Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 378 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Psia trawka - Raymond Queneau

Prawdziwa gratka! Nieprzetłumaczona dotąd na język polski debiutancka powieść Raymonda Queneau wybitnego francuskiego pisarza, współzałożyciela grupy OULIPO!

Zwariowana powieść z plejadą postaci rodem z kabaretu: obserwator podglądający rodzinę, saksofonista próbujący uwieść panią domu, zazdrosny syn ślący listy z pogróżkami, brat dozorcy wynajmujący pokój saksofoniście, siostra brata dozorcy - ciekawska intrygantka – a w tle: romanse, tajemnice, ukryty skarb, ucieczka z domu i… wojna etruska!

Najważniejszym bohaterem książki, jak zwykle u Queneau, jest język i forma.

Koktajl humoru, absurdu i świetnej zabawy!

Opinie o ebooku Psia trawka - Raymond Queneau

Fragment ebooka Psia trawka - Raymond Queneau

Ray­mond Qu­ene­au

PSIA TRAW­KA

przełożyła Han­na Igal­son-Ty­giel­ska

NOWY KA­NON

Cet ouvra­ge a bénéficié du so­utien des Pro­gram­mes d’aide à la pu­bli­ca­tion de l’In­sti­tut Français

Książkę wy­da­no dzięki do­fi­nan­so­wa­niu In­sti­tut Français w ra­mach pro­gramów wspar­cia wy­daw­ni­cze­go

Tytuł ory­gi­nału: Le Chien­dent

Co­py­ri­ght © Édi­tions Gal­li­mard, 1933

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Han­na Igal­son-Ty­giel­ska, MMXIV

Przed­mo­wa: Co­py­ri­ght © Anna Wa­si­lew­ska, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Dla Yani­ne

PSIA TRAW­KA, CZY­LI PIES I ZĄB

Z ka­len­da­rium życia i twórczości Ray­mon­da Qu­ene­au można wy­wnio­sko­wać, że de­biu­tanc­ka Psia traw­ka (Le Chien­dent) uka­zała się w roku śmier­ci Ray­mon­da Ro­us­se­la (1933), w rok po wy­da­niu Podróży do kre­su nocy Céline’a, w trzy lata po ze­rwa­niu Qu­ene­au z sur­re­ali­zmem Bre­to­na i w czte­ry po lek­tu­rze Ulis­se­sa Joy­ce’a. Ten dobór na­zwisk nie jest przy­pad­ko­wy, wy­zna­cza klu­czo­we punk­ty od­nie­sie­nia dla pi­sa­rza, który wy­pra­co­wał so­bie własną ory­gi­nalną re­to­rykę i po­etykę.

Bio­gra­fia Qu­ene­au (1903–1976), jed­ne­go z tych pi­sa­rzy, którzy „nie do­sta­li No­bla”, nie ob­fi­tu­je w eks­cy­tujące wy­da­rze­nia, jak choćby ob­fi­tują w nie życio­ry­sy Céline’a, Ge­ne­ta czy Cen­drar­sa. Jeśli nie li­czyć roz­działu burz­li­wej przy­na­leżności do gru­py Bre­to­na i dwu­let­niej służby woj­sko­wej w Al­gie­rii (w pułku żuawów) i w Ma­ro­ku, gdzie pra­co­wał jako urzędnik pocz­to­wy, jest bio­gra­fią uporządko­waną i w pew­nym sen­sie jed­no­stajną. Fa­scy­nujące są nie tyle ko­le­je losu Qu­ene­au, ile jego in­te­lek­tu­al­no-ar­ty­stycz­na ewo­lu­cja. Uro­dził się w Haw­rze 21 lu­te­go w skrom­nej ro­dzi­nie ku­piec­ko-urzędni­czej, pisać zaczął jesz­cze w szko­le i już w wie­ku piętna­stu lat znisz­czył czte­ry ki­lo­gra­my własnych ręko­pisów. Po ma­tu­rze hu­ma­ni­stycz­nej w Caen za­pi­sał się na Sor­bonę, gdzie stu­dio­wał fi­lo­zo­fię, so­cjo­lo­gię i psy­cho­lo­gię. W roku 1924 po­znał Mi­che­la Le­iri­sa, Phi­lip­pe’a So­upaul­ta, po­tem André Bre­to­na i Lo­uisa Ara­go­na. W trzy­dzieści czte­ry lata później na­pi­sze: „Sur­re­alizm in­te­re­so­wał mnie nie tyle z punk­tu wi­dze­nia li­te­ra­tu­ry, ile jako sposób życia. To był bunt ab­so­lut­ny. W tam­tym okre­sie nie za­mie­rzałem zo­stać pi­sa­rzem. Dla mnie sur­re­alizm był wszyst­kim”. In­te­re­so­wał się także ma­te­ma­tyką, re­li­gią i psy­cho­ana­lizą. Namiętnie gry­wał w sza­chy i brał udział w tur­nie­jach sza­cho­wych. Początko­wo za­ra­biał na życie jako urzędnik, na­uczy­ciel i dzien­ni­karz. Sprze­da­wał też re­stau­ra­cjom pa­pie­ro­we ob­ru­sy. Odbył sied­mio­let­nią psy­cho­ana­lizę u pani Low­skiej, sio­stry Szes­to­wa. Cho­dził na wykłady Ale­xan­dre’a Kojève’a poświęcone in­ter­pre­ta­cji He­gla oraz na wykłady Hen­ri-Char­le­sa Pu­echa o gno­zie i ma­ni­che­izmie, współpra­co­wał z pi­smem „Cri­ti­que so­cia­le” Bo­ri­sa So­uva­ri­ne’a. W 1938 wszedł do ko­mi­te­tu lek­torów Gal­li­mar­da jako lek­tor li­te­ra­tu­ry an­glojęzycz­nej, w 1954 zo­stał dy­rek­to­rem En­cy­klo­pe­dii Ple­ja­dy. Pro­wa­dził też pro­gram li­te­rac­ki w ra­diu. Rozgłos, a po­tem sławę i nie­za­leżność fi­nan­sową przy­niosły mu Ćwi­cze­nia sty­li­stycz­ne1 (1947, Exer­ci­ces de sty­le) i Zazi w me­trze2 (1959, Za­zie dans le métro). W la­tach pięćdzie­siątych uczest­ni­czył w ar­ty­stycz­nym życiu Sa­int-Ger­ma­in des Près, jego pio­sen­ki śpie­wała Ju­liet­te Gréco. Zo­stał też człon­kiem Ko­le­gium Pa­ta­fi­zy­ki (1950), człon­kiem Aka­de­mii Gon­co­urtów, Fran­cu­skie­go To­wa­rzy­stwa Ma­te­ma­tycz­ne­go (Société Mathéma­ti­que de Fran­ce), człon­kiem Cen­tre Na­tio­nal de Cinéma­to­gra­phie – by wy­mie­nić tyl­ko wy­bra­ne pola jego działalności. W roku 1960 powołał wraz z ma­te­ma­ty­kiem Fran-  çois le Lion­na­is’m Ouvro­ir de Littéra­tu­re Po­ten­tiel­le (OuLi­Po, Warsz­tat Li­te­ra­tu­ry Po­ten­cjal­nej), jako Pod­ko­misję Ko­le­gium Pa­ta­fi­zy­ki. Był człowie­kiem in­sty­tucją, uczest­ni­czył nie­mal we wszyst­kich ówcze­snych de­ba­tach ar­ty­stycz­no-in­te­lek­tu­al­nych, ale jako pi­sarz podążał własną drogą, nie dołączając ani do eg­zy­sten­cja­li­zmu, ani do fali no­wej po­wieści.

Doświad­cze­niem dla nie­go fun­da­men­tal­nym była od­by­ta w roku 1932 podróż do Gre­cji. Na stat­ku płynącym do Aten od­krył, że ist­nie­je w języku fran­cu­skim podwójność ana­lo­gicz­na do tej, jaka cha­rak­te­ry­zu­je grec­ki, w którym język uczo­ny, li­te­rac­ki (ka­tha­reu­sa) dzie­li prze­paść od języka mówio­ne­go, ni­skie­go (de­mo­ti­ki). Uświa­do­mił so­bie, że można w two­rze­niu li­te­ra­tu­ry wy­ko­rzy­stać napięcie ist­niejące pomiędzy tymi dwo­ma re­je­stra­mi.

Podróż do Gre­cji po­zwo­liła mu również osta­tecz­nie wy­zwo­lić się od sur­re­ali­zmu, który niewątpli­wie wy­warł ogrom­ny wpływ na jego twórczość. Miał za sobą trud­ne doświad­cze­nia z okre­su przy­na­leżności do gru­py, wie­le wy­cier­piał w wewnętrznych wal­kach i ciągłych roz­gryw­kach wy­klu­cza­nia i przyj­mo­wa­nia. Opi­sze je później w dwóch wyraźnie au­to­bio­gra­ficz­nych po­wieściach Les Der­niers jo­urs (1936, Ostat­nie dni) i Od­ile (1937). A także w ar­ty­ku­le „Phi­lo­so­phes et voy­ous” (1951, Fi­lo­zo­fo­wie i łobu­zy), opu­bli­ko­wa­nym częścio­wo w „Les Temps Mo­der­nes” i włączo­nym w roku 1986 do tomu dzien­ników, Jo­ur­nal 1939–1940, w którym oskarża sur­re­alistów o sto­so­wa­nie ter­ro­ru, na­zy­wając ichna­zis (fa­szyści, naziści).

Wy­pra­co­wał swoją po­etykę w opo­zy­cji do sur­re­alistów, usta­wiając się na dru­gim bie­gu­nie tej sa­mej osi. A za­tem już nie przy­pa­dek, in­spi­ra­cja, nieświa­do­mość i au­to­ma­tycz­ny za­pis, lecz ry­gor, kon­struk­cja i eks­pe­ry­men­tal­ny za­mysł. Toteż wszyst­kie jego utwo­ry pod­le­gają for­mal­nym, choć nie­wi­docz­nym ry­gorom. Zarówno de­biu­tanc­ka Psia traw­ka, jak i później­sza, tak zwa­na try­lo­gia mądrości: Pier­rot mon ami (1942), Loin de Ru­eil (1949, Da­le­ko od Ru­eil), Di­man­che de la vie (1952, Nie­dzie­la życia)3. Nie mówiąc już o Zazi w me­trze, Dziełach ze­bra­nych Sal­ly Mary4 (1962, Les Oeu­vres complètes de Sal­ly Mara) czyFleurs bleus (1965, Nie­bie­skie kwiat­ki). Nie­mal wszyst­kie utwo­ry Qu­ene­au są wy­ra­zem pa­sji do eks­pe­ry­men­to­wa­nia, próbą za­si­le­nia języka li­te­rac­kie­go struk­tu­ra­mi i or­to­gra­fią mowy po­tocz­nej. Również utwo­ry po­etyc­kie, między in­ny­mi wier­szo­wa­na opo­wieść Chêne et chien (1937, Dąb i pies), na­pi­sa­ny alek­san­dry­nem trak­tat fi­lo­zo­ficz­ny Pe­ti­te Co­smo­go­nie por­ta­ti­ve (1950, Mała ko­smo­go­nia kie­szon­ko­wa)5 orazSto tysięcy mi­liardów wier­szy6 (1961, Cent mil­le mil­liards de poèmes), pod­le­gają ścisłym pra­wom kom­bi­na­to­ry­ki.

