PS Kocham Cię na zawsze - Cecelia Ahern - ebook + audiobook

93 osoby właśnie czytają

Opis

„PS Kocham Cię” to niekwestionowany numer 1 wśród książek (i filmów) poświęconych miłości powstałych w XXI wieku. Wreszcie powstała jej kontynuacja! Cecelia Ahern ponownie tworzy piękną i poruszającą historię o miłości „na zawsze” i o życiu, które nie jest bajką.

Akcja „PS Kocham Cię na zawsze” rozpoczyna się siedem lat po śmierci Gerry’ego. Jego żona Holly Kennedy poukładała swoje życie na nowo. Ma stabilną pracę i zamierza zamieszkać ze swoim nowym partnerem, Gabrielem. Ciara, siostra Holly, namawia ją do udziału w podcaście, w którym miałaby opowiedzieć o swoich doświadczeniach po śmierci Gerry’ego i o listach, które jej zostawił. Ta jednak obawia się powrotu do traumatycznych wydarzeń, które zostawiła już za sobą…

Fenomen „PS Kocham Cię” sprawił, że do dziś książki Ahern sprzedały się łącznie w ponad 25 milionach egzemplarzy. Wśród nich znalazła się m.in. bestsellerowa i głośna powieść „Love, Rosie”. Książka „PS Kocham Cię” doczekała się ekranizacji z Hilary Swank i Gerardem Butlerem w rolach głównych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 420

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Postscript

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Redakcja:Maria Śleszyńska

Korekta:Katarzyna Głowińska (Lingventa), Anna Sawicka-Banaszkiewicz, Renata Jaśtak

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© Anassia Art/Shutterstock

© sergio34/Shutterstock

© Ksenia Stash/Shutterstock

Copyright © Cecelia Ahern 2019

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019

© for the Polish translation by Anna Krochmal, Robert Kędzierski

ISBN 978-83-287-1274-4

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2019

FanomPS Kocham Cię z całego świata, z serdecznymi wyrazami wdzięczności

Prolog

Celuj w księżyc, a nawet jeśli chybisz, wylądujesz wśród gwiazd.

Te słowa wyryte są na nagrobku mojego męża. Często je powtarzał. Pełen radosnego optymizmu sypał takimi pozytywnymi, motywacyjnymi powiedzonkami, jakby były paliwem życia. Te pozytywne, dodające otuchy słowa na mnie nie działały. Póki nie umarł. Dopiero wtedy, gdy wypowiadał je do mnie zza grobu, zaczęłam je naprawdę słyszeć, czuć i rzeczywiście w nie wierzyć. Trzymałam się ich.

Przez okrągły rok po swojej śmierci mój mąż Gerry żył dalej, obdarowując mnie słowami w comiesięcznych listach niespodziankach. Jego słowa były wszystkim, co miałam; już nie wypowiadane, ale wciąż słowa, spisane z jego myśli, pochodzące z jego umysłu, z mózgu kontrolującego ciało o bijącym sercu. Słowa oznaczały życie. A ja je chwytałam, mocno zaciskałam palce na jego listach, aż bielały mi knykcie, a paznokcie wbijały się w skórę dłoni. Uczepiłam się ich, jakby były moim kołem ratunkowym.

Jest 1 kwietnia, godzina 19.00, a ja głupia upajam się nową jasnością. Wieczory stają się dłuższe, wiosna łagodzi ostatnie, nieprzyjemnie ostre ukąszenia zimy. Kiedyś bałam się tej pory roku; wolałam zimę, gdy wszędzie można się ukryć. Ciemność sprawiała, że czułam się, jakbym była schowana pod bandażem, zamazana, niemal niewidzialna. Uwielbiałam to. Celebrowałam krótkie dni i długie noce; ciemniejące niebo było jak odliczanie czasu do upragnionej hibernacji. Teraz patrzę w światło, które musi sprawić, bym nie została wessana z powrotem.

Moja przemiana przypominała natychmiastowy szok, jaki przeżywa ciało w lodowatej wodzie. W pierwszej chwili czujesz przemożną chęć, by z wrzaskiem z niej wyskoczyć, ale im dłużej pozostajesz pod powierzchnią, tym bardziej się przyzwyczajasz. Zimno, podobnie jak ciemność, może stać się czymś zwodniczo wygodnym, czego nie chcesz porzucić. Ale mnie się to udało; kopiąc nogami i zagarniając wodę rękoma, wydostałam się na powierzchnię. Wynurzyłam się ze zsiniałymi wargami, szczękając zębami, odtajałam i znów wróciłam do świata.

Dzień przechodzący w noc, zima przechodząca w wiosnę, miejsce, gdzie wszystko się zmienia. Cmentarz, uważany za miejsce ostatniego spoczynku, pod ziemią wcale nie jest spokojny. W grobach, w uścisku drewnianych trumien szczątki ulegają przeobrażeniu, sumiennie rozkładane przez naturę. Nawet spoczywając na cmentarzu, ciało ulega nieustannym przemianom. Beztroski śmiech dzieci gdzieś w pobliżu przecina ciszę; nie zdają sobie sprawy, że stoją na granicy światów, albo się tym po prostu nie przejmują. Żałobnicy milczą, ale nie ich ból. Rana może być w środku, ale słyszysz ją, widzisz, czujesz. Ból spowija ciała jak niewidzialna peleryna; czyni wszystko jeszcze cięższym, odbiera oczom blask, spowalnia kroki.

W dniach i miesiącach, które nastąpiły po śmierci mojego męża, szukałam z nim jakiejś nieuchwytnej, transcendentalnej więzi, desperacko pragnąc znów poczuć się dobrze z samą sobą. To było jak potworne pragnienie, które musi zostać zaspokojone. W te dni, w które jakoś funkcjonowałam, wrażenie jego obecności podkradało się do mnie od tyłu i klepało mnie w ramię – i nagle czułam nieznośną pustkę. Wypalone serce. Nigdy nieustający ból.

Chciał zostać skremowany. Jego prochy spoczywają w urnie wsuniętej w niszę w ścianie kolumbarium. Jego rodzice zarezerwowali miejsce obok niego. To puste miejsce w ścianie obok jego urny jest dla mnie. Czuję się, jakbym stała oko w oko ze śmiercią, którą tak chętnie bym powitała wtedy, gdy umarł. Byle tylko do niego dołączyć. Chętnie weszłabym do tej niszy, zgięłabym się jak akrobatka i objęła urnę z jego prochami swoim ciałem.

On jest w tej ścianie. Chociaż nie, nie ma go tutaj. Odszedł. Energia jest gdzie indziej. Jest rozproszonymi, rozsypanymi cząstkami materii wokół mnie. Gdybym mogła, posłałabym całą armię, by wyśledzić każdy atom i poskładać je z powrotem, ale wszyscy konni i wszyscy dworzanie… Uczymy się tego na samym początku, ale pojmujemy, co to znaczy, dopiero gdy nadejdzie koniec.

Mieliśmy przywilej nie jednego, lecz dwóch pożegnań; długo chorował na raka, a potem przez rok dostawałam jego listy. W głębi ducha wiedział, że dzięki temu będę mogła lgnąć do niego, do wspomnień; nawet po śmierci znalazł sposób, by stworzyć nowe wspomnienia. Magia. Żegnaj, ukochana, żegnaj raz jeszcze. To powinno było mi wystarczyć. I myślałam, że tak jest. Może to dlatego ludzie przychodzą na cmentarze. Po kolejne pożegnania. Może w ogóle nie chodzi o to, żeby się przywitać, lecz o pociechę pożegnania, rozstania w ciszy i spokoju, bez poczucia winy. Nie zawsze pamiętamy, jak się poznaliśmy, ale często pamiętamy nasze rozstania.

Jestem zaskoczona, że tu wróciłam, w to miejsce i do tego stanu umysłu. Od jego śmierci minęło siedem lat. Sześć lat od chwili, gdy przeczytałam jego ostatni list. I naprawdę zaczęłam żyć dalej, ale ostatnie wydarzenia wszystko zakłóciły, wstrząsnęły mną do głębi. Powinnam żyć przyszłością, ale czuję jakiś hipnotyczny przypływ, jak gdyby on sięgał ręką i ciągnął mnie do tyłu.

Przyglądam się nagrobkowi i po raz kolejny czytam jego powiedzonko:

Celuj w księżyc, a nawet jeśli chybisz, wylądujesz wśród gwiazd.

A więc to musi być właśnie takie uczucie. Bo tak zrobiliśmy, on i ja. Właśnie tam celowaliśmy. Chybiliśmy. To tutaj, wszystko to, co mam, wszystko, czym jestem, i to nowe życie, które zbudowałam przez ostatnie siedem lat bez Gerry’ego, musi być jak lądowanie wśród gwiazd.

1

TRZY MIESIĄCE WCZEŚNIEJ

– Cierpliwa Penelopa. Żona Odyseusza, króla Itaki. Poważna i gorliwa postać, oddana żona i matka. Choć niektórzy krytycy lekceważą ją jako symbol wierności małżeńskiej, Penelopa jest złożoną kobietą, która tka swe intrygi równie zręcznie, jak szaty. – Przewodnik tajemniczo zawiesza głos i przebiega wzrokiem po twarzach zaintrygowanych słuchaczy.

Gabriel i ja jesteśmy na wystawie w Muzeum Narodowym. Stoimy w tylnym rzędzie, trochę z boku, jakbyśmy nie pasowali do reszty albo jakbyśmy nie chcieli być częścią ich paczki, ale zarazem nie jesteśmy na tyle wyluzowani, by ignorować słowa przewodnika. Słucham go, podczas gdy Gabriel obok mnie wertuje broszurę. Później będzie w stanie słowo w słowo powtórzyć, co mówił przewodnik. On uwielbia takie rzeczy. Ja uwielbiam to, że on uwielbia takie rzeczy, bardziej niż te rzeczy. Jest kimś, kto wie, czym wypełnić czas, i gdy go poznałam, to była jedna z jego najbardziej pożądanych cech, ponieważ wtedy miałam randkę z przeznaczeniem. Najdalej za sześćdziesiąt lat miałam się spotkać z kimś po drugiej stronie.

– Mąż Penelopy, Odyseusz, wyrusza, by walczyć w wojnie trojańskiej, która trwała dziesięć lat, zaś powrót zajmuje mu kolejnych dziesięć. Położenie Penelopy staje się bardzo trudne, gdy stu ośmiu zalotników zaczyna się domagać jej ręki. Penelopa jest sprytna i wymyśla sposób, jak zwieść zalotników, mamiąc każdego z nich obietnicą, ale nie przyjmując żadnego.

Nagle czuję się zakłopotana. Dłoń Gabriela, luźno spoczywająca na moim ramieniu, wydaje się zbyt ciężka.

– Opowieść o krośnie Penelopy, które tu widzimy, symbolizuje jeden z podstępów królowej. Penelopa tkała całun na pogrzeb swego teścia Laertesa, twierdząc, że gdy tylko całun będzie gotowy, wybierze sobie męża. W dzień pracowała przy wielkim krośnie w pałacowej sali, zaś nocą potajemnie pruła to, co utkała za dnia. Robiła tak przez trzy lata, czekając na powrót męża i zwodząc zalotników aż do chwili, gdy to nastąpiło.

To mnie wkurza.

– A czy on na nią czekał? – wołam.

– Słucham? – mówi przewodnik, szukając w grupie osoby, która zadała pytanie. Grupa się rozstępuje, ludzie odwracają się i patrzą na mnie.

– Penelopa jest symbolem wierności małżeńskiej, ale co z jej mężem? Czy podczas wojny, przez te dwadzieścia lat, był jej wierny?

Gabriel śmieje się cicho.

Przewodnik się uśmiecha i opowiada pokrótce o dziewięciorgu dzieciach, jakie Odyseusz miał z pięcioma innymi kobietami, i o jego długim powrocie z wojny trojańskiej do Itaki.

– Czyli nie – mruczę do Gabriela, a grupa przechodzi dalej. – Głuptas z tej Penelopy.

– To było doskonałe pytanie – stwierdza Gabriel i słyszę rozbawienie w jego głosie.

Znów odwracam się w stronę obrazu przedstawiającego Penelopę, a Gabriel wertuje broszurę. Czy jestem cierpliwą Penelopą? Czy za dnia tkam, a nocą pruję, zwodząc tego lojalnego i pięknego zalotnika i czekając na powrót męża? Podnoszę wzrok na Gabriela. Jego niebieskie oczy są wesołe, nie czyta w moich myślach. Cudownie nieświadomy.

– Kiedy tak czekała, mogła się z nimi wszystkimi po prostu przespać – mówi. – Pruderyjna Penelopa nie umiała się bawić.

Śmieję się i opieram głowę na jego piersi. Obejmuje mnie ramieniem, przyciąga mocno do siebie i całuje w czubek głowy. Jest wielki jak dom i mogłabym zamieszkać w jego objęciach; wysoki, silny, barczysty, całe dnie spędza na dworze, wspinając się na drzewa jako ich konserwator czy też arborysta, jak sam woli, żeby go nazywano. Przywykł do tego, by być wysoko, kocha deszcz i wiatr, wszystkie żywioły, jest poszukiwaczem przygód, odkrywcą, a gdy nie siedzi akurat na czubku drzewa, to wyleguje się pod nim z głową pochyloną nad książką. Wieczorami po pracy pachnie rukwią wodną.

Poznaliśmy się dwa lata temu na festiwalu skrzydełek z kurczaka w Bray, stał obok mnie przy ladzie i zajmował komuś kolejkę, zamawiając cheeseburgera. Złapał mnie w dobrej chwili, urzekł mnie swoim poczuciem humoru, tak jak zamierzał, chcąc zwrócić na siebie moją uwagę. Swoją gadką, jak przypuszczam.

„Mój kolega pyta, czy się z nim umówisz. Poproszę cheeseburgera”.

Jestem łasa na takie głodne gadki, ale mam dobry gust do mężczyzn. Dobrych mężczyzn, świetnych mężczyzn.

Rusza z miejsca, a ja ciągnę go w przeciwną stronę, jak najdalej od spojrzenia cierpliwej Penelopy: od jakiegoś czasu mnie obserwuje, wydaje jej się, że rozpoznała kogoś w swoim typie. Ale ja nie jestem w jej typie, nie jestem nią i nie chcę nią być. Nie zatrzymam swojego życia tak jak ona, żeby czekać na niepewną przyszłość.

– Gabrielu.

– Holly – dopasowuje głos do mojego poważnego tonu.

– Jeśli chodzi o twoją propozycję…

– Żeby przycisnąć rząd i zakazać przedwczesnego wieszania świątecznych dekoracji? Dopiero co je zdjęliśmy, a za chwilę znów będziemy je wyciągać.

Muszę wygiąć plecy i zadrzeć głowę, by na niego spojrzeć. Jest taki wysoki. Jego oczy się uśmiechają.

– Nie, o tę drugą. Żebym się do ciebie wprowadziła.

– Ach!

– Zróbmy to.

Macha zaciśniętą pięścią i wydaje stłumiony okrzyk w stylu stadionowej przyśpiewki rozentuzjazmowanego tłumu.

– Jeśli mi obiecasz, że kupimy telewizor i że codziennie, kiedy się będę budzić, będziesz wyglądać tak jak teraz. – Wspinam się na palce, żeby być bliżej jego twarzy. Dotykam jego policzków, wyczuwam jego uśmiech pod zarostem w stylu Balbo, który strzyże i pielęgnuje jak profesjonalista; konserwator drzew uprawiający własną twarz.

– To podstawowy wymóg, który stawiam swoim współlokatorom.

– Współbzykaczom – mówię i śmiejemy się jak dzieci.

– Zawsze byłaś taka romantyczna? – pyta i mnie obejmuje.

Kiedyś taka byłam. Kiedyś byłam zupełnie inna. Może naiwna. Ale już taka nie jestem. Mocno go przytulam i opieram głowę na jego piersi. Chwytam krytyczne spojrzenie Penelopy. Wyniośle unoszę podbródek. Wydaje jej się, że mnie zna. Ale wcale mnie nie zna.

2

– Gotowa? – pyta cicho moja siostra Ciara, gdy zajmujemy miejsca na poduchach w przedniej części sklepu. Słychać stłumiony gwar zgromadzonych, którzy czekają, aż spotkanie się rozpocznie. Siedzimy w witrynie sklepu Ciary ze starociami i używanymi ciuchami, który nazwała Sroczka. Od trzech lat pracujemy tutaj razem. Po raz kolejny przekształciłyśmy sklep w miejsce spotkań, w którym w obecności słuchaczy ma być nagrywany jej podcast Jak rozmawiać o… Ale dziś wieczorem nie jestem w bezpiecznym miejscu, nie stoję jak zazwyczaj przy stole z winem i ciasteczkami. Uległam uporczywym prośbom mojej namolnej, przebojowej i nieustraszonej siostry i mam być gościem dzisiejszego odcinka Jak rozmawiać o śmierci. Pożałowałam tego już w chwili, gdy powiedziałam „tak”, i ten żal osiągnął astronomiczne rozmiary, jeszcze zanim usiadłam przed niewielką grupą słuchaczy.

