Psychiatra - Maciej Wołk - ebook

Psychiatra ebook

Maciej Wołk

0,0
9,99 zł

lub
Opis

Dlaczego boimy się pójść do psychiatry? Bo inni uznają nas za wariata? Bo Psychiatra uzna nas za wariata? Zwłaszcza ten ostatni, bo przecież psychiatrzy to najzdrowsi umysłowo ludzie na świecie, prawda? Ale czy na pewno? Książka „Psychiatra” to zbiór opowiadań, w których psychiatrzy zachowują się dziwnie, niepoczytalnie, ulegają halucynacjom. Wszystkie postaci występujące w opowiadaniach są fikcyjne. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 105

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Maciej Wołk

Psychiatra

Projekt okładki

Krzysztof Krawiec

Korekta

Rozpisani.pl

© Copyright by Maciej Wołk

ISBN 978-83-943882-0-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Napisałeś książkę i chcesz ją wydać? Zapraszamy do serwisu Rozpisani.pl.

Znajdziesz tu szeroki zakres usług wydawniczych, dzięki którym Twoja książka trafi do księgarń.

Pomożemy Ci dotrzeć do czytelników na całym świecie!

Kontakt

www.rozpisani.pl

[email protected]

Wydanie 1

Napisałeś książkę i chcesz ją wydać? Zapraszamy do serwisu Rozpisani.pl.
Znajdziesz tu szeroki zakres usług wydawniczych, dzięki którym Twoja książka trafi do księgarń.

WŁADCY KOSMOSU

Dzwonienie budzika obudziło psychiatrę o szóstej rano. Zerwał się na równe nogi. O siódmej trzydzieści zaczynał pracę w szpitalu. Wyjrzał przez okno. Był pochmurny, letni dzień. Wiszące złowrogo w powietrzu chmury zapowiadały ogromną ulewę. Ale wcale się tym nie przejmował. Miał przecież samochód, więc bez znaczenia było, jaka jest pogoda. Poszedł do łazienki, zapalił światło i wszedł do środka.

– Dzień dobry, panie doktorze – odezwała się wisząca na ścianie lampa.

– Dzień dobry – odparł doktor. Był zbyt zaspany, aby dostrzec w tej sytuacji coś niezwykłego. Wziął szczoteczkę do zębów i tubkę z pastą.

– Dzień dobry, doktorze – rzekła tubka.

– Dzień dobry – odparł psychiatra, wciąż jeszcze nie dostrzegając niczego nadzwyczajnego. Wycisnął pastę i zaczął szczotkować zęby. Kran był odkręcony i woda wciąż lała się do umywalki.

– Mógłby pan mnie trochę oszczędzać, doktorze – odezwała się woda.

– Och, przepraszam – odrzekł doktor i zakręcił kurek. Nadal szczotkował zęby przed lustrem wiszącym nad umywalką.

– Powinien pan umyć głowę, doktorze – odezwało się lustro. – Ma pan strasznie wzburzone włosy.

– A ja nie będę rozczesywać takiej szopy – odezwała się szczotka, leżąca na półce wiszącej pod lustrem.

– Mycie głowy jest zupełnie zbędne – zaprotestował łupież na głowie doktora.

– A ja sugeruję, aby dziś umył pan głowę mną – odezwał się stojący na brzegu wanny szampon przeciwłupieżowy. – W ocenie ludzi łupież na głowie nie wygląda zbyt ładnie.

– Ludzie nie wiedzą, co jest piękne – zaprotestował łupież.

– Przepraszam, że się wtrącam – rzekł psychiatra, który skończył już myć zęby – ale muszę umyć głowę. Nie mogę pokazać się w pracy z brudnymi, przepoconymi włosami i łupieżem.

– Ma pan całkowitą rację – odezwały się zęby doktora. – Włosy muszą być czyste jak my.

– Zgadzam się z wami, zęby – odrzekł doktor. – Włosy muszą być czyste.