Qu­ene­au utwo­rzył pod­sta­wy ouli­pij­skie z po­zy­cji nie teo­re­ty­ka, lecz prak­ty­ka, który większość do­ko­nań ma już za sobą. O in­spi­ra­cji zaś ma­wiał: „praw­dzi­wy pi­sarz nig­dy nie ule­ga in­spi­ra­cji, jest nie­ustan­nie za­in­spi­ro­wa­ny”. Ten stan go­to­wości mają mu za­pew­nić go­to­we struk­tu­ry li­te­rac­kie. Zarówno te, które ist­niały w daw­nych tek­stach, jak i te po­ten­cjal­ne, które można wy­na­leźć dzięki za­sto­so­wa­niu se­rii ar­bi­tral­nie przyjętych ry­gorów. Pra­ce OuLi­Po zmie­rzały w dwóch kie­run­kach: ana­li­zy – wy­naj­dy­wa­nia i ba­da­nia tekstów, zwa­nych pla­gia­ta­mi przez an­ty­cy­pację, czy­li dzieł au­torów, którzy two­rzy­li utwo­ry ouli­pij­skie, za­nim jesz­cze po­wstało OuLi­Po, oraz syn­te­zy – wy­naj­dy­wa­nia no­wych struk­tur. „Szczu­ry, bu­dujące la­bi­rynt, z którego mają się następnie wy­do­stać” – tak brzmi ouli­pij­ska de­wi­za. I żad­nej ide­olo­gii, żad­nych do­gmatów, żad­nych sporów świa­to­poglądo­wych.

Większości utworów Qu­ene­au można przy­znać sta­tus pla­giatów przez an­ty­cy­pację. Le Chien­dent jest, co swe­go cza­su do­strzegła fran­cu­ska kry­ty­ka, uwer­turą do tego dzieła, uwer­turą, w której po­ja­wiają się już wątki i mo­ty­wy obec­ne w dal­szych po­wieściach. Upodo­ba­nie do bu­do­wa­nia gro­te­sko­wych pod­miej­skich epo­pei pod­szy­tych smut­kiem i me­lan­cho­lią, do prze­ciętnych po­sta­ci za­nu­rzo­nych w co­dzien­ności, do pseu­do­kry­mi­nal­nych in­tryg, do lęku przed wojną, idzie w pa­rze z całą sie­cią ukry­tych od­nie­sień do fi­lo­zo­fii, mi­to­lo­gii, hi­sto­rii idei, psy­cho­ana­li­zy.

Usta­wiając się w opo­zy­cji do sur­re­alistów, Qu­ene­au nie za­mie­rzał jed­nak po­prze­stać na czy­stej ne­ga­cji. „Wiel­ka czyst­ka sur­re­alistów po­zo­sta­wiła za sobą wie­le trupów, których nie wol­no wskrze­szać”. Trze­ba wyjść poza ne­gację, wzno­wić swe­go ro­dza­ju aka­de­mizm, ale nie popaść w jego wy­tar­te ko­le­iny. Dla­te­go tak wiel­kie wrażenie zro­biła na Qu­ene­au lek­tu­ra Joy­ce’a, Faulk­ne­ra, a także Po­ego. O Joy­sie pisał jako o „pi­sa­rzu kla­sycz­nym”, u którego „wszyst­ko jest za­pro­gra­mo­wa­ne, zarówno całość, jak i epi­zo­dy, ale nic nie ujaw­nia wewnętrzne­go ry­go­ru”. Za­sa­dy swo­jej me­to­dy pi­sar­skiej za­warł w tek­stach ze­bra­nych po­tem w to­mie Le Voy­age en Grèce (1973, Podróż do Gre­cji). Stąd też po­cho­dzi słynny cy­tat o ce­bu­li: „Ar­cy­dzieło porównać można do pew­nej bul­wy, jed­ni za­do­wa­lają się zdjęciem wierzch­niej łupi­ny, inni, mniej licz­ni, zdej­mują warstwę po war­stwie – słowem, ar­cy­dzieło przy­po­mi­na ce­bulę”.

Psią trawkę pisał Qu­ene­au od lip­ca do li­sto­pa­da w Ate­nach i na Cy­kla­dach. Cała ta fan­ta­sma­go­rycz­na opo­wiast­ka zbu­do­wa­na jest wokół po­szu­ki­wa­nia skar­bu. Me­cha­ni­zmem napędzającym in­trygę Le Chien­dent, po­wieści o ludz­kiej głupo­cie, jak­by re­pli­ce Bo­uvar­da i Pécu­che­ta (war­to na­wia­sem wtrącić, że Qu­ene­au w roku 1947 na­pi­sał wstęp do tej po­wieści Flau­ber­ta), jest za­ba­wa w głuchy te­le­fon. Podsłucha­na roz­mo­wa pro­wa­dzi do języ­ko­we­go nie­po­ro­zu­mie­nia. Każda próba przy­to­cze­nia cu­dzych słów po­wo­du­je ich de­for­mację, każda in­stan­cja nar­ra­cyj­na do­da­je coś od sie­bie, znie­kształca wypo­wiedź zgod­nie z własny­mi pra­gnie­nia­mi lub lękami. Roz­mowę Pio­tra Wiel­kie­go i Étien­ne’a podsłuchał Clo­vis, nie­let­ni sio­strze­niec pani Clo­che, aku­szer­ki trud­niącej się także aborcją, in­try­gant­ki i me­gie­ry, coś przekręcił, coś do­rzu­cił i dał im­puls do po­lo­wa­nia na do­mnie­ma­ny skarb, ukry­ty ja­ko­by za nie­bie­ski­mi drzwia­mi tan­de­cia­rza bez gro­sza, ojca Tau­pe’a. Tę bur­le­skową in­trygę, przy­pra­wioną kil­ko­ma tru­pa­mi, kończy wy­buch woj­ny, apo­ka­lip­sa i zwy­cięstwo królo­wej Etrusków, którą oka­zu­je się nikt inny jak Sy­do­nia Belhôtel, wdo­wa Clo­che.

Ge­nezę swo­jej po­wieści, która początko­wo przeszła pra­wie bez echa, przyćmio­na przez Podróż do kre­su nocy Céline’a, ujaw­niał Qu­ene­au stop­nio­wo, za­cie­rając tro­py w ko­lej­nych au­to­ko­men­ta­rzach. W roku 1937 na­pi­sał, że urze­czo­ny per­spek­tywą wymyśle­nia trans­kryp­cji fo­ne­tycz­nej, w której każdej głosce od­po­wia­dałaby jed­na li­te­ra, początko­wo za­mie­rzał przełożyć na „neo­fran­cu­ski” jakiś trak­tat fi­lo­zo­ficz­ny. Po­nie­waż za­brał ze sobą Roz­prawę o me­to­dzie, po­sta­no­wił prze­pro­wa­dzić ten eks­pe­ry­ment na trak­ta­cie Kar­te­zju­sza. Po­mysł ten szyb­ko za­rzu­cił i za­miast roz­pra­wy na­pi­sał po­wieść. W roku 1950 po­twier­dził tę ge­nezę, ale dodał, jak wiel­ki wpływ wy­war­li nie­go Joy­ce i Faulk­ner. Przy­znał też, że je­den z roz­działów jest za­ry­sem Par­me­ni­de­sa, dia­lo­gu Pla­to­na. „Do­dam, że w po­wieści jest też roz­dział stresz­czający Par­me­ni­de­sa, jest nim dia­log Sa­tur­ni­na i Nar­cen­se’a o by­cie i nieby­cie”. Wresz­cie w 1969 za­mieścił w „No­uvel­le Re­vue Française” krótki tekst „Er­ra­ta”, ko­ry­gujący wcześniej­sze wy­zna­nia. Początek Le Chien­dent wie­le za­wdzięcza nie tyle roz­pra­wie Kar­te­zju­sza, ile książce Joh­na-Wil­lia­ma Dun­ne’a An expe­ri­ment with time (1929, Eks­pe­ry­ment z cza­sem), opu­bli­ko­wa­nej po­tem we fran­cu­skim przekładzie (1948) pod tytułem Le temps des rêves (Czas snów). Po­stać ob­ser­wa­to­ra zo­stała zapożyczo­na od ob­ser­wa­to­ra Dun­ne’a. Qu­ene­au za­sta­na­wia się, ja­kie po­wo­dy kazały mu początko­wo utrzy­my­wać, że Psia traw­ka jest przekładem na neo­fran­cu­ski Roz­pra­wy o me­to­dzie. (Niewątpli­wie jed­nak prze­mia­na płaskiej syl­wet­ki Étien­ne’a w trójwy­mia­rową po­stać człowie­ka, „który myśli”, jest wręcz ilu­stracją kar­te­zjańskiej mak­sy­my Co­gi­to ergo sum). W tej sa­mej „Er­ra­cie”, za­miesz­czo­nej później w to­mie Voy­age en Grèce, wy­znał: „Za­pew­ne sądziłem, że po­tra­fię prze­wi­dzieć upa­dek fran­cu­skie­go języka pi­sa­ne­go (…) utknąłem, i to wszyst­ko. To był błąd”.

Nie należy jed­nak do­bro­dusz­nie sądzić, że neo­fran­cu­ski Que- neau jest ste­no­gra­mem zasłysza­nych ulicz­nych dia­logów. To język za­in­spi­ro­wa­ny mową po­toczną, ale będący jej grun­tow­nym prze­two­rze­niem, re­kon­strukcją, re­zul­ta­tem ogrom­nej pra­cy nad składnią, nad sty­lem. Obaj, Céline i Qu­ene­au, choć tak od­mien­ni, mie­li świa­do­mość, że za­pis li­te­rac­ki nie po­le­ga na dosłownym spi­sa­niu słów z taśmy ma­gne­to­fo­nu. Obaj, każdy na swój sposób, de­for­mo­wa­li język mówio­ny, prze­su­wając ak­cen­ty, umiejętnie przy­pra­wiając wy­po­wiedź szczyp­ta­mi ar­got lub języka po­tocznego. Nikt nie przełknąłby zupy z sa­mych przy­praw i pie­przu, ma­wiał Céline. Pra­ca pi­sa­rza jest po­niekąd zajęciem ilu­zjo­ni­sty, który musi uciec się do sztu­czek, żeby dać wi­dzom wia­ry­god­ne złudze­nie. Ulu­bioną me­ta­forą Céline’a jest pa­tyk za­nu­rzo­ny w wo­dzie. Trze­ba go wpierw nadłamać, żeby po za­nu­rze­niu nadal wy­da­wał się pro­sty.

Pra­ca nad składnią nie wzięła się z in­spi­ra­cji mową uli­cy, mówi Ja­cqu­es Jo­uet7. Wzięła się z nie­zmier­nie uczo­nej roz­pra­wy o języku z roku 1923Le lan­ga­ge, in­tro­duc­tion lin­gu­isti­que  à l’hi­sto­ire (Mowa, wstęp lin­gwi­stycz­ny do hi­sto­rii) Jo­se­pha Ven­dryèsa, który pra­co­wał nad zwro­ta­mi języka mówio­ne­go. Język Qu­ene­au to nie­zwy­kle in­te­lek­tu­al­na od­mia­na fran­cu­skie­go mówio­ne­go. Może dla­te­go jego po­wieści tak do­brze znoszą upływ cza­su.

Do ar­se­nału użytych środków należą również ho­mo­ni­my, ka­lam­bu­ry i gry słowne. Stąd „Théo rit”, czy­li „Theo zaśmiał się”, można też usłyszeć jako théorie (teo­ria). W przekładzie Han­ny Ty­giel­skiej-Igal­son: Theo-rety-zuje. Sa­tur­nin, ogar­nięty twórczą nie­mocą, za­pi­su­je na kart­ce jed­no zda­nie l’ouazo sang vola, za­miast l’oise­au s’en vola, czy­li „ptak od­le­ciał”, ale wpro­wa­dza za­ra­zem ho­mo­nim sang (krew) i vola od vo­ler (kraść) Nie mówiąc już o tym, że iden­tycz­nie wy­ma­wia się sans (bez). W pol­skim przekładzie: „Tór Kaf­ka ule ciała”. Zna­mię trans­kryp­cji fo­ne­tycz­nej nosi między in­ny­mi za­pis na­zwy mia­stecz­ka, w którym miesz­ka Étien­ne Mar­cel z ro­dziną, Obon­ne. Próżno szu­kać na ma­pie ta­kiej miej­sco­wości. Ist­nie­je na­to­miast Eau­bon­ne.

Pra­ca nad języ­kiem jest wspar­ta pracą nad struk­turą. Czy­tel­nik nie musi do­strzec całej mi­ster­nej kon­struk­cji, rusz­to­wa­nia, które pi­sarz wzniósł, a następnie je usunął. Nie do­strzegła go również kry­ty­ka. Qu­ene­au dosyć wcześnie zaczął od­kry­wać kar­ty. Nie­mal wszyst­kie pra­ce kry­tycz­ne przy­ta­czają dziś cy­tat z tek­stu za­miesz­czo­ne­go w piśmie „Vo­lontés” (1937): „Nadałem formę i rytm temu, co pisałem. Wy­zna­czyłem so­bie reguły równie ścisłe jak reguły so­ne­tu. Po­sta­ci nie po­ja­wiają się i nie zni­kają przy­pad­kiem […] Le Chien­dent składa się z 91 (7x13) pod­roz­działów. Sumą licz­by 91 jest 1, cy­fra za­ra­zem śmier­ci istot, jak i po­wro­tu do życia, po­wro­tu, który ówcześnie po­strze­gałem jako nie­roz­strzy­gal­ne trwa­nie nieszczęścia wy­zby­te­go na­dziei. W tam­tym cza­sie uzna­wałem 13 za liczbę pomyślną, po­nie­waż wy­klu­czała szczęście. Co do 7, uważam ją za nu­me­rycz­ne wy­obrażenie sa­me­go sie­bie, po­nie­waż moje na­zwi­sko i oba imio­na składają się z sied­miu li­ter, a ja uro­dziłem się 21 lu­te­go (3x7). Upodo­ba­nie do cy­fro­we­go kodu i do ma­te­ma­ty­ki („Ma­te­ma­ty­ka to je­dy­na praw­dzi­wa na­uka”) po­zwa­la za­tem na au­to­bio­gra­ficz­ny ka­mu­flaż. Jego efek­tem jest choćby tytuł. Słowo le chien­dent (perz) składa się z dwóch słów: chien (pies) i dent (ząb). Que- neau upa­try­wał po­cho­dze­nia swo­je­go na­zwi­ska zarówno od słowa qu­enot (pies), jak i qu­enot­te (ząb). Pol­ski przekład szczęśli­wie za­cho­wu­je w ty­tu­le psa, no i psia traw­ka jest też chwa­stem.

Nic nie jest za­tem po­zo­sta­wio­ne przy­pad­ko­wi w tej po­zor­nie nie­win­nej opo­wia­st­ce, po­dyk­to­wa­nej, zda­wałoby się, je­dy­nie ka­pry­sem wy­obraźni, całko­wi­cie spon­ta­nicz­nej i anar­chicz­nej. Nic, po­nie­waż, li­te­ra­tu­ra po­win­na pod­le­gać ścisłym regułom, gdyż tyl­ko for­mal­ne ry­go­ry za­pew­niają jej wol­ność. „Kla­syk, który pi­sze tra­ge­dię i prze­strze­ga pew­nych reguł, ma więcej swo­bo­dy niż po­eta, który pi­su­je wszyst­ko, co przy­cho­dzi mu do głowy, po­zo­stając nie­wol­ni­kiem reguł so­bie nie­zna­nych”.

Ten powrót do kla­sy­cy­zmu wspie­ra Qu­ene­au ma­te­ma­tyką i re­to­ryką. „Pi­sa­nie pro­zy nie po­win­no się zbyt­nio różnić od pi­sa­nia wier­szy w tym sen­sie, że ma pod­le­gać równie ar­bi­tral­nym, ściśle prze­strze­ga­nym regułom, jak na przykład so­net”. Clau­de Si­mon­net, pierw­szy eg­ze­ge­ta Le Chien­dent, w swo­jej książce Qu­ene­au déchiffré (1962) od­krył między in­ny­mi, że ist­nie­je w po­wieści sieć wewnętrznych powiązań i odpo­wiedniości wątków. Przy­ta­cza też słowa Qu­ene­au z tomu tekstów kry­tycz­nych Bâtons, chif­fres et let­tres (1950, Kre­ski, cy­fry i li­te­ry): „Można ry­mo­wać sy­tu­acje i po­sta­ci, tak jak ry­mu­je się słowa”. I tak śmierć psa Ju­pi­te­ra ry­mu­je się ze śmier­cią Nar­cen­se’a; li­sty otwie­ra­ne przez Sa­tur­ni­na ry­mują się z li­sta­mi, które od­kle­jają Bébé To­uto­ut i Théo; nie­do­kończo­na wil­la w Obon­ne z fryt­kar­nią w Bla­gny, oba przy­byt­ki spo­ty­ka zresztą w fi­na­le ten sam los i prze­mia­na w bur­del. Upodo­ba­nie do ścisłych reguł zakłada swe­go ro­dza­ju powrót do kla­sycz­nej kon­cep­cji li­te­ra­tu­ry, do ukończo­nej for­my, do har­mo­nii i do­sko­nałości. Po­wieść-po­emat „przy­bie­ra kształt oto­cza­ka, krysz­tału, kwia­tu lub owo­cu”, pi­sze Qu­ene­au w od­nie­sie­niu do Flau­ber­ta. Le Chien­dent jest, jak mówi Si­mon­net, echem flau­ber­tow­skie­go ma­rze­nia o na­pi­sa­niu książki „o ni­czym”, która nie za­mie­rza od­twa­rzać rze­czy­wi­stości i po­zo­sta­je wier­na ar­bi­tral­nym regułom gry, wspie­rając się je­dy­nie na so­bie wewnętrzną siłą sty­lu. Dzieło nie jest uwa­run­ko­wa­ne świa­tem zewnętrznym, po­nie­waż nie jest two­rem na­tu­ral­nym, lecz całko­wi­cie sztucz­nym.

Ta­kie ro­zu­mie­nie li­te­ra­tu­ry jest po­krew­ne li­te­rac­kie­mu mo­de­lo­wi in­ne­go pi­sa­rza i eks­cen­try­ka, Ray­mon­da Ro­us­se­la. Za­raz po śmier­ci Ro­us­se­la Qu­ene­au na­pi­sał w jed­nym z tekstów włączo­nych później do Voy­age en Grèce: „Ro­us­sel two­rzy świa­ty z werwą nie­znaną na­wet Panu Bogu, z nie­wzru­szoną wy­obraźnią, jed­noczącą sza­leństwo ma­te­ma­ty­ki z rozsądkiem po­ezji”. Me­to­da Ro­us­sela po­le­gała na wy­na­le­zie­niu dwóch zdań, które różniłyby się jed­nym słowem, i na wy­gry­wa­niu podwójne­go zna­cze­nia rze­czow­ników. Na przykład opo­wia­da­nie Chi­qu­enau­de roz­po­czy­na zda­nie: Les vers de la do­ublu­re dans la pièce For­ban ta­lon ro­uge (Wer­sy du­ble­ra w sztu­ce Pi­rat czer­wo­no­pięty), kończy zaś: Les vers de la do­ublu­re du fort pan­ta­lon ro­uge (Ro­ba­ki z pod­szew­ki ja­skra­wo­czer­wo­nych spodni).

Również po­wieść Qu­ene­au ma struk­turę ko­listą, za­czy­na ją i kończy to samo zda­nie, tyle że wy­zby­te ho­mo­ni­micz­nych igra­szek. Koło jest bo­wiem fi­gurą do­sko­nałości, a za­ra­zem wiecz­ne­go po­wro­tu. Tę po­zor­nie błahą, lu­dyczną fan­ta­sma­go­rię czy­ta się gładko, lek­ko i przy­jem­nie, po­nie­waż, pi­sze Si­mon­net, istot­ne jest to, żeby po lek­tu­rze Le Chien­dent można było mówić o Par­me­ni­de­sie, o co­gi­to, o fe­no­me­no­lo­gii eg­zy­sten­cjal­nej, o teo­lo­gii gno­stycz­nej, ale równie ważne jest, aby można było nie mówić o tym wca­le.

Anna Wa­si­lew­ska

PSIA TRAW­KA

I

Za­ry­so­wała się syl­wet­ka człowie­ka; jed­no­cześnie tysiące. Były ich tysiące. Przed chwilą otwo­rzył oczy; na zatłoczo­nych uli­cach roiło się, mro­wi­li się lu­dzie, którzy cały dzień pra­co­wa­li. Wspo­mnia­na syl­wet­ka ode­rwała się od muru ogrom­nej, przytłaczającej bu­dow­li, która była Ban­kiem. Od­dzie­lo­na od muru syl­wet­ka mio­tała się bezład­nie, po­py­cha­na przez inne kształty bez wyraźnych cech in­dy­wi­du­al­nych, rzu­ca­na to tu, to tam nie tyle za sprawą swe­go własne­go nie­po­ko­ju, ile ze­społowej trwo­gi tysięcy sąsiadów. Bezład był jed­nak tyl­ko po­zor­ny; w rze­czy­wi­stości najkrótszą drogą wiódł od ro­bo­ty ku sno­wi, od bólu do nudy, od cier­pie­nia do śmier­ci.

Tam­ten po­now­nie za­mknął na chwilę oczy, a kie­dy je otwo­rzył, syl­wet­ka zniknęła, wchłonięta przez me­tro. Fala ci­szy, a po­tem zno­wu „L’In­tran” i jego wie­czor­ni kam­ra­ci zaczęli się wy­dzie­rać na bul­wa­rze.

Od lat chwi­la ta po­wta­rzała się nie­zmie­nio­na, co­dzien­nie, z wyjątkiem sobót, nie­dziel i dni świątecz­nych. On nie miał z tym wszyst­kim nic wspólne­go. Nie pra­co­wał, ale przy­zwy­czaił się przy­cho­dzić tu­taj między piątą a ósmą i tkwić nie­ru­cho­mo. Nie­raz wyciągał rękę i coś chwy­tał; tego dnia pewną syl­wetkę.

Syl­wet­ka przy­jeżdżała do Obon­ne. Żona przy­go­to­wała już posiłek; ona też pra­co­wała w biu­rze. Zastępca sze­fa co rusz  do­pa­dał ją w ja­kimś kącie, szef tak samo. Za­le­d­wie się wy­rwała z ich rąk, wpa­dała w łapy me­tra. Le­d­wo tam skończyła pra­co­wać, już pra­co­wała tu­taj. W kręgu lam­py drze­mał po­to­mek, cze­kając na karmę. Syl­wet­ka też cze­kała, żeby się na­pchać, z puchnącymi no­ga­mi, jedną ręką zwie­szoną między ko­la­na­mi, drugą wcze­pioną w poręcz krzesła w oba­wie, że uciek­nie. Czy­tał „Ga­zetę”. To zna­czy nie czy­tał ga­ze­ty. Wbi­jał wzrok w li­terę n w słowie Mi­ni­ster­stwo. Będzie go tak wbi­jał aż do zupy. A po kawałku sera i paj­dzie chle­ba za­pa­trzy się w li­terę i. Chłopak nie cze­kał na ser, dawał nogę i zupełnie nie­przy­tom­ny za­sy­piał jak dziec­ko w fon­tan­nach po­lu­cji. Ko­bie­ta zmyła na­czy­nia i od­ro­biła inne pra­ce do­mo­we. Z wy­bi­ciem dzie­siątej całe trio chra­pało.

*

Na­za­jutrz na jego miej­scu, na jego zwykłym miej­scu sie­działa ko­bie­ta. Stwier­dził fakt i pomyślał, wszy­scy tacy sami. Za pierw­szym ra­zem, kie­dy wszedł do tej ka­wiar­ni, ucie­kał przed desz­czem i nie prze­bie­rał, zajął je­dy­ne wol­ne miej­sce. Od tam­tej pory za­wsze zaj­mo­wał ten sam sto­lik. Przez chwilę myślał o życiu fran­cu­skiej ka­wiar­ni; nie zagłębiając się jed­nak w roz­ważania et­no­gra­ficz­ne, usiadł gdzie po­padło, na nie­zna­nym miej­scu, za­pa­trzył się w mar­mu­ro­we żyłki, wypił per­no­da. W po­rze faj­ran­tu syl­wet­ka zno­wu ode­rwała się od muru zwa­li­stej bu­dow­li zwa­nej Biu­rem Ra­chun­ko­wym.

– Masz pasz­port? – za­py­tał młody człowiek ci­chym głosem.

Ko­bie­ta, bar­dzo młoda, mrugnęła okiem. Uszczęśli­wio­na cze­kającą ją podróżą. Uśmie­chała się, trzy­mając dłoń na ko­la­nie wy­twor­ne­go młodzieńca; drugą ręką sku­bała kro­ko­dy­lową skórę sta­ro­mod­nej to­reb­ki, sta­le się uśmie­chając. Pa­trzyła w oczy tam­te­mu, a on po­pi­jał wodę mi­ne­ralną.

Za­uważył zupełnie mi­mo­cho­dem, że ma zdar­te buty; sąsiad też i da­lej tak samo; uj­rzał na­gle cy­wi­li­zację zdar­tych butów, kul­turę ściętych ob­casów, sym­fo­nię za­mszu i cielęcej skóry spro­wa­dzoną do słabe­go pi­sku pa­pie­ro­wych ob­rusów re­stau­ra­cji dla ubo­gich. Syl­wet­ka po­ru­szyła się w ryt­mie zna­nym z po­przed­nie­go dnia, spraw­nie po­szu­kując najkrótszej dro­gi od mo­nu­men­tal­nej bra­my Biu­ra Ra­chun­ko­we­go do skrzy­piącej furt­ki pod­miej­skie­go domu.

Syl­wet­ka miała willę; wy­bu­do­wała ją so­bie albo ra­czej zaczęła ją so­bie bu­do­wać; z bra­ku pie­niędzy nie ukończo­no pierw­sze­go piętra. Wil­la częścio­wo wyglądała jak po bom­bar­do­wa­niu, co już wyszło z mody. Na­sto­la­tek w okre­sie doj­rze­wa­nia, wspar­ty na łokciach, wku­wał na pamięć pamiętne bi­twy; żona wróciła wcześniej i przystępowała już do prac do­mo­wych; ru­ty­na.

Spoj­rze­nie prze­niosło się ze zdar­te­go buta na syl­wetkę; stały by­wa­lec z za­do­wo­le­niem stwier­dził, że ją roz­po­znał. W końcu spośród tysięcy do­sko­na­le obojętnych osob­ników udało mu się wyłuskać jed­ne­go. Dla­cze­go właśnie tego? Naj­szyb­ciej mknął  w stronę me­tra? Miał oso­bli­wie wy­tartą ma­ry­narkę? Dzi­wacz­nie ob­smy­czo­ne włosy? Bo prze­cież nie ścięte ob­ca­sy. Co w ta­kim ra­zie? Może okaże się ju­tro? Syl­wet­ka zo­stała we­ssa­na przez mrok i znikła.

Oczy­wiście po­ja­wiła się zno­wu przy skrzy­piącej furt­ce nie­wy­kończo­ne­go domu. Nie można po­wie­dzieć, że się zma­te­ria­li­zo­wała; jej dwu­wy­mia­ro­wość nie zasługi­wała na tak pro­stac­kie określe­nie. Cho­ciaż i tak za­wsze w końcu wy­chynęła zimą z błota, la­tem z ku­rzu dokład­nie na­prze­ciw zam­ka w drzwiach, za sprawą wie­lo­ra­kich przy­padków. Kot mru­czał, ocie­rał się o byle jak po­ma­lo­waną siatkę, gdzie czer­wień mi­nii ujaw­niała się plac­ka­mi. Kot, szczęśliwy, że pan wrócił, ocie­rał się o minię. Miły mały ko­tek. Sta­ran­nie za­mknięto drzwi. Chłopczyk za­trzasnął książkę pełną bi­tew. I połknęli ko­lację.

Po posiłku ko­bie­ta trochę od­poczęła. Chłopczyk umknął, spłoszo­ny i ra­do­sny, unosząc z sobą eg­zem­plarz „So­uri­re” pożyczo­ny od kum­pla. Syl­wet­ka spoj­rzała na drze­miącego kota. Ko­bie­ta skończyła krząta­ninę i kie­dy biła dzie­siąta, najmłod­szy z całej trójki jesz­cze nie spał.

*

W południe trze­ba iść coś przekąsić, ale nie­zbyt da­le­ko, bo ro­bo­ta i trze­ba pędem wra­cać; i też nie­zbyt dro­go, rzecz ja­sna. Zdu­mie­wającym ru­chem sie­ci za­gar­nięto ławicę istot ludz­kich do tego lo­ka­lu, gdzie kar­mi się je w za­mian za gotówkę. Syl­wet­ka też tu jest; za­gar­nięto i ją. Spożywa: oka­załą zjełczałą sar­dynkę, kawałeczek su­che­go po brze­gach jak drew­no mięsa, a kie­dy na­sta­je roz­kosz­ny mo­ment skosz­to­wa­nia smażone­go ba­na­na, sub­tel­ny sąsiad obok za­sia­da do dor­sza. Syl­wet­ka do­brze to znała: co­dzien­nie ten sam nu­mer. Fa­cio złowio­ny pierw­szym za­rzu­ce­niem sie­ci śpiesz­nie pałaszo­wał przy­działowy ochłap, a na jego miej­sce szyb­ciut­ko wsta­wia­no sub­tel­ne­go ama­to­ra ryb, który do­tarłszy do jo­gur­tu lub su­szo­nych owoców, po­msto­wał, kie­dy jakiś ma­ru­der za­czy­nał so­bie wpy­chać do otwo­ru gębo­we­go fla­ki i to za po­mocą wi­del­ca, którym po­przed­nie­go dnia wydłuba­no żółtka z dwóch sta­rych jaj, o czym świad­czyło pożółkłe złoto jego zębów. Około dru­giej w pu­stej, cuchnącej jesz­cze re­stau­ra­cji kil­ka tłustych kel­ne­rek wy­cie­rało so­bie pa­chy.

Około trze­ciej syl­wet­ka wy­dmu­chała nos; około czwar­tej splunęła; około piątej wy­ko­nała pożegnal­ny ukłon; około piątej pięćdzie­siąt słyszała już skrzy­pie­nie furt­ki zde­ka­pi­to­wa­ne­go dom­ku.

O szóstej tam­ten, punk­tu­al­ny, sie­dział już przy swo­im sto­li­ku w ka­wiar­ni. Tego dnia jego sąsiad z pra­wej, ciężko sapiąc, w prze­rwach po­pi­jał żółtawą ciecz pro­sto z małej bu­tel­ki; pan z le­wej dra­pał się dys­kret­nie po ge­ni­ta­liach, stu­diując wy­ni­ki go­nitw. Na południo­wym za­cho­dzie jakaś par­ka par­ko­wała nad cy­trynówką. Na południo­wo-południo­wym za­cho­dzie sa­mot­na pani; na południo­wo-południo­wym wscho­dzie dru­ga sa­mot­na pani. Na południo­wym wscho­dzie zupełnie wyjątko­wo pu­sty sto­lik. W ze­ni­cie chmu­ra; w na­dirze pet.

O szóstej syl­wet­ka się wy­odrębniła. Ucie­szył się nie­roz­ważnie. Do­brze ją so­bie przy­uważył. Któregoś dnia pójdzie za nią dla za­ba­wy. W tej sa­mej chwi­li z nie­po­ko­jem spo­strzegł, że syl­wet­ka, za­miast skie­ro­wać się pro­sto do me­tra, na­gle zbo­czyła i za­trzy­mała się przed wi­tryną ka­pe­lusz­ni­ka, żeby po­pa­trzeć na dwie ka­czusz­ki pluszczące się w nie­prze­ma­kal­nym ka­pe­lu­szu napełnio­nym wodą dla za­de­mon­stro­wa­nia swej głównej za­le­ty. Nie­sub­or­dy­na­cja syl­wet­ki na­tych­miast po­skut­ko­wała zmianą, która by­najm­niej nie uszła ob­ser­wa­to­ro­wi; zy­skała na kon­sy­sten­cji, stała się by­tem płaskim. Mo­dy­fi­ka­cja jej struk­tu­ry zo­stała zresztą za­uważona przez lu­dzi mających zwy­czaj je­chać tym sa­mym pociągiem, w tym sa­mym wa­go­nie, w tym sa­mym prze­dzia­le. At­mos­fe­ra zro­biła się ciężka, kie­dy wraz ze zbaw­czym gwizd­kiem drzwi się otwarły i w ostat­niej chwi­li miej­sce obok tego w rogu po pra­wej, z bie­giem pociągu, zo­stało zajęte. Coś się zmie­niło.

W le­wym kącie przystąpio­no do par­tyj­ki ma­ni­li. Były ofi­cer, obec­nie przed­sta­wi­ciel fir­my wi­niar­skiej, hałaśli­wie roz­winął ga­zetę; na­prze­ciw­ko drob­na pa­nien­ka kon­ty­nu­owała robótkę zaczętą w cza­sie Wiel­ka­no­cy. Vis-à-vis isto­ty płaskiej drze­mało; bar­dzo jed­nak ak­tyw­nie; śliniło się, od cza­su do cza­su po­wstrzy­mując ślinę, a fio­le­to­wy język, jaki przy tym uka­zy­wało, su­ge­ro­wał, że jego właści­ciel musi ssać pióro lub cier­pi na jakąś okropną cho­robę, bron­chodrę lub wietrzną fio­letówkę. Atry­but wi­siel­ca nie zwra­cał uwa­gi. Z jego pra­wej stro­ny eme­ry­to­wa­ny ofi­cer przy­gry­zał usta, czy­tając o po­li­ty­ce; w oczach miał bi­tew­ny dym; widać było, że szy­ku­je się woj­na. On też wzbu­dzał strach. Fio­le­to­wy język ocknął się z drzem­ki i roz­winął dzien­nik „La Cro­ix”. Jed­no po dru­gim nastąpiły dwa ważne wy­da­rze­nia: drob­na pa­nien­ka ska­le­czyła się w pa­lec zapięciem to­reb­ki i bar­dzo ją za­bo­lało; w dru­gim kącie gra­cze zaczęli się wy­dzie­rać: „As pik, król kier, karo, trze­ba być idiotą, żeby tak grać”. „Mów pan za sie­bie. Przy grze w kar­ty trze­ba uważać, a jak się nie umie grać, to się nie gra, jak można grać z kimś ta­kim”.

Grać, grać, grać, grać. A pa­nien­ka da­lej chli­pie i ssie pa­lu­szek. Nie­doszły ge­ne­rał pod­no­si oczy znad pa­trio­tycz­nej lek­tu­ry i próbuje za­brać głos. Czy­tel­nik „La Cro­ix” okrągłymi ocza­mi wpa­tru­je się w muchę, ga­ze­ta zwi­sa mu na udach. Uwa­ga! Jęzor zno­wu się wyłania. A tam­ci da­lej swo­je. „Przez pańską głupotę stracę forsę. Nic pan nie ka­pu­je… Pa­nie, pa­nie, psze­pa­na”.

Słowa wy­po­wia­da­no z przy­de­chem, ni­czym tytuł szla­chec­ki, w zastępstwie po­liczków, których nie ośmie­la­no się roz­da­wać w oba­wie, że można je otrzy­mać z po­wro­tem. I da­lej to samo, bez prze­rwy. I da­lej to samo, do następnej sta­cji. Dwa­dzieścia mi­nut. By­to­wi płaskie­mu ze­brało się na płacz. Czuł się od­po­wie­dzial­ny za żałosne zakłóce­nie zwy­czajów tego prze­działu. Z po­wo­du małych ka­czu­szek i nie­prze­ma­kal­ne­go ka­pe­lu­sza.

Na pierw­szej sta­cji dwaj gra­cze wy­sie­dli, strasz­li­wie po­mstując i wy­trzesz­czając gały jak zające wypłoszo­ne z ka­pu­sty. Pa­nien­ka, ssąc pa­lec, wy­siadła również. Woj­sko­wy w cy­wi­lu roz­siadł się wy­god­nie i zaczął dłubać w zębach pa­znok­ciem wska­zującego pal­ca, a chrześci­ja­nin po­padł w lek­turę ar­ty­kułu na te­mat zba­wie­nia małych Chińczyków. Po tej stro­nie niby było le­piej, ale gra­cze nie prze­sta­wa­li dys­ku­to­wać, a ich pod­nie­sio­ne głosy wwier­cały się w bęben­ki bytu płaskie­go, który właśnie spo­strzegł, że jed­ne­go z nich zna. Miesz­ka­li w tym sa­mym ho­te­li­ku w Por­nic. Ten zbieg oko­licz­ności całkiem od­mie­nił bieg jego myśli i już miał się pogrążyć w uro­czym ma­rze­niu o kąpie­li w mo­rzu, wa­ka­cje się zbliżały, za trzy ty­go­dnie dwa­dzieścia osiem dni urlo­pu, kie­dy przed­sta­wi­ciel fir­my wi­niar­skiej, oświad­czając, że jest dusz­no, opuścił szybę. Gracz z Por­nic nie lubił prze­ciągów. Za­pro­te­sto­wał. Tam­ten się za­parł. I zno­wu „psze­pa­na”, „psze­pa­na, mówię prze­cież”, „ależ psze­pa­na”, zaczęły fru­wać z jed­ne­go krańca prze­działu na dru­gi, cel­na, do­brze na­oli­wio­na broń i mar­ne lep­kie kul­ki rzu­ca­ne przez czy­tel­ni­ka „La Cro­ix” jak zgniłe jaja. Sy­tu­acja się za­ogniała, można rzec; ni­czym chłopcy, co wkładają ka­mie­nie do śnie­go­wej kuli, tak ci pa­no­wie wty­ka­li do swo­ich „psze­panów” per­fid­ne alu­zje, prze­past­ne szy­der­stwa, szpi­cza­ste za­czep­ki i lali kubły po­myj wszel­kiej złośliwości. Do ręko­czynów jed­nak nie doszło. Byt płaski zno­wu po­czuł, że to wszyst­ko wina ka­czu­szek i nie­prze­ma­kal­ne­go ka­pe­lu­sza, a po­nie­waż następny przy­sta­nek prze­rwał dys­kusję i wszyst­kie klu­ski w gębie plus ka­to­lik przed­wcześnie wy­sie­dli, byt płaski, zo­staw­szy sam, zadał so­bie z nie­po­ko­jem py­ta­nie: dla­cze­go? I tak so­bie po­wta­rzał „dla­cze­go, dla­cze­go” w rytm pociągu. Na następnej sta­cji wy­siadł.

Po nie­unik­nio­nej prze­py­chan­ce przy wyjściu skie­ro­wał się do swe­go do­mo­stwa, prze­ska­kując kałuże i potrącając ka­mie­nie ściętym czub­kiem półbuta. Po dwu­dzie­stu mi­nu­tach uciążli­we­go mar­szu stanął przed skrzy­piącą furtką. Kota nie było. Za­mknął furtkę i prze­był czte­ry stop­nie po­de­stu.

Te­raz jest w ja­dal­ni. Wszyst­ko wy­da­je się na swo­im miej­scu. Chłopiec o podkrążonych oczach po­wo­li za­my­ka Obronę So­kra­te­sa, gdzie scho­wał zdjęcie, które woli kon­tem­plo­wać w sa­mot­ności. Uno­si czy­ste czoło, ciężkie od roz­ma­itych sprośności. Żona wno­si zupę.

Uważa, że on jakoś dziw­nie wygląda.

– Jakoś dziw­nie wyglądasz, jakiśtam – mówi do nie­go.

Rze­czy­wiście jakoś dziw­nie się czu­je.

– Tak, jakoś dziw­nie się czuję, jakaśtam – od­parł.

Chłopiec w pośpie­chu pochłania zupę. Stuk, stuk łyżką o dno ta­le­rza. Byt płaski zbie­ra od­wagę w dwie ręce, dwie ręce, które czu­je na końcu ra­mion; zbie­ra się na od­wagę, czy­li ją wy­twa­rza. Z nagłym wysiłkiem za­czy­na:

– Wy­obraź so­bie, że dzi­siaj za­trzy­małem się przed skle­pem ka­pe­lusz­ni­ka, tym na lewo, jak się wy­cho­dzi z Ban­ku. Na wy­sta­wie leży coś bar­dzo cie­ka­we­go. Nie­prze­ma­kal­ny ka­pe­lusz.

Chłopiec cze­kający na dal­szy ciąg (posiłku) słucha uważnie.

– Na­la­li do środ­ka wody, żeby udo­wod­nić, to zna­czy po­ka­zać, że jest nie­prze­ma­kal­ny, włożyli dwie ka­czusz­ki.

Ro­dzi­na na chwilę się sku­pia. Żona pyta:

– Dwie ka­czusz­ki?

Byt płaski po­twier­dza, zmie­sza­ny:

– Tak, dwie małe ka­czusz­ki, z gumy.

Ogar­nia go złość; ta głupia hi­sto­ria za­wsze źle się kończy; co za dzi­wacz­ny po­mysł, żeby spoj­rzeć na tę wi­trynę. A do tego mały otwie­ra usta i oświad­cza:

– Leżą tam co naj­mniej od dwóch lat.

Płaski tato nie wie, co po­wie­dzieć. Po­dają klu­ski. To zna­czy ko­bie­ta po­da­je. Dziś wieczór nie ma mięsa. Po­tem bez wstępu mówi, że sąsiad zabił im kota. Kto, nie wia­do­mo.

Gdzie on te­raz jest?

Tru­pa za­brała sta­ra mat­ka Ty­ran. Jest bar­dzo bied­na; chciała mieć skórkę. Zna­lazła go pod mu­rem ka­wiar­ni Hi­po­li­ta. Z kulą w głowie.

Płaski nie za­mie­rza tego puścić płazem, nikt nie będzie za­bi­jał mu kota; za­cie­trze­wia się jak psze­pa­no­wie w pociągu. Po­tem zno­wu opa­da. Za­raz położy się spać. Dziw­nie się czu­je. Tej nocy będzie się ko­chał z żoną. Chłopczyk na­to­miast po­wstrzy­ma się od po­lu­cji, ju­tro klasówka z ma­te­ma­ty­ki, a jak to robi wie­czo­rem, za­wsze na­za­jutrz ma pe­cha.

*

Ob­ser­wa­tor coś tam pi­tra­si; sam jesz­cze nie bar­dzo wie co. Ale się przy­go­to­wu­je; albo będzie da­lej stu­dio­wał wyłuski­wa­nie tam­te­go z tłumu, bo tak to na­zy­wa, albo po­szu­ka so­bie ja­kie­goś in­ne­go przy­pad­ku, równie bez zna­cze­nia i pożytku. Po roz­pa­trze­niu roz­ma­itych opcji wy­bie­ra per­no­da i syl­wetkę. By­stro i na wskroś świa­do­mie spoglądając na wszyst­kie mi­ja­ne oso­by, kie­ru­je się na sta­no­wi­sko. Po dro­dze spo­ty­ka bra­ta, którego od daw­na nie wi­dział; mówi, że bar­dzo się śpie­szy, jest bar­dzo zajęty i wy­zna­cza mu spo­tka­nie o północy. Wresz­cie osiąga je­den ze swo­ich celów: jego miej­sce jest wol­ne; ast­ma­tyk zajął sąsied­ni sto­lik. Bar­dziej na południe młodzie­niec od pasz­por­tu, mar­kot­ny, tkwi sa­mot­nie. W na­dirze pet, w ze­ni­cie prążko­wa­na tka­ni­na, bo tro­skli­wy właści­ciel przy­go­to­wu­je klien­tom prysz­nic z per­fid­nych kro­pli, które za sprawą owej po­zor­nej osłony spadną im pro­sto za kołnie­rze.

Bu­rza się ociąga; byt płaski również, bo dokład­nie tego dnia ma nad­go­dzinę. Wresz­cie po­je­dyn­cze kro­ple spa­dają na as­falt. Ob­ser­wa­tor, za­wie­dzio­ny wyjściem o szóstej, trwa na po­ste­run­ku. Czte­ry, pięć, sześć kro­pli wody. Lu­dzie, chro­niąc czu­pry­ny, unoszą no­cha­le. Opis bu­rzy w Paryżu. La­tem. Jed­ni spłosze­ni ru­szają ga­lo­pem; inni sta­wiają kołnie­rze kur­tek; z czym wyglądają dość za­dzior­nie. Za­czy­na cuchnąć błotem. Wie­le osób rozsądnie szu­ka, gdzie by się schro­nić; kie­dy już leje jak z ce­bra, widać tyl­ko czar­ne gro­na przy­cze­pio­ne do bram domów, ni­czym małże ob­le­piające słupy mola. Ka­wiar­nie tłuką kasę. Siódma. Doj­dzie do spóźnień na tram­wa­je, au­to­bu­sy i pociągi, da­nia się przy­palą, spo­tka­nia nie odbędą. Kil­ka pre­ten­sjo­nal­nych grzmotów po­zo­ru­je burzę. Lu­dzie ucze­nie głoszą, że się za­po­wia­dało, że te­raz po­wie­trze się oczyści i że taki desz­czyk od cza­su do cza­su do­brze robi, i że to nie po­trwa długo.

Ob­ser­wa­tor do­pusz­cza do sie­bie pu­ste słowa, z których nic nie wy­ni­ka prócz praw­dy; stwier­dza z go­ryczą, że po­dob­ne banały do­sko­na­le pa­sują do rze­czy­wi­stości. Obec­na rze­czy­wi­stość dokład­nie tyle właśnie po­trze­bu­je. A syl­wet­ka wca­le nie wy­cho­dzi. A jed­nak: do­strze­ga ją na podeście przed Ban­kiem, cier­pli­wie cze­ka, aż deszcz usta­nie: zresztą to już nie syl­wet­ka, tyl­ko byt płaski. Pod­ska­ku­je; deszcz usta­je; byt płaski za­czy­na biec w stronę me­tra.

