Ptaki nie znają granic - Noah Strycker - ebook
Opis

Napisana z pasją, dowcipem oraz finezją książka dla miłośników przyrody, przygody oraz ptaków. Wciąga, bawi oraz zmienia nasze spojrzenie na świat. Przypomina, że nie jesteśmy na Ziemi sami – dzielimy go z milionem innych stworzeń.

Noah Strycker przez 365 dni podróżował z plecakiem, nieodłączną lornetką oraz aparatem fotograficznym. Odwiedził 41 krajów na 7 kontynentach. Odbył 112 lotów, pokonując w sumie 161761 kilometrów. „Ptaki nie znają granic” to fascynujący zapis wyjątkowej podróży w poszukiwaniu skrzydlatych stworzeń.

 

Autor skupia się przede wszystkim na tych gatunkach ptaków, które miały dla niego strategiczne znaczenie lub tych, które wywarły na nim największe wrażenie. Przedstawia je w fachowy a zarazem dowcipny i przystępny sposób, podkreślając to, co w każdym, nawet najbardziej niepozornym, gatunku jest najciekawsze.

 

Książka pokazuje świat pełen pijawek, chronicznego braku snu, momentów zwątpienia, lawin błotnych, powodzi. Prowadzi nas przez tereny objęte wojną i  katastrofy ekologiczne. Opowiada nie tylko o ptakach, ale również o ludziach – zawodowcach i amatorach, których łączy wspólna pasja – miłość do ptaków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 605

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Birding Without Borders

Przekład z angielskiego: Michał Radziszewski

Projekt okładki: Katarzyna Grabowska/&visual

Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Bogusława Jędrasik

Wszystkie ilustracje wykorzystane na okładce i wyklejkach pochodzą ze zbiorów Biodiversity Heritage Library (www.biodiversitylibrary.org).

Ilustracje roślin wykorzystanych na wyklejkach pochodzą z magazynu „Revue horticole: journal d’horticulture practique”

© Revue horticole : journal d’horticulture practiquewww.biodiversitylibrary.org

© 2017 by Noah Strycker

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-1233-1

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

Przedmowa

Ptaki są czymś rzeczywistym. Gdybym musiał usprawiedliwiać ekstremalnie intensywne zainteresowanie ptakami, taki byłby mój pierwszy argument. Nawet kiedy rzucamy się w szaleńczą pogoń za stworzeniem jak najdłuższej listy zaobserwowanych gatunków ptaków, jesteśmy silnie związani z rzeczywistością – nie tylko z ptakami, ale również z geografią, ze zjawiskami pogodowymi, z typami lasu, rozkładami pływów morskich i bezlikiem innych czynników, ponieważ wszystko w naturze jest ze sobą powiązane. Ludzie mogą mieć różne zainteresowania, chcąc uciec od rzeczywistości, ale ptasiarstwo popycha w przeciwnym kierunku. To głębokie zanurzenie w realnym świecie.

Rok jest również czymś realnym – jednym okrążeniem Ziemi wokół Słońca – a całoroczne wysiłki podejmowane przez ptasiarzy są typowym przykładem ekstremalnego uprawiania hobby. Do pierwszej rywalizacji obserwatorów ptaków o palmę pierwszeństwa w wyścigu, kto w ciągu roku zaobserwuje najwięcej gatunków doszło w latach 90. XIX wieku w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, w hrabstwie Lorain, w stanie Ohio. Lynds Jones i W.L. Dawson współpracowali i rywalizowali ze sobą, aby uzyskać jak najlepszy wynik na obszarze hrabstwa. W latach 30. XX wieku o miano twórcy najdłuższej listy rocznej w całej Ameryce Północnej na północ od Meksyku rywalizowało kilku ptasiarzy. Od tamtego czasu popularność tego wyścigu stopniowo rośnie, tak samo jak liczby zaobserwowanych gatunków. W ostatnich latach mistrzowie z Ameryki Północnej podnoszą coraz wyżej poprzeczkę i drenują swoje konta bankowe, latając wte i wewte po całym kontynencie, ścigając każdą rzadkość w jego granicach.

Ja sam zrobiłem „Big Years” (Wielki Rok) jako nastolatek w latach 70. XX wieku, dysponując bardzo skromnym budżetem, ale ograniczenia jakie wówczas stanowiły granice państwowe, były dokuczliwe. Podczas owego roku zrobiłem sobie przerwę na trzy wycieczki do Meksyku, mimo że ptaki zaobserwowane za południową granicą nie liczyły się. Urokowi tropikalnej bioróżnorodności nie mogłem się oprzeć. Nawet wówczas szeroki świat rozmaitości gatunków kusił bardziej niż pomysł obserwowania ptaków w obrębie określonych granic.

Peter Alden, pionier-przewodnik wycieczek zagranicznych mających na celu podpatrywanie ptaków, zaobserwował ponad 2000 gatunków na świecie w ciągu 1968 roku. Wszyscy myśleliśmy, że to był niezły wynik. W tamtej epoce nikt nie myślał na serio o pobiciu tego rekordu. Tropienie ptaków za granicą w skali światowej było trudne. Tysiące tropikalnych gatunków nie zostało wcześniej w ogóle zilustrowanych, a dobre przewodniki terenowe były dostępne tylko dla Ameryki Północnej, Europy i Republiki Południowej Afryki. Poza Stanami Zjednoczonymi publikacje poświęcone temu, gdzie szukać ptaków, były niemal niespotykane. Wycieczki, aby podglądać ptaki, były organizowane do stosunkowo niewielu miejsc. Dla moich znajomych i dla mnie tego typu zamorska wycieczka oznaczała wielotygodniowe przygotowania i często więcej tygodni późniejszych dociekań, aby zorientować się, co widzieliśmy. Jakkolwiek te podróże były satysfakcjonujące, nikt nie chciał upychać zbyt wielu gatunków w jednym roku. Od tamtego czasu w ciągu kilku dekad światowe ptasiarstwo przeszło dwie wielkie rewolucje, które wszystko zmieniły.

Pierwsza istotna zmiana dokonała się za sprawą eksplozji informacji, następującej stopniowo, lecz na ogromną skalę. Dzisiaj każdy znany gatunek ptaka jest znakomicie zilustrowany. Praktycznie w dowolnym miejscu na Ziemi możemy korzystać z wielu przewodników do rozpoznawania ptaków. Tysiące gatunków jest teraz mniej zagadkowych, a ich tajemnice zostały wyjaśnione. Doskonałe nagrania dźwiękowe mają ogromne znaczenie – służą do odnajdowania nieuchwytnych celów, zwłaszcza w gęsto zarośniętych, tropikalnych miejscach. Kiedyś, chcąc zobaczyć na przykład bącznika, wędrowało się przez rok po dorzeczu Amazonki i modliło o cud. Teraz, gdy znane są jego głos i preferencje siedliskowe, nie jest trudno znaleźć ten cudaczny, mały gatunek z rodziny czaplowatych.

Kolejna zmiana dokonała się za sprawą społeczności globalnej. Nie tak dawno temu ptasiarstwo było zajęciem popularnym w kilku krajach anglojęzycznych, północnej Europie i Japonii. Komunikacja pomiędzy tymi rezerwuarami ptasiarskiej aktywności była ograniczona. Powstanie Internetu to zmieniło. Pojawienie się list dyskusyjnych doprowadziło do błyskawicznej wymiany zdań pomiędzy mieszkańcami różnych kontynentów. Media społecznościowe, takie jak Facebook, przełamały nawet barierę językową, umożliwiając dzielenie się zdjęciami ptaków i automatyczne tłumaczenie. W tym samym czasie w większości krajów wyrosły lokalne społeczności ptasiarzy. W przeszłości, chcąc uzyskać poradę na temat obserwowania ptaków w Kolumbii, szukało się Amerykanów lub Europejczyków, którzy tam bywali. Dziś ptasiarstwo w tym kraju kwitnie, a kolumbijscy eksperci znają własną awifaunę lepiej niż ktokolwiek z zewnątrz. Wiedza jest teraz zdecentralizowana. A ponieważ wszędzie na świecie ptasiarze są zazwyczaj otwarci i skłonni do dzielenia się informacjami, podróżni mają obecnie znacznie więcej potencjalnych źródeł pomocy.

W przypadku jeżdżenia po świecie w poszukiwaniu ptaków największym motorem zmian jest eBird, ogromna internetowa baza danych o obserwacjach ptaków. Uruchomiona w 2002 roku, początkowo ograniczała się do Ameryki Północnej, a globalnie zaczęła działać w 2010 roku. Spotkała się z niezwykle ciepłym przyjęciem, a jej rozwój na świecie jest niezwykle intensywny i całkowicie zmienia sposób postrzegania potencjału odległych krajów. Kiedyś, gdy czytało się o wojowniku żałobnym (z rodziny jastrzębiowatych – przyp. tłum.) na Półwyspie Malajskim i w Indonezji, wydawało się to być niewyobrażalnie daleko. Teraz po kilku kliknięciach na stronie eBird wyświetli się kilka miejsc, w których ten gatunek był widziany w ciągu ostatniego miesiąca i można sprawdzić, jak często jest on obserwowany w tych miejscach i kim są lokalni obserwatorzy. Stwierdzenie, że eBird stał się globalnym centrum informacyjnym dla aktywnych ptasiarzy, nie jest przesadą.

Wraz z ewolucją światowego ptasiarstwa zwiększa się rekordowa liczba gatunków odnotowanych w ciągu roku na świecie. Amerykański ornitolog James Clements „uzbierał” w 1989 roku w sumie ponad 3600 gatunków – tuż przed pojawieniem się Internetu. W 2008 roku nieustraszona brytyjska para, Alan Davies i Ruth Miller, przekroczyła 4300 gatunków – tuż nim eBird zaczął działać na skalę globalną. Nadszedł czas, by ktoś przekroczył 5000, rejestrując ponad połowę ptaków na świecie w ciągu jednego roku. Wszyscy wcześniejsi mistrzowie – Alden, Clements, Davies i Miller – byli lub są moimi przyjaciółmi i obserwowałem z wielkim zainteresowaniem, kto będzie następny.

Nie można było spodziewać się lepszego kandydata niż Noah Strycker. Ten błyskotliwy młodzieniec był już weteranem zaawansowanych badań terenowych, znanym z pisania o ptakach z dociekliwością i wdziękiem; nie można było zlekceważyć go, uznając za kogoś „kto tylko prowadzi listy gatunków”. W jednym starannie zaplanowanym sprincie dookoła świata pobił poprzednie rekordy. Przywiązywał również wagę do tego, aby wszędzie tam, dokąd się udawał, żyć jak miejscowi i nawiązać kontakty z lokalnymi ekspertami od ptaków. W wyniku tego powstał jego wnikliwy, realistyczny portret ptaków i ptasiarzy na świecie.

