Pułapka - Lilja Sigurdardóttir - ebook
lub
Opis

Seksowny feministyczny kryminał prosto z serca zimnej Islandii

Sonja prowadziła szczęśliwe życie jako żona i matka. Jednak kiedy wdała się w gorący romans z kobietą, mąż Adam zażądał od niej rozwodu i przejął opiekę nad ich synem Tomasem.

Zrozpaczona kobieta potrzebuje pieniędzy, by udowodnić przed sądem, że jest w stanie zająć się dzieckiem. Gdy dostaje propozycję przemytu kokainy za pokaźną sumę gotówki, nie waha się ani przez chwilę.

Okazuje się, że zdesperowana matka doskonale sprawdza się w roli przemytniczki i przyjmuje kolejne zlecenia. Nie wie jednak, że ktoś bacznie obserwuje każdy jej ruch. Sonja szybko się przekona, że z przestępczego świata nie ma powrotu. Wpada w pułapkę.

__

O autorce

Lilja Sigurdardóttir – islandzka autorka kryminałów i sztuk teatralnych. Lilja rozpoczęła karierę pisarską w 2008 roku, kiedy wysłała manuskrypt powieści na konkurs, którego celem było znalezienie islandzkiego Dana Browna. Lilja jest najbardziej znana z trylogii Reykjavik Noir ("Pułapka", "Sieć", "Klatka").

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 304

Popularność


Listopad — grudzień 2011

1

W papierowym kubku już dawno skończyła się kawa. Sonja stała spokojnie przy okrągłym stoliku, udając, że popija kawę przez dziurkę w plastikowym wieczku, i obserwowała kolejkę do odprawy. O tak późnej porze na lotnisku Kastrup panował spokój, zaledwie kilka samolotów czekało jeszcze na odlot. Przed nią na blacie leżała broszura z walizkami Samsonite. Od czasu do czasu przewracała w niej kartki, choć było to zupełnie niepotrzebne. Znała ją na pamięć i dokładnie wiedziała, które zdjęcia zaznaczyła ostatnio, odlatując z tego lotniska. Miała jeszcze dwie godziny do odlotu do Islandii, ale zaczynała się już przygotowywać mentalnie do odwołania rezerwacji i wykorzystania miejsca zarezerwowanego w samolocie odlatującym następnego ranka. Plan B. Nie miało dla niej znaczenia, czy zabierze się wieczornym, czy rannym lotem, pozostałe punkty planu nie zostaną naruszone. Jeśli coś nie grało lub czuła jakieś zagrożenie, często przekładała loty lub z nich rezygnowała, wybierając w zamian inną trasę. W domu i tak nikt na nią nie czekał, a do hoteli lotniskowych zdążyła się przyzwyczaić.

Szykując się do wdrożenia planu B, Sonja zauważyła wchodzącą do terminalu kobietę. Szła szybko, a zauważywszy długą kolejkę do odprawy, zwolniła. Sonji wydawało się, że niemal słyszy jej westchnienie ulgi. Sprawiała wrażenie idealnej. Wysoka, jasna szatynka – jak wielu Islandczyków. Kiedy Sonja ustawiła się za nią w kolejce, poczuła ucisk w dołku. Nieznajoma nic złego jej nie zrobiła i w normalnych okolicznościach Sonja nawet ucięłaby sobie z nią pogawędkę. Ale przecież nie było sensu się tym przejmować. Kobieta pasowała do planu. Z powodu walizki. Była to srebrna walizka kabinowa Samsonite, a jej właścicielka miała na ramieniu mniejszą torebkę, co oznaczało, że kabinówkę nada na bagaż. Na szczęście Islandczycy gonią za modą, nawet jeśli chodzi o walizki.

Kolejka wolno posuwała się naprzód i Sonja uważnie przyglądała się kobiecie, podczas gdy z lotniskowych głośników rozległ się komunikat, by pasażerowie nie zostawiali swego bagażu bez opieki. Kobieta zdawała się myśleć o czymś innym i albo nie usłyszała tych słów, albo nie odnosiła ich do siebie, bo nawet nie poruszyła głową, aby spojrzeć w stronę walizki, choć większość pasażerów, usłyszawszy komunikat, instynktownie tak uczyniła. Dobrze, że nie jest uważna. To ułatwia zadanie.

Sonja uśmiechnęła się pod nosem, kiedy pojawiła się za nią rodzina z dziećmi. To będzie chyba zbyt łatwe.

– Proszę – powiedziała. – Proszę stanąć przede mną.

– Poważnie? – spytał ojciec i zaraz zaczął pchać wózek z młodszym dzieckiem.

– Osoby z dziećmi mają oczywiście pierwszeństwo – rzuciła Sonja przyjaźnie. – W jakim są wieku?

– Dwa i siedem – odpowiedział ojciec z uśmiechem, jaki zazwyczaj pojawia się na ustach rodziców opowiadających o swoich pociechach. Sonja wiele razy usiłowała rozebrać ten uśmiech na czynniki pierwsze i zawsze wychodziło jej, że jego głównym składnikiem jest duma. Zastanawiała się, czy Adam wciąż jeszcze się tak uśmiecha, gdy mówi o Tomasie. Nie spotkała się z nim od dwóch lat, widziała go jedynie z daleka. Cały ich kontakt opierał się na wymianie krótkich wiadomości i dotyczył godzin odbioru i odwiezienia Tomasa.

Obserwowała, jak rodzina z mozołem przemieszcza bagaż i dzieci w miarę przesuwania się kolejki. Pomyślała sobie, że minęło wiele lat od czasu, gdy była z Adamem i malutkim Tomasem na zagranicznej wycieczce. Wtedy jeszcze często stresowali się z byle powodu; nie mieli pojęcia, jakie to cenne nie musieć się przejmować poważnymi sprawami. Ówczesne drobiazgi teraz wydawały się nieistotne. Po tym, jak Sonja wpadła w pułapkę. Dziwne, jak te zaprzeszłe wspomnienia wciąż bolały. Na widok dzieci łatwo popadała w melancholię. Starszy chłopiec miał dopiero siedem lat, ale wzrostem przypominał Tomasa. To znaczy wtedy, kiedy widziała go ostatnio. Od tamtego spotkania chłopak z pewnością urósł. Z tygodnia na tydzień robił się większy.

Jasna szatynka z walizką kabinową podeszła do stanowiska odpraw, a rodzina z dziećmi gwarantowała Sonji dość czasu, by zyskać pewność, że kobieta nada swój bagaż. Kiedy tylko srebrny kuferek znalazł się na taśmie, stanowisko się zwolniło i Sonja podeszła do odprawy. Serce waliło jej jak młotem. Na początku, gdy znalazła się w pułapce, dopadło ją poczucie winy, że lubi to przyspieszone bicie serca, to napięcie, a potem tę ulgę, jaka się pojawiała. Teraz jednak wiedziała już, że nie sposób robić tego bez podniecenia. Ci, którzy źle znosili stres, drżeli ze strachu, nerwowo się rozglądali i zaliczali wpadkę. Ci, którzy znajdowali w tym podnietę, byli jak Sonja: spokojni, normalni z wyglądu, z wysokim progiem odporności na stres. A inteligencja i ostrożność nie przeszkadzały. Zwłaszcza ta ostatnia odgrywała istotną rolę.