Ob­ser­wa­tor wsta­je, wy­cho­dzi, nie płacąc (prze­cież wróci), i podąża za ob­ser­wo­wa­nym. A ten scho­dzi do me­tra. Już jest na sa­mym dole schodów, za­raz przej­dzie przez bramkę. Na szczęście tam­ten ma bi­le­ty. Nad­jeżdża pociąg. Tłum się tłoczy! Byt płaski jest tam, w dru­gim wa­go­nie dru­giej kla­sy; ob­ser­wa­tor też; pierw­szy przed drzwia­mi z pra­wej, dru­gi przed wejścio­wy­mi.

Jaka dziw­na zmia­na, myśli ten dru­gi; ale nie trze­ba mu się tak przyglądać. Cie­ka­we, na której sta­cji wysiądzie. Tłum na­pie­ra; Sa­int-De­nis; za­raz prze­siad­ka.

Nowe prze­gru­po­wa­nie i Dwo­rzec Północ­ny. Do ja­kie­go pociągu wsiądzie, do oso­bo­we­go czy do przyśpie­szo­ne­go? Do tego o 19.31 czy do tego o 19.40? Trze­ba łokciem walnąć w brzuch za­wa­li­drogę; roz­dep­tać pan­to­fel­ki pew­nej uro­czej młodej da­mie, w prze­ciw­nym ra­zie prze­puścisz przyśpie­szo­ny, a jak się będziesz przyglądać tej ko­bie­cie, to i oso­bo­wy umknie ci sprzed nosa. Byt płaski spóźnia się tyl­ko na przyśpie­szo­ny; oso­bo­wy sta­le na nie­go cze­ka. Do­pa­da go. Tu­taj żad­nej ru­ty­ny, całkiem inne po­sta­cie, podróżni z siódmej to zupełnie inny świat niż ci z szóstej, do których przy­na­leży. Nie zna ani małego wąsa­cza w słomko­wym ka­pe­lu­szu w ząbki, jak­by chciał ugryźć zwa­li­ste­go sąsia­da drze­miącego z otwartą gębą, ani dwóch dziewczątek pogrążonych w lek­tu­rze po­wieści w ob­raz­kach, ani ma­mu­si z mal­cem wpa­trzo­nym w dwie mu­chy spółkujące na za­dra­pa­nym ko­la­nie, bo się wy­wa­lił jak długi na ru­cho­mych scho­dach na pla­cu Pi­gal­le, to ci do­pie­ro było, ani ja­snowłose­go młodzieńca wpa­trzo­ne­go w kra­jo­braz prze­su­wający się za oknem. Chy­ba wi­dział już tego młode­go człowie­ka w me­trze, ale nie jest pe­wien. Z roz­paczą myśli o swo­im za­mor­do­wa­nym ko­cie. Wy­li­cza w myślach wszyst­kie do­wo­dy uczu­cia, ja­ki­mi zwierzątko go ob­da­rzało. Prze­cież co­dzien­nie pod wieczór cze­kało na nie­go na mur­ku obok furt­ki. I jakiś by­dlak je zabił. Wy­obraża so­bie trup­ka, koci zewłok, matkę Ty­ran ściągającą skórę. Byt płaski jest obu­rzo­ny, jest zde­cy­do­wa­nie prze­ciw. Co oświad­cza so­bie bez ogródek.

Tra­ci do­tych­cza­sową kan­cia­stość cy­no­we­go żołnie­rzy­ka, jego kon­tu­ry miękną. Łagod­nie pęcznie­je. Doj­rze­wa. Ob­ser­wa­tor wi­dzi to wyraźnie, ale nie do­strze­ga żad­nej zewnętrznej przy­czy­ny. Na­prze­ciw­ko ma te­raz istotę o pew­nej kon­sy­sten­cji. Z cie­ka­wością spo­strze­ga, że ta isto­ta zdol­na do za­ist­nie­nia ma rysy lek­ko spięte. Co się z nią dzie­je? Na­prawdę wy­bor­na syl­wet­ka.

Ma­lec szep­cze coś do mat­ki; wszy­scy wiedzą, o co cho­dzi. Wąsaty człowie­czek nawiązuje dia­log z sąsia­dem; oświad­cza z na­mysłem, że bu­rza wi­siała w po­wie­trzu i że znacz­nie się przy­czy­niła do oczysz­cze­nia at­mos­fe­ry. Słuchacz przy­ta­ku­je. Po­tem za sprawą at­mos­fe­rycznych sko­ja­rzeń za­czy­na mówić  o podróżach w re­jo­nie stra­tos­fe­ry.

Pomiędzy dwie­ma sta­cja­mi, bez słowa wyjaśnie­nia, me­tro zwal­nia, a po­tem sta­je. Z okien gwałtow­nie wy­chy­lają się głowy; te po pra­wej muszą pod groźbą de­ka­pi­ta­cji na­tych­miast scho­wać się z po­wro­tem do sko­ru­py, bo nad­jeżdża pociąg w prze­ciw­nym kie­run­ku; z ogra­ni­czoną prędkością zresztą. Pew­nie jakiś wy­pa­dek. Spóźnie­nie może wy­nieść nie wia­do­mo ile. Wia­do­mość wpro­wa­dza do prze­działu pew­ne za­mie­sza­nie. Ma­lec ko­rzy­sta i wy­sia­da zro­bić siu­siu. Wąsaty tra­ci słucha­cza, który na do­bre za­pa­da w sen.

*

Nar­cen­se i Po­ti­ce idą za ko­bietą. Jest to zresztą główne zajęcie Po­ti­ce’a, który ko­lek­cjo­nu­je zdo­by­cze. Jak na człowie­ka zgod­ne­go i przy­ja­zne­go przy­stało, nie gar­dzi swo­imi bliźnimi i nie dręczy ich zbyt­nim za­in­te­re­so­wa­niem. Nie zno­si wiel­kich wy­da­rzeń mogących zakłócić jego działania. Teraźniej­szość wy­da­je mu się równie do­bra lub lep­sza niż przeszłość; nie ma o tym pojęcia, nie za­sta­na­wia się nad tym. Nie opłaku­je dal­szej przyszłości. Ko­lek­cjo­nu­je ko­biety.

Nar­cen­se jest ar­tystą; nie jest ma­la­rzem ani poetą, ani ar­chi­tek­tem, ani ak­to­rem, ani rzeźbia­rzem, jest mu­zy­kiem, a dokład­niej gra na sak­so­fo­nie; do tego w noc­nych lo­ka­lach. W chwi­li obec­nej jest zresztą na bru­ku i próbuje w miarę swych możliwości za­ro­bić na życie, ale mu się nie uda­je. Za­czy­na się nie­po­koić. Tego dnia, około czwar­tej, spo­tkał swo­je­go sta­re­go przy­ja­cie­la Po­ti­ce’a i ten pociągnął go za ko­bietą, którą wy­brał spośród tysiąca in­nych; wi­dział ją tyl­ko z tyłu; twarz jest nie­pew­na. Ry­zy­ko. Go­dzi­na piąta. Nar­cen­se i Po­ti­ce są praw­dzi­wy­mi paryżana­mi. Za ko­bietami cha­dzają o piątej.

Wspo­mnia­na pani idzie szyb­ko, ener­gicz­nym kro­kiem. Te­raz wsia­da do tram­wa­ju. Do ósem­ki. Kie­ru­nek: Dwo­rzec Wschod­ni. Nar­cen­se i Po­ti­ce biegną za tram­wa­jem. Auta suną za nimi. W tram­wa­ju pani sia­da z zamyśloną miną. Za­to­pio­na w myślach, na ni­ko­go ani na nic nie pa­trzy, ni­kim ani ni­czym się nie in­te­re­su­je. Po pro­stu sie­dzi, na ko­la­nach trzy­ma pacz­ki. Nie tyle ładna, ile piękna; Nar­cen­se i Po­ti­ce patrzą na nią z po­dzi­wem.

Na pętli, równie ener­gicz­nie, kie­ru­je się w stronę Dwor­ca Północ­ne­go. Po dro­dze coś ku­pu­je. Po­ti­ce próbuje nawiązać roz­mowę, ale próba kończy się nie­po­wo­dze­niem.

Przed Dwor­cem Północ­nym dali się wy­prze­dzić. Roz­dzie­la ich po­tok sa­mo­chodów. Pani go­to­wa zniknąć. Za­czy­nają prze­kli­nać. Czy to aby od­po­wied­nia pora? Przyśpie­szają, dają nura między bagażowe wózki i au­to­bu­sy, usko­czy­li raz, dru­gi. Pani mignęła na pe­ro­nie 31, wy­pa­trzył ją Nar­cen­se. Ru­sza bie­giem, usta­la linię, bie­rze od­po­wied­ni bi­let (Po­ti­ce zo­stał z tyłu); stoi na pe­ro­nie i wy­pa­tru­je w prze­działach. W tym kom­plet, w tym też i w tym. Ona jest tam. W kącie zo­stało jesz­cze trochę miej­sca. Wska­ku­je lek­ko za­dy­sza­ny. Ko­bie­ta pa­trzy przed sie­bie nie­widzącym wzro­kiem. Wygląda na bar­dzo zmęczoną. Nar­cen­se za­sta­na­wia się, co się stało z Po­ti­ce’em. Spogląda przez okno, ale ni­ko­go nie wi­dzi. Pociąg ru­sza. Pani wy­sia­da w Obon­ne. Nar­cen­se też. Na uli­cy jest dużo lu­dzi. Nar­cen­se boi się ry­zy­ko­wać. Niby pod­cho­dzi, ale się cofa. Tak czy in­a­czej, pod furtkę nie­wiel­kie­go domu do­cie­ra sam. Kręci się trochę, pa­trzy na dom, nie­do­kończo­ny albo częścio­wo już ro­ze­bra­ny. Bar­dzo mu się po­do­ba. Taka piękna ko­bie­ta musi miesz­kać w ory­gi­nal­nej bu­dow­li. W tym cza­sie piękna ko­bie­ta, bar­dzo zmęczo­na, obie­ra ce­bulę.

Nar­cen­se nie opusz­cza po­ste­run­ku, drep­cze w miej­scu, nie wie, co robić. Na szczęście kon­kret­ne wy­da­rze­nie zewnętrzne pod­su­wa mu wyjście. Spa­da ulew­ny deszcz. Ru­sza za­tem bie­giem w stronę naj­bliższe­go schro­nie­nia. Ja­kieś bi­stro.

Wyglądam dzi­siaj jak królik, myśli. Uga­niać się cały dzień. Królik, co gra na małym bęben­ku. Jaka piękna ko­bie­ta! Co za fi­gu­ra! Roz­bie­ra ją, z roz­tar­gnie­niem za­ma­wiając li­kier ka­wo­wy, i właśnie za­mie­rza ukąsić ją w pierś, nie w lewą, tyl­ko w prawą, kie­dy od sąsied­nie­go sto­li­ka do­bie­ga go jakiś głos.

– W Szan­gha­ju jest naj­większy bar na świe­cie… Znam wszyst­kie bur­de­le w Val­pa­ra­iso… Kie­dyś płynąłem na pa­row­cu prze­wożącym tru­py Chińczyków… Za pierw­szym ra­zem, miałem szes­naście lat, zaciągnąłem się do Au­stra­lii. W Syd­ney o mało mnie nie zabił taki wiel­ki Szwed, który… Wsa­dzi­li mnie na trzy lata o za­ostrzo­nym ry­go­rze. Jakoś wy­lazłem… Za mie­siąc zno­wu płynę na Pa­cy­fik. W Val­pa­ra­iso mam taką ko­bitkę…

Nar­cen­se wy­do­by­wa się na jawę i pa­trzy; osob­nik jest zupełnie ni­ja­ki, ale ma ma­ry­narską bluzę i czapkę ze skórza­nym dasz­kiem. Trzech miej­sco­wych młodzieńców sie­dzi obok i słucha jego opo­wieści. Na zewnątrz wciąż pada. Właści­ciel bi­stra głośno wy­cie­ra nos, prze­cie­ra cyn­ko­wy blat i ma ochotę coś po­wie­dzieć. Inne sto­li­ki są pu­ste, tyl­ko je­den w głębi jest zajęty przez ja­kie­goś smu­ta­sa. Ma­ry­narz nie prze­sta­je nada­wać. Po­tem uzna­je za sto­sow­ne włączyć szafę grającą.

Nar­cen­se, skołowa­ny, zo­sta­wia na sto­li­ku drob­ne i wy­cho­dzi.

*

Dzie­ciak był fałszy­wy i sa­mot­ny. Bywał pry­mu­sem, ale nie­raz nie wahał się spaść na ostat­nie miej­sce, jeśli zmu­szały go do tego pew­ne nie­po­ko­je. Taty nie miał nig­dy; zginął na woj­nie, słyszał, ale do­brze wie­dział, że jest z nie­pra­we­go łoża. Jego mat­ka w po­czu­ciu winy pra­co­wała, żeby go wy­cho­wać. Po­tem wyszła za bar­dzo młode­go człowie­ka i pra­co­wała da­lej. Chłopak wszyst­ko to wie­dział; nikt nic mu nie mówił, ale po­wo­li, su­mien­nie od­two­rzył so­bie całą tę hi­sto­rię. Zresztą wca­le go nie ob­cho­dziła.

Z wyjątkiem roz­ko­szy, ja­kim się od­da­wał w sa­mot­ności, pochłaniających znaczną część jego wol­ne­go cza­su, ni­cze­go spe­cjal­nie nie lubił, ni­cze­go nie zbie­rał, czy­tał mało.

Tego wie­czo­ra sie­dział jak zwy­kle i uczył się, cze­kając na powrót oj­czy­ma, który właśnie tego wie­czo­ra się spóźniał. Zdu­mie­wające. Mat­ka cho­dziła w tę i z po­wro­tem, z ja­dal­ni do kuch­ni i tak da­lej. „Dla­cze­go twój oj­ciec nie wra­ca, jak to możliwe? Mu­siało się coś stać. Już od go­dzi­ny nie słyszałam   pociągu”. Zupełnie się tym nie przej­mo­wał. Próbował za­pa­miętać, że odcięta jest pio­no­wa, a rzędna po­zio­ma. Nie mógł się tego na­uczyć. Con­stant się bo­czy, bo mu nie oddał fot­ki Mar­le­ny Die­trich. Iść tak so­bie sa­me­mu na Błękit­ne­go anioła. Ta myśl pod­nie­ca go nie­możeb­nie. Wie, że na początku wszyst­ko dzie­je się w szko­le i ucznio­wie po­ka­zują so­bie zdjęcie; ta ko­bie­ta śpie­wa i sta­le jest ro­ze­bra­na, po­wie­dzie­li mu ta­kim to­nem, że, no, prze­cho­dzi ludz­kie pojęcie.

– Na pew­no coś się stało. Może byś po­szedł na dwo­rzec? Pew­nie jakiś wy­pa­dek.

Szyb­ko wsta­je. W ogródku bie­rze głęboki od­dech. Wil­got­no i ciepło. Zie­mia jest mo­kra. Trochę się świe­ci. Księżyc w trze­ciej kwa­drze. Przygląda mu się i przy­po­mi­na so­bie, że kie­dy był mały, myślał, że to odcięta głowa ja­kie­goś ol­brzy­ma. To wspo­mnie­nie go pe­szy. Robi dwa kro­ki w ciem­ności. Nie­do­rzecz­ne, ale trochę się boi. Na­gle za ogro­dze­niem do­strze­ga mężczyznę. Nie­ru­cho­mie­je w mro­ku; po­wo­li za­czy­na odróżniać kształty. Tak, jakiś mężczy­zna; głowę, można po­wie­dzieć, wsunął między pręty ogro­dze­nia; nie­sa­mo­wi­te, jesz­cze gotów je roz­sunąć czołem; oczy błyszczą mu strasz­nie, usta ma na wpół otwar­te. Jak­by coś nim potrząsało. Chłopak z ukry­cia wi­dzi go bar­dzo do­brze; nie może ode­rwać oczu! Furt­ka trzesz­czy i trzesz­czy pod na­po­rem roz­pacz­li­wie sa­mot­ne­go ciała. Mężczy­zna głęboko wzdy­cha, a po­tem za­wzięcie prze­kli­na ści­szo­nym głosem: „cho­le­ra ja­sna, cho­le­ra ja­sna”, jak­by od­ma­wiał nie­kończącą się li­ta­nię. Chłopca na­gle ogar­nia ocho­ta, żeby tak po­li­czyć, ile razy tam­ten powtórzył słowo cho­le­ra; myśl jed­nak przy­cho­dzi za późno, tak jak w nocy, kie­dy się chce po­li­czyć ude­rze­nia ze­ga­ra, ale nie wia­do­mo, kie­dy się roz­poczęły. „Cho­le­ra ja­sna, cho­le­ra ja­sna”. Te­raz mówi już zupełnie głośno, jak­by w tran­sie, potrząsa prętami furt­ki, ude­rza w nią ryt­micz­nie całym ciałem. Na­gle z jego sze­ro­ko otwar­tych ust wy­do­by­wa się prze­ciągły jęk „ja­snaaaaaa” i opa­da mu głowa. Przez kil­ka chwil stoi nie­ru­cho­mo z głową na prętach siat­ki, strącając czołem trochę łuszczącej się far­by. Po­tem na­gle od­cho­dzi.

Chłopak nie wie, co myśleć. Bie­gnie do furt­ki, wi­dzi, jak fa­cet zni­ka w mro­ku. Otwie­ra furtkę. Do­brze od­gadł. Furt­ka jest po­pla­mio­na. No tak, z tego miej­sca wyraźnie widać wnętrze kuch­ni, mat­ka sie­dzi, pil­nu­je, żeby się nie przy­pa­liło. Nie ma na to spo­so­bu. Chłopiec wi­dzi, że mat­ka jest bar­dzo piękna. Po­tem przy­po­mi­na so­bie, gdzie miał iść. Bie­gnie na dwo­rzec. W tej sa­mej chwi­li nad­jeżdża pociąg. Z trzy­go­dzin­nym opóźnie­niem. Oj­ciec na pew­no jest w środ­ku. Na­gle za­czy­na się śmiać. „A jak tatuś zo­ba­czy tę furtkę?”.

*

Po te­le­fo­nie do bra­ta, że wy­bie­ra się na kil­ka dni na wieś  i dla­te­go ich spo­tka­nie dziś w nocy o północy jest nie­ak­tu­al­ne, ob­ser­wa­tor głodny jak wilk usiadł przy mar­mu­ro­wym sto­li­ku lep­kim od tłuszczu, na który rzu­co­no łyżkę, wi­de­lec, szklankę, nóż, sol­niczkę, chy­ba ni­cze­go nie za­po­mniałem, nóż, sol­niczka, łyżka, wi­de­lec, szklan­ka, ach! i nie­wy­szczer­bio­ny ta­lerz. Mimo późnej pory po­dob­nie wy­po­sażono sąsied­ni sto­lik i jego po­sia­dacz śmiało so­bie nań po­czy­nał. Wymiótł wszyst­ko do czy­sta, pod­niósł nos znad ta­lerza i prychnął, patrząc na klien­ta:

– Strasz­nie dzi­siaj późno, ale to­wa­rzy­stwo! – Klient z roz­tar­gnie­niem oglądał zdjęcie pa­row­ca na pierw­szej stro­nie ga­ze­ty. – To ci do­pie­ro ka­ta­stro­fa – wy­krzyknął żarłok, nie zwra­cając się do ni­ko­go w szczególności. – Przy­po­mi­na mi, jak za­tonęła Cly­te­mne­stre w za­to­ce pod Sin­ga­pu­rem. Do­pie­ro się działo! Pasażero­wie się roz­dep­ty­wa­li, żeby wsiąść do łodzi ra­tun­ko­wych. Ka­pi­tan stał z re­wol­we­rem w ręce i, pif, paf!, strze­lał do mężczyzn, co się próbo­wa­li we­drzeć do łodzi przed ko­bie­ta­mi. Tak, psze­pa­na, pif-paf, pro­sto w łeb!

– Ale cham – mruknął do sie­bie ob­ser­wa­tor.

Ma­ry­na­rza na chwilę za­tkało, ale po­tem od­zy­skał werwę:

– Co praw­da, to praw­da, strasz­ny był z nie­go cham. Pew­ne­go dnia dał mi, za prze­pro­sze­niem, po gębie. A ta­kie­go Le To­uche­ca za­wsze kopał, za prze­pro­sze­niem, w dupę. – I po pięciu mi­nu­tach: – W Szan­gha­ju jest naj­większy na świe­cie bar… Znam wszyst­kie bur­de­le w Val­pa­ra­iso…

Nie dane mu jest do­trzeć do swo­jej ko­bit­ki w Chi­le, bo w tej właśnie chwi­li wszedł jakiś mężczy­zna i zażądał ko­la­cji. Zda­rze­nie to spra­wia, że w knajp­ce za­pa­da ci­sza. Nowo przy­były wyglądał dziw­nie. Jego po­kry­te błotem buty świad­czyły, że długo się błąkał po działkach. Na czo­le prze­ciętym dawną blizną miał plamę od rdzy. Opadł na krzesło. Właści­ciel położył przed nim przy­bo­ry do je­dze­nia i nowo przy­były zaczął skro­bać czub­kiem noża blat sto­li­ka. Zgrzy­tało.

– Psze­pa­na – mówi ma­ry­narz – zęby mnie od tego bolą.

Nowy gość prze­stał bez słowa. Pa­tron spoj­rzał na ma­ry­na­rza, znacząco zmrużył oko. Za­sko­czyło to ob­ser­wa­to­ra, który za­py­tał ści­szo­nym głosem:

– Zna go pan?

– Nie, ale tak mi cho­dzi po głowie, że nie byłby za­do­wo­lo­ny, gdy­by go za­py­tać, co robi. Przy­szedł tu­taj po południu. Nie było go z go­dzinę. A te­raz zja­wił się zno­wu i jakoś dziw­nie wygląda. Jak­by co, mógłbym chy­ba za­wia­do­mić po­licję.

Jesz­cze je­den, co chce mieć zdjęcie w ga­ze­cie za fri­ko. Właści­ciel da­lej wy­mie­niał znaczące spoj­rze­nia z ma­ry­na­rzem, który w za­du­mie dłubał w uzębie­niu własnym scy­zo­ry­kiem. Ob­ser­wa­to­ra ogarnęło bez­brzeżne obrzy­dze­nie. Tam­ten ni­cze­go nie do­strze­gał.

Mężczy­zna wstał, pod­szedł do tam­te­go i po­wie­dział:

– Piotr Wiel­ki.

– Proszę bar­dzo.

– Po­zwo­li pan?

– Proszę bar­dzo, Nar­cen­se.

– Bar­dzo mi miło.

Uścisk dłoni.

