Psie pazury - Thomas Savage - ebook + audiobook + książka

Psie pazury ebook i audiobook

Savage Thomas

4,4

Opis

Ekranizacja powieści na Netflixie już w grudniu 2021 roku.

Phil i George, właściciele największego rancza w dolinie Montany, to prawdziwi ogień i woda. Phil to ten błyskotliwy, otwarty i budzący respekt samą posturą, podczas gdy George, krępy i milczący, zdaje się żyć w jego cieniu. Podczas gdy ten pierwszy na co dzień poświęca się szachom, żarłocznie pochłania książki i uważany jest za elokwentnego gawędziarza, drugi uczy się powoli i skupia przede wszystkim na rozwijaniu ich biznesu, w którym traktują się bardziej jak braci niż wspólników.
Pod powierzchnią tego układu kryje się jednak znacznie więcej - w głębi duszy Phila kryje się okrutny sadysta pogardzający jakąkolwiek słabością i pragnący jedynie dominacji. George - wręcz przeciwnie - to delikatny i szczerze kochający mężczyzna. I choć obydwaj od czterdziestu lat śpią razem w pokoju, który dzielili jeszcze jako chłopcy, to gdy George niespodziewanie decyduje się poślubić wdowę o imieniu Rose, Phila opanowuje prawdziwa furia. Jego celem stają się jednak nie tylko narzeczeni, ale i niczego niespodziewający się syn kobiety, który naiwnie sądzi, że Phil pragnie jedynie wziąć go pod swoje przyjacielskie skrzydła…
"Psie pazury" nie dają czytelnikowi wytchnąć - to klimatyczny, westernowy klasyk o niszczycielskiej sile gniewu. Od pierwszego akapitu trzyma w napięciu tak, że nie można się od niego oderwać - pozostaje tylko obgryzać paznokcie i przewracać kolejne strony.

Thomas Savage (1915 - 2003) urodził się w Salt Lake City. Studiował pisarstwo, by następnie zmienić się w kowboja, pomocnika na ranczu, asystenta hydraulika, spawacza, hamulcowego na kolei, rzeczoznawcę ubezpieczeniowego i w końcu nauczyciela literatury angielskiej. Stypendysta Guggenheima, którego kariera trwała aż pięć dekad i zaowocowała 13 książkami. W swojej twórczości podejmował głównie tematy związane z Dzikim Zachodem. "Psie pazury" (1967) to jego najbardziej znana powieść, zaadaptowana w 2021 r. na film z Benedictem Cumberbatchem, Kirsten Dunst i Jesse’em Plemonsem w rolach głównych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 340

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 56 min

Lektor: Maciej Więckowski

Oceny
4,4 (230 ocen)
135
64
25
5
1
Sortuj według:
Tedzik

Nie oderwiesz się od lektury

Znakomita powieść: oszczędna w słowach, lecz kipiąca skrywanymi emocjami: rozczarowaniem, urażoną dumą, zawiedzionymi nadziejami, złością, oczekiwaniem, ale przede wszystkim skrywaną namiętnością. I znakomity, choć nieoczekiwany, zaskakujący i oczyszczający finał. Żal, że to jedyna książka tego pisarza przetłumaczona na język polski.
30
Momo123

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna,gęsta, mroczna,klimatyczna, psychologiczna proza
20
Marbe67

Nie oderwiesz się od lektury

dawno żadna książka tak mnie nie poruszyła! Znakomity jest również film na jej podstawie. LB
20
Natalia-1111

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobre studium psychologiczne dwóch braci i kobiety doprowadzonej do upadku, gdy znalazla się pomiędzy nimi.
20
nataliatrybus

Nie oderwiesz się od lektury

Brak zaskoczenia, bo jednak widziałam wcześniej film (równie dobry!). Nie zmienia to jednak faktu, że to fascynująca i przerażająca historia.
10

Popularność




Tytuł oryginału

THE POWER OF THE DOG

Copyright © 1967 by Thomas Savage

Afterword copyright © 2001 by Annie Proulx

All rights reserved

Projekt okładki

© Netflix 2021. Used with permission

Redaktor inicjująca

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-445-5

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Ocal od miecza moje życie,

z psich pazurów wyrwij moje jedyne dobro.

Ps 22, 21 za Biblią Tysiąclecia

Dla mojej żony

I

To Phil trzebił zawsze byczki; najpierw odkrawał dolny skraj moszny i odrzucał na bok; ściągał mocno w dół jedno, a potem drugie jądro, rozcinał tęczową błonę, która je otaczała, wyszarpywał jądra ze środka i ciskał w ognisko, w którym żarzyły się żelazne znaki do wypalania piętn. O dziwo, mało było przy tym krwi. Po kilku chwilach jądra wybuchały jak wielki popcorn. Niektórzy ponoć jadali je z odrobiną soli i pieprzu. „Górskie ostrygi”, mawiał o nich Phil, z tym swoim chytrym uśmieszkiem, i sugerował młodym robotnikom z rancza, żeby też je jedli, jeśli zabawiają się z dziewczynami.

Brat Phila, George, który krępował buhajki, rumienił się, słysząc tę sugestię, zwłaszcza że odnosiła się do pracowników najemnych. George był krępym, pozbawionym poczucia humoru, przyzwoitym facetem, a Phil lubił grać mu na nerwach. Boże, jak ten Phil lubił wkurzać ludzi!