W tym momencie historii łatwiej niż kiedykolwiek jest oglądać ptaki na całym świecie… ale na całej planecie ptaki napotykają bezprecedensowe niebezpieczeństwa. Pesymista mógłby powiedzieć, że znajdujemy się w optymalnym punkcie pomiędzy dostępnością ptaków a ich wymieraniem. Nie patrzę na to w ten sposób. Noah Strycker napotkał mnóstwo ptaków podczas swojej wielkiej podróży, ale co ważniejsze, w każdym kraju spotkał ludzi, którzy z pasją troszczą się o te ptaki i którzy będą walczyć o ich przetrwanie. Wszystko w przyrodzie jest ze sobą powiązane, a ponieważ więzi pomiędzy ptasiarzami są coraz mocniejsze, przyszłość już teraz wygląda nieźle.

Kenn Kaufman

Na końcu świata

Przesądni obserwatorzy mawiają, że zwiastunem przyszłości jest pierwszy ptak, którego zobaczy się w Nowy Rok. Jest to moment zwrotny w tradycyjnym zodiaku chińskim, który przypisuje każdy rok pewnemu zwierzęciu, na przykład smokowi lub szczurowi… Któregoś roku obudziłem się pierwszego stycznia, wyjrzałem na zewnątrz i zobaczyłem sikorę jasnoskrzydłą, ładne, przyjazne stworzenie, które każdy lubi. To był fantastyczny rok. W pierwszym dniu kolejnego roku pierwszego zobaczyłem szpaka, pogardzanego intruza w Ameryce Północnej, który załatwia się na zaparkowane samochody i zwyczajnie zabija pisklęta błękitników, tylko dlatego że to potrafi. W porównaniu z rokiem sikory rok szpaka był dla mnie prawie całkiem stracony.

Tak więc pierwszego stycznia 2015 roku z pewnym niepokojem rozglądałem się wokoło, by przekonać się, który ptak nada ton następnym 365 dniom. Wiedziałem już, że nie będzie to zwyczajny rok: dopiero co rzuciłem stałą pracę, zerwałem z dziewczyną, wydałem większość oszczędności, a potem, upchnąwszy cały dobytek do małego plecaka, wyruszyłem dosłownie na koniec świata. Teraz, gdy zegar wybijał północ, na pokładzie rosyjskiego statku w zamarzniętych przestworzach Antarktyki, z butelką szampana w rękach i lornetką dyndającą na szyi, siedziałem w wannie jacuzzi w towarzystwie historyka ze Szkocji, badacza pingwinów i geologa. Jaki ptak pozwoliłby zorientować się, dokąd to wszystko zmierza?

Przy odrobinie szczęścia mógłby to być pingwin. Zadałem sobie wiele trudu, aby zaplanować obchody Nowego Roku dokładnie tak, by zaraz po obowiązkowym odliczaniu i toaście rok 2015 mógł zostać ogłoszony rokiem pingwina – który, w ujęciu karmicznym, nie może pójść źle. W poprzednim tygodniu spędziłem samotnie noc Bożego Narodzenia na posadzce lotniska w Los Angeles, odbyłem podróż ze Stanów Zjednoczonych na południowy kraniec Argentyny, zaokrętowałem się na statek i przepłynąłem przez burzliwą Cieśninę Drake’a. Teraz znalazłem się w przełomowym momencie, kiedy los nada bieg największemu „wielkiemu rokowi” w moim życiu i prawdopodobnie historii międzynarodowego ptasiarstwa.

Cel był prosty: w ciągu następnych dwunastu miesięcy zobaczyć 5000 gatunków ptaków – około połowy na Ziemi – podczas ekstremalnej podróży dookoła świata. Po opuszczeniu Antarktyki miałem spędzić następne cztery miesiące w Ameryce Południowej, potem powędrować na północ przez Amerykę Środkową, Karaiby i Meksyk, by dotrzeć w maju do Stanów Zjednoczonych. Jeśli wszystko poszłoby dobrze, miałem polecieć do Europy, zrobić wielki zwrot o 180 stopni przez Afrykę, obskoczyć Bliski Wschód, przebyć zygzakiem większą część Azji i przez Oceanię – zaliczając wyspę po wyspie – dotrzeć do Australii, by tam świętować rozpoczęcie kolejnego nowego roku. Podczas gdy Ziemia miała obiec Słońce, ja chciałem odwiedzić czterdzieści krajów bez dnia wolnego. Nikt nigdy nie porwał się na taką podróż, eksperci o ptasich móżdżkach spierali się o to, czy w ogóle możliwe jest zobaczenie 5000 gatunków w ciągu jednego roku kalendarzowego. Pod koniec ta podróż przeszła nawet moje najśmielsze oczekiwania. Ale na razie wiedziałem tylko, że o północy zegar zaczął odmierzać mój Wielki Rok.

Ci, którzy latają najwięcej na świecie, nie mają statusu platynowych pasażerów, prawa do darmowej zmiany klasy biletu czy choćby paszportu. Każdej godziny miliony tych imigrantów bez dokumentów wlewają się przez granice państwowe i nikt nie myśli o budowaniu murów, aby ich zatrzymać. W każdym razie byłoby to niemożliwe. Ptaki to prawdziwi obywatele świata, którzy mogą pojawiać się i znikać, kiedy im się podoba.

Kilka lat temu dwóch brytyjskich naukowców zmierzyło się z pytaniem, ile ptaków żyje na Ziemi i obliczyło, że w każdej chwili naszą planetę dzieli z nami od 200 do 400 miliardów pierzastych przyjaciół. To daje około czterdziestu ptaków na każdego człowieka, ciągnących się jeden za drugim aż po krańce Ziemi. Ptaki zajmują niemal każdą wyobrażalną niszę na świecie, od dzikiej Amazonii w Ameryce Południowej po serce Bronksu w Nowym Jorku. Nawet miejsca, które wydają się pozbawione życia, znajdują się w ich zasięgu: nieustraszone ptaki zarejestrowano na biegunie południowym, nad Mount Everestem i nad otwartymi oceanami, setki kilometrów od lądu. Według stanu z 2015 roku na Ziemi zidentyfikowano 10365 gatunków ptaków – liczba ta daje do myślenia, jaka musi być sama ich różnorodność. Najmniejszy – koliberek hawański występujący na Kubie – mógłby wygodnie usiąść na pazurze największego – strusia czerwonoskórego.

Ptasiarstwo to stan umysłu w większym stopniu niż cokolwiek innego, co sprawia, że trudno je zdefiniować. Roger Tory Peterson, uważany powszechnie za ojca współczesnego ptasiarstwa, zauważył kiedyś, że ptaki są dla każdego czymś innym: przedmiotem nauki, sztuki, sportu. Mogą nawet, jak dodał z przymrużeniem oka przyjaciel Petersona – James Fisher – „być nudne, jeśli jest się nudziarzem”. Ptasiarstwo to zajęcie trudne do zaszufladkowania, chociaż wielu próbowało to zrobić; jest to polowanie, kolekcjonowanie i hazard w jednym. Nikt nie potrafi rozstrzygnąć, czy ptasiarstwo należy traktować jako uzależnienie, sposób na odreagowanie czy zabawę uprawianą przez ekonerdów ubranych w khaki.

Moje własne zainteresowanie ptakami zaczęło się dość niewinnie w wieku dziesięciu lat, kiedy mój nauczyciel w piątej klasie przyczepił na przyssawki do okna naszej klasy przezroczysty plastikowy karmnik. Kiedy miałem dwanaście lat, tata pomógł mi zbudować budki lęgowe dla błękitników i zabrał mnie na ptasiarski festiwal we wschodnim Oregonie. Niedługo później taszczyłem do domu gnijące truchła jeleniowatych, aby zwabić i sfotografować sępniki różowogłowe, następnie odłożyłem na później college, żeby pojechać badać gniazda ptaków w Panamie, a potem wymigałem się od pracy od godziny dziewiątej do siedemnastej, i przedstawiałem się jako „ornitolog”, gdy ktoś mnie pytał o profesję.

Moje hobby dawało mi od początku poczucie celu. Obserwując niebo, zacząłem postrzegać świat na różne sposoby, pozwalałem, by ciekawość wiodła mnie w nowe miejsca. W wieku dwudziestu kilku lat miałem za sobą ponad półtora roku spędzonego pod namiotami w różnych, odległych zakątkach świata. Dzieliłem czas pomiędzy ptasie projekty badawcze i ekspedycje i zaakceptowałem to, że nie będzie od tego odwrotu. Miałem również narastające, niepokojące poczucie, że nawet jeśli robiłbym to przez resztę życia, to po prostu jest zbyt dużo ptaków i zbyt mało czasu.

Poczucie pilnej konieczności wydaje się być wszechobecne. Psychologowie określają to terminem FOMO (ang. Fear of Missing Out – lęk przed przeoczeniem czegoś), obrońcy przyrody odwołują się do utraty siedlisk, a hollywoodzcy reżyserowie nazywają to apokalipsą. Jeśli chodzi o nawiązywanie kontaktu z przyrodą, żyjemy w interesującym momencie. Sto lat temu ludzie obserwowali ptaki w nadziei odkrycia nowych gatunków, ale złoty wiek ornitologicznych odkryć przeminął; obecnie praktycznie wszystkie gatunki ptaków są skrupulatnie, naukowo opisane, a ich stęchłe okazy upchnięte w zbiorach muzealnych. Dziś ludzie garną się do ptasiarstwa z dokładnie przeciwnego powodu: by odnaleźć i celebrować kontakt z naturą w czasach, gdy znaczna część społeczeństwa rzadko kiedy ośmiela się wyjść z domu na dwór. Przejmujące jest to, że podczas gdy uwagę na ptaki zwraca rekordowa liczba ludzi, one same nigdy nie stały w obliczu bardziej niepewnej przyszłości. Nasza planeta jest ogołacana, równana, zaorywana, rozwiercana, brukowana i zabudowywana w bezprecedensowym tempie. Co to oznacza dla ptaków, ludzi i reszty świata? Wielką niepewność.

Chociaż tak łatwo jest się zniechęcić, ptasiarze są grupą ludzi szczególnie optymistycznie nastawioną na działanie. Wiedzą, że nie zobaczy się zbyt wiele, jeśli cały dzień wpatruje się w ścianę. Wiedzą również, że niektórych przeżyć nie da się doświadczyć poprzez obserwację ptaków cyfrowo. Obserwowanie prawdziwej pirangi szkarłatnej sprawia szczególną przyjemność, nie to, co patrzenie na wirtualnego czerwonego ptaka na ekranie telefonu. Obierając za cel najbardziej wolne stworzenia na świecie, ptasiarze patrzą z wyjątkowej perspektywy na to, jak przedmioty ich zainteresowania spinają nawet najodleglejsze części globu. Ptaki uczą nas, że granice to tylko linie narysowane na mapie – jest to lekcja, którą wszyscy możemy wziąć sobie do serca.

Wraz ze zbliżaniem się moich trzydziestych urodzin pojawił się wielki plan: oblecieć planetę, poznać najbardziej zapalonych ptasiarzy na świecie, być może ustanowić fajny rekord i zrobić wyjątkową fotkę Ziemi, wszystko za jednym zamachem. Wyruszyłem, żeby zobaczyć świat i jeden gatunek ptaka po drugim.