– Nie znam wi­doków równie żałosnych – zaczął któryś – jak te pi­ja­ne stat­ki, co się za­le­wają w przy­drożnych knaj­pach; nie znam nic równie pa­skud­ne­go jak wi­dok właści­cie­la knaj­py, którego je­dy­nym ce­lem w życiu jest szpie­go­wa­nie, nie­ustan­ne szpie­go­wa­nie, aż wresz­cie na­wi­nie się jakiś zbrod­niarz  i w końcu będzie się mógł przysłużyć społeczeństwu, do­nosząc na nie­go po­li­cji. Są tu obaj: za­mor­ski przygłup i miej­sco­wy kapuś; ich spo­tka­nie wywołuje ta­kie wrażenie, jak­by człowie­ko­wi ktoś wpy­chał do gardła gąbkę z atra­men­tem.

– Wie pan – mówi Nar­cen­se – ja nie je­stem pierw­szym lep­szym zbrod­nia­rzem. Nie popełniłem żad­nej zbrod­ni, mimo że mam zabłoco­ne buty. W grę wcho­dzi naj­wyżej ob­ra­za do­brych oby­czajów.

Mil­cze­nie.

– Jest pan bar­dzo wrażliwy, pa­nie Wiel­ki. Ja widzę to in­a­czej. Zupełnie in­a­czej. Ten ma­ry­narz jest bar­dzo za­baw­ny, cho­ciaż jego hi­sto­rie trącą nie­co myszką. Po­wta­rza się. Ale czy pan się nie po­wta­rza? Któż się nie po­wta­rza? Jest po pro­stu mniej zręczny niż inni, to wszyst­ko. Lubię ma­ry­narzy. Po­do­bają mi się, ich życie, mają coś ta­kie­go w oczach. Co do mnie, rzad­ko opusz­czam Paryż. Sam pan wi­dzi. Ale lu­dzie, którzy wi­dzieli tyle różnych kra­in, wra­cając do ro­dzin­ne­go mia­sta, przy­noszą z sobą…

– Jed­na wiel­ka bzdu­ra.

– Dziękuję – mówi Nar­cen­se. – Mówię panu, że ten tu szyn­karz wca­le mi się nie po­do­ba. Jak to nad­sta­wia uszu, żeby usłyszeć, co mówię. W ogóle to pod­miej­skie bi­stro jest dość dziw­ne! Która go­dzi­na? Dzie­siąta trzy­dzieści. Proszę spoj­rzeć. Z tym ma­ry­na­rzem to zresztą praw­da. Po cho­lerę się włóczyć tak da­le­ko? Mnie to bi­stro wy­da­je się wspa­niałe i tra­gicz­ne.

Półksiężyc za szybą. Właści­ciel, który uda­je, że drze­mie za ladą, a w rze­czy­wi­stości nad­sta­wia uszu. Ma­ry­narz wy­cho­dzi. Dzwo­nek. Wy­chu­dzo­ny pies, bar­dzo cie­ka­wy pies, uno­si głowę, po­tem zno­wu opusz­cza. Jakiś ko­le­jarz wcho­dzi na kawę, ma być do­brze gorąca i za­kra­pia­na; po­tem wra­ca do pra­cy, ale naj­pierw za­mie­nia kil­ka słów o wy­pad­ku z właści­cielem. Przed chwilą grał gra­mo­fon. Było to wzru­szające. Prze­pra­szam, ale nie do­sta­je mi scep­ty­cy­zmu. Po­nad­to nie je­stem fi­lo­zo­fem. Nic z tych rze­czy. Tyl­ko od cza­su do cza­su, ot, tak so­bie, jakaś zupełnie po­spo­li­ta rzecz wy­da­je mi się piękna i chciałbym, żeby trwała wiecz­nie. Chciałbym, żeby to bi­stro i ta za­ku­rzo­na lam­pa Maz­dy, i ten pies, co śni na mar­mu­rze, a na­wet sama ta noc – żeby były wiecz­ne. A prze­cież ich naj­większą za­letą jest właśnie to, że ta­kie nie są.

– Na­prawdę nig­dy pan nie cier­pi?

– Daw­niej w moim życiu były ko­bie­ty. Te­raz jest jed­na. Do­pro­wa­dza mnie do roz­pa­czy.

– Wspo­mi­nał pan przed chwilą o ob­ra­zie mo­ral­ności.

– Co z tego? Panu się nig­dy nie zda­rzają po­dob­ne rze­czy? Myśli pan, że mam jesz­cze pociąg do Paryża?

– Proszę pana! (właści­ciel de­mon­stra­cyj­nie po­chra­pu­je). O której naj­bliższy pociąg do Paryża?

– Co ta­kie­go?… Dwu­dzie­sta dru­ga czter­dzieści sie­dem.

– Prze­pra­szam, muszę wra­cać do Paryża. A pan tu­taj miesz­ka?

– Nie, w Paryżu, ale spędzę tu­taj kil­ka dni. Ob­ser­wuję pew­ne­go człowie­ka.

– Coś po­dob­ne­go. Pan jest pi­sa­rzem?

– Nie. Po­sta­cią.

– Do wi­dze­nia, pa­nie Wiel­ki.

– By­waj, Nar­cen­se.

*

Na pe­ro­nie cze­kało mnóstwo istot ludz­kich, całkiem czar­nych. Wyglądało to jak lep na mu­chy. Dzień, nie­co przy­mu­lo­ny, jesz­cze na do­bre nie wstał. Po­wie­trze, cu­dow­nie oczysz­czo­ne w nocy, zno­wu za­czy­nało lek­ko podśmier­dy­wać. Z każdą chwilą rosła licz­ba ocze­kujących. Jed­ni z tru­dem otwie­ra­li oczy skle­jo­ne snem; inni wy­da­wa­li się bar­dziej przygnębie­ni niż zwy­kle. Wie­lu było w do­brej for­mie. Pra­wie każdy trzy­mał w ręku ga­zetę. Ta ob­fi­tość pa­pie­ru nic nie zna­czyła.

Przed lam­piar­nią cze­kała też isto­ta o oso­bli­wym kształcie; miała, co praw­da, by tak rzec, za­le­d­wie mi­ni­mum głębi prze­wi­dzia­nej dla osob­ników dwuręcznych, ale ten, co ją wi­dział za­le­d­wie kil­ka dni wcześniej, był zdzi­wio­ny, że tak szyb­ko na­bie­ra trójwy­mia­ro­wości. Osob­nik ten również czy­tał ga­zetę, „Ga­ze­ta”. Piątek. Prze­bie­ga wzro­kiem po­li­tykę, kro­nikę wy­padków; dłużej za­trzy­mu­je się na spo­rcie, co nie­co za­cie­ka­wia młode­go człowie­ka, który go bacz­nie ob­ser­wu­je. Po­tem su­mien­nie stu­diu­je pro­gram ty­go­dnia. Rzut okiem na ru­brykę drob­nych ogłoszeń, pięć mi­nut dwa­naście se­kund! Skończył ga­zetę.

Przy dźwiękach swo­jej zwykłej pio­sen­ki, tu­tut­te, pociąg ma­je­sta­tycz­nie wjeżdża na pe­ron. Ga­ze­ty się zwi­jają, a ich właści­cie­le dziel­nie nur­kują w groźny wir; każdy sta­ra się zdo­być to samo miej­sce co zwy­kle. Kie­dy wszy­scy się upy­chają, po­jem­nik zo­sta­je za­mknięty. I zno­wu pociąg mknie wesoło w stronę wiel­kie­go mia­sta (zba­cza­nie na na­syp su­ro­wo wzbro­nio­ne).

Osob­nik o zmniej­szo­nym stop­niu re­al­ności pa­trzy na kra­jo­braz. Ob­li­cza, ile to już razy mógł wi­dzieć tę fa­brykę, i dzi­wi się, że dotąd nie za­uważył ba­ra­ku z de­sek FRYT­KI, nie­co da­lej. Zupełnie jak te ka­czusz­ki, myśli. Na­gle wpa­da mu do głowy myśl zupełnie nie­zwykła: któregoś dnia pójdzie so­bie na fryt­ki do tego ba­ra­ku. Przez chwilę za­sta­na­wia się z nie­po­ko­jem, czy FRYT­KI to nie jest cza­sem czy­jeś na­zwi­sko: państwo Fryt­ki. Ta myśl go rozśmie­sza.

Pe­wien pan w kącie za­uważa jego uśmiech. Z ja­kie­go po­wo­du? Prze­cież po­przed­nie­go wie­czo­ra był taki spięty! Z in­ne­go miej­sca opasły wo­rek kar­to­fli również za­uważa ten uśmiech. Jesz­cze je­den świr, stwier­dza. Niedługo wyląduje w domu wa­riatów. Le­ciut­ko trąca nogą stopę swe­go vis-à-vis, który wy­sta­wia nos ze szma­ty za­pew­niającej mu jed­no­cześnie oby­czaj­ność i ochronę przed wy­zie­wa­mi prze­mysłowy­mi i zręcznym skrętem szyi wska­zu­je mu świra. Wy­mie­niają uśmie­chy. Znają istotę na poły rze­czy­wistą i isto­ta na poły rze­czy­wista zna ich. Wy­mie­nia­li prze­cież: dzieńdo­bry­pa­nu­cosłychaćdziśra­now­szyst­kow­porządku­aco­upa­na­ra­nek­ma­mychłod­ny­ale­niedługo­zro­bi­sięgorąco. Z bie­giem pociągu sie­dzi kra­wiec, bro­da­ty i krótkow­zrocz­ny, który zro­bił majątek na na wskroś fran­cu­skich woj­sko­wych płasz­czach; ma dużo dzie­ci i uważa, że ze względu na ich przyszłość (tych dzie­ci) musi jeździć trze­cią klasą. Po­sia­da też sa­mochód, ale tyl­ko na nie­dzielę; żeby po­wo­zić dzie­ciaki. A że le­d­wo wi­dzi, lu­dzie złama­ne­go gro­sza nie dają za te dzie­ciaki. Nie da­lej jak wczo­raj sta­ra­no­wał ba­rierkę w przejściu na wy­so­kości Wiel­kiej Ob­wod­ni­cy.

– Na szczęście do­brze pro­wadzę. W prze­ciw­nym ra­zie, mój dro­gi, to byłaby ka­ta­stro­fal­na ka­ta­stro­fa. Gdy­bym nie za­cho­wał zim­nej krwi, zginęlibyśmy wszy­scy w strasz­nym, strasz­li­wym wy­pad­ku, ale za­cho­wałem zimną krew – wali w udo pana jadącego w prze­ciw­nym kie­run­ku – ha, ha, ha, ha.

Pan, który je­dzie w prze­ciw­nym kie­run­ku i który sza­nu­je kraw­ca, uśmie­cha się z po­dzi­wem. Ob­ser­wa­tor spogląda na nich wszyst­kich dzi­kim wzro­kiem. Na poły rze­czy­wi­sty prze­stał się uśmie­chać; hołubi w so­bie myśl, że kie­dyś wy­bie­rze się na fryt­ki. Którego dnia? Tak na­prawdę to może tyl­ko w so­botę po południu. A co pomyśli żona o tej cen­nej ini­cja­ty­wie? Na pew­no się zdzi­wi. Nie po­tra­fi jej tego wytłuma­czyć. A więc albo tego nie zro­bi, albo zro­bi to po kry­jo­mu, po­wie jej, że miał nad­go­dzi­ny. Bar­dzo nie lubi kłamać. Te­raz wyraźnie zmar­kot­niał. Marsz­czy czoło, za­ci­ska usta.

– Kie­dy miałem sie­dem lat, pra­co­wałem u swo­je­go ojca po dzie­sięć go­dzin dzien­nie, han­dlo­wał za­stawą stołową. I so­lid­nie do­sta­wałem w skórę, jak coś stłukłem, może mi pan wie­rzyć. Tak byłem wy­cho­wa­ny i się nie skarżę. Te­raz są zupełnie inne cza­sy!