Wydawca: Czarne Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 568 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ptak dobrego Boga - James McBride

Ptak dobrego Boga” Jamesa McBride’a to książka, która czerpie z najlepszych tradycji amerykańskiej powieści łotrzykowskiej i twainowskiego humoru.

W 1857 roku ważą się losy stanu Kansas, rozdartego między zwolennikami niewolnictwa a jego przeciwnikami. Mały Henry Shackleford zrządzeniem losu zostaje wciągnięty w oko tego cyklonu. Porwany przez znanego abolicjonistę Johna Browna, włączony do jego armii obdartusów i głodomorów walczących z niewolnictwem, próbuje uniknąć śmierci przebrany za dziewczynę.

Dzięki sugestywnemu językowi i brawurowemu poczuciu humoru McBride stworzył fascynujący obraz Ameryki sprzed wojny secesyjnej, daleki od  wszystkiego, co znamy z literatury i kina. Książka zdobyła wiele nagród, przede wszystkim National Book Award 2013 oraz wiele innych wyróżnień, była wymieniana wśród najważniejszych książek 2013 m.in. przez "New York Times", "Financial Times", "Washington Post", "Chicago Tribune" i National Public Radio.

Opinie o ebooku Ptak dobrego Boga - James McBride

Fragment ebooka Ptak dobrego Boga - James McBride

James McBride

Ptak dobrego Boga

Przełożył Maciej Świerkocki

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego The Good Lord Bird

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by James McBride, 2013

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with Riverhead, a member of Penguin Group (USA) LLC, a Penguin Random House Company

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2016

Copyright © for the Polish translation by Maciej Świerkocki, 2016

Redakcja Karolina Iwaszkiewicz

Korekta Katarzyna Juszyńska / d2d.pl, Magdalena Mrożek / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-228-8

Dla mamy i Jade’a, którzy uwielbiali bujdy na resorach

Prolog

Znaleziono unikalne dokumenty z dziejów Murzynów amerykańskich

A. J. Watson

Wilmington, Del. (AP), 14 czerwca 1966

Pożar, który zniszczył najstarszy murzyński kościół w mieście, doprowadził do odkrycia niezwykłej opowieści pewnego niewolnika, rzucającej światło na mało znany okres amerykańskiej historii.

Wczoraj wieczorem spłonęła świątynia Pierwszego Zjednoczonego Murzyńskiego Kościoła Baptystów Abisynii na rogu Bainbridge Street i Czwartej Ulicy. Przedstawiciele straży pożarnej twierdzą, że do wybuchu pożaru doszło wskutek awarii grzejnika gazowego. Nikt nie odniósł obrażeń. W zgliszczach znaleziono kilka nadpalonych notesów, należących do świętej pamięci diakona tego Kościoła, które zainteresowały uczonych w całym kraju.

Charles D. Higgins, członek kongregacji od 1921, zmarł w maju zeszłego roku. Był kucharzem, lecz także historykiem amatorem i – jak się okazało – spisał wspomnienia innego leciwego członka kongregacji Zjednoczonych Baptystów, niejakiego Henry’ego „Cybulki” Shackleforda, który utrzymywał, że jest jedynym Murzynem ocalałym z napadu na Harpers Ferry w stanie Wirginia, dokonanego w roku 1859 przez banitę Johna Browna. Brown, biały abolicjonista, próbował zdobyć największy arsenał w Stanach Zjednoczonych, aby dać początek wojnie z niewolnictwem. Napad się nie powiódł, ale wywołał panikę w całym kraju i przyczynił się do wybuchu wojny secesyjnej. Brown został powieszony, a większość jego wspólników – było ich dziewiętnastu, w tym czterech Murzynów – zginęła.

Do tej pory nie znaleziono żadnej kompletnej relacji z działalności Browna i jego ludzi. Nie było nawet wiadomo, czy jakakolwiek istnieje.

Notatki znajdowały się w ognioodpornym blaszanym pojemniku ukrytym pod klepkami podłogowymi pod krzesłem, za pulpitem, zza którego Higgins przez ponad czterdzieści lat co niedziela z poświęceniem przemawiał do wiernych. W pojemniku znaleziono też kopertę zawierającą dwanaście konfederackich dolarów, pióro dzięcioła wielkodziobego, rzadkiego ptaka należącego do niemal wymarłego gatunku, i skreśloną przez nieżyjącą już żonę pana Higginsa kartkę następującej treści: „Jak jeszcze cię kiedyś zobaczę, to skopię ci dupsko i przegonię, kurde, z hukiem na cztery wiatry”.

Pan Higgins nie miał dzieci. Przez dwadzieścia dziewięć lat pracował jako kucharz u pani Arlene Ellis z Chadds Ford w stanie Pensylwania. Był najstarszym członkiem Pierwszego Zjednoczonego Kościoła Baptystów, w którym nazywano go czule Panem Bujdą albo Tańczącym Diakonem. Nie wiadomo, ile dokładnie miał lat, kiedy zmarł, ale członkowie kongregacji sądzą, że blisko sto. ­Higgins stanowił także swego rodzaju atrakcję na zebraniach lokalnej rady miejskiej, ponieważ często przychodził na sesje w stroju z czasów wojny secesyjnej i wnosił petycje o przemianowanie Dupont Highway na John Brown Road.

Z jego starannie oprawionych notatników wynika, że fakty z życia pana Shackleforda spisał podczas serii wywiadów przeprowadzonych w roku 1942. Higgins twierdzi, że poznali się na początku lat czterdziestych, gdy obaj pracowali jako nauczyciele w szkółce niedzielnej Zjednoczonego Kościoła Baptystów. W 1947 roku Cybulka został wykluczony z Kościoła za coś, co pan Higgins okreś­la jako „łajdactwa i obmacywanie takiej jednej małej puszczalskiej, na którą wołali Peaches…”.

Jak wynika z odnalezionych notatek, zanim doszło do wspomnianego incydentu, członkowie Kościoła sądzili, że pan Shackle­ford jest kobietą. Był, jak pisze Higgins, człowiekiem drobnej postury, „o dziewczęcych rysach, z kręconymi włosami… i sercem łotra”.

Pan Higgins utrzymuje też, że gdy spisywał jego opowieści, Shackle­ford miał sto trzy lata, dodaje jednak: „Może Cybulka był starszy, urodził się co najmniej trzydzieści lat wcześniej niż ja”.

Chociaż pan Shackleford figuruje w ocalałym z pożaru rejestrze kościelnym z 1942 roku, nikt z obecnych członków kongregacji nie jest aż tak leciwy, aby go pamiętać.

Kongregacja ogłosiła, że zamierza przekazać opowieść pana Shackleforda do zweryfikowania jakiemuś znawcy historii Murzynów amerykańskich, a następnie sprzedać notatniki do publikacji, zyski zaś przeznaczyć na zakup nowej furgonetki dla Kościoła.

Czenść pierwsza

Czyny ludzi wolnych

(Kansas)

1

Poznajcie Pana

Urodziłżem sie kolorowym menżczyznom i wbijcie to se do głowy. Ale przez siedemnaście lat żyłem jako kolorowa baba.

Mój papa był pełnokrwistym Murzynem i pochodził z Terytorium Kansas, z miasteczka Osawatomie na północ od Fort Scott, koło Lawrence. Pracował jako fryzjer, chociaż nie dawało mu to prawdziwej przyjemności. Jego głównym zajenciem było zasie głoszenie ewangelii. Papa nie miał swojego Kościoła, jak ci, co to nie pozwalajom na nic poza grom w bingo w środowe wieczory, a babom każom ino siedzieć i wycinać lalki z papieru. Zbawiał dusze po jednej, strzygonc włosy w knajpie Dutcha Henry’ego przy krzyżówce na szlaku kalifornijskim, co biegnie wzdłuż rzeki Kaw na południu Terytorium Kansas.

Papa nauczał głównie ludzi z półświatka, szulerów, właścicieli niewolników i pijaków, co wendrowali po szlaku. Nie był zbyt wielki, jeśli sie o wzrost rozchodzi, ale ubierał sie jak panisko. Najbardziej lubiał nosić cylinder, zwenżajonce sie przy kostkach spodnie, koszule ze stójkom i buty z cholewami, na wysokim obcasie. Jego strój składał sie przeważnie z tego, co znalazł we śmieciach albo ściongnoł z białych, którzy padli na prerii na puchline wodnom czy dostali w czape w jakiejś awanturze. Koszule miał z dziurami po kulach wielkimi jak ćwierćdularówki, kapelusz o dwa numery za mały, a spodnie zszyte wzdłuż rowka w dupie z dwóch nogawek różnego koloru. Jego włosy byli takie genste, że można było o nie zapalać zapałki. Baby w wienkszości nie chcieli nawet do niego podchodzić, w tym moja matula, która zamkła oczy na zawsze, zaraz jak wydała mię na ten świat. Podobnież była łagodnom Murzynkom o jasnej skórze. „Twoja matula była jedynom kobitom na świecie menżnom na tyle, coby słuchać moich świentych myśli”, przechwalał sie papa. „Bo jestem ci ja człowiekiem wielu talentów”.

Jakie by te talenty nie byli, nie składali sie na wiele, bo całkiem wyprostowany i wystrojony od stóp do głów, w butach i cylind­rze z trzycalowom główkom, papa mierzył nie wiencej niż ze cztery stopy i osiem cali, a i to tylko dlatego, że zadzierał nosa.

Czego mu brakło we wzroście, nadrabiał głosem, któren miał taki donośny i cieńki, że potrafił przekrzyczeć każdego jednego białego, co kiedykolwiek chodził po zielonej bożej ziemi. Mówił, jakby w gardle utkła mu żydowska harfa, dobywał ze siebie brzdenkniencia, stukoty i tak dalij. Rozmawiajonc z nim, dostawało sie dwa w jednym, bo jak golił człowieka, to jednocześnie spryskiwał mu oblicze plwocinami… A właściwie trzy w jednym, jeśli wzionć pod uwage jeszcze jego oddech, cuchnoncy niczym świńskie flaki i trociny, bo papa przedtem przez wiele lat pracował w rzeźni i dlatego kolorowi na ogół go unikali.

Za to biali dosyć go lubili. Nieraz żem widział, jak papa wieczorem zalewał sie akwawitom, wskakiwał na bar u Dutcha Henry’ego, trzaskał nożycami i ryczał w dymie i oparach ginu: „Pan nadchodzi! Nadchodzi, coby powybijać wam zemby i powyrywać włosy!”, po czym rzucał sie swojom osobom w tłum pijanych w sztok buntowników z Missouri, najgorszych i najpodlejszych, jakich świat widział. Ale chociaż ci biali goście najczenściej powalali go na podłoge i wybijali mu zemby kopniakami, to nie mieli do niego wiencej pretensji, że rzuca sie na nich w imie Ducha Świentego, niż gdyby to jakie tornado ­cisło go przez sale, bo Duch Odkupiciela, Któren Przelał Swojom Krew, to była wtenczas na prerii poważna sprawa. Przecient­ny biały pionier wiedział, co to nadzieja, ale wienkszość szybko wyprztykiwała sie z tego towaru, bo oczekiwania, z którymi przyjechali na Zachód, nie spełniali sie wedle ichnich chenci. Dlatego wszystko, co pomagało im wstać z wyrka, iżby na ten przykład zabijać Indianów i nie paść przy tym trupem na zimnice albo od ukonszenia grzechotnika, stanowiło dla nich miłom odmiane. Papie pomagało i to, że pendził chyba najlepszy bimber w Kansas – chociaż był kaznodziejom, nie miał nic przeciwko łyczkowi albo trzem – toteż zazwyczaj ci sami leworwerowcy, co wyrywali mu włosy i bili go do nieprzytomności, potem go podnosili, mówili: „Chodźmy chlać”, i wychodzili z nim całom bandom, i wyli do ksienżyca, pijonc samogon papy. A papa był słusznie dumny z tej przyjaźni ze synami białej rasy, przyjaźni, której, jak twierdził, nauczył sie z Biblii. „Synu – mawiał – pamientaj zawsze Ksienge Hezekijala, rozdział dwunasty, werset siedemnasty: Wyciongnoł szklanice do spragnionego bliźniego swego, kapitanie Ahabie, i daj mu sie napić do syta”.

Byłżem już dorosły, jak żem sie dowiedział, że nie ma w Biblii żadnej Ksiengi Hezekijala ani kapitana Ahaba. Bo prawda jest taka, że papa ni w zomb nie umiał czytać i przytaczał ino te wersety, co je usłyszał od białych.

Owszem, w miasteczku zawionzało sie stronnictwo, ażeby powiesić pape za te rzucanie sie, kiedy wstompił w niego Duch Świenty, miendzy pionierów – spekulantów, traperów, dzieci, kupców, mormonów, a nawet białe kobity – którzy walili na Zachód jak potop i zatrzymywali sie na popas u Dutcha Henry’ego. Bidne osadniki majom dość zmartwień, na ten przykład jadowite wenże wyskakujonce ze szpar w podłodze, ładowane od tylca karabiny, co strzelajom bez powodu, albo źle zbudowane kominy, przez które duszom sie na śmierć, wienc po co im jeszcze Murzyn, co sie na nich rzuca w imie naszego Wielkiego Odkupiciela, Któren Nosił Korone. Znaczy sie, kiedy w 1856 roku skuńczyłżem dziesienć lat, w miasteczku mówiło sie już otwarcie, że mojemu papie trzeba odstrzelić łeb.

I, tak se myśle, zrobiliby to, gdyby na wiosne nie przyszedł taki jeden, co to zrobił za nich.

Knajpa Dutcha Henry’ego stojała tuż przy granicy z Missouri. Służyła za cóś w rodzaju poczty, sondu, plotkarni i pijalni ginu dla tamtejszych rebeliantów, którzy przyjeżdżali do Kansas pić, rżnonć w karty, łżeć, chodzić na kurwy i wyć do ksienżyca, że czarnuchy opanowujom świat, Jankesi wyrzucajom do wychodka konstytucyjne prawa białych i tak dalij. Nie zwracałżem uwagi na tom gadanine, bo moim celem w życiu było wtenczas czyścić buty klientom papy, kiedy ich strzygł i golił, i opychać sie ile wlezie chlebem kukurydzianym i piwem. Ale jak przyszła wiosna, u Dutcha zaczeło sie mówić o pewnym żondnym krwi białym łotrze zwanym Starym Johnem Brownem, Jankesie z dalekiego wschodu, co przyjechał do Kansas rozrabiać z bandom swoich synów, których nazywano Strzelcami z Pottawatomie. Z tego, co opowiadało sie u Dutcha, Stary John Brown i jego krwiożerczy synowie planowali ukatrupić wszystkich chłopów, baby i dzieciaki na prerii. Stary John Brown kradł kunie. Stary John Brown palił gospodarstwa. Stary John Brown gwałcił baby i obcinał chłopom głowy. Stary John Brown robił to, Stary John Brown robił tamto i – na Boga żywego – kiedy skuńczyli o nim gadać, miało sie wrażenie, że Stary John Brown to najnikczemniejszy, najbardziej ucionżliwy i krwiożerczy skurwysyn na świecie, wienc se poprzysiengłem, że jeśli go kiedy spotkam, to – jak mi Bóg miły – osobiście go sprzontne, za to, co już zrobił, albo za to, co zamierzał zrobić tym zacnym białym ludziom, moim znajomym.

No i niedługo po tym, jakem ogłosił tom proklamacje, do ­Dutcha Henry’ego wtoczył sie jakiś Irlandczyk i usiadł na krzesełku fryzjerskim mojego papy. Nie miał w sobie nic szczególnego. W tamtych czasach po Kansas wałensali sie setki szukajoncych szczenścia preriowych włóczengów, co to polowali na okazje, żeby sie z kim zabrać na Zachód albo dostać robote przy kradzeniu bydła. Ten przybłenda niczym sie nie wyróżniał. Był przygarbiony, chudy, dopiero co zjechał z prerii, cuchnoł jak bizonie łajno, szczenka mu drgała nerwowo, podbródek miał porośnienty zmierzwionymi kłakami, a wokół oczów i ust tyle bruzd i zmarszczek, że gdyby je połonczyć, utworzyliby kanał. Jego wonskie wargi na stałe wykrzywili sie w surowym grymasie. Płaszcz, kamizelka, spodnie i cieńki krawat całe wyglondali jak pogryzione przez myszy, a buty byli już zupełnie do niczego – z nosków normalnie wystawali paluchy. W sumie wyglondał żałośnie, nawet jak na prerie, ale był biały, wienc kiedy siednoł na krzesełku, coby go ostrzyc i ogolić, papa zawionzał mu pod brodom serwetke i zabrał sie do roboty. Jak zwykle pracował na górnym kuńcu, a ja żem robił dół, czyli czyściłem buty, to jest w tym przypadku raczej palice u stóp.

Po kilku chwilach Irlandczyk rozejrzał sie i widzonc, że nikogo nie ma w pobliżu, zapytał pape cicho:

– Czytujesz Biblie, człowieku?

No cóż, papa miał fijoła na punkcie Pana Boga, wienc go od razu poniesło.

– A jak, szefie, jasne, że czytuje – powiedział. – Znam ci ja najróżniejsze biblijne wersety.

Stary cymbał uśmiechnoł sie na te słowa. Nie moge powiedzieć, żeby to był prawdziwy uśmiech, bo przybłenda miał tak surowom twarz, że nie mógł sie uśmiechać, ale jego usta jakby sie rozciongli. Myśl o Panu Bogu najwyraźniej sprawiła mu przyjemność. Nic dziwnego, bo korzystał przecie właśnie z łaski boskiej, tam i wtedy, był to bowiem ten Stary John Brown, morderca we swojej osobie, bicz boży nad Kansas, a siedział se jakby nigdy nic w oberży ­Dutcha, chociaż za jego głowe wyznaczono tysionc i pieńcet dularów nagrody i połowa miejscowych chent­nie przedałaby mu kulke.

– Cudownie – powiedział. – Powiedz mi, jakie som twoje ulubione ksiengi w Biblii?

– Och, wszystkie – oznajmił papa. – Ale najbardziej to lubie Hezekijala, Ahaba, Trottera i Arcykapłana Cysorza.

Starzec zmarszczył brwi.

– Nie przypominam se, cobym takie czytał. A przeczytałżem Biblie od deski do deski.

– Nie znam ich tak dokładnie – odpowiedział papa. – Ale jeśli znasz jakie wersety, nieznajomy panie, i zechciałbyś sie nimi ze mnom podzielić, to ich z radościom wysłucham.

– Owszem, zechciałbym, bracie. Oto jeden z nich: Kto zatyka uszy na krzyk Pana, sam bendzie krzyczał.

– A niech mię, przedni werset! – zawołał papa, podskakujonc i stukajonc w powietrzu jednym obcasem o drugi. – Powiedz pan jeszcze jeden.

– Pan wycionga dłoń, dotyka zła i unicestwia je.

– To miód na mojom dusze! – zakrzyknoł papa, podskakujonc i klaszczonc. – Dawaj go pan wiencej!

Stary cymbał sie rozkrencał.

– Postaw chrześcijanina przed obliczem grzechu, a skiknie mu do gardła!

– Dalij, nieznajomy panie!

– Uwolnij niewolnika od tyranii grzechu! – prawie wrzeszczał.

– Nauczaj!

– I rozprosz grzeszników jak ścierń, by niewolnik był uwolniony na wieki!

– Tak jest!

No wienc siedzieli se na samiuśkim środku knajpy Dutcha Henry’ego i tak sie przekrzykiwali, a jakie pienć stóp od nich krenciło sie cóś ze dziesienciu luda, handlarze, mormoni, Indianie i kurwy, i każdy, nawet Stary John Brown, mógł sie pochylić nad papom i szepnonć mu słówko albo dwa, żeby ocalić jego życie, bo przez niewolnictwo na Terytorium Kansas już przecie wybuchła wojna. Splondrowano Lawrence, gubernator uciekł i nie obowionzywało żadne prawo, a jankescy osadnicy od Palmyry po Kansas City dostawali po dupach z lewa i z prawa od rebeliantów z Missouri. Tylko że papa nic o tym nie wiedział, bo nigdy nie był dalij niż mile od knajpy Dutcha. Ale nikt sie nie odezwał ani słówkiem, a papa miał bzika na punkcie Pana Boga, wienc skikał wokoło, trzaskał nożycami i śmiał sie.

– Och, nadchodzi Duch Świenty! Krew Chrystusa! Tak, tak. Rozprosz ścierń! Rozprosz! Czuje sie, jakbym już spotkał Pana!

W knajpie zapadła cisza.

Na sali pojawił sie Dutch.

Dutch Henry Sherman był wielkim Niemcem, sześć stóp na boso. Łapy miał jak tasaki, usta koloru cielenciny i grzmioncy głos. Był właścicielem mię, papy, mojej ciotki i wuja i kilku indiańskich squaws, które wykorzystywał dla przyjemności. Wykorzystałby w ten sposób i białego menżczyzne, jeśli dzienki temu mógłby kupić jego towar. Papa był pierwszym niewolnikiem Dutcha, wienc miał pewne przywileje. Mógł przychodzić i wychodzić, kiedy chciał. Ale codziennie w południe Dutch wpadał po piniondze, które papa uczciwie trzymał w pudełku po cygarach za krzesełkiem fryzjerskim. A trzeba trafu, że było właśnie południe.

Dutch podeszedł bliżej, siengnoł za krzesło, wzioł forse z pudełka i już miał sie odwrócić, ale zerknoł na dziada siedzoncego przed papom i cóś mu sie w nim nie spodobało.

– Wyglondasz znajomo – stwierdził. – Jak sie nazywasz?

– Shubel Morgan – powiedział Starzec.

– Co porabiasz w tych stronach?

– Szukam roboty.

Dutch zamilkł na chwile. Popatrywał na Starca, jakby wyczuł kłamstwo.

– Mam troche drewna z tyłu, co to je trza porombać – powiedział. – Dam ci piendziesiont centów za pół dnia.

– Nie, dzienki – odparł Starzec.

– Siedemdziesiont pienć.

– Nie.

– A co powiesz na dulara? – spytał Dutch. – Dular to dużo piniendzy.

– Nie moge – mruknoł Starzec. – Czekam na parowiec na Kaw.

– Parowiec bendzie dopiero za dwa tygodnie.

Starzec zmarszczył brwi.

– Siedze tu se i dziele sie Świentym Słowem z moim bratem chrześcijaninem, masz cóś przeciwko? – zapytał. – Lepiej zajmij sie swoimi sprawami, przyjacielu, i sam se piłuj drewno, ażeby Pan nie wzioł cie za tłustom świnie i lenia.

W tamtych czasach Dutch nosił przy sobie pieprzniczke. Niezły leworwerek. Czterolufowy. Niebezpieczny z bliska. Trzymał go w kieszeni z przodu, coby łatwo wyciongać. Nie w kaburze, po prostu w kieszeni. Siengnoł teraz do niej i wyciongnoł pieprzniczke lufom do dołu, wszystkimi czterema lufami w podłoge, i z tym leworwerem w renku rozmawiał ze Starcem dalij.

– Tak może gadać ino spietrany Jankes, co cionga wymiona – powiedział, ale Starzec po prostu se siedział, spokojny jak głaz.

– Szanowny panie – odparł. – To obelga.

Tak, musze tu powiedzieć od razu, że stojałem wtenczas po stronie Dutcha. Nie był złym facetem. Po prawdzie dobrze sie opiekował mnom, papom, mojom ciotkom i wujem, i tymi Indiankami, co sie z nimi zabawiał. Miał dwóch młodszych braci, Williama i Drury’ego, którym zlecał różne roboty, a poza tym wysyłał piniondze matce do Niemiec i jeszcze karmił i ubierał te różne squaws i rozmaite kurwy, co je William, jego brat, ściongał z Mosquite Creek i okolic, i to sie liczyło, bo William był gówno warty i przyjaźnił sie w Kansas ze wszystkimi z wyjontkiem własnej żony i dzieci. Nie mówionc już o tym, że Dutch miał jeszcze stodołe, kilka krów i kur, dwa muły, dwa kunie, rzeźnie i te oberże. Sporo na głowie. Nie sypiał wiencej niż dwie albo trzy godziny na dobe i po prawdzie, jak tak teraz myśle, sam był troche jak niewolnik.

Cofnoł sie na krok od Starca, ciengiem trzymajonc pieprzniczke lufami do dołu, i powiedział:

– Wstawaj z tego krzesła.

Krzesełko fryzjerskie stojało na drewnianym podeście. Starzec podniósł sie i powoli z niego zeszedł. Dutch kazał barmanowi, żeby mu podał Biblie, barman podał. Dutch podeszedł do Starca z Bibliom w jednej rence i pieprzniczkom w drugiej.

– Poprzysiengniesz na tom Biblie, że jesteś za niewolnictwem i konstytucjom Stanów Zjednoczonych – powiedział. – Jeżeli to zrobisz, staruchu, to wyjdziesz stond cały i zdrowy. Ale jeżeli nie, ty niebieski[1] abolicjonistyczny zdrajco, to zdziele cie przez łeb tym leworwerem tak mocno, że ci żółć pójdzie uszami. Kładź tu zaraz łape.

Owszem, w nastempnych latach czensto żem widywał Starego Johna Browna. I to prawda, że zrobił wiele zbrodniczych, strasznych rzeczy. Ale kłamać nie umiał – zwłaszcza z renkom na Biblii. Był w kropce. Gwałtownie położył dłoń na Piśmie. Po raz pierwszy wyglondał na zdenerwowanego.

– Jak sie nazywasz? – spytał Dutch.

– Shubel Isaac.

– Zdawało mi sie, żeś powiedział Shubel Morgan.

– Na drugie mam Isaac.

– To ile ty masz tych imion?

– A ilu mi trzeba?

Rozmowa zbudziła jednego starego pijaka, co sie nazywał Dirk i kimał przy stoliku w koncie. Dirk usiadł, zmrużył oczy, rozejrzał sie po sali i wypalił:

– Ej, Dutch, ten tu wyglonda na Starego Johna Browna.

Kiedy to powiedział, bracia Dutcha, William i Drury, i jeden młody gość, James Doyle – wszyscy mieli niedługo wyciongnonć kopyta – wstali od stołu przy drzwiach, wyjmali colty, wymierzyli w Starca i otoczyli go.

– To prawda? – spytał sie Dutch.

– Co? – odparł Starzec.

– Ty jesteś Stary Brown?

– Powiedziałem, że tak?

– A wienc nie jesteś. – Dutch wyglondał, jakby mu ulżyło. – Kim jesteś w takim razie?

– Dzieckiem mojego Stwórcy.

– Za stary jesteś na dziecko. Tyś jest Stary John Brown czy nie?

– Jestem tym, kim Pan chce, żebym był.

Dutch prasnoł Bibliom o podłoge, wcisnoł pieprzniczke w szyje Starca i odwiódł kurek.

– Boże, przestań chrzanić, cholerny kapuściany łbie! Stary Brown. To ty czy nie ty?

Owszem, przez te wszystkie lata, przez które żem go znał, Stary John Brown nigdy sie nie unosił, nawet jak szło o śmierć – jego czy cudzom – chyba że pojawił sie temat Pana Boga. Wienc kiedy zobaczył, jak Dutch Henry ciska tom Bibliom o podłoge, przeklina i wzywa Imienia Pańskiego nadaremno, to go ruszyło. Normalnie nie mógł tego znieść. Zacisnoł usta i kiedy znów sie odezwał, nie gadał już jak Irlandczyk, tylko swoim prawdziwym głosem. Wysokim. Cieńkim. Napientym jako struna.

– Lepiej sie ugryź w jenzyk, a nie wzywaj imienia Stwórcy – powiedział spokojnie – cobym mocom Jego Świentej Łaski nie zadał ci pokuty w Jego imieniu. Bo wtenczas ten leworwer, co go trzymiesz, nie bendzie warty ani centa. Pan wytronci ci go z dłoni.

– Na Boga, przestań bajdurzyć i powiedz mi, jak sie nazywasz.

– Nie wzywaj imienia bożego nadaremno, szanowny panie.

– Do diabła! Bende przeklinał i wzywał jebanego imienia bożego, ile mi sie spodoba, niech to szlag trafi! Bende wrzeszczał to imie w dupe martwej świni, a potem wcisne je w twoje jankes­kie gównojadzkie gardło, pierdolony czarnuchu w białej skórze!

To Starca zdenerwowało; w mig zrzucił ze szyi fryzjerskom serwete i błysnoł karabinem Sharpsa spod płaszcza. Był szybki jak grzechotnik, ale Dutch trzymał lufe leworweru wciśnientom w jego szyje i musiał ino zwolnić kurek.

I zwolnił.

Tylko że pieprzniczka to kapryśna pukawka. Nie można na niej polegać jak na colcie albo innej broni automatycznej. To leworwer prochowy. Musi być suchy, a Dutch pocił sie i przeklinał, wienc jego wielkie łapy widać zwilgotnieli, tylko tak to potrafie wytłumaczyć, bo kiedy pociongnoł za spust, leworwer wydał ze siebie ino „Plask!”, a jedna z luf wybuchła i wygła sie na bok. Dutch upuścił broń i upadł na podłoge, beczonc jak ciele, bo mało nie urwało mu renki.

Tamtych trzech, co celowali do Starego Browna z coltów, cofło sie na chwile, żeby nie ochlapała ich mózgownica Starca, bo myśleli, że rozbryźnie sie zaraz po sali, i teraz gapili sie w lufe karabinu, któren ten stary pierdziel spokojnie wyciong­noł już cały.

– Mówiłem, że Pan wytronci ci leworwer z renki – powiedział – albowiem Król Królów wytempi wszystkich szkod­ników.

Wcisł lufe w szyje Dutcha, odciongnoł kurek do samego kuńca, spojrzał na tamtych trzech i powiedział:

– Połóżcie broń na podłodze albo strzelam.

Zrobili, co im kazał, a wtedy Starzec zwrócił sie do wszystkich w knajpie, ciengiem z karabinem, i wykrzyknoł:

– Jestem John Brown, dowódca Strzelców Pottawatomie. Przychodze z błogosławieństwem Pana, coby wyzwolić wszystkich kolorowych na tym terytorium, a każdego, kto stanie mi na drodze, nafaszeruje prochem i ołowiem.

Owszem, w sali było pewnie z pół tuzina włóczengów uzbrojonych w sześciostrzałowe leworwery, ale żaden nie siengnoł po pukawke, bo Starzec był bardzo opanowany i nie żartował. Powiódł oczami po sali i powiedział spokojnie:

– Wszyscy Murzyni, coście tu sie pochowali, wychodźcie. Teraz jużeście som wolni. Chodźcie ze mnom. Nie bójcie sie, dzieci.

No tak, na sali było kilku kolorowych – jednych przysłano tu, żeby cóś załatwili, insi usługiwali swoim panom. Wienkszość pochowała sie pod stołami, gdzie drżeli i czekali, aż zacznie sie strzelanina, i kiedy Starzec przemówił, no to cóż, wyskoczyli i dali noge, wszyscy jak jeden monż. Wybiegli przez drzwi. Nie było widać nic, ino ich głowy z tyłu, kiedy krencili dupskami, biegnonc do domu.

Starzec patrzał, jak sie rozpierzchajom.

– Oni jeszcze nie som zbawieni w Panu – burknoł.

Nie skuńczył jednak jeszcze wyzwalać niewolników, bo odwrócił sie do mojego papy, któren stojał, dygoczonc na całym ciele i powtarzajonc: „O Bożenciu, Bożenciu…”.

Starzec uznał te słowa za cóś w rodzaju zgłoszenia na ochotnika, bo na to „Bożenciu” odpowiedział „Boże”, co chyba oznaczało, że sie z moim papom zgadza, i poklepał go po plecach, rozanielony z zadowolenia.

– Przyjacielu, dokonałeś mondrego wyboru – oświadczył. – Ty i twoja biedna córka kwarteronka jesteście błogosławieni, boście przyjeli zamysł naszego błogosławionego Odkupiciela, iżbyście żyli wolni i swobodni, i abyście dzienki temu nie spendzili reszty swoich dni w tej jaskini zła pośród tych grzesznych dzikusów. Teraz jużeście som wolni. Wynijdźcie tylnym wyjściem, a ja potrzymie tych poganów na muszce, a potem poprowadze was ku wolności w imie Króla Syjonu!

No cóż, nie wiem, jak papa, ale kiedy Starzec mamrotał o królach, poganach, Syjonach i tak dalij i wymachiwał tym swoim karabinem, ja jakoś utknełem myślami przy tej czenści, gdzie wspomniał o córce. To prawda, chodziłżem we worku po kartoflach, jak wienkszość murzyńskich chłopaków w tamtych czasach, a z powodu jasnej skóry i długich krenconych włosów chłopaki z miasteczka wyśmiewali sie ze mnie, chociaż z tymi, z którymi żem mógł, wyrównywałem rachunki pienściami. Ale wszyscy u Dutcha, nawet Indianie, wiedzieli, że jestem chłopakiem. Wtenczas nie interesowałżem sie jeszcze dziewczynami, bo przecie wychowałem sie w knajpie, gdzie wienkszość bab paliła cygara, piła berbeluche i cuchneła pod niebiosa jak chłopy. Jednak nawet te babska, które chodzili tak naprute gorzałom, że mylili robaki z kulkami bawełny i nie umieli odróżnić jednego kolorowego od drugiego, wiedzieli, żem jest chłopakiem, nie dziewczynom. Otworzyłem usta, coby poprawić Starca w tej kwestii, ale w tym momencie w sali rozległo sie piskliwe skomlenie, którego nie mog­łem przekrzyczeć. Dopiero kilka chwil później zdałem se sprawe, że to wycie i jenczenie wychodzi z moich ust, i musze w tym miejscu przyznać, żem sie wtenczas zeszczał.

Papa wpadł w panike. Trzonsł sie cały jak osika.

– Panie, mój Henry nie jest…

– Nie ma czasu, coby rozprawiać teraz na temat twojego duchowego zniewolenia, szanowny panie! – ucioł Starzec, ciengiem mierzonc do ludzi na sali. – Musimy ruszać. Odważny przyjacielu, zabiore ciebie i twojom Henriette w bezpieczne miejsce.

Bo trzeba wam wiedzieć, że nazywam sie Henry Shackleford, a Starzec usłyszał „Henry nie” i wzioł to za „Henrietta”, bo tak działał jego umysł. Jak w cóś uwierzył, to wierzył. Nie było dla niego ważne, czy to rzeczywiście jest prawda, czy nie. Po prostu przekształcał prawde, dopóki mu nie przypasowała. Pod tym wzglendem był typowym białym.

– Ale mój s…

– Odwagi, przyjacielu – powiedział Starzec – bo w krzakach jest baranek. Przypomnij se Joela, rozdział pierwszy, werset czwarty: „Co pozostało po gazam, zjadła szarańcza, a co pozostało po szarańczy, zjadł jelek, a co pozostało po jelek, zjadł chasil”[2].

– Co to znaczy? – spytał papa.

– Że jak tu zostaniesz, to cie zjedzom żywcem.

– Ale moje dziecko nie jest żadnom dzie…

– Cichaj! – powiedział Starzec. – Nie możemy zwłóczyć. A o tym, jak twojom małom natchnonć Świentym Słowem, porozmawiamy później.

Chwycił mię za renke i ciengiem trzymajonc karabin w gotowości, wycofał sie do tylnych drzwi. Usłyszałem kunie w zaułku. Kiedy Starzec podeszedł do wyjścia, na chwile puścił mojom dłoń, coby odemknonć drzwi, i wtenczas papa rzucił sie na niego.

W tym samym momencie Dutch skoczył po jednego z tych coltów, co leżeli na podłodze, złapał go, wycelował do Starca i wystrzelił.

Kula chybiła, trafiła w brzeg drzwi i odłupała z nich na bok długom na jakie osiem cali drzazge. Wystawała jak nóż, zupełnie poziomo, mniej wiencej na wysokości piersi – i papa wpadł prościutko na niom. Wbiła mu sie prościutko w pierś.

Zatoczył sie do tyłu, upadł na podłoge i wyzionoł ducha.

Już bardzo wyraźnie słyszeliśmy stukot kopyt tych kuni, które z wielkom szybkościom nadbiegali uliczkom. Starzec kopnoł drzwi i szeroko je roztworzył.

Dutch Henry siedział na podłodze.

– Ty złodzieju Murzynów! – wykrzyknoł. – Jesteś mi winien tysionc dwieście dularów!

– Zapisz je na rachunek Pana Boga, ty poganie – odparł ­Starzec.

A potem podniósł mię jednom renkom, wyszedł na uliczke i już nas nie było.

2

Ptak dobrego Boga

Wyjechaliśmy pendem z miasteczka, zostawiliśmy za sobom udeptany szlak kalifornijski i skierowaliśmy sie prosto na niziny Kansas. Było ich trzech: Starzec i dwóch młodych. Młodzi szarżowali przed nami na kuniach łaciatych, a Starzec i ja podskakiwaliśmy na srokaczu, co miał jedne oko niebieskie, a drugie bronzowe i należał do Dutcha – znaczy Starzec był także kuniokradem.

Mkneliśmy tak przez dwie godziny. W oddali widać było topole, a goroncy wiater chłostał mię w twarz. Terytorium Kansas to płaska, otwarta i upalna kraina i kiedy z wielkom szybkościom gnasz wierzchem, to jest cienżko. Porzondnie poobijałem se dupe na grzbiecie tego srokacza, bom nigdy wcześniej na kuniu nie jechał. Tyłek ścisnoł mi sie w małom bułke i gdy żem już myślał, że wiencej tego nie zniese, wpadliśmy na szczyt jakiegoś wzniesienia i zatrzymaliśmy sie w bele jakim obozie. Na polance stojał namiot z trzema ściankami na kijach, pod kamiennom ścianom przy wygasłym ognisku. Starzec zesiadł z kunia i pomógł mi zejść na ziemie.

– Pora napoić kunie i odpoczonć, dziecko – powiedział. – Nie możemy zwłóczyć. Tylko czekać, jak za nami przylecom.

Patrzał na mię, marszczonc swojom i tak już pomarszczonom twarz. Pewnikiem czuł sie winny, że mię porwał i że przez niego zginoł mój papa, bo miał cóś dziwnego w oczach i długo mi sie przyglondał. W kuńcu zaczoł przeszukiwać zapchlonom kieszeń płaszcza. Pogrzebał w niej i wyciongnoł cóś, co wyglondało jak kulka z piórami. Strzepnoł z niej kurz i powiedział:

– Widzi mi sie, że nie sondzisz, iżby to, co tam zaszło, było słuszne, ale w imie wolności wszyscyśmy żołnierzami krzyża i, co za tym idzie, wrogami niewolnictwa. Pewnie myślisz, że nie masz rodziny albo że jej już nie zobaczysz, jeśli masz. Jednakowoż w rzeczywistości należysz do rodziny ludzkiej i jesteś w niej mile widziana, jako i każdy. Chciałbym, cobyś to przyjeła, moje dziecko, jako znak twojej nowej wolności i nowej rodziny, boś dołonczyła do nas, bojowników o wolność, chociażeś jest dziewczynkom i musimy sie ciebie jak najszybciej pozbyć.

Wyciongnoł do mię to cóś. Nie chciałem tego, cokolwiek to było, ale że Starzec był biały i tak charczał i chrzonkał nad tom cholernom rzeczom, pomyślałem, że musze jom wzionć. A była to cybula. Zeschnienta, brudna, pokryta jakimiś piórami, pajenczynami, nitkami i inszymi śmieciami z jego kieszeni. Wyglondała gorzej niż wyschłe gówno muła. Starzec nie miał nic przeciwko śmieciom, w późniejszych latach widziałżem nieraz, jak wycionga z kieszeni tyle różności, że można by nimi wypełnić pienciogalonowom beczke – wyjechał dziś jednak na ten wypad do Dutcha, wienc nie wzioł zbendnego bagażu.

Wziełem tom cybule i trzymałżem, przestraszony i spłoszony, bo nie wiedziałem, czego Starzec chce. Potem pomyślałem, że chce, cobym jom zjadł. Oczywiście nie chciałem, ale zgłodniałżem po tej długiej jeździe, a poza tym byłem przecie jego wienźniem, wienc sie w niom wgryzłem. Smakowała paskudnie jak diabli. Utkła mi w przełyku jak kamień, alem uporał sie z niom w pare chwil.

Oczy Starca rozszerzyli sie i po raz pierwszy zobaczyłem, jak przez jego starczom twarz przebiega najczystszy strach, któren wziełem za niezadowolenie, bo dopiero w późniejszych latach dowiedziałem sie, że spojrzenie Johna Browna może oznaczać właściwie wszystko, co człowiek chce.

– Właśnie żeś połkła mój talizman – wystenkał. – Nosiłem go przy sobie przez czternaście miesiency i nie skaleczył mię w tym czasie żaden nóż, i nie zraniła żadna kula. Pewnikiem Pan daje mi znać, żem musiał go stracić. Biblia mówi, że Pan usunie ozdobe, sprzonczki i diademy, i półksienżyce. Jednakowoż nawet tak bogobojny monż jak ja ma kieszeń pełnom grzechów, co tłukom sie po głowie i po prawdzie także miendzy nogami, bo miałżem dwudziestke dwójke dzieci, z których dwanaście jeszcze żyje, Cybulko. Lecz mój szczenśliwy amulet mieszka teraz w tobie, boś połkła moje odkupienie i grzech do swojego brzucha i zeżarłaś go, tak jak Jezus Chrystus zjadł grzechy tego świata, abyśmy mogli żyć, ty i ja. Choć jestem już starcem, niech to bendzie dla mię nauczkom za to, że pozwoliłem, iżby pomiendzy mnom i wielkim Królem Królów stojali świentokradcze przedmioty.

Nie miałżem pojencia, o czym gada, bom sie dopiero później dowiedział, że Stary John Brown potrafił włonczyć Boga we wszystko, co robił, nawet w korzystanie z wychodka. To jeden z powodów, że nie byłem wierzoncy: wychował mię papa, któren wierzył w Boga i był szalony, wienc wydawało mi sie, że wiara i szaleństwo chodzom w parze. Ale nie mógłżem spierać sie z białym, zwłaszcza że był moim porywaczem, to trzymałem gembe na kłódke.

– Ponieważ objawiłaś mi wole Stwórcy i teraz to ty jesteś moim talizmanem, Cybulko, to ja tyż dam ci cóś na szczenście i w ten sposób uwolnie sie od wszystkich tych oszukańczych rupieci i szczenśliwych bawidełek, co som dziełem szatana.

Przeszukał kieszenie i wyjoł z nich naparstek, jakiś korzeń, dwie puszki po konserwach, trzy groty od indiańskich strzał, nożyk do obierania jabłek, zasuszonego wołka zbożowego i ­pogienty scyzoryk. Ciepnoł to wszystko do woreczka i podał mi go.

– Weźmij te rzeczy i niech przynoszom ci szczenście, dopóki nie spotkasz człowieka, co pokaże ci droge Stwórcy, Cybulko. ­Albowiem prorok może przyjść pod postaciom menżczyzny, chłopca albo dziewczynki, jak stało sie w twoim przypadku, a każden, w tym także i ty, Cybulko, musi dosiengnonć mondrości Wszechmogoncego, kiedy spotka swojego proroka, Twórce Słowa, co trzymie w gotowości znak prowadzoncy do odkupienia – powiedział i dodał: – I obyś w swoich wendrówkach spotkała drugom Cybulke, coby ona mogła zostać twoim talizmanem i zabrać od ciebie te bawidełka, iżbyś stała sie naprawde wolna, jako ja.

W tym miejscu wyciongnoł z kieszeni ostatni przedmiot, dziwne długie czarno-białe pióro, wcisnoł je w moje genste kendzierzawe włosy i odczekał chwile, przypatrujonc mi sie w zamyśleniu.

– To pióro ptaka dobrego Boga. Jest wyjontkowe. I nie jest mi źle z tym, że daje ci cóś wyjontkowego. Jak powiada Biblia, weźmij to, co wyjontkowe, ze swojej renki i daj potrzebujoncemu, a bendziesz szedł drogom Pana. Oto cała tajemnica, Cybulko. Ale trzeba ci wiedzieć, że nie powinnaś za bardzo wierzyć sprawom poganów. I nie naciongaj zbytnio słów Wielkiego Władcy. Naciongniesz troche tu, naciongniesz troche tam i zanim sie spostrzeżesz, całkiem popadniesz w diabelstwo. Jako bojownikom o jego słuszne Świente Słowo wolno nam se pozwolić na to i na tamto, na ten przykład amulety i tak dalij, ale nie powinniśmy za bardzo se folgować. Rozumiesz?

Nie wiedziałem, o czym on, do cholery, gada, ale że był waryjatem, skinełem głowom, że tak.

Chyba sprawiło mu to przyjemność, bo podniósł głowe ku niebu i powiedział:

– Naucz swoje dzieci, jak żyć na wzór Króla Królów, a nie zejdom z jego drogi. Słysze cie, o wielki Sianokosiarzu, i dzienki tobie składam za to, że błogosławisz nas w każdej minucie każdego dnia.

Nie wiem, ale Bóg chyba odpowiedział mu że ta, ta, wszystko w porzondku, bo Starzec wyglondał na zadowolonego i zaraz o mnie zapomniał. Odwrócił sie i z torby przy siodle wyciongnoł olbrzymiom podklejonom płótnem mape. Poczłapał w swoich znoszonych buciorach do namiotowej przybudówki, klapnoł pod niom na ziemie i pochylił sie nad mapom, nie mówionc już ani słowa. Dopiero po chwili skinoł na mię, cobym obok niego usiadł, wienc usiadłem.

Tamci dwaj tyż zesiedli z kuni i podeszli do nas. Sondzonc po wyglondzie, byli synami Starca, bo byli prawie tak samo brzydcy jak on. Pierwszy był potenżnym, mniej wiencej dwudziestoletnim dryblasem, wyższym od Dutcha, na boso mierzył sześć stóp i cztery cale. Nigdy nie spotkałem człowieka, na którym wisiałoby tyle broni. Na biedrach nosił przywionzane rzemieniem dwa cienżkie siedmiostrzałowe leworwery – po raz pierwszy widziałżem cóś takiego – oprócz tego miał jeszcze pałasz, strzelbe na wiewiórki, strzelbe śrutowom, nóż myśliwski i karabin. Kiedy sie poruszał, stukotał i grzechotał jak chodzoncy sklep żelazny. Naprawde przerażajoncy widok. Jak sie później dowiedziałem, miał na imie Frederick. Drugi był niższy, bardziej krempy, rudy, sporo starszy i z niesprawnom renkom. Ten sie nazywał Owen. Nic nie mówili, tylko czekali, aż Starzec cóś powie.

– Napojcie kunie i rozpalcie ognisko – rozkazał.

Ruszyli sie na te słowa, a ja żem siedział ciengiem koło Starca w namiocie. Byłem okropnie głodny, porwali mię, i musze powiedzieć, że pierwsze godziny wolności pod rozkazami Johna Browna przypominali ostatnie: cierpiałżem wienkszy głód niż za niewolnika.

Starzec oparł sie plecami o kamiennom ściane pod namiotem i ciengiem patrzał na mape. Obozowisko, chociaż opustoszałe, było czensto używane. Wokół leżało troche broni i obozowych sprzentów. Śmierdziało, nawet bardzo, i smród przywabiał komary, które roili sie genstymi czarnymi chmurami. Jedna taka chmura przysiadła na mnie i zaczeła mię straszliwie cionć. Kiedym rozgniatał komary, w szczelinie za plecami Starca, tuż ponad jego ramieniem, zaczeli harcować myszy. Jedna spadła prosto na mape. Przypatrywał sie jej przez chwile, a ona przypatrywała sie jemu. Umiał sie obchodzić z każdym zwierzakiem, co go Pan Bóg stworzył. Później miałżem zobaczyć, jak bierze na rence jagnie, coby czule i dobrodusznie zanieść je na rzeź, jak ujarzmia kunia, tylko go łagodnie poklepujonc i przemawiajonc do niego, i jak wyprowadza z bagna upartego muła zanurzonego po szyje, jak gdyby nigdy nic. Teraz ostrożnie podniósł tom mysze i delikatnie odstawił z powrotem w szczeline, do jej mysich braci, i te myszy siedzieli potem spokojnie jak szczenienta, zerkajonc przez ramie Starcowi, kiedy wpatrywał sie w mape. Pomyślałem, że som troche jak ja, tyż chcom wiedzieć, gdzie sie znajdujom, wiencem sie o to zapytał.

– W Middle Creek – mruknoł Starzec. Chyba nie był w nastroju do gadania. – Nakarmcie to dziecko – warknoł do chłopaków.

Ten duży, Frederick, obkronżył ognisko i podeszedł do mię. Był tak obwieszony broniom, że robił hałas jak orkiestra na paradzie. Spojrzał przyjaźnie w dół i spytał:

– Jak sie nazywasz?

