Pułapka - Jolanta Maria Kaleta - ebook
Opis


Pułapka” Jolanty Marii Kalety to powieść przygodowa z elementami grozy. Choć akcja toczy się w 2011 roku, to dotyczy tajemnicy skarbowej z czasów II wojny światowej, mitycznej „szczeliny jeleniogórskiej”, w której ponoć pod koniec wojny Niemcy ukryli złoto, biżuterię, brylanty i dzieła sztuki.

Bracia Maks i Patryk Czarnowscy wraz ze swoimi żonami, Edytą i Dorotą, od lat zajmują się po amatorsku poszukiwaniem zaginionych poniemieckich schowków, w skrytości ducha marząc o wzbogaceniu się. Kiedy udaje im się wpaść na nowy trop wiodący do mitycznej „szczeliny jeleniogórskiej”, ruszają na poszukiwania. Ale na ten sam ślad trafia także Justus Schwarz z RFN, który razem ze swoim polskim wspólnikiem, Marianem Boryczko, przyjeżdża w Góry Izerskie. Sprawą szczeliny jeleniogórskiej” zainteresowany jest również Jacek Sulima, dziennikarz miesięcznika zajmującego się wyjaśnianiem tajemnic z czasów II wojny światowej. Choć sprawa ta wydaje się być całkiem już zapomniana, nowe informacje wiodą Sulimę w Góry Izerskie.

Mróz i śnieg oraz tajemniczy mieszkańcy Izerów znacznie utrudnią bohaterom dotarcie do prawdy, a niektórzy słono za nią zapłacą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 644

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jolanta Maria Kaleta
Wydawnictwo Psychoskok Konin 2017

Jolanta Maria Kaleta „Pułapka”

Copyright © by Jolanta Maria Kaleta, 2017

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie

 może być reprodukowana, powielana i udostępniana w 

jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Jacek Antoniewski

Projekt okładki: Marta Kamińska

Korekta:Bożena i Janusz Sigismundowie

Ilustracja na okładce: Jolanta Maria Kaleta

ISBN:978-83-8119-087-9

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]

Część pierwsza

Gra wstępna

W niewoli

Przykry zgrzyt klucza w zamku nieprzyjemnym dźwiękiem wdarł się do wrażliwych uszu leżącego na betonowej posadzce stworzenia. Uniosło minimalnie jedną powiekę. Na tyle dużo, aby dostrzec, co się działo wokoło, a jednocześnie na tyle mało, aby sprawiać wrażenie już nieżywego. Miało w tym swój cel. W tej samej chwili nieprzyjemna myśl wdarła się do jego świadomości: „Jeść, jeść, jeść. Chce mi się jeść!”. Stworzenie usiłowało sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jadło cokolwiek, ale nic konkretnego nie przychodziło mu do głowy. Chyba od ostatniego posiłku minęło sporo czasu. Nigdy wcześniej tak długo nie głodowało. Ale teraz nie był to odpowiedni czas, aby myśleć o jedzeniu. Miało inne, ważniejsze sprawy do załatwienia niż żarcie. Kiedy się stąd wydostanie, wówczas się naje do syta.

Stare zardzewiałe zawiasy, niepamiętające, aby kiedykolwiek gospodarz posmarował je towotem czy czymś w tym rodzaju, zapiszczały skrzekliwie, jakby ostrzegały przed zbliżającym się niebezpieczeństwem, i drzwi się otworzyły. Ktoś wszedł do środka. To był on. Stworzenie poznało go od razu, na pierwszy rzut oka, zanim cały wsunął się do pomieszczenia. Niewysoki mężczyzna o szerokich ramionach, zawsze ubrany w tę samą flanelową koszulę w kratę, noszącą ślady po trudnych do odgadnięcia substancjach i chyba jeszcze starsze portki, wpuszczone w cholewki wysokich, czarnych gumiaków. Roztaczał wokół siebie smród wypalanych w dużych ilościach, tanich papierosów i woń alkoholu, którego sobie nie żałował, a odór jego potu dominował w powietrzu jeszcze długo po tym, jak opuścił pomieszczenie. Kiedy zobaczyło go pierwszy raz, jakiś czas temu, od razu się domyśliło, że nic dobrego z tej znajomości nie wyniknie.

– O kurwa… Jakie fajne stworzenie – powiedział wówczas do tego drugiego i wyszczerzył w sztucznym uśmiechu zażółcone nikotyną zęby. – Może znajdzie się na nie amator i parę groszy wpadnie.

I gdzieś obydwaj poszli, zostawiając je same, zamknięte w ciasnej klatce stojącej w jakimś pomieszczeniu bez dostępu dziennego światła i bez żadnych szans na ucieczkę. Kiedy wrócił, już sam, pokazał swoją prawdziwą twarz, na której nie pozostał nawet ślad uśmiechu. Chytrze zacierał kościste dłonie, o zgrubiałych paluchach z grubą kreską brudu za paznokciami, zapewne w myślach przeliczając zarobek. Jeszcze coś gadał, w zasadzie sam do siebie, choć zerkał na stworzenie raz po raz, jakby oczekiwał komentarza czy odpowiedzi. W końcu, widząc, że ono nie reaguje na jego zaczepki, machnął zrezygnowany ręką i wstawił klatkę do powiększonego o złożoną tylną kanapę bagażnika samochodu. Zatrzasnął drzwi i usiadł za kierownicą. Zanim auto ruszyło, mężczyzna w gumiakach jeszcze raz się odwrócił, obrzucił wzrokiem stworzenie i oznajmił głupkowato: „mam nadzieję, że nie nabrudzisz”, choć koc i tak już był poplamiony, że bardziej się go pobrudzić nie dało. Śmierdział na kilometr zwierzęcymi odchodami.

Mężczyzna uruchomił silnik i z piskiem opon, podskakując na wybojach, stary, rozklekotany gruchot, który on nazywał samochodem, ruszył do przodu. Smród oleju napędowego, wydobywający się ze wszystkich szpar, drażnił nozdrza leżącego w klatce stworzenia, przerażonego tym, co go spotkało.

Tak było jakiś czas temu. Teraz ten mężczyzna stał w rozkroku i trzymał w ręce kij, którym już tyle razy zadał temu stworzeniu ból. Wciąż nosiło na grzbiecie niezagojone rany. Im więcej ran, tym większą czuło nienawiść. Już pierwszego dnia zrozumiało, że mężczyzna w gumiakach był jego wrogiem i tylko dla jednego z nich było miejsce na świecie. Albo ono, albo on. Do człowieka ta prawda dotarła dopiero po wielu tygodniach, a może miesiącach, kiedy nie zdołał stworzenia nikomu sprzedać, bo okazało się, że zamiast zachwytu, budziło lęk, a nawet przerażenie. Mężczyzna też w końcu zaczął się bać, kiedy się zorientował, że ani kij, ani bat nie robiły już na stworzeniu żadnego wrażenia. Nauczyło się ich unikać, a było szybkie i zwinne. I wówczas zamknął je na klucz w ciasnym pomieszczeniu i przestał dawać jeść.

A przecież wystarczyło zwrócić mu wolność.

„Chcesz mnie wziąć głodem – pomyślało. – Niedoczekanie twoje. Ty mnie jeszcze nie znasz…”.

Od tego dnia każdą chwilę poświęcało na sen. Podczas snu zmniejsza się metabolizm i nie odczuwa się głodu. Tak podpowiadał mu instynkt odziedziczony po przodkach. Udawało słabą, bez sił istotę, która dobiegała swych dni. Wiedziało, że ten człowiek nie jest tak bystry, za jakiego się uważał i wcześniej czy później popełni błąd. Natomiast ono z każdym dniem bogaciło się w odwieczną mądrość zakodowaną w genetycznej pamięci. Już wczoraj niewiele brakowało, już mężczyzna dał się nabrać, że ono leży martwe. I wówczas w jego kieszeni zadzwonił telefon. Błyskawicznie wyszedł i zatrzasnął za sobą drzwi.

Teraz stał w klatce na szeroko rozstawionych nogach i trącał stworzenie kijem. Musiał dopiero co spożyć obiad, bo zalatywał tłustym rosołem tak intensywnie, że poczuło napływającą na język ślinę. Niewiele brakowało, a głośno by ją przełknęło. Pozwoliło gęstej kropli leniwie spłynąć po wargach, wprost na posadzkę. Jakby już było trupem.

Mężczyzna w gumiakach nie zauważył minimalnie podniesionej jednej powieki stworzenia, a może pomyślał, że stężała pośmiertnie. Dla pewności leżące bez ruchu ciało trącił parę razy kijem i rechotał zadowolony, że wreszcie pozbył się kłopotu. Stworzenie leżało nieruchomo, udając martwe. I mężczyzna wówczas popełnił błąd. Odwrócił się i leniwie ruszył w stronę drzwi, aby sięgnąć po duży foliowy worek na odpady, w który chciał zwłoki zapakować i wrzucić do stawu. Na ten moment stworzenie czekało od wielu dni.

Mapa

–           Wyłącz ten cholerny telewizor! – głos wrzeszczącego z kuchni męża dotarł do Edyty nieprzyjemnym dla ucha zgrzytem. Natychmiast przyszła jej na myśl stara, zdezelowana wiertarka jej świętej pamięci ojca. Nie było dnia, aby jej nie używał, stale coś w mieszkaniu naprawiając, poprawiając czy ulepszając, a końca remontu nie było widać. – Żebyś chociaż jeszcze coś interesującego oglądała… – gderał na głos. – A ty nic, tylko TVN24 albo seriale oderwane od rzeczywistości. Życie przesiedzisz na kanapie. Zupełnie jak twoja matka… – dodał po chwili z przyganą, zapominając, że to właśnie dzięki teściowej mieszkali sobie wygodnie, nie płacąc żadnych kredytów.

Kiedy cztery lata temu zmarł tragicznie ojciec Edyty, jej matka odstąpiła im swoje trzypokojowe mieszkanie mieszczące się na drugim piętrze w poniemieckiej kamienicy przy ulicy Piastowskiej, a sama przeniosła się do Krakowa, do swojej samotnie mieszkającej siostry, także już wdowy. Z uwagi na turkoczące całymi dniami tuż pod oknami tramwaje i duży ruch samochodowy w tym rejonie Wrocławia, do komfortowych się nie zaliczało, ale darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Jednak od jakiegoś czasu w głowie Maksa zakiełkowała paskudna myśl, że gdyby się ożenił z przyjaciółką Edyty, Beatą, to po jej rodzicach, lekarzach, odziedziczyliby willę na Krzykach. Ale Beata nie była nawet w połowie tak ładna jak Edyta, a jeszcze kilka lat temu dla Maksa większą wartość miała uroda kobiety niż pieniądze. Dziś na te sprawy patrzył nieco inaczej. Za pieniądze można było mieć każdą ładną kobietę. A za ładną kobietę nawet samochodu się nie kupi, przynajmniej w Polsce.