Poprzesuwałyśmy pod ściany drążki i stojaki z ubraniami oraz akcesoriami, sklepową podłogę zajmuje teraz pięć rzędów składanych krzesełek, po sześć w każdym. Uprzątnęłyśmy witrynę, żebyśmy mogły siedzieć z Ciarą wyżej. Na zewnątrz ludzie pędzą z pracy do domów i przelotnie spoglądają na żywe manekiny siedzące na poduchach za szybą.

– Dzięki, że to robisz. – Ciara ściska moją wilgotną dłoń.

Uśmiecham się słabo, w myślach szacując szkody, jakie bym spowodowała, wycofując się w ostatniej chwili. Ale wiem, że nie warto. Muszę wywiązać się z obietnicy.

Ciara zsuwa buty i podciąga bose stopy na poduchę. W tej przestrzeni czuje się jak w domu. Odchrząkuję i ten dźwięk rozbrzmiewa w sklepie przez głośniki. Wpatruje się we mnie trzydzieści zaciekawionych, pełnych wyczekiwania twarzy. Mocno splatam spocone ręce i zerkam do notatek, które od chwili, gdy Ciara mnie o to poprosiła, wściekle gromadziłam niczym wykończona studentka przed egzaminem. Urywki myśli nabazgrane, gdy nachodziło mnie natchnienie, ale w tej chwili żadna z nich nie wydaje się mieć sensu. Nie widzę, gdzie kończy się jedno zdanie, a zaczyna drugie.

Mama siedzi w przednim rzędzie, kilka miejsc od mojej przyjaciółki Sharon, która zajęła krzesełko przy przejściu, gdzie ma więcej przestrzeni na podwójny wózek. Spod kocyka w wózku wystaje para małych stópek, jedna w uparcie trzymającej się skarpetce, druga bosa. Sharon trzyma na rękach półroczne dziecko. Jej sześcioletni synek Gerard siedzi obok niej ze spojrzeniem utkwionym w iPadzie i słuchawkami na uszach, a czterolatek z dramatyzmem daje do zrozumienia, że się nudzi: zsunął się tak nisko na krześle, że niemal dotyka głową oparcia. Czterech chłopców w ciągu sześciu lat; doceniam, że dzisiaj tu przyszła. Wiem, że od świtu jest na nogach. Wiem, ile czasu musiało jej zająć wyjście z domu, a potem wracanie się trzy razy po coś, czego zapomniała. Moja przyjaciółka wojowniczka tu jest. Uśmiecha się do mnie, na jej twarzy widać wyczerpanie, ale też nieustające wsparcie.

– Witajcie wszyscy w czwartym odcinku Podcastu w Sroczce – zaczyna Ciara. – Niektórzy z was są stałymi bywalcami. Betty, dziękuję, że przyniosłaś nam swoje pyszne ciasteczka, Christian, dzięki za ser i wino.

Szukam wśród zebranych Gabriela. Jestem niemal pewna, że go tu nie ma, wyraźnie zabroniłam mu przychodzić, chociaż to nie było konieczne. Jako człowiek, który dba o swoją prywatność i świetnie kontroluje emocje, nie mógł pojąć, że mam opowiadać obcym ludziom o swoim prywatnym życiu. Dyskutowałam z nim o tym zawzięcie, ale teraz zgadzam się z każdym jego słowem.

– Jestem Ciara Kennedy, właścicielka Sroczki. Niedawno doszłam do wniosku, że fajnie byłoby nagrać serię podcastów zatytułowaną Jak rozmawiać o…, prezentującą organizacje charytatywne, które otrzymują pewien procent dochodów z mojego biznesu. W tym tygodniu będziemy rozmawiać o śmierci, a zwłaszcza o utracie bliskiej osoby i o żałobie. Jest z nami Claire Byrne z Bereave Ireland, a także kilkoro spośród tych, którzy korzystają ze wsparcia, jakie oferuje jej organizacja. Dochód z waszych biletów i wasze hojne darowizny trafią prosto do Bereave. Później porozmawiam z Claire o jakże ważnej pracy, którą niestrudzenie wykonują ona i jej pracownicy w Bereave, niosąc pomoc tym, którzy stracili bliskich, ale najpierw chciałabym przedstawić mojego specjalnego gościa, Holly Kennedy, która, jak się akurat składa, jest moją siostrą. Nareszcie tu jesteś! – woła podekscytowana Ciara, a widzowie biją brawo.

– Jestem – śmieję się nerwowo.

– Odkąd w zeszłym roku zaczęłam nagrywać te podcasty, męczyłam swoją siostrę, żeby wzięła udział w jednym z nich. Tak się cieszę, że to robisz. – Bierze mnie za rękę i ją ściska. – Twoja historia wywarła ogromny wpływ na moje życie i jestem pewna, że wielu ludzi skorzysta, słuchając o twojej podróży.

– Dziękuję. Mam taką nadzieję.

Zauważam, że notatki drżą mi w ręce, i puszczam dłoń Ciary, żeby nad tym zapanować.

– Jak rozmawiać o śmierci to nie jest łatwy temat. Czujemy się tak swobodnie, rozmawiając o życiu, o tym, jak żyjemy i jak żyć lepiej, zaś rozmowa o śmierci wydaje się nam niewygodna i pełna pułapek. Nie przychodzi mi do głowy nikt inny, z kim wolałabym przeprowadzić tę rozmowę. Holly, proszę, opowiedz nam, jaki wpływ na twoje życie wywarła śmierć.

Odchrząkuję.

– Siedem lat temu straciłam swojego męża Gerry’ego. Umarł na raka w wieku trzydziestu lat. Miał guza mózgu.

Nieważne, ile razy to powtarzam, zawsze ściska mnie w gardle. Ta część tej historii wciąż jest rzeczywista, wciąż pali się we mnie gorącym, jasnym płomieniem. Szybko zerkam na Sharon, szukając u niej wsparcia, a ona dramatycznie przewraca oczami i ziewa. Uśmiecham się. Dam radę to zrobić.

– Jesteśmy tu, żeby porozmawiać o żalu po stracie kogoś bliskiego, więc co mogę wam powiedzieć? Nie jestem wyjątkowa, śmierć dotyka nas wszystkich i jak wielu z was zdaje sobie pewnie sprawę, żałoba jest skomplikowaną podróżą. Nad rozpaczą nie sposób zapanować, przez większość czasu masz wrażenie, że to ona kontroluje ciebie. Jedyne, co możesz kontrolować, to to, jak sobie z nią radzisz.

– Mówisz, że nie jesteś wyjątkowa – wtrąca Ciara – ale osobiste doświadczenia każdej osoby są wyjątkowe i możemy się od siebie uczyć. Żadna strata nie jest łatwiejsza od innych, ale czy myślisz, że przez to, że dorastaliście razem z Gerrym, twoja była bardziej dotkliwa? Odkąd pamiętam byliście nierozłączni.

Kiwam głową i opowiadam, jak poznałam Gerry’ego. Unikam patrzenia na słuchaczy, żeby sobie to ułatwić, zupełnie jakbym mówiła do siebie, tak jak wtedy, gdy ćwiczyłam pod prysznicem.

– Poznałam go w szkole, kiedy miałam czternaście lat. Od tego dnia byliśmy Gerrym i Holly. Byłam dziewczyną Gerry’ego. Żoną Gerry’ego. Dorastaliśmy razem i uczyliśmy się od siebie. Miałam dwadzieścia dziewięć lat, kiedy go straciłam i zostałam wdową po Gerrym. To nie było po prostu tak, że tracąc go, straciłam część siebie, naprawdę czułam się tak, jakbym to siebie straciła. Nie miałam pojęcia, kim jestem. Musiałam odbudować siebie.

Kilka głów potakuje. Wiedzą, jak to jest. Wszyscy to wiedzą, a jeśli jeszcze nie wiedzą, dowiedzą się.

– Kupa – odzywa się głosik z wózka i chichocze. Sharon ucisza swojego malucha. Sięga do ogromnej torby i wyciąga wafelek ryżowy z truskawkową polewą. Wafelek znika w wózku. Chichotanie ustaje.

– Jak siebie odbudowałaś? – pyta Ciara.

To dziwne uczucie opowiadać jej o czymś, co przeżywała razem ze mną, więc odwracam się i skupiam na słuchaczach, na ludziach, których przy tym nie było. I kiedy widzę ich twarze, coś się we mnie przełącza. Tu nie chodzi o mnie. Gerry zrobił coś wyjątkowego i zamierzam w jego imieniu podzielić się tym z ludźmi, którzy pragną o tym usłyszeć.

– Gerry mi pomógł. Zanim umarł, wymyślił potajemny plan.

– Ho, ho, ho! – mówi Ciara, a słuchacze się śmieją. Uśmiecham się i spoglądam na ich pełne wyczekiwania twarze.

Czuję podekscytowanie na myśl, że o tym opowiem, i po raz kolejny sobie przypominam, jak absolutnie niepowtarzalny był pierwszy rok po jego śmierci, chociaż z biegiem czasu znaczenie tych wydarzeń zatarło się w mojej pamięci.

– Zostawił mi dziesięć listów, które miałam otwierać w kolejnych miesiącach po jego odejściu. I podpisywał każdy z nich: „PS Kocham Cię”.

Słuchacze są wyraźnie wzruszeni i zaskoczeni. Odwracają się do siebie, wymieniają spojrzenia i coś szepczą, milczenie zostało przerwane. Maleństwo Sharon zaczyna płakać. Sharon ucisza dziecko, kołysze je, z nieobecnym spojrzeniem puka miarowo w smoczek.

Ciara odzywa się na tyle głośno, by przebić się przez kwilenie dziecka:

– Kiedy cię poprosiłam, żebyś wzięła udział w tym podcaście, stanowczo zapowiedziałaś, że nie chcesz się skupiać na chorobie Gerry’ego. Chciałaś mówić o tym, co ci podarował.

Zdecydowanie kręcę głową.

– Nie, nie chcę mówić o tym, jak chorował na raka, przez co musiał przejść. Jeśli chcecie mojej rady, spróbujcie nie fiksować się na mroku. Jest go aż za dużo. Wolałabym mówić o nadziei.

Ciara patrzy na mnie z błyskiem dumy w oczach. Mama mocno splata palce.

– Ścieżka, którą wybrałam, to było skupienie się na tym, co mi podarował; i to był dar wynikający z jego utraty: odnalezienie siebie. Nie czuję się w mniejszym stopniu człowiekiem ani nie wstydzę się powiedzieć, że śmierć Gerry’ego mnie złamała. Jego listy pomogły mi znów odnaleźć siebie. Musiałam go stracić, żeby odkryć tę część siebie, o której istnieniu nie miałam pojęcia. – Zatracam się w słowach i już nie mogę ich powstrzymać. Muszę im to opowiedzieć. Gdybym siedem lat temu była jednym z tych słuchaczy, musiałabym to usłyszeć. Odnalazłam w sobie nową, zaskakującą siłę, odnalazłam ją na samym dnie w ciemnym i samotnym miejscu, ale ją odnalazłam. I niestety to właśnie tam odnajdujemy w życiu większość skarbów. Kopiemy, męczymy się w ciemności i w błocie i w końcu natrafiamy na coś konkretnego. Odkryłam, że skaliste dno może być tak naprawdę trampoliną.

Słuchacze, zachęcani przez pełną entuzjazmu Ciarę, biją brawo.

Płacz malucha Sharon przechodzi we wrzask, wysoki, przeszywający dźwięk, jakby ktoś wyrywał mu nogi. Starszy chłopczyk rzuca ryżowym wafelkiem w malucha. Sharon wstaje, zerka przepraszająco w moją stronę, a potem rusza przejściem między krzesełkami. Jedną ręką popycha podwójny wózek, w drugiej trzyma płaczące niemowlę. Dwoje starszych dzieci zostawia z moją mamą. Niezdarnie manewruje wózkiem do wyjścia, wjeżdża nim na krzesła, zrzucając wiszące na nich torebki, ich paski i rączki wplątują się w koła, Sharon mruczy pod nosem przeprosiny.

Ciara czeka z kolejnym pytaniem, dopóki Sharon nie wyjdzie.

Sharon wjeżdża wózkiem w drzwi, próbując je w ten sposób otworzyć. Mathew, mąż Ciary, biegnie jej pomóc i przytrzymuje drzwi, ale podwójny wózek jest za szeroki, żeby się w nich zmieścić, Sharon, spanikowana, tłucze wózkiem o framugę. Niemowlę wrzeszczy, wózek stuka, a Mathew mówi jej, żeby przestała, i odblokowuje dolną część drzwi. Sharon spogląda na nas z zażenowaniem. Naśladuję jej wcześniejszą minę, przewracam oczami i ziewam. Posyła mi pełen wdzięczności uśmiech, po czym się wymyka.

– To się wytnie – żartuje Ciara. – Holly, oprócz tego, że Gerry zostawił ci po śmierci te listy, czy odczuwałaś jego obecność w jakiś inny sposób?

– Chodzi ci o to, czy widziałam jego ducha?

Niektórzy ze słuchaczy śmieją się cicho, inni desperacko czekają na „tak”.

– Jego energię – mówi Ciara. – Jakkolwiek chcesz to nazwać.

Przez chwilę milczę i się zastanawiam, przywołuję to uczucie.

– To dziwne, ale śmierć ma fizyczną obecność; śmierć może być jak wrażenie, że ta druga osoba jest w pokoju. Luki, które pozostawia po sobie ktoś, kogo kochamy, to, że go już nie ma, jest wyczuwalne, więc były czasem takie chwile, gdy Gerry wydawał mi się bardziej żywy niż ludzie wokół mnie. – Wracam myślami do tych samotnych dni i nocy, gdy utknęłam między światem rzeczywistym i tym, co działo się w mojej głowie. Wspomnienia potrafią być bardzo silne. Potrafią być błogą ucieczką i miejscem, które można odkrywać, ponieważ znów go dla mnie przywołały. Ale uważajcie, potrafią też być więzieniem. Jestem wdzięczna Gerry’emu za to, że zostawił mi te listy, bo wyciągnął mnie ze wszystkich tych czarnych dziur i ożył, dzięki czemu mogliśmy wspólnie tworzyć nowe wspomnienia.

– A teraz? Siedem lat później? Czy Gerry wciąż z tobą jest?

Milczę. Wpatruję się w Ciarę rozszerzonymi oczami, jak zając, który zamarł w świetle reflektorów. Wszystko mi się plącze. Do głowy nie przychodzą żadne słowa. Jest?

– Jestem pewna, że Gerry zawsze będzie częścią ciebie – mówi cicho Ciara, wyczuwając, w jakim jestem stanie. – Zawsze będzie z tobą – dodaje uspokajająco, jakbym o tym zapomniała.

Prochem jesteś i w proch się obrócisz. Rozproszone, rozsypane cząstki materii wokół mnie.

– Oczywiście – uśmiecham się nerwowo. – Gerry zawsze będzie ze mną.

Ciało umiera, ale duch, dusza zwleka z odejściem. W pierwszym roku po śmierci Gerry’ego były dni, gdy czułam się tak, jakby jego energia była we mnie, jakby mnie budowała, wzmacniała, zmieniała w fortecę. Mogłam zrobić wszystko. Byłam nietykalna. W inne dni czułam jego energię, która rozrywała mnie na milion kawałków. To było przypomnienie o tym, co straciłam. Nie mogę. Nie chcę. Wszechświat odebrał mi najwspanialszą część życia i dlatego bałam się, że może mi też odebrać całą resztę. I uświadamiam sobie, że tamte dni były cenne, bo teraz, siedem lat później, w ogóle nie czuję, że Gerry jest ze mną.

Zagubiona we własnym kłamstwie zastanawiam się, czy dla słuchaczy zabrzmiało ono równie pusto, jak dla mnie. Ale powoli kończymy. Ciara zachęca słuchaczy, żeby zadawali pytania, a ja rozluźniam się trochę, czując, że koniec już blisko. Trzeci rząd, piąta osoba, zmięta chusteczka w ręce, rozmazany tusz do rzęs.

– Cześć, Holly, mam na imię Joanna. Kilka miesięcy termu straciłam męża i szkoda, że nie zostawił mi listów, tak jak twój. Możesz nam powiedzieć, co napisał w ostatnim liście?

– A ja chcę wiedzieć, co było we wszystkich – odzywa się ktoś inny i słychać pomruk aprobaty.

– Mamy czas, żeby posłuchać o nich wszystkich, jeśli Holly nie ma nic przeciwko temu – mówi Ciara, zerkając na mnie.

Biorę głęboki oddech i powoli wypuszczam powietrze. Od tak dawna nie myślałam o tych listach. To znaczy myślałam o nich jak o koncepcji, ale nie indywidualnie, nie w kolejności, szczegółowo… Od czego zacząć? Nowa nocna lampka, nowa kreacja, noc karaoke, nasiona słonecznika, urodzinowy wyjazd z przyjaciółmi… Jak mieliby zrozumieć, jak ważne były dla mnie wszystkie te z pozoru nieistotne rzeczy? Ale ostatni list… Uśmiecham się. To proste.

– W ostatnim liście napisał: „Nie bój się znów zakochać”.

Chwytają się tego, to piękne słowa, wspaniałe i odważne ze strony Gerry’ego zakończenie. Joanna nie jest tak wzruszona, jak pozostali. Widzę w jej oczach rozczarowanie i zagubienie. Rozpacz. Jest tak głęboko pogrążona w żałobie, że nie to chciałaby usłyszeć. Wciąż trzyma się myśli o mężu; dlaczego miałaby rozważać inne możliwości?

Wiem, co sobie myśli. Nigdy nie będzie w stanie znów kogoś pokochać. Nie w ten sposób.

3

Sharon ponownie zjawia się w pustoszejącym sklepie, w wózku śpi niemowlę. Za rękę trzyma starszego synka Alexa, policzki chłopca są zarumienione.

– Cześć, kolego! – Pochylam się nad nim.

Alex mnie ignoruje.

– Przywitaj się z Holly – mówi łagodnie Sharon.

Alex ją ignoruje.

– Alex, przywitaj się z Holly! – Głos Sharon tak nagle zmienia się w charkot godny szatana, że zarówno ja, jak i Alex podskakujemy ze strachu.

– Cześć – mówi chłopczyk.

– Grzeczny chłopiec – kwituje miękko Sharon.

Patrzę na nią rozszerzonymi oczami, zawsze zdumiewa mnie i niepokoi to rozdwojenie jaźni, które wyzwala w niej rola matki.

– Tak mi głupio – mówi cicho Sharon. – Przepraszam. Jestem beznadziejna.

– Nie przepraszaj. Bardzo się cieszę, że przyszłaś. W ogóle jesteś niesamowita. Zawsze mówisz, że pierwszy rok jest najtrudniejszy. Jeszcze kilka miesięcy i ten gostek będzie miał roczek. Już prawie udało ci się przetrwać.

– W drodze jest kolejne.

– Co?

Podnosi wzrok, ma łzy w oczach.

– Znów jestem w ciąży. Wiem, jestem idiotką.

Prostuje plecy, próbuje być silna, ale wygląda na załamaną. Jest przybita, kompletnie wykończona. Czuję dla niej tylko współczucie, które nasila się za każdym razem, gdy mówi mi o nowej ciąży i gdy jej entuzjazm zaczyna słabnąć.

Przytulamy się i mówimy równocześnie:

– Tylko nie mów Denise.

Czuję się zestresowana od samego patrzenia, jak Sharon wychodzi z czwórką swoich chłopców. Ja też jestem wyczerpana po dzisiejszych nerwach, po tym, jak w nocy nie spałam, a później przez godzinę szczegółowo opowiadałam ludziom o bardzo osobistych sprawach. To mnie wypompowało, ale musimy z Ciarą poczekać, aż wszyscy wyjdą, żeby przywrócić sklep do stanu używalności i wszystko pozamykać.

– To było po prostu cudowne – mówi Angela Carberry, wyrywając mnie z zamyślenia. Angela, wielkie wsparcie naszego sklepu. Oddaje swoje designerskie ciuchy, torebki i biżuterię i jest jednym z głównych powodów, dla których Ciara może dalej prowadzić Sroczkę. Ciara żartuje, że Angela kupuje nowe rzeczy jedynie po to, żeby oddać je na cele dobroczynne. Jest elegancka jak zwykle: kruczoczarny bob z asymetryczną grzywką, filigranowa postura, na piersi naszyjnik z pereł, widoczny ponad kokardą na dekolcie jedwabnej sukienki.

– Angelo, jak dobrze, że przyszłaś. – Jestem zaskoczona, gdy wyciąga do mnie ręce i mnie przytula.

Nad jej ramieniem dostrzegam, jak oczy Ciary rozszerzają się na widok takiej demonstracji zażyłości ze strony tej zwykle tak surowej i poważnej kobiety. Kiedy Angela ściska mnie mocno, czuję przez ubranie jej kości. Impulsywność i kontakt fizyczny nie są w jej stylu; zawsze wydawała się dość nieprzystępna, gdy przynosiła do sklepu kartony z ubraniami, buty w oryginalnych pudełkach, torebki w oryginalnych pokrowcach i dokładnie nam wyjaśniała, gdzie powinnyśmy je wystawić i za ile sprzedać, nie oczekując za to wszystko zupełnie nic w zamian.

Gdy odsuwa się ode mnie, jej oczy są wilgotne.

– Musisz to robić częściej, musisz opowiadać tę historię ludziom.

– O, nie! – śmieję się. – To była jednorazowa sprawa, zrobiłam to głównie po to, żeby uciszyć moją siostrę.

– Ty chyba nie zdajesz sobie z tego sprawy, prawda? – pyta zaskoczona Angela.

– Z czego nie zdaję sobie sprawy?

– Z tego, jaką siłę ma twoja historia. Z tego, co zrobiłaś z tymi ludźmi, jak do nich dotarłaś i jak dotknęłaś serca każdego z nich.

Zakłopotana zerkam na kolejkę, która się za nią ustawiła, kolejkę ludzi, którzy chcą ze mną porozmawiać.

Angela łapie mnie za ramię i je ściska, jak na mój gust za mocno.

– Musisz znów opowiedzieć swoją historię.

– To miło, że mnie zachęcasz, Angelo, ale już raz to przeżyłam, raz to opowiedziałam i jak dla mnie to wystarczy.

Moje słowa nie są ostre, ale słychać w nich twardość, której się nie spodziewała. Kolczaste poirytowanie, które pojawia się w jednej chwili. Jakby ukłuła się o moje kolce, Angela natychmiast rozluźnia uchwyt na moim ramieniu. Potem przypomina sobie, gdzie jest i że inni też chcieliby ze mną porozmawiać, więc puszcza mnie niechętnie.

Gdy odsuwa rękę, moje kolce znikają, ale jej mocny uchwyt ze mną zostaje, jak siniak.

Wpełzam do łóżka obok Gabriela, pokój wiruje wokół mnie; zasiedziałam się do późna u Ciary w jej mieszkaniu nad sklepem i wypiłam o wiele za dużo wina z nią i z mamą.

Gabriel się porusza i otwiera oczy, przygląda mi się przez chwilę i szczerzy zęby, widząc, w jakim jestem stanie.

– Udany wieczór?

– Jeśli jeszcze kiedykolwiek przyjdzie mi do głowy, żeby zrobić coś takiego… nie pozwól mi – mruczę, zamykając oczy i próbując ignorować zawroty głowy.

– Zgoda. No cóż, zrobiłaś to. Jesteś siostrą roku, może dostaniesz podwyżkę.

Parskam.

– Już po wszystkim. – Przysuwa się bliżej i mnie całuje.

4

– Holly! – woła mnie znów Ciara. Jej ton przeszedł z cierpliwego przez zatroskany w piskliwy i pełen złości: – Gdzie, do diabła, jesteś?

Jestem w magazynie za pudłami, może za nimi przykucnęłam, może u góry powiesiłam trochę ubrań, żeby powstało coś w rodzaju małej jaskini. Może się ukrywam.

Spoglądam w górę i widzę twarz Ciary.

– Co jest grane? Chowasz się?

– Nie. Nie bądź śmieszna.

Posyła mi znaczące spojrzenie, nie wierzy mi.

– Wołam cię i wołam. Szukała cię Angela Carberry, nalegała na rozmowę z tobą. Powiedziałam jej, że chyba wyszłaś na kawę. Czekała piętnaście minut. Wiesz przecież, jaka ona jest. Co się, do diabła, dzieje, Holly? Przez ciebie wyszłam na kogoś, kto nie wie, gdzie jest jego pracownik. Bo nie wiedziałam.

– No cóż, teraz już wiesz. Przykro mi, że się z nią minęłam. – Upłynął miesiąc od dnia, gdy nagrywałyśmy podcast, i nalegania Angeli Carberry, bym podzieliła się swoją historią, przerodziły się w coś, co moim zdaniem podchodzi pod nękanie. Wstaję i z jękiem rozprostowuję nogi.

– O co chodzi z tobą i Angelą? – pyta Ciara z troską w głosie. – To ma związek ze sklepem?

– Nie, bynajmniej. To nie ma nic wspólnego ze sklepem, nie martw się. Nie przyniosła przypadkiem kolejnej torby pełnej ciuchów?

– Chanel vintage – odpowiada Ciara i rozluźnia się. Ale dalej jest zdezorientowana. – Dlaczego się przed nią ukrywasz? Kiedy zajrzała w poprzednim tygodniu, zrobiłaś dokładnie to samo. Myślisz, że nie zauważyłam?

– Ty lepiej się z nią dogadujesz. Nie znam jej. Według mnie strasznie się rządzi.

– Rządzi się i ma do tego prawo, przekazuje nam towar wartości wielu tysięcy euro. Gdyby sobie tego zażyczyła, wystawiłabym jej naszyjnik na własnym nagim ciele, dosiadając mechanicznego byka.

– Nikt by sobie tego nie zażyczył. – Przepycham się obok niej.

– Chciałbym to zobaczyć – woła Mathew z drugiego pomieszczenia.

– Prosiła, żebym ci to dała. – Ciara podaje mi kopertę.

Z jakiegoś powodu zaczynam się czuć nieswojo. Ja i koperty mamy wspólną historię. Nie żebym po raz pierwszy od sześciu lat otwierała kopertę, ale wobec tej konkretnej mam złe przeczucia. Spodziewam się, że znajdę w niej zaproszenie na organizowany przez Angelę lunch dla pań albo coś w tym stylu, podczas którego miałabym przemawiać na temat żałoby. Pytała mnie kilka razy, czy zamierzam dalej występować ze swoją „przemową” i czy napiszę książkę. Przy każdej wizycie w sklepie dawała mi numer telefonu agenta organizującego podobne spotkania tudzież wizytówki agenta literackiego. Z początku uprzejmie jej dziękowałam, ale przy ostatniej wizycie odmówiłam jej tak dobitnie, że nie byłam pewna, czy jeszcze wróci. Odbieram kopertę od Ciary, składam ją i chowam do tylnej kieszeni.

Ciara patrzy na mnie ze złością. Mamy impas.

W drzwiach pojawia się Mathew.

– Dobra wiadomość. Według statystyk ściąganych plików Jak rozmawiać o śmierci jest jak dotąd najpopularniejszym odcinkiem. Ten odcinek ściągnęło więcej osób niż wszystkie poprzednie razem wzięte. Gratulacje, siostrzyczki! – Z zapałem unosi obie ręce, żeby przybić nam piątki.

Ciara i ja dalej mierzymy się wzrokiem; jestem zła, bo przez jej podcast stałam się obiektem niemal obsesyjnej atencji Angeli; ona jest zła, bo z nieznanych powodów denerwuję jej najlepsze źródło darowizn.

– No, dajcie spokój, nie każcie mi tak trzymać tych rąk.

Ciara bez przekonania przybija mu piątkę.

– Nie tego się spodziewałem. – Mathew patrzy na mnie z troską i opuszcza głowę. – Przepraszam, czy to było niedelikatne z mojej strony? Nie chciałem przybić piątki z powodu Gerry’ego, no wiesz…

– Wiem – odpowiadam i uśmiecham się do niego. – Nie o to chodzi.

Nie potrafię cieszyć się z sukcesu podcastu; żałuję, że ktokolwiek go słuchał, żałuję, że to zrobiłam. Już nigdy więcej nie chcę słuchać ani mówić o listach od Gerry’ego.

Dom Gabriela znajduje się w Glasnevin. To parterowy wiktoriański domek, który Gabriel odrestaurował własnoręcznie, cierpliwie i z miłością. Przytulne eklektyczne miejsce, w przeciwieństwie do mojego domu wprost emanujące charakterem. Leżymy na podłodze na ogromnej aksamitnej poduszce i włochatym dywaniku i popijamy czerwone wino. Salon jest bardzo jasny, choć to pokój wewnętrzny, bez okien, a przez świetlik w dachu wpada jedynie słabe zimowe światło. Meble Gabriela to mieszanka antyków i współczesności, wszystko, co mu się spodobało i co zgromadził po drodze. Każdy mebel ma swoją historię, nawet jeśli wcale nie jest ona wzruszająca ani wartościowa, ale wszystko tutaj pochodzi skądś. Centralnym punktem pomieszczenia jest kominek; Gabriel nie ma telewizora, zamiast telewizji woli słuchać mrocznej muzyki z gramofonu albo czytać książki ze swojej pokaźnej kolekcji; teraz akurat przegląda album Dwadzieścia sześć stacji benzynowych, zawierający zbiór czarno-białych fotografii stacji benzynowych w Stanach Zjednoczonych. Słuchamy muzyki Alego Farki Touré, malijskiego wokalisty i gitarzysty. Wpatruję się w wieczorne niebo widoczne w oknie dachowym. Jest naprawdę przepięknie. On jest tym, czego mi trzeba i kiedy tego mi trzeba.

– Kiedy ma być pierwsze oglądanie domu? – pyta Gabriel, którego niecierpliwi to, że wszystko przebiega tak wolno, odkąd ponad miesiąc temu podjęliśmy decyzję. Moje rozkojarzenie od czasu nagrywania podcastu wybiło mnie z rytmu.

Mój dom nie został jeszcze oficjalnie wystawiony na sprzedaż, jakoś nie potrafię się do tego zmusić, więc mówię mu:

– Jutro mam się spotkać w domu z agentem nieruchomości. – Unoszę głowę, by upić łyk wina, a potem znów opieram ją na jego piersi, żmudny obowiązek dyktowany potrzebą chwili. – A potem będziesz mój, tylko mój – śmieję się jak szalona.

– Już jestem twój. A tak przy okazji, znalazłem to. – Odstawia kieliszek i z nierównej sterty książek przy kominku wyciąga zmiętą kopertę.

– A, tak, bardzo ci dziękuję. – Składam kopertę i wciskam ją za plecy.

– Co to takiego?

– Jakiś facet słyszał, jak przemawiałam w sklepie. Pomyślał, że seksowna ze mnie wdówka, i dał mi swój numer. – Z poważną miną upijam łyk wina.

Wybucham śmiechem, widząc jego zmarszczone brwi.

– Kobieta, która była na nagrywaniu podcastu, chce, żebym dalej opowiadała swoją historię. Ciągle mnie dręczy, żebym wzięła udział w takich czy innych imprezach albo napisała książkę. – Znów się śmieję. – W każdym razie to natarczywa, bogata kobieta, której za dobrze nie znam, i powiedziałam jej, że nie jestem zainteresowana.

Gabriel patrzy na mnie z zaciekawieniem.

– Kilka dni temu słuchałem tego podcastu w samochodzie. To, co mówiłaś, było bardzo wzruszające. Na pewno pomogłaś wielu ludziom. – Po raz pierwszy wypowiada się pozytywnie o podcaście. Przypuszczam, że nie dowiedział się nic nowego – nasze pierwsze dni i miesiące spędziliśmy na intymnych wynurzeniach i poznawaniu się nawzajem – ale chcę zostawić to wszystko za sobą.

– Pomagałam Ciarze – zbywam jego komplement. – Nie martw się, nie zamierzam zacząć zarabiać na życie, opowiadając o swoim byłym mężu.

– Nie martwię się tym, że o nim opowiadasz, tylko tym, co ci może zrobić ciągłe przeżywanie tego na nowo.

– Nic takiego się nie stanie.

Gabriel porusza się na poduszce i obejmuje mnie ramieniem, wydaje mi się, że chce mnie przytulić, ale on wsuwa rękę za moje plecy i chwyta kopertę. Wyciąga ją.

– Nie otworzyłaś jej. Wiesz, co w niej jest?

– Nie. Nic mnie to nie obchodzi.

Przygląda mi się uważnie.

– Obchodzi cię.

– Nie. W przeciwnym razie bym ją otworzyła.

– Obchodzi cię. W przeciwnym razie byś ją otworzyła.

– To i tak już pewnie nieważne, dała mi to kilka tygodni temu. Zapomniałam, że to mam.

– Mogę chociaż zajrzeć? – Gabriel zaczyna rozrywać kopertę.

Próbuję mu ją wyrwać i wylewam wino na dywanik. Wysuwam się z jego objęć, z jękiem wstaję z poduszki i biegnę do kuchni po wilgotną szmatkę. Gdy zwilżam ściereczkę pod kranem, słyszę, jak rozrywa kopertę. Serce wali mi w piersi. Znów mam gęsią skórkę.

– „Pani Angela Carberry. Klub »PS Kocham Cię«” – czyta na głos Gabriel.

– Co takiego?!

Unosi wizytówkę i gdy podchodzę do niego, by ją przeczytać, woda ze ściereczki kapie mu na ramię.

– Holly – mówi poruszony.

Wyjmuję wizytówkę z jego ręki. Niewielką, z elegancką czcionką.

– Klub „PS Kocham Cię” – czytam na głos, równocześnie zaciekawiona i wściekła.

– Co to znaczy? – pyta Gabriel, wycierając sobie ramię.

– Nie mam pojęcia. To znaczy, wiem, co to „PS Kocham Cię”, ale… Czy w kopercie było coś jeszcze?

– Nie, tylko ta wizytówka.

– Mam już dość tych bzdur. To zakrawa na nękanie. – Biorę telefon z kanapy i odsuwam się od Gabriela, żeby móc swobodnie rozmawiać. – Albo na plagiat.

On śmieje się z mojej nagłej zmiany nastroju.

– Żeby to był plagiat, musiałabyś mieć to gdzieś zapisane. Holly, spróbuj jej grzecznie powiedzieć, żeby się odpierdoliła – mówi i wraca do swojego albumu.

Telefon dzwoni bardzo długo. Bębnię palcami w blat, ze zniecierpliwieniem konstruując w głowie stanowczą przemowę na temat tego, że musi sobie odpuścić, wycofać się, odpierdolić, natychmiast to przerwać. Czymkolwiek jest ten klub, nie chcę mieć z nim nic wspólnego i nalegam, by inni podeszli do tego tak samo. Chciałam pomóc swojej siostrze, a po wszystkim poczułam się tylko wykończona i wykorzystana. Zaś te słowa należą do mojego męża i są w moich listach: ona nie ma prawa ich używać. Moja złość rośnie z każdym kolejnym sygnałem i już mam się rozłączyć, gdy wreszcie odbiera jakiś mężczyzna.

– Halo?

– Halo. Czy mogę rozmawiać z Angelą Carberry?

Czuję na sobie spojrzenie Gabriela, odczytuję z ruchu jego warg: „Bądź miła”. Odwracam się do niego plecami.

Głos mężczyzny jest stłumiony, jakby odsunął usta od telefonu. Słyszę jakieś głosy w tle i nie jestem pewna, czy mówi do mnie, czy do tych ludzi.

– Halo? Jest pan tam?

– Tak, tak. Jestem. Ale Angeli nie ma. Odeszła. Zmarła dzisiaj rano – łamie mu się głos. – Są tu ze mną ludzie z zakładu pogrzebowego. Właśnie wszystko ustalamy. A więc na razie nic nie potrafię pani powiedzieć.

Gwałtownie hamuję, zjeżdżam do rowu, moja złość wypala się i gaśnie. Próbuję złapać oddech.

– Przykro mi. Tak mi przykro – mówię, siadając, i widzę, że Gabriel znów skupił na mnie całą uwagę. – Co się stało?

Jego głos raz jest wyraźny, a raz ledwo go słychać, mówi niepewnie, z ustami daleko od telefonu, a potem znów wprost do słuchawki. Wyczuwam jego dezorientację. Jego świat stanął na głowie. Nawet nie wiem, kim jest ten mężczyzna, a mimo to jego strata jest namacalna jak ciężar na moich barkach.

– Na koniec, to było bardzo nagłe, wszystkich nas zaskoczyło. Dawali jej więcej czasu. Ale zaczęły się przerzuty i to było… No cóż…

– Rak? – szepczę. – Umarła na raka?

– Tak, tak. Myślałem, że pani wie… Bardzo przepraszam, kto mówi? Przedstawiała się pani? Przepraszam, nie jestem w stanie jasno myśleć…

Mówi dalej, zdezorientowany. Myślę o Angeli, chudej i szukającej ze mną kontaktu, trzymającej mnie za ramię, ściskającej je tak mocno, że aż bolało. Myślałam, że jest dziwna, działała mi na nerwy, ale była zdesperowana, tak bardzo chciała, żebym ją odwiedziła – a ja tego nie zrobiłam. Nawet do niej nie zadzwoniłam. Nie poświęciłam jej nawet chwili. Oczywiście, że wzruszyło ją to, co mówiłam, przecież umierała na raka. Tamtego dnia złapała mnie za ramię, jakby kurczowo chwytała się życia.

Muszę wydawać jakieś odgłosy, na pewno coś takiego robię, bo Gabriel klęczy obok mnie, a ten mężczyzna po drugiej stronie mówi:

– O rany, przepraszam. Powinienem był lepiej to ująć. Ale nie… to wszystko jest dla mnie bardzo nowe i…

– Nie, nie. – Próbuję to wszystko sobie poukładać. – To ja bardzo przepraszam, że przeszkadzam panu w takiej chwili. Moje szczere kondolencje dla pana i pana bliskich – mówię szybko.

Kończę rozmowę.

I rozsypuję się na kawałki.

5

Nie zabiłam Angeli, wiem o tym, ale płakałam tak, jakbym to zrobiła. Wiem, że choćbym do niej zadzwoniła, odwiedziła ją albo zgodziła się wziąć udział w jednej z jej imprez, nie przedłużyłoby to jej życia, a mimo to płakałam, jakby mogło się tak stać. Płakałam z powodu wszystkich tych irracjonalnych myśli, które tłukły mi się po głowie.

Ponieważ Angela tak hojnie wspierała sklep, Ciara czuła się w obowiązku, by pójść na jej pogrzeb, a ja, choć Gabriel się z tym nie zgadzał, czułam, że mam ku temu jeszcze więcej powodów. Ukrywałam się przed Angelą na kilka tygodni przed jej śmiercią i tak wiele razy jej odmówiłam. Często nie pamiętamy, jak się poznaliśmy, ale zwykle pamiętamy nasze rozstania. Nie zrobiłam na Angeli najlepszego wrażenia, kiedy się spotkałyśmy, więc teraz chcę się z nią pożegnać jak należy.

Jej pogrzeb odbywa się w kościele Wniebowzięcia w Dalkey, malowniczym parafialnym kościele przy głównej ulicy, naprzeciwko zamku. Ciara i ja mijamy ludzi zebranych na zewnątrz, wchodzimy prosto do kościoła i siadamy z tyłu. Do środka zostaje wniesiona trumna, za którą kroczą bliscy zmarłej i pozostali żałobnicy. Kościelne ławy się zapełniają. Kondukt prowadzi samotny mężczyzna, mąż Angeli. Ten, z którym rozmawiałam przez telefon. Za nim widać zapłakanych krewnych i przyjaciół. Z zadowoleniem stwierdzam, że nie jest sam, że ludzie są smutni, że brakuje im Angeli, że w jej życiu obecna była miłość.

Wyraźnie widać, że ksiądz nie znał Angeli za dobrze, ale stara się, jak może. Zgromadził najważniejsze informacje o niej, niczym sroka, która nazbierała błyskotek, i mówi o niej z życzliwością. Gdy przychodzi pora na mowę pogrzebową, na podwyższenie wkracza jakaś kobieta. Do starego kościoła wjeżdża telewizor z kablami i całą resztą.

– Witajcie, mam na imię Joy. Bardzo chciałam powiedzieć kilka słów o mojej przyjaciółce Angeli, ale mi na to nie pozwoliła. Musiała mieć ostatnie słowo. Jak zwykle.

Śmiech niesie się przez nawy.

– Jesteś na to gotowy, Laurensie? – pyta Joy.

Nie widzę ani nie słyszę reakcji Laurence’a, ale ekran ożywa i pojawia się na nim twarz Angeli. Jest bardzo szczupła, widać, że nagranie pochodzi z ostatnich tygodni jej życia, ale mimo to aż promienieje.

– Witajcie wszyscy, to ja!

Zebrani wydają pomruk zaskoczenia, ocierając łzy.

– Mam nadzieję, że jest wam beze mnie okropnie. Życie musi być teraz potwornie nudne. Przepraszam, że odeszłam, ale nic na to nie poradzimy. Musimy patrzeć w przyszłość. Witajcie, moi kochani! Mój Laurensie, moi chłopcy, Malachy i Liamie. Witajcie, moje maleństwa, mam nadzieję, że nie boicie się babci. Chciałabym wam to wszystko trochę ułatwić. No dobrze, zaczynajmy! Jesteśmy teraz w moim pokoju z perukami.

Trzymana przez nią kamera pokazuje cały pokój, w miarę jak Angela się obraca; wszędzie widać peruki. W różnych kształtach, kolorach i stylach spoczywają na głowach manekinów rozstawionych na półkach.

– Jak wszyscy wiecie, tak od jakiegoś czasu wyglądało moje życie. Dzięki, Malachy, że przywiozłeś mi tę tutaj z jakiegoś festiwalu muzycznego. – Angela robi zbliżenie peruki z irokezem, bierze ją do rąk i zakłada sobie na głowę.

Wszyscy śmieją się przez łzy. Powiewają chustki, kobiety wyjmują z torebek chusteczki i podają je osobom siedzącym obok.

– A więc, moi drodzy chłopcy – ciągnie Angela – wasza trójka jest dla mnie najważniejsza na całym świecie i nie jestem gotowa się z wami pożegnać. Pod tymi perukami do głowy każdego manekina przykleiłam taśmą kopertę. Chcę, żebyście co miesiąc zdejmowali jedną perukę, zakładali ją sobie na głowę, otwierali te koperty, czytali moje listy i żebyście o mnie pamiętali. Zawsze będę z wami. Kocham was wszystkich i dziękuję wam za najszczęśliwsze, najpiękniejsze życie, jakiego mogłaby sobie życzyć kobieta, żona, matka i babcia. Dziękuję wam za wszystko. PS 28 – Angela posyła całusa – kocham was.

Ciara łapie mnie za ramię i powoli się odwraca, by na mnie spojrzeć.

– O rany… – szepcze.

Ekran staje się czarny i wszyscy, dosłownie wszyscy płaczą. Nie potrafię sobie wyobrazić, co musi teraz czuć jej rodzina. Nie jestem w stanie spojrzeć na Ciarę. Jest mi niedobrze. Kręci mi się w głowie. Brakuje mi powietrza. Nikt nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi, ale i tak czuję się skrępowana, jakby wszyscy wiedzieli o mnie i o tym, co zrobił dla mnie Gerry. Czy to byłoby bardzo nie na miejscu, gdybym teraz się wymknęła? Siedzę tak blisko wyjścia. Potrzebuję powietrza, światła, muszę się wydostać z tego dusznego miejsca. Wstaję, podpierając się o ławę, a potem ruszam w stronę drzwi.

– Holly? – szepcze Ciara.

Na zewnątrz wciągam powietrze do płuc, ale to za mało. Muszę się znaleźć jak najdalej stąd.

– Holly! – woła za mną Ciara i przyśpiesza kroku, żeby mnie dogonić. – Wszystko w porządku?

Zatrzymuję się i patrzę na nią.

– Nie. Nic nie jest w porządku.

– Cholera, to moja wina. Tak mi przykro, Holly. Poprosiłam cię, żebyś wzięła udział w tym podcaście, nie miałaś ochoty, a ja praktycznie cię do tego zmusiłam. Tak mi przykro, to wszystko moja wina. Nic dziwnego, że jej unikałaś. Teraz to wszystko ma sens. Tak mi przykro.

Jej słowa w jakiś sposób mnie uspokajają, to nie moja wina, że tak się czuję. To mi się przytrafiło. To nie moja wina. To niesprawiedliwe. Ciara patrzy na mnie ze współczuciem. Przytula mnie, a ja opieram głowę na jej ramieniu, znów czuję się słaba, bezbronna i smutna. Nie podoba mi się ten stan. Udaje mi się nad nim zapanować. Podnoszę głowę.

– Nie.

– Co: nie?

Szorstkim gestem ocieram łzy i ruszam w stronę samochodu.

– Nie jestem już taka.

– Co masz na myśli? Holly, spójrz na mnie, proszę! – Ciara próbuje pochwycić moje spojrzenie, gdy rozglądam się dziko wokół, desperacko próbuję się skupić, zobaczyć to wszystko z właściwej perspektywy.

– To mi się nie przytrafi po raz drugi. Wracam do sklepu. Wracam do swojego życia.

Kiedy zaczęłam pracować ze swoją siostrą po tym, jak czasopismo, w którym byłam zatrudniona, się zwinęło, odkryłam, że jestem dobra w sortowaniu. Podczas gdy Ciara cudownie umie zadbać o estetykę sklepu i dla każdego przedmiotu umie znaleźć odpowiednie miejsce, ja z radością spędzam całe dnie w magazynie, opróżniając pudła i worki na śmieci z rzeczy, których ludzie już nie chcą. Zatracam się w tym rytmie. Te czynności mają na mnie szczególnie terapeutyczny wpływ w dniach, które nastąpiły po pogrzebie Angeli Carberry. Wykładam wszystko na podłogę, siadam i przeglądam zawartość torebek i kieszeni, oddzielam to, co cenne, od śmieci. Poleruję biżuterię i buty. Odkurzam stare książki. Odrzucam wszystko, co się nie nadaje: brudną bieliznę, skarpetki nie do pary, zużyte chusteczki do nosa. W zależności od tego, ile mam pracy, czasem potrafię być wścibska i zagłębiam się w studiowanie paragonów i notatek, próbując ustalić, kiedy ostatnio używano danego przedmiotu, i zrozumieć życie osoby, która go posiadała. Wrzucam ciuchy do płukania, przy pomocy parownicy wygładzam zmięte tkaniny. Cenię sobie wszystko, co ma jakąś wartość: pieniądze, fotografie, listy, które należy zwrócić do nadawcy. Na tyle, na ile to możliwe, sporządzam szczegółowe notatki, co do kogo należy. Czasami takie przedmioty nigdy nie zostaną zwrócone właścicielowi; ludzie, którzy podrzucili nam kartony i torby bez danych kontaktowych, po prostu się cieszą, że pozbyli się swoich rupieci. Ale bywa i tak, że udaje mi się coś dopasować. Jeśli wiemy, że danej rzeczy nie uda nam się sprzedać, albo jeśli nie pasuje ona do wizji Ciary, pakujemy ją na nowo i przekazujemy na cele charytatywne.

Biorę to, co stare, i to odnawiam, a nagrodą jest dla mnie przekonanie, że moja praca ma jakąś wartość. Dziś jest dobry dzień na to, by zagubić się w kartonowym pudle pełnym czyichś rzeczy, które stały się po prostu przedmiotami w chwili, gdy je tutaj wrzucono. Biorę karton książek z magazynu i zanoszę go do sklepu. Znów siedzę na podłodze, przecieram okładki, odginam strony z oślimi uszami i kartkuję książki w poszukiwaniu zapomnianych skarbów. Czasem natrafiam na stare fotografie, które były używane jako zakładki, najczęściej jednak nie znajduję nic, ale każde znalezisko jest ważne. Gdy tak sortuję, pochłonięta przez ten inny świat, nad wejściem do sklepu dzwoni dzwonek.

Ciara jest po drugiej stronie pomieszczenia i męczy się z manekinem bez rąk i głowy, usiłując na niego naciągnąć sukienkę w kropki.

– Dzień dobry – wita ciepło gościa.

Ma lepsze podejście do klientów niż ja. Jeśli mam wybór, wolę skupić się na towarach; ona skupia się na ludziach. Otworzyli ten sklep razem z Mathew pięć lat temu, po tym, jak kupili ten budynek przy St. George’s Avenue w Drumcondra w Dublinie. Front domu miał już okno od podłogi do sufitu z czasów, gdy był tu sklep ze słodyczami. Ciara z mężem mają mieszkanie na górze. Jako sklep z używanymi rzeczami zlokalizowany na spokojnej ulicy, przy której stoją szeregowce, nie przyciągamy zbyt wielu przechodniów, ale mamy klientów, którzy przyjeżdżają do nas specjalnie, zaś miejscowy uniwersytet zapewnia nam mnóstwo studenckiej klienteli zwabionej niższymi cenami i modą na styl vintage. Ciara jest gwiazdą sklepu, organizatorką wieczornych imprez, jeździ na branżowe targi i pisuje dla czasopism, a czasami występuje jako prezenterka w programach o modzie w telewizji śniadaniowej, pokazując rzeczy, które ostatnio trafiły do sklepu. O ile ona jest sercem tego przedsięwzięcia, to Mathew jest jego mózgiem: prowadzi księgowość, dba o obecność marki w mediach społecznościowych i nadzoruje techniczną stronę podcastu. Ja zaś jestem trzewiami.

– Dzień dobry – odpowiada klientka. Nie widzę jej, jestem schowana za gablotą i siedzę na podłodze. Niemal od razu odpływam i pozwalam Ciarze robić swoje.

– Poznaję panią – mówi Ciara. – Przemawiała pani na pogrzebie Angeli.

– Była tam pani?

– Tak, oczywiście. Angela bardzo wspierała sklep. Byłyśmy tam razem z siostrą. Będziemy za nią tęsknić, ta kobieta to był prawdziwy czołg.

Teraz zaczęłam już słuchać.

– Mówi pani, że pani siostra też tam była?

– Tak. Holly jest… w tej chwili zajęta. – Ciara wytęża umysł i domyśla się, że nie będę miała ochoty rozmawiać z tą kobietą, tak jak nie chciałam rozmawiać o całym incydencie na pogrzebie dwa tygodnie temu.

Zrobiłam to, co powiedziałam, że zrobię. Wróciłam do sklepu, do swojego życia i próbowałam ani przez sekundę nie myśleć o tym, co się wydarzyło na pogrzebie, ale to było niewykonalne. Nie potrafię przestać o tym myśleć. Angela była ewidentnie zainspirowana moimi doświadczeniami z listami od Gerry’ego i w ostatnich tygodniach życia zrobiła to samo dla swojej rodziny – to potrafię zrozumieć, ale zupełnie nie rozumiem tej wizytówki. Co takiego zamierzała zrobić z Klubem „PS Kocham Cię”? W ostatnich kilku tygodniach chciałam się tego dowiedzieć i równocześnie wcale nie chciałam. A jednak, oto jestem i nie chcę być widziana, ale równocześnie chcę się przysłuchiwać.