Nikt nie wkładał rękawic do tak delikatnych prac jak kastrowanie, ale noszono je przy prawie wszystkich innych zajęciach, by chronić dłonie przed otarciami od powrozów, przed drzazgami, nacięciami i bąblami. Wszyscy nosili rękawice, łapiąc bydło na lasso, budując ogrodzenia, znakując, przerzucając widłami siano, a nawet po prostu jeżdżąc konno, przeganiając konie czy bydło. To znaczy wszyscy oprócz Phila. On ignorował pęcherze, przecięcia i drzazgi, gardził tymi, którzy wkładali rękawice, by się przed nimi chronić. Jego dłonie były suche, silne, smukłe.

Robotnicy z rancza i kowboje nosili rękawice z końskiej skóry zamawiane w katalogach domów towarowych Sears, Roebuck i Montgomery Ward – Sears, Sawbuck i Monkey Ward, jak nazywał je Phil. Po pracy albo w niedziele, gdy w baraku unosiła się para z wody używanej do prania albo golenia, przesycona zapachem olejku pimentowego, używanego przez tych, którzy wybierali się do miasta, wszyscy męczyli się z blankietami zamówień, zgarbieni nad nimi jak wielkie dzieciaki: przygryzali czubki ołówków, marszczyli brwi na widok swoich koślawych liter, głowili się, jaki będzie ciężar przesyłki i do jakiej strefy pocztowej są przypisani. Często dawali za wygraną, wzdychali i zwracali się z prośbą o pomoc do kogoś bardziej biegłego w pisaniu i liczeniu, do kolegi, który skończył chociaż szkołę średnią i czasami pisał dla nich listy do ojców, matek i niezapomnianych sióstr.

Ale jak cudownie było złożyć zamówienie drogą pocztową, jak rozkosznie i strasznie czekać na paczkę z Seattle albo Portland, w której oprócz nowych rękawic mogły być nowe trzewiki na wyjazdy do miasta, płyty gramofonowe, instrument muzyczny, który potrafi omamić samotność zimowych wieczorów, kiedy to wichry z górskich szczytów wyją jak stado wilków.

Nasza najlepsza gitara hiszpańska, na której zagrasz i melodie, i akordy. Wygodna hebanowa podstrunnica. Świerkowa płyta wierzchnia z belkowaniem wachlarzowym gwarantuje znakomitą dźwięczność. Boki i spód z palisandru, wykończenia z prawdziwego rogu. To autentyczna Ślicznotka.

Czekając, aż zakup dotrze na odległą o dwadzieścia parę kilometrów pocztę, odczytywali raz po raz takie opisy, przeżywali wciąż na nowo wypełnianie blankietu zamówienia, wzmagało się ich niecierpliwe wyczekiwanie. Wykończenia z prawdziwego rogu!

– No co, chłopaki? – pytał Phil, stając przy piecu i otupując śnieg z butów. Zaglądał do środka, stanąwszy z szeroko rozstawionymi nogami, nagie dłonie miał splecione za plecami. W ciągu wielu lat kilku młodych ludzi próbowało naśladować jego zwyczaj chodzenia z obnażonymi dłońmi, może licząc na jego aprobujący uśmiech albo skinienie głową, ale ich naśladownictwo pozostawało niezauważone, więc w końcu znów zaczynali nosić rękawice. – Zaglądacie do Księgi Życzeń?

– Wiadoma sprawa, Phil – odpowiadali, dumni, że są z nim po imieniu, ale pod pretekstem rozpoczęcia rozmowy zamykali spiesznie katalog wysyłkowy, żeby nie zauważył, że ślinią się do jędrnych kobietek, prezentujących gorsety i bieliznę. Jakże podziwiali jego obojętność! Jako współwłaściciel największego rancza w dolinie mógł spełnić każdą swoją cholerną zachciankę, sprawić sobie każdy samochód, powiedzmy, marki Lozier albo Pierce-Arrow, ale on nie pragnął w ogóle żadnego auta. Jego brat George wyraził raz chęć kupienia pierce’a, na co Phil odparł: „Chcesz wyglądać jak jakiś Żyd?”. I na tym się skończyło. Nie, Phil nie prowadził samochodu. Jego siodło, zawieszone za strzemię na kołku w dużej długiej stajni z bali, miało już dobre dwadzieścia lat; strzemiona były z dobrej, czystej stali – bez żadnych tam wymyślnych srebrnych inkrustacji jak w strzemionach, o których śnili inni; nosił zwykłe trzewiki zamiast butów z cholewami, gardził charakterystycznymi kowbojskimi ozdobami, chociaż za młodu był równie dobrym jeźdźcem jak każdy z nich, a lassem władał lepiej niż George. Mimo majątku i pochodzenia wcale się nie wyróżniał, ubierał się jak wynajęci robotnicy, w ogrodniczki i niebieską płócienną koszulę, a trzy razy do roku George zawoził go do Herndon na strzyżenie; Phil siedział na przednim siedzeniu starego auta marki Reo sztywny jak Indianin, w sztywnym miejskim odzieniu, jego władczy nos sterczał spod niebieskoszarej fedory niby dziób jastrzębia, szczęka była lekko wysunięta do przodu. Tak samo siedział na fotelu fryzjerskim Whiteya Judda, ze smukłymi, zniszczonymi dłońmi zastygłymi w bezruchu na chłodnych poręczach fotela, podczas gdy włosy z jego bujnej czupryny opadały w kępkach na wyłożoną białymi kafelkami podłogę.