– Żadnego bagażu? – zapytała stewardesa, a Sonja z uśmiechem pokręciła głową. Podała kobiecie paszport, a gdy po chwili odebrała go od niej wraz z kartą pokładową, niemal słyszała bicie swego serca. Jakby ktoś miarowo uderzał w bęben w jej uszach.

2

Tomas złożył dwa T-shirty i wsadził je do swojej walizki. Postanowił też zabrać pomarańczowy sweterek, który dostał od mamy. Tata powiedział, że to dziewczęcy kolor, ale Tomas i mama nie zgadzali się z tym; wiedzieli, że to barwy piłkarskiej reprezentacji Holandii. Tata myślał tylko o golfie i Tomas w sumie się z tego cieszył. Zaraz po rozwodzie, gdy mama wyprowadziła się do Reykjavíku, tata chodził z nim na treningi – stał przy bocznej linii i wykrzykiwał na całe gardło jakieś bzdurne uwagi, głównie żeby Tomas zaatakował tego czy innego, nie kopał jak ciota i nie biegał niczym baba. Chłopiec wolał sam chodzić na treningi, ale czasem, kiedy brali udział w jakichś turniejach, widział mamę na trybunach, machającą do niego z podniesionym kciukiem, a jej uśmiech zdradzał, że jest z niego dumna. Lubiła patrzyć, jak on biega po boisku, choć nigdy nie strzelił żadnego gola. Miał nadzieję, że tata pozwoli kiedyś mamie być przy nim podczas zawodów, żeby nie musiała się zakradać i spoglądać na niego z daleka. Mogłaby siedzieć z innymi mamami, z drugim śniadaniem w pudełku. Tuliłaby go między meczami.

Tomas spakował kości do walizki. W zeszłym miesiącu spytał mamę, czy z nim zagra, a jej zrobiło się przykro, bo nie miała kości w domu. Teraz on naprawi ten błąd i zostawi je u niej. U taty i tak nikt nie gra.

– Ty już się pakujesz? – Tata był poirytowany, jak zawsze, kiedy rozmowa zeszła na mamę i weekendy u niej.

– Tak, chcę po prostu być gotowy – odparł Tomas i zamknął walizkę, żeby tata nie zobaczył kości i pomarańczowego swetra. Gdy tata się wtrąca, zawsze robi jakąś aferę z tego, co jest w walizce. Tomas wolał się pakować sam, z dużym wyprzedzeniem, tak żeby tylko szybko pocałować tatę, powiedzieć „jestem gotowy” i wybiec do samochodu, kiedy zjawi się mama.

3

Przy bramce Sonja zdjęła pasek, zwinęła go i włożyła do tacy razem z płaszczem i butami. Sprzączka paska była jedynym metalowym przedmiotem, jaki miała z sobą. Kolczyki i pierścionki ściągnęła wcześniej i wsunęła do kieszeni płaszcza. Wiedziała, że nie musi tego robić, ale wolała nie ryzykować rewizji osobistej, chociaż paczka była bezpiecznie przytwierdzona między jej nogami, jak podpaska, a funkcjonariuszki straży granicznej raczej nie dotykają krocza podczas przeszukania. Ostrożności nigdy za dużo. Najlepiej mieć sto procent pewności. Wstrzymała oddech, przechodząc przez bramkę, choć wiedziała, że ta nie zapiszczy. Posłała krótki uśmiech strażnikom i zdjęła torebkę z taśmy. Nie było w niej niczego podejrzanego, tylko portfel, paszport, karta pokładowa, pomadka, puder, grzebień, otwarta paczka gumy do żucia, nieco sfatygowana książka z zagiętym rogiem strony, na której przerwała lekturę, i oczywiście broszurka z walizkami Samsonite.

Sonja spojrzała na znikającą w głębi terminala rodzinę i szybko ruszyła w przeciwnym kierunku, do sklepu z walizkami. Pasaż handlowy raczej świecił pustkami i przez moment wpadła w panikę, bo sporo punktów było zamkniętych. Sklepy w strefie wolnocłowej mają to do siebie, że ich godziny otwarcia są dostosowane do ruchu na lotnisku. Ale teraz został już uruchomiony plan A i nie było odwrotu. Musiało być tak, jak sobie wymyśliła. Szła tak szybko, na ile pozwalała paczka między nogami. Ujrzawszy otwarty front sklepu z walizkami, wciągnęła głęboko powietrze, a przez jej ciało przenikła boska fala ulgi. Rzuciła ekspedientce „dobry wieczór” i w pośpiechu przeczesała wnętrze wzrokiem. Oto jest, w samym rogu na najniższej półce: tytanowa walizka kabinowa Samsonite. Sonja ściągnęła ją z półki i potrząsnęła głową, gdy ekspedientka zwróciła jej uwagę, że za lepszą cenę może dostać nowszy model. Ta walizka była właściwa.

Wciągnęła za sobą pustą walizkę do damskiej toalety i zamknęła się w dużej kabinie dla matek z małymi dziećmi. Otworzyła walizkę, zdarła z niej nalepkę i włożyła do środka swoją torebkę z całą zawartością poza książką, portfelem, kartą pokładową i paszportem. Potem uniosła wąską spódnicę, spuściła rajstopy i push-upy i wyjęła paczuszkę z krocza. Była mokra od potu, lecz Sonja otarła ją papierem toaletowym i wrzuciła do zamykanej na zamek części walizki. Teraz należało ją tylko zapełnić.

Na korytarzu rozejrzała się za czymś, co można by szybko wsunąć do walizki. Jak zwykle myślała o Tomasie. Kupiła mu misia z flagą Danii, dużą puszkę ciastek z duńską rodziną królewską i ogromną torbę wielokolorowych czekoladek, które będzie mógł zatrzymać do swoich urodzin. Przy kasie dorzuciła jeszcze pasiasty T-shirt i jedno z czasopism z naklejkami piłkarzy, które tak bardzo lubił. Usiadła na ławce i kiedy skończyła pakować zakupy do walizki, okazało się, że ta jest pełna. Wstała i pociągnęła ją za sobą do stoiska perfumeryjnego, które zauważyła, idąc do sklepu z walizkami. W jakiś sposób wydawało jej się oczywiste, że kobieta musi mieć co najmniej jedną torbę ze sklepu kosmetycznego w ręku.

Samolot zaczął kołować na start i to były zawsze jej ulubione chwile w tych podróżach. Może to potężna, wciskająca ją w siedzenie siła maszyny sprawiała, że wymiękała, a może świadomość, że udało się jej przejść bez problemów przez lotnisko. Przed nią był już tylko lot w przestworzach poza jurysdykcją jakichkolwiek ludzi. Włożyła do ust listek gumy do żucia i umieściła książkę w kieszeni oparcia znajdującego się przed nią fotela. Włączyła ekran, żeby zobaczyć, czy na trasach europejskich pojawił się jakiś nowy film. Widziała je wszystkie, zwłaszcza że repertuar zmieniano pod koniec miesiąca. A ona z reguły odbywała dwa loty miesięcznie. Podczas podróży po prostu sobie poczyta. Dopóki stewardesy nie zaczęły roznosić poczęstunku, na pokładzie panował spokój. Sonia wychyliła się nieco w stronę przejścia i policzyła dłonie kurczowo trzymające się oparć foteli. Choć to niewiarygodne, sama kiedyś odczuwała lęk przed lataniem. Zanim to wszystko się zaczęło.

4

Bragi poprawił węzeł krawata i jeszcze raz przeczesał siwą czuprynę grzebieniem. Zawsze zjawiając się w pracy, czuł jakąś ulgę. Nie rozumiał ludzi, którzy nie lubią pracować, a ciągła potrzeba urlopu u młodych celników działała mu na nerwy. On cieszył się każdą godziną w pracy, miał pełne ręce roboty i nawet najspokojniejsze nocne zmiany zawsze niosły z sobą jakieś niespodzianki. W ubiegłym tygodniu udało mu się zatrzymać roztrzęsionego gościa, który usiłował przemycić do kraju, w swojej walizce, kilkaset żywych żab w plastikowych pojemnikach, a miesiąc temu – kobietę z ogromnym serem pod ubraniem. Ser był z niepasteryzowanego mleka i dlatego Bragi go skonfiskował i wypisał kobiecie mandat, a ta potwornie go zwyzywała. Ale to byli dziwacy, tacy zawsze się zdarzają. Niemniej od czasu, gdy zaczął pracę w urzędzie celnym przed trzydziestu laty, wiele rzeczy się zmieniło. Kiedy zaczynał, przemycano głównie piwo i trochę haszyszu. I metkę. Zupełnie jakby Islandczycy szaleli za metką, gdy tylko znaleźli się za granicą.

Teraz można kupić duńską metkę w każdym spożywczym, piwo już nie jest zakazane, a haszysz ustąpił miejsca twardym narkotykom. Spora część obowiązków celników polega na współpracy z policją i biurem analiz Urzędu Celnego, który monitoruje podejrzane wjazdy i wyjazdy z kraju. Mimo sprzętu do prześwietlania, systemów kamer monitorujących i psów do tropienia narkotyków, przemytnicy zdają się być o jeden rok do przodu. Bragi nie rozumiał, dlaczego ludzie są przeciwni, by policja miała specjalne uprawnienia śledcze, dla niego było to oczywiste. Oni na cle kojarzyli takich, o których powszechnie było wiadomo, że zajmują się podejrzanymi interesami, ale ani im, ani policji nie udawało się ich przyskrzynić. Cały ten narkobiznes najwyraźniej przystosowywał się do wciąż zmieniających się warunków. Bragi miał na przykład wrażenie, że drobnych szmuglerów traktowano wyłącznie jako kozły ofiarne – wysyłano ich z kilkoma gramami, aby odciągali uwagę od poważnych przemytników przewożących znaczne ilości. To musieli być zwykli obywatele.

Bragi podbił swoją kartę i kliknięcie zegara znacznie poprawiło mu samopoczucie. Czasomierz zabrali z sobą ze starego terminala. Był elementem stałym, reszta się zmieniła.

W tej chwili na lotnisku panował spokój – do wieczora same przyloty rejsowe: Amsterdam, Londyn, Kopenhaga. Z powodu grypy, która wściekle zaatakowała kraj, dzisiejsza zmiana była mocno przerzedzona, dlatego Bragi postanowił, że nie będą robić wyrywkowych kontroli. Wydział analiz nie dostarczył im żadnych szczególnych informacji, więc wyglądało na to, że będą mieli spokojny wtorkowy wieczór. W hali odbioru bagażu było ich dwoje. Młodą zmienniczkę, której imienia za nic w świecie nie był w stanie zapamiętać, posłał do biura, by zaparzyła kawy, a sam zajął miejsce przy oknie i obserwował ludzi schodzących ze schodów.

Tłum poruszał się w sposób przewidywalny i Bragi pomyślał sobie, nie po raz pierwszy, że ludzie w stadzie bardzo przypominają barany. Patrzył na ludzki strumień, nie obserwując nikogo specjalnego. Raczej czekał na kogoś, kto się wyróżni. Kogoś, kto nie będzie się poruszał do taktu z tłumem. Kogoś, kto wyda się wystraszony. Znalazłszy się na dole, strumień rozdzielił się na dwie części: dwie trzecie skierowały się do sklepu wolnocłowego, jedna trzecia udała się prosto do taśm, by czekać na bagaż. Kiedy zaczęli zdejmować walizki z taśmy, usiłował się zorientować, kto ile ma bagażu. Nikt jednak nie miał go zbyt dużo, poza rodzinami z dziećmi, ale w kryzysie nie mógł sekować ludzi za to, że wyjeżdżając za granicę, chcą skorzystać z okazji i trochę ubrać dzieciaki. Jedna z rodzin, z zaspanymi maluchami, miała osiem walizek, wszystkie ciężkie, lecz pozwolił im popłynąć z prądem. Tak naprawdę nie chciało mu się ich zatrzymywać.

Dzisiejszego wieczoru nikt się nie wyróżniał. Halę przylotów wypełnili głównie zagraniczni turyści i kilku stałych gości, którzy podróżowali między krajami z powodu pracy. Wiele twarzy kojarzył. Żona prezydenta, znany skrzypek latający co tydzień do Londynu i elegancka kobieta w płaszczu, która chyba też pracuje za granicą, bo lata kilka razy w miesiącu. Zawsze się jej przyglądał – była raczej drobna, niewysoka, niemniej emanowała jakąś klasą, jak gwiazda filmowa. Za każdym razem, kiedy ją widział, zastanawiał się, czy to dlatego, że jest tak szykownie ubrana, czy może z innego powodu. Wszystko to było dość zwyczajne i nudne, lecz Bragi wciągnął głęboko powietrze i zamruczał z zadowolenia. Znajdował się we właściwym miejscu i miał zamiar pozostać tu tak długo, jak tylko będzie mógł. Nieważne, co tam gadają o emeryturze, on nie ruszy się stąd ani na krok.

5

Sonja opuściła pokład samolotu w Keflavíku i znów serce zaczęło jej mocno bić. Po odprężającym locie miała wrażenie, że pęknie jej klatka piersiowa. Często zastanawiała się nad tym, gdzie czekałaby na nią policja, gdyby o niej wiedzieli. Czy byłoby to zaraz w rękawie, czy raczej na cle? Bo to właściwie dopiero tam człowiek przekracza granicę. Nie miała pojęcia, dlaczego zawsze po wylądowaniu o tym myśli – przecież nikt nie wie o jej zajęciu, nikomu nie mówi, kiedy wraca z towarem, i zawsze pracuje sama. Zupełnie. To był jedyny warunek, jaki postawiła, gdy wpadła w pułapkę. O ile można to nazwać warunkiem. Nie była w pozycji, aby stawiać jakiekolwiek warunki. Ale powiedziała im, że musi to robić na swój sposób. I już od ponad roku są zadowoleni. Towar zawsze dostarcza w umówionym tygodniu i jeszcze nigdy nie zawiodła. Wiedzą, że mogą jej całkowicie zaufać. Z powodu Tomasa.

Korytarz na lotnisku to ważny etap. Znajdują się w nim kamery, przez które celnicy śledzą podróżnych, więc nie należy się zachowywać podejrzanie, na przykład iść do toalety od razu po wyjściu z samolotu ani siadać w fotelu i grzebać w bagażu podręcznym. I absolutnie nie wolno się rozglądać ani dać po sobie poznać, że się wie o kamerach monitorujących. Lęk na lotnisku da się wytłumaczyć przed odlotem, lecz nie po wylądowaniu. Ale też nie można okazywać niepotrzebnej sztywności ani pośpiechu. Najlepiej iść żwawo korytarzem, ziewnąć kilka razy, aby okazać naturalne zmęczenie po locie, ewentualnie zatrzymać się, poprawić but i przywitać się serdecznie, jeśli człowiek spotka kogoś znajomego.

Idąc lotniskowym korytarzem, Sonja budowała swój image, stąd korytarz ten nigdy nie wydawał się jej dość długi. Zatrzymała się przed pierwszą wiszącą na ścianie gablotą reklamową. Nie po to, by przeczytać reklamę, lecz przyjrzeć się własnemu odbiciu. Zlustrowała ciemną spódnicę, żakiet, białą bluzkę i wełniany płaszcz. Była bizneswoman, przynależała do świata biznesu, podróżowała w interesach. Nachyliła się, żeby poprawić piętę w rajstopach, która się zrolowała, gdy wkładała buty w samolocie. Było to włoskie obuwie, eleganckie, ale nie sexy. Buty, które typowa bizneswoman włożyłaby do pracy. Ruszyła dalej, przygotowując się psychicznie do roli – prowadziła własną firmę informatyczną, SG Computers, niewielką, lecz świetnie prosperującą. Miała zlecenia zarówno z Islandii, jak i z zagranicy. Większość zleceń to konsultacje, ale trafiały się też naprawy i konserwacja systemów komputerowych – wszystko można znaleźć na stronie internetowej firmy. Kiedy tak bez przeszkód tworzyła swój image, sama niemal w niego wierzyła, ale gdy szło jej gorzej, miała ochotę zawahać się przy końcu korytarza i zajrzeć w oczy swemu prawdziwemu, banalnemu ja – kobiecie, która opłaciła ludzi, by zaprojektowali fejkową stronę internetową dla jej nieistniejącej firmy, kobiecie, która w rzeczywistości na niczym się nie zna.

Dzisiaj Sonji się udało, czuła, jak promieniuje pewnością siebie. Zbliżając się do końca korytarza, przyspieszyła kroku, by nie stracić z oczu jasnej szatynki. Ucieszyła się, że kobieta poszła prosto do sklepu wolnocłowego. Sonja natomiast ustawiła się na początku taśmy bagażowej, wiedząc o tym, że wkrótce tłum ludzi, wózki i bagaże znajdą się między nią a oknem straży celnej. Tak też się stało i srebrna walizka Samsonite jasnej szatynki pojawiła się dopiero wtedy, kiedy przy karuzeli zrobił się tłok i wszyscy jednocześnie zaczęli szukać swoich bagaży. Sonia zdjęła ją z taśmy i przez chwilę porównywała ze swoją, dokładnie taką samą. Jakby próbowała się zorientować, która z nich jest tą właściwą, po czym odstawiła swoją walizkę na taśmę. Następnie udała się do sklepu wolnocłowego, dla pozoru chwyciła coś z półki i stanęła w kolejce niedaleko za jasną szatynką, która najwyraźniej kupowała zapas słodyczy na cały rok.

Podczas gdy Sonja płaciła w sklepie wolnocłowym, kobieta poszła do karuzeli po swoją walizkę. Sonja obserwowała, jak z pewnością siebie przechodzi przez cło, zupełnie nie podejrzewając, co przenosi. Ruszyła jej śladem, spokojna i równie pewna siebie, wiedząc, czego sama nie miała w swoim bagażu. Hala przylotów była pełna ludzi, jak zawsze o tej porze. Pasażerowie lecący za Atlantyk coraz częściej wybierali opcję jednego lub dwóch noclegów na Islandii.

Sonja nie była w stanie dostrzec jasnej szatynki w tłumie, więc szybko ruszyła przez gmach na parking przed terminalem. Kobieta najwyraźniej nie opuściła budynku lewym wyjściem, więc Sonja przebiegła, na ile pozwalało jej obuwie, wzdłuż budynku do prawego wyjścia i tam ją zauważyła w towarzystwie mężczyzny, który prawdopodobnie przyjechał po nią.

– Przepraszam! – zawołała Sonja. – Przepraszam. Wydaje mi się, że pomyliłyśmy walizki.

Kobieta spojrzała na nią, po czym zmierzyła wzrokiem walizkę, którą ciągnął towarzyszący jej mężczyzna.

– Słucham? – zdziwiła się, jakby nie bardzo wiedziała, o co Sonji chodzi.

– Wydaje mi się, że wzięłam pani walizkę, a pani moją – wyjaśniła Sonja, uśmiechając się z zakłopotaniem.

– Boże! – krzyknęła kobieta zbyt głośno. – Tak mi przykro. – Chwyciła za rączkę swojej walizki i zaczęła się chaotycznie tłumaczyć, że nie myślała, kiedy zdejmowała bagaż z taśmociągu. Jej towarzysz, zanim oddał Sonji jej własność, pochylił się, żeby odczytać identyfikator adresowy z walizki kobiety. „On jest taki jak ja – pomyślała Sonja. – Chce mieć pewność”. Pomachała im na pożegnanie i poszła w stronę parkingu długoterminowego, gdzie przed wylotem zostawiła samochód, pokryty obecnie grubą warstwą pyłu po czterodniowym postoju.

6

Tomas szlochał cichutko pod kołdrą. To dziwne, ale im szybciej zbliżał się termin spotkania z mamą, tym bardziej narastała w nim tęsknota za nią. Tak trudno było mu czekać. Zostały już tylko dwa dni do piątku, a jemu zdawało się, że to cała wieczność. A wszystko było gotowe. Walizka leżała spakowana pod łóżkiem, przyniósł nawet swój paszport z szafy w salonie i ukrył na dnie walizki, jak uczyła go mama. To była ich tajemnica. Nie miał pojęcia, dlaczego mama chce, aby zabrał z sobą paszport, mówiła tylko, że dzięki temu poczuje się pewniej. Że ona czuje się pewniej, kiedy ma go razem z paszportem, powiedziała.

– Dobranoc, Tomas! – zawołał tata przez drzwi sypialni, a chłopiec wymamrotał odpowiedź pod kołdrą z nadzieją, że tata nie usłyszy załamującego się głosu. Ojciec jednak usiadł na łóżku i odkrył kołdrę z jego głowy.

– Ty płaczesz, kochanie? – zapytał. – Co się stało?

– Nic – odpowiedział Tomas i wytarł nos rękawem.

– Coś w szkole?

– Nie.

– W klubie? Ktoś cię skrzywdził?

– Nie. – Tomas potrząsnął głową, patrząc na ścianę za tatą. Miał nadzieję, że ojciec przestanie zadawać pytania. Nie powinien pytać, bo na pewno nie chciałby usłyszeć prawdziwej odpowiedzi. Nie byłby zadowolony, gdyby Tomas powiedział mu, że tęskni za mamą i chce być u niej na stałe. Tata włożył rękę pod kołdrę i pogłaskał go po nodze, powiedział, że wszystko będzie w porządku, że jest tylko zmęczony, musi spróbować zasnąć, a jutro wszystkie sprawy się ułożą. Właściwie tata robił wszystko, co powinien robić. Ale chociaż czasem głaskał go tak po nodze, to jakoś nigdy nie udało mu się zrobić tego z prawdziwą czułością.

7

Sonja wróciła do domu, nadkładając drogi, aby zgubić ewentualny ogon, i przed domem zastała samochód Agli. Jakby ta miała jakiś szczególny dar pojawiania się w najmniej odpowiednich chwilach. Agla wysiadła z samochodu, gdy tylko zauważyła Sonję. Spotkały się na schodkach przed wejściem.

– Przyjechałaś pijana?

– Wypiłam drinka po pracy i zatęskniłam za tobą.

– Sądząc po zapachu, były to drinki, liczba mnoga – zauważyła Sonja, wkładając klucz do zamka. Agla weszła za nią do środka, zdjęła płaszcz i rzuciła go na podłogę.

– Chodź. – Przyciągnęła Sonję do siebie i włożyła jej ręce pod ubranie.

– Muszę się ogarnąć po podróży – zaprotestowała Sonja, lecz Agla jej przerwała:

– Przestań pierdolić. Całuj. – Sonja poddała się jej i przez moment zapragnęła uciec od problemu i zostawić walizkę w mieszkaniu. Mogłaby iść z Aglą do łóżka, a porządek z zawartością walizki zrobić jutro. Z pewnością przesadzała trochę z zasadami bezpieczeństwa i pewnie chodziło jej bardziej o to, by zapewnić sobie spokój ducha, niż zmniejszyć prawdopodobieństwo wpadki. Na przykład cykliczne zmiany samochodu. Albo regularne zmiany modus operandi podczas przemytu. Lub nieprzechowywanie niczego u siebie w domu, prysznic i zmiana ubrania po spakowaniu towaru. Obiecała sobie, że zrobi wszystko, aby zmniejszyć ryzyko, i jakaś beztroska chwila zapomnienia z Aglą nie wchodziła w rachubę. I to zdecydowanie.

– Idź do łóżka i zaczekaj na mnie. – Odepchnęła Aglę od siebie. – Wezmę prysznic.

Agla zniknęła w sypialni, a Sonja wzięła klucze i cichutko otworzyła drzwi od mieszkania. Potem bezszelestnie zeszła z walizką Samsonite po wyścielonych wykładziną schodach i wślizgnęła się do piwnicy. Minęła swoją i podeszła pod piwnicę sąsiadów z drugiego piętra, którzy tego roku mieszkali w Hiszpanii. Odnalazła najmniejszy klucz w pęku i otworzyła kłódkę. Potem wsadziła walizkę do wypchanej piwnicy, zamknęła drzwi i zatrzasnęła kłódkę. To był jeden z tych jej drobnych środków ostrożności zmniejszających ryzyko. Gdyby policja naszła ją nocą, nie znajdzie w jej mieszkaniu walizki. W jej piwnicy również nie. Dobrze się stało, że na czas pobytu za granicą małżonkowie z drugiego piętra wynajęli mieszkanie bez piwnicy. Sonja przecięła ich kłódkę i kupiła nową. Tym samym zyskała bezpieczny schowek, do którego nikt nie miał dostępu, no i nie można go było z nią w żaden sposób powiązać.

Cichutko wbiegła po schodach do mieszkania i delikatnie zamknęła drzwi. Rozebrała się szybko w łazience i wskoczyła pod prysznic. Kiedy weszła do łóżka, Agla leżała na boku i cicho pochrapywała. Sonja przytuliła się do jej ciepłych pleców i zamknęła oczy. To było najlepsze na świecie. Leżeć tak blisko przy niej i oddychać wonią jej włosów.

8

Sonja zbudziła się rano, kiedy Agla chciała się niepostrzeżenie wyślizgnąć z łóżka.

– A ty dokąd? – spytała, po czym chwyciła ją za ramię i przyciągnęła do siebie. Nie chciała pozwolić, by uszło jej to na sucho. Zbyt często to robiła. Nawiedzała ją pijana wieczorem, naładowana napięciem erotycznym, a rano wymykała się bez pożegnania. Rozczochrane włosy Agli sterczały na wszystkie strony, więc Sonja chwyciła ją za głowę i zaczęła je prostować. Były szorstkie w dotyku, zupełnie inne niż jej. Zastanawiała się, czy to dlatego, że Agla je rozjaśnia, czy może są takie od zawsze. Agla wprawdzie zaprzeczała, by farbowała włosy, ale nie trzeba się było specjalnie uważnie przyglądać odrostom, aby nabrać pewności, że prawdziwy kolor jej włosów jest zupełnie inny niż ten na głowie. Sonja wolałaby jednak, aby Agla zwierzyła się jej z zupełnie innych spraw, na przykład z uczuć.

Bo mimo skrytości – jakieś uczucia musiała do niej żywić. Inaczej nie przychodziłaby tu ciągle i nie pchała jej się do łóżka, nie przynosiłaby prezentów i nie wydzwaniała po nocach, żeby sprawdzić, co się z nią dzieje. Były też jednak rzeczy świadczące o tym, że Agla nie ma poważnych zamiarów: rozkojarzone spojrzenie z rana, długie dni, kiedy się do niej nie odzywała, szydercze chrząknięcia, gdy Sonja wspominała, że ona być może też jest lesbijką. Sonja miała dość tego układu, który stworzyły, ale dopóki tkwiła w pułapce, nie mogła inaczej ułożyć sobie życia. Tak więc pomimo niechęci musiała przyznać, że odpowiada jej to, iż Agla nie jest gotowa do jakichkolwiek zobowiązań ani nie chce przyznać, że pozostają w związku miłosnym. Cieszyła się, że nie musi się martwić o kogoś więcej niż o swego syna. On sam wystarczył, by tkwiła po uszy w pułapce, po co jeszcze mieszać w to Aglę.

– Poczekaj – rzuciła Agla. Podniosła głowę i wyciągnęła rękę w kierunku story, by zasłonić jedyny promyk światła wkradający się do środka. Nigdy nie chciała wpuścić do sypialni choćby odrobiny światła, wolała się kochać po ciemku. Raz Sonja zapaliła świeczkę na stoliku nocnym i wtedy zauważyła, że Agla boi się patrzyć jej w oczy, więc pogodziła się z ciemnościami. Mrok daje schronienie. Ucieczkę przed wstydem, który dewastował Aglę. Chronił przed lękiem zjadającym ją samą.

9

Bragi cieszył się orzeźwiającą poranną przechadzką. W Dzielnicy Zachodniej było bezwietrznie jak nigdy. Żałował, że Valdis nie może z nim spacerować. Przez ostatnie lata, gdy byli razem, często chadzali na spacery. Nawet po tym, jak zaczęła tracić orientację. Wtedy prowadził ją za rękę i zwracał uwagę na drobiazgi, które zauważał. Piękny mech porastający mur, kota chowającego się pod autem, rudawe liście unoszące się nad chodnikiem w wietrzny jesienny dzień. Dzisiaj może mu się uda odwiedzić ją dwa razy. Jeśli zjawi się u niej dość wcześnie, nikt nie zwróci uwagi, gdy przyjdzie drugi raz po południu. Będzie już po zmianie personelu i nikt nie powie mu z litością w głosie: „Nie musisz przychodzić kilka razy dziennie” albo „Po co tak często przychodzisz?”. Wiedział doskonale, że nie musi, ale chciał. Chciał być albo w pracy, albo u niej. Nienawidził samotności w domu.

Zastał ją przy śniadaniu. Nalał sobie kubek kawy i usiadł obok niej.

– Witaj, kochanie – powiedział.

Spojrzała na niego i wymamrotała:

– Cześć.

To mogłyby być normalne relacje między normalnymi małżonkami. Może trochę oschłe, jak u oschłych ludzi, ale u nich nigdy tak nie było. Nigdy nie witała go bez uśmiechu, bez dodania czegoś na powitanie w stylu: „kochanie”, „serce moje”, „najdroższy”. Tak do niego mówiła przez całe ich wspólne życie.

Bragi zaczął ją karmić kaszką, powoli, po jednej łyżce, a ona patrzyła na niego. W jej wzroku była jakaś wdzięczność, a on miał nadzieję, że żona odnajdzie w najgłębszych zakamarkach swej duszy jakieś ciepłe uczucia do niego. Liczył na to, że ona w jakiś sposób czuje jego miłość, chociaż już dawno przestała go rozpoznawać. Skończyła kaszkę, ale Bragi wiedział, że nie ma co pytać, czy chce dokładkę, bo już od długiego czasu nie odczuwała głodu, tak samo jak przejedzenia, i jadła tylko tyle, ile jej podano, niezależnie od tego, czy było to mało, czy dużo. Delikatnie wytarł jej usta i zdjął śliniak, który niezaprzeczalnie go drażnił. Co prawda miał świadomość, że ten na poły dziecięcy śliniaczek z uśmiechniętymi słoniątkami chroni jej ubranie przed zabrudzeniem, ale uważał, że istnieją lepsze sposoby niż wiązanie dorosłym śliniaka pod szyją. Wiele rzeczy w tej instytucji go denerwowało, a kiedy zauważył siniaki na jej ciele, to się jeszcze pogłębiło. Nie mógł jednak pozwolić sobie na to, by okazać swą wściekłość. Mógł jedynie ujawniać wdzięczność – za to, że ona jest w bezpiecznym miejscu, ma tu opiekę i zapewnione podstawowe potrzeby. Fundusz zdrowia nie zaprzątał sobie głowy jego tęsknotami.

– A teraz pójdziemy na spacer – powiedział i pomógł jej wstać. Pozwoliła mu się prowadzić. Nie zmieniła wyrazu twarzy, nie zdradziła ani ochoty, ani obawy. Teraz łatwo było się nią zajmować. Pod wieloma względami poczuł nawet ulgę, kiedy całkiem zatopiła się we własnym świecie, przestała krzyczeć, gdy kończył wizytę, nie denerwowała się już swoją chorobą, nie wściekała na własną niemoc. Nawet za cenę tego, że przestała go rozpoznawać. Zjechali windą do parku. Otulił ją swoją marynarką i zrobili kilka okrążeń. Bał się ją zabierać poza park. Trasa nie miała znaczenia, nigdy nie wiedział, kiedy ona zasłabnie ze zmęczenia. Tak więc chodzili tylko w koło po parku. W czasie, gdy on stawiał jeden krok, ona robiła trzy, ale podczas tych wizyt u niej wyzbywał się poczucia samotności, choć żadne z nich się nie odzywało do drugiego. Nie musieli nic mówić – wszystko między nimi zostało już powiedziane i jedyne, co jeszcze miało jakiekolwiek znaczenie, to ten dotyk, jej ciepła dłoń na jego ramieniu. Tylko to im zostało. Jedyne, czego nie mieli dosyć.

10

Agla pospiesznie przeszukiwała zawartość swojej torebki w poszukiwaniu czegoś, co pomogłoby ukryć rumieniec. Nie czuła się komfortowo. Sama myśl o tym, co się wydarzyło przed chwilą w łóżku, wywoływała pąs na jej twarzy, a ciężkie bicie serca było skutkiem tego samego poczucia winy, które prześladowało ją w dzieciństwie. Wprawdzie potem z niego wyrosła, lecz po poznaniu Sonji znów zagnieździło się w jej życiu, niczym niechciany gość. Z początku nie odczuwała wstydu, a na samą myśl o Sonji czuła narastające napięcie, które miało swoje źródło w łonie i później, gdy już się spotkały, rozchodziło się po całym ciele. Płomień podniecenia rozpalał je obie, te pocałunki zdające się nie mieć końca, ten dotyk żyjący w ciele jeszcze długo po rozstaniu. Ale kiedy mąż Sonji, Adam, wszedł z Tomasem do sypialni i nakrył je w łóżku, rzeczywistość rozlała się na Aglę niczym gnojówka z wiadra i od tamtej pory wciąż czuła się brudna. Tamten moment zatruł cały ich związek. Zdziwienie dziecka, przerażenie na twarzy męża, zagubienie w oczach Sonji, kiedy chwilę po orgazmie uświadomiła sobie, że jej życie już nigdy nie będzie takie same.

– Chcesz tosta? – zawołała Sonja z kuchni.

Agla chrząknęła i odpowiedziała:

– Nie, dziękuję.

– A kawy? Napijesz się kawy?

– Nie, może później.

– Chodź i napij się kawy. Nic nas nie goni. Wiem, że masz dość czasu.

Zakłopotana Agla podreptała do kuchni. Jej spojrzenie na ułamek sekundy spotkało się ze wzrokiem Sonji. Jednocześnie serce zabiło mocniej, jak zwykle, kiedy patrzyły sobie w oczy. Mocniejszemu biciu serca towarzyszyło kłucie w brzuchu – piekący wyrzut sumienia, przytłaczający wszystko wstyd. Dziwne, że Sonja potrafi się tak normalnie zachowywać. Chwilę po miłosnych uniesieniach ze wzdychającą Aglą w mokrej pościeli wpieprzała grzankę i czytała gazetę, jakby to w tej chwili było najważniejsze w życiu.

– Straszny palant – powiedziała, stukając palcem w duże zdjęcie Huniego Thora Gunnarsona, młodego człowieka robiącego karierę na plecach swego ojca, wieloletniego parlamentarzysty.

– Tak? – rzuciła Agla roztargniona, wciąż z rozpaloną twarzą.

– Tak. On i Adam, mój były, się przyjaźnią. Tak że wiem, co to za typ.

Jeśli coś mogło jeszcze bardziej popsuć Agli nastrój, to rozmowa o Adamie. I do tego wyjątkowo drażniło ją, gdy Sonja użyła określenia „mój były”, jakby Agla nie wiedziała, o kogo chodzi. Znała Adama dobrze. Jeszcze na długo, zanim nakrył je w łóżku. Pracowała z nim przez kilka lat w banku, a teraz, po kryzysie, dzielili los podejrzanych w śledztwie prowadzonym przez prokuratora nadzwyczajnego.

11

On zawsze wybierał miejsce, Sonja – czas. Ledwie zdążyła włączyć telefon na kartę, kiedy zadzwonił i zaproponował konkretną przesiekę w Heidmörk. Już wcześniej korzystali z tej lokalizacji, więc szybko skojarzyła panujące tam warunki.

– O drugiej – powiedziała. To dawało jej cztery godziny na rozcieńczenie towaru i znalezienie dobrego miejsca na walizkę w zaroślach wokół przesieki.

– To nara, gołąbeczko – odpowiedział przymilnie, a sam tembr jego głosu wystarczył, by poczuła ciarki na plecach. Wolałaby wolny dzień, ale miała świadomość, że się nie odpręży, dopóki nie uwolni się od walizki. Po doręczeniu towaru zawsze odczuwała ulgę. Dopóki przesyłka nie znalazła się we właściwych rękach, nie umiała znaleźć spokoju.

Włożyła dżinsy i koszulkę, włosy związała w kok. Nie chciało jej się czesać, wieczorem zasnęła z mokrymi włosami, rano temperament Agli też zrobił swoje. Na wspomnienie kochanki uśmiechnęła się do siebie i solennie obiecała sobie zmusić Aglę, by częściej nocowała u niej na trzeźwo. Wówczas jest w tym jakoś więcej powagi. Tak jak wtedy, kiedy zaczynały romans. Zanim wszystko się zmieniło.

Wyszła na klatkę schodową i natknęła się na sąsiadkę. Kobieta stała przed jej drzwiami w szlafroku.

– Znów muszę cię poprosić o przysługę – powiedziała przepraszająco, jak zwykle, kiedy chodziło jej o komputer.

– Podejrzewam, że chodzi o kompa? – Sonja uśmiechnęła się grzecznie, mając nadzieję, że tym razem wyjaśnienia nie będą specjalnie długie.

– Jest jakiś taki skonfuzjowany.

– Skonfuzjowany? – Sonja nigdy nie słyszała tego słowa i nie bardzo potrafiła wyobrazić sobie, w jaki sposób mogło opisywać stan urządzenia.

– Tak. Nieważne, co nacisnę, nic się nie dzieje, i nie mogę go nawet wyłączyć.

– Przynieś go do mnie. – Sonja wiedziała z doświadczenia, że nie ma sensu objaśniać kobiecie, iż ona nie zajmuje się naprawą komputerów. Mniej czasu zajmie, jeśli weźmie sprzęt, pogrzebie w nim, a potem go odda. Zazwyczaj wystarczy go zresetować. Wciąż nie udało jej się dowiedzieć, jak sąsiadka wpadła na stronę internetową fikcyjnej firmy. Sonja nie rejestrowała jej w żadnych wyszukiwarkach, a to właśnie strona internetowa przekonała sąsiadkę, że komputery nie mają przed Sonją żadnych tajemnic.

– Jesteś aniołem! – krzyknęła kobieta, pojawiając się ponownie na klatce, tym razem z komputerem. – Gdyby tylko wszyscy w tej branży byli równie uprzejmi, co ty.

Sonja wycofała się do mieszkania i zamknęła za sobą drzwi, ignorując fakt, że sąsiadka podąża w ślad za nią w nadziei, że zostanie wpuszczona. W normalnych okolicznościach fajnie byłoby mieć rozmowną sąsiadkę, wpadającą na kawę, i swego czasu Sonja wyobrażała sobie siebie jako przyjaźnie nastawioną do świata osobę zapraszającą sąsiadów do swojego mieszkania. Ale nie teraz. Teraz towar musi się dostać do właściciela, a to wymaga przygotowań.

12

Drzwi windy się otworzyły i Agla minęła recepcję, weszła do swojego biura i zamknęła za sobą drzwi. Miała potwornego kaca. Sonja ma rację, twierdząc, że wlewa w siebie wódę bez umiaru. Ale tak trudno jej zasnąć bez drinka. Od upadku systemu bankowego czuła się jak zawieszona w próżni. Jakby oczekiwała na decyzję, nie mając pojęcia na jaką. Zachowała stanowisko, zmieniła pracodawcę na nowy bank, powstały na gruzach starego, ale właściwie nie miała nic do roboty. Nie cieszyła się niczyim zaufaniem, po prostu obsługiwała linie kredytowe dla małych firm, jak na taśmie produkcyjnej. Żadnych nowych zadań. Żadnych wyzwań. Niczego, co by odpowiadało jej ambicjom. Niczego, co choć na chwilę wzbudziłoby w niej cień zainteresowania. Wszyscy czekali na wnioski prokuratora nadzwyczajnego. Ale jakiś wewnętrzny upór kazał jej każdego dnia stawiać się w pracy. Wolała codziennie przychodzić do banku i wystawiać się na pełne podejrzliwości spojrzenia kolegów, niż po prostu złożyć wymówienie.

Powiesiła swój płaszcz. Zauważyła, że jest wymięty, i zastanawiała się, czy pracownicy recepcji zauważyli, że ma na sobie te same ciuchy, co wczoraj. Usiadła przy biurku, włączyła komputer i przejrzała pocztę. Wyrzuciła do kosza komunikaty wewnątrzbankowe, spam i reklamy i zostały jej trzy maile. Tak mało, że nie chciało jej się ich czytać. Przed kryzysem była w ciągłym wyścigu z mailami, a w ostatnich latach miała nawet asystentkę, żeby nadążyć z robotą. Otworzyła szufladę biurka i wyciągnęła butelkę Jägermeistra, odkręciła i golnęła z szyjki. Gorzki płyn przyjemnie rozgrzewał ją od środka. Przez chwilę delektowała się ciepłem, po czym wyszła z pokoju, gotowa stawić czoło spojrzeniom współpracowników.

W toalecie uszminkowała usta, ale jej wygląd niewiele się poprawił. Trzeba przyznać, że nie wygląda najefektowniej. Zapłaciła haracz za ostatnie lata. Nadużywanie trunków jej nie służyło, lecz w zasadzie wszystko wołało o ukojenie nerwów: nieznośna atmosfera w banku, strach przed wnioskami ze śledztwa prokuratora nadzwyczajnego i wreszcie Sonja. Sonja, która przyprawiała ją o utratę zmysłów.

Kiedy wyszła na korytarz, zauważyła przy kawiarce Gummiego i Palliego z komisji likwidacyjnej. Byli bardzo podobni do siebie i minął niemal rok, nim nauczyła się ich odróżniać, choć wciąż trudno było jej uwierzyć, że nie są spokrewnieni. A na domiar złego ubierali się identycznie. Teraz na przykład obaj mieli na sobie cieniutkie pastelowe sweterki z wełny, a pod nimi rozpięte pod szyją koszule. To był jeden z tych nic nieznaczących drobiazgów, które zmieniły się po kryzysie. Wcześniej wszyscy faceci chodzili w krawatach, a teraz każdy był rozpięty pod szyją. Gummi podstawił papierowy kubek i nacisnął „latte”. Kawa rozpuszczalna z mlekiem w proszku, rozmieszane w ciepłej wodzie – latte z maszyny kompletnie nie nadawało się do picia. Kolejny przykład na upadek jakości życia w banku. Przed kryzysem najwyższe piętro miało swojego barmana, który ozdabiał piankę małymi serduszkami i listkami.

– Słyszałaś już o Johannie? – spytał Palli i nie czekając na odpowiedź, podał jej darmową gazetę „Wiadomości”. Z pierwszej strony zaatakowała ją uśmiechnięta twarz byłego dyrektora dawnego banku, a pod nią podpis: „Johann Johannsson ma obecnie status podejrzanego w śledztwie prokuratora nadzwyczajnego”.

Pętla się zaciskała. I to niebezpiecznie.

13

Sonja odłożyła paczkę na stół w kuchni i otworzyła ją ostrożnie. Towar był zawinięty w trzy warstwy grubej folii – zewnętrzna dobrze przymocowana taśmą klejącą, obie wewnętrzne zamknięte próżniowo. Nożem kuchennym przecięła kolejne warstwy i spokojnie przesypała zawartość łyżeczką do pojemnika Tupperware. Starannie wyskrobała resztki, a gdy skończyła, wzięła suchy pędzelek i wyczyściła dokładnie folię od wewnątrz, żeby nie stracić ani drobinki. Potem postawiła pojemnik na wadze kuchennej, która wskazała dokładnie tysiąc sto dwadzieścia gramów. Wiedziała, że pojemnik waży sto osiemdziesiąt gramów, więc odjęła to od wyniku. Miała niecały kilogram. Mogła zatem spokojnie uszczknąć z tego jakieś pięćdziesiąt gramów. Przełożyła je łyżeczką do małej plastikowej torebki i włożyła do lodówki, gdzie towar miał leżeć, aż zaniesie go do skrytki bankowej. Potem dosypywała do pojemnika sody oczyszczonej, dopóki skala na wadze nie wskazała kilograma. Porządnie wymieszała całość. Starała się nie wykonywać energicznych ruchów, żeby cząsteczki proszku nie wzbiły się w powietrze, co skończyłoby się kichaniem i odlotem. Dziwne, ale przemyt kokainy zabił w niej wszelkie zainteresowanie byciem na haju. Niekiedy zdarzało jej się, że wypiła kieliszek białego wina z Aglą, ale bardzo rzadko. A nie wciągała już ponad rok. Wpadłszy w pułapkę, uznała, że musi zachować pełną kontrolę nad swoim zachowaniem i trzeźwy ogląd sytuacji. Przy tych ilościach kokainy, które przechodziły przez jej ręce, nie powinna ulegać pokusom, a poczucie nieomylności towarzyszące odurzeniu kokainą mogło się okazać słabym doradcą podczas przemytniczych pętli. Niejeden się na tym spalił. Sonja zamknęła pojemnik, zakleiła go szeroką taśmą i włożyła do srebrnej walizki, którą wypełniła gazetkami i ulotkami nagromadzonymi w skrzynce pocztowej w czasie jej nieobecności.

W Heidmörk zjawiła się tuż po dwunastej. Trochę później, niż chciała, ale rozejrzała się wokół i nie zauważyła żadnych ludzi. Zaparkowała przy drodze jakiś kilometr od umówionego miejsca i szybkim krokiem ruszyła w stronę przesieki. Zbliżywszy się nieco, skręciła w wąską ścieżkę prowadzącą w zarośla i biegnącą równolegle do drogi i szła, dopóki nie znalazła się dokładnie naprzeciwko przesieki. Ukryła walizkę w krzakach, sięgnęła do kieszeni po czerwoną wstążkę i zawiązała niedużą kokardkę na krzaku, pod którym umieściła towar. Potem ruszyła w stronę przesieki, odliczając duże kroki. W przesiece znalazła się po trzydziestu dwóch krokach. Szybko wróciła na drogę, wsiadła do samochodu i wjechała do przesieki. Zaczęło się czekanie.

Czekanie zawsze było najgorsze. Nigdy jednak nie zaryzykowała przyjazdu tuż przed umówionym spotkaniem. Wcześniejsze przybycie i ukrycie towaru dawało jej poczucie bezpieczeństwa. Wydawało jej się, że postępując w ten sposób, panuje nad sytuacją. Czekanie przychodziło jej jednak z trudnością. Mimo że w ciągu ostatniego roku robiła to tak często, że straciła rachubę, nigdy nie udało jej się z tym oswoić. Szczególne problemy miała z Rikhardem. Kilka razy zaproponowała Thorgeirowi, że może wręczałaby towar komuś innemu albo porzucała go w jakimś trudno dostępnym miejscu, ale to nie było brane pod uwagę. Z jakichś powodów chcieli, aby za każdym razem spotykała Rikharda. Zastanawiała się, czy to czasem nie po to, by stale przypominać jej, w jakiej się znalazła sytuacji. Przypominać, jaka jest bezsilna. Bo Rikhard za każdym razem starał się ją upokorzyć i nastraszyć. Po ich pierwszym spotkaniu zwymiotowała z przerażenia, ale teraz zagryzała wargę i bezgłośnie znosiła poniżenia. Nie miała zamiaru dać po sobie poznać, że się go boi, takiej władzy nigdy nad nią nie zdobędzie.

Za