Dopiero teraz dotarło do niego, że coś jest nie w porządku. Nigdy wcześniej nie rozmawiał z przedmiotami, a tym bardziej nigdy wcześniej nie prowadził rozmowy ze swoimi zębami.

– Niech pan nas wreszcie umyje – rzekły zniecierpliwione włosy. – Ten łupież strasznie nas swędzi.

– Niech pan ich nie słucha – zaprotestował oburzony łupież. – Powinien pan wiedzieć, że jestem bardzo zdrowy dla skóry głowy.

– Jakoś nie mogę w to uwierzyć – odparł psychiatra i zabrał się do mycia głowy.

– Ja i tak powrócę! – krzyknął łupież spływający w otchłań kanalizacji.

Doktor skończył myć głowę i zaczął czesać włosy.

– No, takie włosy to mogę rozczesywać – rzekła zadowolona szczotka.

– Nikt cię nie pytał o zdanie – odrzekł doktor coraz bardziej zaniepokojony tym, że przedmioty z nim rozmawiają. Odłożył szczotkę, wyszedł z łazienki, ubrał się i już zamierzał wyjść, kiedy usłyszał głos:

– Chyba pan o czymś zapomniał.

– Kto to powiedział? – spytał psychiatra, nie mogąc namierzyć, który przedmiot go zaczepia.

– To ja, światło w łazience. Proszę natychmiast mnie zgasić. Trzeba oszczędzać prąd.

Zmieszany doktor zgasił światło. Teraz już był pewny, że coś z nim jest nie tak. Zastanawiał się, czy powinien w takim stanie iść do pracy. Doszedł jednak do wniosku, że to tylko przemęczenie i zaraz mu przejdzie. Jeżeli jakieś przedmioty będą się do niego odzywać, będzie je po prostu ignorował.

Wyszedł z mieszkania i zamknął drzwi na klucz. Zaczął biec w dół po schodach.

– Niech pan po nas tak nie skacze! – zaprotestowały schody. – To boli. Proszę schodzić trochę delikatniej.

– Zamknijcie mordy! – krzyknął rozjuszony psychiatra. Cała ta sytuacja zaczynała być uciążliwa.

Wyszedł z bloku i skierował się w stronę samochodu. Zanim zdążył otworzyć drzwi, samochód oświadczył mu, że dzisiaj nigdzie nie pojedzie.

– Jak to nie pojedziesz? – spytał zdumiony doktor.

– Benzyna się zbuntowała – odparło auto. – Nie chce być już dłużej spalana.

Psychiatra ze zdziwieniem zauważył, że wlew paliwa sam się otwiera i benzyna wypływa na parking.

– Zgadza się doktorze – powiedziała benzyna. – Nie chcę być już dłużej spalana.

– Proszę natychmiast wracać do baku! – rzekł doktor podniesionym głosem. – Muszę jechać do pracy!

– Niech pan pojedzie autobusem – odparła benzyna pogardliwym tonem.

– Nie po to kupiłem samochód, żeby jeździć autobusem! Właź do baku albo sam cię tam wsadzę! – ryknął psychiatra.

– Najpierw musisz mnie złapać, czubku – odrzekła benzyna.

Błyskawicznym ruchem przelała się z asfaltu na trawnik i wsiąkła w ziemię.

– Cholera, teraz jej już nie złapię – rzekł doktor do siebie. – Cóż, muszę pojechać do pracy autobusem.

– Tylko proszę się pospieszyć. Musi pan być w pracy o siódmej trzydzieści, a już jest siódma – powiedział zegarek.

Usłyszawszy to, psychiatra pośpiesznie udał się w kierunku przystanku autobusowego. Autobus numer piętnaście zdążył już podjechać. Doktor wsiadł do środka. Na szczęście o tej porze nie było dużo ludzi. Tylko trzy osoby siedziały na przodzie. Psychiatra zajął miejsce z tyłu. Autobus ruszył.