Kiedyś zagadnął o niego z chichotem pewien komiwojażer, elegancik z błyszczącą spinką do krawata.

– Na pana miejscu wcale bym się nie śmiał – ofuknął go Whitey. – Mógłby z pięćdziesiąt razy pana kupić i sprzedać, jak każdego w tej dolinie, oprócz swego brata. Jestem dumny, że siaduje na moim fotelu, bardzo dumny. – Ciach, ciach, ciach. – On i jego brat są partnerami.

I owszem, byli, a nawet więcej niż partnerami, więcej niż braćmi. Jeździli razem przy zaganianiu bydła, rozmawiali, jakby dopiero co się poznali, wspominali szkolne lata i pobyt na Uniwersytecie Kalifornijskim, z którego zresztą Geor­ge’a wywalono w tym samym roku, w którym Phil zrobił dyplom. Phil przywoływał różne numery, jakie wykręcał innym studentom, znajomym, których tam mieli – same szaleństwa. Phil był bystrzakiem, a George tępakiem.

Wspólnie podejmowali wszelkie decyzje, kiedy każdej jesieni sprzedawali młode woły albo kupowali ogiera rasy Morgan, by uszlachetnić stado wierzchowców. Co roku Phil wyczekiwał z radością polowań w październiku, gdy wierzby rosnące wzdłuż strumieni stawały się rdzawoczerwone, a dymy z odległych ognisk w lasach wisiały nad górami jak welon. Wtedy to widziało się tych dwóch, jak ze swymi jucznymi końmi jechali przez równinę w kierunku gór, Phil z krótkim karabinkiem albo ze sztucerem trzydziestką. Widok tej braterskiej zażyłości nie był niczym niezwykłym. Phil, wysoki i kościsty, z błękitnymi jak niebo oczami, wpatrywał się w dal, a potem rozglądał się wokół; George, przysadzisty i niewzruszony, jechał powoli na przysadzistym i niewzruszonym, gniadym koniu. Zakładali się o to, który z nich pierwszy dostrzeże i ustrzeli łosia. Jakże Phil delektował się posiłkiem z łosiej wątroby! Wieczorem rozbijali obóz pod lasem i siedzieli ze skrzyżowanymi nogami przy ognisku, rozmawiając o dawnych czasach i planując budowę nowej stajni, która dotąd jeszcze nie powstała, ponieważ oznaczałoby to zburzenie starej; rozwijali koce, układali posłania obok siebie, razem słuchali w ciemności pieśni wąskiego strumyka, który dało się pokonać jednym krokiem, a z niego właśnie brała się rzeka Missouri. Zasypiali, a po przebudzeniu wszędzie wokół widzieli szron.

I tak się to wszystko toczyło przez wiele lat, Philowi właśnie stuknęła czterdziestka. Nadal sypiali w tym samym pokoju, który dzielili jako chłopcy, w tych samych mosiężnych łóżkach, których trzeszczenie niosło się echem po dużym domu z bali, z którego Starsi Państwo, jak nazywał ich Phil, się wyprowadzili, by spędzić jesień życia w apartamencie najlepszego hotelu w Salt Lake City. Tam Starszy Pan grał amatorsko na giełdzie, a Starsza Pani w madżonga, i jak zwykle przebierała się do kolacji. W zamkniętej na głucho sypialni Starszych Państwa zbierał się kurz, wzniecany przez automobile – których z każdym dniem przybywało – warkoczące na drodze przed domem. W tym pokoju panował coraz większy zaduch, geranium Starszej Pani uschło, a zegar z czarnego marmuru się zatrzymał.

Bracia zatrudniali kucharkę, panią Lewis, która mieszkała w chacie na tyłach domu i znajdowała czas, by jako tako sprzątać dom, zrzędząc przy każdym ruchu miotły. Oddaliła dziewczynę, ostatnią z wielu, która kiedyś nakrywała do stołu, a sypiała w maleńkim pokoiku na górze – jej obecność mogłaby się zdawać dziwna w kawalerskim gospodarstwie. Teraz jednak bracia nadal zachowywali się zadziwiająco wstydliwie, jakby po domu wciąż grasowały kobiety. George kąpał się raz w tygodniu, wchodząc do łazienki całkowicie ubrany, zamykał za sobą drzwi na klucz, kąpał się cicho, słychać było tylko słaby chlupot, żadnego podśpiewywania; wyłaniał się z łazienki całkowicie ubrany, lecz snuła się za nim znamienna para. Phil nigdy nie korzystał z wanny, bo nie chciał, by wiedziano, że się kąpie. Zamiast tego pluskał się raz na miesiąc w dużym zagłębieniu strumienia, znanym tylko jemu i George’owi, a kiedyś jeszcze komuś. Zanim wszedł do wody, wodził oczami dokoła, by sprawdzić, czy nikt go nie podgląda, a potem suszył się w słońcu, bo noszenie ręcznika manifestowałoby jego zamiary. Jesienią i wiosną musiał czasami kruszyć warstewkę lodu. W zimowych miesiącach w ogóle się nie kąpał. Bracia nigdy nie pokazywali się sobie nago; zanim się rozebrali wieczorem, wyłączali światło elektryczne – pierwsze w dolinie.

Obecnie siadali do śniadania wraz z najemnymi robotnikami w jadalni na tyłach domu, ale obiad i kolację spożywali jak dawniej w stołowym od frontu, na białym obrusie, ze srebrnymi sztućcami. Wyzbywanie się starych nawyków nie jest ani łatwe, ani pożądane, tak samo jak zapominanie, kim się jest – Burbankami, którzy mają świetne koneksje na Wschodnim Wybrzeżu: w Bostonie w stanie Massachusetts.

Phila martwiło czasem to, że George stawał się jakby nieobecny, bujał się w fotelu, wpatrując się w odległą o pięćdziesiąt kilometrów i wysoką na ponad trzy tysiące sześćset metrów górę zwaną Stary Tom, ukochaną górę. George bujał się i bujał, i bujał, przebiegając wzrokiem równinę.

– Co z tobą, stary? – zagadywał Phil. – Znów błądzisz myślami?

– Słucham?

– Pytam, czy znów błądzisz myślami?

– Nie, nie. – George powoli krzyżował swoje ciężkie nogi.

– A może zagramy partyjkę cribbage? – Latami skrupulatnie zapisywali punktację.

Według Phila problem George’a polegał na tym, że nie uaktywniał umysłu. Nie był tak zapalonym czytelnikiem jak Phil. Dla George’a szczytem możliwości była lektura „Saturday Evening Post”; jak dzieciak wzruszał się opowieściami o zwierzętach i przyrodzie. Phil czytywał czasopisma „Asia”, „Mentor”, „Scientific American” oraz książki podróżnicze i filozoficzne, które wytworni krewni ze Wschodniego Wybrzeża przysyłali tuzinami na Gwiazdkę. Phil miał przenikliwy, bystry i dociekliwy umysł – aktywny umysł – czym konfundował nabywców i sprzedawców bydła, bo wydawało im się, że jeśli ktoś ubiera się tak jak Phil, mówi jak Phil, ktoś z takimi włosami, z takimi dłońmi, musi być niedouczonym prostaczkiem. Wygląd oraz nawyki Phila zmuszały obcych do przedefiniowania pojęcia arystokraty, uznania, że jest nim ktoś, kogo stać na to, by być sobą.

George nie miał żadnego hobby, żadnych ożywczych zainteresowań. Phil zajmował się stolarką. Konstruował żurawie, które służyły do przerzucania siana – z tymotki, mietlicy i koniczyny – ociosywał wielkie belki, wygładzał je heblem. Zwinnymi, nagimi dłońmi rzeźbił też maleńkie, kilkucentymetrowe krzesełka w stylu Sheraton albo Adamów; jego palce wędrowały niby nogi pająka, a czasem zatrzymywały się na krótko, jakby się nad czymś zastanawiając, bo palce Phila miały chyba własną inteligencję, umieszczoną na samych czubkach opuszek. Rzadko zdarzało się, że omsknął mu się nóż, a jeśli do tego doszło, Phil gardził jodyną czy Phenol-Sodique, dwoma z kilku lekarstw, które trzymano w domu, bo w rodzinie Burbanków nie wierzono w medycynę. Małe ranki Phila goiły się szybko, ledwie otarł je niebieską chustką, którą wtykał sobie do tylnej kieszeni.

Niektórzy ludzie, którzy znali Phila, mówili, że się „marnuje”. Prowadzenie rancza nie było zajęciem trudnym ani szczególnie ambitnym, wymagało tylko krzepy i krzyny rozumu. Tymczasem Phil, dziwowali się ludzie, mógłby robić wszystko: być lekarzem, nauczycielem, rzemieślnikiem, artystą. Kiedyś zastrzelił, obdarł ze skóry i wypchał rysia tak fachowo, że zawstydziłby zawodowego taksydermistę. Bez trudu rozwiązywał zagadki matematyczne w „Scientific American”, jego ołówek śmigał wtedy nad papierem. Z encyklopedii nauczył się grać w szachy i nieraz ślęczał przez godzinę, rozwiązując zadania szachowe w bostońskim „Evening Transcript”, które zjawiało się z dwutygodniowym opóźnieniem. W kuźni Phil projektował i wykuwał skomplikowane przedmioty ozdobne z żelaza – ruszty, pogrzebacze w kształcie szpad i trójzębów; chętnie podzieliłby się swymi talentami z George’em, który nigdy się do niczego nie zapalał, a nawet, by tak rzec, rzadko się tlił. Nie cieszyła go już nawet perspektywa jazdy reo do Herndon, na zebranie dyrektorów banku, po którym jedzono lunch w Sugar Bowl Cafe.

– A może nauczyłbym cię grać w szachy, Grubasie? – spytał raz Phil, wyobrażając już sobie wieczory przy kominku. George’a wkurzało, że nazywał go Grubasem.

– Raczej nie, Phil.

– Czemu nie, Grubasie? Myślisz, że to byłoby dla ciebie za trudne?

– Nigdy nie miałem zamiłowania do gier.

– Grywałeś przecież w cribbage. I czasem w pinochle.