Około stu pasażerów i czterdziestu członków załogi udało się na tę wyprawę na Antarktydę, reklamowaną jako „sylwester wśród cesarzy i królów” – w odniesieniu do dwóch największych gatunków pingwinów na świecie (pingwina cesarskiego i pingwina królewskiego – przyp. tłum.). Jeśli chce się zobaczyć świat, równie dobrze można zacząć od jego krańca, a Antarktyda wydawała się idealnym początkiem mojej rocznej podróży.

Moim zadaniem, jako oficjalnego ornitologa pokładowego podczas tej podróży, zorganizowanej przez kanadyjskiego organizatora rejsów wycieczkowych One Ocean Expeditions, było pokazywanie pingwinów i innych zwierząt, dopóki statek nie wróci do Argentyny tydzień po Nowym Roku. Płynęliśmy statkiem Akademik Ioffe, jednostką z czasów sowieckich, zbudowaną rzekomo do prowadzenia badań oceanograficznych, lecz krążyły pogłoski, że wypatrywała ona kiedyś amerykańskich łodzi podwodnych w czasie zimnej wojny. Na liście pasażerów znaleźli się: lekarze, prawnicy, biznesmeni, maniacy sprzętu elektronicznego oraz rozmaite obieżyświaty i nadziani goście z Republiki Południowej Afryki, Australii, Stanów Zjednoczonych, krajów Europy i innych rozrzuconych po świecie. Około jednej trzeciej uczestników tej wyprawy chciało zobaczyć siódmy kontynent, zanim umrze. Edukatorzy z kolei byli młodsi, niezależni, tacy jak ja. Wielu z nich było ekspertami w swojej dziedzinie, którzy chcieli spędzać długie okresy w odległych częściach świata. To była moja dziewiętnasta wyprawa polarna w ciągu trzech minionych sezonów i miała być na jakiś czas ostatnią.

Kiedy nadeszła północ, z okrętowego baru dwa pokłady niżej niosły się dźwięki Auld Lang Syne (szkockiej pieśni ludowej śpiewanej tradycyjnie podczas sylwestra – przyp. tłum.), podczas gdy ja i trzy inne osoby moczyliśmy się w wannie jacuzzi na zewnątrz. Magistrant geologii o imieniu Casey z nowojorskiego Stony Brook University wstrząsnął butelką szampana i wystrzelił z niej korkiem jak z pistoletu startowego. Jej zawartość prysnęła marznącą pianą na wszystko w zasięgu wzroku.

– Szczęśliwego Nowego Roku! – krzyknęliśmy.

Z baru wyłoniło się kilkoro pasażerów, żeby sfilmować nas telefonami komórkowymi. Większość ludzi, to znaczy normalnych ludzi, nie świętuje Nowego Roku, opryskując się szampanem w wannie na Antarktydzie. Ostrożnie osłaniałem lornetkę. Trudno było ustawić ostrość, ponieważ cały świat zdawał się kołysać. Może to przez ruch statku, a może szampana, ogólny chaos albo sto tysięcy mil nieznanego przede mną. Ale… żadnych ptaków! Ani jednego! Och, rozpaczliwie chciałem znaleźć pingwina.

Mój wzrok przyciągnęła doktorantka historii ze Szkocji, rudowłosa Katie.

– I co? Widzisz coś?

O północy w dzień polarny widok z wanny umiejscowionej strategicznie na górnym pokładzie statku był nie do przebicia. Tysiące rzeźbionych gór lodowych, błyszczących odcieniami kobaltu, szafiru i stali, było rozrzuconych po oceanie jak okiem sięgnąć, a wąska linia olśniewających ścian lodowca kreśliła kontynent Antarktydy na horyzoncie. Utalentowany artystycznie przyjaciel, zainspirowany podobnym widokiem, zwierzył mi się kiedyś z pomysłu, by wyrzeźbić coś w kilku górach lodowych, żeby speszyć pasażerów przepływających statków: wyobraźmy sobie żeglowanie po Oceanie Południowym obok bloku lodu wielkości pałacu w kształcie Myszki Miki. Mój przyjaciel był jednak zmuszony przyznać, że ludzka kreatywność nie ma nic wspólnego z brutalnymi siłami natury, szczególnie tutaj. Góra lodowa długości boiska do futbolu amerykańskiego waży milion ton, mniej więcej tyle samo, co roczny import pszenicy w Etiopii; a w lodowatych wodach południowych mórz widywałem góry lodowe o szerokości kilku kilometrów. Kilka lat temu od Lodowca Szelfowego Rossa, na południe od Nowej Zelandii, oderwał się blok, który był większy niż cała powierzchnia lądowa Jamajki; dryfował przez kilka lat, zakłócając zarówno ruch pingwinów, jak i statków. W tej części świata lód ma prawdopodobnie dziesiątki tysięcy lat – jest idealny do dojrzałej whisky z lodem – a wierzchołek góry lodowej wystający nad wodą to tylko około jednej dziesiątej jej pełnego rozmiaru. Oglądanie gór lodowych jest jak obserwowanie ptaków: im więcej się o nich myśli, tym mniej znaczący czuje się człowiek, i dopiero stopniowo zaczyna się wyczuwać, jak duża część znajduje się pod powierzchnią.

Słońce wisiało nisko nad horyzontem, rzucając na wszystko niesamowity blask. W oddali widziałem Trinity Island, dwudziestoczterokilometrową wychodnię lodu i skał. Było zbyt daleko, by dostrzec pingwiny białobrewe i pingwiny maskowe, o których wiedziałem, że gniazdują w jej zaciszu. Mimo to, znajdując się tak blisko kolonii lęgowej, doszedłem do wniosku, że mógłbym zobaczyć jednego lub dwa zbłąkane ptaki przepływające w pobliżu statku. Pingwiny potrafią przepłynąć setki kilometrów i lubią odpoczywać na górach lodowych.

Jednak… nie było żadnych pingwinów. Na dodatek w wannie robiło się zimno. Odkryte wanny z hydromasażem nie nadają się zbytnio do warunków panujących na Antarktydzie, a ta jedna nie była wyjątkiem – nie zdołała sprostać lodowatej temperaturze. Gdybyśmy wkrótce nie trafili do sauny, nasza czwórka zamieniłaby się w sople lodu.

– Czy gęsia skórka pozwala zaliczyć mnie jako ptaka? – zapytała Nicole, młoda badaczka pingwinów, ale nikt nie odpowiedział.

W lecie na półkuli południowej, kiedy rozkwita fitoplankton w dwudziestoczterogodzinnym słońcu, Ocean Południowy jest prawdopodobnie najbardziej produktywnym miejscem do życia na Ziemi – a jednak w ogóle nie było tu żadnych oznak życia, ani jednej fontanny wieloryba, ani foki. Gdzie podziały się pingwiny w tej tak zwanej krainie pingwinów, kiedy naprawdę, ale to naprawdę, chciało się zobaczyć jednego?

Ktoś powiedział: „Jesteś najgorszym ptasiarzem na świecie! Jak w ogóle zamierzasz dojść do pięciu tysięcy gatunków, skoro nie potrafisz nawet znaleźć gatunku numeru jeden?

Casey pierwszy wyszedł z wanny, po nim Katie. Woda przelała się przez krawędź wanny i zamarzła na metalowym pokładzie. Nicole także zniknęła. Pozostałem więc tylko ja, określający sam siebie mianem ornitologa. Siedziałem sam w na wpół wypełnionej, na wpół zamarzniętej wannie z hydromasażem na Antarktydzie, było koło pierwszej w nocy i w zasięgu wzroku ani śladu pingwinów.

Co mogłem zrobić? Ptaki to kapryśne istoty. Podniosłem ręcznik, poszedłem za innymi do środka, żeby się ogrzać, i porzuciłem starannie przygotowany plan, by zobaczyć mojego pierwszego ptaka roku z gorącej wanny na końcu świata. Dookoła mnie w wąskich korytarzach ludzie rozchodzili się do swoich kabin. Światła statku przygasły, umundurowany rosyjski oficer statecznie patrolował mostek kapitański, a kanadyjski barman mył mopem podłogę w barze. Na całym statku ludzie wciskali się w koje i wszystko wracało do normy po długim i ożywionym wieczorze. Przygody czekały nas po śniadaniu – a mianowicie wizyta w dużej kolonii pingwinów, gdzie miałem zagwarantowane, że zobaczę tysiące ptaków w „smokingach” w pierwszym dniu nowego roku.

Byłem jednak zbyt podekscytowany, żeby spać. Prawie wszyscy rozeszli się do łóżek, a ja założyłem: dwie warstwy ciepłej bielizny, wełniane skarpety, spodnie narciarskie, sweter polarowy, wodoodporną kurtkę puchową, komin polarowy, ocieplane wodoodporne rękawiczki, wełnianą czapkę, wodoodporne buty z polarową podszewką, zabrałem lornetkę i wyruszyłem na łowy. Tym razem, zamiast zająć górny pokład z rozległym widokiem, skierowałem się na sam koniec statku, gdzie mogłem patrzeć w dół na wzburzony kilwater. Wcisnąwszy się pomiędzy kabestan, dużą dźwignicę, zwoje lin i kilka związanych ze sobą dmuchanych łodzi motorowych na rufie, stałem osłonięty od wiatru przez metalowy śmietnik, w którym przechowywane były wszystkie śmieci podczas ekspedycji, i opierałem się o reling.

To było moje ulubione miejsce na pokładzie. Na 117-metrowym statku zajmowanym przez 140 osób mało jest wolnej przestrzeni, więc udawałem się tam, kiedy chciałem spędzić chwilę w spokoju, bo nikt inny nigdy nie chodził za śmietnik. Do tego niektóre gatunki ptaków morskich lubią podążać za statkami i często widywałem ptaki ciągnące za kilwaterem, czasami zawisające w powietrzu prawie na wyciągnięcie ręki. Teraz nie było widać żadnego, ale przynajmniej był to dobry punkt obserwacyjny.

Czy naprawdę potrafiłbym spędzić cały rok, jeżdżąc po świecie za ptakami, nie wypalając się? Nie byłem tego pewny. Od tej chwili do końca grudnia nie planowałem robić nic innego. Darowałem sobie nawet obejrzenie niektórych z cudów świata – Machu Picchu w Peru i Tadź Mahal w Indiach – wyłącznie dla kilku godzin więcej na wyszukiwanie ptaków w lasach w pobliżu tych budowli. Czy było to nietaktowne? Moi znajomi uwielbiają nabijać się ze mnie z powodu ciągłego uganiania się za ptakami i przyznaję, że „zrobienie sobie wolnego” jest mi obcym pojęciem. Jednakże budzenie się przed świtem przez 365 dni, wśród zupełnie obcych ludzi i nieprzerwana, wyczerpująca podróż miały przetestować granice mojej wytrzymałości, podobnie jak w przypadku narkomana nierobiącego nic innego poza zażywaniem kokainy przez rok. Jeśli mnie to zupełnie nie wykończy, to będę miał odlot.

