15 osób interesuje się tą książką

Opis

„Kiedyś wrócimy do Aleppo i odbudujemy pasieki, i przywrócimy pszczoły do życia”. Poruszająca serca i sumienia powieść o miłości, śmierci, poświęceniu i nadziei na lepsze jutro. Drogach ucieczki i marzeniu o powrocie do domu.

Nuri i Afra mieszkają w Aleppo. Ich dom pachnie jaśminem, miodem i kardamonem, rozbrzmiewa śmiechem dziecka oraz brzęczeniem pszczół w ulach rozstawionych w ogrodzie. Przychodzi jednak dzień, gdy woń popiołu zasnuwa miasto, a małżonków dotyka niewyobrażalna tragedia. Muszą opuścić Syrię. Nocna ucieczka z miasta obstawionego przez snajperów to zaledwie początek długiej odysei przez lądy i morza, zamknięte granice, kolczaste druty, bezduszne procedury, nieuczciwość przemytników, własną rozpacz, niepewność. Kuzyn, który uczył Nuriego pszczelarstwa, dotarł do Wielkiej Brytanii. „Gdzie są pszczoły, tam są kwiaty, a gdzie są kwiaty, jest nowe życie i nadzieja” – pisze w e-mailu, powiadamiając, że znalazł pracę w pasiece. Czy Nuri i Afra dołączą do niego? Czy w tej podróży odnajdą samych siebie, rozdzielonych przez żałobę, utratę i grozę drogi, którą przeszli razem, a jakby osobno?

W 2016 roku Christy Lefteri, córka imigrantów cypryjskich, którzy uciekli do Wielkiej Brytanii w trakcie tureckiej inwazji w 1974 roku, pracowała jako wolontariuszka w ośrodku dla uchodźców w Atenach. Pszczelarz z Aleppo to powieść zainspirowana wstrząsającymi opowieściami, które usłyszała tam od uciekinierów, zarówno dorosłych, jak i dzieci.

Odważna i prowokująca historia, o uniwersalnym znaczeniu. Nie da się o niej zapomnieć.

Heather Morris, autorka Tatuażysty z Auschwitz

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 329

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 37 min

Lektor: Radosław Krzyżowski

Popularność


Tytuł oryginału: THE BEEKEEPER OF ALEPPO
Opieka redakcyjna: ANDRZEJ STAŃCZYK
Redakcja: ANNA RUDNICKA
Korekta: JUSTYNA TECHMAŃSKA, LIDIA TIMOFIEJCZYK, ANETA TKACZYK
Projekt okładki: ALEXANDRA ALLDEN
Opracowanie okładki i stron tytułowych na podstawie oryginału (Zaffre Publishing, 2019): MAREK PAWŁOWSKI
Zdjęcie Aleppo na okładce: © Michele Falzone / Alamy Stock Photo
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Christy Lefteri, 2019 All rights reserved © Copyright for the Polish translation by Agnieszka Sobolewska © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-07158-8
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.
.

Którejś nocy, późnym latem, wandale zniszczyli ule. Podłożyli ogień i zanim rano dotarliśmy do pasiek, zdążyły spalić się na węgiel. Pszczoły zginęły, pole było czarne. Nigdy nie zapomnę tej ciszy, głębokiej, nieskończonej. Bez chmar pszczół unoszących się nad uprawami mieliśmy przed sobą bezruch światła i nieba. W tamtej chwili, kiedy stałem na skraju pola, a promienie słońca padały ukośnie na zniszczone ule, doświadczyłem poczucia pustki, cichej nicości, która wnikała we mnie z każdym oddechem. Mustafa usiadł na ziemi pośród zgliszczy, ze skrzyżowanymi nogami i zamkniętymi oczami. Ja obchodziłem pasiekę, wypatrując na ziemi żywych owadów. Deptałem je niechcący, bo nie było już uli, nie było kolonii. Większość uli zupełnie się rozpadła, ale z kilku zostały szkielety, z nadal widocznymi numerami: dwanaście, dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia jeden – kolonie babki, matki i córki. Wiem, bo sam je dzieliłem. Trzy pokolenia pszczół. A teraz wszystkie przepadły. Wróciłem do domu i położyłem Samiego do łóżka, posiedziałem przy nim przez chwilę, kiedy spał, a potem wyszedłem na werandę i patrzyłem na ciemniejące niebo i złowrogie miasto w dole.

U stóp wzgórza płynęła rzeka Kuwajk. Kiedy ostatni raz ją widziałem, była pełna śmieci. Zimą wyłowiono z niej ciała mężczyzn i chłopców. Mieli związane ręce. Kule w głowach. Tamtego zimowego dnia w Bustan al-Qasr, południowej dzielnicy Aleppo, patrzyłem, jak wyciągają zwłoki z rzeki. Poszedłem za nimi do starej szkoły, gdzie położono trupy na dziedzińcu. W budynku było ciemno, paliły się świece wetknięte w wiadro z piaskiem. Na podłodze obok innego wiadra, pełnego wody, klęczała kobieta w średnim wieku. Powiedziała, że chce obmyć twarze zabitym, tak by kobiety, które ich kochały, mogły ich rozpoznać, kiedy przywiodą je tu poszukiwania. Gdybym był jednym z tych trupów, Afra wspięłaby się na najwyższą górę, żeby mnie znaleźć. Popłynęłaby na dno tej rzeki. Ale to było, jeszcze zanim ją oślepili.

Afra była inna przed wojną. Zawsze robiła wokół siebie straszny rozgardiasz. Na przykład kiedy piekła ciasto, wszystko w domu pokryte było mąką, nawet Sami. Jakby się w niej wytarzał. Malując, też bałaganiła. A jeśli malował również Sami, było jeszcze gorzej, jakby wymachiwali zanurzonymi w farbie pędzlami po całym pokoju. Nawet mówiła w nieporządny sposób, rzucała jakieś słowa tu i tam, cofała je, używała innych. Czasem sama sobie przerywała. Śmiała się tak donośnie, że dom trząsł się w posadach.

Kiedy jednak była smutna, mój świat spowijał mrok. Nie miałem w tej kwestii wyboru. Była silniejsza ode mnie. Płakała jak dziecko, śmiała się, jakby dzwony biły, miała najpiękniejszy uśmiech, jaki widziałem. Mogła dyskutować o czymś godzinami, bez choćby chwili przerwy. Afra kochała, nienawidziła, wdychała świat jak zapach róży. Dlatego kochałem ją nad życie.

Jej malarstwo było niesamowite. Zdobyła wiele nagród za miejskie i wiejskie pejzaże Syrii. W niedzielne poranki szliśmy wszyscy na bazar i rozstawialiśmy stragan naprzeciwko Hamida, który sprzedawał przyprawy i herbatę, w zadaszonej części suku. Panował tam półmrok i trochę czuć było stęchlizną, ale pachniało też kardamonem, cynamonem, anyżkiem i milionem innych przypraw. Nawet w tym przyćmionym świetle pejzaże na jej płótnach żyły – jakby się poruszały, jakby namalowane na nich niebo oddychało, a woda płynęła.

Trzeba było widzieć ją z klientami, którzy podchodzili do stoiska, z wszystkimi tymi biznesmenami i turystkami, głównie z Europy i Azji. Siedziała wtedy bardzo cicho, z Samim na kolanach, ze wzrokiem utkwionym w zainteresowanych jej obrazem, którzy zbliżali się, odsuwali okulary na czoło (jeśli je nosili), potem cofali się o kilka kroków, czasem tak daleko, że wpadali na klientów Hamida, i zastygali tam na dłuższą chwilę. Często też pytali: „Czy to pani jest Afra?”. A ona odpowiadała: „Tak, jestem Afra”. I to wystarczyło. Obraz był sprzedany.

Miała w sobie cały świat, a klienci to widzieli. Przez ten moment, kiedy patrzyli na jej płótno, a potem spoglądali na nią, dostrzegali, ile jest warta, na co ją stać. Dusza Afry była wielka jak pola i pustynia, jak niebo, morze i rzeka, które malowała, i równie tajemnicza. Zawsze zostawało coś jeszcze do poznania, do zrozumienia; to, co o niej wiedziałem, nie wystarczało, chciałem więcej. W Syrii mamy jednak takie powiedzenie: „W człowieku, którego znasz, kryje się ktoś, kogo nie znasz”.

Kochałem ją od dnia, w którym ją zobaczyłem, na weselu najstarszego syna mojego kuzyna Ibrahima, w hotelu Dama Rose w Damaszku. Miała na sobie żółtą suknię i jedwabny hidżab. A jej oczy były niebieskie, nie w kolorze morza ani błękitu nieba, lecz w atramentowym odcieniu rzeki Kuwajk, z wirami brązu i zieleni. Pamiętam naszą noc poślubną, dwa lata później. Chciała, abym zdjął jej hidżab. Wysunąłem spinki, delikatnie, jedną po drugiej, odwinąłem materiał i zobaczyłem po raz pierwszy jej długie czarne włosy, ciemne jak niebo nad pustynią w bezgwiezdną noc.

Ale najbardziej kochałem jej śmiech. Śmiała się, jakbyśmy mieli nigdy nie umrzeć.

Kiedy padły pszczoły, Mustafa był gotowy wyjechać z Aleppo. Już mieliśmy wyruszać, ale wtedy zniknął Firas, więc na niego czekaliśmy. Mustafa prawie się wtedy nie odzywał, był całkowicie pochłonięty sprawą zaginięcia syna, wyobrażał sobie niestworzone rzeczy. Co jakiś czas rzucał krótko, gdzie Firas mógł się podziać. „Może poszedł do jednego ze swoich kolegów, Nuri”, albo: „Może nie potrafi się zdobyć na wyjazd z Aleppo i gdzieś się chowa, żebyśmy zostali”. Raz powiedział: „Może on zginął, Nuri. Może mój syn nie żyje”.

Byliśmy spakowani i gotowi do drogi, ale mijały dni i noce, a po Firasie nie było śladu. Mustafa zaczął więc pracować w kostnicy w opuszczonym budynku, gdzie notował szczegóły i przyczynę śmierci kolejnych ofiar – postrzał, szrapnel, eksplozja. Dziwnie było widzieć go w zamkniętym pomieszczeniu, z dala od słońca. Miał czarny notes i bezustannie zapisywał w nim ogryzkiem ołówka detale dotyczące zabitych. Kiedy przy zwłokach znajdował dokumenty, miał ułatwione zadanie. Inaczej notował jakąś wyróżniającą cechę, na przykład kolor włosów czy oczu, szczególny kształt nosa, pieprzyk na lewym policzku.

I tak aż do tego zimowego dnia, kiedy przyniosłem do kostnicy jego syna, wyłowionego z rzeki. Rozpoznałem go wśród martwych ciał na dziedzińcu szkoły. Poprosiłem dwóch ludzi z samochodem, żeby pomogli mi zawieźć zwłoki do kostnicy. Gdy Mustafa zobaczył Firasa, powiedział, żebyśmy położyli go na stole. Potem zamknął chłopcu oczy i długo stał nieruchomo, trzymając go za rękę. Zatrzymałem się w progu, a moi dwaj pomocnicy wyszli. Warkot silnika, odgłosy odjeżdżającego auta, a później cisza, cisza i bezruch. I światło padające z okna nad stołem, na którym leżał chłopiec, a obok stał Mustafa i trzymał go za rękę. Przez chwilę nie było słychać żadnych dźwięków, żadnych bomb, ptaków ani oddechów.

Potem Mustafa odsunął się od stołu, założył okulary i starannie zatemperował nożem mały ołówek. Usiadł przy biurku, otworzył czarny notes i napisał:

Nazwisko – Mój piękny chłopiec.

Przyczyna śmierci – Ten pęknięty świat.

I to był ostatni zapis Mustafy dotyczący zabitych.

Dokładnie tydzień później zginął Sami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki