Pułapka namiętności - Vanessa Fewings - ebook

Pułapka namiętności ebook

Fewings Vanessa

4,4

Opis

Kolejna część bestsellerowej serii "Świat, którego nie znasz", przedstawiającej świat zakazanych uciech BDSM.

Choć miliarder Cameron Cole trzyma władzę, decyduje o przyjemnościach i o karach oraz rządzi w klubie BDSM, którego jest właścicielem, to nie zdołał całkiem zdominować swojej ukochanej dwudziestojednoletniej Mii. Szkolona w sztuce uwodzenia kobieta, oddaje się pożądaniu i uzależnia go od siebie. Bez skrępowania podróżując po świecie przyjemności, wyzwala w nim gejzery emocji.

I wtedy na horyzoncie pojawiają się komplikacje.

Lance Merrill to groźny rywal, który pragnie Mii tylko dla siebie. Ma środki i zawsze dostaje to, czego chce. Zagraża całemu imperium Camerona, więc ten zabiera Mię do Londynu, aby ją chronić.

Jej posłuszeństwo zostanie przetestowane w niezwykły sposób. Richard Sheppard, jej były mistrz, zdecydował bowiem, że i on chce odzyskać Mię. Ale czy Cameron zamierza ją oddać? I czy w ogóle wybór należy do niego?

Cameron czuje, że poddaje się prawdziwej obsesji. Że to Mia ma nad nim władzę…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 487

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (286 ocen)
188
55
27
11
5

Popularność




Roz­dział pierw­szy

Bra­ko­wało mi Came­rona, choć znaj­do­wał się na wycią­gnię­cie ręki.

Jego pry­watny samo­lot jesz­cze nie wystar­to­wał, ale rów­nie dobrze mogli­by­śmy już lecieć. Moje serce wzbiło się na osza­ła­mia­jącą wyso­kość i pędziło w nie­znane.

Zmie­ni­łam się w kłę­bek ner­wów i emo­cji, splą­ta­nych ze sporą dawką oszo­ło­mie­nia wszyst­kim, co się wyda­rzyło przez ostat­nie dwa tygo­dnie. Na­dal usi­ło­wa­łam pojąć, jak doszło do tego, że tra­fi­łam na pokład maszyny rusza­ją­cej za chwilę w rejs do Lon­dynu. Wykoń­cze­nia ze lśnią­cego drewna, pole­ro­wany chrom i skó­rzana tapi­cerka w kolo­rze kre­mo­wym – od razu było widać, że podró­żu­jemy w luk­su­sie. Mimo­wol­nie wbi­łam paznok­cie w pod­ło­kiet­niki fotela i teraz usi­ło­wa­łam roz­ma­so­wać ślady na skó­rze.

Nie paso­wa­łam do tego świata, każdy to widział. To sku­tecz­nie zamknęło mi usta.

Za uprzej­mym uśmie­chem Larissy, ład­nej ste­war­dessy po trzy­dzie­stce, cza­iło się nie­do­wie­rza­nie. Nie­wąt­pli­wie zacho­dziła w głowę, dla­czego powszech­nie sza­no­wany psy­chia­tra oraz znany miliar­der posta­no­wili roz­piesz­czać kogoś mojego pokroju. Mia­łam na sobie ele­ganc­kie dżinsy i kasz­mi­rowy swe­ter, ale nie­sforne blond loki były tego ranka wyjąt­kowo krnąbrne, przez co wyglą­da­łam jak nie­chluj. W mojej gło­wie pano­wał podobny chaos.

Larissa jesz­cze moc­niej zmarsz­czyła brwi, jakby nie mogła prze­stać roz­my­ślać o mojej zdo­bio­nej bry­lan­tami obroży. Nie wie­dzia­łam, czy rozu­mie jej zna­cze­nie.

Nie­długo po tym, jak weszłam na pokład, Came­ron ukląkł przede mną i zsu­nął z moich stóp czó­łenka, żeby mi było wygod­niej. Przy oka­zji popie­ścił kciu­kiem koli­bra, któ­rego wyta­tu­owa­łam sobie nad kostką.

Potem nalał mi kie­li­szek schło­dzo­nego szam­pana, a ja z tru­dem powstrzy­ma­łam się od wypi­cia go dusz­kiem. Przy­tu­li­łam się do małej poduszki, rów­nież od Came­rona.

Wcze­śniej tylko raz lecia­łam samo­lo­tem, z rodzin­nego Char­lotte do Los Ange­les. To było dawno temu, kiedy w moim życiu cho­dziło jedy­nie o prze­trwa­nie. Wszystko się zmie­niło, gdy zosta­łam asy­stentką Richarda Bootha, zastępcy dyrek­tora ele­ganc­kiego i per­wer­syj­nego klubu w Los Ange­les, a potem osza­ła­mia­jąco szybko awan­so­wa­łam na oso­bi­stą sekre­tarkę Came­rona Cole’a, dyrek­tora klubu Chry­sa­lis.

Rzecz w tym, że Came­ron nie był dla mnie tylko sze­fem. Minio­nego wie­czoru zade­kla­ro­wał, że jest moim Panem, a tym samym wła­ści­cie­lem prze­ję­tej rolą ule­głej nowi­cjuszki. Aż pod­ku­li­łam palce u stóp, zasta­na­wia­jąc się, z czym to się wiąże.

Larissa zauwa­żyła tę wyraźną oznakę nie­pew­no­ści i z zacie­ka­wie­niem unio­sła brwi. Gdy wrę­czyła mi ser­wetkę, trzy­mała brodę wysoko, jasno dając mi do zro­zu­mie­nia, że ja, dwu­dzie­sto­jed­no­let­nia przy­błęda, nie dora­stam jej do pięt.

Jako spad­ko­bierca impe­rium her­ba­cia­nego Cole’ów Came­ron był kimś wię­cej niż tylko czło­wie­kiem rene­sansu. Powszech­nie uwa­żano go za jed­nego z naj­bar­dziej pożą­da­nych kawa­le­rów w Ame­ryce. Do tego nale­żało dodać fakt, że miał na wła­sność bodaj naj­wspa­nial­szą posia­dłość BDSM na świe­cie. Wszystko to jed­nak tylko prze­śli­zgi­wało się po powierzchni prawdy o zagad­ko­wym dok­to­rze Cole’u. Żywio­łowy tem­pe­ra­ment tego czło­wieka był wręcz legen­darny i na wła­sne oczy widzia­łam, jak ludziom z jego oto­cze­nia cza­sem odbie­rało mowę.

Tak działo się teraz z Larissą. Mia­łam nadzieję, że mimo oszo­ło­mie­nia zdo­łała pra­wi­dłowo zamknąć drzwi przed star­tem. Gdy­bym sama nie pozo­sta­wała pod sil­nym wpły­wem magne­ty­zmu Came­rona, pora­dzi­ła­bym mu, żeby nieco powścią­gnął swój urok.

Stał przed kabiną i od nie­chce­nia gawę­dził z umun­du­ro­wa­nym pilo­tem. Wyda­wał się odprę­żony, zupeł­nie jakby to był naj­zwy­klej­szy dzień pod słoń­cem i jak­by­śmy wła­śnie nie lecieli do Lon­dynu. W spło­wia­łych dżin­sach i w swe­trze wyglą­dał raczej skrom­nie. Kru­czo­czarne włosy oka­lały jego przy­stojną twarz, a przy kasz­ta­no­wych oczach poja­wiły się zmarszczki, gdy się uśmiech­nął, spo­glą­da­jąc na mnie…

Robił nie­sa­mo­wite rze­czy z moim cia­łem. Czu­łam mro­wie­nie w piersi, przez co krę­ciło mi się w gło­wie. Oszo­ło­miona wycze­ki­wa­niem, z tru­dem ode­rwa­łam wzrok od Came­rona, żeby wyj­rzeć przez owalny ilu­mi­na­tor. Zasta­na­wia­łam się, jak zare­aguje Richard po wej­ściu na pokład.

Richard, mój piękny, melan­cho­lijny chło­pak, z któ­rym miesz­ka­łam obec­nie w jego posia­dło­ści w Malibu. Porzu­cił życie nowo­jor­skiego maklera po tym, jak jego narze­czona popeł­niła samo­bój­stwo – powo­dem był ojciec Richarda, magnat finan­sowy, który swo­imi machloj­kami dopro­wa­dził na skraj upadku tysiące klien­tów, w tym wła­sną rodzinę. Richard wypadł z łask finan­sjery Wschod­niego Wybrzeża i umknął do Los Ange­les, żeby unik­nąć publicz­nego odwetu.

Gdyby nie zawo­dowe mistrzo­stwo Came­rona, Richard na­dal nie odzy­wałby się ani sło­wem. Zanim się poja­wi­łam, czę­sto flir­to­wał ze śmier­cią, ska­cząc w week­endy na spa­do­chro­nie, pły­wa­jąc z reki­nami, a także – co szcze­gól­nie mnie prze­ra­żało – upra­wia­jąc wspi­naczkę bez ase­ku­ra­cji. Wszystko to zapewne poma­gało mu uspo­koić myśli.

Wła­śnie dla­tego pozna­łam Richarda – żebym wycią­gnęła go z melan­cho­lii i zapo­bie­gła dal­szym stra­ceń­czym wybry­kom. Dzi­wacz­nym zbie­giem oko­licz­no­ści tra­fi­łam pod skrzy­dła jego naj­lep­szego przy­ja­ciela, Came­rona, który mnie ocza­ro­wał i wpro­wa­dził w sam śro­dek ich świata play­boyów.

A także na pokład swo­jego samo­lotu.

Zaopie­ko­wał się mną czło­wiek, który dla kaprysu potra­fił zmie­nić bieg histo­rii. Z ochotą wle­cie­li­śmy w ten pło­mień. Osma­liw­szy sobie skrzy­dła, musie­li­śmy zmie­nić kie­ru­nek lotu i odna­leźć wol­ność, któ­rej doma­gały się nasze dusze. Richard oddał mnie w ręce przy­ja­ciela ze świa­do­mo­ścią, że potrze­buję cze­goś, co tylko Came­ron zdoła mi zapew­nić. Mia­łam się pod­dać wyjąt­ko­wej tera­pii.

Cho­ciaż Richard ocze­ki­wał, że wrócę do niego jako sta­ran­nie wyszko­lona ule­gła, doskwie­rało mi głę­bo­kie poczu­cie winy. Zdra­dzi­łam jego zaufa­nie. A prze­cież mia­łam wró­cić do Richarda i do życia, jakie zapla­no­wa­li­śmy.

Gła­ska­łam się po piersi, aby ukoić ból, który nio­sła ze sobą nie­pew­ność. Kon­se­kwen­cje roz­łąki z Came­ro­nem wyda­wały się coraz bliż­sze.

W pew­nej chwili Came­ron wycią­gnął iPhone’a.

– Cześć, Baxter, jak się masz? – Pochy­lił się i wyj­rzał przez okno. – Tak, fan­ta­stycz­nie. Jasne, że udało mi się obej­rzeć. Świetna roz­grywka. Słu­chaj, prze­pra­szam, że z tym wyska­kuję, ale mój przy­ja­ciel prze­cho­dzi przez trzeci ter­mi­nal. Tak, zga­dza się. Bramka trzy­dzie­ści jeden, Richard Booth. Pamię­tasz Richarda? Nie mógł­byś go prze­pu­ścić? Dzię­kuję. Boeing sie­dem dwa sie­dem. Pozdro­wie­nia dla Deidre. A jak tam matura Ran­dalla?

Po kilku minu­tach poga­wędki o wszyst­kim i o niczym i pocią­gnię­ciu za kilka sznur­ków Came­ron wsu­nął tele­fon do kie­szeni i ponow­nie odwró­cił się do pilota, żeby kon­ty­nu­ować roz­mowę.

Pod­ku­li­łam nogi i oto­czy­łam się ramio­nami, z obawą myśląc o reak­cji Richarda. Ostat­nim razem widzia­łam go przed Chry­sa­lis, kiedy zażą­dał, żebym wysia­dła z samo­chodu. Kilka sekund póź­niej Came­ron odje­chał autem ze mną w środku.

Oddy­cha­łam głę­boko, żeby się uspo­koić. Powta­rza­łam sobie, że Came­ron zapa­nuje nad furią Richarda, cho­ciaż po tym, jak mnie wykradł i spę­dził ze mną noc w L’Ermi­tage, także on musiał sta­wić czoło zło­ści przy­ja­ciela.

Nawet bez szczy­pa­nia się wie­dzia­łam, że to sza­leń­stwo jest praw­dziwe. Aby się sku­pić, zaci­snę­łam dło­nie tak mocno, że paznok­cie wbi­jały mi się w skórę. Na dru­gim końcu tej przy­gody cze­kał mnie nie­uchronny smu­tek, lecz mimo to sta­ra­łam się kur­czowo trzy­mać naj­lep­szej rady, jaką kie­dy­kol­wiek otrzy­ma­łam. Żyć tym, co tu i teraz. O iro­nio, tak dora­dził mi Came­ron.

Nie­ustan­nie zdu­mie­wało mnie, że ktoś tak inte­li­gentny zasłu­guje jed­no­cze­śnie na tytuł Mistera Cia­cho XXI wieku. I jesz­cze ten uśmiech…

Tym razem prze­zna­czony dla kogoś, kto zbli­żał się do schod­ków.

Richard wpadł na pokład. Jasno­włosy i opa­lony, masko­wał uśmie­chem ból, któ­rego z pew­no­ścią doświad­czał. Jak można się nie zło­ścić, kiedy naj­lep­szy przy­ja­ciel ucieka z twoją dziew­czyną? Mimo to Richard tylko objął Came­rona, po czym wdali się w życz­liwą roz­mowę. Mówili cicho i zacho­wy­wali się spo­koj­nie. Ich gesty sym­pa­tii były ujmu­jące.