Uśmiechnął się pod nosem ze swego dowcipu i zaparzywszy herbatę, postawił dzbanek na kuchennym stole. Z finezyjnie wygiętego dziubka wyciekła kapka brązowego naparu, plamiąc nieskazitelnie biały obrus. Maks przyjął to ze stoickim spokojem. Miał ważniejsze sprawy na głowie niż poplamiony obrus, zatkany zlew czy śmieci wysypujące się z kubełka. W końcu prowadzenie domu to zajęcie dla kobiet. On się na tym nie znał. Należał do tych mężczyzn, którzy nawet wodę na herbatę potrafili przypalić, jak niby żartem chwalił się w towarzystwie. Wciąż żył w przeświadczeniu, że zajęcia dzielą się na kobiece i męskie. Za taki stan rzeczy odpowiedzialność ponosiła matka Maksa, która rozpieszczała go ponad miarę. Kiedy przed wielu laty jej mąż wdał się w romans z koleżanką z pracy i odszedł od rodziny, całą miłość, którą czuła do niego, przelała na synów, a zwłaszcza na pierworodnego Maksa. Cieszył się niekwestionowaną pozycją książątka, któremu usługiwała zarówno matka, jak i młodszy brat, Patryk. Dziecięce, a z czasem młodzieńcze wybryki zawsze uchodziły mu płazem i nie obarczano go obowiązkami, choć miał większą smykałkę do wszystkiego niż brat. Nie pozbawiony osobistego uroku, bystry i wesoły, nawet w szkole potrafił zaskarbić sobie sympatię nauczycieli. Wyrósł w przeświadczeniu, że wszystko mu się od życia należało, tylko dlatego, że był.

–           Myślałby kto, że ty oglądasz kino offowe albo chadzasz na koncerty do filharmonii! – Edyta odgryzła się błyskawicznie. – Wieki całe nie byliśmy w teatrze. Twoje spotkania biznesowe także trudno uznać za intelektualną rozrywkę, biorąc pod uwagę, że ty i Patryk handlujecie gaciami. I to z kim!

Z Ruskimi! – prychnęła z pogardą, bo tak zawsze o swoim kontrahencie wyrażał się Maks. – A ta cała eksploracja poniemieckich skrytek, być może już dawno opróżnionych, te całe wykopki, są jeszcze głupsze od moich seriali! Indiana Jones od siedmiu boleści! – dorzuciła po chwili z kpiną, choć sama te ekstremalne wyprawy kiedyś uwielbiała.

Wciąż pamiętała ten dreszcz emocji, kiedy z wykrywaczem metalu pierwszy raz odnalazła starą monetę, to przyspieszone bicie serca, kiedy zanurzali się w mrok piwnic jakiegoś zrujnowanego pałacu. Nic nie mogło się równać z emocjami, które towarzyszyły badaniu jakiegoś miejsca georadarem, choć na odczytaniu jego wyników Edyta się nie znała. Ostatnio jednak jej oczekiwania i oczekiwania Maksa mocno się rozeszły. Jej zależało na przygodzie, a Maks dążył do zdobycia bogactwa, i to ich poróżniło. Częściej niż detektor, brała do ręki aparat fotograficzny i z każdej wyprawy wracała z kolekcją fantastycznych zdjęć, które zamieszczała w sieci. Problem zaczął się rok temu, od artykułu, który Maks przeczytał w Internecie na temat szczeliny jeleniogórskiej. Jak wynikało z treści, na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych jacyś młodzi ludzie przez przypadek odkryli komorę pełną bajecznych skarbów, ukrytych przez Niemców pod koniec wojny. W zasadzie wszystko na temat tego schowka było wiadome, i to nawet szerokiemu gronu osób mniej lub bardziej związanych z eksploracją. Że znajdują się w nim skrzynie wypełnione złotem, biżuterią i dziełami sztuki, które nadal stoją na pakach ciężarówek, a pod ścianami leżą trupy esesmanów, że do komory prowadzi wąski szyb, że próbowano się dogadać z władzami, aby wydobycie fantów mogło się odbyć legalnie, że służby specjalne badały całą sprawę, że ktoś za wiedzę o tym schowku przypłacił życiem, a innych próbowano zastraszyć. Jednej rzeczy wszak nikt nie wiedział. A mianowicie, gdzie się owa szczelina znajdowała. Ponieważ wskazywano tereny w pobliżu Jeleniej Góry, z czasem otrzymała nazwę jeleniogórskiej. I to za jej sprawą eksploracja przestała być dla Maksa ciekawym hobby, sposobem na spędzanie wolnego czasu, a stała się życiowym celem. Jakby go oślepił blask ukrytego w szczelinie złota, choć go na oczy nie widział. Ludzi oceniał nie za to, jacy byli, lecz po tym, co posiadali. Rodzice Edyty do zamożnych się nie zaliczali, więc Maks nie darzył ich szacunkiem. Ostatnio nabrała przeświadczenia, że i ją dlatego traktował lekceważąco, bo pensja nauczycielki należała do jednej z najniższych w kraju.

Wyłączyła telewizor i z wściekłością cisnęła Bogu ducha winnego pilota na blat stolika, aż wysypały się baterie. Twardo stukając po posadzce, potoczyły się gdzieś pod kanapę.

–           Mam to gdzieś. Niech leżą – mruknęła pod nosem, nie mając zamiaru ich podnosić.

Odwracając głowę w stronę kuchni, oznajmiła głośno, jakby chciała wytłumaczyć swoje zainteresowanie telewizją:

–           Na Discovery mówili o jakimś dziwnym zwierzęciu, a w zasadzie bestii, która początkowo grasowała po Ameryce, a ponoć ostatnio pojawiła się w Europie.

Jak zwykle w takich okolicznościach, poczuła niesmak, że wciąż się tłumaczy ze swojego zachowania. Choć tyle razy sobie obiecywała, że nie będzie mężowi ustępować na każdym kroku, zdała sobie sprawę, że nadal nie potrafiła postawić na swoim i w pyskówkach z Maksem zawsze jego było na wierzchu. A on od jakiegoś czasu o wszystko miał pretensje. Cokolwiek by zrobiła, zawsze było źle, choć z domem radziła sobie tak dobrze, że mogłaby startować w konkursie na „perfekcyjną panią domu”. Ostatnio wybuchła awantura, kiedy znalazła w szpargałach Maksa dwie działki jakiegoś narkotyku, nawet nie wiedziała jakiego, ale był to biały proszek w foliowym woreczku. Tyle razy pokazywali takie w telewizji, więc nie miała wątpliwości, że to jakaś heroina czy kokaina. Znalazła też pudełeczko z suszem. Marihuana, domyśliła się natychmiast. Zanim się wyjaśniło, że to Patryk miał problemy i Maks skonfiskował mu towar, powiedzieli sobie zbyt wiele gorzkich słów. Wtedy Edyta po raz pierwszy pomyślała o rozwodzie. Ciężkie, naładowane emocjami milczenie, które zapanowało między nimi, trwało kilka dni. W tym czasie Edyta wyobraziła sobie, jak zareaguje jej matka, te jej argumenty w rodzaju „w naszej rodzinie nigdy”, „ojciec w grobie się przewróci”, „zostaniesz sama na starość jak ten palec…”. I oczywiście zaraz zacznie płakać, a tego Edyta nie mogła znieść. Zawsze wówczas matce ustępowała. Odłożyła więc decyzję na później, licząc naiwnie, że może mąż się zmieni, kiedy szczelina straci swój zwodniczy, złoty blask, że może zmieni się cokolwiek. I Maks się zmieniał, tyle że na gorsze. Były w jej małżeństwie takie momenty, kiedy czuła się jak wycieraczka albo chłopiec do bicia. Nic dobrego na przyszłość to nie wróżyło. Jednak z czasem coś w Edycie pękło, jakby się uodporniła, i przestała reagować płaczem na te jego złośliwości i kąśliwe uwagi.

–           No to dlaczego wyłączyłaś? – surowy, pełen pretensji głos męża wyrwał Edytę z zamyślenia. – Ktoś je widział, upolował czy co? I dlaczego „bestia”? – dopytywał się ciekawie.

Zerwała się z kanapy i pomaszerowała do kuchni, stukając twardymi podeszwami chodaków o terakotową posadzkę długiego jak kiszka i ciemnego przedpokoju. Maks miał zwyczaj prowadzić rozmowę na odległość, wykrzykując z jednego pokoju do drugiego albo z kuchni do salonu. Edyta tego nie znosiła. „Jeszcze trochę i zacznie używać sygnałów dymnych albo tam-tamu, albo przytaszczy do domu megafon” – pomyślała ironicznie, wciskając zwinięte w pięści dłonie do kieszeni obszernej bluzy z polaru.

–           Relacje są sprzeczne – odparła, rzucając wściekłe spojrzenie na poplamiony obrus; dopiero co położyła czysty. – Nikomu nie udało się zwierzaka upolować i nikt go z bliska nie widział. Z daleka dla jednych był to olbrzymi pies, dla innych lampart, albo coś w tym rodzaju, a jeszcze inni twierdzili, że ma łuskę na grzbiecie i skrzydła. Ponoć nie zjada upolowanego zwierzęcia, tylko wysysa z niego krew. Ktoś podsunął myśl, że to czupakabra.

–           Czupakabra? – Maks, pociągając nosem, podniósł na żonę zdumiony wzrok.

–           U nas nazywają ją kozodój – wytłumaczyła pospiesznie. – Od lat w Ameryce Południowej krążą o tym stworzeniu niesamowite opowieści. Więcej w tym bajek niż prawdy. Nie wiem dokładnie, bo wyłączyłam telewizor – dodała na koniec swego wywodu, wzruszając ramionami. Od jakiegoś czasu miała wrażenie, że poziom programów prezentowanych w telewizji znacznie się obniżył, jakby ich twórcy coraz bardziej schlebiali pospolitym gustom swoich widzów.

Maks machnął lekceważąco ręką i nalał herbatę do filiżanki.

–           Programy dla idiokracji – burknął pod nosem.

Wsypał dwie łyżeczki cukru i mieszał zawzięcie. Podparłszy się pod brodę, wlepił wzrok w rozłożone przed nim na stole mapy. Jedna, ta większa, całkiem współczesna przedstawiała tereny Nadleśnictwa Świeradów. Druga, której w zasadzie istniał tylko niewielki fragment, oderwany od całej reszty, musiała być bardzo stara, sądząc po mizernym stanie zachowania, a na dodatek sporządzona została w języku niemieckim. Jak Maks oznajmił jakiś czas temu, ten fragment mapy sztabowej pochodził z czasów drugiej wojny światowej i to właśnie na niej zaznaczono miejsce ukrycia kilku ciężarówek zawierających skrzynie z cennym ładunkiem. Miejsce to po latach otrzymało nazwę, nawet nie wiadomo, kto ją wymyślił, szczeliny jeleniogórskiej. Jakim cudem ta mapa znalazła się w rękach Maksa, Edyta nie wiedziała. Zapytany jak zwykle wykręcił się sianem. Wysoko podwinięte rękawy dżinsowej koszuli odsłaniały jego grubokościste, porośnięte ciemnym meszkiem przedramiona. Tytanowa czerń zegarka z limitowanej serii, wypuszczonej przez modną w tym sezonie firmę, prezentowała się na jego ręce bardzo seksownie. Producent wyposażył czasomierz w taką liczbę dodatkowych funkcji, których posiadanie Edyta uznała za idiotyzm. Maks jednak twierdził, że korzysta ze wszystkich, zwłaszcza podczas penetracji terenu.

–           Myślałam, że te mapy już znasz na pamięć – oznajmiła z odrobiną ironii w głosie, siadając naprzeciwko męża. – Studiujesz ich treść od dwóch tygodni, jeśli nie dłużej…

Nalała herbatę do filiżanki, ale nie posłodziła. Cukier to biała śmierć, choć przed wojną mówiono, że cukier krzepi. I bądź tu mądry. Edyta jednak przyzwyczaiła się do picia gorzkiej herbaty czy kawy. Przecież każda łyżeczka cukru to ileś tam kalorii, a ona nie miała zamiaru się utuczyć jak jej szwagierka, Dorota. Choć skończyła właśnie trzydzieści pięć lat, figurę nadal miała niczym osiemnastka i niech by tak zostało jak najdłużej. Z roku na rok górny limit kilogramów, jaki mogła ważyć uchodząca za ideał kobieta, stale się obniżał. Ostatnio za najpiękniejsze uważano modelki mogące spełniać rolę pomocy naukowych na wykładach poświęconych budowie ludzkiego szkieletu, gdyby nie były obciągnięte skórą. Całe szczęście Maks pod tym względem był tradycjonalistą i nie gustował w takich „wieszakach”, jak mawiał.

–           Wiadomo, że znam. Ale od tamtego czasu minęło ponad pół wieku… – prychnął rozdrażniony, nie odrywając oczu od mapy. – Zmianie uległo wiele elementów. Choćby nazwy miejscowości, drogi, mosty czy zabudowania. I nie dość, że ten szwabski generał nosił ją złożoną, to jeszcze została poplamiona krwią, kiedy go ktoś zastrzelił. Plamy utrudniają odczyt – dorzucił z pretensją w głosie.

Sądził, że zlokalizowanie obszaru zaznaczonego na niemieckiej mapie będzie dziecinnie proste. Jednak im dłużej się w nią wpatrywał, tym większych nabierał podejrzeń, że obydwie mapy, choć na pierwszy rzut oka wydawały się identyczne, wcale nie musiały dotyczyć tego samego rejonu. Jednak głośno wolał się do tego nie przyznawać. Przecież ta mapa stanowiła ukoronowanie jego wielomiesięcznych poszukiwań, choć nie kosztowała go wiele. Ot, kilka partyjek pokera z byłym oficerem SB, który nie mając już nic wartościowego, do puli dorzucił tę mapę. O tym, że Maks był pokerzystą, Edyta nie miała pojęcia. Dopiero by miała używanie. Z chęcią zapaliłby sobie skręta, ale po ostatniej awanturze, kiedy znalazła jego skromny magazynek z trawką i koką, niczego już nie trzymał w domu. Zagroziła mu wtedy rozwodem. Choć nieraz sam się nad tym krokiem zastanawiał, uznał, że jeszcze nie nadszedł czas. Z niemałym trudem wmówił jej, że to marihuana Patryka, który ma problemy ze snem, a nie chce martwić Doroty. Jednak na wszelki wypadek, od tamtego czasu, towar trzymał w piwnicy, bo tam Edyta nie szperała. Zresztą były to niewielkie ilości trawki lub troszkę koki. Przecież nie był jakimś ćpunem. Nie czuł żadnego przymusu brania, a przecież popalał sobie od ładnych paru lat. Jeśli dobrze pamiętał, to po raz pierwszy zapalił skręta na imprezie w jakimś lokalu przy rynku, gdzie z kumplami świętował swoje dwudzieste piąte urodziny. Któryś z nich przyniósł kilka działek. W połączeniu z alkoholem efekt był dla Maksa zaskakujący. Nigdy przedtem nie bawił się tak znakomicie. Choć zawsze był duszą towarzystwa, tym razem przyszło mu to nadzwyczaj łatwo. Na drugi dzień nie miał też kaca, jak to często bywało, gdy wypił za dużo. Nawet nie zaniepokoił się słowami Patryka, że momentami zachowywał się dziwnie. Po prostu lubił ten luz, jaki go wówczas ogarniał.

–           Który rejon wchodzi w grę? – Do pochylającej się nad mapą Edyty dotarł zapach wody toaletowej męża niosący ze sobą wspomnienia minionych lat, kiedy znacznie częściej bywali tak blisko siebie, nie tylko z powodu czytania mapy.

–           Tutaj – wskazał palcem kółko nakreślone na niemieckiej mapie czerwonym ołówkiem. – Według mnie to jest ten obszar. – Podsunął Edycie polską mapę. – Układ komunikacyjny i topografia są prawie identyczne.

–           Spory kawałek – westchnęła ciężko. – I ty chcesz to wszystko przejechać georadarem? To zajmie tygodnie, jeśli nie miesiące.

Maks rzucił w Edytę karcącym spojrzeniem.

–           Jak ty już coś powiesz… – Pokręcił z niedowierzaniem głową. – W grę wchodzą jedynie stare sztolnie. Przecież ciężarówki i skrzynie ukryto w starym wyrobisku. Każde dziecko o tym wie, tylko nie moja żona. W tym rejonie już w XVII wieku istniało górnictwo miedzi, kwarcu i kobaltu. Pozostało wiele sztolni, niektóre są łatwo dostępne.

–           A jeśli to nie jest właściwa mapa? – spytała po chwili zastanowienia. Im dłużej się wpatrywała w plątaninę poziomic, prostych linii torów kolejowych i krętych wstążek szos, tym bardziej w tej mapie coś ją niepokoiło. – Poza tym skąd wiesz, że to kółko oznacza miejsce, gdzie ukryto te ciężarówki, a nie całkiem coś innego?

–           Co ty wygadujesz? – Maks przerwał jej w pół słowa. Przyszło mu do głowy, że Edyta umiała czytać w jego myślach i przez moment drobne włosy na ramionach stanęły mu dęba. – Główne linie kolejowe i drogi się pokrywają…

–           Ale na niemieckiej mapie widnieją jakieś zabudowania, a na naszej ich nie ma – wtrąciła Edyta po chwili, gdy dobrze się przyjrzała obu mapom. – O, tutaj… – stuknęła palcem w interesujące ją miejsce.

–           Oj, marudzisz jak zwykle… – burknął Maks i skarcił Edytę spojrzeniem. – Wiele niemieckich chałup po wojnie rozebrano, zwłaszcza starych. – Obstawał twardo przy swoim.

–           Zlokalizowałeś to miejsce na mapie satelitarnej? – Edyta także nie miała zamiaru ustąpić.

–           Próbowałem… – Maks przyznał się do porażki. – Ale nie znalazłem. Jakby satelita nad tym rejonem w ogóle nie latał. Namierzymy interesujący nas rejon tradycyjnie. Za pomocą kompasu i mapy. Nie takie rzeczy, jak skały w górach i stare sztolnie, w swoim życiu odnajdywałem.

Smak zemsty

Gdy mężczyzna w gumiakach odwrócił się, aby sięgnąć po czarny foliowy worek, leżące na betonowej posadzce stworzenie w sekundę sprężyło się do skoku. Odbiło od ziemi, przeleciało w powietrzu te trzy metry, które ich dzieliły, i ostre pazury przednich łap wbiło w jego ramiona, a długie kły zatopiło w karku. W tym szerokim, śmierdzącym ludzkim potem karku, który tak bardzo nienawidziło. Człowiek nie zdążył nawet wydać z siebie żadnego dźwięku. Głucho uwalił się na posadzkę, przywalony ciężarem ciała dzikiej bestii, którą więził długi czas, a która teraz wymierzała mu sprawiedliwość. Trysnęła czerwona krew pachnąca zdobyczą. Bestia poczuła na języku jej słono-słodki smak. Smak, którego nie mogła porównać z żadnym innym. Smak królewskiej uczty, smak panowania nad światem, smak wolności, dzikich górskich ostępów i prastarych puszcz. W tym momencie przypomniała sobie o okropnym, rozrywającym jej trzewia głodzie. Uchwyciła mocnymi szczękami odsłonięty kawałek ludzkiego ciała i oderwała od kości. Z rozkoszą przełknęła. Aby ułatwić sobie zadanie, jednym ruchem silnej łapy przewróciła zdobycz na plecy i rozdarła przesiąkniętą odorem niemytego ciała flanelową koszulę, broniącą dostępu do mięsa. Skóra na brzuchu człowieka była miękka i ciepła. Mrużąc z rozkoszą ślepia, bestia wbiła kły i zaciskając mocne szczęki, szarpnęła zdecydowanym ruchem. Buchnęła gorąca krew. Chłeptała ją łapczywie, rozkoszując się tak długo wyczekiwanym posiłkiem. Odrywała mięso od kości metodycznie, kawałek po kawałku, napełniając pusty, prawie przyschnięty do grzbietu żołądek. Posoka zabarwiła jej pysk i łapy. Raz po raz oblizywała się szeroko, wypluwając na ziemię nienadające się do zjedzenia strzępy ubrania człowieka, który ją skrzywdził i musiał teraz za to zapłacić.

Po godzinie ucztowania bestia nareszcie poczuła się syta. Stojąc okrakiem nad ofiarą, beknęła cicho, aby wypuścić z przepastnego żołądka nadmiar połkniętego powietrza. Naturalny odruch, chyba wrodzony, bo przecież nikt jej tego nie nauczył. Potoczyła czujnym wzrokiem po całym pomieszczeniu, ale niczego niebezpiecznego nie zauważyła, ani żaden podejrzany zapach nie wpadł jej w nozdrza. Jedynie pozostałe zwierzęta, współtowarzysze niewoli, zamarły w bezruchu w swoich klatkach, milcząco akceptując jej poczynania. One także z rąk nieżyjącego już mężczyzny doznały wielu krzywd. Gdy powiodła po nich władczym spojrzeniem swych strasznych ślepi, skuliły się po kątach, popiskując lękliwie.

Chwyciła do paszczy rękę mężczyzny, tę samą, którą tyle razy zadawał jej ból, i pociągnęła nędzne resztki jego ciała po betonowej posadzce. Wywlekła na zewnątrz pomieszczenia, w którym przez te wszystkie straszne dni bez końca ją więził. Z rozkoszą wciągnęła do płuc świeże, chłodne powietrze i ponownie omiotła wzrokiem przestrzeń wokół siebie. Po podwórku nikt się nie kręcił. Ani ludzie, ani psy. Kury i kaczki się nie liczyły. Wyciągając krótkie nóżki i gubiąc pióra, czmychnęły gdzieś w krzaki. Pierwszy uciekał kogut. Z przerażenia odebrało mu głos. Mimo zamkniętych okien stojącego w pobliżu domu, dotarły do uszu stworzenia odgłosy rozmowy, a w nozdrza wdarł się intensywny zapach gotowanego mięsa, zapewne z kurczaków. Znało ten smak i zapach. Jednak smak i zapach ludzkiego mięsa i krwi nie dawał się porównać z żadnym innym.

Musiało te resztki, co zostały z człowieka, gdzieś ukryć, aby mogło po nie wrócić, kiedy zgłodnieje, a niczego innego nie zdoła upolować. Nie znało tych okolic, więc nie miało żadnej wiedzy, czy obfitowały w jakąkolwiek zwierzynę, czy też nie. Ciągnąc zdobycz po pokrytym betonową kostką podwórku, wyszło na drogę. Pod wrażliwymi opuszkami łap poczuło twardą, ubitą kołami maszyn rolniczych i samochodów, ziemię. Przy każdym kroku kurz wzbijał się w powietrze i drażnił nozdrza stworzenia obcymi, nieznanymi zapachami. Co chwilę stawało nieruchomo i nie wypuszczając zdobyczy z pyska, przepatrywało okolicę, aby rozeznać się w sytuacji.

Z jednej strony majaczyły czerwone dachy ludzkich domostw. Dolatywała stamtąd intensywna woń zbliżona do smrodu człowieka, który dzikie stworzenie, bestię, więził. Charakterystyczny odór ludzkiego potu. Z drugiej ciągnęła się asfaltowa szosa, co prawda dość daleko, ale huk pędzących co jakiś czas samochodów dobiegał do uszu bestii dość wyraźnie. Znała je i nie miała do nich zaufania. Pierdzące smrodliwie blaszane potwory, pomagające ludziom w ich niecnym procederze niszczenia wszystkiego wokoło. Natomiast na wprost, tuż przed nią, rozpościerała się szeroka łąka, porośnięta uschniętą już trawą, przesiąknięta intensywną, cudowną wonią kóz i owiec, pasących się w tym miejscu latem. Kawałek dalej wabił do swego wnętrza czarnozielony, gęsty las. Pachniał podobnie, jak ten gdzie mieszkała, zanim znalazła się w tym ponurym miejscu.

Decyzja mogła być tylko jedna. Zaciągnie do lasu resztki zdobyczy, starannie ukryje w krzakach, przysypie ziemią i nareszcie spokojnie się wyśpi. Stworzenie poprawiło chwyt mocnych szczęk na ramieniu tego, który jeszcze nie tak dawno był jego panem i oprawcą, i zadzierając łeb do góry, aby reszta mięsa nie wlokła się po ziemi, energicznie potruchtało przez łąkę. Po kilku minutach zniknęło w mroku lasu. Pozbawione liści drzewa nie dawały należytej ochrony. Stworzenie przystanęło, wypuściło ofiarę z pyska i obejrzało się za siebie. Nikt go nie gonił. Gdy chwilę odpoczęło – było przecież głodzone tyle dni, przez co opadło z sił – pociągnęło resztki mięsa w głąb zarośli. Dopiero po pół godzinie błądzenia pomiędzy gęstwą drzew, krzewów i wysokich, uschniętych traw, znalazło odpowiednie miejsce – po drugiej stronie jakiegoś wartkiego strumyka. Wrzuciło zdobycz do wnętrza jamy, powstałej tuż pod korzeniami na wpół zwalonej jodły. Przednimi łapami sprytnie zagarnęło na wierzch ziemię, ściółkę, mech i zwiędłe liście. Dzieła dokończyło, pomagając sobie tylnymi kończynami, niczym kot zakopujący swoje odchody. Nikt nie powinien odkryć tej spiżarni w krótkim czasie.

Stworzenie ruszyło przed siebie, starając się wyłowić otaczające je zapachy. Niestety, znajomej woni swego gniazda nie wyczuwało, choć pamiętało ją dokładnie. Miało ją przecież zakodowaną. Gdy dostrzegło solidne drzewo, mocno pochylone ku ziemi, wsparte na sąsiedniej sośnie, zwinnie wdrapało się na gruby konar i ułożyło wygodnie. Ziewnęło kilka razy, szeroko otwierając pysk, w którym lśniły rzędy ostrych zębów. Długie kły w górnej i dolnej szczęce mogły przerazić największego śmiałka. Mlasnęło różowym językiem, złożyło łeb na przednich łapach i przymknęło bystre ślepia. Po chwili zanurzyło się we śnie. Na tyle głębokim, aby solidnie wypocząć i spokojnie strawić ogromne ilości mięsa, które pochłonęło, ale na tyle płytkim i czujnym, aby w porę zauważyć zbliżające się niebezpieczeństwo.

Nadeszło wkrótce. Początkowo do uszu bestii doleciał przeciągły, histeryczny krzyk. Wysokimi tonami wcisnął się po same bębenki i chwilę wibrował. To krzyczała kobieta, która mieszkała razem z człowiekiem w gumiakach. Musiała dostrzec otwarte drzwi pomieszczenia, poszła tam i odkryła ślady krwi na posadzce. Biegała teraz bezładnie po całym podwórku niczym spłoszona kura i w geście rozpaczy rwała sobie włosy z głowy. Po chwili dołączyły do niej inne głosy. Ludzie mieszkający w sąsiedztwie, słysząc hałas, zbiegli się i wykrzykiwali coś bez sensu razem z tą kobietą. Z daleka dał się słyszeć jeszcze jeden dźwięk. Boleśnie wwiercał się w głąb uszu bestii aż do mózgu. Wraz z tym potwornym wyciem, błyskając kolorowymi światłami, na podwórko wjechały dwa blaszane potwory, a z nich wysypali się jacyś ludzie i wyskoczył uwiązany na długiej smyczy pies.

Bestia uznała, że dalsze pozostawanie w tym miejscu nie było dla niej bezpieczne. Psy poznała, będąc w niewoli u człowieka w gumiakach. Były upierdliwe i nie spoczną, póki jej nie wytropią. Im szybciej się oddali, tym większe szanse, że to głupie, szczekające i wierne człowiekowi stworzenie zgubi jej ślad. Zgrabnie zeskoczyła z drzewa i ruszyła w przeciwną stronę niż dochodzące do niej hałasy. Jeszcze kilkakrotnie spojrzała za siebie, prychnęła ostrzegawczo i zniknęła między drzewami, otulona ciemnościami szybko zapadającej nocy.

Pogróżki

Plany Czarnowskich na zbliżające się święta Bożego Narodzenia i sylwester zostały podporządkowane poszukiwaniom szczeliny. Na samą myśl, gdzie mieli spędzić ten tydzień, Edytę ogarniał niepokój. Maks zaplanował, że zamieszkają w starej drewnianej chacie, gajówce, gdzieś na przełęczy w Górach Izerskich. W miejscu na tyle odludnym, że ponoć mogli stamtąd niepostrzeżenie dokonać pierwszego rekonesansu. Gajówki nie zaznaczono na żadnej znanej im mapie. Ponoć dawno temu, kiedy te okolice należały do Niemiec, mieszkańcy nazywali ją Teufelshaus. Leśniczy ze Świeradowa zachwalał chatę jako wyjątkowo urocze miejsce doskonale wyposażone we wszystko, co jest potrzebne, aby miło spędzić święta i przywitać Nowy Rok. Edytę jednak niepokoiła informacja, że nie ma bieżącej wody ani centralnego ogrzewania i dojechać można jedynie samochodem terenowym. Maks ripostował, że dzięki temu eksploratorzy z konkurencyjnych grup, zajęci rodzinnymi świętami, spuszczą ich na moment z oka, i miejsce, które nikomu do tej pory nie przyszło nawet do głowy, jako lokalizacja owej szczeliny jeleniogórskiej, pozostanie do wyłącznej wiedzy Maksa i Patryka Czarnowskich. Ileż to razy podczas prowadzenia jakichkolwiek poszukiwań potrafili się zjawić jacyś podejrzani osobnicy. Wypytywali po co i na co, wymądrzali się, że sprzęt nie taki jak trzeba, że to nie w tym miejscu, że oni wiedzą lepiej. Czasami wystarczyło tylko wbić w ziemię łopatę, aby okoliczni mieszkańcy podnieśli raban i zaraz zjawiała się policja, żądając okazania zgody władz na prowadzenie poszukiwań.

Mieli pojechać jak zwykle we czwórkę. Edyta i Maks oraz Patryk z Dorotą. Niestety, ani oni, ani tamci nie dorobili się dzieci, więc na taki idiotyczny wyjazd mogli sobie pozwolić. Nawet nie mieli żadnego zwierzaka, bo Maks się nie zgadzał. „Zwierzę czy dziecko to koło młyńskie u szyi” – miał zwyczaj mawiać. Edyta podejrzewała, że jej mąż nie tyle nie chciał mieć dzieci, co nie mógł, ale z wrodzonej delikatności nigdy go o to nie pytała. Utarło się, że tego tematu w ogóle nie poruszali. Ale na psa czy kota także Maks nie wyrażał zgody. Choć raz Edyta prawie go uprosiła. Byli wówczas u znajomego w Czechach, Karela Matouszki, który w Szpindlerowym Młynie prowadził minisafari. Oprócz kilku lam, stada kucyków, paru strusi, miał nawet młodą pumę. Wykarmił ją butelką do spółki z kocicą, która akurat miała małe kocięta. Jedno, takie jasnopopielate z błękitnymi ślepkami, było do wzięcia. Ale Maks, gdy przyszło co do czego, się nie zgodził. „Przecież wiesz, że mam alergię na sierść” – skwitował krótko marudzenie Edyty.

Na domiar złego Edytę czekało pitraszenie na kuchni węglowej, bo innej w gajówce miało nie być. Ponoć taki piec, buchający ciepłem rozgrzanej do czerwoności płyty, tworzy, jak mówił Maks, prawdziwą, domową atmosferę. Jak ulał pasowało do wyświechtanego powiedzonka „ognisko domowe”, którego w nadmiarze używała teściowa Edyty, ganiąc ją za brak prawdziwej, rodzinnej atmosfery w ich domu. Dawała w ten sposób do zrozumienia, że z winy Edyty w tym stadle nie było dzieci. Dorota do kuchni się nie garnęła i na wspólnych wyjazdach zawsze z Patrykiem żerowali na tym, co ugotowała Edyta. Nie liczyła więc, że tym razem będzie inaczej. A perspektywa włóczenia się po odludziu z mapą i kompasem, dźwiganie ciężkich plecaków, wypełnionych sprzętem, nie należała do zachęcających. Nie tak sobie te święta wyobrażała. Westchnęła ciężko i zrezygnowana machnęła ręką. Jej opinii Maks nigdy nie brał pod uwagę, więc szansa, że odwiedzie go od tego wyjazdu była równa zeru lub nawet mniejsza.

–           Pojedziemy w dwa samochody czy naszą terenówką? – spytała na wszelki wypadek dzień przed wyjazdem, podczas obiadu, gdy przełknęła ostatni kawałek dorsza. Tym razem nie był suchy jak wiór.

Nie przepadała za rybami. Nie dość, że droższe od cielęciny, to jeszcze podczas smażenia śmierdziały niemiłosiernie. Jeszcze trzy dni później w całej kamienicy było czuć, że na obiad u Czarnowskich była ryba. Odkładając sztućce, zajrzała w ciemne, zagadkowe oczy męża, ale wyczytanie z nich czegokolwiek graniczyło z cudem. Przypominały studnię bez dna.

–           Toyotą – burknął, odsuwając talerz z resztkami niedojedzonej ryby. Lubił smażonego dorsza, ale w wydaniu jego matki był o niebo lepszy. Zdaniem Maksa Edyta była kiepską kucharką. Ciągle wprowadzała jakieś nowości. A to kuchnia włoska, to tajska, a on lubił potrawy tradycyjne. Schabowy, kapusta czy rosół. – Dojechać do gajówki można jedynie samochodem terenowym. A nasz jest na tyle pakowny, że się pomieścimy. I sprzętu przecież też nie będziemy targać na plecach. A jeszcze, jakby spadł śnieg…

–           Zapowiadali w meteo, że zacznie sypać zaraz po świętach – Edyta wpadła mu w słowo. – Ponoć opady mają być katastrofalne – zaakcentowała ostatni wyraz, licząc, że może jednak czymś męża zniechęci.

–           To świetnie – Maks ucieszył się wbrew jej oczekiwaniom i pociągnął nosem. – Może choć raz te nasze śladówki do czegoś się przydadzą. Kosztowały kupę forsy i jedynie zajmują miejsce w piwnicy. Tylko raz czy dwa udało się na nich pojeździć, a przydałoby się więcej ruchu na świeżym powietrzu.

Spojrzał wymownie na niewielki, naprawdę symboliczny zarys brzucha, który od jakiegoś czasu uwypuklał się pod paskiem od dżinsów. Z tego chudego jak tyczka, wysportowanego chłopaka, za którego Edyta wyszła za mąż dziesięć lat temu, nic już nie zostało, jedynie gęste, czarne włosy miękką falą opadające na czoło. Jednak ostatnio na skroniach Maksa pojawiło się trochę siwizny, jakby ktoś mu włosy maznął pędzelkiem umoczonym w srebrzance. Zamiast czułego spojrzenia, Edyta napotykała każdego dnia rzucane wzrokiem gromy, niezadowolenie lub kpinę. Usta, które przed laty były tak skore, nie tylko do namiętnych pocałunków, ale także do śmiechu, opadły kącikami w dół, w wiecznym grymasie niezadowolenia. Aksamitny, okalający podbródek czarny zarost, który tak lubiła, zastąpiły niestarannie wygolone policzki, ostro drapiące do czerwoności skórę Edyty w rzadkich chwilach czułości. Szczupła sylwetka zaokrągliła się, a sprężysty krok zastąpiło leniwe człapanie. Wolny czas, zamiast na siłowni czy rowerze, spędzali na buszowaniu po częściowo zasypanych sztolniach, zrujnowanych pałacach, zapomnianych przez ludzi ostępach leśnych, gdzie za potrzebą trzeba było latać w krzaki, a noc spędzać w pobliskiej agroturystyce bez wygód w postaci pokoju z łazienką. Wieczorem Maks i Patryk raczyli się piwem i kiełbasami opiekanymi nad ogniskiem, uzupełniając kalorie wydatkowane za dnia. Jedyny plus to wspaniałe zdjęcia, przywożone przez Edytę z tych wypadów oraz zasuszone mumie rzadkich owadów, które mogła wykorzystać na lekcji w liceum, gdzie uczyła biologii. Jeszcze ze dwa takie wyjazdy i będzie gotowy kolejny album. Wydawnictwo, które założyła koleżanka ze szkoły, już czekało. Pierwszy, będący owocem tygodniowego pobytu nad Jeziorem Pilchowickim, przyniósł nawet parę groszy zysku. Swędzące jak diabli ukąszenia końskich much i komarów Edyta leczyła przez kolejne tygodnie, wydając na przeróżne cudowne maści i preparaty więcej, niż zarobiła.

–           Nie jesteś czasem przeziębiony? – zaczęła z innej beczki, naiwnie licząc na zmianę planów.

–           Nie, no skąd? – Maks spojrzał na żonę, jakby się z choinki urwała.

–           Bo tak pociągasz nosem od jakiegoś czasu…

–           Zdaje się, że kot sąsiadów znowu się szwenda po klatce schodowej, a wiesz, że mam alergię na sierść – odparł podenerwowanym tonem.

–           To mam spakować te narty? – spytała po chwili, z trudem tłumiąc ciężkie westchnienie.

–           Spakuj, choć prognoza jak zwykle będzie nietrafiona – oznajmił z kwaśną miną. – Nie wiem za co oni biorą takie horrendalne honoraria… Cały tydzień kraczą o pięknym weekendzie, a kiedy przychodzi co do czego, to już w piątek leje. Czasami odnoszę wrażenie, że właściciele pensjonatów i hoteli im płacą za te dobre prognozy, które napędzają naiwnych klientów.

–           Nie wiem, czy się zmieszczą… Cały sprzęt nadal wozisz w bagażniku… – Edyta puściła kolejne teorie spiskowe swego męża mimo uszu.

Zawsze i wszędzie wietrzył cudzą nieuczciwość, a sam nie był lepszy. Patryk, jako prawnik z wykształcenia, niczym innym w ich firmie się nie zajmował, jak tylko wyszukiwaniem luk prawnych w interesujących ich przepisach, aby zysk był maksymalny, a urząd skarbowy ich nie oskubał. Ale wolała nie wdawać się w dyskusję. Jak zwykle Maks byłby ją przegadał albo wyśmiał. Przecież ona, jako nauczycielka biologii, na dodatek w marnym liceum, na ludzkiej pazerności i nieuczciwości w ogóle się nie znała, a tym bardziej na prowadzeniu firmy.

–           Zaraz wyniosę wszystko do piwnicy – obiecał. – Ze sobą weźmiemy tylko naszego „Lorenza” i saperki. Może jeszcze osprzęt wspinaczkowy, jakby się trafiło na jakiś szyb. To wstępny rekonesans. Dorota na pewno zechce zabrać swoją piszczałkę – dorzucił po chwili.

–           Może przy okazji wyskoczymy sobie do Szpindlerowego Młyna na knedle i odwiedzimy Karela… – zaproponowała nieśmiało i zebrawszy naczynia ze stołu, zaczęła wkładać je do zmywarki. – Albo pojedziemy na dobrą kolację do jakiejś knajpki w Świeradowie. Jak myślisz? – spytała z nadzieją w głosie i spojrzała na męża, ale już z jego miny wywnioskowała, że nici z tego.

Momentami czuła się zmęczona i znudzona tym szwendaniem się godzinami po lesie z detektorem przewieszonym przez ramię, wciskaniem się na czworakach do zasypanych sztolni, pełnych błota lub śmieci oraz penetrowaniem zrujnowanych wnętrz poniemieckich pałaców, gdzie nadwyrężony strop mógł w każdej chwili runąć im na głowy. Tak bardzo by chciała, choć raz, spędzić weekend w eleganckim hotelu z czterema gwiazdkami. Albo w SPA. Kąpiel perełkowa, jacuzzi, masaż gorącymi kamieniami albo czekoladą, sauna, wieczorem kolacja przy świecach… Przecież było ich na to stać, bo Maks się przechwalał, że podpisali kontrakt wart pół miliona złotych i nawet dostali jakąś zaliczkę.

–           Mowy nie ma – odparł bez chwili namysłu, widać przygotowany na taką propozycję. Wyciągnął z pojemniczka wykałaczkę i usiłował wydłubać spomiędzy zębów kawałek rybiej ości. – Na takie głupoty tym razem nie będziemy mieli czasu. Kupa roboty przed nami. Do tej pory przecież tego regionu w ogóle nie braliśmy pod uwagę. Jeździliśmy tam tylko turystycznie – wyjaśnił z nutką zawodu w głosie, płosząc luksusowe marzenia Edyty. – Ta mapa wywraca wszystkie dotychczasowe koncepcje do góry nogami. Kopidoły, nie eksploratorzy! – prychnął, wykrzywiając twarz kpiącym grymasem. – Wymądrzali się, że szczelina znajduje się gdzieś między Lubomierzem a Wleniem… – dorzucił, jakby zapomniał, że sam upierał się przy Pilchowicach, których okolice spenetrowali centymetr po centymetrze. Wstał od stołu, aby uciąć dalszą rozmowę na ten temat.

Wziął z kanapy torbę z laptopem i poczłapał do pokoju, będącego jednocześnie siedzibą firmy, zawalonego stertą dokumentacji, fakturami, rachunkami i Bóg wie czym jeszcze. Edyta wolała tam nie sprzątać, aby nie było na nią, gdyby jakiś świstek papieru się zawieruszył. Do jej uszu doleciały fragmenty słów mamrotanych przez Maksa pod nosem, wyrażających niezadowolenie nie wiadomo z kogo lub czego. Prawdopodobnie ze wszystkiego. Trzasnął za sobą drzwiami, aż szyby zabrzęczały.

–           Szlag jasny by to trafił – warknęła do siebie i zerkając na drzwi, za którymi zniknął jej mąż, popukała się wymownie w czoło. – Jeszcze, cholera jasna, opuszczania się po linie do komory pełnej kościotrupów brakowało! Indiana Jones i kryształowa czaszka, myślałby kto! – gderała pod nosem, zdejmując poplamiony tłuszczem obrus ze stołu. Z wściekłością cisnęła go do stojącego w łazience kubełka z brudną bielizną.

Włączyła zmywarkę i wróciła do salonu. „Niech gada, co chce…” – skwitowała w myślach słowa mężowskiej krytyki i włączyła telewizor. Z filiżanką niedopitej herbaty rozsiadła się wygodnie na szerokiej kanapie. Stopy oparła o stolik, a pod plecy wsunęła jasiek. Sączyła ciemny napar powoli, aby zagłuszyć nieprzyjemne ssanie w żołądku domagające się spożycia czegoś słodkiego. Od wczoraj kilka paczek „Delicji” spoczywało w barku, kusząc swym celofanowym opakowaniem widocznym przez szybkę. Kupiła ciasteczka na ten idiotyczny wyjazd. Przecież nie będzie piekła żadnych bab drożdżowych czy sernika, które później i tak Dorota z Patrykiem pochłoną, zanim ona zdąży sięgnąć choć po kawałeczek. I jeszcze będą grymasić, że z zakalcem, albo że za słodkie. Skakała pilotem po kanałach, ale w żadnym programie informacyjnym nie wspomniano nawet o tajemniczej bestii o nazwie czupakabra, ani o żadnej innej. Dziennikarze wszystkich stacji rzucili się niczym sępy na padlinę, na najnowsze doniesienia w sprawie katastrofy smoleńskiej. Kolejny ekspert zza oceanu opracował nową, ponoć rewolucyjną teorię. Jej słuszność zademonstrował za pomocą puszek po napojach energetyzujących. Była zgodna z inną teorią, udowodnioną przy użyciu parówek. Obydwie potwierdzały koncepcję prezentowaną komputerowo, opartą na zdjęciach satelitarnych, z których wynikało, że brzoza nie rosła tam gdzie rosła, tylko całkiem gdzie indziej. Zdegustowana przełączyła na inny kanał.

Na Discovery straszyli końcem świata. Ponoć już na dniach miało dojść do jakiejś wielkiej koniunkcji planet czy czegoś w tym rodzaju. Nie oglądała programu od początku i nie mogła się zorientować, gdzie to arcyważne zjawisko astronomiczne miało mieć miejsce i konkretnie kiedy. Jakoby niosło ze sobą jakieś poważne niebezpieczeństwa, tylko nikt nie potrafił dokładnie sprecyzować jakie. Coś na kształt czterech jeźdźców Apokalipsy, zbierających obfite żniwa. Pomyślała z odrobiną nadziei, że samotnie gdzieś w górach, z dala od ludzi stojącą chatynkę, te kataklizmy ominą szerokim łukiem i żadna krzywda im się nie stanie. Jednak na dnie duszy zrodziła się myśl, że może być wręcz przeciwnie. Pewno nikt nie pomyślał, aby zainstalować na dachu gajówki bodaj piorunochron, co najwyżej mogli ją wyposażyć w Matkę Boską „Odgromniczną”, jak żartem na wsi nazywano figurkę powszechnie przed laty umieszczaną pod dachami wiejskich chałup. Klęska głodu z pewnością im nie groziła, bo ilości zapasów, jakie Edyta miała przygotowane na ten wyjazd, powinna im wystarczyć nie na tydzień, a na dwa.

Gdy z pokoju obok doleciał do niej terkoczący jak tradycyjny telefon sygnał komórki Maksa, ściszyła telewizor i na bosaka zakradła się do drzwi. Sterczała oparta o ścianę, usiłując wyłowić sens toczącej się za zamkniętymi drzwiami rozmowy. Po kilku zdawkowych słowach, przybrała nieprzyjemny obrót. Maks rozmawiał podniesionym tonem z kimś po rosyjsku i wyraźnie był zdenerwowany.

Z treści wynikało, że zadzwonił Rosjanin, z którym ostatnio Czarnowscy prowadzili jakieś interesy. Ponoć był to szalenie bogaty biznesmen, ale Maks nie chciał zdradzić na czym konkretnie się dorobił. Edyta nabrała podejrzeń, że oszukiwał na podatkach. Poznali się, kiedy Maks i Patryk jakiś czas temu pojechali do Petersburga podpisać umowę na dostawę bielizny dla nowo otwieranego domu handlowego. Wrócili z niczym, kontrakt nie wypalił, bo wygryzł ich Bruno Werner z Berlina, ale mimo to mieli doskonałe humory. Dogadali się z Rosjanami na dostawę towaru do Mirnego w Jakucji, na bardzo korzystnych warunkach. Choć Edyta początkowo podchodziła do ich pomysłu sceptycznie, Maks z każdego wyjazdu wracał z gotówką. Jakiś czas później, z przypadkiem podsłuchanych rozmów między Maksem a Patrykiem wywnioskowała, że interes nie był całkiem legalny, nie wystawiali faktur i nie płacili cła, choć towar dostarczali do galerii handlowej. Nosiła śmieszną nazwę, jakaś „trąbka”, ale konkretów Edyta nie zapamiętała. Kiedy usiłowała z Maksem na ten temat porozmawiać, to ją wyśmiał i nawyzywał od małych, głupiutkich blondynek, co to wszędzie wietrzą dziejowe spiski.

Teraz Maks wykłócał się z tym Rosjaninem o pieniądze. Maks upierał się, że byli kwita. Widać jego rozmówca był przeciwnego zdania, bo po dłuższej wymianie zdań, Czarnowski wrzasnął do słuchawki:

– Odpierdol się! – i na tym rozmowa się skończyła.

Koniunkcja

Na dworze zapadły już całkowite ciemności, gdy Jacek Sulima, dziennikarz miesięcznika „Tropiciel”, mimo dość ciężkich toreb – podróżnej, trzymanej w ręce i reporterskiej, wiszącej na ramieniu – wbiegł lekkim krokiem na pierwsze piętro bloku mieszczącego się na modnym Osiedlu Pod Skrzydłami. Wybudowano je kilka lat temu w miejscu dawnego, poniemieckiego lotniska. Niewysokie, o nowoczesnej architekturze budynki, w niczym nie przypominały dawnych bloków, budowanych z wielkiej płyty w latach Polski Ludowej. Choć każdy był odmienny, łączyły je styl i kolorystyka. Wokoło pozakładano szerokie alejki, ogródki skalne i miejsca parkingowe. Na parterze apteka, punkty usługowe, dentysta, fryzjer i kosmetyczka, a nawet lecznica dla zwierząt. Do przystanku tramwajowego parę minut spacerkiem. Wszystko, co człowiekowi do wygodnego życia jest potrzebne. Nic zatem dziwnego, że ceny i tak wysokie, w tym miejscu sięgały zenitu.

Mieszkanie Sulimy – dwa małe pokoje z dużym balkonem – to aż nadto dla samotnego mężczyzny, którego porzuciła żona, niezadowolona z jego zarobków i charakteru pracy. Początkowo była zachwycona jego redaktorskim tytułem, dziennikarską legitymacją i znajomościami wśród ludzi z branży, tych pracujących przy Karkonoskiej, gdzie mieszczą się studia radiowe i telewizyjne. Praca w tym miejscu niosła ze sobą perspektywę wypłynięcia na szerokie wody. Przecież się zdarzało, że z Karkonoskiej ktoś trafiał na Woronicza. Z czasem, Sulima miał wrażenie, że od dnia, w którym wylali go z telewizji, ten jej zachwyt osłabł na tyle, aby zamienić się w jawnie okazywane lekceważenie. Być może miała też inne powody, ale nie ujawniła ich podczas rozprawy rozwodowej, a Sulima nie miał zamiaru tego tematu drążyć. Jeśli żona znalazła sobie kochanka, on wolał o tym nie wiedzieć. Był dostatecznie poobijany, aby jeszcze sobie dokładać. Nie miał też zamiaru walczyć desperacko o uratowanie tego małżeństwa. Jego zdaniem z posklejanej filiżanki i tak herbata nie będzie smakowała. Za bardzo będzie ją czuć butaprenem. Sąd, ku radości pani Sulimy, która była na jak najlepszej drodze do powrotu do panieńskiego nazwiska, nie dopatrzył się czynników stojących na przeszkodzie – wszak nie dorobili się nie tylko majątku, ale nawet potomstwa – i krępujący Sulimów węzeł małżeński rozwiązał, nie orzekając, które z nich ponosiło odpowiedzialność za rozpad pożycia. Była żona zabrała skromne oszczędności ze wspólnego konta, porcelanowy serwis obiadowy na dwanaście osób, otrzymany w prezencie ślubnym od rodziców Jacka, telewizor i skórzany komplet wypoczynkowy, kupione za jego pensję, ponoć głodową. Byłemu już mężowi wspaniałomyślnie zostawiła mieszkanie, obciążone kredytem większym niż było warte. Ale on już nawet nie pamiętał, jak bardzo cierpiał z powodu jej odejścia. Przykre momenty, kiedy podobna do niej dziewczyna mignęła mu gdzieś w tłumie, wywołując bolesne ukłucie w sercu, zdarzały się coraz rzadziej, aż całkiem przestały się pojawiać. Łapał się na tym, że chwilami nie mógł sobie przypomnieć koloru jej oczu, choć nadal pamiętał zapach jej perfum. Może dlatego że były cholernie drogie. Praca pochłaniała go całkowicie, a przelotne romanse w pełni zaspokajały potrzebę bliskich kontaktów damsko-męskich. Wychodząc z sądu, tego dnia, gdy orzeczono rozwiązanie jego małżeństwa, poprzysiągł, że więcej już sobie nie pozwoli na chwilę słabości, zwaną miłością. Przychodziło mu z łatwością dotrzymać danego sobie słowa, bo żadna z poznanych dziewcząt czy kobiet nie potrafiła rozniecić w płomień tlącej się pod skorupą obojętności, iskierki uczucia.

Cisnął torby na obitą ciemnoniebieskim welurem sofę, kupioną na Allegro za grosze, i zrzucając po drodze buty z nóg, pomknął do łazienki. Zanurzył się pod silny strumień gorącej wody, aby zmyć z siebie nie tylko pot i brud, ale nade wszystko charakterystyczny dla podziemi w kompleksie Riese nieznośny smród.

Ostatni tydzień upłynął Sulimie na penetrowaniu sztolni we wnętrzu Sobonia, wchodzącego w skład kompleksu Riese, w owianych tajemnicą Górach Sowich. Spotkanie z tą największą zagadką czasów wojny zaczęło się dla Jacka już kilka lat temu, gdy uczestniczył w badaniach georadarowych zorganizowanych w okolicach Osówki. Jak wynikało z gromadzonych przez lata materiałów archiwalnych i wspomnień mieszkańców, a zwłaszcza z zeznań naocznych świadków, także na wzgórzu Soboń Niemcy prowadzili zakrojone na szeroką skalę prace budowlane. Dwa wejścia oraz niewielki fragment sztolni udało się przed laty odnaleźć i spenetrować. Działań mających na celu dokopanie się do pozostałych części kompleksu podjęli się sowiogórscy eksploratorzy, dysponujący dużym doświadczeniem i nowoczesnym sprzętem. Sulima z ramienia „Tropiciela” miał uczestniczyć w próbie rozwiązania tej zagadki.

Pół godziny później, wciąż czując w kościach chłód i wilgoć sowiogórskiej sztolni, rozsiadł się z laptopem za mikroskopijnym biurkiem, stojącym pod oknem w sypialni, która wielkością przypominała pokoik dla lalek. Zmieściło się w niej niezbyt obszerne małżeńskie łóżko, góra metr czterdzieści, ostatnio używane w pojedynkę, jeśli nie liczyć sporadycznych wizyt jakichś pań, oraz szafa komandor we wnęce. Po wyprowadzce żony Sulimie przybyło sporo wolnych wieszaków, które dość szybko zagospodarował swoimi ciuchami. Nie zawsze pamiętał o zrobieniu prania, więc zdarzało się, że zamiast wyprać koszulę, kupował coś nowego za psie pieniądze na niekończących się okrągły rok wyprzedażach.

Za oknami czaiły się ciemności wczesnej grudniowej nocy, nieśmiało rozpraszane blaskiem padającym z okien i światłami latarni rozstawionych pomiędzy blokami. Niebo zasnuły czarne chmury, spoza których, od czasu do czasu, z trudem przedzierał się wąski sierp księżyca. Poprzez rozszczelnione okno do uszu Sulimy dochodziło złowrogie zawodzenie wiatru i daleki turkot tramwajów jadących po ulicy Lotniczej. Pod balkonem dał się słyszeć grzechot rolety zamykanej na drzwiach wiodących do lecznicy weterynaryjnej mieszczącej się na parterze. Jacek uruchomił komputer i z kubkiem kawy w ręce oraz papierosem w ustach wpatrywał się w ekran.

Wybrał folder, w którym gromadził cały materiał obrazujący postępy prac na Soboniu. Zebrane przez Sulimę zdjęcia świadczyły o wielkości przedsięwzięcia. Widniał na nich nie tylko georadar, który wraz z kolegą z ekipy, Pawłem Piętakiem przeciągali po zboczu metr po metrze, ale także koparka i dwudziestotonowa maszyna wiertnicza. Z uniesionym do góry wiertłem przypominała prehistorycznego gada, którego całkiem niechcący uwolnili z podziemi. Jednak jej konstrukcja okazała się na tyle nowoczesna, że pozwoliła w końcu, po wielu nieudanych próbach, na dowiercenie się do sztolni. Uwiecznił też na zdjęciach kolejne etapy prac, które nasiliły się w ostatnich dwóch miesiącach. Pokazywały głęboki, bo dwudziestometrowy szyb, który stopniowo zabezpieczano obelkowaniem. Na wielu zdjęciach widniały uśmiechnięte, choć często umorusane ziemią twarze całej ekipy poszukiwaczy.

Kiedy przejrzał już wszystkie swoje notatki i zdjęcia, mógł przystąpić do napisania kolejnego artykułu dla „Tropiciela” na temat prowadzonych prac eksploracyjnych. Za trzy dni mijał ostateczny termin oddania do druku, a jeszcze Andrzej powinien zrobić korektę tekstu. „Tajemnice góry Soboń” – po namyśle w nagłówku napisał tytuł artykułu. Brzmiał dość zachęcająco. Kilka pierwszych zdań poszło gładko. Gdy na moment przestał klepać po klawiaturze, do jego uszu dotarło nieprzyjemne burczenie w brzuchu. Dopiero wówczas sobie uświadomił, że od rana nic nie jadł. Pomaszerował do kuchni i choć mógł wyliczyć z pamięci, co się w lodówce znajdowało, otworzył ją ze złudną nadzieją. Pamiętał, że przed wyjazdem w Góry Sowie nie zrobił żadnych zakupów, więc poza kawałkiem przesuszonej goudy, nic nie znalazł. W szufladzie zamrażarki znajdowała się tylko gruba warstwa lodu oraz zapach po swojskiej kiełbasie, której kilka pęt przywiózł od mamy miesiąc temu. W pojemniku na chleb pałętała się samotnie czerstwa bułka. Ucieszył się, że nie była spleśniała. Spojrzał na zegarek – minęła dwudziesta, hala Tęcza więc już zamknięta. Jechać do Tesco nie miał ochoty. Sama myśl, że miałby usiąść za kierownicą, napawała go obrzydzeniem. W ciągu ostatniego miesiąca przejechał setki kilometrów i miał wrażenie, że od siedzenia za kółkiem na tyłku wyrosły mu modzele jak u pawiana. Ser i bułka muszą mu wystarczyć, do tego kawa i papieros.

Po dwóch godzinach pracy zakończył artykuł kilkoma intrygującymi pytaniami. Aby poszukać na nie odpowiedzi, ekipa prowadząca badania będzie musiała jednak poczekać do wiosny, bo sztolnia, podobnie jak otaczające ją Góry Sowie, zapadły w zimowy sen. Gdy zapisał plik i całość wraz ze zdjęciami wysłał pocztą elektroniczną na adres „Tropiciela”, wyłączył laptopa i przeniósł się do salonu.

Umościł się wygodnie na kanapie i włączył telewizor. Bezmyślnie przerzucał kanały, ale na większości leciały jakieś seriale, których nigdy nie miał możliwości systematycznie oglądać, więc nie miał pojęcia, o co w nich chodziło. Kiedy na ekranie pojawiła się reklama piwa, pognał do lodówki po swoje ulubione, przywiezione z Lwówka, wyprodukowane w tamtejszym browarze, najstarszym w Polsce. Chwilę szperał w szafkach kuchennych w poszukiwaniu czegoś do chrupania. Z miną zwycięzcy spod Grunwaldu wrócił na sofę, ściskając w jednym ręku oszronioną butelkę piwa, a w drugim paczkę chipsów o smaku wędzonego boczku, jak wynikało z napisu na szeleszczącym opakowaniu. Data ważności upłynęła przed tygodniem, ale Sulima gdzieś słyszał, że produkt można spożyć do miesiąca po dacie, a lekarstwa ponoć jeszcze przez rok. Celowo producenci dawali krótkie terminy przydatności, aby zmusić klientów do kupowania wciąż nowych produktów. Z roku na rok wytwarzane masowo towary zdawały się coraz bardziej przypominać przedmioty jednorazowego użytku. Zepsutą pralkę czy lodówkę taniej było zastąpić nową, niż oddawać do naprawy, gdy upłynęła gwarancja. A rzeczy psuły się zawsze w kilka dni po tym terminie. Jedząc łapczywie chipsy, których smak wcale nie przypominał wędzonego boczku, lecz zjełczałą słoninę, cierpliwie czekał końca reklam.

Gdy z ekranu zniknęła uśmiechnięta twarz popularnego aktora zachęcającego do założenia konta w banku, który za kredyty pobierał horrendalne opłaty, ale odsetki od lokat proponował śladowe, do uszu Sulimy dotarł głos znanego w kręgach osób interesujących się zjawiskami paranormalnymi i UFO, doktora Zdzisława Przecławskiego.

–           Udało mi się uzyskać informację z Centrum Astronomicznego, z której wynika, że w okresie świąt Bożego Narodzenia, a więc już na dniach, dojdzie do bardzo rzadkiego zjawiska astronomicznego – ufolog ciągnął zaaferowanym tonem. – Merkury, Wenus, Saturn, Mars i Jowisz będą widoczne z Ziemi niemal w jednej linii, po przekątnej. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że planety te mają różne orbity i cykle roczne, takie ich ustawienie należy uznać za wyjątkowy pokaz natury. Taki układ jest unikatowy w XXI wieku. Te ciała niebieskie zgrupują się jeszcze tak ściśle we wrześniu 2040, lipcu 2060 i listopadzie 2100 roku. Podobna koniunkcja utworzyła się w dwutysięcznym roku, co przyniosło takie wydarzenia jak wybór Putina na prezydenta Rosji czy George’a W. Busha na prezydenta USA. Natomiast w Polsce pękło serce dzwonu Zygmunt. Indyjska astrolożka, Gayatri Devi Vasudev, która trafnie przepowiedziała śmiertelny zamach na Indirę Gandhi, drugie zwycięstwo Billa Clintona w wyborach prezydenckich, a nade wszystko zamach na Stany Zjednoczone 11 września 2001 roku, twierdzi, że tegoroczna koniunkcja pięciu planet nie zapowiada jeszcze konfliktu na globalną skalę, ale ludzkość powinna mieć się na baczności, zwłaszcza w niektórych regionach świata. Jak wynika z moich wieloletnich doświadczeń, obecna koniunkcja planet pozwoli nam zaobserwować nieznane, a tym samym niezrozumiałe zjawiska przyrody. Być może niebezpieczne dla człowieka, zwłaszcza o słabych nerwach. Szczególnie w miejscach wybranych…

–           Jakoś żadne z nich, ani hinduska astrolożka, ani pan doktor, nie przewidziało katastrofy smoleńskiej, która niesie ze sobą gorsze skutki niż zamach w Nowym Jorku – nie czekając na koniec programu, Sulima skwitował z niesmakiem wywód ufologa i wyłączył telewizor.

To miejsce

Bestię zbudził donośny krzyk sowy, która zerwała się z pobliskiej gałęzi i pofrunęła w głąb lasu, pogrążonego w szarościach wstającego dnia. Choć mogło się wydawać, że jego mieszkańcy spali snem sprawiedliwych, życie toczyło się utartym rytmem. Drapieżcy żerowali w najlepsze, a przyszłe ofiary, z lepszym lub gorszym skutkiem usiłowały, niezauważone, skryć się w bezpiecznych miejscach. Niektórzy mieszkańcy lasu już zanurzyli się w głęboki sen zimowy, trawiąc sadło zgromadzone latem. Chłód grudniowego poranka posrebrzył szronem pozbawione liści gałęzie buków i osik, a delikatna mgła snuła się przy ziemi. Wraz z podmuchem wiatru, z daleka doleciał do bestii smakowity zapach koziego mięsa. Bezszelestnie wychynęła ze swojej kryjówki i wiedziona przez intensywną woń niczym drogowskazem, bezbłędnie zmierzała do właściwego celu.

Zapach ewentualnego śniadania doprowadził ją na skraj lasu przeciętego szeroką asfaltową szosą. Po drugiej stronie, widoczna pomiędzy drzewami, rozciągała się łąka, dalej majaczyły czerwone dachy z rzadka rozrzuconych domów. Z tyłu za nimi, z minuty na minutę jaśniało niebo, zwiastując nadchodzący dzień. To od strony tych chałup dolatywał, przynoszący do pyska ślinę, zapach koziego mięsa. Jednym susem bestia pokonała szosę i na ugiętych łapach skradała się poprzez łąkę. Po chwili wyszła na błotnistą polną drożynę, którą nocny przymrozek skuł na kamień. Nieopodal samotnie stojącej chałupy, przekrzywionej ze starości, ujrzała skleconą z surowych żerdzi, zadaszoną zagrodę, a w niej kilka kóz. Kopytne od razu wyczuły niebezpieczeństwo, lecz jeszcze nie wiedziały, jak ono wyglądało. Nie znały takiego zapachu. Nigdy wcześniej się z nim nie zetknęły. Z pewnością nie była to woń psa ani wilka. Na zbliżające się dość szybko, nieznane im niebezpieczeństwo, kozy spoglądały z zainteresowaniem pomieszanym z przerażeniem, mając pewność, że takiego stworzenia nigdy w życiu nie widziały. Nawet im się nie śniło po nocach. Lecz instynktem wyczuły w nim mięsożercę.

Bestia podkradła się do niskiego ogrodzenia i pokonała je jednym susem. Kozy podniosły raban i zbiły się w gromadkę. Kozioł bohatersko wysunął się przed stadko swoich żon i dzieci i usiłował nastraszyć agresora ostrymi rogami. Niepotrzebnie. On nie znajdował się w kręgu zainteresowań. Po co zadawać sobie trud, aby w nagrodę dostać łykowate mięso. Na celowniku mięsożercy znalazło się samotne koźlątko, pałętające się bezradnie w rogu zagrody. Jednym skokiem znalazł się przy nim, wątłe gardziołko chwycił w potężne szczęki i z martwą już zdobyczą w pysku przeskoczył nad ogrodzeniem.

Słońce już lśniło wysoko na niebie, kiedy stworzenie uznało, że to przeklęte miejsce, gdzie człowiek w gumiakach pastwił się nad nim, zostało dostatecznie daleko. Okolica jawiła się jako dzika i wymarła. Z każdym przebytym kilometrem odnosiło wrażenie, jakby rozpoznawało stare znajome zapachy, choć las jawił się jakiś inny. Może tak było za sprawą liści, które spadły z drzew, traw, które uschły i braku wielu ptaków, które gdzieś odfrunęły. Ich miejsce zajęły inne, czarne i kraczące donośnie na jego widok. Stojąc na szczycie wysokiego wzniesienia potoczyło władczym wzrokiem po leżącym u jego stóp gęstym świerkowym lesie, który zdawał się nie mieć końca. I wówczas dopiero rozpoznało to miejsce. „Dom! Mój dom!” – uradowane puściło się biegiem w dół stromego zbocza.

Edyta

Gdy do uszu Edyty dotarły przekleństwa Maksa, domyśliła się, że mąż skończył tę nieprzyjemną dla niego rozmowę. Szybciutko czmychnęła z powrotem na kanapę, zapuszczając wzrok na ekran telewizora. Przemknęło jej nieprzyjemnie przez myśl, że Maks jednak uwikłał się w jakieś ciemne interesy. Po minucie, klapiąc laczkami po posadzce, wszedł do salonu. Bez słowa podszedł do barku, który otrzymali w prezencie ślubnym od Patryka. Jak twierdził, kupił go w desie, bo ponoć Maks gustował w antykach. Jednak sądząc po stanie zachowania, zdaniem Edyty mebel raczej pochodził z giełdy staroci. Od teściowej dostali wówczas dziewiętnastowieczny obraz mało znanego artysty, ale za to profesora warszawskiej akademii. Dzieło to, przedstawiające martwą naturę, ponoć od pokoleń było w posiadaniu jej rodziny. Teściowa wywodziła się z Warszawy, o czym nie omieszkała przypominać na każdym kroku, jakby chciała dać do zrozumienia, że było to jedyne miejsce w Polsce, w którym wypadało się urodzić. Edyta jednak nie była zachwycona ani obrazem, ani nadgryzionym przez korniki meblem. Szorowała go pół dnia śmierdzącymi jak diabli środkami, aby pozbyć się robactwa, które zazwyczaj bytowało w takich „zabytkach”, jak Patryk mawiał o barku. Nie przepadała za starociami, wolała meble nowoczesne, w stylu Ikea. Ale przyszło jej mieszkać wśród staroci po rodzicach, bo zawsze były inne wydatki. Nawet mebli w kuchni nie wymienili i nadal korzystali z sosnowych szafek, kupionych jeszcze przez rodziców w czasach, kiedy stanowiły przedmiot marzeń wielu Polaków. Jedynie łóżko do sypialni Edyta kupiła nowe, za nagrodę kuratora, którą otrzymała po kilku latach ciężkiej pracy w liceum.

Zanim Maks zagłębił się w fotelu, opróżnił zawartość kieliszka duszkiem i nalał sobie nową porcję, a po chwili kolejną. Miał gdzieś, co powie Edyta. W końcu chyba mógł się napić raz na jakiś czas alkoholu i to we własnym domu. Przecież się nie awanturuje i policji wzywać nie trzeba. No fakt, był raz taki moment, że popchnął Edytę tak mocno, aż potoczyła się na kredens. W sumie nic jej się wielkiego nie stało. Jedynie kilka filiżanek z brzękiem posypało się na podłogę. Ale nie zapanował nad nerwami. Zamiast go wesprzeć, nadawała jak zepsuty adapter. W kółko to samo, jakby się zacięła: „Zniszczysz sobie i nam wszystkim życie! Kiedyś zabijesz człowieka i pójdziesz siedzieć! Skończysz w więzieniu, zobaczysz!”. Miało to miejsce wówczas, gdy stracił prawo jazdy za prowadzenie samochodu w stanie nietrzeźwym, jak napisano w uzasadnieniu. „Dobrze, że nie zrobili badań na obecność substancji psychoaktywnych” – przeszło mu wtedy przez myśl. Utrata prawa jazdy oznaczała poważne komplikacje. Albo musiała wozić go Edyta, albo Patryk. Taksówki nie wchodziły w grę z uwagi na wysokie koszty. Po miesiącu jeżdżenia z kierowcą, machnął na wszystko ręką i wsiadł za kierownicę. Był zbyt nerwowy, aby cierpliwie znosić przesadne przestrzeganie przepisów przez Patryka czy gapowatość Edyty, która zawsze zapomniała skręcić we właściwą przecznicę. Jeździł ostrożnie, aby nie podpaść i jakoś czas zleciał.

Odstawił butelkę na miejsce i założywszy nogę na nogę, z pozoru z zainteresowaniem spoglądał na szklany ekran. Nie miał już ani grama prochów, a odrobina koki zrobiłaby mu najlepiej. Facet, od którego zawsze kupował towar, znowu zażądał większej stawki. Za marihuanę też. Maks się wkurzył i nic nie kupił. Teraz pożałował swego kroku. „Głupi kutas ze mnie. Nie musiałem się tak zaraz unosić honorem!”. Wyjście na miasto po towar odpadało, Edyta nabrałaby podejrzeń. Wolał uniknąć jej dociekliwych pytań w rodzaju: na co, po co, dlaczego. Sięgnął po paczkę papierosów leżącą na ławie i zapalił. Z trudem hamował drżenie rąk.

–           Gdzie się znowu podziała popielniczka? – zapytał rozdrażniony, rozglądając się po pokoju.

Edyta bez słowa wyszła po nią do kuchni. „Wytresowana jak piesek” – przemknęło jej przez myśl. Z jego twarzy Edyta z łatwością wyczytała, że był zdenerwowany. Wolała jednak nie wdawać się w dyskusję, bo i tak Maks prawdy jej nigdy nie powiedział, jeśli nie chciał. Dopiero gdy kilka razy się zaciągnął papierosem, uznała, że mogła już zadać mu pytanie:

–           Kto dzwonił?

–           Kiedy? – odpowiedział pytaniem, udając zdziwienie.

–           Przecież tak się darłeś do telefonu, że słychać było aż tutaj… – odparła, wzruszając ramionami.

–           Interesy – bąknął krótko. – Kontrakt szlag trafił i z kasy nici, a zaliczka poszła na samochód. Dogadałaś się z Dorotą, co weźmiecie do żarcia na te kilka dni? – zmienił szybko temat.

Nie mógł żonie powiedzieć, że wpadł w tarapaty. Byłoby to równoznaczne z przyznaniem jej racji. Zawsze go ostrzegała, że się doigra, prowadząc nieczyste interesy. I wykrakała.

–           Tak wstępnie… – Edyta mruknęła pod nosem. – Dorota i tak nigdy nie przygotuje tego, co obieca…

–           To zadzwoń i ustalcie – tonem nie znoszącym sprzeciwu wpadł jej w słowo. – Żebyśmy potem nie głodowali, bo nie mam zamiaru tłuc się do Świeradowa po zakupy. Choć te parę dni chciałbym spędzić z dala od tej całej świątecznej hałastry. Spakuj też jakiś mocniejszy alkohol, bo Patryk jak zwykle tylko wino kupi – dorzucił, wychodząc pospiesznie do łazienki. Przypomniał sobie, że w zeszłym tygodniu ukrył jedną działkę w pudełku po wodzie po goleniu.

Edyta posłusznie sięgnęła po słuchawkę telefonu. Rozmowa z Dorotą przeciągnęła się ponad zaplanowane kilka minut na temat podziału, która co ugotuje. Najpierw szwagierka wypytywała szczegółowo, gdzie właściwie mieści się ta gajówka. Widocznie Patryk nie umiał jej wyjaśnić. Edyta też tego nie wiedziała. Gdy Dorota usłyszała, że z cywilizacyjnych osiągnięć jest tam tylko elektryczność, jęknęła z przerażeniem:

–           Kurczę blade, jak ja ten tydzień przetrzymam…

Choć w tym jednym miały podobne zdanie. Z reguły podczas rodzinnych przepychanek brała stronę Maksa. Potem Edyta musiała wysłuchać, jakie nowe ciuchy szwagierka kupiła sobie na wyjazd, zresztą nie wiadomo po co. Przecież poza Maksem i Patrykiem, jedynymi świadkami kreacji będą drzewa. Pochwaliła się także wizytą u popularnego w tym sezonie fryzjera, który wyczarował jej nową fryzurę. Ponoć taką najmodniejszą, z nieregularną grzywką spadającą na jedno oko i podgolonym karkiem. Może Dorocie do twarzy w takim uczesaniu. Ufarbowane na brąz włosy, mocny makijaż. Niczym celebrytka z Warszawki. Edyta od lat czesała się tak samo. Na pazia. Jasne jak pszenica włosy miała krótko obcięte z grzywą opadająca poniżej linii brwi. Zielone oczy, obwiedzione czarną kreską eyelinera, sprawiały wrażenie kocich. Miękkie jak jedwab włosy, z lekko podwiniętymi końcówkami, same ładnie układały się na karku i za uszami. Wystarczyło po umyciu wysuszyć suszarką. Oczywiście na Edytę spadł ciężar ulepienia pierogów i uszek, bo Dorota oświadczyła, że przygotuje śledzie i rybę po grecku. To, co najłatwiejsze.

–           Jeśli myślisz, cwaniaczko, że się upierniczę na śmierć przy tych uszkach, to jesteś w grubym błędzie – wymamrotała pod nosem, odkładając słuchawkę. – Kupię jutro w pierogarni – dokończyła w myślach, bo Maks właśnie wszedł do pokoju.

Gdyby się zorientował, że na wigilijnym stole postawiła coś kupnego, awantura byłaby gotowa. Nie przeszkadzało mu jednak, że w zabieranych na wyprawy gotowych porcjach z wojskowego demobilu była sama chemia, wszystkie Eileś tam, sztuczne barwniki, mięso od padłych krów, albo mrożone przez pięć lat, wypełnione białkiem sojowym i glutenem. Także u Patryków wyjadał wszystko z cateringu i nie wybrzydzał. Bezczelnie potrafił obcałowywać Dorotę po jej pulchnych jak serdelki palcach, dziękując za pyszną kolację. Do głowy mu nie przyszło, że z takimi tipsami na paznokciach, jakie miała Dorota, nie sposób zagnieść ciasta ani nafaszerować pierogów. Edyta spojrzała ze wstydem na swoje krótko obcięte paznokcie bez krzty lakieru. Jednak ona nie miała czasu na wizyty u kosmetyczki, manicurzystki czy opalanie się w łóżku słonecznym. Nie dość, że musiała gotować obiady, to wieczorami siedziała nad klasówkami uczniów albo przygotowywała preparaty na kolejną lekcję. A każdą wolną chwilę poświęcała na obróbkę zdjęć w komputerze. Ale z tej przyjemności nie miała zamiaru rezygnować na rzecz jakiejś kosmetyczki. Dorota domową robotę zwaliła na Patryka, bo miał do tego smykałkę, a w garmażerii kupowała gotowe półprodukty. W biurze pierdziała w stołek, jak zawsze mówiła Edyta, a po pracy miała czas dla siebie.

Wypisanie e-maili z ocenami, które obiecała dostarczyć rodzicom przed świętami, aby wiedzieli, czy do ich pociech przyjedzie Mikołaj z prezentem czy z rózgą, zajęło Edycie czas do północy. Kiedy ona była dzieckiem, za prezent uważano położone pod choinką buty czy ciepłe skarpety, które zdobywało się z trudem. Przyszło jej na myśl, że dzisiaj już tak nie potrafiła się cieszyć z żadnego prezentu jak wówczas ze zwykłych wełnianych rękawiczek. Należała do tych dzieci, które zajęte zabawą, nie zwracały uwagi na cały otaczający je świat. Często, wracając z sanek, dopiero przed domem zdawała sobie sprawę, że gdzieś posiała szalik albo czapkę. Za karę przez jakiś czas musiała się bez nich obejść, zanim mama, wbrew zakazowi ojca, nie kupiła jej nowych. Ojciec Edyty reprezentował starą szkołę wychowywania dzieci, polegającą nie tyle na stosowaniu kar, ale na egzekwowaniu, aby dziecko poniosło konsekwencje swojego postępowania, choćby nie wiem jak były dokuczliwe. Czasami się łapała na tym, że podświadomie stosuje te metody wobec swoich uczniów.

Gdy wsunęła się do małżeńskiego łóżka, Maks już spał, odwrócony do niej plecami. Z zamkniętymi oczami, rozluźniony przez sen, z błąkającym się na ustach uśmiechem, przypominał tego chłopaka sprzed lat, w którym Edyta się zakochała od pierwszego wejrzenia, podczas imprezy z koleżankami w Dworze Wazów, z okazji ukończenia studiów. Maks wraz z licznym towarzystwem, w sali obok, świętował swoje dwudzieste piąte urodziny. Zaczepił ją, gdy szła do toalety. Gadali wówczas na korytarzu przez pół godziny, skacząc z tematu na temat, od polityki do szlaków turystycznych, oboje zaskoczeni zbieżnością poglądów. Od tamtego czasu Maks zmienił nie tylko poglądy, ale nawet nie miał ochoty na ich temat z Edytą rozmawiać. Każdą dyskusję kwitował krótko: „wałkuj swoich uczniów, ja mam ważniejsze sprawy na głowie”.