– Racja, grywałem. – George wziął „Saturday Evening Post” i pogrążył się w lekturze jakiegoś tandetnego opowiadania fantastycznego.

Phil umiał gwizdać tak dźwięcznie, jakby grał na flecie; pogwizdywał sobie jakąś wesołą melodię, szedł do sypialni po bandżo, po czym brzdąkał Red Wing albo Hot Time In the Old Town. Sam nauczył się grać i przyjemnie było patrzeć, jak jego palce pomykają po strunach. Kiedyś często bywało tak, że kiedy Phil grał, George cicho wchodził do pokoju, kładł się na drugim mosiężnym łóżku i słuchał. Ale ostatnio już nie.

Ostatnio po wybrzdąkaniu jednej czy dwóch melodii Phil wstawał ze skraju łóżka, na którym przysiadł, by grać, odkładał bandżo i ruszał do baraku ścieżką wydeptaną pośród szeleszczącej życicy.

– No co tam, chłopcy – mówił, mrużąc oczy w białym świetle lampy gazowej.

Któryś z robotników zawsze wstawał, by przysunąć mu krzesło, jedno z tych, które dawniej były używane w Dużym Domu.

– Ej, nie róbcie sobie kłopotu – mówił Phil, a jednak zawsze ktoś robił sobie kłopot; i to na próżno, bo Phil nie przyjmował od nikogo ani krzesła, ani prezentów.

Jego odwiedziny przerywały rozmowę o dziwkach, polityce, koniach albo miłości, wywołując ciszę, która trwała do chwili, gdy łoskot osuwających się w palenisku bierwion mocno ją zaakcentował, a wtedy któryś z mężczyzn, przerażony milczeniem, czuł, że należy się odezwać.

– Co sądzisz o Coolidge’u? – pytał na przykład taki ktoś, bo „Transcript” trafiał na koniec do baraku, gdzie był używany głównie jako wyściółka albo podpałka, a tylko czasem do czytania.

Wtedy Phil marszczył brwi i skręcał jedną ręką doskonałego papierosa. Wiedział, ile jest warte znaczące milczenie.

– No cóż, jedno muszę mu przyznać – mówił wreszcie, przypalając sobie papierosa. – Ma dość rozumu, by trzymać gębę na kłódkę. – Po czym Phil wybuchał śmiechem i wywiązywała się kulawa rozmowa, choćby o Coolidge’u. Potem któryś z młodszych chłopaków w nadziei, że się przypodoba, mógł prosić o radę, jakie siodło zamówić. Czy siodła Visalia są rzeczywiście takie dobre, jak się mówi?

– No cóż, chłopaki, pewnie chcecie się już zbierać – mówił w końcu Phil z pewnym smutkiem.

– Ale gdzie tam, Phil.

I rozmowa toczyła się dalej; może mówiono o czekającej nazajutrz pracy, o przeglądzie kosiarek, jeśli akurat była wiosna, o tym, gdzie podziewa się stadko dzikich koni, albo Phil opowiedział jakaś anegdotę o Bronco Henrym, najlepszym z jeźdźców, najlepszym z kowbojów, który nauczył Phila sztuki plecenia rzemiennych lass. Niedawno, gdy Phil zakończył opowiadanie jakiejś historii, wyjrzał nagle przez okno baraku i powędrował wzrokiem ponad szepczącymi życicami do oświetlonego okna sypialni w Dużym Domu. Kiedy tak patrzył, nagle zgasło tam światło. George nie zaczekał!

– No dobra, chłopaki – powiedział ze smutnym uśmiechem. – Muszę się walnąć do łóżka.

Kiedy Phil wyszedł, od razu odezwał się jeden z nowych, pyskatych oborowych.

– Ej, on jest chyba dość samotnym facetem, co? Względem tego, cośmy mówili przed jego przyjściem – czy myślicie, że ktoś go kiedyś kochał? Albo że on kiedyś kogoś kochał?

Najstarszy z obecnych w baraku popatrzył na młodzieńca. To, co młody powiedział, było niestosowne, wręcz nieładne. Co miłość miała wspólnego z Philem? Stary nachylił się i poklepał po głowie brązową suczkę, która spała w pobliżu.

– Nie będę wypowiadać się na ten temat. A na twoim miejscu nie nazywałbym go facetem. To brak szacunku.

– No, racja, cholera – przyznał młody, oblewając się rumieńcem.

– Musisz się nauczyć okazywać szacunek. I sporo jeszcze dowiedzieć się o miłości.

Jesienią bracia wraz z najemnymi robotnikami przeganiali tysiąc wołów opasowych przez czterdzieści kilometrów do zagród w małej osadzie Beech. O ile pogoda nie była paskudna – zacinający z północy deszcz albo deszcz ze śniegiem siekący po twarzach oraz zimno, przez które drętwiały kończyny – wydarzenie przypominało wycieczkę, piknik; młodzi faceci myśleli o przygotowanym przez kucharkę, panią Lewis, prowiancie, który miał być zjedzony w południe, kiedy cienie skryją się pod bylicą; myśleli o knajpie naprzeciw zagród, po drugiej stronie drogi, i o pokojach nad knajpą, w których mieszkały dziwki.