Był tylko jeden sposób, żeby przekonać się, czy sobie poradzę, i byłem już na to zdecydowany.

Mój zegarek wskazywał 3:00 rano. Nagle, w odległości około stu metrów coś zamigotało pośród gór lodowych. W słabym świetle niemal uszło to mojej uwadze – wyglądając jak ciemny punkcik szybujący tuż nad powierzchnią wody, szerokim zygzakiem pod wiatr, stopniowo zbliżając się do statku.

Wiedziałem, co to, zanim nawet uniosłem lornetkę. Ptak leciał na sztywnych skrzydłach, wykorzystując kręte prądy powietrzne odbite od fal; co jakiś czas trzepotał energicznie skrzydłami, by zmienić kierunek, jednak głównie po prostu sunął w powietrzu. Był wielkości piłki do futbolu amerykańskiego i równie krągły. Jego głowa była matowo czarna, kontrastująca z nieskazitelnie białym spodem skrzydeł i brzuchem, a ogon ciemny. Jednak najbardziej uderzająca cecha dała się zauważyć, kiedy przechylił się w moim kierunku i zapikował nisko, poniżej poziomu oczu. Wierzch jego skrzydeł był upstrzony „oszronionymi” czarnymi i białymi plamami – czysta wizja abstrakcyjnego ekspresjonizmu.

Wielu ludzi nazywa tego ptaka „pintado”, co dosłownie oznacza malowany, ze względu na jego nakrapiany wygląd, lecz zgodnie z właściwym nazewnictwem zobaczyłem warcabnika (dawniej zwanego petrelem warcabnikiem; ang. Cape Petrel), ptaka stosunkowo często spotykanego na Oceanie Południowym, który gniazduje na niedostępnych klifach. Chociaż czasami warcabniki wymiotują olejem z żołądka w przypływie złego humoru, są podziwiane i lubiane przez większość ludzi, którzy mają tyle szczęścia, aby je napotkać. Ten wytrzymały niewielki ptak morski, próbujący nadążyć za statkiem o trzeciej nad ranem, nie był co prawda pingwinem, ale był w sam raz.

Uważa się, że nazwa petreli pochodzi od imienia świętego Piotra, który chadzał po wodzie. Z takim błogosławieństwem rok petrela rozpoczął się obiecująco.

Puńczyk

Zgodnie z Regułami i wykładnią rejestracji (ang. Recording Rules and Interpretations) Amerykańskiego Stowarzyszenia Ptasiarzy (oryg. American Birding Association), ptak musi być „żywy, dziki i nieskrępowany”, aby mógł oficjalnie zostać uwzględniony na liście gatunków zaobserwowanych przez danego ptasiarza, czy to na liście światowej, liście rocznej, liście rocznej światowej, liście życiowej, liście krajowej, liście stanowej, liście hrabstwa, liście miesięcznej, liście podwórkowej, liście karmnikowej, liście gatunków widzianych podczas jazdy samochodem czy jakiejkolwiek innej. Innymi słowy, martwe ptaki się nie liczą i nie można uwzględniać obserwacji egzotycznych gatunków w zoo i ptaszarniach. Każdy ptak „wykazujący oznaki przetrzymywania w niewoli” nie może znaleźć się na tych listach.

Regulamin zawiera kilka innych ciekawostek. Korzystanie z kamer internetowych przy prowadzeniu list jest nie do przyjęcia. Jaja nie liczą się do momentu wyklucia, a kury, jako zwierzęta domowe, nie liczą się w ogóle (z wyjątkiem kura bankiwa z Azji, dzikiego przodka zagrodowego inwentarza). Na liście można umieścić rannego ptaka, ale zupełnie zdrowego mieszańca międzygatunkowego już nie; aby być zaliczalnym, ptak musi mieć cechy jednego uznawanego gatunku. Stwierdzenia gatunków wyłącznie słyszanych są w porządku, o ile obserwatorzy upewnią się, że nie słyszą kogoś, kto odtwarza nagranie z zarośli, co zdarza się zaskakująco często. Poza tym sposób prowadzenia listy zależy od danej osoby. Wielu ludzi zakłada, że ptasiarze muszą udokumentować każdą obserwację, jakby zbierali dowody na rozprawę sądową, ale w ten sposób zatraca się ducha gry. Ze względów praktycznych niemożliwe jest sfotografowanie ich wszystkich – ptaki są często zbyt daleko lub przelatują zbyt szybko, aby zrobić im zdjęcie – tak czy inaczej, ptasiarstwo działa, opierając się na systemie honorowym (zaufanie, honor i uczciwość – przyp. tłum.).

Nie żeby kilku oszustów nie próbowało naginać faktów. Ptasiarze mają nawet na nich specjalne określenie – są nazywani naciągaczami (ang. stringer, odstring – oszukiwać, okantować, ale również naciągać linę czy strunę – przyp. tłum.), a fabrykowanie obserwacji jest określane naciąganiem (stringing). W jednym szczególnie rażącym przypadku sprzed kilku lat w Australii pewien ptasiarz ogłosił zamiar zobaczenia jak największej liczby gatunków ptaków w ciągu jednego roku w swoim rodzimym stanie. Pierwszych kilka miesięcy spędził, zaliczając imponującą listę stwierdzeń, założył bloga i zyskał zwolenników. Mniej więcej w połowie roku niektórzy miejscowi eksperci zaczęli nabierać podejrzeń, że coś jest nie tak; później, w wyniku dramatycznego ruchu, mężczyzna został przyłapany na gorącym uczynku: zgłosił fregatę – tropikalny gatunek rzadko spotykany w jego części Australii – i zamieścił jej zdjęcie, jak leci na tle błękitnego nieba. Kiedy zwrócono uwagę, że tego dnia było pochmurno, zachłanny obserwator załamał się i w czasie długiego i żenującego wyznania na regionalnej liście e-mailowej przyznał, że tak naprawdę sfotografował tego ptaka podczas wycieczki na Fidżi. Za tak ewidentne oszustwo mężczyzna znalazł się na czarnej liście ptasiarskiej społeczności. Jak to się mówi, reputację można stracić tylko raz.

Skandale wśród ptasiarzy są jednak rzadsze niż puńczyk. Dość łatwo stwierdzić, czy ktoś oszukuje, a poza tym nie ma zbyt wielu powodów, aby zmyślać. Dodawanie fikcyjnych gatunków do własnej listy jest jak kłamanie we własnym pamiętniku. Jaki ma to sens?

Większość występków popełnianych przez ptasiarzy dotyczy znacznie mniejszych wykroczeń. Na użytek codziennych sytuacji American Birding Association (ABA) utrzymuje „Kodeks etyki ptasiarskiej” (org. Code of Birding Ethics), który określa przyzwoite zachowanie w terenie i zasady kierowania się zdrowym rozsądkiem: nie stresuj ptaków; nie zbliżaj się do gniazd; szanuj własność prywatną; utrzymuj czystość w swoim karmniku dla ptaków. Kodeks etyczny zaleca ptasiarzom „bycie szczególnie pomocnym dla początkujących ptasiarzy” i „wspieranie ochrony siedlisk ważnych dla ptaków”.

W regułach są pewne luki. Przykładowo, jeśli zrobi się zdjęcie, a później odkryje na nim ptaka, którego wcześniej się nie zauważyło, to czy można go sobie zaliczyć? Jeśli stoi się w pobliżu granicy międzypaństwowej i zauważy się ptaka po jej drugiej stronie, to czy można dopisać go do listy krajowej państwa, w którym nigdy nie postawiło się stopy? Takie sytuacje zdarzają się nieustannie, a ptasiarze nie udzielają takich samych odpowiedzi.

Zatem to, że zasady pozwalają na zaliczenie pewnych gatunków, nie oznacza, że trzeba uwzględnić je na swojej liście. Niektórzy ptasiarze zaliczają sobie tylko te gatunki, które zaobserwowali sami, pomijając ptaki zidentyfikowane przez kogoś innego. Inni, którzy określają siebie jako NIB – od wyrażenia no introduced birds (dosł. żadnych ptaków introdukowanych) – starają się utrzymywać swoje listy w „czystości”, pomijając gatunki nierodzime. Trudny temat gatunków introdukowanych wiąże się z powoływaniem oficjalnych komisji i wieloma lukami w zasadach. W skrócie, wtórnie dzikie gatunki, które utworzyły samodzielnie utrzymujące się populacje, są akceptowalne, lecz sformułowanie „samodzielnie utrzymujące się” wywołuje gorące dyskusje. Nawet pojęcie „rodzimy” jest problematyczne.

Najbardziej kontrowersyjną częścią zasad ABA dotyczących zaliczania gatunków jest zasada 4, część B, która dopuszcza zaliczanie ptaków słyszanych, lecz niewidzianych. Mimo tej zasady wielu ptasiarzy odnotowuje jedynie stwierdzenia wizualne i nie zwraca uwagi na odgłosy, poza tymi najbardziej znanymi. Dopisywanie sobie ptaków wyłącznie słyszanych może wydawać się nieuczciwe; niektóre gatunki, które niezwykle trudno zobaczyć, tak jak kryptycznie ubarwione sowy i skryte chruściele, stosunkowo łatwo usłyszeć. Niewielu ludzi będzie się spierać o to, że usłyszenie odległego głosu nawołującego uszatki ciemnej jest w jakiś sposób mniej satysfakcjonujące niż widok samego ptaka, wpatrującego się w obserwatora. Do tego niektóre gatunki ptaków mają tak charakterystyczne głosy, że dlaczego miałoby się ich nie liczyć, nawet jeśli się ich nie widziało?

Zdecydowałem, że na potrzeby mojego Wielkiego Roku będę liczył zarówno ptaki widziane, jak i słyszane. Poprzedni roczny rekord świata uwzględniał gatunki wyłącznie słyszane, więc stosowałbym ten sam standard. Tak jest lepiej także dla ptaków: nasłuchiwanie ma mniejszy wpływ na nie niż odtwarzanie nagrań, deptanie terytorium ptaka czy spłoszenie go podczas desperackiej próby dokonania obserwacji wizualnej. Wiele gatunków i tak podziwia się przede wszystkim ze względu na ich głos; można by stwierdzić, że nie doświadczyło się spotkania z bławatowcem krzykliwym (szarobrązowym ptakiem przypominającym wyglądem samicę kosa, zasiedlającym wilgotne lasy Ameryki Południowej – przyp. tłum.), dopóki się go nie usłyszy. Wokalizacje są tak samo niezawodne jak wizualne cechy diagnostyczne, a wiele „szaroburych” gatunków wydaje urzekający, charakterystyczny śpiew. W otwartych środowiskach, takich jak Antarktyda i chilijskie Andy, łatwo zobaczyć prawie wszystko; ale w miejscach takich jak Amazonia, gdzie ptaki kryją się w gęstej dżungli, krajobraz dźwiękowy staje się ważniejszy. Do końca tego roku miałem zidentyfikować około 5,5 procent napotykanych ptaków – jeden na osiemnaście gatunków – tylko po głosie.

Chociaż trudno w to uwierzyć w wieku globalizacji, nie ma jednej uzgodnionej checklisty wszystkich gatunków ptaków na Ziemi. Zamiast tego mamy trudne do pogodzenia interpretacje: Amerykanie kontra reszta świata. W Stanach Zjednoczonych większość ptasiarzy korzysta z checklisty Clementsa, która jest okresowo aktualizowana przez ekspertów z Uniwersytetu Cornella i która uznawała 10365 współcześnie żyjących gatunków ptaków w czasie mojej podróży w 2015 roku. W Europie i innych częściach świata ptasiarze polegają zwykle na Międzynarodowym Kongresie Ornitologicznym (International Ornithological Congress, IOC), postępowej komisji, która w 2015 roku uznawała istnienie 10612 gatunków. Niektóre kraje, w szczególności Holandia i Brazylia, przyjęły własne, bardziej liberalne checklisty. Kłopot w tym, że ptaki nie zawsze dają się zaszufladkować i wiele tak zwanych gatunków „zlewa się” ze sobą. Na dodatek naukowcy dokonali niedawno i dokonują reklasyfikacji ptaków na całym świecie dzięki badaniom DNA i w ciągu ostatnich kilku dekad zaproponowali tysiące „podziałów” (ang. split) – dzieląc jedne gatunki na dwa lub więcej – zawężając definicję gatunku.

Aby rozegrać grę, potrzebne są reguły, a na potrzeby mojego roku przyjąłem checklistę Clementsa – standard amerykański. Pomocne było to, że eBird, aplikacja, której używam do śledzenia obserwacji, bazuje na tej samej checkliście. Podczas podróży notowałem również podgatunki, tak aby możliwe było dynamiczne modyfikowanie wyniku. W dzisiejszych czasach lista ptaków jest w większym stopniu podobna do oprogramowania niż sprzętu, a jej uaktualnianie to niekończące się zajęcie.

Tydzień po Nowym Roku, wysoko w Andach w środkowym Chile, poszedłem szukać dziwacznego zwierzęcia zwanego puńczykiem. Dwóch miejscowych ptasiarzy z Santiago, Fred Homer i Fernando Diaz Segovia, przyjechało, aby pomóc mi w poszukiwaniach, i o świcie zaczęliśmy we trzech kręcić się po wspaniałej andyjskiej dolinie.

Kilka miesięcy wcześniej zapytałem znajomego w Arizonie, czy zna dobrych ptasiarzy w Chile, a ten odesłał mnie do Fabrice’a Schmitta, Francuza, który po odbyciu urlopu naukowego w Ameryce Południowej przeprowadził się do Santiago, by zostać przewodnikiem wycieczek dla ptasiarzy. Fabrice odpowiedział od razu, że kiedy przybędę do Chile, będzie podróżował na Antarktydę, ale uprzejmie skontaktował mnie z Fredem, który podjął się zadania.

„Spotkamy się na lotnisku i wyskoczymy poszukać ptaków”, napisał w e-mailu Fred, „a potem pośpieszymy z piskiem opon odstawić cię na lotnisko”.

Fred zadzwonił później do Fernanda, młodego chilijskiego biologa, który odebrał nas nad ranem. A było tak: znajomy znajomego znajomego znajomego – ktoś, kogo ani nie spotkałem, ani z kim nie korespondowałem – zabierał mnie teraz, bym zobaczył jednego z najbardziej enigmatycznych ptaków ziemskiego globu na najdłuższym łańcuchu górskim świata.

Puńczyk, lub DSP, jak nazywają go amerykańscy ptasiarze (od angielskiej nazwy Diademed Sandpiper-Plover), jest osobliwym stworzeniem, występującym jedynie na dużych wysokościach w Chile, Argentynie, Boliwii i Peru. Jest to ptak z rzędu siewkowych, wyraźnie spokrewniony z sieweczkami, lecz o sylwetce bardziej przypominającej biegusa. Żaden inny ptak nie wygląda tak jak on: ma rozmiary i kształt bułeczki śniadaniowej, przysadzisty tułów, grube żółte nogi, delikatnie zakrzywiony dziób, intensywnie rdzawy kołnierz, drobno prążkowany spód tułowia i białe brwi zadarte nad oczami i łączące się ze sobą na czole i potylicy – niczym diadem (tak jak w angielskiej nazwie) – który nadaje mu wygląd zdziwionego. Ptak ten wydaje się nie mieć nic przeciwko temu, że ktoś mu się przygląda, lecz zastanawia się, dlaczego ktokolwiek miałby się tak fatygować.

Nie można natknąć się na niego przypadkowo, chyba że poświęci się dużo czasu na wałęsanie się po odludnych andyjskich bagnach – jak Fernando. Przez ostatnich kilka lat Fernando tropił puńczyki, próbując odkryć ich tajemnice. W ramach projektu badawczego bada ich prawdopodobne siedlisko; z jakiegoś powodu puńczyk występuje niezawodnie na niektórych torfowiskach, ale nie na innych, które wyglądają tak samo. Nikt dotychczas nie wyjaśnił, dlaczego ten gatunek jest tak wybredny. Fernando również chwyta każdego ptaka, żeby go zaobrączkować kolorowymi obrączkami, które umożliwiają identyfikację poszczególnych osobników z daleka. Śledzenie wszystkich tych małych sieweczek jest trudne, ale być może zebrane dane pozwolą odkryć niektóre z ich tajemnic.

Fernando wiózł nas swoim świeżo umytym SUV-em zakurzoną żwirową drogą, która wznosiła się ponad linię drzew i wiodła w górę doliny o stromych zboczach. Droga była tak wąska, że nie mogły się na niej minąć dwa pojazdy. Kiedy zza zakrętu nadjeżdżał samochód, Fernando ostrożnie cofał wzdłuż stromego urwiska w nieco szersze miejsce, a potem składał lusterka, aby umożliwić przeciśnięcie się drugiemu pojazdowi.

Siedziałem na fotelu pasażera, a moje myśli dryfowały ku zeszłemu tygodniowi. Po rozpoczęciu nowego roku szampanem i warcabnikiem u brzegów Półwyspu Antarktycznego moja lista gatunków rosła bardzo wolno. Szybko skończyły się antarktyczne ptaki, które mogłem zobaczyć i 3 stycznia – już trzeciego dnia roku – nie zarejestrowałem żadnego nowego gatunku, odnotowując mój pierwszy zerowy dzień praktycznie na starcie. Nabrałem tempa przy albatrosach i innych ptakach morskich w Cieśninie Drake’a, a następnie przeżyłem fantastyczny poranek w kolonii pingwinów skalnych na Falklandach. Ale zanim nasz statek powrócił do portu w Ushuaia, najbardziej na południe wysuniętym mieście na południowym krańcu Argentyny, w ciągu pierwszych siedmiu dni roku zanotowałem tylko 53 gatunki ptaków. Potrzebując średnio 13,7 nowych gatunków każdego dnia – około jednego gatunku na godzinę za widoku – aby do końca grudnia przekroczyć 5000, byłem więc z wynikiem daleko w tyle.

Spędzenie całego tygodnia na Antarktydzie nie było raczej strategicznym posunięciem, ponieważ na całym kontynencie nie ma wystarczającej liczby gatunków, aby utrzymać tę średnią. Gdybym zaplanował ten sam czas w tropikach, widziałbym już dwieście lub trzysta gatunków, wybiegając daleko naprzód – rozpoczynając mój maraton sprintem, a nie w żółwim tempie. Jednak wtedy ominąłbym najzimniejszy, najsuchszy i najbardziej wietrzny kontynent, z ogromnymi koloniami pingwinów białookich i pingwinów maskowych, tryskającymi wodą długopłetwcami oceanicznymi i płetwalami karłowatymi, niewiarygodnie niebieskimi górami lodowymi i wyjątkową czapą lodową. Dla mnie pobyt na Antarktydzie od początku był podkreśleniem tego, że w tym roku chodzi nie tylko o liczby. Każda podróż dookoła świata, która pomijałaby Antarktydę, nie byłaby tak atrakcyjna.

Mimo to, gdy nasz statek zbliżał się do portu, byłem gotowy na przyspieszenie tempa. Czułem się lekki i szczęśliwy. Wszystko było przede mną – niepewność, okazja i bezkresna planeta ptaków i ptasiarzy. Świat był skąpany w pełnym nadziei świetle słońca i doznałem radosnego uczucia, że jestem dokładnie tam, gdzie powinienem być, robiąc dokładnie to, co powinienem robić. Musiały pojawić się wyzwania, ale byłem skłonny stawić im czoło. Miałem też pewne obawy. Nie mogłem przestać się niepokoić, czy miejscowy ptasiarz, z którym planowałem się spotkać, rzeczywiście się pojawi.

Miałem nadzieję, że w ciągu kilku godzin po tym, jak statek zacumował w Ushuaia, przed odlotem do Santiago w Chile uda mi się wykryć jakieś patagońskie ptasie specjalności w pobliskim Parku Narodowym Tierra del Fuego. Argentyński ptasiarz Esteban Daniels, z którym skontaktowałem się przed kilkoma miesiącami, zgodził się mi pomóc – ale czy teraz, gdy nadszedł ten dzień, będzie o mnie pamiętać? Pożegnałem się pospiesznie z załogą statku, chwyciłem plecak i zszedłem po trapie do doku przeładunkowego w Ushuaia. Tam, za posterunkiem kontroli bezpieczeństwa na molo, czekał na mnie Esteban ze znajomym, zapalonym fotografem Rogelio „Rogerem” Espinosą. Byłem uszczęśliwiony ich widokiem i odczułem ulgę. W ciągu następnych kilku godzin Esteban, Roger i ja zatrzymaliśmy się na miejscowym składowisku odpadów, następnie udaliśmy się do parku, gdzie znaleźliśmy najbardziej upragnione gatunki ptaków tego dnia: parę czarno-czerwono-białych dzięciołów magellańskich, największego gatunku dzięcioła w Ameryce Południowej. Zaliczyliśmy trzydzieści siedem nowych gatunków ptaków – doprowadzając, póki co, mój roczny wynik do dziewięćdziesięciu jeden – przed wyruszeniem na lokalne lotnisko późnym popołudniem.

Po szybkim przelocie do Santiago przemknąłem przez kontrolę imigracyjną, skoczyłem w miejsce odbioru bagażu i ruszyłem prosto do wyjścia numer trzy, gdzie, zgodnie z planem, czekał na mnie Fred Homer w zielonym kapeluszu. Oby tak dalej! Fred i ja przenocowaliśmy w jego domu w Santiago, skąd Fernando zabrał nas wczesnym rankiem, i odtąd nasza trójka była już o krok od znalezienia puńczyka.

Droga nadal wiodła pod górę, okrążając płytki zbiornik w szerokiej dolinie uformowanej przez skały i błoto, pozbawionej ptaków, z wyjątkiem samotnej mewy andyjskiej krążącej leniwie w powietrzu.

– Kilka lat temu przyjechałem tu – powiedział Fred – i może ze trzysta metrów od tego miejsca zobaczyłem coś na drodze przed sobą. Gdy się zbliżyłem, zorientowałem się, że to tylna oś ciężarówki, wbita w nawierzchnię drogi. Wszędzie dookoła znajdowały się fragmenty ciężarówki. Przypuszczam, że wypadła z drogi położonej powyżej i po prostu rozpadła się na kawałki.

Kiedy pięliśmy się ku dolinie górnego biegu rzeki Yeso, otoczonej z obu stron rzeźbionymi szczytami górskimi w kolorze ochry i umbry, życie roślinne wokół zanikło. Niebo nad nami wyglądało na spolaryzowane, jak głęboki błękit, który widać przez okulary przeciwsłoneczne. Pola śnieżne oblepiały szczyty górskie prawie na wysokości wzroku i widziałem niebieskawe, pomarszczone rozpadlinami lodowce zwisające ze stromych zboczy. Co jakiś czas mijaliśmy znak Vía de Evacuación (Droga ewakuacyjna), zilustrowany przyjaznymi postaciami matki i dziecka idącymi przed eksplodującym wulkanem.

Fernando skręcił na nieoznakowanym skrzyżowaniu na wysokości około 3000 metrów i podążał dalej boczną drogą, aż skończyła się ona w miejscu, gdzie były głazy. Wysiedliśmy z samochodu i ruszyliśmy ku jedynej plamie zieleni w dolinie, gdzie strumień wody roztopowej wlewał się do bagna porośniętego gąbczastą, przypominającą dywan roślinnością.

To, jak powiedział Fernando, jest królestwo puńczyka, i zaprowadził nas prosto na bagno. W otoczeniu surowego krajobrazu Fernando wyglądał jak twardy rasowy biolog: miał koszulę w kratę, czapeczkę khaki, okulary lodowcowe z klapami na skroniach, spodnie robocze, nisko zwisającą lornetkę i trochę zaniedbaną brodę. Nie był dużo starszy ode mnie i miał ten sam dryg do pracy w terenie w odległych miejscach. Zrezygnował z pracy projektanta ogrodów, aby skupić się na badaniu ptaków. Teraz był w swoim żywiole, wypatrując jakiegoś ruchu.

Fred tułał się za nami w promieniach słońca, uśmiechając się i ciesząc po prostu z przebywania tutaj. Kilka lat temu, po przejściu na emeryturę, zakończył karierę w branży usług finansowych, przeprowadził się z Wielkiej Brytanii do Chile i pod pretekstem spędzania czasu na obserwacji ptaków założył firmę turystyczną dla ptasiarzy. Był ubrany w koszulkę z kołnierzem, szarą kamizelkę z mnóstwem kieszeni, okulary przeciwsłoneczne typu Aviator i kapelusz z szerokim rondem z akcentami z plecionej skóry; jego przystrzyżona broda miała w 25 procentach kolor pieprzu, a w 75 procentach soli.

W połowie drogi przez torfowisko prawie nadepnąłem na nasz cel. Fernando wskazał na moje stopy i spojrzałem w dół w samą porę, by zobaczyć puńczyka patrzącego w górę z zaciekawieniem w koralikowatych oczach. Zupełnie się nie bał, kiedy zwierzę sto razy większe od niego kroczyło niezdarnie w jego kierunku i zastanawiałem się, czy to zachowanie może mieć coś wspólnego z niską liczebnością populacji tego ptaka. Nikt nie wie, ile puńczyków żyje na wolności, ale w najlepszym razie jest to około 2000 osobników rozproszonych na obszarze długości połowy Ameryki Południowej. Nie mają wielu wrogów, przynajmniej nie w postaci człowieka. Częścią charyzmy puńczyka jest jego całkowicie obojętna postawa – jakby świadomie każdemu ufał.

Zza pobliskich skał wyłoniło się niesamowicie słodkie, puchate pisklę i oba ptaki razem oddaliły się powoli, drepcząc i wygrzebując robaki zakrzywionymi dziobami. Na prawych nogach miały takie same zielone i czerwone plastikowe obrączki, a dorosły miał na lewej czerwono-żółtą kombinację obrączek. Fernando zanotował kolory, dodając kolejne dane do puńczykowego projektu – a ja dopisałem gatunek numer 123 do mojej listy.

Puńczyk znajduje się na liście gatunków bliskich zagrożenia wyginięciem. W wysokich Andach nieprzewidywalne zdarzenia, takie jak zaburzenia warunków atmosferycznych i zmiany klimatyczne, mogą mieć poważny wpływ na siedlisko tego gatunku, ale trudno jest to potwierdzić bez wystarczającej liczby danych. Fernando ma nadzieję, że kolejne badania przyczynią się ostatecznie do opracowania działań ochronnych. Pozostaliśmy na miejscu do czasu, aż wydłużające się cienie przypomniały nam, że pomimo statusu „gwiazdy” puńczyk jednak liczy się na mojej liście Wielkiego Roku tylko jako jeden gatunek.

– Wypruwanie sobie flaków, żeby zobaczyć najrzadszego i najpiękniejszego ptaka Chile, nie miałoby sensu – powiedział Fred – gdyby w tym samym czasie można było znaleźć dziesięć lokalnie pospolitych i brzydkich, których nie zobaczyłbyś nigdzie indziej.

Miał oczywiście rację. Gdyby wszystkie ptaki były jednakowe, żaden gatunek nie byłby wart poświęcenia mu tak wiele czasu. To odwieczny kompromis: można podejść do sprawy w sposób „wąski i głęboki” lub „szeroki i płytki”, ale nie można skupić się na wszystkim jednocześnie. Rzuciłem okiem po raz ostatni na puńczyka i odjechaliśmy, żeby się przekonać, ile brzydkich chilijskich ptaków uda nam się zobaczyć.

Później tego samego wieczoru siedzieliśmy z Fredem u niego na patio za domem na pełnym zieleni przedmieściu Santiago. Fred zaserwował nam po misce makaronu i świeżej sałatki i nalał każdemu z nas po kieliszku czerwonego wina. Ostatnie promienie słońca padały na górne gałęzie drzewa obok patio. Styczeń to najgorętszy miesiąc roku w Chile i w powietrzu wisiał popołudniowy żar. Wróciliśmy przed zmrokiem, żeby spróbować spotkać się z ziołosiekiem rudosternym, który czasami odwiedzał ogródek Freda o zmierzchu. Czekając, miło było się rozsiąść wygodnie po długim dniu w górach.

– Tak naprawdę to nie jestem zagorzałym ptasiarzem – powiedział Fred. – Lubię obserwować ptaki, ale nieszczególnie obchodzi mnie, co to za gatunki. Po prostu lubię na nie patrzeć. No i oczywiście – dzisiaj był tego najlepszy przykład – jeździ się przez to w bardzo ładne miejsca.

To właśnie też mi się w tym podoba. Ptasiarstwo jest zawsze przygodą i pozwala skoncentrować się podczas podróży, zamiast patrzeć błędnym wzrokiem na nadmiar atrakcji turystycznych. Fred zaraził się ptakami od jednego z synów, który zainteresował się nimi w młodym wieku. Chociaż zainteresowanie jego syna przeniosło się na inne obszary, od tamtego czasu Fred jest uzależniony od ptaków.

– To było jak sztafeta – przekazał mi pałeczkę, a ja pobiegłem dalej – powiedział.

Słońce zachodziło, jego ostatnie promienie blakły na drzewach. Wieczorne powietrze po grzejącym górskim słońcu i kurzu było chłodne i orzeźwiające. Właśnie wtedy kątem oka uchwyciłem ruch.

– Czy mógłbyś podać mi lornetkę? – poprosiłem.

Nawet w słabym świetle nie można było pomylić z niczym innym tego ptaka: rude ciemię i pierś, ciemne policzki, biały pasek skrzydłowy, ząbkowane brzegi dzioba. Ziołosiek! Krągły ptaszek, nazwany tak ze względu na przystosowanie do szatkowania i jedzenia liści, powrócił o zmroku, jak przewidywał Fred. Przyglądał się nam przez chwilę, po czym odleciał na noclegowisko. Byłem zachwycony jego krótką wizytą, a doznanie to spotęgowało towarzystwo Freda, osoby, którą ledwo co poznałem, ale z którą już czułem silną więź. Cieszyliśmy się wspólnie tą chwilą.

Cerro Negro

Kiedy wylądowałem w północno-zachodniej Argentynie, hala przylotów maleńkiego lotniska w Jujuy (wymawiane huhuj) była opustoszała. Przez kilka minut chodziłem dookoła z plecakiem i lornetką, po czym wyszedłem na zewnątrz, usiadłem na krawężniku i czekałem. Kilkoro innych pasażerów mojego lotu dotarło do samochodów i odjechało, pozostawiając mnie na pustym parkingu. Czy ktokolwiek miał zamiar mnie odebrać?

Byłem trochę zaniepokojony. Ptasiarz Freddy Burgos zaprosił mnie na cztery kolejne dni do swojej prowincji, ale ponieważ nie mówi po angielsku, pisałem do niego łamaną hiszpańszczyzną. O ile mogłem się zorientować, używając Google Translate do uzupełnienia luk, Freddy zaproponował wycieczkę z namiotami, ale jej szczegóły były dla mnie niejasne. Może nie do końca zrozumiałem jego instrukcje – czy miałem się z nim gdzieś spotkać? Nie miałem też pojęcia, jak wygląda, jaki jest jego numer telefonu ani gdzie mieszka. Przynajmniej pogoda była ładna – było ciepło i słonecznie. Ponad ceglaną fasadą portu lotniczego dryfowały białe chmury kłębiaste – idealne warunki do biwakowania, jeśli faktycznie taki był plan.

Szesnastego dnia roku moja lista ptaków liczyła ponad 300 gatunków, zmierzając właściwym torem ku mojemu celowi – 5000 gatunków. Tempo wydłużania się listy wzrosło znacząco, kiedy dwa dni wcześniej dotarłem do środkowej Argentyny. W Buenos Aires spotkałem trzydziestoletniego ptasiarza Marcelo Gavensky’ego i jego kolegę Martina Farinę, dwudziestoośmioletniego tresera psów i studenta paleontologii, i w trzech popędziliśmy ku bagnistej krainie bydła w prowincji Entre Ríos, około 200 kilometrów na północ od stolicy. Pierwszego dnia wypatrzyliśmy 146 gatunków ptaków – więcej niż widziałem w ciągu czterech pełnych dni w Chile – w tym 108, których nie miałem na liście.

Tereny trawiaste były niesamowicie urodzajne. Pomiędzy łykami gorącej mate Marcelo z dumą opowiedział mi o La Alianza de Pastizal, grupie zajmującej się ochroną przyrody, która zachęca hodowców do stosowania zrównoważonych technik wypasu bydła. Chodzi o to, że dzięki zastosowaniu odpowiednich metod ranczerzy maksymalizują zyski przy mniejszej liczbie krów, wywierając mniejszy wpływ na środowisko; certyfikowana wołowina, pochodząca z ekologicznego chowu, może być sprzedawana po wyższej cenie w Europie, i argentyński rynek wołowiny rośnie. Wysyłka takiego mięsa za granicę nie jest idealnym rozwiązaniem, ale dobrze zarządzane estancias (hiszp. gospodarstwa rolne) są kluczem do ochrony siedlisk w tym regionie, w którym nie ma wyznaczonych parków narodowych ani rezerwatów. Widzieliśmy na tym terenie dziesiątki skrzydłoszponów obrożnych o prehistorycznym wyglądzie, kilka wysokich bocianów sinodziobych i komicznie ubarwione warzęchy różowe, rozproszone po polach. W jednym zaułku przemaszerowało wysokie na półtora metra nandu szare – południowoamerykański odpowiednik strusia.

Podczas tej krótkiej wizyty położyłem się spać na kilka godzin na podłodze jednopokojowego mieszkania Marcelo w Buenos Aires, ze stopami wyciągniętymi w kuchni i głową wciśniętą pod stół, potem powiedziałem adiós środkowej Argentynie i złapałem wczesnym rankiem samolot na północny zachód. Teraz, niewyspany, siedziałem przed budynkiem lotniska Jujuy i zastanawiałem się, co się stało z Freddym.

Już miałem spróbować wysłać mu wiadomość e-mailową z mojego telefonu, gdy obok hali odlotów przeleciał mały ptak i pobiegłem, aby go lepiej obejrzeć. Miał ciepłobrązowawy tułów, szarą twarz, a skrzydła migotały w locie kolorem rdzawoczerwonym. Ten ptak był zdecydowanie czymś nowym, ale czym? Zachowywał się jak tyranówka, przysiadając na chwilę i przypuszczając atak na owady, zawisając od czasu do czasu w powietrzu, by następnie ruszyć w pogoń za insektami pod okapem dachu.

Zamknąłem program pocztowy i otworzyłem galerię zdjęć w telefonie. Zapakowanie na podróż dookoła świata niemal dwumetrowego stosu ciężkich przewodników książkowych nie wchodziło w grę, więc przed wyjazdem z domu skrupulatnie zeskanowałem dziesiątki przewodników terenowych i zapisałem ich obraz w postaci plików cyfrowych w moim smartfonie. W albumie zatytułowanym „Ptaki Argentyny” przewinąłem ilustrowane tablice do strony z tyranówkami i szybko znalazłem coś pasującego: tyranówka klifowa, pospolity mieszkaniec południowoamerykańskich lasów oraz bywalec lotniskowych latarni, była gatunkiem numer 338. Ten piękny osobnik wciąż fruwał wte i wewte dwadzieścia minut później, kiedy biały pick-up wjechał z dużą prędkością na parking i zatrzymał się przy krawężniku. Wyskoczyło z niego czworo młodych ludzi, uśmiechając się i gestykulując, a jeden z nich wyciągnął rękę.

– Noah – zawołał – yo soy (hiszp. jestem) Freddy!

Był mniej więcej mojego wzrostu, 175 cm, o przysadzistej, krępej budowie ciała. Miał proste, kruczoczarne i wycieniowane włosy, na tyle długie, by zakryć baczki i kark, i spiczastą brodę na szczycie podbródka, idealną do gładzenia – co, jak wkrótce odkryłem, uwielbiał robić. Miał na sobie koszulę z długimi rękawami w kolorze wojskowej zieleni, czarne spodnie polowe i buty trekkingowe. Jego najbardziej uderzającą cechą był uśmiech; wydawało się, że nie schodzi mu z twarzy.

Freddy zabrał ze sobą znajomych, a gdy zebrali się wokół niego, nagle do moich uszu dobiegło mnóstwo hiszpańskich słów wypowiadanych podekscytowanym tonem. Wszyscy naraz przepraszali za opóźnienie w odebraniu mnie, co miało związek z zakupem artykułów spożywczych i sprzętu, i przedstawiali się: Claudia Martin, Jose Segovia i Fabri Gorleri. Bardzo ucieszyłem się z bycia wśród nich, podbudowany ich powitalną życzliwością.

Rzuciłem plecak na pakę pick-upa, która była zawalona taką masą sprzętu, że wystarczyłoby go, aby wyposażyć wyprawę alpinistyczną. Co dokładnie zaplanował Freddy na następne cztery dni? Nasza piątka wcisnęła się do podwójnej kabiny pick-upa i ruszyła z piskiem opon. Gdy odjeżdżaliśmy, tyranówka klifowa przeleciała przed przednią szybą, aby złowić owada i zauważyłem ją z tylnego siedzenia.

– Sí, sí – potwierdził Freddy, który jednocześnie prowadził, pilotował i przyglądał się naszemu sprzętowi, aby upewnić się, że nic nie wyleci w powietrze. – Hirundinea ferruginea.

Zajęło mi chwilę, aby zdać sobie sprawę, że była to łacińska nazwa tego ptaka.

– Racja, tyranówka klifowa! – przytaknąłem. Wszyscy wyglądali na skonsternowanych.

Oczywiście nie mieli powodu, by używać angielskich nazw zwyczajowych ptaków. Większość latynoamerykańskich ptasiarzy nie używa również hiszpańskich nazw zwyczajowych, ponieważ nie są one dobrze ustandaryzowane; zamiast tego hiszpańskojęzyczni ptasiarze uczą się międzynarodowej klasyfikacji naukowej, układu systematycznego w języku łacińskim, którego używają naukowcy na całym świecie, aby się zrozumieć. To sprawiało, że w terenie sprawy przybierały ciekawy obrót, kiedy nowe ptaki pojawiały się oszałamiająco szybko.

Freddy wyjechał z miasta, a gdy cywilizacja została za nami, pick-up zjechał z autostrady i zaczął posuwać się pod górę żwirową drogą ku bujnym podnóżom wschodnich Andów. Stopniowo przyswajałem fragmenty informacji. Freddy pracował jako biolog w Jujuy, a Claudia, jego dziewczyna, była botanikiem interesującym się całą przyrodą. Jose i Fabri studiowali na uniwersytecie we wschodniej Argentynie i przebyli ponad dziewięćset pięćdziesiąt kilometrów autobusem, aby do nas dołączyć. Cała czwórka była w wieku od dwudziestu trzech do trzydziestu trzech lat i łączyło ją zamiłowanie do ptaków i przygody.

Kiedy Freddy otrzymał ode mnie pierwszego e-maila, pomyślał, że będzie to świetna okazja, aby wyjechać pod namiot w Cerro Negro, rzadko odwiedzane pasmo górskie z kilkoma wyjątkowymi gatunkami ptaków. Nie ma tu żadnych dróg, które prowadziłyby na duże wysokości, więc musieliśmy przejść ponad szesnaście kilometrów i wspiąć się na wysokość kilkuset metrów krętym szlakiem, który przemierza się ze zwierzętami jucznymi. Freddy załatwił trzy muły do noszenia naszych rzeczy, abyśmy mogli spędzić cztery noce w lesie mglistym Yungas i na pastwiskach powyżej granicy lasu, śpiąc w namiotach. Powiedział, że spakował mnóstwo jedzenia. Zrobiliśmy krótki postój w jakiejś wiosce, aby zabrać kierowcę, który miał odstawić pick-upa, i dotarliśmy do początku szlaku wczesnym popołudniem. Droga kończyła się nad rzeką, która przecinała gęsty, zielony las, z nagimi szczytami górskimi widocznymi ponad doliną.

Rzeczywiście, trzy muły – jeden biały i dwa brązowe – pojawiły się wraz z ich właścicielem, campesino (chłop, wieśniak) w dżinsach i gumowcach, który przywiązał nasze tobołki ze sprzętem do siodeł. Miałem nadzieję, że Freddy spakował dodatkowy śpiwór, bo moja jedwabna wkładka do śpiwora nie utrzymałaby ciepła na dużych wysokościach. Grupa mułów poszła przodem, a Freddy, Claudia, Jose, Fabri i ja spędziliśmy godzinę, włócząc się w pobliżu rzeki. Słońce zniknęło za warstwą chmur, które zaczęły wyglądać niepokojąco, ale ptaki wciąż pojawiały się w polu widzenia.

– Cypseloides rothschildi! – krzyknął Freddy i ujrzałem ptaka wielkości cygara z sierpowatymi skrzydłami przemykającego w górze. Wyglądał jak jerzyk. Przewinąłem przewodnik terenowy w moim telefonie, próbując potwierdzić nazwę naukową i jej angielski odpowiednik. Aha! – cierniosternik brązowy, miła regionalna specjalność i ptak roku numer 342.

– Psittacara mitratus – powiedział Fabri, co przetłumaczyłem na szmaragdolotka maskowa, kolejny nowy gatunek.

– Empidonomus varius (bentewi zmienny)! – zawołała Claudia.

W tym samym czasie Jose, patrząc w przeciwnym kierunku, zakomunikował:

– Progne elegans (jaskółczak południowy)!

– Sporophila lineola (ziarnojadek wąsaty) – dodał Freddy.

– Aj! – dopowiedziałem.

Próbowałem poprosić ich, by zaczekali, kiedy sprawdzałem nazwę każdego ptaka, ale to nie miało sensu. Ptaki nie będą kręcić się w pobliżu tak długo, aż się je zidentyfikuje, więc robiłem co mogłem, aby nadążyć za nawałem obserwacji, zapisując nazwy naukowe w notatniku do późniejszego sprawdzenia, kiedy na przykład natrafiliśmy na duże stado w koronach drzew. Niemal każdy gatunek w tej części Argentyny był dla mnie nowy, dlatego byłem wdzięczny moim lokalnym ekspertom za pomoc w identyfikacji szybko poruszających się obiektów.

Ten odcinek rzeki zajmowała para zbrojówek, co nie wymagało tłumaczenia nazwy. Widziałem jedną w Chile, więc gatunek ten został już doliczony do listy rocznej, ale zatrzymałem się na kilka minut, aby podziwiać, jak dzielnie stawiają one czoło prądowi wody. Podobnie jak u większości kaczek, samiec miał uderzająco odmienne ubarwienie od samicy – był czarno-biały z czerwonym dziobem, podczas gdy ona była rdzawo-szara. Miały długi, smukły tułów, nadający im opływowy kształt do życia w rwącej wodzie. Ptaki pływały bez wysiłku przez wzburzone bystrza rzeki, wykorzystując nogi do poruszania się pod prąd. Wydawało się, że polują na wodne owady, sprawdzając spód każdego głazu po drodze.

Spojrzałam w górę i zobaczyłem Freddy’ego z nogawkami podwiniętymi powyżej kolan i butami trekkingowymi kołyszącymi się luźno wokół jego szyi, brnącego w nurt rzeki. Odwrócił się i pomachał.

— Vámanos! (Chodźmy!)

Nadszedł czas, by ruszyć w drogę albo dotarlibyśmy do obozu po zmroku. Szlak wiódł do lasu po drugiej stronie rzeki. W pobliżu nie było żadnego mostu.

Claudia, Jose, Fabri i ja zdjęliśmy buty i wskoczyliśmy do wody, stawiając każdy krok z największą ostrożnością. Strumień był lodowaty, wartki i sięgał mi do ud. Woda sięgająca do kolan, płynąca z prędkością zaledwie sześciu i pół kilometra na godzinę, może pozbawić człowieka równowagi, a poślizgnięcie się na gładkich głazach mogło skutkować tym, że każde z nas spłynęłoby z prądem. Przezornie wyłożyłem plecak nieprzepuszczalnym workiem na śmieci, ale wcale nie cieszyłem się na myśl o przemoknięciu jeszcze przed rozpoczęciem wędrówki.

Zbrojówki przepłynęły obok, jak gdyby sunęły po gładkiej tafli stawu, potem wgramoliły się na skałę między wodospadami i obserwowały, jak brnęliśmy na drugą stronę, suszyliśmy stopy i zakładaliśmy z powrotem buty.

Ciemne chmury zebrały się teraz na dobre, przesłaniając szczyty grubą warstwą. Przypomniałem sobie, że zaledwie kilka godzin temu wylądowałem w Jujuy i dopiero co wczoraj po południu obserwowałem ptaki z Marcelo i Martinem ponad tysiąc trzysta kilometrów stąd. Rancza okolic Buenos Aires wydawały się już odległym wspomnieniem. Freddy wskazał na lukę między drzewami, gdzie szlak zaczął się wznosić i weszliśmy do lasu w chwili, gdy pierwszy grzmot pioruna odbił się echem po dolinie.

Wybrać się dokądś w pojedynkę, a zostać gdzieś samemu to dwie zupełnie różne rzeczy. W pojedynkę wybrałem się na wędrówkę w 2011 roku, kiedy przeszedłem liczący 4265 kilometrów szlak Pacific Crest Trail, odludną trasę na zachodzie Stanów Zjednoczonych, od Meksyku do Kanady, ale większość czasu spędziłem wówczas w towarzystwie innych ludzi. Trudno aby było inaczej: co roku setki turystów próbują przejść całą trasę i około 95 procent z nich wybiera opcję w kierunku północnym, tak jak ja, aby podążać za postępującym latem. Przez cztery „solowe” miesiące na odludziu widziałem co najmniej jedną osobę każdego dnia i często wędrowałem i obozowałem z innymi.

Podczas mojego Wielkiego Roku podróżowałem również solo, w tym sensie, że sam zaplanowałem podróż i nikt nie podróżował ze mną z miejsca na miejsce, ale nie chciałem obserwować ptaków samotnie. Postarałem się, by w każdym kraju, który odwiedzałem, znaleźć towarzyszy zainteresowanych obserwowaniem ptaków. Stosując to, czego nauczyłem się podczas długodystansowych wędrówek, wybrałem się na mój Wielki Rok z ultralekkim bagażem, nosząc ze sobą tylko czterdziestolitrowy plecak ze sprzętem sprawdzonym na szlakach i podróżując w miarowym tempie po siedmiu kontynentach, bez dnia wolnego i bez „skakania” z miejsca na miejsce. Podróż w jedną stronę nie wymaga powrotu tą samą trasą, więc nie mogłem się doczekać nowych terenów, które były przede mną, ale nie mogłem zgrać mojego planu podróży z lokalnymi porami roku w oddalonych od siebie częściach świata, więc musiałem pominąć niektóre obszary kluczowe dla migracji ptaków i udać się w inne miejsca w porze monsunowej.

Ustaliłem pewne podstawowe zasady. Każdy gatunek, który miałby się znaleźć na mojej liście Wielkiego Roku, musiałaby zobaczyć jeszcze co najmniej jedna osoba. Dzięki temu nie czułbym się osamotniony, a przy okazji zapewniłbym sobie dodatkowego świadka dla każdej obserwacji. Postanowiłem również, że wszyscy moi towarzysze powinni być miejscowymi, mieszkającymi w tym samym kraju, w którym wybieraliśmy się razem obserwować ptaki. Łatwo byłoby wynająć profesjonalnych przewodników z międzynarodowych biur podróży, którzy oprowadzaliby mnie, ale to nie byłoby w moim stylu; z jednej strony nie miałem na to środków, a z drugiej zawsze wolałem wybrać się ze znajomymi, niż być czyimś klientem. Nawiązywanie kontaktów z miejscowymi stało się kluczową częścią mojej strategii – miała to być couchsurfingowa (od ang. couchsurfing – idea nawiązywania znajomości z ludźmi mieszkającymi na całym świecie i wzajemnego oferowania sobie darmowych noclegów – przyp. tłum.) wersja wycieczek na ptaki.

Dziesięć lat wcześniej trudno byłoby zrealizować taką koncepcję, ale postęp technologiczny sprawił, że świat skurczył się do tego stopnia, że dziś łatwiej jest dodzwonić się do kogoś w innym kraju, niż zwrócić na siebie uwagę współlokatora. Internet zrewolucjonizował ptasiarstwo: coś, co kiedyś stanowiło hobby w krajach Europy Zachodniej i USA, nagle stało się prawdziwie ogólnoświatową rozrywką. Dziś każdy zainteresowany może znaleźć wszelkiego rodzaju przydatne informacji w Internecie i, co ważniejsze, kontaktować się z bratnimi duszami za pośrednictwem list e-mailowych, grup dyskusyjnych i forów.

Znalezienie wszystkich tych miejscowych obserwatorów i uzgodnienie planów z każdym z nich było skomplikowanym wyzwaniem logistycznym. Po ustaleniu zasadniczej trasy podróży w każdym miejscu zacząłem szukać najlepszych ptasiarzy, którzy byliby skłonni poświęcić mi czas i ugościć mnie przez kilka dni. Najpierw zapytałem przyjaciół, których już znałem; następnie zapytałem ich o ich własne kontakty i tak dalej. Niektórzy ludzie byli zajęci, ale prawie wszyscy odpowiadali z entuzjazmem, kiedy wyjaśniłem, na czym polega moje przedsięwzięcie. Przykładowo, aby znaleźć Freddy’ego, najpierw skontaktowałem się z ptasiarzem Ignacio „Kinim” Roeslerem z uniwersytetu w Buenos Aires, który stwierdził, że w styczniu będzie zajęty projektem badawczym nad perkozem argentyńskim, ale odesłał mnie do znajomego nazwiskiem Nacho Areta. Kiedy wysłałem e-maila do Nacho, ten odpowiedział, że będzie brał udział w badaniach nad cykadojadem jasnogłowym, ale podał mi adres e-mailowy Freddy’ego – i tak nawiązałem kontakt ze znajomym znajomego znajomego.

W niektórych miejscach korzystałem ze strony internetowej BirdingPal, gdzie ludzie zgłaszają się jako chętni do ugoszczenia ptasiarzy podróżujących przez ich okolicę. Nie są to profesjonalni przewodnicy, ale oferują gościnność i dobre towarzystwo. Fajnie jest móc się pochwalić swoim kawałkiem terenu osobie, która nigdy go nie widziała, a gdy role się odwracają, przysługi zostają odwzajemnione.

Robiąc plany, opierałem się również w dużej mierze na eBird, internetowej bazie obserwacji ptaków, zapoczątkowanej w 2002 roku przez Cornell Lab of Ornithology (na Uniwersytecie Cornella w stanie Nowy Jork – przyp. tłum.) i stowarzyszenia National Audubon Society. Z liczbą blisko pół miliarda obserwacji wprowadzonych przez setki tysięcy ptasiarzy z całego świata strona ta stała się niesamowitym źródłem informacji na temat rozmieszczenia i stwierdzeń ptaków, wykorzystywanych przez naukowców do śledzenia ptasich migracji i stanu ich populacji. eBird był darem niebios podczas planowania logistycznego: pomógł mi zidentyfikować miejsca, w których mogłem znaleźć określone gatunki, dając dostęp do najświeższych raportów i wskazał, którzy ptasiarze byli najbardziej aktywni na terenach, które chciałem odwiedzić. Za każdym razem, gdy przekaz ustny prowadził w ślepy zaułek, sprawdzałem eBird w poszukiwaniu nowych wskazówek.

Nocowanie u kogoś na kanapie wydaje się być czymś nonszalanckim, ale zorganizowanie wszystkich tych wizyt zajęło mi pięć pełnych miesięcy intensywnego planowania. Zanim wyjechałem z domu, wiedziałem, gdzie i z kim będę prawie każdego dnia 2015 roku. Lista ptasiarzy zawierała setki nazwisk i wciąż rosła wraz ze zmianami planów i z upływem roku.

Nic nie zastąpi lokalnej wiedzy – o restauracjach, skrótach, zwyczajach, językach, sekretnych miejscach i niezliczonych innych rzeczach – z której mogą czerpać tylko zadomowieni mieszkańcy. Chodząc w teren z miejscowymi, mogłem od razu stać się osobą wtajemniczoną, zamiast pozostać turystą; a zatrzymując się u ludzi w domach, a nie w hotelach i schroniskach, mogłem doświadczyć dużej dawki prawdziwego życia na Ziemi bez finansowego rujnowania siebie. Dostęp do lokalnej wiedzy dawał obietnice umieszczania na liście ptaków, które w przeciwnym razie można by przeoczyć. Jednak zanim rozpoczął się ten rok, nie mogłem w żaden sposób odpowiedzieć na pytanie: czy to zadziała?

Wiele osób, z którymi się kontaktowałem, nie miało doświadczenia w oprowadzaniu przyjezdnych gości; pochodziło z różnych środowisk, mówiło różnymi językami i było w wieku od kilkunastu do siedemdziesięciu kilku lat. Każda wydawała się mieć nieco inne wyobrażenie o tym, co próbowałem zrobić. Niektórzy odpisywali od razu, podczas gdy inni potrzebowali miesięcy, by odpowiedzieć. W niektórych przypadkach jedyną formą korespondencji, którą prowadziłem przed wylądowaniem w nieznanym kraju, była wymiana wiadomości na Facebooku lub czat przez WhatsApp. Kiedy zorientowałem się, że przelewam w ciemno pieniądze na prywatne konta bankowe w subsaharyjskiej Afryce i Azji Południowo-Wschodniej, by pokryć koszty zbliżających się wycieczek do parków narodowych z ptasiarzami, z którymi nigdy nie rozmawiałem przez telefon i którzy odpowiadali na moje e-maile w ledwo zrozumiałym angielskim, lub w zupełnie innych językach, doznałem chwilowego ataku paniki. Czy był to dobry pomysł? Cóż, mogłem zrobić tylko jedno – zaufać i iść naprzód.