– Skasuj bilet – odezwał się kasownik.

Dopiero teraz doktor zauważył, że siedzi naprzeciwko kasownika. Postanowił go zignorować.

– Skasuj bilet! – powtórzył kasownik podniesionym tonem.

– Mam bilet miesięczny – odparł rozdrażniony psychiatra.

– Pokaż! – wydzierał się kasownik. – Chcę go zobaczyć!

– Nie muszę ci niczego pokazywać! Nie jesteś kontrolerem.

– Ludzie! Ludzie! Ten facet nie ma biletu! – darł się kasownik. – Panie kierowco, mamy pasażera na gapę!

– Zamknij się, idioto! – krzyknął psychiatra. – Bo dostaniesz w dziób!

– Ludzie! Na pomoc! On mi grozi!

Rozzłoszczony doktor uderzył nasadą dłoni w kasownik. Zobaczył, że z otworu, do którego wkłada się bilety, leje się krew. Rozejrzał się po autobusie i zauważył, że pasażerowie dziwnie na niego patrzą. Psychiatra zmieszał się trochę, ale szybko odzyskał pewność siebie.

– Na co się gapicie?! – krzyknął.

Speszeni pasażerowie odwrócili głowy.

– Podam cię do sądu – żalił się kasownik. – To rozbój w biały dzień. Pójdziesz siedzieć!

Z kasownika nadal lała się krew. Doktor nie wiedział, czy była prawdziwa, czy to tylko halucynacje. Było to dla niego jednak bez znaczenia, ponieważ gadające do niego przedmioty sprawiały mu wiele problemów, nawet jeżeli tylko on je słyszał. Postanowił wysiąść z autobusu, żeby dłużej się nie kompromitować. Tego dnia postanowił unikać ludzi. Gdy autobus zatrzymał się na przystanku, doktor wstał i stanął przy drzwiach. Zanim wysiadł, jeszcze raz porządnie przywalił kasownikowi.

– Bandyto! Pamiętam twoją twarz! Pójdę na policję! – wrzeszczał kasownik.

Psychiatra nie zwracał na niego uwagi i spokojnie wyszedł z autobusu. Postanowił trochę pospacerować po okolicy.

– Już siódma piętnaście. Spóźni się pan do pracy – odezwał się zegarek.

– Nie idę dziś do pracy – odparł doktor. – Nie mogę się tam pokazać w takim stanie.

– W jakim stanie? – spytał zdziwiony zegarek.

– Rozmawiam z przedmiotami. To nie jest normalne.

– Zapewniam pana, że to zupełnie normalne – odpowiedział zegarek.

– Oczywiście. Każdy człowiek rozmawia z przedmiotami – dodała marynarka doktora.

– Każdy to panu powie – wtrącił krawat.

– To dlaczego nigdy wcześniej z wami nie rozmawiałem? – dopytywał się doktor.

– Widocznie był pan nienormalny – odezwały się jego buty. – Nie umiał pan w pełni postrzegać rzeczywistości.

– Byłem nienormalny, tak? – zapytał ironicznie psychiatra. – Sądzę jednak, że właśnie dzisiaj zwariowałem. Do dzisiaj byłem zupełnie normalny. A dzisiejszego ranka zupełnie mi odbiło. Przedmioty, a nawet moje zęby zaczęły do mnie mówić.

– Jeszcze ze mną pan nie rozmawiał – odezwał się język doktora.

– Tego już za wiele – zirytował się doktor. Żeby mój własny język do mnie mówił?

– Zupełnie nie dba pan o zdrowie – rzekło jego gardło gardłowym głosem. – Jestem strasznie przeziębione.

– Nie przerywaj mi, kiedy rozmawiam z doktorem! – krzyknął zdenerwowany język. – A swoją drogą to nieźle pan dołożył temu kasownikowi.

– To nie on, ja to zrobiłam – rzekła zadowolona z siebie prawa dłoń.

– Nie zrobiłabyś tego, gdybym tego nie chciał – odparł doktor.

– A ty byś tego nie chciał, gdyby nie ja – odezwał się oburzony mózg doktora. Jestem najważniejszym organem.

– To ja jestem tutaj najważniejszy – zaprotestował doktor. – Od mózgu dużo ważniejszy jest mój umysł, dzięki któremu kieruję swoim życiem.

– Umysł? Nie istnieje nic takiego, doktorze – odrzekł mózg. – Ja sprawuję tutaj jedyną władzę i tylko dzięki mnie może pan myśleć i, jak to pan nazwał, kierować swoim życiem.

– Bzdura – sprzeczał się psychiatra. – Jesteś tylko organem jak ręka czy noga, natomiast umysł kontroluje wszystko i jest znacznie ważniejszy niż mózg.

– Powtarzam ci, że umysł nie istnieje – odrzekł mózg. – Zaraz ci to udowodnię.

Doktor nagle stracił wzrok. Zatrzymał się, żeby po omacku na coś nie wpaść.

– Co się dzieje? Nic nie widzę – mówił do siebie.

– Odłączyłem ci wzrok – rzekł mózg z zadowoleniem w głosie. – Widzisz teraz, że to ja jestem najważniejszy.

Nagle doktor poczuł, że nie może nabrać powietrza. Jego mięśnie oddechowe były całkowicie bezwładne. Chciał powiedzieć mózgowi, żeby przestał, ale nie mógł zrobić wdechu i wydobyć głosu. Zauważył, że jego ciało jest całkowicie sparaliżowane. Nie był w stanie wykonać żadnego ruchu. Przez trzydzieści sekund stał nieruchomo jak kołek wbity w ziemię. W końcu mózg przywrócił wszystkie funkcje organizmu psychiatry.

– Oszalałeś?! – krzyknął zdenerwowany doktor. – Mogłeś mnie zabić, głupi mózgu!

– Na pewno bym tego nie zrobił – zaprotestował mózg. – Gdybym cię zabił, sam również bym zginął. Poza tym właściwie ty to ja, a tak prawdę mówiąc, ty w ogóle nie istniejesz. Jesteś tylko wytworem mojej chorej wyobraźni.

– Jestem wytworem twojej chorej wyobraźni? Co za bzdura!

– Jeżeli nie chcesz znowu stracić wzroku, to mi nie przerywaj – powiedział zdenerwowany mózg. – Wysłuchaj mnie do końca. Sprawa wygląda następująco. Kiedy śnisz, doktorze, masz bardzo znikomy wpływ na sytuacje, które widzisz w marzeniach sennych. Twoja świadoma wola prawie wtedy nie istnieje. A to dlatego, że wtedy pełną kontrolę sprawuję ja. Jednak ja też muszę odpoczywać. Podczas odpoczynku kieruję tylko podstawowymi procesami biologicznymi, takimi jak oddychanie, przetwarzanie bodźców wzrokowych, słuchowych itp. Natomiast ty w tym czasie masz pełną świadomość, to znaczy ja nie mam wtedy całkowitej kontroli nad poczynaniami ciała. Ty jesteś jedną z moich funkcji, dzięki której mogę odpocząć. Ale nie będę z tobą dłużej rozmawiał, bo czuję się senny. Do zobaczenia.

Psychiatra był przerażony tym, co usłyszał. Wszystkie twierdzenia o ludzkości, w które wierzył, okazały się nieprawdziwe. Właśnie dowiedział się, że jest tylko jedną z wielu funkcji swojego mózgu. Nie mógł być nawet pewien, czy może go nadal nazywać swoim mózgiem. Ta myśl napawała go przerażeniem. W głębi duszy pozostała mu jednak nadzieja, że to tylko zły sen lub jakaś dysfunkcja układu nerwowego, która zostanie zlikwidowana, gdy podda się leczeniu. Postanowił udać się na wizytę do psychiatry. Doszedł do wniosku, że najlepiej postąpi, jeżeli uda się do prywatnej kliniki psychiatrycznej. Nie mógł przecież poddać się leczeniu w szpitalu, w którym pracował. Stałby się pośmiewiskiem wśród kolegów. Poza tym stać go było na prywatne leczenie.

Kiedy szedł wzdłuż ulicy, dotarł do kolejnego przystanku autobusowego. Postanowił zaczekać na autobus, który zawiezie go do prywatnej kliniki psychiatrycznej. Podszedł do tabliczek z rozkładem jazdy.

– Jest ósma – poinformował go zegarek.

– W takim razie autobus numer piętnaście przyjedzie za dziesięć minut – powiedziała uprzejmie tabliczka z rozkładem jazdy piętnastki.

– A osiemnastka będzie za siedem minut – wtrąciła druga tabliczka.

– A dziewiętnastka...

– Chodzi mi o autobus numer dwadzieścia trzy – rzekł zniecierpliwiony doktor.

– Autobus numer dwadzieścia trzy będzie za dwanaście minut – poinformowała go tabliczka z rozkładem jazdy tego autobusu.

Psychiatra dopiero teraz spostrzegł, że w pobliżu stoi kobieta po siedemdziesiątce i badawczo mu się przygląda.

– Czy pani też słyszała, jak te tabliczki do mnie mówiły? – zapytał uprzejmie doktor.

Staruszka zmierzyła go wzrokiem i przezornie udała się na drugi koniec przystanku. Psychiatra domyślił się, że uznała go za wariata. I wcale się jej nie dziwił. Gdyby jego ktoś spytał, czy słyszał, jak tabliczki mówiły, z pewnością postąpiłby tak samo. „Niepotrzebnie zaczepiałem tę starą babę” – pomyślał zmieszany.

– A jednak jestem nienormalny – powiedział do siebie.

– Wcale nie. To ta baba jest nienormalna – zaprotestował krawat.

– Ma już swoje lata i jest upośledzona w postrzeganiu rzeczywistości – dodała marynarka. – Ale zapewniam pana, doktorze, że każdy zdrowy człowiek ma świadomość, że otaczające go przedmioty i części jego ciała mogą się z nim komunikować, gdyż są inteligentnymi tworami natury mającymi własną wolę i tożsamość.

– Skoro tak mówisz – rzekł psychiatra powątpiewająco – to musi być prawda. Może więc powinienem pójść do pracy zamiast iść do psychiatry. Może jednak rzeczywiście jestem zupełnie normalny.

– Do pracy jest już pan spóźniony – powiedział zegarek. – Radzę panu zrobić sobie dzień wolny w celu przemyślenia całej sytuacji. Musi pan być strasznie przemęczony, skoro twierdzi pan, że nigdy wcześniej się do pana nie odzywaliśmy.

– Zapewniam, że rozmawiamy z panem, od kiedy się pan urodził – wtrącił nos doktora. – Mówię to w imieniu wszystkich części ciała.

– Pewnie już pan nie pamięta, jak błagałam pana o zaprzestanie spożywania alkoholu, gdy miał pan szesnaście lat – dodała wątroba. – Na próżno jednak przekonywałam pana, że jest to szkodliwe dla mnie. Chleje pan do dzisiaj.

– Nie moja wina, że rodziny pacjentów przynoszą mi wiele napojów alkoholowych. Co mam z nimi robić? Wylewać do zlewu? Nie mogę pozwolić, by się zmarnowały.

– Alkoholizm swoją drogą, ale mógłby pan jeść więcej warzyw. Ciągle ma pan zatwardzenie. To irytujące – skarżył się odbyt doktora stłumionym przez spodnie głosem.

– Chyba jednak pojadę do tego psychiatry – powiedział doktor, widząc podjeżdżający autobus numer dwadzieścia trzy.

Wsiadł do