Opis

Liryczna opowieść o ludzkim geniuszu i potędze muzyki Trwają przesłuchania do międzynarodowego konkursu pianistycznego w japońskim Yoshigae. Dotychczas żaden z kandydatów nie zachwycił jurorów. Kolejnym uczestnikiem jest Jin Kazama, nikomu nieznany młody pianista z rekomendacją od jednego z największych wirtuozów fortepianu. Jego występ nie tylko wpłynie na przebieg konkursu, lecz także odciśnie głębokie piętno na życiu bohaterów tej historii..

To wielowątkowa powieść z galerią fascynujących postaci. Dwudziestoletnia uczestniczka konkursu Eiden Aya – niegdyś cudowne dziecko fortepianu – wraca na scenę po śmierci matki. Masaru Carlos, Peruwiańczyk japońskiego pochodzenia, po wielu latach odnajduje osobę, dzięki której w dzieciństwie zapałał miłością do muzyki. Takashima Akashi – pracownik sklepu muzycznego – startuje w konkursie, by udowodnić coś sobie i innym.

W książce Riku Ondy, przepełnionej pięknymi opisami muzyki, splatają się losy wszystkich postaci, na jaw wychodzą kolejne fakty z ich przeszłości, a napięcie rośnie w miarę zbliżającego się rozstrzygnięcia konkursu.

Na podstawie powieści Pszczoły i grom w oddali w 2019 roku powstał film z udziałem Andrzeja Chyry Listen to the Universe w reżyserii Kei Ishikawy.

Wszechświat rozbrzmiewa muzyką! Riku Onda zabiera nas za kulisy – widzimy profesjonalnych pianistów walczących o akceptację, sławę i ten jeden moment muzycznej perfekcji. Pszczoły i grom w oddali to opowieść o poszukiwaniu własnej drogi przy dźwiękach klasycznych utworów Bacha, Mozarta i Chopina.

Agata Czapkowska, honbon.pl Riku Onda urodziła się w Aomori w 1964 roku. Studiowała na Uniwersytecie Waseda w Tokio. Na polu literackim zadebiutowała na początku lat dziewięćdziesiątych. Laureatka wielu japońskich nagród literackich, między innymi Nagrody Eijiego Yoshikawy dla debiutujących autorów i Hon’ya Taishō przyznawanej przez japońskich księgarzy. Za Pszczoły i grom w oddali autorka otrzymała w 2017 roku prestiżową Nagrodę Naoki. Jej powieści doczekały się licznych adaptacji filmowych i telewizyjnych. Na podstawie tej książki w 2019 roku powstał film z udziałem Andrzeja Chyry Listen to the Universe w reżyserii Keiego Ishikawy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 599

lub

VI Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny w Yoshigae

I etap

(1) J. S. Bach, jeden utwór z Das Wohltemperierte Klavier; fuga musi być trzy- lub więcej głosowa;

(2) pierwsza część (lub więcej) sonaty Haydna, Mozarta lub Beethovena;

(3) jeden utwór kompozytora epoki romantyzmu.

* Występ nie może przekroczyć 20 minut.

II etap

(1) dwie etiudy dwóch różnych kompozytorów. Do wyboru: Chopin, Liszt, Debussy, Skriabin, Rachmaninow, Bartók, Strawiński;

(2) jeden lub kilka utworów Schuberta, Mendelssohna, Chopina, Schumanna, Liszta, Brahmsa, Francka, Faurégo, Debussy’ego, Ravela, Strawińskiego;

(3) utwór Wiosna i Ashura skomponowany przez Hishinumę Tadaakiego specjalnie na potrzeby Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego w Yoshigae. Uwaga: Nie wolno wykonywać tego utworu publicznie przed konkursem.

* Nie można zagrać utworów z etapu I. Występ nie może przekroczyć 40 minut.

III etap

Każdy uczestnik tworzy własny program recitalu, nieprzekraczający 60 minut.

* Nie można zagrać utworów z etapu II lub III.

Finał

Orkiestra: Filharmonia Shin Tōto, dyrygent: Onodera Masayuki.

Należy zagrać z orkiestrą jeden utwór z koncertów poniżej:

Beethoven

I Koncert fortepianowy C-dur, op. 15

II Koncert fortepianowy B-dur, op. 19

III Koncert fortepianowy c-moll, op. 37

IV Koncert fortepianowy G-dur, op. 58

V Koncert fortepianowy Es-dur „Cesarski”, op. 73

Chopin

I Koncert fortepianowy e-moll, op. 11

II Koncert fortepianowy f-moll, op. 21

Schumann

Koncert fortepianowy a-moll, op. 54

Liszt

I Koncert fortepianowy, Es-dur

II Koncert fortepianowy, A-dur

Brahms

I Koncert fortepianowy d-moll, op. 15

II Koncert fortepianowy B-dur, op. 83

Saint-Saëns

II Koncert fortepianowy g-moll, op. 22

IV Koncert fortepianowy c-moll, op. 44

V Koncert fortepianowy F-dur „Egipski”, op. 103

Czajkowski

I Koncert fortepianowy b-moll, op. 23

Grieg

Koncert fortepianowy a-moll, op. 16

Rachmaninow

I Koncert fortepianowy fis-moll, op. 1

II Koncert fortepianowy c-moll, op. 18

III Koncert fortepianowy d-moll, op. 30

Rapsodia na temat Paganiniego, op. 43

Ravel

Koncert fortepianowy G-dur

Koncert fortepianowy D-dur („Na Lewą Rękę”)

Bartók

II Koncert fortepianowy

III Koncert fortepianowy

Prokofiew

II Koncert fortepianowy g-moll, op. 16

III Koncert fortepianowy C-dur, op. 26

Programy uczestników konkursu

Kazama Jin

I etap

Bach, Das Wohltemperierte Klaviert. 1 nr 1, C-dur

Mozart, Sonata fortepianowa nr 12, F-dur, K 332

Bałakiriew, Isłamej

II etap

Debussy, Dwanaście etiud. Pierwsza: Na 5 palców, w hołdzie Panu Czernemu

Bartók, Sześć tańców w rytmach bułgarskichz VI tomu Mikrokosmosu

Hishinuma Tadaaki, Wiosna i Ashura

Liszt, Dwie Legendy: święty Franciszek z Asyżu – Kazanie do ptaków

Chopin, Scherzo nr 3 cis-moll

III etap

Satie, Je te veux

Mendelssohn, Pieśni bez słów: Wiosenna, op. 62 nr 6

Brahms, Capriccio h-moll, op. 76 nr 2

Debussy, Estampes

Ravel, Zwierciadła

Chopin, Impromptu Ges-dur, op. 51

Saint-Saëns/Kazama Jin, Afryka – Fantazja na fortepian i orkiestrę, op. 89

Finał

Bartók, III Koncert fortepianowy

Eiden Aya

I etap

Bach, Das Wohltemperierte Klaviert. 1 nr 5, D-dur

Beethoven, Sonata fortepianowa nr 26 Es-dur znana jako „Les Adieux” – pierwsza część

Liszt, Walc Mephisto nr 1 („Taniec w wiejskiej karczmie”)

II etap

Rachmaninow, Études-Tableaux, op. 39 nr 5 es-moll: Appassionato

Liszt, Etiudy transcendentalne, nr 5: Błędne ogniki

Hishinuma Tadaaki, Wiosna i Ashura

Ravel, Sonatina

Mendelssohn, Variations sérieuses

III etap

Chopin, Ballada g-moll, op. 23

Schumann, Novelette D-dur, op. 21 nr 2

Brahms, III Sonata fortepianowa f-moll, op. 5

Debussy, L’Isle Joyeuse

Finał

Prokofiew, II Koncert fortepianowy

Masaru Carlos Levi Anatole

I etap

Bach, Das Wohltemperierte Klaviert. 1 nr 6, d-moll

Mozart, XIII Sonata B-dur, k. 333, pierwsza część

Liszt, Walc Mephisto nr 1 („Taniec w wiejskiej karczmie”)

II etap

Hishinuma Tadaaki, Wiosna i Ashura

Rachmaninow, Études-Tableaux, op. 39 nr 6: Allegro

Debussy, 12 Etiud, nr 5: Pour les octaves

Brahms, Wariacje na temat Paganiniego, op. 35

III etap

Bartók, Sonata fortepianowa, sz. 80

Sibelius, Pięć miniatur romantycznych

Liszt, Sonata fortepianowa h-moll, s. 178

Chopin, Walc nr 14 e-moll

Finał

Prokofiew, III Koncert fortepianowy

Takashima Akashi

I etap

Bach, Das Wohltemperierte Klaviert. 1 nr 2, c-moll

Beethoven, Sonata fortepianowa C-dur, op. 2 nr 3, część pierwsza

Chopin, Ballada F-dur, op. 38

II etap

Hishinuma Tadaaki, Wiosna i Ashura

Chopin, Etiuda Ges-dur, op. 10 nr 5 (Na czarnych klawiszach)

Liszt, Wielkie Etiudy według Paganiniego, s. 141, nr 6 a-moll: Temat z wariacjami

Schumann, Arabeska C-dur, op. 18

Strawiński, Pietruszka, część trzecia

III etap

Fauré, Valse-caprice nr 1 A-dur, op. 30

Ravel, Igraszki wody

Liszt, Ballada nr 2 b-moll, op. 30

Schumann, Kreisleriana

Finał

Chopin, I Koncert fortepianowy

Część I Udział w konkursie

Temat

Nie wiedział, kiedy to właściwie było. Musiał być jeszcze mały, dopiero zaczynał chodzić. Z góry spływały promienie słońca. Gdzieś z daleka, wysoka, spokojnie i swobodnie, równomiernie i z godnością. Miał wrażenie, że świat to miejsce jasne i rozległe, stale w ruchu, stale zmienne, budzące podziw i drżenie. Dobiegł go delikatnie słodki zapach. U stóp i za plecami roznosiła się charakterystyczna, lekko zatęchła woń trawy. Czuł jeszcze swąd jakiegoś dymu, ale w to wszystko wmieszana była także wyraźnie wyczuwalna delikatna słodycz.

Wiał wiatr. Otulało go szeleszczące, łagodne powietrze. Nie wiedział wtedy, że to szmer liści w koronach drzew. Jednak to nie wszystko. Wyczuwał jeszcze coś gęstego i żywego, coś różnej wielkości, od czego aż roiło się w powietrzu, zmieniającym się z każdą kolejną chwilą. Jak to opisać? Pamiętał, że szukał sposobu, by to wyrazić, choć nie umiał wtedy nawet wypowiedzieć słów „tata”, „mama”. Odpowiedź czuł gdzieś w gardle, gdzieś bardzo blisko. Miał wrażenie, że jeszcze chwila, a powinien móc to wyrazić.

Zanim jednak znalazł odpowiedź, z góry spłynęły na niego nowe dźwięki, w jednej chwili przykuwając całą jego uwagę. Jak ulewa, prosto z nieba. Jasne, mocne brzmienia wprawiały świat w drżenie. Niczym fale lub wibracje rozchodziły się w każdą stronę. Zasłuchany w te drżenia miał wrażenie, że otulają go całego. Czuł, jak jego serce ogarnia spokój.

Gdyby mógł raz jeszcze zobaczyć tę scenę, powiedziałby pewnie tak: to niezliczone roje pszczół błogosławią świat swoimi brzmieniami. I jeszcze powiedziałby: świat od zawsze przepełnia nieograniczona muzyka.

Preludium

Chłopiec na środku wielkiego skrzyżowania odwrócił się za siebie. Nie dlatego, że samochód zatrąbił. Znajdował się w samym środku wielkiego miasta. Więcej, w centrum Europy, dokąd zjeżdżali turyści z całego świata. Przechodnie wokół niego byli najróżniejszych narodowości, niejednolitej postury i wyglądu. Przypominali barwną mozaikę. Mijały go grupy turystów z rozmaitych krajów, a obce języki napływały ku niemu niczym fale, by po chwili gdzieś zniknąć. Chłopiec stanął w miejscu, jak gdyby chciał się oprzeć tej fali tłumu. Był średniej budowy ciała, niewysoki. Coś w jego wyglądzie sugerowało jednak wzrost, który jeszcze nastąpi. Chłopak mógł mieć czternaście, może piętnaście lat. Wyglądał wciąż dziecinnie. Miał na sobie kapelusz z szerokim rondem, bawełniane spodnie i koszulkę w kolorze khaki. Na to narzucony cienki, beżowy płaszcz. Z ramienia zwisała mu wielka płócienna torba. Choć na pierwszy rzut oka prezentował się jak najzwyklejszy nastolatek, to gdy się mu lepiej przyjrzeć, można było dostrzec niezwykłą w tym wieku elegancję. Wyglądająca spod kapelusza twarz o regularnych rysach zdradzała pochodzenie azjatyckie, ale w szeroko rozwartych oczach i bieli skóry było coś uniwersalnego. Oczy miał utkwione w przestrzeń.

Wpatrywał się w jeden punkt spokojnym spojrzeniem, jak gdyby w ogóle nie słyszał hałasu wokół. Na jego widok przechodzący obok kilkulatek o złotej czuprynie również przystanął i spojrzał w górę. Natychmiast jednak towarzysząca mu matka pociągnęła go za rękę i oboje przeszli na drugą stronę ulicy. Malec odwracał się jeszcze, by spojrzeć na młodzieńca w ciemnobrązowym kapeluszu, ale w końcu dał za wygraną.

Stojąc na środku skrzyżowania, chłopak nagle zauważył, że światła się zmieniają, i puścił się przed siebie. Był pewien, że to słyszał. Poprawiając sobie torbę na ramieniu, wracał jeszcze myślami do dźwięku, który dotarł do niego na skrzyżowaniu. Był to trzepot pszczelich skrzydeł. Tyle razy słyszał go w dzieciństwie, więc nie mógł się pomylić. Musiały lecieć z okolic ratusza. Rozejrzał się niespokojnie wokół. W tej samej chwili dostrzegł zegar na rogu ulicy i zrozumiał, że jest już spóźniony. Ruszył dalej sprężystym krokiem.

Chociaż Saga Mieko była już zahartowana, w pewnej chwili poczuła, że zmogła ją senność. Zmieszała się nieco. Przez moment nie wiedziała, gdzie się znajduje. Już miała rozejrzeć się niespokojnie wokół, gdy widok dziewczynki siedzącej przy fortepianie przypomniał jej, że przecież jest teraz w Paryżu. Miała już pewne doświadczenie i wiedziała doskonale, że w takich chwilach nie wolno rozglądać się nerwowo czy gwałtownie prostować. Takie zachowanie zdradziłoby tylko, że przysnęła. Lepiej było delikatnie przyłożyć dłoń do skroni, udając, że się uważnie słucha, lub trwać jakiś czas w tej samej pozie, demonstrując pewne zmęczenie, a następnie powoli prostować się na krześle. Cóż, Mieko nie była w tej sytuacji osamotniona. Nie musiała nawet spoglądać na dwóch profesorów obok, by wiedzieć, że czuli się podobnie. Siedzący koło niej Alan Simon – nałogowy palacz – był teraz na głodzie nikotynowym i czuła wręcz, jak jego irytacja rośnie podczas słuchania kolejnych nieciekawych występów. Lada chwila zaczną mu drżeć palce. Siergiej Smirnov, który tuż za nim wspierał swoje przysadziste ciało na stoliku, słuchał w bezruchu, marszcząc brwi. W głębi serca chciał pewnie jednak, by występy dobiegły już końca. Mógłby wtedy w końcu napić się wódki o nazwie słodko brzmiącej jak jego nazwisko. Mieko rozumiała ich doskonale. Kochała nie tylko muzykę, lecz także życie. Lubiła wypić i zapalić. Niech ta udręka wreszcie się skończy. Będą mogli porozmawiać o tym wszystkim przy alkoholu.

Przesłuchania odbywały się w pięciu miastach świata: Moskwie, Paryżu, Mediolanie, Nowym Jorku i Yoshigae w Japonii. W każdym z tych miast – poza Yoshigae – wynajmowano na tę okazję sale koncertowe słynnych szkół muzycznych. Mieko wiedziała, że za ich plecami zastanawiano się, dlaczego akurat oni zostali przydzieleni do paryskiego konkursu. Cóż, prawdą jest, że sami zadbali o to, by tak się stało. W świecie jurorów i muzyków cieszyli się złą sławą. Słynęli ze swych ciętych uwag i upodobania do kieliszka. Jednocześnie byli pewni swych sądów. Ich zachowanie mogło pozostawiać wiele do życzenia, ale potrafili docenić oryginalne wykonania i byli otwarci na nowe interpretacje. Wierzono, że jeśli ktoś miałby dostrzec talent, który wymyka się dokumentacji, to tylko oni.

Tymczasem nawet oni tracili chwilami skupienie. Do tego stopnia nużące były przesłuchania, które rozpoczęły się wczesnym popołudniem. Pierwsze dwie, może trzy osoby jeszcze rokowały, ale później przyszło rozczarowanie. Mieko mogło być żal tych wszystkich młodych ludzi, którzy na scenie zmieniali się w kłębek nerwów, usiłując dać popis, jakiego świat nie widział, ale ten konkurs miał wyłonić gwiazdy a nie zaledwie zdolnych, młodych pianistów. Wszystkich uczestników było dwudziestu pięciu. Teraz odbywał się występ numer piętnaście. Zostało jeszcze dziesięć osób. Mieko trudno było trwać w skupieniu. W takich chwilach myślała czasem, że ocenianie występów to jakaś nowa forma tortur. Bach, Mozart, Chopin, Bach, Mozart, Beethoven… Jak permutacje w połączeniu z kombinacjami… Mieko zaczęła słuchać, ale jej uwaga ponownie gdzieś umknęła.

Zazwyczaj kogoś uzdolnionego, kto czymś się wyróżnia, można poznać już na początku utworu. Są nawet tacy nauczyciele, którzy utrzymują, że rozpoznają talent z chwilą, kiedy pojawia się na scenie. Cóż, niektórzy młodzi pianiści roztaczają wokół siebie szczególną aurę, to prawda, ale i bez tego wystarczy chwilę posłuchać, by zrozumieć, jaki ktoś reprezentuje poziom. Zaśnięcie w czasie przesłuchań może wydawać się niegrzeczne, nawet okrutne, ale skoro ktoś nie przykuwa uwagi gotowego do słuchania jurora, z pewnością będąc już profesjonalnym muzykiem, nie zdoła zaskarbić sobie łask zwykłych słuchaczy.

Niestety, nic nie zapowiadało, że wydarzy się jakiś cud. Mieko była przekonana, że pozostali dwaj jurorzy są tego samego zdania. Konkurs pianistyczny w Yoshigae odbywał się co trzy lata, w tym roku po raz szósty. Na świecie mnóstwo jest tego typu wydarzeń, ale w ostatnim czasie to właśnie ten konkurs zaczął być szczególnie ceniony. Od kilku lat jego zwycięzca wygrywał później w prestiżowych konkursach, więc Yoshigae zaczęło jawić się jako kuźnia nowych talentów. Chłopak, który zwyciężył w ubiegłej edycji, był tego doskonałym przykładem. Nie zakwalifikował się na podstawie swojego dossier, jednak w Yoshigae z myślą o tym, by nie przeoczyć żadnego talentu, od pierwszej edycji organizowano przesłuchania także dla tych, którzy nie mieli udokumentowanych osiągnięć. Chłopak wystąpił i został zakwalifikowany do konkursu. Przechodził do kolejnych etapów, a w finale ostatecznie zwyciężył. W kolejnym roku został zwycięzcą prestiżowego konkursu S i w jednej chwili stał się gwiazdą.

Tym razem też pokładano wielkie nadzieje w tych przesłuchaniach. Uczestnicy konkursu pewnie znali tę historię i śnili własny sen o Kopciuszku. Z przejęciem liczyli na to, że oni także mogą mieć szansę na podobną karierę. Tymczasem zwycięzca z Yoshigae w istocie studiował w słynnym konserwatorium, a nie został w pierwszym rzucie zakwalifikowany tylko dlatego, że nie występował wcześniej w konkursach. Zazwyczaj bowiem osiągnięcia z dossier pokrywają się z rzeczywistymi umiejętnościami. W świecie muzyki znane są przykłady tych, którzy od najmłodszych lat pobierali nauki u słynnych mistrzów i wykazali się talentem. Prawdą też jest, że wybić mógł się tylko ten, kto miał do czynienia z tym sposobem życia. Nie do pomyślenia jest, by ktoś wyłonił się nagle zupełnie znikąd, jak meteor. Zdarza się wprawdzie, że pojawiają się tak dzieci słynnych ludzi, ale ich staranne wychowanie nierzadko utrudnia im opuszczenie gniazda. Żeby być pianistą koncertowym, trzeba mieć tężyznę i nerwy ze stali, pozwalające zwyciężać w konkursach, podczas których presja jest ogromna. Życie artysty wyruszającego w rygorystyczne tournée po świecie nie jest łatwe.

Nie zraża to jednak młodych ludzi, którzy jeden po drugim pojawiają się na scenie. Kolejka kandydatów do tej kariery zdaje się nie mieć końca. Odpowiednia technika to tylko pierwszy z warunków. Nikt nie może dać gwarancji, że ktokolwiek z tych ludzi zostanie muzykiem. Nawet jeśli szczęśliwym trafem ich debiut będzie udany, kto wie, czy będą mogli kontynuować swoją karierę. A każdy z nich od najmłodszych lat spędził niezliczone godziny przy tym czarnym, napawającym grozą instrumencie. Rezygnowali z dziecięcych radości, czując na swoich barkach brzemię oczekiwań rodziców. Każdy z nich w głębi serca marzy o dniu, kiedy zagrzmią dla niego gromkie brawa.

„Wasz świat podobny jest do naszego” – Mieko przypomniała sobie nagle słowa Mayumi. Ikai Mayumi – jej przyjaciółka z liceum – poczytna pisarka powieści kryminalnych, była jedną z nielicznych pokrewnych dusz Mieko, która w Japonii mieszkała od trzeciej klasy gimnazjum do trzeciej liceum. Ojciec Mieko był dyplomatą i zabierał ze sobą rodzinę wszędzie, dokąd się udawał – do Ameryki Łacińskiej czy Europy. W Japonii, która kładła akcent na jednolitość, Mieko siłą rzeczy odstawała od reszty. Udawało jej się nawiązywać relacje jedynie z samotnikami pokroju Mayumi. Nawet teraz zdarzało im się razem pójść czegoś napić, a za każdym razem, kiedy się widziały, Mayumi mówiła o podobieństwie świata literatów i pianistów.

– Sama powiedz, czy nie są podobne. Te tłumy na konkursach pianistycznych i literackich. Ubieganie się tu i tam o udział w konkursach dla dodania sobie blasku też jest podobne. I w jednym, i w drugim przypadku wyżyć ze swego zawodu może tylko garstka. Wszędzie aż roi się od tych, którzy chcą, by inni czytali ich książki, słuchali ich występów. I jeden, i drugi zawód chyli się ku upadkowi. Tych, którzy czytają i słuchają, jest jak na lekarstwo.

Mieko uśmiechnęła się gorzko. Miłośnicy muzyki klasycznej są coraz starsi, a pozyskanie młodych słuchaczy było w jej świecie palącym problemem.

Mayumi ciągnęła:

– Łączy nas też to, że gorliwie uderzamy w klawisze i roztaczamy wokół siebie aurę elegancji. Ludzie widzą tylko ukończoną postać naszego dzieła, która budzi zachwyt. A tymczasem, by to osiągnąć, większość czasu spędzamy przecież na żmudnych ćwiczeniach czy pisaniu. Tak, tak, łączy nas to, że stale uderzamy w klawisze.

Mieko przytaknęła. W głosie Mayumi wyczuwalny był ton udręczenia.

– Mimo to coraz więcej jest konkursów pianistycznych i literackich, a każdy z większą niż wcześniej zapamiętałością szuka nowych twarzy. Dlaczego? Ano dlatego, że w obu tych zawodach trudno jest trwać. To okrutne światy, w których, jeśli jesteś zwyczajny, odpadasz. Jeśli nie poszerza się pola działania, nie wprowadza świeżej krwi w obieg, trzeba zmniejszać liczbę włodarzy, a działka do podziału się kurczy. Dlatego właśnie wszyscy domagają się stale nowych gwiazd.

– Koszty się różnią, przyznaj… – odpowiedziała na to Mieko. – Pisanie powieści nie wymaga takiego nakładu. Pomyśl tylko, ile my musimy zainwestować.

Mayumi spojrzała ze zrozumieniem i skinęła głową. Zaraz też zaczęła wyliczać na palcach:

– Instrument, nuty, lekcje. Pewnie też opłaty związane z recitalami. Kwiaty. Stroje. Wydatki na studia zagraniczne i dojazdy. Coś jeszcze?

– Zdarza się, że płacimy za wynajem sali i obsługę. Wydawanie płyt też często odbywa się zasadniczo własnym sumptem. Ulotki i reklamy…

– To nie jest zawód dla ubogich. – Mayumi zadrżała z oburzenia. Mieko uśmiechnęła się znacząco.

– To cudowny zawód. Koncerty są zazwyczaj na żywo, a każde nowe miejsce to kontakt z nowym instrumentem. Są tacy, którzy wożą swój instrument ze sobą, ale większość pianistów jest jak żeglarze, którzy muszą się dostroić do kobiety czekajacej na nich w kolejnym z portów. Ta może być wrażliwa na dotyk właśnie w tym miejscu, inną może być trudno zadowolić. Trzeba zapamiętać, co która lubi, a nie jest to łatwe. Można pozazdrościć muzykom, którzy są w stanie podróżować ze swoimi instrumentami. Ale to dotyczy tylko tych lekkich, takich jak skrzypce czy flet. Nie ma czego zazdrościć tym z wielkimi instrumentami.

W tym miejscu obie kobiety zaśmiały się jednocześnie.

– Istnieje jednak coś, co jest dla nas, pisarzy, nieosiągalne. – Na twarzy Mayumi malował się delikatny odcień zazdrości. – Muzyka jest zrozumiała na całym świecie. Nie buduje ścian ze słów. Możecie swobodnie dzielić się wzruszeniami. Nas ograniczają słowa, dlatego zazdroszczę muzykom.

– No tak… – Mieko wzruszyła ramionami. Na ten temat nie chciała się rozwodzić. Na nic zda się próba tłumaczenia tego komuś, kto sam tego nie doświadczył. I to w zawodzie, który jest tak niewdzięczny i nie zwykł zwracać ponoszonych dla niego kosztów. Wystarczy jednak doświadczyć „tej jednej chwili”, by odczuć radość, która usuwa wszystkie dotychczasowe trudy w niepamięć. Tak, to prawda. Każdy pragnie „tej jednej chwili”, a ten, kto jej raz skosztuje, nigdy już od tej radości nie ucieknie. To rodzaj ekstazy, którą można nazwać przeżyciem doskonałym. Tak, to, że siedzimy tutaj, usiłując się skupić, to, że siądziemy później przy winie i będziemy utyskiwać na muzyczny światek, to, że ci młodzi ludzie wychodzą jeden po drugim na scenę, a trud i nakłady finansowe, jakie ich tu przywiodły, nigdy się już pewnie nie zwrócą… wszystko to dlatego, że z niepokojem i nadzieją wyczekujemy „tej jednej chwili”.

Zostało jeszcze pięć dossier. Pięć osób. Mieko zaczęła się zastanawiać, kogo z uczestników konkursu można by zakwalifikować dalej. Do tej pory tylko jedna osoba była na takim poziomie, że z czystym sercem można by ją rekomendować. Jeszcze jedną można przepuścić, jeśli pozostali dwaj jurorzy też będą tego zdania. Nikt więcej nie zasługiwał jednak na to, by przejść dalej. W takiej sytuacji zawsze problemem jest kolejność. Czy ci uczestnicy, o których najpierw pomyślała, że się nadają, byli naprawdę tacy dobrzy? Gdyby wysłuchała ich występów raz jeszcze, może zmieniłaby zdanie… Kolejność jest podczas przesłuchań i koncertów jak fatum. Można sobie tłumaczyć, że liczą się też umiejętności, ale nie sposób się nią zupełnie nie przejmować.

Do tej pory wystąpiło dwoje Japończyków. Oboje są teraz na studiach zagranicznych w Paryskim Konserwatorium, a ich technika jest nienaganna. Jeśli pozostali jurorzy wyrażą swoje poparcie, jedna z tych osób mogłaby przejść do kolejnego etapu. Druga, niestety, nie wykazała się niczym szczególnym. Przy tak zbliżonym poziomie umiejętności technicznych potrzebne jest coś, co wzbudza zainteresowanie. Nie licząc wybitnych talentów i wyrazistych osobowości, zaledwie nieznaczne różnice decydują zazwyczaj o zwycięstwie. Ktoś przykuwa uwagę, ktoś wydaje osobliwe dźwięki, ktoś przyciąga wzrok. Kiedy nie wiadomo, kogo wybrać, pozostaje poleganie na tych mglistych, trudnych do ujęcia w słowa wrażeniach. Podczas konkursów Mieko miała swoje kryterium – pytała siebie po prostu, czy chciałaby jeszcze raz kogoś usłyszeć.

Zajrzała do kolejnego dossier i rzuciło jej się w oczy imię i nazwisko: „Jin Kazama”. Mieko starała się przed konkursem nie gromadzić informacji o uczestnikach. Chciała oceniać tylko ich samych i ich występy. Tym razem jednak odruchowo spojrzała uważniej na załączoną dokumentację. Wypełniona była w języku francuskim, więc nie sposób rozstrzygnąć, jakimi znakami zapisane zostało nazwisko uczestnika. Najpewniej był jednak Japończykiem. Kazama Jin. Twarz młodego człowieka prezentowała się dystyngowanie, a równocześnie nie była pozbawiona pewnej naturalności. Szesnaście lat. Wzrok Mieko przykuł fakt, że dossier chłopaka było nadspodziewanie puste. Nie było właściwie co czytać. Brak wykształcenia i osiągnięć konkursowych. Chłopak przyjechał do Francji po ukończeniu szkoły podstawowej w Japonii. W dokumentacji widniało tylko to. Fakt, że nie uczęszczał do szkoły muzycznej, nie był niczym dziwnym. W tym świecie roiło się od cudownych dzieci, które debiutowały wcześnie i nie uczęszczały już później do konserwatoriów. Ba, zdarzało się, że dopiero w dorosłym wieku szły na studia muzyczne, by zrozumieć teoretyczne podstawy swojej gry. Mieko była najlepszym przykładem takiej ścieżki. Po ukończeniu dziesiątego roku życia zdobyła kolejno drugie i pierwsze miejsce na dwóch międzynarodowych konkursach, została okrzyknięta cudownym dzieckiem i zaczęła koncertować. To, że później rozpoczęła naukę w wyższej szkole muzycznej, przypominało próbę tworzenia sobie alibi.

W dokumentacji Kazamy Jina nie było jednak ani śladu jego działalności koncertowej. Tylko zapisek, że obecnie był wolnym słuchaczem w Konserwatorium Paryskim. Wolny słuchacz w konserwatorium? Coś takiego w ogóle istnieje? Mieko przekrzywiła głowę. Taka jednak była adnotacja w dokumentach, a konkurs odbywał się przecież właśnie w Konserwatorium Paryskim, więc to nie mogło być kłamstwo. W tym momencie Mieko zerknęła na rubrykę w rogu – „pobierał nauki u” – i zrozumiała, dlaczego przyjęto taką absurdalną dokumentację. Poczuła gorąco w całym ciele. „To niemożliwe!” – powtarzała sobie w duchu. Musiała przecież widzieć te dokumenty już wcześniej. Jak mogła to przeoczyć? W rubryce napisane było: „Od piątego roku życia pobierał nauki u Yūjiego von Hoffmanna”.

Serce Mieko zaczęło walić – była teraz świadoma, że pompuje krew do całego jej ciała. Sama nie wiedziała, czym jest tak bardzo poruszona, co wprawiło ją w jeszcze większe drżenie. To było ważne zdanie, ale ono jedno nie mogło zadecydować o tym, że dopuszczono go do konkursu. Nie koncertował, nie uczęszczał do żadnej szkoły muzycznej. Był jakimś mglistym bytem. Mieko z całych sił powstrzymywała się, by nie porozmawiać na ten temat z pozostałymi jurorami. Sama wprawdzie z zasady nie zaglądała do dokumentacji przed koncertem, ale Simon miał zwyczaj „rzucać okiem”, a Smirnov czytał uważnie, żeby „mieć pojęcie”. Nie mogli nie zauważyć takiej informacji. O dziwo, była też adnotacja „Jest list polecający”. List polecający Yūjiego von Hoffmanna! To musiało wprawić obu mężczyzn w osłupienie! Czy to dlatego podczas kolacji minionego wieczora Simon wiercił się, jak gdyby chciał coś powiedzieć? Wszyscy troje umówili się, że przed konkursem nie będą rozmawiać o uczestnikach. Mieko przypomniała sobie teraz jego znaczący wyraz twarzy. Mówił wtedy o Yūjim von Hoffmannie, który odszedł cicho w lutym tego roku. Hoffmann był legendarną postacią, szanowaną przez muzyków i miłośników muzyki. Życzył sobie jednak, by w jego pogrzebie wzięła udział tylko najbliższa rodzina. Pozostało poczucie niepowetowanej straty, więc dwa miesiące po jego śmierci muzycy wyprawili mu uroczyste pożegnanie. Mieko miała wtedy recital i nie mogła wziąć udziału w tym wydarzeniu, ale dostała płytę DVD, na której je nagrano.

Hoffmann nie zostawił po sobie testamentu. Nie miał w zwyczaju przywiązywać się do rzeczy. Podczas pożegnania wszyscy dyskutowali o słowach, które wypowiedział przed śmiercią do swojego znajomego. Brzmiały one podobno: „Podłożyłem bombę”.

– Bombę? – zapytała Mieko.

Hoffmann był postacią legendarną i tajemniczą, geniuszem, ale cechowały go też skłonność do żartów i brak jakiejkolwiek afektacji. Jego słowa pozostawały jednak zagadką: „Kiedy umrę, wybuchnie. Bomba niespotykanie piękna”.

Bliscy Hoffmanna, podobnie jak Mieko, dopytywali się, co to znaczy, ale muzyk tylko uśmiechał się wówczas promiennie.

Mieko wpatrywała się w puste strony dossier i nie mogła wytrzymać ze zniecierpliwienia. Simon i Smirnov pewnie widzieli już list polecający Hoffmanna. Ciekawe, co zawierał… Z przejęcia nie zwróciła nawet uwagi na poruszenie wokół niej. Kiedy podniosła głowę, scena była pusta. Przemieszczali się po niej ludzie z obsługi. Czy to znaczy, że Kazama Jin nie wystąpi? Mieko uświadomiła sobie, że odetchnęła. No tak. Oczywiście. Pewnie zaszła pomyłka. Ta dokumentacja musi być żartem. Niepodobna, żeby istniał jakiś list od Hoffmanna, który przed śmiercią znacznie osłabł. Nie do pomyślenia, by w takim stanie chciało mu się jeszcze pisać rekomendacje. Zza sceny dobiegł jednak głos kogoś z obsługi:

– Otrzymaliśmy informację, że kolejny uczestnik jest w drodze. Zostanie więc przeniesiony na sam koniec.

Zapadła cisza. Na scenę niepewnym krokiem weszła dziewczyna w czerwonej sukni, której występ przyspieszono. Widać było, że drży z przejęcia.

Mieko poczuła równocześnie wielki zawód i ulgę. Ciekawe, jaki będzie występ Kazamy Jina.

– Szybko, szybko. Proszę się pospieszyć.

Chłopiec w końcu dotarł do mieszczącego się w rozległym budynku sekretariatu. Natychmiast wydarto mu z ręki potwierdzenie zgłoszenia udziału w konkursie i skierowano go na scenę.

– Tylko… Chciałbym jeszcze umyć ręce – zwrócił się drżącym głosem do mężczyzny o nieubłaganym wyrazie twarzy. Ten był zwrócony do niego plecami i sprawiał wrażenie kogoś, kto byłby skłonny chwycić chłopca z kołnierz i, nie zważając na nic, wypchnąć na scenę. Powstrzymał się jednak i ze słowami „No tak…” wskazał łazienkę.

– Pospiesz się. Pewnie chcesz się przebrać. Poczekalnia jest, o, tam.

– Przebrać? – powtórzył chłopiec, jak gdyby nie zrozumiał.

– Przecież musisz się chyba przebrać. – Mężczyzna zmierzył go wzrokiem od stóp do głów.

Zdecydowanie nie prezentował się jak ktoś, kto miał za chwilę wyjść na scenę. Inni uczestnicy w większości byli w strojach galowych, a nawet jeśli ubrali się swobodniej, mieli na sobie przynajmniej marynarkę.

Chłopiec posmutniał.

– Przepraszam. Pomagałem wcześniej ojcu w pracy, stąd mój wygląd. Umyję tylko ręce i zaraz wracam.

Mężczyzna spojrzał na jego rozłożone ręce i zamarł. Na dużych dłoniach dostrzegł ślady wyschłej ziemi. Jak gdyby chłopak przed chwilą skończył pracę w ogrodzie.

– Coś podobnego!

Dzieciak pobiegł we wskazanym kierunku, niepomny na oburzenie rozmówcy, który stał teraz i w zdumieniu wpatrywał się w drzwi łazienki. Nigdy w życiu nie widział, by na konkurs pianistyczny stawiał się ktoś z ubłoconymi rękami. Może ten chłopak znalazł się tu przez pomyłkę? Mężczyzna zaniepokoił się nagle i zerknął na potwierdzenie zgłoszenia. Może dotyczyło jakichś innych eliminacji? Jednak nie. Twarz chłopca zgadzała się też z twarzą widniejącą na przyklejonym na formularzu zdjęciu. Mężczyzna przekrzywił głowę z niedowierzaniem.

Widok chłopca, który wyszedł na scenę, wprawił w osłupienie wszystkich jurorów. „Dziecko” – to jedno słowo kołatało w głowie Mieko. Może nawet jeden z tych dzieciaków, od których tutaj aż się roi. Włosy miał w nieładzie, do tego podkoszulek i bawełniane spodnie. Rozglądał się uważnie po scenie i publiczności, jak gdyby znalazł się w niewłaściwym miejscu. To prawda, byli tacy, którzy z myślą o przełamaniu konwencji obowiązujących w świecie muzyki klasycznej występowali w stylu nieformalnym, nawet punkowym, ale on do nich z pewnością nie należał. Biła od niego naturalność. Był śliczny, choć nie zdawał sobie sprawy z własnej urody. Piękno, które nie jest siebie świadome. Piękna była też jego giętkość, która zwiastowała dalszy wzrost. Mieko i pozostali jurorzy odruchowo spojrzeli na siebie. Brakowało im słów.

– Jesteś ostatni. Prosimy, rozpocznij – zwrócił się do kandydata Smirnov, który jako pierwszy nie wytrzymał. W istocie mikrofon leżał na stoliku na wypadek, gdyby jurorzy chcieli coś powiedzieć uczestnikom, ale tego dnia został użyty po raz pierwszy. Wcześniej nie było takiej potrzeby.

– Dddobrze.

Chłopiec nagle wyprostował się, jak gdyby odzyskał panowanie nad sobą. Głos zabrzmiał pewnie i miał przyjemną barwę:

– Przepraszam, że się spóźniłem. – Skłonił nisko głowę i zwrócił się w stronę fortepianu. Po raz pierwszy instrument, na którym miał grać, znalazł się w zasięgu jego wzroku. W tej samej chwili powietrze przebiegł dziwny prąd. Wyczuli to wszyscy – i jurorzy, i obsługa sceny z tyłu. Chłopcu zalśniły oczy. Uśmiechnął się. Nieśmiało sięgnął przed siebie i ruszył w stronę fortepianu, jak gdyby szedł ku dziewczynie, w której właśnie zakochał się od pierwszego wejrzenia. Spojrzenie miał szkliste, jak w gorączce. Równocześnie urzeczony i skrępowany usiadł z wdziękiem przy fortepianie. Mieko mimowolnie zadrżała. W oczach chłopca widać było zachwyt – wyraz najwyższej przyjemności. Różnił się całkowicie od tej niepozornej dziewczyny, która z nieobecnym wyrazem twarzy występowała przed nim na scenie.

Mieko miała wrażenie, że zobaczyła właśnie coś, na co patrzeć nie powinna. Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. Czego się obawiała? Jej lęk sięgnął zenitu w chwili, gdy chłopiec wydobył pierwsze dźwięki. Poczuła, że włos jej się jeży, i to wcale nie w przenośni. Zrozumiała, że pozostali dwaj jurorzy, ludzie z obsługi, wszyscy obecni w tym budynku odczuwali ten sam lęk. Atmosfera miejsca, dotychczas pełna rozluźnienia, z tymi dźwiękami nagle dramatycznie się ożywiła. Co za różnica! Te brzmienia były zupełnie odmienne. Mieko nie przeszło nawet przez myśl, że słyszała już tego dnia wielokrotnie utwór Mozarta, który chłopiec teraz wykonywał. Nie do pomyślenia, że to ten sam fortepian i ten sam zapis muzyczny. Oczywiście wcześniej miała już podobne doświadczenia. Często zdarzało się, że ten sam fortepian pod rękami wspaniałego pianisty brzmiał zupełnie inaczej, lecz w przypadku tego chłopca było to coś straszliwego, wstrząsającego. Mieko, zmieszana i drżąca, słuchała jednak chciwie wydobywanych przez niego dźwięków.

Scena jaśniała. Światło łagodnie obejmowało miejsce, w którym chłopiec dotykał fortepianu, a stamtąd rozchodziło się falami w cudownych barwach. Grając czyste dźwięki Mozarta, każdy stara się podciągnąć do poziomu tej czystości. Rozwarte szeroko oczy mają eksponować radość i niewinność – tak wyrażana jest nieskazitelność, czystość muzyki. Chłopiec jednak nie korzystał z takich technik ekspresji. Nieskrępowany dotykał klawiszy, a muzyka w swej najczystszej formie płynęła. Takie bogactwo… A stać go na więcej. Było jasne, że jeszcze nie pokazał wszystkiego, co potrafi. Widok niespotykanego talentu budził uczucia bliskie lękowi. Mieko myślała o tym, słuchając występu.

Nagle rozbrzmiał utwór Beethovena. Muzyka zmieniła swe barwy. Tym razem wyczuwalna była prędkość. Czuć było szybkość i siłę woli, jak gdyby jakaś potężna moc napływała i znikała. Trudno to wyrazić, ale wydawało się, że osobliwy wektor muzyki Beethovena wydostawał się spod palców chłopca i rozchodził po sali koncertowej. Mieko zaczęła analizować swoje uczucia, usiłowała je jakoś ubrać w słowa. Muzyka chłopca trzymała ją jednak na uwięzi i odbierała jej zdolność myślenia.

W tej chwili rozbrzmiał Bach. „Co to wszystko znaczy!?” – rozległ się krzyk w głębi serca Mieko. Chłopiec bez chwili zatrzymania połączył ze sobą trzy utwory. Jak strumień, który będąc w ruchu – jest niepohamowany. Przeszedł do kolejnej kompozycji z naturalnością, z jaką się oddycha. Wszyscy słuchali go jak oczarowani. Cała sala koncertowa poddała się wpływowi chłopca, jego muzyka spływała na nich jak deszcz. Potężna muzyka. Mieko nie mogła wyjść ze zdumienia. Kto by przypuszczał, że fortepian, który dotąd wydawał z siebie stłumione, mamroczące dźwięki, może rozbrzmieć z taką mocą. Duże dłonie chłopca swobodnie przebiegały po klawiszach. Dźwięki Bacha rozchodziły się jak we wnętrzu budzącej podziw katedry, napierały pewnie z całą swą harmonijną doskonałością, perfekcyjnie zaplanowane. Mieko pomyślała, że jest w tym coś demonicznego. Straszliwego, przerażającego. Zadrżała gwałtownie. Targały nią silne emocje, ale w pewnej chwili zdała sobie sprawę, że odczuwa przede wszystkim gniew.

Chłopiec skłonił się nisko i pospiesznie opuścił scenę. Na sali zapanowała niezwykła cisza. Dopiero po chwili wszyscy odzyskali panowanie nad sobą, z rumieńcami na twarzach powstali i zaczęli krzyczeć oraz bić brawo. Na scenie nikogo już nie było. Zebrani spoglądali na siebie, niepewni, czy to, co się przed chwilą wydarzyło, nie było aby snem. Smirnov poruszył swoim potężnym ciałem i zawołał.

– Hej tam! Dajcie tu z powrotem tego chłopaka. Mam kilka pytań.

– Nie do wiary… – Simon w osłupieniu rozłożył się na krześle.

W sali koncertowej wrzało.

– Co się stało? Przyprowadźcie go.

Smirnov ryczał. Za sceną musiał panować zamęt. Po chwili rozległ się głos rosłego mężczyzny:

– Już wrócił do domu. Wyszedł natychmiast po zejściu ze sceny.

– Co takiego? – Smirnov podrapał się po głowie.

– To przecież nie może być sen. Nie mogliśmy się tu wszyscy jak jeden mąż struć peklowaną wieprzowiną!

– Zupełnie tak, jak napisał Hoffmann. – Osłupiały dotąd Simon nagle odwrócił się gwałtownie w stronę Mieko.

– Nie czytałaś jego listu, prawda? Tak chciałem ci o tym powiedzieć, ale przez te nasze ustalenia nie mogłem.

– To niewybaczalne!

– Co takiego?

– Nie mogę się godzić na coś takiego. – Mieko spojrzała na Simona ze złością.

Simon raz jeszcze zamrugał oczami i w końcu dotarło do niego, że Mieko jest wściekła.

– Mieko?

Mieko, drżąc jak osika, złożyła ręce na stole.

– To niewybaczalne! Przecież to bluźnierstwo przeciwko mistrzowi Hoffmannowi. Jestem przeciwna dopuszczeniu tego chłopca do kolejnego etapu.

Zmieszany Simon patrzył mglistym wzrokiem na drżącą ze złości Mieko. W sali wciąż panowało hałaśliwe poruszenie.

Nokturn

„Prezentuję Państwu Kazamę Jina. Tak, to prawdziwy »dar«. Musiały nam go zesłać niebiosa. Niech będzie jednak jasne, że to nie on jest poddawany próbie, ale my wszyscy, także ja sam. Zrozumiecie Państwo, co mam na myśli, kiedy »doświadczycie« jego gry. Nie jest to sama słodycz. To gorzkie lekarstwo o wielkiej mocy. Będą tacy, którzy zapałają do niego niechęcią, znienawidzą go, odrzucą. Cóż, to dowodzi tylko jego prawdziwości i ukazuje też pewną prawdę o tych, którzy go »doświadczają«. To od Was, od nas wszystkich, zależy, czy uznamy go za prawdziwy dar, czy za nieszczęście”.

Yūji von Hoffmann

– Coś podobnego! Nie do wiary! – Simon nie mógł ukryć poruszenia. – Wyraziłaś sprzeciw, Mieko, zgodnie z tym, co przewidział Hoffmann. Ale żeby to właśnie ty! Nie zdziwiłbym się, gdyby to był ten pedant z Moskwy.

Mieko siedziała obok z ponurą miną i kieliszkiem wina w dłoni. Smirnov bez słowa sączył wino. Wyglądał na pogrążonego w myślach. Od jakiegoś czasu stał się małomówny – wpatrywał się tylko uporczywie w leżącą na stoliku kopię listu Hoffmanna. Noc była jeszcze młoda. Na zewnątrz mijali się ludzie, a światła samochodów płynęły czerwonym strumieniem. Siedzieli we troje w głębi przytulnego baru oddalonego od zgiełku miasta. Miejsca wskazał im właściciel, który pamiętał, że w tym składzie pojawiali się kilka razy wroku i długie godziny głośno spierali się, popijając alkohol. Musieli już skończyć jeść, a może nie byli głodni, w każdym razie na stoliku nie było zbyt wielu talerzyków. Stały tam natomiast dwie opróżnione już karafki do wina.

Mieko ponurą miną usiłowała zakryć palący wstyd, którego źródło znajdowało się teraz przed jej oczami. Pamiętała to wytworne pismo. W pierwszej chwili widok zakłopotanych twarzy Simona i Smirnova wydał jej się dziwny i Mieko ze złością pochwyciła trzymaną przez nich kopię listu ze słowami: „Niech no ją tylko zobaczę”. Po lekturze nie była w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Czytała list kolejny już raz i czuła, że stopniowo wzbiera w niej wstyd, jej ciało zaczyna pokrywać zimny pot, a twarz czerwienieje. Wstrząs. Zmieszanie. Zażenowanie i upokorzenie. Takie uczucia rozchodziły się po całym jej ciele. Mogła jedynie siedzieć i uporczywie wpatrywać się w kopię listu.

Pozostali dwaj jurorzy patrzyli na Mieko ze współczuciem i gorzkimi uśmiechami. Hoffmann, który odszedł z tego świata kilka miesięcy wcześniej, przepowiedział w liście jej reakcję po przesłuchaniu Kazamy Jina. Czy mieli teraz chwalić zdolność przewidywania Hoffmanna? Czy może uznać po prostu niedojrzałość Mieko, która zachowała się zgodnie z jego oczekiwaniem? Pewnie i jedno, i drugie. Mieko w głębi serca przeklinała siebie za swoje zachowanie. Wydawało jej się, że niemal widzi, jak Hoffmann zaśmiewa się teraz w niebie: „A nie mówiłem!”.

– Ludzie są podli… – wymamrotała. Wino, które zazwyczaj w takich sytuacjach rozluźnienia napięcia doskonale smakowało, teraz miało nieprzyjemnie gorzkawy smak. Prawdę mówiąc, Mieko była oszołomiona. Od najmłodszych lat mówiono o niej, że była dzikim, naturalnie pięknym kwiatem. Uchodziła za dziecko trudne, zdecydowanie nie była prymuską. Nauczyciele z Japonii i Europy zarzucali jej brak kontroli, niewybredność, nadmierną żywiołowość. Wciąż spotykała się z krytyką wyrażaną nie wprost. I pomyśleć, że teraz to właśnie ona zakwestionowała zmysł muzyczny młodego, nieopierzonego chłopaka. Bezwiednie wzdrygnęła się. Czyżby stawała się twardogłowa? Czy to możliwe, że nawet nie spostrzegła, kiedy z wiekiem zaczęła zmieniać się w nudną kobiecinę? Kiedy właściwie dołączyła do „obozu władzy”? Sięgała po kieliszek z winem z rosnącą częstotliwością.

– Mieko, powiedz tylko, co cię tak rozzłościło? – Simon, który dotąd nie przestawał stroić sobie z niej żartów (i pewnie będzie z niej żartował do końca życia), nagle spoważniał.

– Hm?

– Taki twój sprzeciw widziałem pierwszy raz. Zezłościłaś się zupełnie inaczej niż zwykle. Zazwyczaj jesteś bardziej przebiegła, reagujesz raczej chłodno. Skąd taki gwałtowny sprzeciw?

Mieko zaczęła się nad tym zastanawiać. Musiała przyznać, że ją także jej własna reakcja wprawiła w zdumienie. W tej chwili nie było już śladu po wcześniejszym gniewie i trudno jej było odtworzyć występ, który wywołał w niej tak gwałtowne uczucia. Dlaczego? Co mnie tak rozzłościło?

– Czyli ty nic takiego nie czułeś? Żadnej odrazy, przykrości, fizycznego wręcz odrzucenia? – Mieko szukała odpowiednich słów, które pozostawały nieuchwytne. W jej głowie nie pojawiło się żadne określenie, które oddawałoby jej uczucia w czasie występu.

Simon pokręcił głową.

– Nie. Czułem dreszcze. Myślałem tylko, że to nieco ryzykowne.

– Otóż to – przytaknęła. – To pewnie tylko krok od odrazy. Może czułeś to samo i musiałeś rozstrzygnąć, czy to przyjemne, czy nie.

– Z pewnością odraza i przyjemność to dwie strony jednego medalu.

Atmosfera przesłuchań jest niepowtarzalna. Nagrania występów nie wzbudzą po raz drugi tych samych uczuć. „Nie potrzebujesz przesłuchań” – rozbrzmiały nagle w głowie Mieko zasłyszane gdzieś słowa. Przedziwny głos – łagodny, kryjący uśmiech, a równocześnie stanowczy. To głos profesora Hoffmanna. Poczuła przytępiony ból w piersi, a uczucie, o którym zapomniała, przejęło ją dreszczem od stóp do głów.

„Czyli to tak…” – wymamrotała w duchu. – „Mogłam być zazdrosna o tego chłopca. Zazdrość wzbierała we mnie od chwili, kiedy spostrzegłam tę jedną wzmiankę w jego dokumentacji: »Od piątego roku życia pobierał nauki u Yūjiego von Hoffmanna«. Wystarczyła ta krótka wzmianka, wzmianka, którą sama chciałabym móc wpisać do swojego curriculum vitae”.

– To jak w końcu? Chłopak naprawdę był taki dobry? – Simon wymamrotał niepewnie i wszyscy troje spojrzeli na siebie. Mieko czuła to samo.

– Czasem się tak zdarza, że w danej chwili jesteśmy dziwnie poruszeni, ale to tylko ta jedna chwila.

– Cóż, my też jesteśmy ludźmi.

Nic na to nie można poradzić. Kolejność występów, atmosfera, budowa ciała, podszepty złego ducha lub nagła cisza, jak makiem zasiał. Zdarza się, że ktoś w eliminacjach zachwyci, a w kolejnym etapie wywoła rozczarowanie. Czasami ktoś podczas przesłuchania daje się ponieść emocjom, a później sam nie pamięta swojego występu.

– Problem tkwi gdzie indziej – odezwał się ponuro Smirnov. – Chyba już zrozumiałem, o co chodziło Hoffmannowi, kiedy pisał o „gorzkim lekarstwie”. – Miał poważny, niepokojący wyraz twarzy. Nachylił się, a wtedy barowe krzesło wydało groźny pomruk.

– Co masz na myśli? – Simon uniósł prawą brew.

– Cóż, mamy niezły dylemat. – Smirnov opróżnił kieliszek ze swobodą, jak gdyby popijał wodę. W istocie miał niesłychanie mocną głowę, więc mógł nawet uznać zawartość kieliszka za wodę. W miarę, jak rozwijał swoją myśl, ożywiał się i rozbudzał coraz bardziej.

– Dylemat? – wymamrotała Mieko, z lękiem przyglądając się profilowi Smirnova, który zdawał się zupełnie trzeźwy.

Wprawdzie Mieko po występie Kazamy Jina eksplodowała złością, ale po jego nagłym zniknięciu cała obsługa nie kryła poruszenia. Z nadzieją mówiono o tym, że konkurs jeszcze na dobre się nie zaczął, a już pojawiła się prawdziwa gwiazda. Być może wiązało się to również z faktem, że chłopak wystąpił jako ostatni, a później jak gdyby rozpłynął się w powietrzu. Ktoś, kto wzbudził emocje i stał się tematem rozmów, był nieobecny, gdy tymczasem całe audytorium wciąż wrzało. Jedyny człowiek z obsługi, który miał z nim do czynienia, powiedział: „Kazama Jin miał ubłocone ręce i stwierdził, że spóźnił się, bo pomagał ojcu w pracy. Nie wszedł do poczekalni, umył tylko ręce i od razu wyszedł na scenę”. Ta relacja spotęgowała jeszcze emocje, jakie chłopak wzbudził swoim występem. Trudno o lepszy epizod w rodzącej się właśnie legendzie.

– Czym zajmuje się jego ojciec? – dopytywał Smirnov z przejęciem, ale informacje, jakimi dysponował człowiek z obsługi, były nad wyraz skąpe. Podobnie jak dane w dokumentacji chłopca. Zazwyczaj zwycięzców wybierano od razu i przekazywano wyniki uczestnikom konkursu. Tym razem jednak jury długo nie wychodziło z pokoju obrad. Nie zdarzało się wcześniej, by – jak teraz – odgłosy burzliwej dyskusji raz po raz dochodziły do zebranego na korytarzu personelu. Oczywiście Mieko z uporem sprzeciwiała się temu, by Kazama Jin przeszedł do kolejnego etapu. W takim systemie zwyciężają ci, którzy uzyskują najwyższą liczbę punktów. W przypadku przesłuchań wstępnych ustala się dolną granicę i ci, którzy jej nie przekroczą, nie przechodzą dalej. Poza Kazamą Jinem jurorzy byli zasadniczo zgodni i zakwalifikowali dwie osoby. Większość obrad upłynęła więc na dyskusji o Kazamie. Simon i Smirnov dali mu niemal najwyższe noty, co oznaczało, że chłopak był bliski uzyskania wymaganej liczby punktów, nawet jeśli Mieko nie przyznałaby mu ani jednego. Można by więc zignorować jej sprzeciw i przepuścić go do kolejnego etapu. Simon i Smirnov nie chcieli jednak tego robić, więc obrady przedłużały się w nieskończoność. Mieko, jak to ona, rozumiała, że kwalifikacja Kazamy Jina jest przesądzona, ale sprzeciwiała się pozostałym jurorom, twierdząc, że powinni zmienić zdanie.

Argumentacja Mieko była następująca: rozumiałaby jeszcze, gdyby nie chodziło o ucznia Hoffmanna, ale skoro on mieni się jego podopiecznym i dostarcza nawet prawdziwy list polecający, jego niedorzeczny styl gry, który neguje wirtuozerię Hoffmanna, jest niedopuszczalny. To zupełnie tak, jak gdyby uczeń przeklinał dzieło mistrza i rzucał mu wyzwanie. Jak można tolerować u muzyka taką postawę? Co innego, gdyby chłopak się uniezależnił i wybrał styl różny od stylu mistrza, ale problem tkwi w tym, że on w ogóle nie rozumie tego stylu.

Simon i Smirnov wysłuchali Mieko ze zrozumieniem i natychmiast dali replikę. Musiała przyznać, że technika chłopca i wrażenie, jakie wywierał na słuchaczach, były nadzwyczajne. W takim razie nie do nich należała ocena, co jest dopuszczalne, a co nie. Skoro jest powyżej ustalonej dolnej granicy, powinien dostać swoją szansę. To jest cel przesłuchań. To, czy podoba się im muzykalność uczestników, nie jest w tej chwili ważne. Czy nie jest czymś niezwykłym, że chłopak wywołał tak żywą reakcję? To, że uzyskał tak sprzeczne opinie – aprobatę i odrzucenie – dowodzi, że musi w nim coś być. Przecież to Mieko zawsze narzekała, że gdy jest wielu jurorów, pozostają tylko nudni uczestnicy, ci, którzy mają mało niedoskonałości. Kto wie, może to przypadek, ale ten chłopak niewątpliwie oddziałuje emocjonalnie na słuchaczy. Czy to nie najważniejsze? Nie wspominając, że do tego posiada wspaniałą technikę.

Trudno było znaleźć jakąś nieprawidłowość w takim rozumowaniu, więc Mieko stopniowo wycofywała się. Nie odzywała się teraz ani słowem. Ostatecznie przekonały ją słowa mężczyzn: „Może posłuchasz go raz jeszcze? Upewnisz się, czy był to tylko przypadek… Nie chciałabyś, żeby posłuchali go też ci z Moskwy i Nowego Jorku? Nie ciekawi cię, jak inni jurorzy zareagują na jego grę? Czy nie będzie zabawne oglądać ich oburzenie?”.

Simon i Smirnov doskonale wiedzieli, jak podejść Mieko. Każda z grup odpowiedzialnych za przesłuchania, które rozsiane były po całym świecie, miała nieco różny charakter. Jurorów z Moskwy i Nowego Jorku nazywali między sobą, oczywiście nie bez ironii, „obozem władzy” i „piewcami zdrowego rozsądku”. Mieko wyobraziła sobie, jak ze spokojem będą przyjmować histeryczne ataki oburzonych wspaniałych jurorów, którzy będą dopytywać, jak mogli dopuścić do kolejnego etapu kogoś tak nieokrzesanego. Zapomniała o tym, że sama zareagowała podobnie, i pomyślała, że taki obrazek nie był pozbawiony swoistego uroku. Prawdą jest, że uwiedziona tą myślą, niechętnie przystała na to, by Kazama Jin awansował do kolejnego etapu.

– Dobrze zatem. Trzeba powiadomić zwycięzców.

Nie zdążyła kiwnąć głową, kiedy Simon i Smirnov powstali, otworzyli drzwi i zawołali obsługę. Mieko zastygła. „Wygrali, zapędzili mnie w kozi róg” – pomyślała. Było już jednak za późno.

Kto wie, może Smirnov czuł jeszcze dotkliwiej, że było za późno. Kelner podobny cieniowi po raz trzeci wypełniał winem kieliszek Mieko, a ona z uwagą przyglądała się profilowi Smirnova.

– Chłopak najpewniej nie odebrał formalnego wykształcenia muzycznego. – mruczał Smirnov jak gdyby do siebie. – To, jak wyszedł na scenę, jak zagrał jednym ciągiem utwory… Być może po raz pierwszy występował przed publicznością. Hoffmann był tego doskonale świadomy. Dlatego pewnie napisał i wysłał ten list polecający, a chłopakowi kazał w dokumentach wpisać, że był jego uczniem.

– Dlaczego?

Simon i Mieko zadali to pytanie, choć powoli zaczynali rozumieć, o co może chodzić. Smirnov wyczuwał, że już wiedzą, i dopowiedział szorstko, jak dotąd:

– Bo chciał, żeby go dopuszczono do przesłuchania i żeby chłopak przeszedł dalej.

– To przecież jasne. – Mieko wzruszyła ramionami. Widząc to, Smirnov przesadnie wzruszył swoimi.

– No, już, przestańcie udawać, że nie wiecie, o co chodzi. Oboje. Przecież doskonale rozumiecie, co chcę powiedzieć. – Smirnov pociągnął spory łyk wina. – Jest tak, jak mówiła Mieko. Nie jesteśmy w stanie zakwestionować zmysłu muzycznego Hoffmanna. Zbyt wielkim szacunkiem go darzymy. Zbyt wspaniała była jego muzyka. Teraz już nie ma go na tym świecie. – Spoważniał. – Skutek jest taki, że Kazama Jin przeszedł dalej. Zgodnie z zamysłem Hoffmanna przepuściliśmy go do kolejnego etapu. Widzieliście przecież gwałtowną reakcję personelu. Plotki na jego temat już krążą. Na temat listu Hoffmanna także.

Mieko mimowolnie wzdrygnęła się i poczuła dreszcz na całym ciele.

– W końcu w jakim celu pisze się listy polecające? Po to, żeby utrudnić odrzucenie kogoś. Po to, żeby ważny uczeń był dobrze przyjęty.

Smirnov uśmiechnął się osobliwie i spojrzał na swoich towarzyszy.

– Otóż to. A właśnie w związku z tą formalną edukacją ledwo wiążemy koniec z końcem. Dziecko musi mieć płatne lekcje, później idzie do akademii muzycznej, płaci za zajęcia. To w końcu nasze ukochane dziecko, warte wszelkiego poświęcenia. Nie można go traktować na równi z kimś, kto nie podjął takiego trudu i wywodzi się nie wiedzieć skąd. Właśnie dlatego Hoffmann napisał ten list.

Mieko nagle przypomniała sobie historię, którą gdzieś niedawno usłyszała. W jednym z konkursów pianistycznych organizowanym przez lokalne władze pojawił się genialny uczestnik, który przechodził do kolejnych etapów. Nie miał jednak znajomości w świecie muzyki, nie pobierał lekcji ani u członków komisji, ani u ich znajomych i mimo że zdobył najwyższe noty, zaczęto mu wytykać jakieś niedorzeczne kwestie i traktować, jak kogoś, kto nie zasługuje na wygraną.

– List Hoffmanna miał dwojaki cel. Po pierwsze, miał nieznanemu chłopcu pozwolić na udział w konkursie i na przejście do kolejnego etapu. – Wzrok Smirnova na chwilę stał się jakby nieobecny. – A po drugie, miał nie dopuścić do tego, by został zignorowany czy przemilczany w świecie muzyki klasycznej. Z tych dwóch powodów ten list był konieczny. Chłopak wywodzi się z innego świata i nawet gdybyśmy chcieli – my lub inni profesorowie – go zignorować, list miał na to nie pozwolić. Oznaczałoby to odrzucenie Hoffmanna, którego tak bardzo czcimy – i my, i fani muzyki na całym świecie. Co jeszcze straszliwsze… – Smirnov spojrzał na Simona i Mieko z powagą – ten chłopak rzeczywiście ma technikę, która budzi grozę, i potrafi rozpalić uczucia słuchaczy. A wszystko to bez krzty formalnego wykształcenia muzycznego.

Mieko i Simon nie drgnęli nawet, słuchając wypowiedzi Smirnova. Czyżby właśnie zrobili coś niedopuszczalnego? Odczuwali niejasny lęk, który nie wiadomo skąd pochodził. Nagle rozległ się dźwięk telefonu. Mieko i Simon równocześnie podskoczyli.

– Przepraszam. – Smirnov pochwycił telefon i odebrał. W jego wielkiej dłoni aparat wyglądał na niewielki, jak czekoladowy koci języczek.

– Hm… Ach tak? Rozumiem. – Smirnov rozmawiał chwilę przytłumionym głosem. W końcu pożegnał się i rozłączył. W odpowiedzi na pytający wzrok Simona i Mieko powiedział, odkładając telefon:

– Dzwonili z sekretariatu. W końcu udało im się skontaktować z Kazamą Jinem.

– O tej porze? – Simon odruchowo spojrzał na zegarek. Wkrótce miał nastać nowy dzień.

– Podobno ojciec chłopca jest pszczelarzem. Ma doktorat z biologii i teraz prowadzi badania na temat hodowli pszczół w mieście. Dzisiaj ponoć zbierał miód w paryskim ratuszu.

– Pszczelarzem… – powtórzyli powoli Simon i Mieko, jak gdyby usłyszeli to słowo pierwszy raz w życiu.

– To naprawdę inny świat… – Simon uśmiechnął się gorzko.

„To od Państwa, od nas wszystkich zależy, czy uznamy go za dar czy za nieszczęście”. Bez wątpienia w głowie każdego z trojga jurorów rozbrzmiewał teraz głos Hoffmanna wypowiadający te słowa.

Tremolo

Dudnienie deszczu znacząco się wzmogło i Eiden Aya bezwiednie podniosła głowę znad książki. Za oknem panował mrok, choć było południe, a gwałtowna ulewa odzierała z barw znajdujący się na tyłach domu zagajnik. Było je słychać, oczywiście. Deszczowe konie. Ten rytm, który od dziecka tyle razy słyszała. Kiedy mówiła dawniej: „O, biegną deszczowe konie”, wprawiała tym dorosłych w konsternację. Teraz potrafiła to wyjaśnić. Szopa na tyłach domu miała blaszany dach. Podczas zwykłego deszczu nic szczególnego nie było słychać, ale kiedy jednocześnie uderzało weń kilkadziesiąt milimetrów wody, towarzyszył temu osobliwy dźwięk. To pewnie krople z wielką gwałtownością spadały z dachu domu na blaszany dach szopy, a wówczas deszcz tworzył charakterystyczny rytm. Rytm galopu. Kiedy jako dziecko grywała La chevalresque, w którym pobrzmiewał galopujący tętent koni, grała właśnie ów rytm deszczu uderzającego o blaszany dach szopy.

Niedawno na YouTubie zyskało popularność nagranie grupy muzyków, którzy ćwiczyli, kiedy nagle w budynku, gdzie odbywała się próba, rozległ się alarm przeciwpożarowy. Muzycy zaczęli improwizować i zgrywać się z syreną, której dźwięk długo nie ustawał.

Aya westchnęła cicho. Świat jest wypełniony muzyką po brzegi. Patrzyła nieobecnym wzrokiem na pozbawiony barw krajobraz za oknem, na gałęzie drzew uginające się pod ciężarem deszczu i myślała trzeźwo: „Czy jest potrzeba, bym dokładała jeszcze światu swojej muzyki…?”. Zerknęła na leżące na stoliku papiery.

Syndrom wypalenia. Genialne dziecko zmienia się w zwyczajnego dorosłego. Miała już dosyć tego rodzaju złośliwych uwag. Co roku na świecie pojawiają się kolejni genialni chłopcy i dziewczynki. Nagle zaczynają występować razem z orkiestrą, a publiczność obwołuje ich cudownymi dziećmi. Rodzice sądzą, że przyszłość ich synów i córek będzie usłana różami. Jednak nie wszyscy mogą odnieść sukces. Wielu jest takich, którzy z nadejściem okresu dojrzewania zaczynają z bólem dostrzegać, w jakim zawiłym świecie żyją, i albo sami się wycofują, chcąc spędzać młodość tak jak ich rówieśnicy, albo tracą zapał do nauki, nie są w stanie dalej się rozwijać i w końcu znikają. Aya była jedną z takich osób. Wygrywała konkursy dla dzieci i młodzieży w kraju i za granicą. Wydała również swoją debiutancką płytę, która zdobyła legendarną nagrodę i zyskała rozgłos. W przypadku Ayi przyczyna przerwania kariery była jasna.

Kiedy Aya miała trzynaście lat, zmarła nagle jej matka – ta, która ją chroniła, zachęcała do pracy i dbała o nią pod każdym względem. Może byłoby inaczej, gdyby śmierć przyszła nieco później, kiedy Aya miałaby ukończone czternaście czy piętnaście lat. Byłaby wtedy w okresie buntu i odczuwała przygnębienie związane z rodzicielską kuratelą. Wówczas śmierć matki być może oznaczałaby coś zupełnie innego dla jej muzyki. Jednak dla Ayi, która grała z myślą o tym, by dać radość ukochanej mamie, jej nagłe odejście wiązało się z trudnym do udźwignięcia poczuciem straty. Utraciła powód, dla którego grała na fortepianie. Na dodatek jej matka była doskonałą nauczycielką i menedżerem.

Teraz Aya spędzała dni bezczynnie, niczego nie pragnąc. Nie był to jednak stan spokoju i opanowania. Kiedy uświadomiła sobie własną potrzebę rywalizacji czy zazdrość, czuła lęk, że sama tak bardzo skarlała. Matka rozumiała swoją córkę, która była z natury wielkoduszna, wspierała ją i – czy to jako nauczycielka, czy jako wybitny menedżer – umacniała jej motywację do gry.

Na pierwszym koncercie po śmierci matki Aya nie zagrała. Grafik miała ułożony już na półtora roku w przód. Firma fonograficzna, która wydała jej debiutancką płytę, pospiesznie zatrudniła menedżera. Domem zajmowała się babcia, nawet wtedy, kiedy mama jeszcze żyła, więc Aya nie doświadczyła w pierwszej chwili szczególnych niedogodności. Sama nie rozumiała jeszcze, co oznaczał fakt, że mama nagle zniknęła z jej życia. Po raz pierwszy uświadomiła to sobie w garderobie lokalnej sali koncertowej. Nowy menedżer zapewnił jej stylistkę. Ta sprawdziła strój, w którym Aya miała wystąpić, upięła jej włosy i zrobiła delikatny makijaż. Do tej pory robiła to wszystko matka. Kiedy przygotowania dobiegły końca, stylistka opuściła garderobę i pospieszyła zająć się kolejnym zleceniem.

– Mamo, a herbata…? – zaczęła Aya, kiedy zdała sobie sprawę, że jest sama w garderobie. Nie było z nią matki, która zawsze miała dla niej przygotowaną w termosie, mocną, słodzoną herbatę w temperaturze ciała. Aya zadrżała. Ogarnęło ją ogromne poczucie straty, jak gdyby nagle osunęła się w próżnię. Miała wrażenie, że pogrążony w półmroku sufit unosi się coraz wyżej i wyżej. Krew odpływa jej z ciała – czuła dziwne ciepło i łaskotanie. „Jestem sama. Sama jedna. Mamy już nie ma na tym świecie. Nigdy już nie poda mi herbaty”. W tej chwili uświadomiła to sobie po raz pierwszy.

Po chwili odzyskała świadomość. Gdzie ja jestem? Co tu robię? Rozejrzała się niespokojnie wokół. Dostrzegła białe ściany i okrągły zegar nad lustrem. Garderoba. Była w garderobie. W jakiejś sali koncertowej. Nagle uświadomiła sobie, że za chwilę ma wystąpić. Ach tak… Przecież miała próbę z orkiestrą. Drugi koncert Prokofiewa. Jak gdyby nigdy nic, naturalnie i swobodnie. Jak mogła się zdobyć na coś takiego? Dyrygent i wszyscy inni byli pod wrażeniem. Słyszała, jak szeptali: „Dobrze, dobrze. Martwiłem się, ale sama też daje radę. To imponujące. Myślałem, że będzie bardziej rozbita, a tu taki spokój. Cóż, musi skupić się na występach, by przez to przejść”.

Co mieli na myśli? Aya poczuła chłód wokół serca. Ponownie osaczyła ją okrutna rzeczywistość. „Ach, to tak? Zostałam sama. Nie ma już przy mnie mamy. Dlatego szeptali między sobą. Sama, sama…”

Inspicjent przyszedł ją zawołać. Za chwilę miała wejść razem z dyrygentem na scenę. Jego wołanie odbijało się echem w głowie Ayi. Nawet w chwili, kiedy po drugiej stronie jasno oświetlonej sceny rozległy się wyczekujące oklaski, jej serce pozostało skute lodem. Nie widziała fortepianu skąpanego w łagodnym świetle. Dotarło do niej. Matki nie ma – ani na widowni, ani za kulisami, ani nigdzie indziej. W tej chwili fortepian przypominał jej kamień nagrobny. Wcześniej tak nie było. Instrument na scenie zdawał się na nią czekać – połyskiwał, a w jego wnętrzu wzbierała muzyka, która za chwilę miała z niego wypłynąć. Szybko, szybko. Tylko usiąść i wydobyć z niego dźwięki… Zawsze spoglądała na zamkniętą w pudle muzykę, powstrzymując chęć, by pobiec na scenę. Nikt tak jak matka nie cieszył się, kiedy wydobywała żywe dźwięki.

A teraz… Instrument stał samotny i pusty. Kamień nagrobny. Czarne pudło całkowicie oddane milczeniu i samotności. Tam już nie ma muzyki. Moja muzyka zniknęła. Aya poczuła, jak lodowata pewność w jej wnętrzu staje się ciężką grudą i spada, wydając głuchy odgłos. Odwróciła się na pięcie. Dostrzegła kątem oka zdumionych członków orkiestry i twarz inspicjenta. Nie cofnęła się jednak i pospiesznie – niemal biegiem – zeszła ze sceny. Nie słyszała poruszenia na widowni ani krzyków. Tylko biegła, ile sił w nogach. Popchnęła drzwi wyjściowe z tyłu budynku i wyskoczyła na zewnątrz. Było ciemno i mżyło.

W ten sposób Aya stała się „tą cudowną dziewczynką, która zniknęła”. Nagłe odwołanie koncertu obrosło też pewną legendą. Muzycy z orkiestry twierdzili, że na próbie Aya grała doskonale, nawet lepiej niż za życia matki. Skutki zniknięcia solistki ze sceny były jednak znacznie poważniejsze niż kara za złamanie kontraktu, którą zapłacił menedżer firmy fonograficznej. Pianista, który raz nie dotrzymał umowy, jeśli nie jest gwiazdą wielkiego formatu, nie jest już później proszony o koncerty. A przecież na świecie cudownych młodych pianistów nie brakuje. Przez pewien czas uczniowie szkół muzycznych w klasie fortepianu stosowali prześmiewcze określenia: „Ej, ten… Eiden!” czy „à la Aya”. Były to określenia nagłego odwoływania występów, a równocześnie kpina z niezwykłego nazwiska zapisywanego znakami oznaczającymi „chwałę” i „przekazywać”. „Jej chwała jednak nie przetrwała!” – kpiono.

Aya jednak, co dziwne, nie czuła goryczy porażki. Dla niej owa nagła rezygnacja z gry była czymś zupełnie zrozumiałym. Skoro nie dostrzegła w fortepianie dźwięków, które miała z niego wydobyć, po cóż było stawać na scenie? Wcześniej była przedmiotem uwagi i zazdrości wszystkich. Nie przeszkadzało jej wcale, że teraz dla odmiany wyśmiewano ją i lekceważono. Wcześniej mogła pochwalić się licznymi oddanymi słuchaczami, którzy mieli względem niej różne oczekiwania i chcieli wiele uzyskać od „cudownej pianistki Eiden Ayi”, ale od pamiętnego odwołania koncertu zaczęli traktować ją z wielką ostrożnością i jeden po drugim stopniowo wycofywali się jak fale odpływu.

Aya odczuwała nawet ulgę, kiedy z jej otoczenia zaczęli znikać ludzie. Z chwilą, kiedy zrozumiała, że mamy już nie ma, rozpoczęła nowe życie. W liceum uczęszczała na przedmioty ogólne. Dzieci grające na pianinie czy fortepianie, zwłaszcza te uzdolnione, mają zazwyczaj dobre oceny i Aya także miała jedne z najlepszych wyników. Poszła do dobrej lokalnej szkoły i cieszyła się życiem zwyczajnej licealistki. Nie znaczy to, że zupełnie przestała zajmować się muzyką. Po prostu czuła, że nie potrafi znajdować w stojącym na scenie fortepianie dźwięków, które powinna wydobyć, i że nie ma już mamy, dla której chciała grać. Nadal jednak lubiła słuchać muzyki i, na ile mogła, grywała wciąż na fortepianie. Jej życie różniło się tylko od życia genialnych dzieci.

Nie ulega wątpliwości, że miała w sobie nieprzebraną muzykalność. Były dwie osoby, które to dostrzegały, i obie miały świadomość, że owa muzykalność może w istocie Ayę odciągnąć od fortepianu. Jej matka i jeszcze ktoś.

Aya tak naprawdę nie potrzebowała fortepianu. Od dziecka słyszała wokół muzykę – jak tętent koni w uderzeniach kropli deszczu o blaszany dach – i potrafiła się nią cieszyć. Zdarzyło się tak, iż matka nauczyła ją podstaw gry na fortepianie, i okazało się, że Aya miała także cudowną technikę. Gra na instrumencie posłużyła jej jako sposób wyrażania muzyki. Mogła to równie dobrze robić inaczej i nie przeszkadzało jej, że nie występuje, skoro na świecie i tak istniała muzyka, którą mogła się cieszyć. W tym względzie także była prawdziwie genialnym dzieckiem. Dlatego też matka dbała, by nic nie odciągało uwagi dziewczynki od gry na fortepianie. Trudno teraz powiedzieć, czy to dobrze, czy źle, że Aya utraciła kogoś, kto jej w ten sposób pilnował.

Był jeszcze ktoś, z kim matka Ayi za życia dzieliła swoje obawy związane z muzykalnością córki. Mężczyzna ów odwiedził Ayę w czasie, kiedy trzeba było zdecydować, dokąd udać się na studia. Podobno studiował razem z matką w akademii muzycznej. Przyszedł, bo zbliżała się rocznica śmierci matki, i poprosił, by Aya zagrała dla niego na fortepianie, bo matka tak uwielbiała jej grę. Dziewczyna nie grała przed ludźmi od owego dnia, kiedy obróciła się na pięcie i opuściła salę koncertową. Grywała czasem rocka i fusion na organach elektrycznych z przyjaciółmi w dwóch zespołach. Unikała jednak gry na fortepianie przed publicznością. Oczywiście otoczenie też jej unikało.

Aya pewnie by odmówiła, ale tym razem mężczyzna o nazwisku Hamasaki od pierwszej chwili wydał jej się dziwnie rozczulający. Był niski i pulchniutki – jak figurka jenota. Jego wąskie, łagodne oczy spoglądały zza okularów: przypominał dyrektora szkoły w jednym z telewizyjnych seriali emitowanych dawno temu. Przede wszystkim zapytał niezobowiązująco, jak gdyby prosił o kupno lodów w sklepiku za rogiem i obiecywał za to jakiś drobiazg. Aya bez namysłu przystała więc na propozycję.

– Dobrze. Jaki utwór zagrać?

– Dowolny. Coś, co lubisz. Albo coś, co lubiła mama.

Aya zaprowadziła mężczyznę do pokoju, w którym stał fortepian, myśląc po drodze, co wybrać.

– Czy może być utwór, który ostatnio przypadł mi do gustu?

– Oczywiście. – Hamasaki skinął głową.

Od śmierci matki, odkąd Aya przestała grać przed publicznością, atmosfera pokoju, w którym znajdował się fortepian, zmieniła się nie do poznania. Pełno tu było teraz płyt, książek, maskotek, roślin ozdobnych. Miejsce zmieniło się w drugi pokój Ayi. Hamasaki rozglądał się z zainteresowaniem.

– Przepraszam za ten bałagan. – Aya zaczęła się tłumaczyć, myśląc, że mężczyzna jest zbulwersowany widokiem, jaki zastał. On jednak pokręcił głową i powiedział:

– Nie przepraszaj. To dobre miejsce. Ty i fortepian stanowicie tu jedno.

– Jedno… Nie da się ukryć. – Aya roześmiała się i uniosła wieko fortepianu. Poczuła delikatne mrowienie z przejęcia. Zapomniała już, jak to jest – tak dawno nie występowała przed kimś. Zaczęła grać z pamięci. Sonata Szostakowicza. Spodobała jej się, kiedy usłyszała, jak ją wykonuje pewna młoda rosyjska pianistka, i zaczęła ćwiczyć. Zapis nutowy był drogi, więc słuchała tej sonaty bez przerwy i grała ją z pamięci. Hamasaki przysłuchiwał się wykonaniu Ayi z widocznym zdumieniem, stopniowo prostując się i zmieniając wyraz twarzy.

Kiedy dziewczyna skończyła grać, z powagą zaczął jej bić brawo.

– Któryś z nauczycieli słuchał twojego wykonania?

– Nie, nikt mnie teraz nie uczy gry na fortepianie.

Hamasaki uśmiechnął się niepewnie. Wybitny profesor, który uczył Ayę w czasie, gdy żyła jej matka, zerwał z nią kontakt. Kto wie, może obawiał się, że jego również dotknie krytyka, jaką wznieciło nagłe odwołanie koncertu? A może chciał pokazać wszystkim, że nie ma nic wspólnego z tym dzieckiem, które sprawia kłopoty?

– O własnych siłach… Aż tak… – zaczął Hamasaki pod nosem i nagle zamilkł, jak gdyby zabrakło mu słów. – Było bardzo dobrze. O czym myślałaś podczas gry? – odezwał się po chwili, z ręką przyłożoną do ust, tak jakby nad czymś się zastanawiał. Przyglądał się przy tym Ayi uważnie.

– O toczących się arbuzach.

– O arbuzach? – Hamasaki nie krył zdziwienia.

Aya zaczęła wyjaśniać.

– Widziałam niedawno koreański film, w którym była ciekawa scena. Na drodze w górach turlały się w dół arbuzy. Mnóstwo arbuzów. Niektóre pękały, inne nie. Asfaltowa droga zaczęła się czerwienić, a te arbuzy, które ocalały, toczyły się dalej, hen, przed siebie. Kiedy usłyszałam ten utwór, zobaczyłam natychmiast tę scenę z filmu. A pan? Nie ma pan wrażenia, że to jest utwór o arbuzach toczących się górską drogą? Są tu sceny gonitwy za jednym, dwoma, żeby je pochwycić. Są też sceny sprzątania roztrzaskanych arbuzów.

Hamasaki zamrugał gwałtownie i wybuchnął śmiechem, który zatrząsł całym jego ciałem.

– Ach tak! Arbuzy!

Kiedy wreszcie opanował wybuch, usiadł na krześle.

– Aya, może zechciałabyś studiować na naszej uczelni?

Ayę zaskoczył oficjalny ton mężczyzny.

– Na naszej, czyli jakiej? – zapytała nieśmiało, a wtedy Hamasaki wyjął wizytówkę. Ku swojemu zdumieniu Aya rozpoznała widniejący na niej tytuł: Hamasaki był rektorem jednej z trzech najlepszych w kraju prywatnych akademii muzycznych.

– Kochasz przecież muzykę. I to bardzo. I doskonale ją rozumiesz. Chcemy, żeby tacy właśnie ludzie studiowali na naszej uczelni. Teraz cieszą cię różne źródła dźwięków, ale, wierz mi, nauka w akademii muzycznej da ci jeszcze więcej radości. W miarę studiowania muzyka będzie dla ciebie coraz bardziej fascynująca. Chcemy u nas takich ludzi jak ty. Co o tym myślisz?

Aya w obliczu tej wypowiedzianej jednym tchem propozycji gwałtownie zamrugała. Hamasaki uporczywie czekał na odpowiedź, a dziewczyna nie miała pojęcia, dlaczego nagle poczuła, że chce studiować w akademii muzycznej. Do tej pory przeglądała programy nauczania różnych uczelni i zastanawiała się nad naukami ścisłymi. Prawdą jest jednak, że słowa Hamasakiego ją poruszyły. Nawet jeśli nie było jej dane zostać pianistką koncertową, nie potrafiła sobie wyobrazić życia bez muzyki, która teraz jednak stanowiła tylko jej hobby. Słuchała różnych gatunków muzycznych, grała w zespołach, ale gdzieś w głębi serca czuła, że to nie wystarcza.

Na egzaminie wstępnym słynni profesorowie zebrali się, żeby ją ocenić. Aya czuła na sobie ich chłodny wzrok. Pamięta, jak gdyby to było wczoraj, że Hamasaki jako jedyny skinął przychylnie głową na jej widok. Odczuła wtedy ulgę. Kiedy jej wykonanie dobiegło końca, profesorowie spojrzeli na Hamasakiego i zaczęli bić brawo. W tej samej chwili Hamasaki rozpromienił się w uśmiechu i pomachał do Ayi.

Dopiero później usłyszała, że był to niecodzienny sposób przeprowadzania egzaminów wstępnych. Młodym muzykom, których żaden z profesorów nie nauczał, wolno było wprawdzie przystąpić do egzaminu, jeśli mieli rekomendację rektora, ale nieudany występ mógł przysporzyć mu później kłopotów.

Ci, którzy studiowali z Ayą w