Kiedy wstawało czerwone słońce, a szron pierzchał z krótkiej, suchej trawy, bydło szło w kolumnie długości kilkuset metrów; ludzie, ulegając czarowi ciemności i świętemu tchnieniu świtu, zapadali się w siebie; milczeli oborowi i milczeli bracia, nasłuchując tupotu bydła i szelestu bylicy miażdżonej rozszczepionymi racicami; skrzypienia skóry na siodłach i podzwaniania wędzideł z „niemieckiego srebra”. Słońce wstające ponad wzgórzami na wschodzie ukazywało świat tak bezkresny i wrogi osobistym nadziejom, że młodzi oborowi chwytali się wspomnień o domu, piecach kuchennych, przypominali sobie brzmienie głosu matek, zamieszanie w szkolnych szatniach i wrzaski dzieci wypuszczonych na przerwę. Unosząc podbródki, wbijali wzrok w opuszczoną chałupę z bali, otwartą na oścież, w której zbłąkane konie szukały latem odrobiny cienia, gdzie dawno temu poniósł klęskę ktoś taki jak oni; droga wiła się w pobliżu ogrodzenia z drutu kolczastego, zardzewiała tablica reklamowa upstrzona dziurami po kulach zachęcała do żucia nieistniejącego już gatunku tytoniu; na samym przedzie, zgarbiony nad łękiem, jechał najstarszy mężczyzna z baraku, siwy, o pobrużdżonej twarzy, który – tak jak oni – musiał kiedyś marzyć o skrawku ziemi, zagrodzie, kilku sztukach bydła, zielonej łące, ożenku, a nawet, jak Bóg da, dziecku.

A potem słońce wyłaniało się znad wzgórz i nasycało ciepłem nadzieje młodych, którzy rozmawiali, śmiali się, żartowali; ich plany się urzeczywistnią; kiedy będą tacy starzy jak ten gość zgarbiony nad siodłem, będą mieli własny kawałek ziemi. Będą mieć pieniądze, plany na przyszłość. Tymczasem konie kierowały się ku zagrodom, w stronę knajpy, kobiet na pięterku.

Bracia również milczeli w ciemności, rozpoznawali się tylko po zarysach sylwetek – szczupłej i tęgiej – a poza tym każdy z nich znał dobrze charakterystyczne skrzypienie siodła tego drugiego. Jednak, rozmyślał Phil spokojnie, na początku jazdy zawsze bywali milczący, pogrążali się w myślach o przeszłości, a obecna cisza mówiła mu, że od dawnych czasów nie tak znów wiele się zmieniło. Owszem, nie znosił współczesnych dyliżansów – ciemnozielonych automobili marki Stearns-Knight, które przedzierały się natarczywie przez stado – o wiele za szybko, zdaniem Phila. Kiedyś kierowca ośmielił się zatrąbić, a hałas tak wystraszył bydło, że Phil podjechał do wlokącego się auta na swoim kasztanie i, patrząc z góry na kierowcę, powiedział mu parę słów do słuchu. Trzeba było widzieć, jak skulili się pasażerowie na tylnym siedzeniu!

– Cholerna hołota – warknął. – Słyszałeś, George, że ten sukinsyn nacisnął klakson? Słodki Jezu, w ogóle ich nie obchodzi, ile bydło traci przez to na wadze! Chciałbym zobaczyć, jak te wszystkie piekielne samochody wybuchają.

Jednak George, lojalny wobec reo (jak wobec wszystkiego, co posiadał), tylko patrzył przed siebie ponad grzbietami bydła.

– Do licha, Phil, trzeba iść z duchem czasów.

– Co to za czasy! – burknął Phil i splunął. Jeszcze dziesięć lat temu jeździł prawdziwy dyliżans z prawdziwym człowiekiem na koźle, który dzierżył lejce, powożąc dobrym czterokonnym zaprzęgiem. – Jak się nazywał ten woźnica, Grubasie? – spytał Phil George’a. Rzadko zapominał, jak się ktoś nazywa, ale przynajmniej miał teraz pretekst do nawiązania porannej rozmowy.

– Harmon – odparł George.

– Racja.

To sprowadzało ich do przeszłości, do dzieciństwa, do wspomnień o Bronco Henrym, do czasów ostatnich cuchnących Indian, zanim rząd dla odmiany wziął się do roboty i wysłał ich wszystkich do rezerwatu. Phil wciąż jeszcze pamiętał łękowate, stare szkapy, na których odjeżdżali Indianie, rozklekotane wozy, na których siedzieli stłoczeni starcy. Przez cały tydzień Indianie zmierzający do rezerwatu w południowym Idaho wlekli się drogą obok domu, w tumanach kurzu, obszczekiwani przez psy z rancza. Tylko wodza, tego starego krętacza, z nimi nie było. Zmarł wcześniej.

Bystrooki Phil lubił przypominać bratu, że wiele razy podczas przeganiania bydła udawało mu się wypatrzyć groty indiańskich strzał, które zbierał, by je dodać do swojej imponującej kolekcji. Nie pamiętał, by George kiedykolwiek znalazł jakąś strzałę. Phil uśmiechnął się pod nosem. Jak mógłby to zrobić? Przecież zawsze patrzył prosto przed siebie, tak jak teraz, ponad zakurzonymi grzbietami bydła.

Phil zastanawiał się, jak zagaić rozmowę. Ten dzień był wyjątkowy. Czy powinien wspomnieć o Bronco Henrym? A może o wypadku, który zdarzył się w zeszłym roku, gdy samochód, próbujący przedrzeć się przez rzekę bydła, zjechał z drogi i wpadł do rowu? Dwie kobiety i mężczyzna, wszyscy w tych kretyńskich pumpach, tylko stali i gapili się na auto, które leżało prawie na boku. Phil ucieszył się, że George jedzie na przedzie stada, bo zapewne przywiązałby linę do haka i wyciągnął pojazd z rowu, a wtedy tamci nie dostaliby nauczki.

A może zacząć poranną rozmowę od najważniejszego faktu – że mija dwudziesty piąty rok, odkąd razem przeganiają bydło? Dwadzieścia pięć lat! Jakże czuli się wtedy dumni, i jacy starzy! Dla Phila liczyło się to, że pierwszą podróż odbyli w roku tysiąc dziewięćsetnym, okrągłym roku! Jezu! Bronco Henry miał wtedy mniej więcej tyle lat, ile on i George obecnie, a właściwie był niewiele starszy od młodych mężczyzn, którzy im teraz towarzyszyli, wystrojeni w te wymyślne łachy. Te młokosy już same nie wiedzą, kim do cholery są – oborowymi czy ludźmi z ruchomych obrazów. Phil nigdy nie widział tych obrazów i Bóg da, nie zobaczy, ale młodzi mają w baraku czasopisma o nich i wygląda na to, że gość, który zwie się W.S. Hart, jest dla nich kimś w rodzaju boga. Patrzcie no, jak zaginają teraz kapelusze, patrzcie na te jedwabne chusteczki zamotane wokół szyj i te fikuśne skórzane ochraniacze! Phil słyszał, że jeden z chłopaków obstalował sobie buty na miarę z wymyślnymi zdobieniami – wydał miesięczny zarobek na jakiś cholerny szajs, który wkłada się na nogi. A potem dziwią się, że na koniec muszą być na garnuszku państwa? W tym właśnie rzecz, myślał Phil. Im bardziej nieokrzesani ludzie, tym silniejsza w nich potrzeba strojenia się w różne łachy.

George odbił nieco w prawo, więc teraz Phil przejechał na skos między ciężko stąpającym bydłem, nucąc uspokajająco, by go nie płoszyć.

– No co, Georgie, braciszku. – Uśmiechnął się szeroko. – Chyba nam stuknęło.

Każdy z braci inaczej trzymał się w siodle: jeden jechał niedbale przygarbiony, z luźnymi wodzami w nagich dłoniach, drugi sztywno wyprostowany, z wciągniętym brzuchem, patrzył prosto przed siebie.

– Co? – spytał George, odwracając głowę. – Co nam stuknęło, Phil?

– Jak to co? Jak to co, Grubasku? Dziś mija dwadzieścia pięć lat. Tysiąc dziewięćsetny. Dziewiętnaście, zero, zero. Pamiętasz?

– Prawdę mówiąc, zapomniałem – przyznał George.

Jak mógł zapomnieć, zdziwił się Phil. O czym myślał przez cały rok?

– Dwadzieścia pięć lat. Wychodzi na to, że mamy srebrną rocznicę, co nie? – Gdy Phil żartował albo był wściekły, specjalnie mówił niepoprawnie, by podkreślić swoje słowa.

– Stare dzieje – zauważył George.

– Nie takie znowu stare – odparł Phil. Nie po to podjął ten temat, by podkreślić, że dużo czasu minęło od ich dzieciństwa. Phil nie czuł się nawet o rok starszy niż wtedy, gdy miał dwanaście lat, a George dziesięć – tylko znacznie mądrzejszy. – Jedno ci powiem, George, to były wspaniałe czasy.

– Owszem, tak. – George sięgnął do kieszeni koszuli po woreczek tytoniu Bull Durham; okręcił wodze wokół rożka, zdjął rękawice i skręcił sobie grubego, lejkowatego skręta.

Phil spojrzał i prychnął pod nosem. Niech go szlag, jeśli weźmie na siebie cały ciężar rocznicowej rozmowy. Co trapi George’a? Boli go brzuch? Świetny kompan na jesienny wypad w teren! Przez całe lato był jakiś dziwny.

– Żeś ty się nigdy nie nauczył skręcać papierosa jedną ręką, Grubasie! – rzucił i ruszył gwałtownie, przebijając się przez stado, by pogadać z młodymi facetami, i już zawczasu poruszał ustami, szykując się do opowieści o tym, jak Bronco Henry, chory, z gorączką, odbył jedną z piękniejszych jazd, jakie oczy widziały – w wieku czterdziestu ośmiu lat. A niech to szlag; czasem miał wielką ochotę opowiedzieć tę historię do samego końca. Jednym z powodów, dla których nie cierpiał alkoholu i czuł przed nim lęk, była obawa, że mógłby za dużo wygadać.

Jakiś szary ptaszek wyfrunął z zarośli. Kasztan Phila spłoszył się i potknął. Phil poczuł nagły przypływ wściek­łości i bólu, aż go zemdliło.

– Niech cię diabli, stary durniu! – zawołał, szarpnąwszy za uzdę, po czym dźgnął konia mocno ostrogami. Minęło dwadzieścia pięć lat, odkąd jechał u boku Bronco Henry’ego.

Teraz słońce było już wysoko, cienie się skróciły, zapowiadając długie, gorące godziny. Tak, te lata też były długie, pomyślał Phil, i rzucały długie cienie.

Przy mocnym wietrze i dobrym nosie czuło się zagrody w Beech sporo wcześniej, niż się je widziało. Mieściły się w pobliżu rzeki, która o tej porze roku była prawie wyschnięta, skurczona, odsunięta od brzegów i tak spokojna, że jej tafla odbijała pusty nieboskłon, a czasem przelatujące z trzepotem sroki, szukające szczątków gofferów i zajęcy, które padły z powodu tularemii, albo martwego, wzdętego cielaka, który zszedł na szelestnicę. Tak, przy mocnym wietrze i dobrym nosie czuło się zapach wody i siarkowo-zasadowy odór niemrawego strumyka, który przy zagrodach wpadał do rzeki i ją zanieczyszczał.

Przy mocnym słońcu i bystrym wzroku czasem najpierw widziało się miasteczko, które niby miraż wisiało nad horyzontem: ogródki, wagony bydlęce stojące przy pochylniach, dwie knajpy z lipnymi fasadami i pokojami na pięterkach, obdrapaną białą szkołę z niską wieżyczką z dzwonkiem – a wszystko to otoczone bylicą, z nagim dziedzińcem, na którym chłopcy grali w piłkę, a dziewczynki skakały przez skakankę. Naprzeciwko dziedzińca stał budynek zwany Zajazdem, za którym wznosiło się nagie wzgórze, a na jego stokach pasły się chude mustangi, zaś nieustanny wiatr mierzwił ich splątane grzywy i ogony. Ten wicher wył latem i zimą, hulał po zboczach i gwizdał nad cmentarzem u stóp wzgórza. Zardzewiały drut kolczasty rozpięty na spróchniałych palach miał powstrzymać zbłąkane zwierzęta przed tratowaniem grobów i wywracaniem słojów, w których często stały kwiaty – polne bratki wiosną, a później castilleja, zwana „indiańskim pędzlem”, ale tylko niedawno zmarły nieboszczyk mógł liczyć na kwiaty. Więdły bowiem natychmiast w tym słońcu i ich przekaz był ulotny, wkrótce w słojach marniały same łodygi.

Jakaś sprytna osoba ozdobiła świeży grób papierowymi kwiatami i nakryła je odwróconym słojem dla ochrony przed deszczem.

Mieszkańcom Beech zawsze zaczynały bić żywiej serca, gdy gruchnęła wieść, że widać pył wznoszący się nad równiną, bo rozrzutni oborowi właśnie pędzą stado bydła; w dwóch knajpach barmani sprawdzali poziom zajzajeru w butelkach za barem i wystawiali prawdziwą whiskey, sprowadzaną z Kanady dla tych bardziej forsiastych – ranczerów, którzy lubili zaszpanować.

– Mówię ci – zwrócił się barman do komiwojażera, który przybył poprzedniego wieczoru pociągiem z Salt Lake City – trzymaj się z dala od drogi i nie idź się gapić na bydło, kiedy je pędzą, bo możesz wystraszyć zwierzęta i będą mieli kłopot z zagnaniem ich do zagród. Kilka lat temu strzelili tuż nad głową takiego ciekawskiego gościa, który spłoszył bydło. Jezu, żebyś widział, jak uciekał, by się gdzieś skryć, o mało portek nie zgubił.

– Brzmi, jakbyśmy byli na Dzikim Zachodzie – zauważył z przekąsem komiwojażer. Wcześniej liczył na to, że sprzeda małe instalacje elektryczne w knajpach, szkole i w hoteliku o nazwie Zajazd, ale nigdzie nie znalazł nabywców.

– Bo to jest Dziki Zachód, do diaska – żachnął się barman. – Z tego, co wiem, w całej dolinie elektrykę mają tylko na ranczu Burbanków. Reszta z nas używa lamp naftowych.

– Ranczo Burbanków – mruknął komiwojażer i spojrzał na dziewczynę w kalendarzu wiszącym za barem. Widać było jej podwiązkę.

– To ich ekipa przyjeżdża dziś wieczór. Tysiąc sztuk bydła. Ośmiu, dziesięciu oborowych. No i bracia. Posłuchaj mojej rady, zostań w środku i nie płosz bydła. Czego się napijesz, Dolly? – spytał blondynkę. – Jejku, ale ładnie pachniesz.

– Dzięki – odparła. – To Florida Water, a piję dżin, jak dobrze wiesz.

– Ekipa Burbanków nadjeżdża.

– Widziałam ich z góry – powiedziała Dolly. – Już się boję.

– Przecież masz teraz koleżankę do pomocy.

– Niewiele z niej pożytku. Jest niedysponowana.

– Coś ty? Ma to samo co stara Alma? Pamiętasz?

– Gruźlicę? Och, nie, coś ty. To tylko kobieca przypadłość.

Serca biły też nieco szybciej w jedynej jadłodajni w miasteczku, w hoteliku zwanym Zajazdem. Jadalnia była już przygotowana, pokoje na górze również. Książka meldunkowa leżała w recepcji otwarta na nowej stronie, a obok niej leżał świeżo zatemperowany ołówek, pachnący drewnem cedrowym.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI