­bie spra­wę, że za­trzy­ma­li­śmy się na par­kin­gu przed skle­pem.

– Wow. – Spo­glą­dam na ze­gar. – To naj­szyb­sza dro­ga do skle­pu? Za­ję­ła nam dwa­dzie­ścia mi­nut.

Mru­ga do mnie i otwie­ra drzwi

– Wła­ści­wie to nie naj­krót­sza.

Te­raz to już na pew­no flir­tu­je. A ja zde­cy­do­wa­nie mam mo­ty­le w brzu­chu.

Śnie­ży­ca prze­cho­dzi w deszcz ze śnie­giem, kie­dy idzie­my przez par­king.

– Bie­gnij­my – pro­po­nu­je Will.

Bie­rze mnie za rękę i po­cią­ga szyb­ko w kie­run­ku skle­pu.

Po wej­ściu do środ­ka nie mo­że­my zła­pać tchu, śmie­je­my się i strzą­sa­my kro­ple z ubrań. Zdej­mu­ję kurt­kę, żeby ją wy­trze­pać, kie­dy ręka Wil­la de­li­kat­nie do­ty­ka mo­jej twa­rzy, od­gar­nia­jąc przy­kle­jo­ny do po­licz­ka mo­kry ko­smyk. Jest zim­na, ale gdy jego pal­ce mu­ska­ją mi skó­rę, na­tych­miast za­po­mi­nam o chło­dzie, bo mój po­li­czek od razu się roz­grze­wa. Uśmiech zni­ka mu z twa­rzy i pa­trzy­my na sie­bie. Cią­gle pró­bu­ję przy­zwy­cza­ić się do tego, ja­kie wy­wo­łu­je we mnie re­ak­cje. Naj­lżej­szy do­tyk i naj­prost­szy gest tak in­ten­syw­nie od­dzia­łu­ją na moje zmy­sły.

Od­ka­słu­ję i od­wra­cam wzrok, bio­rąc sto­ją­cy obok nas wó­zek. Po­da­ję mu li­stę za­ku­pów.

– We wrze­śniu za­wsze pada śnieg? – py­tam, żeby po­ka­zać, że jego do­tyk nie zro­bił na mnie wra­że­nia.

– Nie, nie po­wi­nien się utrzy­mać dłu­żej niż kil­ka dni, może ty­dzień. Zwy­kle za­czy­na pa­dać do­pie­ro pod ko­niec paź­dzier­ni­ka. Ma­cie szczę­ście.

– Szczę­ście?

– To dość rzad­ki zim­ny front. Przy­je­cha­li­ście w samą porę.

– Hmmm. My­śla­łam, że­ście tu już znie­lu­bi­li śnieg. Nie pada przez więk­szą część roku?

Will się śmie­je.

– Że­ście znie­lu­bi­li?

– Co?

– Nic – od­po­wia­da z uśmie­chem. – Jesz­cze nig­dy nie sły­sza­łem, żeby ktoś po­wie­dział „że­ście znie­lu­bi­li” na żywo. Uro­cze. Pięk­nie po­łu­dnio­we.

– Och, prze­pra­szam. Od tej chwi­li będę mó­wić tak jak wy: „Jan­ke­si”, i tra­cić czas na wy­ma­wia­nie słów „że prze­sta­li­ście lu­bić”.

Will śmie­je się i sztur­cha mnie w ra­mię.

– Nie. Po­do­ba mi się twój ak­cent. Jest do­sko­na­ły.

Nie mogę uwie­rzyć, że sta­łam się dziew­czy­ną, któ­ra mdle­je na wi­dok fa­ce­ta. Nie zno­szę tego. Za­czy­nam mu się uważ­niej przy­glą­dać, żeby zna­leźć ja­kąś wadę. Bez­sku­tecz­nie. Jak na ra­zie jest ide­al­ny.

Znaj­du­je­my wszyst­kie rze­czy z li­sty i pod­cho­dzi­my do kasy. Will nie po­zwa­la mi nic sa­mej wy­ło­żyć na pas, więc po pro­stu sto­ję tam i pa­trzę, jak sam wy­pa­ko­wu­je za­ku­py z ko­szy­ka. Ostat­nią rze­czą, jaką wy­kła­da, jest opa­ko­wa­nie pla­strów. Na­wet nie za­uwa­ży­łam, kie­dy je wziął.

W dro­dze po­wrot­nej ze skle­pu Will każe mi skrę­cić w prze­ciw­nym kie­run­ku do tego, z któ­re­go przy­je­cha­li­śmy. Prze­jeż­dża­my naj­wy­żej dwie prze­czni­ce, kie­dy mówi, że­bym skrę­ci­ła w lewo – w na­szą uli­cę. Dwu­dzie­sto­mi­nu­to­wa po­dróż do skle­pu skró­ci­ła się do nie­ca­łej mi­nu­ty.

– No, ład­nie – mó­wię, wjeż­dża­jąc przed dom.

Zda­ję so­bie spra­wę z tego, co zro­bił, oraz że pró­ba flir­tu z jego stro­ny jest zu­peł­nie oczy­wi­sta.

Will pod­szedł już do ba­gaż­ni­ka, więc na­ci­skam dźwi­gnię, któ­ra go otwie­ra. Wy­sia­dam, spo­dzie­wa­jąc się, że bę­dzie już ob­ła­do­wa­ny za­ku­pa­mi, ale on stoi w miej­scu, przy­trzy­mu­je drzwi i pa­trzy na mnie.

Z naj­lep­szym po­łu­dnio­wym ak­cen­tem, na jaki mnie stać, kła­dę so­bie rękę na pier­si i mó­wię:

– Wiel­kie nie­ba! Nig­dy bym nie od­na­la­zła skle­pu bez pań­skiej po­mo­cy. Po sto­kroć dzię­ku­ję sza­now­ne­mu panu za jego uprzej­mość.

Spo­dzie­wam się, że się ro­ze­śmie­je, ale on da­lej stoi, wpa­tru­jąc się we mnie.

– No co? – py­tam ner­wo­wo.

Will robi krok na­przód i de­li­kat­nie bie­rze mnie wol­ną ręką pod bro­dę. Je­stem zszo­ko­wa­na wła­sną re­ak­cją – tym, że na to po­zwa­lam. Przez kil­ka se­kund ob­ser­wu­je moją twarz, a ser­ce sza­leń­czo mi bije. My­ślę, że za­raz mnie po­ca­łu­je.

Pró­bu­ję uspo­ko­ić od­dech, spo­glą­da­jąc w górę. Will pod­cho­dzi jesz­cze bli­żej, cofa rękę z mo­je­go pod­bród­ka i kła­dzie mi ją na kar­ku, po­chy­la­jąc ku so­bie moją gło­wę. Jego usta przez kil­ka se­kund de­li­kat­nie do­ty­ka­ją mo­je­go czo­ła. Po­tem opusz­cza dłoń i się cofa.

– Je­steś taka słod­ka.

Się­ga do ba­gaż­ni­ka i za jed­nym za­ma­chem wyj­mu­je czte­ry tor­by. Pod­cho­dzi do domu i kła­dzie je przed drzwia­mi.

Sto­ję nie­ru­cho­mo, pró­bu­jąc uło­żyć so­bie w gło­wie ostat­nie pięt­na­ście se­kund mo­je­go ży­cia. Skąd to się wzię­ło? Dla­cze­go tyl­ko tam sta­łam i mu na to po­zwo­li­łam? Po­mi­mo wąt­pli­wo­ści zda­ję so­bie spra­wę, nie­mal z za­że­no­wa­niem, że wła­śnie do­świad­czy­łam naj­bar­dziej na­mięt­ne­go po­ca­łun­ku w ży­ciu – i był to, cho­le­ra, po­ca­łu­nek w czo­ło!

Kie­dy Will się­ga do ba­gaż­ni­ka po ko­lej­ną par­tię za­ku­pów, Kel i Caul­der wy­bie­ga­ją z domu ra­zem z moją mamą. Chłop­cy pę­dzą na dru­gą stro­nę uli­cy, żeby obej­rzeć po­kój Caul­de­ra. Mama pod­cho­dzi do nas, a Will uprzej­mie po­da­je jej rękę.

– Pani pew­nie jest mamą Lay­ken i Kela. Na­zy­wam się Will Co­oper. Miesz­ka­my na­prze­ciw­ko.

– Ju­lia Co­hen. Je­steś star­szym bra­tem Caul­de­ra?

– Tak, o dwa­na­ście lat.

– Czy­li masz… dwa­dzie­ścia je­den lat? – Mama zer­ka na mnie i pusz­cza oko.

Sto­ję za Wil­lem, więc ko­rzy­stam z oka­zji i od­wza­jem­niam jej słyn­ne spoj­rze­nie. Mama uśmie­cha się i zno­wu zwra­ca do Wil­la.

– Cie­szę się, że Kel i Lake tak szyb­ko tu ko­goś po­zna­li.

– Ja też – od­po­wia­da Will.

Mama od­wra­ca się i idzie do domu, ale po dro­dze zna­czą­co mnie sztur­cha. Nie mówi ani sło­wa, ale wiem, o co jej cho­dzi: wy­ra­ża swo­ją ak­cep­ta­cję.

Will się­ga po dwie ostat­nie tor­by.

– Lake, tak? Po­do­ba mi się. – Po­da­je mi za­ku­py i za­my­ka ba­gaż­nik. – A więc, Lake… – Opie­ra się o sa­mo­chód i krzy­żu­je ra­mio­na. – W pią­tek jadę z Caul­de­rem do De­tro­it. Nie bę­dzie nas do nie­dzie­li – spra­wy ro­dzin­ne. – Ma­cha lek­ce­wa­żą­co ręką. – Za­sta­na­wia­łem się, czy masz ja­kieś pla­ny na ju­trzej­szy wie­czór, za­nim wy­ja­dę?

Po raz pierw­szy ktoś inny oprócz mamy i taty po­wie­dział na mnie Lake. Po­do­ba mi się to. Opie­ram ra­mię o sa­mo­chód i od­wra­cam się do Wil­la. Sta­ram się za­cho­wać spo­kój, ale w środ­ku aż krzy­czę z pod­nie­ce­nia.

– Czy na­praw­dę chcesz mnie zmu­sić do tego, że­bym przy­zna­ła, że nie mam tu ab­so­lut­nie żad­ne­go ży­cia to­wa­rzy­skie­go?

– Su­per! To je­ste­śmy umó­wie­ni. Przy­ja­dę po cie­bie o siód­mej trzy­dzie­ści. – Na­tych­miast się od­wra­ca i idzie w kie­run­ku swo­je­go domu.

Do­cie­ra do mnie wte­dy, że tak na­praw­dę wca­le mnie nie za­pro­sił, a ja wca­le się na tę rand­kę nie zgo­dzi­łam.