No, to był problem, bom nie miał czasu wymyśleć se dziewczyńskiego imienia.

– Henrietta – burknoł Starzec znad mapy. – Niewolnica, ale już wolna – dodał dumnie. – Ja od tych pór nazywam jom Cybulkom. Mam po temu swoje powody. – Puścił do mię oczko. – Pape tej biedaczki zabił na jej oczach ten bydlak Dutch Henry. Nikczemnik, posłałbym mu kulke, tylko że mi sie spieszyło.

Zauważyłem, że nie powiedział nic o tym, że sam ledwo uszedł z życiem, ale na wspomnienie papy przebitego na wylot tamtom drzazgom zebrało mi sie na płacz, wienc wytarłem nos i zalałem sie łzami.

– No już, już, Cybulko – powiedział Starzec. – Zaraz doprowadzimy cie do porzondku. – Nachylił sie, znów siengnoł do torby, przeszukał jom i wyjoł jeszcze jeden prezent: wygniecionom, zapchlonom sukienke i czepek. – Kupiłżem to na urodziny mojej córki Ellen – powiedział. – We sklepie. Ale ona pewnikiem z radościom oddałaby to takiej ładnej dziewczynce jak ty z okazji uwolnienia.

Chciałżem dać już se wtenczas spokój z tymi gierkami, bo chociaż dałem rade zjeść tom zapchlonom cybule, co zamieszkiwała w jego kieszeni, to za żadne skarby na bożym świecie nie ubrałbym sukienki i czepka. W żaden sposób, w żadnym kształcie, żadnej formie ani żadnym razie. Tylko że gra szła o mojom dupe, która co prawda jest mała, ale osłaniam jom i lubie. Na dobitke Starzec był banitom, a ja jego wienźniem. Byłem w tarapatach. Znowuż zalałem sie łzami, co podziałało jak trzeba, bo wszystkich ich dobrze nastroiło, a ja od razu zmiarkowałem, że jak sie chce udawać dziewczyne, to trzeba płakać i piszczeć.

– W porzondku – powiedział Starzec. – Nie musisz nic robić, podzienkuj ino Dobremu Panu za jego dobroć. Nic mi nie jesteś winna.

No to wziełem kiecke, powiedziałem „Przepraszam”, poszłem do lasu na strone i ubrałżem tom głupote. Nie umiałem dobrze zawionzać czepka, ale jakoś go w kuńcu wcisnełem na łeb. Sukienka siengała mi kostek, bo dzieci Starca co do jednego byli olbrzymami. Nawet najniższa z jego córek mierzyła w dorosłości prawie sześć stóp na boso i górowała nad waszym szczerze oddanym Henrym o głowe, bo jak chodzi o wzrost, tom poszedł w ślady papy. Uwinełem sie z tym wszystkim, jak żem umiał, po czym wyszłem zza drzewa i mówie:

– Dzienkuje, panie.

– Nie jestem żadnym panem, Cybulko – odparł Starzec. – A tyś jest wolna jak ptak. Fred – powiedział do syna – weźmij mojego kunia i naucz tom tu Cybulke jeździć wierzchem, bo nieprzyjaciel niedługo zacznie nam deptać po pientach. Jest wojna. Nie możemy zwłóczyć.

Wtedy żem poznał słowo „wojna”. Słyszałem je po raz pierwszy, ale w tym momencie skupiłem sie na mojej wolności. Kombinowałem, jak by tu dać dyla, coby wrócić do Dutcha.

Fred zaprowadził mię do srokatego kunia, co to żem na nim jechał ze Starcem, pomógł mi na niego wleźć, a potem prowadził go spokojnie za uzde, jadonc obok na swoim. I jak tak żeśmy jechali, to gadał. Był gadułom. Dwa razy starszym ode mnie, alem od razu zmiarkował, że brakło mu oleju w głowie, jeśli rozumiecie, o co mi chodzi; był słaby na umyśle. Miał siano we łbie. Plótł bele co, bo nie potrafił myśleć o niczym dłużej niż przez minute. Dreptaliśmy tak przez jakiś czas, on paplał, ja żem siedział cicho, aż w kuńcu zapiał:

– Lubisz bażanty?

– Tak, paniczu.

– Nie jestem twoim paniczem, Cybulko.

– Tak, szanowny panie – odpowiedziałem, bom zawsze tak odpowiadał.

– Nie nazywaj mię szanownym panem.

– Tak, szanowny panie.

– Okej. W takim razie ja bende mówił do cie „panienko”.

– Okej, szanowny panie.

– Jak bendziesz mi mówić „szanowny panie”, to ja bende cie nazywać panienkom.

– Tak, szanowny panie.

Panowaliśmy tak se i panienkowali przez kilka minut, aż wreszcie takem sie wkurzył, że miałem chenć złapać kamień i walnonć go nim przez łeb, tylko że Fred był biały, a ja nie, dlatego znowu żem sie zalał łzami.

Fred sie zmieszał i zatrzymał kunia.

– Przepraszam, Henrietto – powiedział. – Cofam każde jedne słowo, co żem je wypowiedział.

Przestałem ryczeć i znów ruszyliśmy stempa. Przejechaliśmy tak jakie pół mili w dół strumienia, gdzie kuńczył sie gonszcz topoli. Las stykał sie tu z polankom niedaleko rumowiska głazów i kempki rozłożystych drzew. Zsiedliśmy, Fred rozejrzał sie po okolicy.

– Możemy tu zostawić kunie – powiedział.

Zwenszyłżem okazje, coby dać dyla, bom myślał o ucieczce.

– Musze iść do wychodka – oznajmiłem – ale dziewczynka powinna być przy tym sama.

Mało żem sie nie zakrztusił, gadajonc o sobie jak o kimś przeciwnej natury, choć w tamtych czasach kłamstwo przychodziło mi z łatwościom. Po prawdzie z łatwościom przychodziło wtedy wszystkim Murzynom, bo żaden niewolny chłop ani baba nigdy nic nie zyskał, mówionc swojemu właścicielowi, co naprawde myśli. Wienkszość murzyńskiego żywota polegała na udawaniu, a ci Murzyni, co ino piłowali drewno i nic nie gadali, żyli najdłużej. Dlatego nie zamiarowałem mówić Fredowi nic o tym, żem jest chłopakiem. Tylko że każden jeden pode słońcem Pana Boga, chłop i baba, biały i czarny, potrzebuje czasem iść do wychodka i ja naprawde wtenczas musiałem odpowiedzieć na zew natury. A że Fred był mocno ocienżały na umyśle, widziałżem w tym tyż szanse, coby dać dyla.

– To prawda, że dziewczynka powinna być przy tym sama, Cybulko – powiedział i przywionzał kunie do niskiej gałenzi.

– Mam nadzieje, żeś jest dżentylmenem – powiedziałem, bom słyszał, jak białe kobity z Nowej Anglii tak mówili, kiedy ich wozy zatrzymywali sie u Dutcha, a one korzystali z wychodka i wybiegali stamtond, kaszlonc i z włosami poskrencanymi jak smażony boczek, bo smród z tej wygódki mógł zasie ścionć mliko na twaróg.

– Oczywiście – odpowiedział i odeszedł troche, a ja sie wślizgnełem za pobliskie drzewo, coby zrobić, com miał do zrobienia.

Jako dżentylmen Fred odstompił na dobre trzydzieści jardów albo i wiencej, odwrócił sie, gapił sie na drzewa i uśmiechał, bo przez cały czas, kiedym go znał, zawsze był dla mię wyłoncznie sympatyczny.

Kucnełem, zrobiłem swoje i biegiem wypadłem zza drzewa. Wyleciałem stamtond, wskoczyłem na zezowatego srokacza ­Dutcha i wbiłem mu pienty w brzuch, bo przecie ten kuń musiał znać droge do domu.

Problem w tym, że bestia nie miała pojencia, kim jestem. Przedtem Fred prowadził jom za uzde, ale jak teraz na niom wsiadłem, od razu zmiarkowała, że żaden ze mnie jeździec. Staneła demba, szarpneła sie tak mocno, jak mogła, i zrzuciła mię ze siebie. A ja żem wyleciał w powietrze, rombnoł łbem o kamień i zemglał.

Kiedym sie ocknoł, stojał nade mnom Fred i już sie wcale nie uśmiechał. W czasie upadku sukienka podwineła mi sie aż na głowe, a czepek obrócił sie tył na przód. Powinienem tu dodać, że jako dziecko nie znałżem i nie nosił bielizny, bom sie wychował w oberży śród ludzi z półświatka, moczymordów i opryszków, wienc teraz słabizne miałem na widoku. Szybko zarzuciłem sukienke z powrotem na nogi i usiadłem.

Fred wyglondał na skołowanego. Dzienki Bogu, że był głupi jak noga stołowa. Nie miał wszystkich w domu. Brakło mu piontej klepki.

– Jesteś sodomczykiem? – zapytał.

– No, jak już sie pytasz, to powiem ci, że nie wiem.

Fred zamrugał i powiedział powoli:

– Ojciec mówiom, żem nie jest najbystrzejszy i mało co rozumiem.

– To tak jak ja.

– Jak wrócimy, to może sie go spytamy.

– O co?

– O sodomczyków.

– Ja to bym tego nie robił – odpowiedziałem szybko. – Ojciec ma tyle na głowie, wojne i w ogóle.

Fred sie namyślił.

– Masz racje. No i papa nie bardzo lubi głupoty. A co mówi Biblia o sodomczykach?

– Nie wiem. Nie umiem czytać – powiedziałem.

Ucieszył sie.

– Ja tyż nie! – zawołał z radościom. – Z całego rodzeństwa tylko ja nie umiem. – Chyba był szczenśliwy, że jestem taki sam głupi jak on. – Chodź ze mnom. Cóś ci pokaże.

Zostawiliśmy kunie i poszłem za nim przez jakieś gonszcza. Pchaliśmy sie przez pewien czas do przodu, a potem Fred pokazał mi palicem, cobym był cicho, i dalij szliśmy w milczeniu. Kiedy żeśmy wyleźli z tych chaszczów na polanke, stanoł jak wryty. Stojał przez chwile, nic nie gadał i nasłuchiwał. Potem żem usłyszał stukanie. Ruszyliśmy w tamtom strone, aż Fred zobaczył, co chciał zobaczyć, i wyciongnoł palic.

Na szczycie grubej brzozy siedział dziencioł i zasie walił dziobem w pień. Całkiem spory dziencioł. Czarno-biały, ale miał tyż troche piór czerwonych.

– Widziałżeś kiedy takiego? – zapytał Fred.

– Nie znam sie nic na ptakach.

Fred podniósł wzrok na dziencioła.

– Nazywajom go ptakiem dobrego Boga – powiedział. – Bo jest taki ładny, że jak go kto zobaczy, to mówi „Dobry Boże” – dodał, gapionc sie na dziencioła.

Ten durny ptak mało go, kurna, nie zaczarował, a ja żem pomyślał, coby rzucić sie do ucieczki, ale Fred stojał za blisko.

– Potrafie złapać chyba każdego ptaka – powiedział. – Ale ten… To anioł. Ludzie mówiom, że jego pióro daje rozum, co go starczy na całe życie. A mię właśnie brakło rozumu, Cybulko. Pamienci i takich rzeczy.

– To czemu go nie łapniesz?

Nie zwracał na mię uwagi, tylko wypatrywał bijoncego dziobem ptaka w genstwinie.

– Nie dam rady. Te dziencioły som płochliwe. Poza tym ojciec mówi, że nie wolno wierzyć w bawidełka i sprawy poganów.

No i co wy na to? Przecie miałżem woreczek, któren dał mi rodzony papa Freda, a we woreczku byli jego własne bawidełka i amulety, w tym pióro, co wyglondało, jakby zgubił je właśnie ten ptak, na któregośmy patrzyli.

Ciengiem zamiarowałem dać noge. Umyśliłem se jeszcze bardziej skołować głupiego Freda i zajonć go czymś inszym, coby nie myślał o tym, że widział, żem jest chłopakiem, i cobym miał lepszom szanse ucieczki. Przeszukałem swojom sakiewke, wyciongnołem z niej to pióro, co dostałem je od jego ojca, i mu dałem. Zbaraniał.

– Skond to masz?

– Nie moge powiedzieć. Ale jest twoje.

No, to już go całkiem powaliło. Ale po prawdzie to ja nie wiedziałem, czy to rzeczywiście jest pióro ptaka dobrego Boga. Papa Freda mówił, że tak, ale ja żem nie wiedział, czy mię nie ołgał, bo przecie był porywaczem, a poza tym w tamtych czasach biali ciengiem stosowali różne sztuczki, no i sam byłem kłamcom, a jeden kłamca nie ufa drugiemu. Ale pióro widziało mi sie naprawde dość podobne do piór tego dziencioła. Było czarne i miało tyż troche białego i czerwonego. Tylko że z tego, co żem wiedział, mogło być i orłowe, i zwykłe kolibrowe. Tak czy owak, Fred sie cholernie ucieszył i postanowił sie odwdzienczyć.

– Pokaże ci cóś specjalnego – powiedział. – Chodź ze mnom.

Wróciłem sie za nim do kuni i tam Fred zrzucił swoje siedmiostrzałowce, pałasz, pas i wszystkie strzelby na ziemie. Wyciongnoł z troków koc, garść suszonej kukurydzy i gałonzke dembu i ozajmił:

– Nie możemy tu strzelać, bo mógłby nas zasie usłyszeć nieprzyjaciel. Ale pokaże ci, jak złapać bażanta bez jednego wy­strzału.

Zaprowadził mię pod wydronżony pniak i rozsypał kukurydze w ścieżke prowadzoncom prosto do tego pniaku. Wrzucił kilka ziarek do środka, siednoł nieopodal, wyrżnoł w kocu nożem dwie dziurki na oczy – jednom dla siebie, drugom dla mię – a potem narzucił nam ten koc na głowy.

– Wszystkie dzikie ptaki na świecie bojom sie człowieka – szepnoł. – Ale pod kocem nie jesteś już człowiekiem.

Chciałem powiedzieć, że nie czuje sie człowiekiem tak czy owak, alem zmilczał. Siedzieliśmy pod tym kocem, patrzyliśmy przez te dziurki, aż po chwili sie tym wszystkim zmenczyłem, oparłem sie o Freda i zasnełem.

Obudziłem sie, jak sie poruszył. Zerknełem przez dziurke i rzeczywiście, niedaleko nas przysiadł bażant, coby sie poczenstować kukurydzom Freda. Dziobionc wysypane w rzondek ziarno, weszedł prościutko do pustego pniaka, jak na życzenie. Jak wsunoł łepek do środka, Fred złamał dembowom gałonzke, co jom trzymał w rence. Bażant usłyszał trzask i zamarł, a Fred w mgnieniu oka zarzucił mu koc na głowe, złapał go i skrencił mu kark.

Upolowaliżeśmy w ten sposób jeszcze dwa bażanty i ruszyliśmy z powrotem do obozu. Kiedyśmy tam dotarli, Owen i Starzec byli zajenci kłótniom o mape i kazali nam przygotować naszom zdobycz na obiad. Gdyśmy sprawiali ptaki nad ogniskiem, zaczełem sie martwić, coby Fred nie zaczoł paplać o tym, co zobaczył, i zapytałem:

– Fred, pamientasz naszom umowe?

– O czym?

– O niczym – szepnełem. – Ale chyba nie powinieneś mówić zasie nikomu o tym, com ci dał.

Skinoł głowom.

– Twój dar już daje mi wiencej rozumu, Cybulko. Jestem ci wdzienczny i nie powiem nikomu.

Zrobiło mi sie go żal, że jest takim cymbałem i mi ufa, i nie wie, żem jest chłopakiem, któren planuje dać noge. Najsampierw Starzec dał mi to pióro i kazał nikomu nie gadać, a ja żem je podarował jego synowi i kazałem nic nie gadać. Na mój rozum ci ludzie nie wiedzieli, komu mogom ufać. W tamtych czasach biali mówili czarnuchom wiencej niż sobie, bo Murzyn mógł ino odpowiadać „Aha” i „Hmm”, a potem glendzić w kółko o swoim cienżkim losie, wiencem se myślał, że dzienki temu można łat­wo białych nabierać. Kolorowi zawsze byli lepsi we łganiu, bo ciengiem przemyśliwali na wszystkie strony, jak tu żyć, coby nie rzucać sie w oczy, i bardzo sie starali mówić takie kłamstwa, jakie biali chcieli słyszeć. W wienkszości przypadków biały to idiota, takem se myślał, wiencem zaliczył Freda do idiotów.

Ale żem sie omylił, bo Fred nie był takim skuńczonym idiotom. I jego papa tyż nie. Wienkszym idiotom okazał sie wasz szczerze oddany Henry, i to przede wszystkim dlatego, że wzioł ich za idiotów. Tak to już bywa, kiedy człowiek osondza inszych. Myli sie do imentu i na swojom zgube, i ta pomyłka miała mię jeszcze kosztować.

3

Armia Starca

Ledwieśmy upiekli nasze bażanty, przywlokła sie reszta ludzi Starca. Budzonca postrach armia Johna Browna, o której tyle żem słyszał, była ino zbieraninom złożonom z pietnastu najbardziej żylastych, obdartych i żałosnych osobników na świecie. Byli młodzi i jeden w drugiego wychudzeni normalnie jak kościotrupy. Jeden zagraniczny Żyd, jeden Indianin i rozmaici insi wyjontkowi łajdacy. Brzydcy biedni ludzie. Wracali z jakiegoś napadu, bo wjechali do obozu na wozie, co sie klekotał jak sklep z gospodarstwem domowym, bo był pełen garków, kubków, spodków, mebli, stolików karcianych, wrzecion, pasów ze skóry i różnych inszych zwieszajoncych sie po bokach różności.

Przywieźli wszystko prócz jedzenia, wienc zapach pieczonych ptaków z miejsca przyciongnoł ich do ogniska. Zebrali sie w krong. Jeden z żołnierzy, ten Żyd, nazywał sie Weiner, patykowaty żylasty gość ze szelkami, miał gazete. Podał jom Owenowi.

– Potrzymaj to, dopóki nie zjemy – powiedział, wpatrujonc sie w ogień. – Inaczej kapitan bendzie chciał zaraz odjechać.

Ale Starzec podeszedł i wyrwał mu gazete.

– Panie Weiner, nie wontpie, że wieści z Lawrence som pilne. Lecz prosze sie nie martwić, albowiem nawiedziła mię już wizja w tej kwestii – powiedział do Żyda, a potem zwrócił sie do pozostałych: – Żołnierze, zanim napchacie se kałduny, podzienkujmy naszemu Świentemu Dostarczycielowi za te wiktuały, bo przecie szerzymy wolność w jego imieniu.

Stojoncy wokół ogniska żołnierze pokłonili sie, a Starzec wyszedł na środek z kapeluszem w rence i pochylił swojom pomarszczonom twarz nad pieczonymi ptakami i ogniskiem.

Trzydzieści minut później ognisko zgasło, nasz obiad wystyg jak śniegowy domek, a Starzec ciengiem paplał. Powinienem dać wam pełnom próbke modlitwy Starego Johna Browna, ale widzi mi sie, że nie miałaby ona sensu dla kochanego czytelnika, któren pewnikiem siedzi se teraz sto lat później w ciepłych podziemiach kościoła i czyta te słowa, na nogach ma buty, co je uszył Stacy Adams, a na grzbiecie sztuczne futro i jak chce se ogrzać dupe albo zaparzyć kawe, to musi ino podreptać do ściany i nadusić na guzik. Modły Starca byli raczej do oglondania niż do słuchania, bardziej romantyczne niźli rozważne. Musielibyście to zobaczyć: w powietrzu swond przypalonych bażantów, dokoła szeroka preria i zapach bizonich gówien. Z jednej strony żrom nas komary i chłosta wiater, z drugiej Starzec kłapie paszczom. Jak chodzi o modlitwe, to był po prostu straszny. Już, już sie wydawało, że kuńczy, kiedy ze łba wypadała mu nastempna myśl i zderzała sie z poprzedniom, a potem nastempna, i po chwili wszystkie obijali sie o siebie, zderzali i mieszali, aż człowiek nie wiedział, kto jest kim i dlaczego Starzec sie modli, bo wszystkie jego słowa zbijali sie ze sobom jak tornada, co chłostajom równiny, porywajom bylice, wołki zbożowe i domostwa i miotajom nimi wkoło jak piaskiem. John Brown pocił sie z wysiłku, pot spływał po jego skórzastej szyi na koszule, glendził o ofiarach całopalnych, krwi ze ­świecznika Jezusa i tak dalij, a mię przez cały czas od tej kiecki wszystko swendziało jak rany i komary zżerali mię żywcem do kości. W kuńcu Owen mruknoł:

– Papo! Musimy ruszać w droge. Ścigajom nas!

To przywiodło Starca do rozumu. Zakaszlał, wyrzucił ze siebie jeszcze kilka zdrowasiek i podzienkowań dla Pana, a potem skuńczył.

– Zaprawde, powinienem był dać ci pełnom modlitwe – mruknoł – a nie ino tych kilka niezrencznych słów do Wielkiego Odkupiciela, któren zapłacił za nas własnom krwiom i któremu jesteśmy zobowionzani służyć.

We swoich przemowach czensto zwracał sie do Pana Boga takimi słowami jak „zaprawde” i „któren”.

Żołnierze usiedli na tyłkach i zaczeli jeść, a Starzec czytał gazete. W miare lektury jego oblicze ciemniało. Po kilku minutach ścisnoł gazete w swoim wielkim pomarszczonym łapsku i zgniót jom w kule, po czym zakrzyknoł:

– Cóś takiego, napadli naszego człowieka!

– Znaczy sie kogo? – spytał Owen.

– Naszego człowieka w Kongresie!

Rozwinoł gazete i przeczytał na głos. Z tego, co żem zrozumiał, to dwóch gości wdało sie w jakomś szarpanine z powodu niewolnictwa w jakiejś izbie Stanów Zjednoczonych we Waszyngtonie i jeden obalił drugiego. Wyglondało na to, że przegrał niejaki Sumner ze stanu Massachusetts, bo ten drugi facet, z Karoliny Południowej, połamał laske na jego łbie, a potem dostał pocztom całom kupe nowych lasek od ludzi, co stojali po jego stronie.

Starzec odrzucił gazete na ziemie.

– Siodłać kunie i zwinonć namiot. Dzisiej wieczorem przeprowadzimy uderzenie odwetowe. Pospieszcie sie, żołnierze, mamy kupe roboty!

No cóż, żołnierzom nie spieszyło sie do odjazdu, bo dopiero co przyjechali i byli zajenci wyżerkom.

– Co za różnica – odezwał sie jeden. – Możemy zaczekać jeszcze dzień.

– Murzyni czekali na nas dwieście lat – odparł Starzec.

Żołnierz parsknoł.

– To niech czekajom dalij. W obozowisku nie ma zasie dość żywności.

Był obdartusem jak inni, choć wyglondał na potenżniejszego, nosił sześciostrzałowca i prawdziwe spodnie do kuńskiej jazdy. Miał grubom szyje, pomarszczonom jak u sempa, i jak mówił, to cały czas jadł.

– Nie jesteśmy tu po to, coby sie obżerać, wielebny Martinie – powiedział Starzec.

– To, że dwóch idiotów pobiło sie w Kongresie, nic nie znaczy – odparł wielebny. – Mamy tu swoje bójki.

– Niewłaściwie pan rozumujesz, wielebny Martinie – odpowiedział kapitan.

Ale tamten jadł dalij i mówi:

– Musze poprawić swoje czytanie, cobym nie musiał wysłuchiwać pańskiego, bo nie jestem już pewny, co jest warte. Za każdym razem jak gdzieś wyjade, pan sprowadzasz tutej nowom osobe, co sie tu krenci i je. A już brakuje nam żywności dla żołnierzy. – Wskazał mię głowom. – Co to za jedna?

Opychałżem sie bażantem najszybciej, jak mogłem, bom ciengiem zamiarował uciekać.

– To jest Cybulka, wielebny Martinie – oświadczył z dumom Frederick.

– Skond ona sie wzieła?

– Porwaliśmy jom z oberży Dutcha Henry’ego.

Wielebny szeroko roztworzył oczy.

– Dlaczego – powiedział do Starca – ze wszystkich rozrabiaków w tym kraju szukałżeś pan zwady właśnie z nim?

– Ja żem niczego nie szukał. Pojechałem na zwiady.

– No i napytałeś pan se biedy. Ja bym za nic nie zaczynał z Dutchem. Nie przyjechałżem tu sie z nim strzelać.

– Nikt sie z nikim nie strzela – odpowiedział Starzec. – Walczymy o odkupienie. Biblia powiada: podsuń prawde pod nos bliźniego swego, a Pan Bóg cie wyzwoli.

– Ino nie próbuj pan ze mnom szermierki na wersety z Biblii – parsknoł wielebny – bo znam sie na niej lepiej niż każden jeden w obozie.

Ale sie pomylił w tym wzglendzie, bo przez te sto jedenaście roków, com je przeżył na zielonej bożej ziemi, nie znałżem człowieka, co by cytował Biblie lepiej niż Stary John Brown. Starzec wyprostował sie, najeżył i rzucił wielebnemu w twarz pół tuzina wersetów, a kiedy wielebny próbował odpowiedzieć, Starzec dorzucił jeszcze pół tuzina, i to lepszych niż te pierwsze. Normalnie go załatwił, trafiony – zatopiony.

– No, już dobrze – warknoł wielebny. – Ale szukasz guza. U Dutcha siedzi banda czerwonych koszuli[3] z Missouri, a pan żeś właśnie dał mu powód, coby ich spuścił ze smyczy. Bendzie ścigał nas do upadłego.

– Niech ściga – odpowiedział Starzec. – Cybulka należy do mojej rodziny i zamierzam zasie ocalić jej wolność.

– Ale do mojej rodziny Cybulka nie należy – odparł wielebny. Obsmoktał bażanciom kość, spokojnie rzucił jom na ziemie i oblizał palice. – Ja walcze o wolność Kansas, a nie coby porywać tłustowłose czarnuchy.

– Wydawało mi sie, że zasie jesteś pan za Wolnymi Stanami, wielebny.

– Bo jestem. Ale to nie ma nic wspólnego z kulkom we łbie za porwanie cudzego czarnucha.

– Nie powinieneś pan sie do nas dołonczać, jeśli zamierzałeś pan narzekać i marudzić na wyzwolenie kolorowych – powiedział Stary John Brown.

– Dołonczyłem do was we wspólnej sprawie.

– No cóż, moja sprawa to wyzwolić Murzynów na tym terytorium. Jestem abolicjonistom do szpiku kości.

I tak sie kłócili, a wienkszość żołnierzy już skuńczyła jeść, wienc siedzieli na tyłkach i sie przypatrywali.

– To czarnucha Dutcha. Kupiona i zapłacona!

– Szybko o niej zapomni.

– Takiej krzywdy nie zapomni.

– To ja mu jom wytre z pamienci, jak do nas przyjadzie.

Indianin, Ottawa Jones, podeszedł do Starca i mówi:

– Dutch nie jest złym człowiekiem, panie kapitanie. Robił troche dla mnie, zanim kupił oberże. Wtedy nie był za niewolnictwem. Powinien dostać szanse, coby zmienił poglondy.

– Bronisz go, bo sam żeś miał niewolników – pisnoł inszy żołnierz.

– Łżesz – syknoł Jones.

To wywołało jeszcze wienksze kłótnie. Jedni skłaniali sie na tom, drudzy na tamtom strone, ci popierali Starca, insi wielebnego. Brown słuchał w milczeniu i w kuńcu podniósł renke na znak, coby byli cicho.

– Planuje zadać cios właścicielom niewolników. Wiemy, co zrobili. Zabili Charlesa Dowa. Joego Hamiltona posłali do nieba na oczach żony. Zgwałcili Willamene Tompkin. To gwałciciele. Złodzieje. Grzeszniki, każden jeden. Niszczom całe Terytorium Kansas. Dobra Ksienga powiada, że trzeba podprowadzić wroga pod jego własny ogień. Dutch Henry jest naszym wrogiem. Moge wam jednak obiecać, że jak nie wnijdzie mi w droge, to nie wyrzondze mu krzywdy.

– Ja tam nie wystompie przeciwko Dutchowi – powiedział wielebny Martin. – Nic zasie do niego nie mam.

– Ja tyż nie – odezwał sie inszy żołnierz. – Dał mi kunia na kredyt. Poza tym w tej naszej armii jest za dużo farbowanych lisów. Nie przyjechałżem tu taki kawał drogi z Connecticut, coby być w jednym oddziale z Żydami.

Na to Żyd Weiner, któren stojał kole Jonesa, podeszedł do tego żołnierza z zaciśnientymi pienściami.

– Jak jeszcze raz rozewrzesz jadaczke, Peabody, to tak ci przywale, że zaczniesz chodzić okrakiem.

– Dość tego – odezwał sie Starzec. – Zaatakujemy Osawatomie jutro z wieczora. Tam siedzom zwolennicy niewolnictwa. Kto chce jechać z nami, niech jadzie. Kto nie chce, może wracać do domu. Ale jadźcie na północ, przez Lawrence. Nie chce, coby kto wyprawił sie na południe i ostrzegnoł Dutcha.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.