Richard roz­pro­mie­nił się na mój widok. Zerwa­łam się z fotela i pod­bie­głam do niego, żeby wtu­lić twarz w jego pierś.

Kilka razy poca­ło­wał mnie w czoło, a potem spoj­rzał mi w oczy.

– A więc wybie­rasz się do Lon­dynu – powie­dział.

Jak na mój gust był odro­binę zbyt zado­wo­lony.

– Tak. – Moja radość przy­ga­sła, gdy dostrze­głam w jego wzroku dez­apro­batę.

– To robota Lance’a? – Pogła­skał mnie kciu­kiem po krwiaku na war­dze.

Wzdry­gnę­łam się, bo to miej­sce na­dal było obo­lałe.

– Prze­pra­szam za ostatni wie­czór. Nie mogłam nic pora­dzić.

– Kosz­marna sprawa – oznaj­mił z napię­ciem. – Wybacz mi. Głu­pek ze mnie. Nawa­li­łem.

– To nie twoja wina.

– Wła­śnie że moja, Mia.

– Trza­sną­łem go w twarz – wtrą­cił się Came­ron. – Nie pomo­gło.

– To ja zor­ga­ni­zo­wa­łem aukcję – zauwa­żył Richard. – Nara­zi­łem cię na nie­bez­pie­czeń­stwo, Mia.

Came­ron ze współ­czu­ciem ski­nął głową, jak zawsze, kiedy któ­reś z nas naroz­ra­biało. Wykrzy­wił usta i zro­bił dobro­tliwą minę.

– Lance był zbyt silny – powie­dzia­łam, prze­śla­do­wana wspo­mnie­niami z poprzed­niego wie­czoru, kiedy sprze­dano mnie temu, kto dał naj­wię­cej.

Dobro­czynna licy­ta­cja ule­głej wymknęła się spod kon­troli.

Lance Mer­rill, zna­czący czło­nek elity Chry­sa­lis, wydał na mnie milion dola­rów, choć to Richard miał wygrać aukcję. Lance potrak­to­wał sprawę zbyt serio. W nie­opi­sa­nym zamie­sza­niu wycią­gnął mnie z sali balo­wej i gdyby Came­ron mnie nie ura­to­wał, tra­fi­ła­bym… dia­bli wie­dzą dokąd.

Ciarki prze­szły mi po ple­cach.

Richard z roz­pa­czą przy­ci­snął dło­nie do policz­ków, zupeł­nie jakby wyobra­ził sobie to samo.

– Nie winię cię. – Odgar­nę­łam zbłą­kany lok z jego czoła. – Wszystko roze­grało się bły­ska­wicz­nie.

– Zajmę się tym – zapo­wie­dział.

– Czy Lance na­dal jest wście­kły? – zapy­ta­łam.

Richard zro­bił zdu­mioną minę, a Came­ron lekko pokrę­cił głową. Dawali sobie dys­kretne znaki, świad­czące o dłu­go­trwa­łej przy­jaźni.

– Co jest? – zapy­ta­łam ostroż­nie.

– A to co takiego? – Came­ron wpa­try­wał się w kosme­tyczkę z przy­bo­rami do maki­jażu, którą trzy­mał Richard.

– A, to. – Richard wrę­czył mi ją. – Przy­kro mi, ale twoją pastę do zębów skon­fi­sko­wali funk­cjo­na­riu­sze TSA.

– Masz kosme­tyczkę z Hello Kitty? – Came­ron patrzył na mnie z nie­do­wie­rza­niem.

Richard wyda­wał się roz­ba­wiony.

– Kupi­łem jej kosme­tyczkę Louisa Vuit­tona, ale ona na­dal korzy­sta z tej – wes­tchnął. – Żałuj, że nie widzia­łeś, jak patrzyli na mnie ludzie, kiedy ją nio­słem.

Roz­su­nę­łam zamek bły­ska­wiczny, po czym zaj­rza­łam do środka. Ucie­szy­łam się na widok pigu­łek anty­kon­cep­cyj­nych i grze­bie­nia.

– Ma war­tość sen­ty­men­talną – oznaj­mi­łam. – Bailey dała mi ją na uro­dziny.

– Uro­cza – mruk­nął Came­ron z iro­nią. – Spra­wimy ci nową w Lon­dy­nie.

– Ale ta mi się podoba.

Came­ron zmarsz­czył brwi i popa­trzył na Larissę, która aż za dobrze się bawiła, słu­cha­jąc naszej roz­mowy. Spło­szona ste­war­dessa umknęła do kabiny pilo­tów.

– Dwie minuty – oznaj­mił. – Wkrótce tra­fimy na pas star­towy.

Odda­lił się przej­ściem mię­dzy rzę­dami foteli, a ja chwy­ci­łam Richarda za rękę.

– Nie lecisz z nami? – zapy­ta­łam.

– Usiądźmy.

– Scar­let nie może zostać z Win­sto­nem? – Zaję­łam miej­sce obok niego i znów wzię­łam go za rękę.

– Pew­nie, że może, zawsze chęt­nie się nim opie­kuje. Muszę jed­nak zająć się inte­re­sami. Trzeba pil­nie zadbać o pewne szcze­góły.

– O jakich szcze­gó­łach mówisz?

Richard powiódł wzro­kiem za Came­ro­nem.

– Na­dal się na mnie zło­ścisz? – spy­ta­łam.

– Dla­czego miał­bym się zło­ścić?

– Z powodu wczo­raj­szego wie­czoru i że Came­ron zabrał mnie z Chry­sa­lis.

– Nie dałem mu wyboru.

– Cho­dzi o Lance’a? Came­ron wszyst­kim się zajął. Powie­dział Lance’owi, że nie jest już człon­kiem Chry­sa­lis. Że to koniec.

Richard zmarsz­czył brwi i się­gnął do kie­szeni.

– Mam twoją komórkę, ale jej nie włą­czaj – powie­dział i wrę­czył mi apa­rat. – Przy­naj­mniej dopóki Came­ron nie wyrazi zgody.

– Prze­cież wiem, że w samo­lo­cie nie wolno korzy­stać z tele­fo­nów.

– Po pro­stu niech będzie wyłą­czony.

– Prze­pra­szam – wes­tchnę­łam. – Nie chcia­łam, żeby tak to się skoń­czyło. Came­ron mnie szkoli, ty się z nim kłó­cisz…

– Nie pokłó­ci­li­śmy się.

– A wasza sprzeczka wczo­raj wie­czo­rem? Przez tele­fon?

– Wrzesz­czymy na sie­bie, a następ­nego dnia znowu jeste­śmy naj­lep­szymi kum­plami. No, w każ­dym razie ja na niego wrzesz­czę. Tak jest od zawsze. – Łobu­zer­sko uniósł brew.

Richard naprawdę zacho­wy­wał się tak, jakby nic go nie gry­zło.

To wszystko roze­grało się w bły­ska­wicz­nym tem­pie. Tra­fi­łam w ręce Came­rona, on zaś zaczął mnie uczyć i świet­nie sobie radził z odsła­nia­niem moich bole­snych tajem­nic. Byłam zauro­czona natło­kiem doświad­czeń.

Richard sie­dział spo­koj­nie, jakby nie było nic nie­zwy­kłego w tym, że jego przy­ja­ciel znowu mnie gdzieś porywa i cią­gnie całą tę sprawę, jak­kol­wiek ją nazwać.

Nic z tego nie miało sensu.

– Coś jed­nak jest nie w porządku – wyszep­ta­łam.

– Cii. – Richard pogła­skał mnie po twa­rzy. – Odpręż się, pro­szę. Ciesz się podróżą.

Na myśl o tym, że go zosta­wiam, zro­biło mi się ciężko na sercu.

– Chcę cze­goś two­jego. – Powiódł pal­cami po mojej bran­so­letce. – Nowa? – Dotknął kciu­kiem maleń­kich bry­lan­tów. – Skąd ją masz?

Wie­dział, to było oczy­wi­ste. Ni­gdy nie kupi­ła­bym cze­goś rów­nie kosz­tow­nego. Pod­niósł wzrok i popa­trzył mi w oczy.

– Nie wolno mi jej zdej­mo­wać – rze­kłam.

Tę deli­katną bran­so­letkę otrzy­ma­łam pierw­szej nocy, kiedy ule­głam Came­ro­nowi w jego posia­dło­ści w Beverly Hills. Tam­ten wie­czór spra­wił, że odkry­łam nowe, zmy­słowe światy.

Czu­łam, że na moich policz­kach wykwi­tają inten­sywne rumieńce, i roz­pacz­li­wie usi­ło­wa­łam sku­pić się na czymś innym.

Przy­ga­szone świa­tło w sypialni. Came­ron przy­ciąga mnie do sie­bie, a ja sia­dam na nim okra­kiem. Uczu­cie bole­snego wypeł­nie­nia prze­ra­dza się w ośle­pia­jącą roz­kosz. Nie­ogra­ni­czona, jedyna w swoim rodzaju eks­taza. Gło­śny krzyk szczy­to­wa­nia, stłu­miony dło­nią Came­rona.

I ponowny orgazm.

Kilka minut póź­niej, kiedy na­dal byłam pogrą­żona w ero­tycz­nym oszo­ło­mie­niu, Came­ron zało­żył mi tę bran­so­letkę. Dopiero teraz zro­zu­mia­łam, że był to gest świad­czący o prze­ję­ciu mnie na wła­sność – tak jakby obroża nie wystar­czyła.

Richard przez moment mani­pu­lo­wał przy moim prze­gu­bie, aby odblo­ko­wać zapinkę.

Gdy Came­ron wró­cił, był nie­zwy­kle sku­piony, co świad­czyło o tym, że czas nas goni. Na widok pochy­lo­nego nad moją ręką Richarda zmarsz­czył brwi. Zro­zu­miał, co się dzieje.

Zapinka pękła i łań­cu­szek zna­lazł się na dłoni Richarda.

– Prze­pra­szam… Ja…

Came­ron uniósł rękę.

– Sam się tym zajmę – powie­dział.

Richard jed­nak wsu­nął bran­so­letkę do kie­szeni, a ja roz­ma­so­wa­łam nad­gar­stek.

– Dla­czego nie lecisz z nami? – spy­ta­łam.

– Dołą­czy do nas za parę dni – wyja­śnił Came­ron. – Przy­nio­słeś jej tele­fon?

Richard ode­brał mi komórkę i poka­zał ją przy­ja­cie­lowi.

– Shay spraw­dził urzą­dze­nie pod kątem zło­śli­wego opro­gra­mo­wa­nia. Ani śladu klo­no­wa­nia.

– Zło­śli­wego opro­gra­mo­wa­nia? – powtó­rzy­łam.

– Ja go wezmę. – Came­ron zro­bił krok w naszym kie­runku i scho­wał mój tele­fon do kie­szeni mary­narki.

Rety, ci goście mieli obse­sję na punk­cie kon­troli.

Pode­szła do nas Larissa.

– Pro­szę pana, mamy pozwo­le­nie na start – oznaj­miła.

– Bądź grzeczna. – Richard wziął mnie za ręce. – Rób wszystko, co ci każe Came­ron. Nie odstę­puj go na krok. – Uśmiech­nął się z wysił­kiem. – Będzie faj­nie. Do zoba­cze­nia za trzy dni.

Larissa prze­stą­piła z nogi na nogę.

– Pro­szę pana, jesz­cze minuta, a poleci pan z nami do Lon­dynu.

Richard przy­cią­gnął mnie i poca­ło­wał. Z przy­jem­no­ścią pod­da­łam się doty­kowi jego ust, nie prze­szka­dzał mi nawet bole­sny nacisk na krwiak.

Odsu­nął się i spoj­rzał mi głę­boko w oczy.

– Zadbam o to, żebyś bez­piecz­nie wró­ciła do domu, Mia – zapo­wie­dział. – Obie­cuję.

Roz­dział drugi

Zarysy Los Ange­les zni­kły w oddali.

Pęd wgnia­tał mnie w fotel, gdy patrzy­łam, jak zie­mia się kur­czy. W mojej gło­wie raz po raz roz­brzmie­wały słowa Richarda, nawie­dza­jąc mnie niczym kosz­mar, z któ­rego nie mogłam się wyrwać: „Zadbam o to, żebyś bez­piecz­nie wró­ciła do domu, Mia”.

Came­ron usiadł obok mnie, a ja mocno zaci­snę­łam palce na jego dłoni.

Udo­stęp­nił mi miej­sce przy oknie, żebym mogła podzi­wiać widoki. Na kola­nach trzy­mał tygo­dnik „Time” i wyda­wał się cał­ko­wi­cie odprę­żony, zupeł­nie jakby start samo­lotu wcale nie był prze­ra­ża­ją­cym prze­ży­ciem.

Odwró­ci­łam się do niego.

– Wyszu­ka­ła­bym w sieci infor­ma­cje o klo­no­wa­niu i o zło­śli­wym opro­gra­mo­wa­niu, gdy­bym mogła korzy­stać z tele­fonu… – Żeby zwró­cić na sie­bie uwagę, jesz­cze moc­niej ści­snę­łam go za rękę. – O co cho­dzi z tym moim bez­piecz­nym powro­tem do domu?

– Zacze­kaj, aż wzbi­jemy się wyżej. – Prze­wró­cił kartkę, tak jakby zafa­scy­no­wał go arty­kuł o jakimś specu od super­no­wo­cze­snej tech­no­lo­gii.

Wyj­rza­łam przez okno.

– Już jeste­śmy wysoko – zauwa­ży­łam.

– Ma być dzie­więć tysięcy metrów.

Zmarsz­czy­łam brwi.

– To wyso­kość prze­lo­towa – wyja­śnił. – Będziesz mniej spięta.

– Wcale nie jestem spięta.

– Ści­śnij moją dłoń odro­binę moc­niej, a skoń­czę z otwar­tym zła­ma­niem. – Lewą ręką prze­wró­cił kartkę.

– Gdzie torebka cho­ro­bowa?

Wes­tchnął ciężko i prze­niósł na mnie wzrok.

– W Chry­sa­lis mamy pewien pro­blem, z któ­rym Richard musi się upo­rać – oznaj­mił.

– A co to ma wspól­nego z moim pier… dzie­lo­nym tele­fo­nem? Ludzie wyłą­czają apa­raty po to, żeby nie można ich było namie­rzyć.

– Zapo­mnia­łaś, że tylko mnie wolno prze­kli­nać?

– Powie­dzia­łam „pier­dzie­lo­nym”.

– Ale mia­łaś na myśli „pier­do­lo­nym”.

W jego ustach zabrzmiało to cho­ler­nie sek­sow­nie.

Came­ron miał nade mną wła­dzę, gdyż łączyła nas rela­cja oparta na miło­ści i nie­na­wi­ści – rela­cja, któ­rej nie zno­si­łam i od któ­rej byłam uza­leż­niona.

Larissa poja­wiła się z tacą i dwiema szklan­kami wody z lodem.

– Czy ma pan ochotę na coś jesz­cze? – zapy­tała.

Wzię­łam od niej szklankę i podzię­ko­wa­łam.

– To na razie wystar­czy – odparł Came­ron. – Dzię­kuję, Larisso.

– A pani? – zwró­ciła się do mnie. – Może pani życzy sobie cze­goś jesz­cze?

– Popro­szę jesz­cze jeden kie­li­szek szam­pana.

– Sądzi­łem, że kiep­sko się czu­jesz – zauwa­żył Came­ron.

Larissa znik­nęła na końcu przej­ścia.

– Ona może swo­bod­nie cho­dzić po samo­lo­cie, a ty nie możesz mi powie­dzieć, co się dzieje – zauwa­ży­łam.

– Lance Mer­rill – odparł Came­ron. – Ten cho­le­ryczny dżen­tel­men, który miał zaszczyt wygrać cię na aukcji, uważa, że ta trans­ak­cja wciąż jest aktu­alna.

– Prze­cież mówi­łeś mu…

– Lance sądzi, że na­dal jesteś jego wła­sno­ścią.

– Ale prze­cież zebra­łeś doku­menty, w któ­rych są dowody prze­ciwko niemu? Miały mnie chro­nić. Mówię o papie­rach Domi­nica, z któ­rych wynika, że Lance zde­frau­do­wał pie­nią­dze swo­ich klien­tów.

Came­ron zamknął cza­so­pi­smo.

– Dzi­siaj rano Lance zwró­cił pie­nią­dze na główne konto. Zro­bił porzą­dek w finan­sach.

– Co to ozna­cza?

– A to, że nie mamy już prze­wagi.

Larissa zja­wiła się z tacą i pod­su­nęła mi kie­li­szek szam­pana.

– Dzię­kuję – powie­dzia­łam.

Choć dopiero docho­dziła jede­na­sta, miło było zakosz­to­wać, jak podró­żuje elita. Wie­dzia­łam jed­nak, że ni­gdy do tego nie przy­wyknę. Prze­łknę­łam duży łyk szam­pana i bąbelki poszły mi do nosa.

– Może cia­steczko pro­sto z pieca? – zapro­po­no­wała Larissa.

– Nie, dzię­ku­jemy. – Came­ron mach­nął ręką.

Na­dal przy nim stała, a jej zalotna minka mogła wska­zy­wać na człon­ko­stwo w klu­bie pod­nieb­nych bzy­ka­czy. Zasta­na­wia­łam się, czy Larissa już wcze­śniej latała z Came­ro­nem.

– Mamy wszystko, czego nam potrzeba. Dzię­ku­jemy, Larisso. – Uśmiech­nął się do niej.

– Dosko­nale – oznaj­miła. – Gdyby pań­stwo cze­goś potrze­bo­wali, pro­szę mnie wezwać. Cze­go­kol­wiek.

– Oczy­wi­ście. – Posła­łam Came­ro­nowi pro­mienne spoj­rze­nie.

Larissa ode­szła kro­kiem super­mo­delki.

– Bądź miła – wyszep­tał Came­ron.

– Podo­basz się jej.

– To samo­lot mojego ojca. – Popa­trzył na mnie. – Larissa pra­cuje dla niego.

Zasta­na­wia­łam się, co na to mama Came­rona. Larissa nie była nie­śmiała, czego dowo­dził roz­pięty górny guzik jej bluzki. Came­ro­nowi nie bra­ko­wało spo­strze­gaw­czo­ści, więc z pew­no­ścią zauwa­żył, że wszyst­kie guziki Larissy były sta­ran­nie zapięte, kiedy wcho­dzi­li­śmy na pokład. Ta dziew­czyna naj­wy­raź­niej coś sobie posta­no­wiła.

Roz­pię­łam pas, żeby ode­tchnąć.

– A gdzie twój samo­lot? – zapy­ta­łam.

– W han­ga­rze.

– Dla­czego lecimy wła­śnie tym?

Came­ron pochy­lił się, z powro­tem zapiął mój pas i mocno za niego szarp­nął.

– Czy Lance namie­rzył mój tele­fon?

– Richard się tym zaj­muje.

– Dla­tego wywo­zisz mnie z kraju?

– Mów ciszej, pro­szę.

– Dla­tego nie lecimy twoim samo­lo­tem? – Nie odpusz­cza­łam.

Odwró­cił się do mnie.

– A co sobie myśla­łaś, Mia? – spy­tał. – Że to roman­tyczny wypad?

Ści­snęło mnie w żołądku.

Rów­nie dobrze mógł wyrwać mi serce. Oszo­ło­miona, wpa­try­wa­łam się pustym wzro­kiem w prze­strzeń.

Tego ranka, zanim jesz­cze odje­cha­li­śmy z L’Ermi­tage, Came­ron oświad­czył, że jestem jego wła­sno­ścią. Jego czu­łość w hotelu zapie­rała mi dech w piersi. Kar­mił mnie przy śnia­da­niu, kochał się ze mną pod prysz­ni­cem i tulił mnie na hote­lo­wych scho­dach, gdy cze­ka­li­śmy, aż par­kin­gowy pod­stawi bmw. To wszystko dowo­dziło, że coś do mnie czuł.

Teraz jed­nak zacho­wy­wał się tak, jak­bym mu prze­szka­dzała.

– To nie ma żad­nego sensu – wymam­ro­ta­łam.

Wyjął kie­li­szek z mojej ręki i wypił łyk szam­pana.

– Może też zamó­wię – mruk­nął. – Larissa! – zawo­łał. – Jed­nak podaj mi szam­pana.

Pró­bo­wa­łam wyczy­tać coś z jego twa­rzy, zro­zu­mieć ten nagły chłód.

– Kim wła­ści­wie jest ten cały Lance? – spy­ta­łam.

Came­ron się­gnął po pismo.

– To odno­szący suk­cesy biz­nes­men – odparł.

– Mam być pod wra­że­niem?

– Jest nie­zwy­kle wpły­wowy.

– Dla­czego chce otwo­rzyć kolejny klub, skoro nie bra­kuje mu pie­nię­dzy?

– Chce mieć jesz­cze jedno ujście dla swo­jej skłon­no­ści.

– O którą nie wolno mi pytać.

– Zga­dza się.

– Idź na poli­cję – zapro­po­no­wa­łam.

– Lance ma kon­takty w świe­cie poli­tyki.

– Jego upodo­ba­nia im nie prze­szka­dzają?

Came­ron wes­tchnął z fru­stra­cją.

– Możesz tylko sobie wyobra­zić, do czego jest zdolny, żeby się bro­nić – powie­dział.

– Więc jest aż tak źle?

– Dobrze nie jest.

Panika chwy­ciła mnie za gar­dło.

– Będzie pró­bo­wał nas dopaść? – Chcia­łam wie­dzieć.

– Richard go prze­kona. Moi praw­nicy też nad tym pra­cują.

– Domi­nic?

– Cały dział prawny – odparł Came­ron po chwili namy­słu.

– Sądzi­łam, że kon­trakt mię­dzy ule­głą a Panem nie ma mocy praw­nej. To raczej coś w rodzaju gestu.

– Sprawa jest nieco bar­dziej skom­pli­ko­wana. – Podra­pał się po czole.

– Jak to?

– Lance gro­ził, że jeśli cię nie dosta­nie, ujawni dzien­ni­ka­rzom, gdzie jest Richard. I powie­dział wprost, że zamie­rza ode­brać mi prawo wyko­ny­wa­nia zawodu leka­rza. – Came­ron sta­ran­nie dobie­rał słowa. – Chyba że do niego wró­cisz.

– Wrócę? Ni­gdy nie byłam jego.

– Oba­wiam się, że, for­mal­nie rzecz bio­rąc, przez tych kilka minut w Chry­sa­lis nale­ża­łaś do niego. – Popa­trzył na mnie.

Na­dal wstrzy­my­wa­łam oddech.

– Ochło­nie – mruk­nął.

– Naprawdę uwa­żasz, że Richard zdoła go prze­ko­nać?

Came­ron złą­czył dło­nie w pira­midkę.

Czy to ozna­czało, że nie? Bo takie odnio­słam wra­że­nie.

Nie mogłam się uspo­koić, cho­ciaż Larissa nasta­wiła nam film. Ta wycieczka do Lon­dynu miała być jedną z naj­bar­dziej emo­cjo­nu­ją­cych przy­gód w moim życiu. Do jasnej cho­lery, prze­cież chcia­łam tylko prze­je­chać się pię­tru­sem!

I znowu doświad­czyć czu­ło­ści Came­rona.

– To moja wina – powie­dzia­łam.

– Nie, Mia. Moja.

– Ostat­niej nocy, w hotelu…

– No wła­śnie. Musimy poroz­ma­wiać o czymś jesz­cze…

Obró­ci­łam się, żeby na niego spoj­rzeć. Na ścia­nie wisiał nie­wielki ekran. Gdy prze­su­nę­łam po nim wzro­kiem, mignęła mi syl­wetka Spi­der­mana, który prze­ska­ki­wał z wie­żowca na wie­żo­wiec.

– Mia, nie możemy już ni­gdy wię­cej upra­wiać seksu.

Ktoś wrza­snął na Spi­der­mana. Cho­dziło o zemstę.

– Sły­sza­łaś mnie?

– Myślę, że to dobry pomysł – powie­dzia­łam.

Wbi­łam wzrok w ekran. Wzdry­gnę­łam się, gdy przy­gry­złam wargę w obo­la­łym miej­scu.

– Ale rozu­miesz dla­czego?

Ski­nę­łam głową.

– Muszę zaan­ga­żo­wać się w twoją ochronę. Nie mogę się roz­pra­szać. – Wzru­szył ramio­nami. – A poza tym wkrótce wró­cisz do Richarda. Tak będzie lepiej dla nas wszyst­kich.

– Sądzi­łam, że prze­ją­łeś mnie na wła­sność. – Na widok jego reak­cji natych­miast poża­ło­wa­łam tych słów.

– Pie­prze­nie cię to mój przy­wi­lej. Rezy­gnuję z niego.

Więc kim dla cie­bie jestem?

– Cie­szę się, że mamy to już za sobą. – Ponow­nie sku­pił uwagę na cza­so­pi­śmie, które trzy­mał na kola­nach.

Wpa­try­wa­łam się w stronę, którą czy­tał. To był arty­kuł o Pen­ta­go­nie. Came­ron naprawdę wyda­wał się nim zain­te­re­so­wany.

Znowu roz­pię­łam pas.

– Muszę iść do łazienki – oznaj­mi­łam.

Nie odry­wał ode mnie wzroku, gdy wsta­wa­łam.

Szyb­kim kro­kiem ruszy­łam przej­ściem za zna­kiem wska­zu­ją­cym toa­letę.

Po kilku minu­tach i paru pró­bach zmy­cia przy­gnę­bio­nej miny z twa­rzy znowu wyglą­da­łam nie­mal w porządku. Moje odbi­cie wie­działo jed­nak, że to oszu­stwo, zmę­czone oczy zdra­dzały prawdę. Wdar­łam się w życie Richarda i Came­rona, pozo­sta­wia­jąc po sobie znisz­cze­nie. Dostali coś wię­cej niż tylko naiwną dzie­wicę. Ścią­gnęli sobie na kark kło­poty. Nara­zi­łam na nie­bez­pie­czeń­stwo dwóch naj­waż­niej­szych męż­czyzn w swoim życiu.

Came­ron, rzecz jasna, postę­po­wał wła­ści­wie, wkrótce mia­łam znowu nale­żeć do Richarda. Tyle że to przy jego przy­ja­cielu czu­łam się bez­pieczna. Nawet teraz, kiedy ści­gał mnie ten stuk­nięty biz­nes­men, odno­si­łam wra­że­nie, że jedy­nie Came­ron zdoła sobie z nim pora­dzić.

Pomy­śla­łam, że nie­długo dołą­czy do nas Richard i wrócę na wła­ściwe tory nowego życia.

Richard wyma­gał ode mnie cał­ko­wi­tej ule­gło­ści, a ja na­dal mia­łam pro­blem z abso­lut­nym pod­po­rząd­ko­wa­niem się dru­giemu czło­wie­kowi. Wszyst­kie moje myśli powę­dro­wały do niego, do męż­czy­zny, który teraz spra­wo­wał nade mną kon­trolę. Męż­czy­zny, który żądał ode mnie stu­pro­cen­to­wego posłu­szeń­stwa.

Wal­czy­łam z nimi oboma.

I, jak na iro­nię, ni­gdy nie czu­łam się bar­dziej kochana. Nie wie­dzia­łam, co to zna­czy, dopóki nie spo­tka­łam tych dwóch męż­czyzn; męż­czyzn, któ­rzy nie mogliby się bar­dziej róż­nić. Jeden twardo stą­pał po ziemi, drugi był inte­lek­tu­ali­stą. Jeden miał zabu­rze­nia emo­cjo­nalne, drugi spra­wo­wał tak silną i nie­usta­jącą emo­cjo­nalną kon­trolę nad ludźmi, że wszy­scy mu się pod­po­rząd­ko­wy­wali.

Lecisz do Lon­dynu – powie­dzia­łam do sie­bie. – Speł­nia się twoje marze­nie.

Zasta­na­wia­łam się, co będziemy robili, cze­ka­jąc, aż Lance ochło­nie. Nie mogłam dopu­ścić do tego, żeby zepsuł mi wycieczkę.

Sku­biąc pazno­kieć, roz­my­śla­łam o tym mie­ście, jed­nym z naj­słyn­niej­szych na świe­cie. O prze­jażdżce metrem, drinku w angiel­skim pubie i jeź­dzie pię­tru­sem. Może to dzięki infan­tyl­nemu wybu­chowi Lance’a docze­ka­łam się swo­jej przy­gody.

Widzisz, trzeba patrzeć w przy­szłość z opty­mi­zmem.

Chyba pocie­sza­łam samą sie­bie.

W naj­gor­szym wypadku mogli­śmy udać się na poli­cję i zaan­ga­żo­wać ją w tę sprawę. Prze­cież nie było potrzeby wyja­wiać prawdy o Chry­sa­lis.

Pod­nie­siona na duchu, wytar­łam ślady tuszu i doszłam do wnio­sku, że znów mam odwagę sta­wić czoło Came­ro­nowi.

Gdy wró­ci­łam, ujrza­łam, że w moim fotelu sie­dzi Larissa. Came­ron uśmiech­nął się do mnie uprzej­mie.

– Mia, dasz nam kilka minut? – spy­tał.

Larissa zamru­gała kokie­te­ryj­nie. Jej zaru­mie­nione obli­cze zdra­dzało pod­nie­ce­nie. Choć nie było mnie tylko przez chwilę, zdą­żyła wedrzeć się tu z pręd­ko­ścią nie­mal ponad­dźwię­kową. Poka­zy­wała cały dekolt, a trze­pot jej dłu­gich rzęs suge­ro­wał, że ktoś tu ma ochotę na seks.

Patrząc na nią i na Came­rona, zasta­na­wia­łam się, o co cho­dzi.

– Jasne – odpar­łam. – Oczy­wi­ście.

Wyco­fa­łam się w głąb przej­ścia, uda­jąc, że wcale nie potrze­buję awa­ryj­nej maski tle­no­wej. Ręce mi się trzę­sły, kiedy zmie­rza­łam na tył samo­lotu.

Z ulgą odkry­łam sypial­nię. Była nie­wielka, ale przy­naj­mniej zapew­niła mi pry­wat­ność. Wez­gło­wie z ciem­nego drewna i sto­lik pod ścianą wystar­czyły, abym zapo­mniała, że od ziemi dzieli mnie kilka tysięcy metrów.

Mia­łam szczerą nadzieję, że Came­ron i Larissa nie będą wkrótce potrze­bo­wali tego łóżka.

Przez chwilę mani­pu­lo­wa­łam przy zapię­ciu obroży, a następ­nie poło­ży­łam ją ostroż­nie na noc­nej szafce.

Zna­la­złam się teraz w okre­sie przej­ścio­wymi mię­dzy dwoma swo­imi Panami i czu­łam się zagu­biona.

Opa­dłam na łóżko, ukry­wa­jąc twarz w dło­niach. Umie­ra­łam ze wstydu.

Kiedy usi­ło­wa­łam prze­jąć kon­trolę nad wła­snym życiem, zawsze docho­dziło do jakichś dra­ma­tów, i to z mojej winy. Serce ści­skał mi aż nazbyt zna­jomy ból. Prze­kli­na­łam się w duchu za to, że się otwo­rzy­łam i tym samym sta­łam się bez­bronna.

W L’Ermi­tage zoba­czy­łam nie­znane obli­cze Came­rona. Zaparło mi dech w piersi, a moje serce moc­niej zabiło, kiedy oka­zał mi uczu­cie. Ta drobna wyrwa w jego pan­ce­rzu zdą­żyła się już zaskle­pić i teraz odno­si­łam wra­że­nie, że ni­gdy nie łączyła nas intymna bli­skość.

Może tylko ją sobie wyobra­zi­łam?

Ktoś zapu­kał do drzwi. Pod­nio­słam wzrok w nadziei, że Came­ron mnie stąd nie wyprosi, aby spę­dzić czas sam na sam z Larissą.

– Hej. – Usiadł obok mnie. – Wszystko będzie dobrze.

Marzy­łam o tym, żeby mnie objął.

– Damy sobie radę. – Pogła­skał mnie po ple­cach.

– Dla­czego to Richard został, a nie ty? – zapy­ta­łam. – Prze­cież lepiej sobie radzisz w kon­tak­tach z ludźmi.

– Wola­ła­byś mieć teraz przy sobie Richarda?

– Nie o to mi cho­dziło.

– Lance i Richard są sta­rymi kum­plami – odparł. – Swego czasu to wła­śnie Richard zapro­po­no­wał mu człon­ko­stwo w Chry­sa­lis. W tej chwili takie roz­wią­za­nie wydaje się naj­lep­sze.

– Podoba ci się?

Came­ron zmarsz­czył brwi.

Nie mogłam się zmu­sić, żeby na niego spoj­rzeć.

– Larissa? – spy­tał. – Zna­ko­mita pra­cow­nica. Bar­dzo solidna. Rzu­ciła wszystko, żeby obsłu­gi­wać nas pod­czas lotu.

– Sie­działa na moim miej­scu.

– Popro­si­łem ją o to. Chciała ze mną poroz­ma­wiać.

– O czym?

– Nic mnie z nią nie łączy. Sku­piam się na tobie, two­ich potrze­bach i twoim bez­pie­czeń­stwie. – Prze­cze­sał włosy dło­nią i popa­trzył na drzwi. – Larissa nie­po­koi się o swo­jego młod­szego brata. Chło­pak cierpi na cho­robę dwu­bie­gu­nową i bie­rze nowe leki, ale jego nastroje nie chcą się usta­bi­li­zo­wać. Zasu­ge­ro­wa­łem, żeby wspo­mniała jego leka­rzowi o pew­nym lekar­stwie, które nie­dawno przy­wę­dro­wało do nas z Europy i zostało dopusz­czone do obrotu. Na wła­sne oczy prze­ko­na­łem się o jego sku­tecz­no­ści. Poda­łem jej też nazwi­sko wybit­nego pro­fe­sora, który spe­cja­li­zuje się w upo­rczy­wych sta­nach mania­kal­nych.

– Nie zapro­po­no­wa­łeś, że podej­miesz się lecze­nia?

– Chło­pak mieszka w Ore­go­nie.

– Sam nauczy­łeś mnie sztuki obser­wa­cji – powie­dzia­łam na swoją obronę.

– Nie pociąga mnie to, co mogę mieć.

Pomy­śla­łam z prze­ką­sem, że Came­ron wła­śnie zdra­dził mi obja­wie­nie wszech cza­sów.

– Odpy­chaj mnie – cią­gnął z uśmie­chem. – Walcz, a od razu się tobą zain­te­re­suję.

– Cała ja – wyszep­ta­łam.

– Tak, zanim narzu­ci­li­śmy ci ogra­ni­cze­nia – dodał z roz­ba­wie­niem.

Dziwne, że im bar­dziej coś jest nie­do­stępne, tym moc­niej się tego pra­gnie. Teraz chcia­łam poczuć na sobie silne dło­nie Came­rona, a na ustach jego pełne wargi. Marzy­łam o tym, żeby przy­ci­snął mnie do łóżka swoim musku­lar­nym cia­łem.

Pra­gnę­łam go.

Ode­rwał ode mnie spoj­rze­nie i na moment zamknął oczy.

– Może się zdrzem­niesz? – zapro­po­no­wał. – To wszystko pew­nie tro­chę cię przy­tła­cza.

Ostat­niej nocy nie­wiele spa­li­śmy, o czym świad­czyła zmięta pościel w L’Ermi­tage.

Wsta­łam z tru­dem, odgar­nę­łam z twa­rzy pasemko wło­sów, po czym roz­pię­łam i zsu­nę­łam dżinsy.

– Musisz się roz­bie­rać? – Powiódł spoj­rze­niem po moim ciele.

Cisnę­łam swe­ter na pod­łogę i odrzu­ci­łam koł­drę.

– Zostanę w majt­kach. – Usia­dłam na łóżku, roz­pię­łam sta­nik i zarzu­ci­łam go na opar­cie krze­sła, a na koniec scho­wa­łam się pod koł­drą.

Came­ron wstał z łóżka i ruszył do drzwi.

– Przy­kro mi z powodu tej sytu­acji – powie­dzia­łam.

Puścił klamkę, wró­cił i zakrył koł­drą moje ramię. Poło­ży­łam się na boku, marząc o tym, żeby natych­miast zapaść w głę­boki sen.

– To nie twoja wina, ani tro­chę. – Znowu usiadł na brzegu łóżka. – Nic z tego nie jest twoją winą.

Jak mia­łam wyznać prawdę? Bar­dziej niż prze­śla­dowcą z Chry­sa­lis przej­mo­wa­łam się tym, że Came­ron już ni­gdy mnie nie dotknie. Ta nowa rze­czy­wi­stość była okrop­niej­sza, niż mogłoby się wyda­wać. Sam zapach jego wody koloń­skiej odbie­rał mi rozum. Gła­ska­nie po gło­wie miało mnie ukoić, ale nic z tego.

– Nie wiem, jak to zniosę – wymam­ro­ta­łam.

– Daję słowo, że nie spo­tka cię nic złego.

Wpa­try­wa­łam się w jego kasz­ta­nowe oczy, sta­ra­jąc się prze­ka­zać wzro­kiem to, czego nie ośmie­li­ła­bym się powie­dzieć.

– Ach – wes­tchnął.

Ukry­łam twarz w poduszce.

– Mia, posłu­chaj mnie…

– Nic innego nie robisz, tylko gadasz – prze­rwa­łam mu. – Kon­tro­lu­jesz mnie. Decy­du­jesz, co jest dla mnie dobre. A moje potrzeby?

– Są nie­istotne.

– Moje uczu­cia są nie­istotne?

– Usi­łuję cię chro­nić. – Miał zacięty wyraz twa­rzy. – Wiem, czego potrze­bu­jesz.

Prze­to­czy­łam się na plecy i wbi­łam w niego spoj­rze­nie. Tylko na to mogłam sobie pozwo­lić.

Mina Came­rona się zmie­niła.

– Jesteś roz­draż­niona. Nie­po­słuszna. Bez­czelna. – Odrzu­cił koł­drę. – Zdej­mij majtki.

Prze­szył mnie dreszcz.

Unio­słam bio­dra i zsu­nę­łam z sie­bie bie­li­znę. Potrze­bo­wa­łam tego. Potrze­bo­wa­łam jego sta­now­czo­ści.

– To twoja kara za zdję­cie obroży – oznaj­mił. – Czy cię nie pouczy­łem, jak ważne jest posłu­szeń­stwo? Zaufa­nie?

Zakry­łam się rękami i zady­go­ta­łam, czu­jąc chłód na nagiej skó­rze.

– Na­dal potrze­bu­jesz szko­le­nia, nie­mniej muszę postę­po­wać roz­sąd­nie, dale­ko­wzrocz­nie i wstrze­mięź­li­wie. Rozu­miesz?

– Nie.

– A zatem spra­wię, że zro­zu­miesz.

Po moim grzbie­cie prze­bie­gły ciarki pod­nie­ce­nia.

– Mia, pamię­tasz pierw­szą noc, którą spę­dzi­łaś w łóżku w Chry­sa­lis? Pierw­szy wie­czór, kiedy uwol­ni­łem cię z mojego lochu? Noc, kiedy się zbun­to­wa­łaś i wdar­łaś do mojego pokoju?

– Tak.

– Pamię­tasz, jak cię uka­ra­łem? – Uniósł brew. – Grzeczna dziew­czynka. Pokaż mi.

Nie spusz­cza­jąc z niego spoj­rze­nia, się­gnę­łam poni­żej brzu­cha i poło­ży­łam palec na łech­taczce.

– Tak – wyszep­ta­łam. – Dotkną­łeś mnie w ten spo­sób.

Pochy­lił się i moc­nymi pal­cami roz­chy­lił mnie na dole.

– Pokaż dokład­nie jak – zażą­dał.

Pogła­ska­łam się po łech­taczce, zata­cza­jąc wokół niej kółko. Wyprę­ży­łam się z roz­ko­szy.

Cof­nął rękę.

– Wol­niej.

Jęk­nę­łam.

– Rób, co każę.

Zaspo­ka­ja­łam się nie­śpiesz­nie, uko­jona jego sta­now­czo­ścią. Obec­ność Came­rona wyjąt­kowo mnie pobu­dzała. Podo­bało mi się, kiedy prze­su­wał spoj­rze­niem po moim ciele i poże­rał mnie wzro­kiem.

Wypię­łam bio­dra, ale wycią­gnął rękę, poło­żył ją na moim brzu­chu i przy­ci­snął mnie z powro­tem do mate­raca.

– Pod­nieś nogi.

Posłu­cha­łam i nagle poczu­łam, jak prze­ta­cza się przeze mnie fala odprę­że­nia. Naresz­cie byłam tam, gdzie powin­nam. Zamknę­łam oczy, wyobra­ża­jąc sobie, że to jego palec.

– No pro­szę – mruk­nął. – Czy to przy­jemne?

– Tak.

– Tak, Panie – popra­wił mnie.

– Tak, Panie.

– Pod­czas tej wycieczki będziesz słu­chała mnie przez cały czas. Rozu­miesz, Mia?

– Tak, Panie.

– Dość już nie­po­słu­szeń­stwa.

Ski­nę­łam głową, zapa­da­jąc się w nad­cią­ga­jący orgazm.

– Obie­cu­jesz być grzeczną dziew­czynką?

– Obie­cuję, Panie.

– Pora, żebyś ponow­nie przy­wy­kła do poprzed­niego Pana. Odtąd będziesz docho­dziła tylko wtedy, gdy na to pozwolę. Rozu­miesz?

Tak wła­śnie lubił Richard.

Moje piersi gwał­tow­nie się wzno­siły i opa­dały, a twarde sutki bła­gały o jego piesz­czotę. Byłam tak zdez­o­rien­to­wana i pod­nie­cona, że krę­ciło mi się w gło­wie. Coraz szyb­ciej poru­sza­łam pal­cem, aby ukoić ból w sercu. Wie­dzia­łam, że mi nie wolno, lecz chcia­łam szczy­to­wać.

– Powie­dzia­łem: wol­niej. Masz czel­ność igno­ro­wać pole­ce­nia? – Powieki Came­rona opa­dły, tęczówki pociem­niały. – Połóż obie ręce za głową. Natych­miast.

Zachwy­cona, że jego dłoń zastąpi moją, bez waha­nia unio­słam ręce nad głowę. Silna ręka Came­rona przy­szpi­liła moje nad­garstki do poduszki.

– Wła­śnie tak karzę nie­po­słu­szeń­stwo. – Spio­ru­no­wał mnie wzro­kiem.

Przy­gry­złam wargę, czu­jąc coraz sil­niej­sze mro­wie­nie w piersi. Cze­ka­łam.

Came­ron puścił moje prze­guby, wstał z łóżka i ruszył do drzwi.

– A teraz się prze­śpij.

Unio­słam się na łok­ciach i ze zdu­mie­niem powio­dłam za nim wzro­kiem. Palące pożą­da­nie mię­dzy udami nie ustę­po­wało.

Came­ron zro­bił surową minę.

– Tylko grzeczne dziew­czynki mogą dojść – upo­mniał mnie i wyszedł.

Głowa opa­dła mi na poduszki. Pomy­śla­łam, że nie dam sobie z nim rady.

Roz­dział trzeci

Wcze­snym ran­kiem wylą­do­wa­li­śmy na Heath­row.

Came­ron i ja, ramię w ramię, prze­szli­śmy przez lot­ni­sko. Towa­rzy­szył nam urzęd­nik imi­gra­cyjny, z któ­rym omi­nę­li­śmy długą kolejkę podróż­nych ocze­ku­ją­cych, żeby oka­zać pasz­port i przejść kon­trolę celną.

Wpro­wa­dzono nas do nie­wiel­kiego biura, gdzie pełen entu­zja­zmu, choć na oko bar­dzo zmę­czony cel­nik spraw­dził nasze doku­menty. Gdy gawę­dził z Came­ro­nem, widać było, że intry­guje go obco­wa­nie z ame­ry­kań­skim VIP-em. Wpływy dok­tora Cole’a naj­wy­raź­niej się­gały za ocean.

Wspar­łam się na ramie­niu Came­rona, z dło­nią na­dal w jego dłoni, i jed­nym uchem słu­cha­łam, jak roz­ma­wia z cel­ni­kiem.

Cie­szy­łam się, że w końcu wysia­dłam z samo­lotu i roz­pro­sto­wa­łam nogi. Jak można się było spo­dzie­wać, Came­ron się uparł, żebym przez cały lot nie odpi­nała pasa na wypa­dek tur­bu­len­cji. Dobrze przy­naj­mniej, że Larissa ponow­nie zapięła górny guzik bluzki i powró­ciła do pro­fe­sjo­nal­nego zacho­wa­nia. Zasta­na­wia­łam się, czy Came­ron ją upo­mniał.

Posta­no­wił wybrać dla mnie potrawy w samo­lo­cie oraz dozo­wać mi alko­hol, abym pamię­tała, kto tu jest sze­fem. Nie­śpiesz­nie przej­rzał menu i zde­cy­do­wał się na zupę z homara, a na danie główne zamó­wił pierś z kur­czaka w jabł­kach i figach. Do posiłku wypi­li­śmy białe wino Eden Foun-tain Char­don­nay Medici. Jedze­nie było zna­ko­mite, a po dwóch łyżecz­kach lodów poczu­łam, że wię­cej nie mogę. Came­ron zre­zy­gno­wał z deseru i popro­sił o kawę.

Choć minęło już tyle czasu, deka­denc­kie posiłki na­dal robiły na mnie wra­że­nie. Ni­gdy nie trak­to­wa­łam prze­py­chu i luk­susu jak cze­goś oczy­wi­stego, co zade­mon­stro­wa­łam, dzię­ku­jąc Came­ro­nowi. Nie do końca wie­dzia­łam, co ozna­czają jego zmarsz­czone brwi. Po raz kolejny pod­kre­śli­łam, że nie pocho­dzę z tego samego świata co on.

Nie udało mu się ukryć uśmie­chu.

Gdy znowu usie­dli­śmy w fote­lach, Came­ron zro­bił mi masaż stóp, co wystar­czyło, abym mu wyba­czyła, że zosta­wił mnie wygłod­niałą w łóżku. Odchy­li­łam się i zaci­snę­łam dło­nie na pod­ło­kiet­ni­kach, kiedy sil­nymi pal­cami pie­ścił spód mojej stopy. Roz­piesz­czał mnie mimo zakazu zbli­żeń.

Patrzy­łam, jak zręcz­nie masuje moje palce, i czu­łam, że pra­gnę go coraz bar­dziej. Nara­stał też we mnie bunt.

– Sama dokoń­czy­łam i mia­łam potężny orgazm. – Buń­czucz­nie wysu­nę­łam brodę. – Było zaje­faj­nie.

Came­ron uniósł brwi.

– Co to za język?

– Współ­cze­sny – odpar­łam. – Naj­wy­raź­niej wiem coś, czego ty nie wiesz.

– I kolejny kotek zdechł.

– Co to zna­czy?

– Naj­wy­raź­niej wiem coś, czego ty nie wiesz.

Odrzu­ci­łam głowę w uda­wa­nym orga­zmie. Wydę­łam usta w eks­ta­zie, po czym cicho jęk­nę­łam z roz­ko­szy.

– Czeka cię kara za bez­czel­ność – oznaj­mił surowo i wbił kciuk w skle­pie­nie mojej lewej stopy. – Muszę tylko wymy­ślić coś twór­czego.

Osu­nę­łam się w fotelu, uko­jona przy­jem­nym dresz­czem i roz­anie­lona doty­kiem Came­rona.

Wyszep­tał „zaje­faj­nie”, jakby to było jakieś nad­zwy­czajne nowe słowo, po czym z dez­apro­batą zmarsz­czył brwi.

Cza­sem odzy­wało się to jego eli­tarne pocho­dze­nie, ale miało ono swoje dobre strony – dzięki temu odprawa potrwała zale­d­wie kilka minut. Obsłu­żono nas z podziwu godną spraw­no­ścią i Came­ron scho­wał nasze pasz­porty do kie­szeni płasz­cza.

Na zewnątrz powi­tały nas chłód i mżawka. Przy chod­niku cze­kał już Tre­vor, nasz rado­sny angiel­ski szo­fer. Zdu­miał go brak bagaży, ale bez zwłoki otwo­rzył tylne drzwi rolls-royce’a.

Mina Came­rona wska­zy­wała na to, że to dla niego nor­malka, ale ja na­dal przy­zwy­cza­ja­łam się do tych nad­zwy­czaj­nych luk­su­sów. Samo­chód był naprawdę piękny. Gdy do niego wsia­da­li­śmy, samo­loty prze­la­ty­wały nisko nad naszymi gło­wami.

Nie zdzi­wi­łam się, widząc na kana­pie długi weł­niany płaszcz dla Came­rona i trencz z paskiem dla mnie.

– Zawsze o wszyst­kim myślisz? – zapy­ta­łam.

Pomógł mi wło­żyć płaszcz, po czym ubrał się w swój.

– Gdy­bym o wszyst­kim myślał, cze­ka­łyby na nas już w samo­lo­cie. – Zatarł ręce. – Ale ziąb.

Jego uśmiech dowo­dził, że cie­szy się na tę wycieczkę rów­nie mocno jak ja.

Prze­mar­z­nięta do szpiku kości, prze­su­nę­łam się i wtu­li­łam w Came­rona. Cho­dziło wyłącz­nie o prze­trwa­nie. Nie­zbęd­nie potrze­bo­wa­łam cie­pła jego ciała.

Choć uspo­ko­iło mnie, że humo­rza­sty nastrój Came­rona ustą­pił pola jego natu­ral­nej weso­ło­ści, musia­łam teraz sta­wić czoło nowemu zagro­że­niu, czyli lewo­stron­nemu ruchowi. I idio­tycz­nie wąskim jezd­niom, na któ­rych samo­chody mijały nas sta­now­czo zbyt bli­sko.

Tre­vor sie­dział za kie­row­nicą po pra­wej stro­nie auta. W trak­cie przy­ja­ciel­skiej poga­wędki z Came­ro­nem wyja­wił, że uro­dził się i wycho­wał w sto­licy, a potem zapro­po­no­wał nam prze­jażdżkę z dala od tury­stycz­nych szla­ków, jeśli będziemy zain­te­re­so­wani.

Came­ron uprzej­mie mu podzię­ko­wał i wyja­śnił, że przy­je­cha­li­śmy do Lon­dynu na krótko.

Kiedy Tre­vor nazwał mnie panią Cole, Came­ron go nie popra­wił, tylko umilkł i zapa­trzył się na bez­kre­sny szary kra­jo­braz za mokrą od desz­czu szybą.

Wje­cha­li­śmy do cen­trum mia­sta, więc przy­su­nę­łam się do okna, zafa­scy­no­wana eklek­tyczną mie­szanką sta­rych i nowych budyn­ków. Opu­ści­łam szybę, żeby oczy­ścić ją z kro­pli. Cze­ka­łam, aż Came­ron zapro­te­stuje, ale tego nie zro­bił. Mru­ga­jąc, podzi­wia­łam archi­tek­turę mia­sta i cie­szy­łam się wil­go­cią na twa­rzy. Wszyst­kie nowo­cze­sne budynki były ide­al­nie wkom­po­no­wane mię­dzy histo­ryczne budowle. Pisnę­łam na widok czer­wo­nej budki tele­fo­nicz­nej – tego typu obiekty stały się już rzad­ko­ścią. Gdy ujrza­łam Big Bena, nie zdo­ła­łam powstrzy­mać chi­chotu.

To Richard powi­nien tu ze mną być. Choć obie­cał, że do nas dołą­czy, czu­łam okropne wyrzuty sumie­nia. Odkąd zosta­li­śmy parą, powta­rzał, że mnie tutaj przy­wie­zie. Na litość boską, był prze­cież potom­kiem Win­stona Chur­chilla! Tu uro­dzili się jego przod­ko­wie i stąd wyemi­gro­wali do Sta­nów. On bar­dziej niż my zasłu­żył na tę wyprawę.

Było mi przy­kro, że został w kraju, i serce mi się kra­jało na myśl o tym, pod jaką zna­lazł się pre­sją w związku z Lance’em. My mie­li­śmy się bawić, on zaś musiał upo­rać się z kon­se­kwen­cjami nie­for­tun­nej aukcji. Wie­dzia­łam, że czuł się za mnie odpo­wie­dzialny. Lance był okrut­nym czło­wie­kiem. Nie­na­wi­dzi­łam go za to, że wszystko zepsuł.

– W porządku, Mia? – zapy­tał Came­ron.

– Muszę się oswoić. – Spoj­rza­łam na Tamizę i na sie­dzibę par­la­mentu po prze­ciw­nej stro­nie.

– Twój wewnętrzny zegar nie zdą­żył się prze­sta­wić – zauwa­żył. – Jesteś roz­bita po prze­lo­cie.

– Fakt.

– Richard wkrótce tu będzie – wyszep­tał.

Odwró­ci­łam się i spoj­rza­łam na niego.

– Muszę wie­dzieć takie rze­czy. – Wycią­gnął ręce i mnie przy­tu­lił.

– Nie masz nic prze­ciwko temu?

– Prze­cież sam do tego dopro­wa­dzi­łem, Mia.

Patrzy­łam na niego, na jego piękną twarz, i znów dopa­dły mnie wyrzuty sumie­nia. Bałam się go zra­nić. Tyle nas łączyło. Nasze intymne rela­cje były inten­sywne i namiętne. Choć zapew­niał mnie, że wszystko układa się jak powinno i że ma genialny plan zro­bie­nia ze mnie ide­al­nej ule­głej, czu­łam, że mię­dzy nami naro­dziło się coś wyjąt­ko­wego.

Chcia­łam wie­dzieć, czy jestem dla niego czymś wię­cej niż tylko zabawką, roz­rywką, dzięki któ­rej zabi­jał czas.

Czy Came­ron w ogóle był zdolny do miło­ści?

Zda­niem Richarda nie był i wła­śnie dla­tego mógł mnie bez­piecz­nie przy­uczać. Zawsze pano­wał nad emo­cjami. Czy męż­czy­zna, któ­remu nie zale­żało na dziew­czy­nie w jego ramio­nach, mógłby tak długo i głę­boko patrzeć jej w oczy?

Powieki Came­rona opa­dały, a jego kasz­ta­nowe tęczówki pociem­niały z pod­nie­ce­nia. Dobrze zna­łam to spoj­rze­nie. Zaci­snął dło­nie na moich wło­sach i zbli­żył moją głowę do swo­jej. Led­wie wytrzy­my­wa­łam ból. Usta Came­rona znaj­do­wały się teraz tuż przy moich, jakby zamie­rzał mnie poca­ło­wać. Jego oddech na moich war­gach spra­wił, że prze­szył mnie dreszcz.

Unio­słam brodę i przy­bli­ży­łam usta do jego ust. Tak bar­dzo potrze­bo­wa­łam tego, czego mnie pozba­wił…

Na twa­rzy Came­rona nagle znów poja­wił się spo­kój. Opu­ścił moją głowę i przy­ci­snął ją do swo­jej piersi, po czym oto­czył mnie ramie­niem.

– Wkrótce będziemy w hotelu – zapo­wie­dział. – Kiedy Lon­dyn się obu­dzi, pokażę ci mia­sto.

– Bar­dzo… chęt­nie. – Odchy­li­łam głowę, żeby lepiej go widzieć. – Came­ron…

– Cichutko. – Dotknął pal­cem moich warg, a drugą dło­nią pogła­skał mnie po wło­sach. Poczu­łam mro­wie­nie na karku. – Odpręż się.

Roz­luź­ni­łam się na jego musku­lar­nej piersi i wtu­liw­szy w nią twarz, prze­sta­łam sta­wiać opór. Came­ron oto­czył mnie moc­nym ramie­niem. Gdy mnie obej­mo­wał, pomy­śla­łam, że czuję się przy nim bez­piecz­nie nawet po dru­giej stro­nie globu.

Pod­czas jazdy pro­wa­dził z Tre­vo­rem uprzejmą poga­wędkę i chyba nie prze­szka­dzały mu nie­ustanne pyta­nia o zawód, o stan, z któ­rego przy­by­li­śmy, i o nasze plany. Zdaw­kowe odpo­wie­dzi Came­rona były sztuką samą w sobie. Mówił jak zwy­kle z wdzię­kiem i odwra­cał pyta­nia o sto osiem­dzie­siąt stopni, po to, by zmu­sić Tre­vora do zwie­rzeń i lepiej go poznać.

Wyglą­da­jąc na jasno oświe­tlone ulice, dostrze­ga­łam ludzi wra­ca­ją­cych z imprez do domów, a może wybie­ra­ją­cych się na następne imprezy. Wszę­dzie wisiały gwiazd­kowe deko­ra­cje. Ulice pre­zen­to­wały się naprawdę pięk­nie w tym wie­lo­barw­nym, świą­tecz­nym oświe­tle­niu.

W sta­rych budyn­kach mie­ściły się ele­ganc­kie sklepy, a w ich witry­nach mogłam podzi­wiać naj­now­szą modę. Na innych wysta­wach było nie­mal wszystko, począw­szy od luk­su­so­wych mebli, na sprzę­cie AGD skoń­czyw­szy. Co pewien czas dostrze­ga­łam roz­siane tu i tam uro­cze księ­ga­renki. To połą­cze­nie sta­rego z nowym było zupeł­nie nie­zwy­kłe.

Mimo póź­nej pory Lon­dyn zda­wał się tęt­nić życiem.

W końcu dotar­li­śmy do Savoya. Dla dziew­czyny, która przy­wy­kła, że przez więk­szość czasu nikt jej nie zauważa, poja­wie­nie się w dro­gim hotelu i nad­ska­ku­jące zacho­wa­nie per­so­nelu były nieco kło­po­tliwe. Pró­bu­jąc zapa­no­wać nad podzi­wem dla tego miej­sca i uda­jąc, że taki luk­sus nie jest mi obcy, od nie­chce­nia przy­glą­da­łam się recep­cji, pod­czas gdy Came­ron roz­ma­wiał z kon­sjer­żem.

Posadzka w sza­chow­nicę koja­rzyła mi się z domem Came­rona. Wzdłuż foyer wzno­siły się potężne kolumny z mar­muru, ściany wyło­żono dębo­wym drew­nem, a cało­ści dopeł­niały nisko zwi­sa­jące żyran­dole. Gdyby per­fek­cja miała imię, brzmia­łoby ono Savoy.

Czu­jąc, że muszę sko­rzy­stać z łazienki, z zakło­po­ta­niem prze­pro­si­łam Came­rona i ruszy­łam w kie­runku toa­lety dla pań. Wola­łam nie cze­kać, aż odpro­wa­dzi mnie tam kon­sjerż.

Sta­ra­łam się uni­kać luster, jed­nak w pew­nej chwili mignęło mi odbi­cie drob­nej, zmę­czo­nej dziew­czyny z roz­ma­za­nym maki­ja­żem. Po kilku minu­tach wyszłam z łazienki, żeby wró­cić do Came­rona.

Tyle że ni­gdzie go nie było.

Moją uwagę przy­kuł znak wska­zu­jący na cen­trum biu­rowo-biz­ne­sowe dla gości. Zaj­rza­łam do pomiesz­cze­nia, w któ­rym rów­nież domi­no­wało ciemne drewno, a przy biur­kach z dro­gimi kom­pu­te­rami Apple stały wygodne fotele. Cie­ka­wość wzięła górę i szybko weszłam do sali. Opa­dłam na fotel przy jed­nym ze sta­no­wisk i poru­szy­łam myszką. Ekran prze­bu­dził się do życia, a ja od razu uru­cho­mi­łam prze­glą­darkę. Mia­łam tylko minutę lub dwie, ale wię­cej nie było mi trzeba.

Szybko wstu­ka­łam swoje hasło i wysła­łam mejl do Bailey. Nie chcia­łam, żeby się mar­twiła. Powinna przy­naj­mniej wie­dzieć, że jestem w Lon­dy­nie i nic mi nie grozi. Popro­si­łam, aby uca­ło­wała ode mnie Tarę, a następ­nie wygo­oglo­wa­łam Lance’a Mer­rilla.

Tan­ko­wa­łeś kie­dyś na sta­cji Mer­rill? Tak się zaczy­nał arty­kuł w „The New York Times”. Cóż, ow­szem, pomy­śla­łam, a czy­ta­jąc dalej, omal nie przy­gry­złam wargi – o iro­nio, dokład­nie w miej­scu krwiaka, który zro­bił mi Lance.

Czu­łam, jak strach roz­lewa się po moim ciele.

Lance nie był tylko biz­nes­me­nem, jak suge­ro­wał Came­ron. Był cho­ler­nym naf­to­wym baro­nem i wła­ści­cie­lem licz­nych rafi­ne­rii w Abu Zabi.

– Chry­ste, sku­mał się z Ara­bami – wymam­ro­ta­łam.

Ten męski, siwie­jący magnat po czter­dzie­stce był naj­wy­raź­niej jed­nym z naj­bo­gat­szych ludzi Ame­ryki, a do tego kilka lat temu zajął się poli­tyką. Zoba­czy­łam kilka lin­ków do wywia­dów, któ­rych udzie­lił pod­czas kam­pa­nii, ale nie mia­łam czasu w nie teraz kli­kać. Ni­gdy nie inte­re­so­wa­łam się poli­tyką, więc nie zna­łam jego twa­rzy. Wnio­sku­jąc ze zdjęć, był bar­dzo aktywny. Miał piękną żonę i dwie piękne córki. Z arty­kułu w „Los Ange­les Times” wyni­kało, że jest zatwar­dzia­łym repu­bli­ka­ni­nem, nie­złom­nym w kwe­stiach moral­nych. Opo­wia­dał się za pra­wami gejów, ale ostro sprze­ci­wiał się powszech­nemu ubez­pie­cze­niu zdro­wot­nemu Medi­care. Wiele ryzy­ko­wał, decy­du­jąc się na człon­ko­stwo w jaskini lwa w Chry­sa­lis.

– Kiep­ska sprawa – wyszep­ta­łam, zer­ka­jąc na boki, by spraw­dzić, czy na­dal jestem sama.

Jed­nym ruchem usu­nę­łam histo­rię wyszu­ki­wa­nia i zamknę­łam prze­glą­darkę. Usi­łu­jąc przy­brać spo­kojną minę, wró­ci­łam do foyer.

Na mój widok Came­ron prze­rwał roz­mowę z kon­sjer­żem i prze­chy­lił głowę.

– Możemy już jechać na górę? – zapy­tał.

– Tak – odpar­łam, odgar­nia­jąc z twa­rzy kosmyk wło­sów, któ­rego tam nie było.

Od szpe­ra­nia po inter­ne­cie krę­ciło mi się w gło­wie.

Wkrótce wje­cha­li­śmy na szó­ste pię­tro i ruszy­li­śmy przed sie­bie łuko­wa­tym kory­ta­rzem. Wystar­czyło jesz­cze prze­su­nąć kartę w drzwiach, żeby­śmy zna­leźli się w apar­ta­men­cie.

Sto­jąc pośrodku luk­su­sowo urzą­dzo­nego wnę­trza, przez chwilę pró­bo­wa­łam się zre­lak­so­wać. Cała ta deka­den­cja wytrą­cała mnie z rów­no­wagi, podob­nie jak nowe odkry­cie na temat Lance’a. Came­ron nie mówił mi całej prawdy.

– Tro­chę za mały? – spy­tał, sta­ra­jąc się odgad­nąć, o czym myślę. – Wybacz, Mia, ale Apar­ta­ment Monet był już zare­zer­wo­wany. – Sta­nął za mną i zsu­nął płaszcz z moich ramion.

– To dom w hotelu – odpar­łam. – Jest nie­sa­mo­wity. Boję się cze­go­kol­wiek dotknąć.

Czu­łam się mniej wię­cej tak jak wtedy, kiedy po raz pierw­szy zoba­czy­łam dom Richarda w Malibu, choć ten i tak wypa­dał blado w porów­na­niu z godną kró­lów rezy­den­cją Came­rona w Beverly Hills.

Na tych męż­czy­znach luk­sus nie robił naj­mniej­szego wra­że­nia.

– A więc może być? – spy­tał roz­ba­wiony Came­ron i rzu­cił swój płaszcz na mój.

Ski­nę­łam głową, z tru­dem tłu­miąc pisk rado­ści.

– Mogli­śmy zatrud­nić kamer­dy­nera, ale cenię sobie pry­wat­ność – dodał. – W porządku?

– Tak, oczy­wi­ście. Dzię­kuję. Jak uwa­żasz.

Nawet nie chcia­łam wie­dzieć, ile to wszystko kosz­to­wało. Pró­bu­jąc wmó­wić sobie, że jestem bar­dzo zmę­czona, posnu­łam się do okna.

– To Lon­don Eye. – Wska­za­łam ogromny dia­bel­ski młyn nad Tamizą.

– O tak. – Came­ron dołą­czył do mnie przy para­pe­cie. – Jak widzisz, wła­śnie stąd Monet czer­pał inspi­ra­cję. Zatrzy­mał się tutaj w latach dzie­więć­dzie­sią­tych dzie­więt­na­stego wieku i nama­lo­wał jedne z naj­pięk­niej­szych pej­zaży Lon­dynu.

Jeśli zamie­rzał cał­ko­wi­cie mnie spa­cy­fi­ko­wać, to świet­nie sobie radził. Z wra­że­nia ode­brało mi mowę.

Wyda­wał się taki spo­kojny, gdy wyglą­dał przez okno. Dosko­nale paso­wał do tego miej­sca. Dotarło do mnie, że jest o wiele bar­dziej skom­pli­ko­wany, niż przy­pusz­cza­łam. Ujrza­łam go w nowym świe­tle. Wie­dzia­łam, rzecz jasna, że to czło­wiek rene­sansu, lord spo­łecz­no­ści BDSM, ale oka­zał się rów­nież zdolny do intro­spek­cji, do reflek­sji.

– Chodźmy jutro do Tate. – Zer­k­nął na zega­rek i uśmiech­nął się do mnie. – Wła­ści­wie dzi­siaj.

Pra­gnę­łam tam iść, choć nie wie­dzia­łam, co to takiego ani gdzie się znaj­duje. Po pro­stu czu­łam się uprzy­wi­le­jo­wana, mogąc prze­by­wać w towa­rzy­stwie Came­rona.

– Idę pod prysz­nic. – Poło­żył tele­fon na sto­liku. – Zer­k­nij do gar­de­roby, znaj­dziesz tam ubra­nia. Obej­rzyj je i daj znać, czy przy­pa­dły ci do gustu.

Ruszył przed sie­bie, a ja sta­łam nie­ru­chomo, ogar­nięta wra­że­niem, że zasnę­łam i obu­dzi­łam się w cudzym życiu.

Gar­de­roba oka­zała się więk­sza niż moje stare miesz­ka­nie. Zna­la­złam w niej dżinsy, sukienki, a nawet długą, czarną suk­nię wie­czo­rową. Zaczę­łam się zasta­na­wiać, co zapla­no­wał dla nas Came­ron. Ubra­nia były w moim roz­mia­rze. Na cen­tral­nej wyspie leżało kilka pude­łek róż­nej wiel­ko­ści, które kryły w sobie botki i wią­zane szpilki. W pła­skim pudle zna­la­złam nie­bie­ską czapkę z wełny oraz skó­rzane ręka­wiczki. Came­ron rów­nież miał tam sporo ubrań, zarówno ofi­cjal­nych, jak i nie­for­mal­nych, wraz z dopa­so­wa­nymi butami. Byłam cie­kawa, kto robił te zakupy, i posta­no­wi­łam o to zapy­tać.

Szum leją­cej się wody wyrwał mnie z oszo­ło­mie­nia.

Pośpiesz­nie pode­szłam do biurka, zasta­na­wia­jąc się, kto mógł sia­dy­wać przy nim w prze­szło­ści. Napi­sa­łam kar­teczkę do Came­rona. Wcze­śniej prze­rwał mi w poło­wie moich podzię­ko­wań, a chcia­łam, żeby wie­dział, jak bar­dzo jestem mu wdzięczna.

Cóż to była za odmiana.

W salo­nie coś zapisz­czało i tele­fon Came­rona się roz­ja­śnił. Zer­k­nę­łam na ekran.

„Zadzwoń”.

To była wia­do­mość od Shaya Gard­nera, z któ­rym Came­ron tre­no­wał szer­mierkę. Shay był także star­szym domi­nu­ją­cym w Chry­sa­lis. Powró­ci­łam myślami do pokoju z wodą, w któ­rym on i Came­ron uwię­zili mnie kilka dni temu.

Coś, co miało być ero­tyczną próbą sił, poszło nie­zu­peł­nie zgod­nie z pla­nem. Skoń­czyło się na tym, że kop­nę­łam Shaya kola­nem w jaja i musiał wyjść w pośpie­chu, ści­ska­jąc się za kro­cze. Came­ron pocią­gnął mnie na mokre kafelki na pod­ło­dze i uka­rał za bunt gwał­tow­nym rżnię­ciem.

Mój Boże, tęsk­ni­łam za tam­tymi chwi­lami.

Na szczę­ście Shay mi wyba­czył, Came­ron uznał cały ten cyrk za zabawny i nie wyko­pał nie­po­słusz­nej ule­głej na zbity pysk.

Wzię­łam tele­fon do ręki i ruszy­łam przez olbrzymi apar­ta­ment, zakła­da­jąc, że Came­ron będzie chciał wie­dzieć o ese­me­sie z Ame­ryki.

Owiały mnie kłęby gorą­cej pary, ale je zigno­ro­wa­łam, sycąc wzrok wido­kiem nagiego Came­rona Cole’a. Był cały w pia­nie i naj­wy­raź­niej głę­boko się zamy­ślił. Patrzy­łam, jak wśród obło­ków mydli naprę­żone mię­śnie, napięte przed­ra­miona, sprę­ży­sty sze­ścio­pak. Wyglą­dał jak rzeź­bione ucie­le­śnie­nie per­fek­cji. Z gęstych ciem­nych loków wyła­niał się jego impo­nu­jący penis w sta­nie pół­w­zwodu.

Came­ron był stu­pro­cen­to­wym męż­czy­zną i szcze­rze zazdro­ści­łam dziew­czy­nie, która pew­nego dnia skrad­nie jego serce.

Popa­trzył na mnie i przy­ci­snął dło­nie do szkła.

– Podo­bają ci się ubra­nia? – Opu­ścił wzrok na komórkę.

– Tak, dzię­kuję – wydu­ka­łam, po czym przy­su­nę­łam się i unio­słam tele­fon, choć nie mógł go wziąć pod prysz­nic. – Yyy, to do cie­bie. Zna­czy się, wia­do­mość. Od Shaya. – Odwró­ci­łam wzrok. Uzna­łam, że lepiej będzie popo­dzi­wiać białe plu­szowe ręcz­niki. – Wyglą­dają na mięk­kie. – Przy­gry­złam wargę.

– Połóż tutaj, jeśli możesz. – Wska­zał na mar­mu­rowy blat przy umy­walce. – Zaraz koń­czę.

Znowu mnie oto­czył i wcią­gnął zna­jomy wir, który obja­wiał się pożą­da­niem w pod­brzu­szu. Nie potra­fi­łam z tym wal­czyć. Potrze­bo­wa­łam roz­ko­szy, którą mógł mi ofia­ro­wać męż­czy­zna po dru­giej stro­nie szyby.

To pożą­da­nie miało swoje miej­sce, miej­sce zwane prze­szło­ścią. Nie wolno mi było fan­ta­zjo­wać o Came­ro­nie ani marzyć, że połą­czy nas coś wię­cej. W samo­lo­cie dał mi to jasno do zro­zu­mie­nia.

– Mia? – ode­zwał się, wyry­wa­jąc mnie z transu.

Pode­szłam szybko do blatu i poło­ży­łam na nim tele­fon, po czym ze spusz­czo­nym wzro­kiem wyszłam z łazienki.

Obcho­dząc apar­ta­ment, usi­ło­wa­łam nie myśleć o ide­ale, który przed chwilą podzi­wia­łam. Nie pozo­stało mi nic innego, jak tylko stłu­mić pożą­da­nie.

Doszłam do wnio­sku, że gdy tylko łazienka się zwolni, też wezmę prysz­nic, a potem wejdę do tego wiel­kiego, mięk­kiego łóżka i tro­chę się prze­śpię. Moje ciało naj­wy­raź­niej poczuło zmianę czasu.

Puka­nie do drzwi przy­wo­łało mnie do rze­czy­wi­sto­ści.

Odsu­nę­łam się na bok, aby wpu­ścić młodą kel­nerkę w schlud­nym czarno-bia­łym uni­for­mie, z kasz­ta­no­wymi wło­sami zebra­nymi w nie­zbyt sta­ranny koczek. Pchała wózek z jedze­niem, zwień­czony butelką szam­pana w wia­derku z lodem.

– Dzię­kuję. – Wska­za­łam śro­dek pokoju. – Pro­szę zosta­wić to tutaj.

Się­gnęła po butelkę.

– Czy mam ją dla pani otwo­rzyć? – Mówiła z mięk­kim angiel­skim akcen­tem.

– Nie, dzię­kuję. – Zauwa­ży­łam, że przy wia­derku leży bile­cik wizy­towy w kopertce.

Gałka przy drzwiach do łazienki nagle się obró­ciła.

– Witam – powie­dział Came­ron, prze­pa­sany jed­nym z mięk­kich ręcz­ni­ków.

Na­dal miał mokre włosy, a w dłoni trzy­mał tele­fon.

Dziew­czyna w czarno-bia­łym uni­for­mie wyszła pośpiesz­nie i zamknęła za sobą drzwi.

Came­ron zbli­żył się do mnie i wycią­gnął butelkę z wia­derka.

– To uro­cze z two­jej strony – zauwa­żył. – Napi­jemy się jutro.

– Niczego nie zama­wia­łam.

– Może to poda­ru­nek od hotelu. – Podra­pał się po bro­dzie. – Póź­niej się ogolę. – Przy­ło­żył tele­fon do ucha. – Jak się mie­wasz, Shay?

Słu­cha­łam, jak mówi o tym, że wycieczka prze­biega dobrze, lot był udany, a pokój jest wspa­niały. Dodał, że wkrótce się zoba­czą.

Po chwili umilkł i tylko coraz moc­niej marsz­czył brwi.

– Nie, nie spusz­cza­łem jej z oka, Shay. Dla­czego? – Came­ron utkwił we mnie spoj­rze­nie. – Pocze­kaj chwilę. – Ode­tchnął głę­boko. – Mia, na kilka sekund zosta­wi­łem cię samą w recep­cji. Co wtedy robi­łaś?

Prze­łknę­łam ślinę i odwró­ci­łam wzrok.

Came­ron dostrzegł małą kopertę i po nią się­gnął. Przy­trzy­mał apa­rat ramie­niem i wysu­nął bile­cik.

– Co tam jest napi­sane? – zapy­ta­łam.

– Shay… – mruk­nął Came­ron do słu­chawki. – Przy­słał nam butelkę szam­pana do pokoju.

Pró­bo­wa­łam opa­no­wać drże­nie rąk i powstrzy­mać rumie­niec na twa­rzy.

– Czy to bile­cik od…

– Wła­śnie patrzę. Załą­czył bile­cik.

Szarp­nę­łam Came­rona za nad­gar­stek.

– Muszę ci coś powie­dzieć… – zaczę­łam.

Znowu na mnie spoj­rzał.

– Shay, jak szybko możesz tu dotrzeć? – powie­dział do tele­fonu.

Cof­nął się o krok i ponow­nie uniósł bile­cik.

– Co tam jest napi­sane?

– Mia, słu­chaj uważ­nie – odparł, jakby mnie nie sły­szał. – Shay będzie tutaj za kilka minut. Musisz z nim iść. Ja się ubiorę i zajmę poko­jem.

– Jest w Lon­dy­nie?

– Tak.

– A ubra­nia?

– Zapo­mnij o ubra­niach – wark­nął.

– Spa­kuję je. – Pobie­głam do sypialni.

Came­ron ruszył za mną i chwy­cił mnie w ramiona.

– Oddy­chaj głę­boko – pora­dził mi. – Damy sobie radę.

– Jak to moż­liwe? – Odwró­ci­łam się. – Prze­cież tylko na moment weszłam do sieci…

– Tech­no­lo­gia roz­wija się bły­ska­wicz­nie, Mia.

– Skąd wie­dział, że jeste­śmy w Lon­dy­nie?

– Spraw­dził na lot­ni­sku, jesz­cze w Sta­nach.

– Prze­cież korzy­sta­łeś z samo­lotu taty.

– Naj­wy­raź­niej ma tam swo­jego czło­wieka z dostę­pem do roz­kładu lotów.

– Korzy­stasz ze swo­jej komórki? Może to przez nią?

– Mam Cybe­rVape, ale nie zdą­ży­li­śmy go u cie­bie zain­sta­lo­wać. Poza tym Shay zamie­rzał wyko­rzy­stać twój tele­fon do zmy­le­nia tropu.

– Nie mogę zre­zy­gno­wać z tele­fonu.

– Zare­zer­wuję nam inny pokój, a twoją komórkę zosta­wimy tutaj. – Pokrę­cił głową. – Od początku taki był plan, tylko nie sądzi­łem, że tak szybko będę musiał go wdro­żyć.

– Ale ten pokój jest taki ładny…

– Pie­przyć pokój. Jesteś naj­waż­niej­szą kobietą w moim życiu. – Znów pokrę­cił głową. – Obie­ca­łem Richar­dowi, że będę cię chro­nił.

Nagle zro­biło mi się nie­do­brze. Ni­gdy nie widzia­łam Came­rona w takim sta­nie.

– Jeste­śmy w dobrych rękach – dodał. – Shay to szef ochrony w Chry­sa­lis i w Enth­rall, a do tego dyrek­tor Cloud-Soul.

– Co to?

– Jego mię­dzy­na­ro­dowa firma ochro­niar­ska.

– Nie mogę po pro­stu spo­tkać się z Lance’em i powie­dzieć mu wprost, żeby się odpie­przył?

– Jak się sama prze­ko­na­łaś, to pod­stępny gość i ma dostęp do pouf­nych infor­ma­cji.

– Mówi­łeś, że jest roz­sądny.

– Bo tak uwa­żam.

– Powiedz mi prawdę – zażą­da­łam.

Came­ron ujął mnie pod brodę.

– Obie­cuję, że wkrótce roz­wią­żemy pro­blem – odparł.

– Co napi­sał na tym bile­ciku? Musisz mi powie­dzieć.

Wyj­rzał przez okno, jakby cze­goś tam szu­kał, ale nie mógł zna­leźć.

– Lance chciał tylko nas poin­for­mo­wać, że szam­pan jest od niego.

– To naprawdę moja wina?

– Wysła­łaś mejl do Bailey… – Came­ron pogła­skał mnie wierz­chem pal­ców po twa­rzy. – Nie jestem zły.

Chwy­ci­łam go za rękę i znów poczu­łam zna­jomą nie­na­wiść do samej sie­bie. Potrze­bo­wa­łam jego dotyku, wyro­zu­mia­ło­ści i siły.

– Nie ma nic złego w pisa­niu do przy­ja­ciółki – dodał.

– Prze­cież nie wyja­wi­łam, w któ­rym hotelu miesz­kamy.

– Wygląda na to, że wygo­oglo­wa­łaś Lance’a. Jego ludzie wytro­pili adres IP.

– Zadzwo­nił z Ame­ryki do obsługi hote­lo­wej? – Prze­ra­ziło mnie, że być może zjawi się w Lon­dy­nie.

– Na­dal tkwi w Kali­for­nii. Richard spo­tka się z nim dziś wie­czo­rem.

Mia­łam wra­że­nie, że zie­mia ucieka mi spod stóp.

– Lance nie jest aż takim idiotą. Co innego spra­wia mu przy­jem­ność… – Came­ron potarł czoło.

– Powiedz, że nie zrobi ci krzywdy – popro­si­łam.

– Lance wie, że nas krzyw­dzi, kiedy cię tropi.

– Prze­pra­szam.

– Nie masz mnie za co prze­pra­szać. Ta aukcja w ogóle nie powinna była się odbyć. Ale to też nie jest wina Richarda. Nie miał poję­cia, że Lance tylko czeka na spo­sob­ność, aby się na mnie ode­grać za to, że nie wypu­ści­łem z rąk wła­dzy nad jaski­nią lwa.

– Chodźmy na poli­cję – zapro­po­no­wa­łam.

Znowu mnie przy­tu­lił.

Kiedy po raz pierw­szy wdar­łam się do Chry­sa­lis na jedno z przy­jęć dla eli­tar­nych człon­ków jaskini lwa, ubrana tylko w gor­set i koron­kowe figi, Came­ron spa­ni­ko­wał na mój widok. Przy­byli tam na łowy ludzie bogaci i wpły­wowi, któ­rzy przy­wy­kli do tego, że dostają wszystko, czego zechcą. Byłam niczym jagniątko ska­zane na rzeź. Came­ron mnie ura­to­wał, zanim zdą­ży­łam wpaść na któ­re­goś z dra­pież­ców.

Puka­nie do drzwi spra­wiło, że pod­sko­czy­łam.

– Cze­kaj tu – pole­cił Came­ron.

Na­dal zanie­po­ko­jona jego miną, pró­bo­wa­łam trzeźwo myśleć.

Drzwi się otwo­rzyły, a Came­ron zapro­sił kogoś do środka. Zna­łam ten głos.

Zaj­rza­łam do salonu i zoba­czy­łam przy­stoj­nego na swój szorstki spo­sób Shaya Gard­nera, part­nera Came­rona w szer­mier­czych poje­dyn­kach i groź­nego domi­nu­ją­cego w Chry­sa­lis. Miał na sobie dżinsy i skó­rzaną kurtkę, a jego włosy wyda­wały się bar­dziej zmierz­wione niż zwy­kle.

– Witaj, Mia. – Poma­chał do mnie krze­piąco.

Czu­łam się jak w sur­re­ali­stycz­nym śnie, z każdą chwilą coraz bar­dziej. Shay miał być w Sta­nach. Came­ron nie wspo­mi­nał, że go tu spo­tkamy.

Nie słu­cha­łam ich roz­mowy. Za bar­dzo sku­pi­łam się na butelce szam­pana i na bile­ciku.

Szyb­kim ruchem się­gnę­łam po maleńką kopertę.

– Mia – wark­nął Came­ron.

Pośpiesz­nie prze­czy­ta­łam treść wia­do­mo­ści i poczu­łam, że brak mi tchu.

Moja. L.M.

Roz­dział czwarty

Kar­to­nik wysu­nął mi się z dłoni i wiru­jąc, opadł na dywan.

Zagro­że­nie ze strony Lance’a stało się nagle bar­dzo realne.

Poczu­łam ucisk w gar­dle, a moje myśli cał­kiem się roz­pro­szyły, kiedy pró­bo­wa­łam zro­zu­mieć, co ozna­cza treść kartki. Naprawdę liczy­łam na to, że Richard zdoła doga­dać się z Lance’em.

Came­ron pomógł mi wło­żyć płaszcz i mocno zaci­snął pasek wokół talii.

– Mia, zmie­niamy lokal – zapo­wie­dział Shay. – I tyle. To nie pro­blem.

– Idź z nim – pole­cił mi Came­ron. – Wkrótce do was dołą­czę.

– Ni­gdzie nie idę bez cie­bie – oznaj­mi­łam.

Uśmiech­nął się pół­gęb­kiem.

– Anglicy nie prze­pa­dają za nagimi Ame­ry­ka­nami na uli­cach – zauwa­żył.

Shay zamknął moje ramię w żela­znym uści­sku.

– Cole, zatrzy­maj bile­cik – zwró­cił się do Came­rona. – Może nam się przy­dać póź­niej.

– Jasne – zgo­dził się Came­ron.

– Myśla­łam, że jesteś w Ame­ryce. – Pró­bo­wa­łam wyszarp­nąć się Shay­owi, ale nie­mal wywlókł mnie z apar­ta­mentu.

– Nie mam przy sobie szlau­chu, Mia. – Wyda­wał się roz­ba­wiony na to wspo­mnie­nie.

– Came­ron! – krzyk­nę­łam, a gdy się odwró­ci­łam, stał tuż za drzwiami, z bar­dzo prze­jętą miną.

– Cze­kaj­cie. – Pod­szedł bli­żej.

Wycią­gnę­łam do niego ręce, a wtedy chwy­cił mnie za ramiona i przy­gar­nął do sie­bie.

– Intu­icja ni­gdy cię nie zawo­dzi – zauwa­żył. – Przeni­gdy. Pamię­taj o tym.

Shay znowu mnie pocią­gnął.

– Trzy­maj się! – zawo­łał Came­ron.

Szyb­kim kro­kiem ruszy­li­śmy kory­ta­rzem, omi­ja­jąc windę i kie­ru­jąc się ku scho­dom, cał­kiem jakby zde­cy­do­wała za nas adre­na­lina. Gdy scho­dzi­li­śmy pię­tro po pię­trze, sły­sza­łam tylko stu­kot swo­ich butów i gło­śny oddech.

Po kilku kon­dy­gna­cjach wró­ci­li­śmy na kory­tarz, kie­ru­jąc się do windy. W ocze­ki­wa­niu na nią Shay ner­wowo roz­glą­dał się na prawo i lewo. Przy­je­chała pusta, więc weszli­śmy, a Shay kilka razy naci­snął przy­cisk jazdy w dół.

Pró­bo­wa­łam prze­mó­wić sobie do roz­sądku. Byłam wście­kła, że muszę zosta­wić Came­rona, nie­na­wi­dzi­łam Lance’a za to, co robi, i bałam się o Richarda.

Shay pisał ese­mesa. Zakła­da­łam, że on rów­nież ma Cybe­rVape.

– Dla­czego nie możemy zacze­kać na Came­rona? – zapy­ta­łam.

– Bo jest naszą przy­nętą – odparł Shay. – Wła­śnie tym się zaj­muje. Jesteś w dobrych rękach.

– Gdzie się tego wszyst­kiego nauczy­łeś? – Dzi­wiło mnie, że męż­czy­zna ze skłon­no­ścią do sek­su­al­nego tor­tu­ro­wa­nia ule­głych ma tak przy­ziemną pracę.

– Byłem w woj­sku – wyja­śnił. – Komando Foki.

– Jak Leo? – Przy­po­mnia­łam sobie, że Came­ron wspo­mi­nał o woj­sko­wej karie­rze swo­jego szo­fera.

Shay pod­niósł na mnie wzrok.

– Leo był w pie­cho­cie mor­skiej – odparł.

– Piszesz do Came­rona?

– Nie. Spraw­dzam, czy nikt nie maj­stro­wał przy naszym środku trans­portu. – Znowu coś wystu­kał. – Zosta­wi­łem przy nim straż­nika.

Powró­ci­łam myślami do Shaya z ule­głą Arianną u jego stóp. Miał nad nią wła­dzę, z któ­rej mógł korzy­stać tylko jako doświad­czony Pan. Przy­po­mniało mi się, że zauwa­ży­łam na jego ramie­niu tatuaż z woj­sko­wymi insy­gniami. Wcze­śniej w ogóle o tym nie myśla­łam.

Gdy drzwi windy się otwo­rzyły, powi­tał nas kon­sjerż.

– Pani Lau­ren, tele­fon do pani. Dzwoni pan Lance Mer­rill. – Wska­zał na recep­cję.

– Dzię­kuję – odpar­łam ner­wowo.

– Pro­szę prze­ka­zać panu Mer­ril­lowi, że wszyst­kie tele­fony do apar­ta­mentu dok­tora Cole’a muszą pocze­kać do rana – odparł Shay i mnie przy­tu­lił.

Zamiast skie­ro­wać się do wyj­ścia, ruszy­li­śmy w prze­ciw­nym kie­runku. Minę­li­śmy biura, nume­ro­wane pokoje, uprzej­mie uśmiech­nięty per­so­nel i szli­śmy dalej przed sie­bie.

W kuchni powi­tała nas fala gorąca, a także zapach oleju i ziół. Nawet o tej porze kucha­rze pra­co­wi­cie przy­go­to­wy­wali potrawy dla gości. Gdy ich mija­li­śmy, wymie­niali zdu­mione spoj­rze­nia na widok wyso­kiego, onie­śmie­la­ją­cego męż­czy­zny, który nie­mal wlókł mnie za sobą.

– Mogę w czymś pomóc, pro­szę pana? – spy­tał młody kucharz.

– Gdzie ustęp? – wark­nął Shay, obcho­dząc cen­tralną wyspę.

– Cho­dzi mu o toa­letę – wyja­śnił inny pra­cow­nik.

Omi­nąw­szy męż­czy­znę ze srebr­nym pół­mi­skiem peł­nym serów, wypa­dli­śmy z kuchni i znowu ruszy­li­śmy przed sie­bie nie­koń­czą­cymi się kory­ta­rzami.

Zamru­ga­łam, gdy na zewnątrz przy­wi­tał mnie chłód poranka.

– Jeź­dzi­łaś już kie­dyś moto­cy­klem? – zapy­tał Shay, cią­gnąc mnie do kra­węż­nika, gdzie stało ele­ganc­kie czarne cacko ze znacz­kiem Ducati.

– Nie, ni­gdy. – Usi­ło­wa­łam oswo­bo­dzić się z jego uści­sku. – Mój tata…

Bałam się moto­cy­kli, odkąd mój ojciec rze­komo zgi­nął w wypadku moto­cy­klo­wym. Krę­ciło mi się w gło­wie i czu­łam, że serce pod­cho­dzi mi do gar­dła, ale pró­bo­wa­łam zapa­no­wać nad paniką. Powta­rza­łam sobie, że prze­cież ojciec miewa się świet­nie, a cały ten wypa­dek był tylko jego pod­łym kłam­stwem.

– Nie mogę – jęk­nę­łam.

– Ow­szem, możesz, i to zro­bisz.

Wziął do ręki jeden z dwóch leżą­cych na moto­cy­klu kasków i wło­żył mi na głowę.

Przy­po­mnia­łam sobie słowa Came­rona. „Trzy­maj się”, powie­dział.

– To bar­dzo łatwe – zapew­nił mnie Shay. – Po pro­stu opleć mnie rękami w pasie i dosto­suj się do moich ruchów.

– Dla­czego nie możemy jechać samo­cho­dem? – Patrzy­łam, jak wkłada kask.

– Bo tak dzia­łamy, mała. – Zer­k­nął na drogę. – Pora zgu­bić tych fiu­tów.

Usia­dłam za Shayem, nieco wyżej niż on. Pochy­li­łam się, obję­łam go w pasie i przy­su­nę­łam uda do jego ud, mając nadzieję, że nie będzie narze­kał na mój żela­zny uścisk. Wypro­sto­wał moto­cykl i uru­cho­mił sil­nik, a ja poczu­łam, jak basowe wibra­cje roz­pły­wają się mię­dzy moimi udami.

Sil­nik zary­czał, a gdy rusza­li­śmy, szarp­nęło mną do tyłu.

Pochy­li­łam się bar­dziej, ści­ska­jąc Shaya jesz­cze moc­niej, pod­czas gdy świat śmi­gał wokół mnie.

Jecha­li­śmy złą stroną ulicy.

Nie! – krzyk­nął mój roz­ko­ja­rzony umysł. Pamię­taj, to kolejne dzi­wac­two tego kraju. Tutaj jeż­dżą po cho­ler­nej lewej stro­nie!

Pędzi­li­śmy przed sie­bie, klu­cząc zyg­za­kami.

Dud­nie­nie sil­nika prze­ni­kało mnie na wskroś. Prze­chy­la­łam się raz na lewo, raz na prawo, a budynki po obu stro­nach kom­plet­nie się roz­ma­zały. Shay jeź­dził wąskimi ulicz­kami, omi­ja­jąc auta, tak­sówki i nie­licz­nych prze­chod­niów. Choć pędzi­li­śmy drugą stroną jezdni, dosko­nale radził sobie z moto­cy­klem.

Zatrzy­ma­li­śmy się na kil­ku­mi­nu­towy postój pod opusz­czo­nym mostem, gdzie Shay spraw­dził, czy wszystko ze mną w porządku. Choć zmar­zły mi dło­nie, cał­kiem dobrze się trzy­ma­łam. Bar­dzo tęsk­ni­łam za Came­ro­nem, ale Shay zapew­nił mnie, że wkrótce znowu go zoba­czymy.

Kiedy już się upew­nił, że nie zgubi pasa­żerki, znów ruszy­li­śmy. Dzięki kaskowi było mi cie­pło w uszy i z cie­ka­wo­ścią oglą­da­łam mijane oko­lice.

Eklek­tyczne mia­sto budziło się do życia.

Shay zapar­ko­wał tuż przy Water­loo Sta­tion i z kaskami w rękach pobie­gli­śmy po impo­nu­ją­cych scho­dach, kie­ru­jąc się do budynku z napi­sem „The Royal Bri­tish Offi­cers’ Club” wyry­tym w kamien­nym łuku nad wej­ściem.

Cze­kał tam na nas młody męż­czy­zna w mary­narce, beżo­wych spodniach i sza­liku. Przed­sta­wił mi się jako Ned. Spo­sób, w jaki przy­wi­tał się z Shayem, dowo­dził, że to spo­tka­nie dwóch sta­rych przy­ja­ciół. Krótko przy­strzy­żone włosy Neda zdra­dzały jego powią­za­nia z woj­skiem. Byłam w tym mie­ście dopiero kilka godzin, ale już oswo­iłam się z tutej­szym akcen­tem. Ned mówił jak ktoś z wyż­szych sfer.

Gdy rozej­rzał się dys­kret­nie, zro­zu­mia­łam, że nasza sytu­acja jest mu znana. Popro­wa­dził nas szybko przez budy­nek, cał­kiem pusty o tej porze dnia. Minę­li­śmy opra­wione foto­gra­fie dostoj­nych ofi­ce­rów, a także czarno-białe zdję­cia żoł­nie­rzy z pierw­szej i dru­giej wojny świa­to­wej. Żało­wa­łam, że nie mam czasu lepiej im się przyj­rzeć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki