Przywódca. Biały Dom. Tom 2 - Katy Evans - ebook
lub
Opis

Czy Charlotte i Matthew mają szansę naprawdę być razem?

Charlotte dokonała wyboru. Usunie się w cień i pozwoli, aby Matthew w końcu rozwinął skrzydła jako nowy prezydent USA. Jednak kobieta nie wie, że bez niej u boku Matt nie czuje się szczęśliwy.

Kiedy ta dwójka ponownie się spotka, okaże się, że między nimi nic się nie zmieniło. Pożądanie, pasja, wszystko to, co ich połączyło, nadal rozgrzewa ich serca. Jednak tym razem Matthew nie zamierza się kryć. Teraz zrobi wszystko, żeby Charlotte stała u jego boku, jako prawowita pierwsza dama.

Czy Charlotte zdecyduje się na życie w blasku fleszy, na plotki i spekulacje? Czy jednak będzie wolała pozostać w cieniu, tam gdzie oczy ciekawskich ludzi nigdy jej nie znajdą?

__

"Ta część jest dokładnie taka, jak chciałam, żeby była. Nie, jednak nie. Jest o wiele lepsza!" Anne Mercier, Goodreads

__

O autorce

Katy Evans mieszka w południowym Teksasie z mężem, dwojgiem dzieci oraz trójką leniwych psów. Uwielbia piesze wycieczki, książki, pieczenie ciast, a także spędzanie czasu z rodziną i z przyjaciółmi. To bestsellerowa autorka serii REAL. Więcej informacji o Katy Evans można odnaleźć na jej stronie internetowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 316

Popularność


Witajcie w zamku Camelot Matta i Charlotte!

PLAYLISTA

Gravity – Alex & Sierra

Better in Time – Leona Lewis

Love Me Harder – Ariana Grande

Reckless Love – Bleachers

Be Here Now – Robert Shirey Kelly

Real Love – Clean Bandit

If I Didn’t Have You – Thompson Square

You and Me – Lifehouse

Holy War – Alicia Keys

The Ocean – Mike Perry (feat. Shy Martin)

Dangerously in Love – Beyoncé

Better Love – Hozier

„Przysięgam uroczyście urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych wiernie sprawować oraz konstytucji Stanów Zjednoczonych dochować, strzec i bronić ze wszystkich swych sił”.

1PRZYSIĘGA

Matt

Dzisiaj

Zakładam czarny garnitur. Wiążę krawat. Dodaję spinki do mankietów. W końcu wchodzę do salonu Blair House, by powitać starszego oficera z Biura Militarnego Białego Domu, który przyszedł, by przekazać mi tajne kody na wypadek ataku nuklearnego. Razem z nim jest doradca z nuklearną futbolówką, która teraz przejdzie w moje ręce. Z wybiciem południa ten mężczyzna na kolejne cztery lata stanie się moim cieniem.

– To prawdziwa przyjemność pana poznać, panie prezydencie elekcie – mówi cień.

– I nawzajem. – Ściskam jego rękę, a potem rękę oficera. Przekazują mi kody i wychodzą.

Wedle zwyczaju w dniu inauguracji odchodzący prezydent wydaje brunch dla swojego następcy. Jednak w przypadku Jacobsa i mnie tak się nie stało. Chwytam swój długi płaszcz i wsuwam ręce w rękawy, po czym kiwam głową do stojącego przy drzwiach Wilsona.

Wydawało się właściwe, bym złożył wizytę ojcu. W dniu, w którym zostałem czterdziestym szóstym prezydentem Stanów Zjednoczonych.

***

Mój ojciec jest pochowany na Cmentarzu Narodowym w Arlington. Jest jednym z trzech spoczywających tam amerykańskich przywódców.

Lodowaty wiatr targa gabardyną przy moich łydkach. Podchodząc do grobu ojca, wiem, że panującą wokół ciszę przerwie wkrótce salwa dwudziestu jeden wystrzałów podczas zmiany warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

Klękam przy jego nagrobku i patrzę na wyryty na nim napis: Lawrence „Law” Hamilton, prezydent, mąż, ojciec, syn.

Zmarł dawno temu, tragicznie, w sposób, który pozostaje z tobą na zawsze. Naznaczając cię.

– Dzisiaj składam przysięgę. – Czuję w piersi ciężar na myśl, jak bardzo chciałby to zobaczyć. – Tato, chciałbym ci obiecać, że będę walczył o prawdę, sprawiedliwość, wolność i możliwości dla nas wszystkich. Włączając w to odnalezienie człowieka, który ci to zrobił.

Tamten dzień jest wciąż żywy w mojej pamięci: jego martwe oczy, Wilson osłaniający mnie własnym ciałem i ja, wyrywający się, by pobiec do ojca. Ostatnie, co do mnie powiedział, to że jestem zbyt uparty. Chciał, żebym zajął się polityką, ja upierałem się, by pójść własną drogą.

Całą dekadę trwało, nim poczułem potrzebę, by poświęcić się temu, czego zawsze dla mnie pragnął.

Dzisiaj jestem dumny, że przychodzę z wiadomością, która ucieszyłaby go jak żadnego z ojców.

Czasami mam wrażenie, że częściej rozmawiam z nim tutaj niż przez te kilka lat, które spędziliśmy w Białym Domu.

– Matka ma się dobrze. Tęskni za tobą. Od tamtego dnia nie jest już taka sama. Dręczy ją to, co się stało… i to, że ten, kto to zrobił, wciąż jest na wolności. Sądzę, że opłakuje lata, przez które chciała odbudować wasze małżeństwo. Zawsze miała nadzieję, że kiedy opuścimy Biały Dom, odzyska swojego męża. Tak, obaj wiemy, ile z tego wyszło.

Potrząsam głową i u stóp nagrobka dostrzegam zamarznięte kwiaty.

– Widzę, że cię odwiedziła.

Ponownie czuję odruch syna, który pragnie chronić swoją matkę.

Myślę o tym, co pewnie powiedziałby mi ojciec: „Jesteś stworzony do wielkości; nie szczędź siebie światu”. A dzisiaj, ze wszystkich dni, od kiedy go nie ma, najbardziej mi go brakuje.

– Spotkałem cudowną dziewczynę. Pamiętasz? Mówiłem ci o niej podczas ostatniej wizyty. Pozwoliłem jej odejść. Pozwoliłem odejść kobiecie, którą kocham, bo nie chciałem, żeby przechodziła przez to samo, co mama. Ale zdałem sobie sprawę, że bez niej nie dam rady. Że jej potrzebuję. Że dodaje mi siły. Nie chcę jej skrzywdzić, teraz, kiedy nadeszła moja kolej, żeby się tu znaleźć… Nie chcę, żeby płakała każdej nocy jak mama, kiedy mnie już przy niej nie będzie. Albo dlatego, że jestem po drugiej stronie kraju, a ona mnie potrzebuje. Ale nie umiem z niej zrezygnować. Jestem, kurwa, samolubny, ale nie potrafię tego zrobić.

Frustracja burzy się we mnie i w końcu przyznaję:

– Złożę przysięgę. Poświęcę temu krajowi każdy swój oddech. Zrobię to, czego ty nie mogłeś, i jeszcze tysiąc innych rzeczy. I odzyskam ją. Sprawię, że będziesz ze mnie dumny.

Wstaję i knykciami stukam w nagrobek, po czym patrzę na Wilsona, który głową daje znak reszcie ochrony.

Wracamy do kolumny samochodów, lecz zanim wsiadam do jednego z nich, zatrzymuję się i patrzę Wilsonowi prosto w oczy.

– Hej, sprawdziłem, co u niej, tak jak prosiłeś – mówi.

Wciągam do płuc zimne powietrze i potrząsając głową, wciskam dłonie w kieszenie czarnego płaszcza.

Ona nieustannie wypełnia każdą moją myśl i wywołuje ściskanie w piersi. Jedyna kobieta, która w taki sposób się dla mnie liczyła.

Zaraz po wyborach wyjechała do Europy. Odwiedziłem ją, kiedy podano już oficjalne wyniki głosowania. Pocałowałem ją. Ona pocałowała mnie. Powiedziałem, że chcę ją w Białym Domu. Odrzekła, że na kilka miesięcy wyjeżdża do Europy ze swoją przyjaciółką, Kaylą.

– Tak będzie lepiej – powiedziała. – Nie zatrzymam numeru telefonu. Myślę… że musimy to zrobić.

Wszelką siłą woli powstrzymałem się, by za nią nie pojechać. By trzymać się z dala. Zmieniła numer. Ale już znam nowy. Starałem się nie dzwonić. Ledwie mi się to udało. Ale nie mogłem się powstrzymać i nakazałem personelowi sprawdzić, kiedy będzie wracać do Stanów.

Ona chce z tobą skończyć, Hamilton. Zrób to, co trzeba.

Wiem o tym, ale nie mogę z niej zrezygnować. Dwa miesiące bez niej to o dwa za długo.

Mam już dość.

– Czego się dowiedziałeś?

– Wróciła z podróży i odpowiedziała na zaproszenie na jeden z balów inauguracyjnych, panie prezydencie elekcie.

Wróciła z Europy w samą porę na moją inaugurację.

Wstrzymuję oddech. Trzymałem się od niej z daleka, a teraz każdą komórką swojego ciała pragnę się z nią zobaczyć. Posiądę klucze do całego świata, lecz zrezygnowałem z tego do serca kobiety, którą kocham. Zaprzepaściłem swoją szansę. Jak mogę być z tego dumny? Tamtego dnia uroniła tylko jedną łzę.

Tylko jedną. I to z mojego powodu.

– Dobrze. Zabierzesz mnie tam dzisiaj.

Wsiadam do samochodu z Secret Service na ogonie i niespokojnie bębnię palcami po udzie. Krew burzy się we mnie na myśl, że dzisiaj ją spotkam. Już sobie wyobrażam niebieskie oczy i rude włosy mojej kobiety, kiedy przywita się ze swoim nowym prezydentem.

***

Charlotte

To historyczny dzień.

Matthew Hamilton, najmłodszy w historii prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Jestem w tłumie tysięcy ludzi zgromadzonych przed Kapitolem. Przysłano mi zaproszenie na uroczystość obejmujące też osobę towarzyszącą. Dlatego zabrałam ze sobą Kaylę. W napięciu siedzę na swoim miejscu – o wiele bliżej Matta niż tłum na dole.

National Mall zostało otwarte dla obywateli – coś takiego nie zdarzyło się do czasów objęcia urzędu przez jego ojca… i teraz. Naród pokłada w nim zbyt wielkie nadzieje i zbyt entuzjastycznie świętuje jego wybór, by trzymać się z daleka. Dziecięcy chór odśpiewał America the Beautiful, a ja siedzę ogarnięta nerwowością, podekscytowaniem i innymi uczuciami. Piosenka się kończy, a orkiestra wojskowa zaczyna grać wesołą, patriotyczną melodię.

Rozlega się dźwięk trąbek.

Przez głośniki dobiega głos prezentera przedstawiającego odchodzącego prezydenta, jego żonę i innych członków rządu.

Tłum wybucha oklaskami, gdy ludzie zaczynają zajmować swoje miejsca. Wtedy ku powszechnemu zachwytowi, po wymienieniu wielu prominentnych nazwisk, prowadzący w końcu ogłasza:

– Panie i panowie, prezydent elekt Stanów Zjednoczonych MATTHEW HAMILTON!

W porządku, oddychaj.

ODDYCHAJ, CHARLOTTE!

Jednak mam wrażenie, że jakaś niewidzialna lina zaciska się wokół mojej tchawicy, gdy Matt wchodzi na podium po niebieskim dywanie, a ludzie skandują wniebogłosy:

– HAMILTON! HAMILTON! HAMILTON!

Wita się ze wszystkimi członkami gabinetu i ze swoją matką, ściskając ich dłonie. Jego matka siedzi na lewo od mikrofonu, a po przywitaniu tłumu olśniewającym uśmiechem i machnięciem dłoni Matt zajmuje miejsce obok niej.

Wykręcam swoje zimne palce, wpatrując się w niego tak wygłodniałym wzrokiem, że aż bolą mnie oczy.

Wygląda imponująco na swoim fotelu, kiedy wiceprezydent elekt Louis Frederickson z Nowego Jorku składa przysięgę.

Jest dokładnie taki, jak go zapamiętałam. Ma może trochę dłuższe włosy. Na jego twarzy malują się spokój i powaga. Patrzę, jak pochyla głowę, by posłuchać, co mówi do niego matka. Na moment marszczy czoło, lecz zaraz jej przytakuje, a na jego ustach pojawia się uśmiech.

Motyle. Wredne i złośliwe motyle trzepoczą w każdej komórce mojego ciała.

Oddycham głęboko i patrzę w dół na moje skostniałe, poczerwieniałe z zimna dłonie. Panuje straszny ziąb, lecz kiedy wywołują Matta i nagle z głośników dobiega jego baryton, czuję, jak ciepło jego głosu rozgrzewa mnie niczym talerz ulubionej zupy. Niczym płynny ogień w moich żyłach. Niczym koc wokół serca.

Podnoszę głowę. Stoi na podium, spokojny i wysoki, w czarnym płaszczu, wspaniałym garniturze i czerwonym krawacie. Jego ciemne włosy porusza wiatr, gdy z powagą unosi jedną dłoń, a drugą kładzie na Biblii.

– Ja, Matthew Hamilton, przysięgam uroczyście urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych wiernie sprawować oraz konstytucji Stanów Zjednoczonych dochować, strzec i bronić ze wszystkich swych sił.

– Gratulacje, panie prezydencie – mówi prowadzący.

Wiruje mi w głowie.

Ożeż.

KURWA.

Matt jest teraz prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Tłum wybucha owacjami, które spadają na nas gromką falą. Ludzie wstają z miejsc. Wszyscy klaszczą i pławią się w euforii, kraj wita swojego nowego wodza.

Dygoczę gwałtownie, gdy raz za razem rozlega się dwadzieścia jeden wystrzałów.

Następnie słychać trąbki.

Tłum wymachuje małymi amerykańskimi flagami.

Ludzie płaczą.

Orkiestra gra, a muzyka coraz głośniej niesie się po Kapitolu i parku National Mall.

Matt salutuje tłumowi i z najbardziej olśniewającym uśmiechem, jaki u niego widziałam, przesuwa wzrokiem po setkach tysięcy zebranych. Ludzi, którzy kochali go od lat, od czasów, kiedy był jeszcze synem ich prezydenta. A teraz sam jest ich prezydentem.

Najmłodszym, najbardziej seksownym prezydentem na świecie.

Ludzie w stojącym niżej tłumie nie przestają machać flagami.

Rozbrzmiewa ostatni wystrzał, a prezenter mówi:

– Z największą przyjemnością przedstawiam państwu czterdziestego szóstego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Matthew Hamiltona.

Matt podchodzi do mównicy, opiera na niej dłonie i pochyla się do mikrofonu, a z głośników rozlega się jego głęboki i mocny głos. Już sam jego dźwięk ma na mnie ogromny wpływ i budzi we mnie falę zarówno nostalgii, jak i podekscytowania.

– Dziękuję. Drodzy obywatele, wiceprezydencie Frederickson – wita ich – stoję tu dzisiaj przed wami pełen pokory i szacunku dla zmiany, która czeka ten kraj, gdy wszyscy razem wprowadzimy ją w życie. – Przerywa mu burza oklasków, więc na chwilę milknie. – Obywatele, jestem niezmiernie wdzięczny za tę szansę. – Z powagą pochyla głowę, patrząc raz w jedną, raz w drugą stronę, a jego szerokie ramiona napinają materiał płaszcza. – W naszym kraju walczymy o prawdę i sprawiedliwość. – Przerwa. – Walczymy o wolność i o to, co słuszne. – Przerwa. – Walczymy o to i za to giniemy, a jeśli mamy szczęście, umieramy, ciesząc się tym. – Przerwa. – To nie jest czas, by odsunąć się na bok i mieć nadzieję, że będzie lepiej. To czas, w którym sami sprawimy, że tak będzie. Gdy odwdzięczymy się krajowi. Gdy poświęcimy mu najlepszą część siebie. Ameryka została zbudowana na wolności, przyjęła obietnicę jedności, pokoju, sprawiedliwości i prawdy. Tylko poprzez zachowanie i honorowanie tego, kim jesteśmy, możemy do głębi oddać sprawiedliwość temu, co reprezentujemy. I co nadal będziemy reprezentować. Będziemy światłem przewodnim dla innych państw na świecie. Krajem ludzi wolnych. Domem odważnych. Zrealizujmy nasz ogromny potencjał i zapewnijmy sobie radość z tego, o co nasi przodkowie tak zaciekle walczyli… nie tylko dla nas, ale również dla przyszłych pokoleń. Chcieliście przywódcy, który wprowadzi was w tę nową erę z odwagą. Z przekonaniem. I który dopilnuje, żeby wszystko zostało doprowadzone do końca. Obywatele… – Chwila milczenia. – NIE ZAWIODĘ WAS!

Tłum wybucha aplauzem, a tysiące ust wypowiadają nazwisko: Hamilton.

Hamilton to człowiek dnia. Człowiek roku. Człowiek ich życia. Uśmiecha się na to ciepłe powitanie i kończy, mówiąc głębokim głosem:

– Niech was Bóg błogosławi. I niech błogosławi Stany Zjednoczone Ameryki.

Ogarnia mnie fala ciepła, a w gardle nagle rośnie wielka, kolczasta gula.

Orkiestra zaczyna grać hymn, a gdy chór śpiewających obywateli rozbrzmiewa na całym Wzgórzu Kapitolińskim i w wielu domach na świecie, kładę rękę na sercu i usiłuję wydobyć z siebie słowa pieśni – lecz to nie pomaga mi złagodzić dziwnego, głębokiego bólu w piersi. To dla mnie niezwykły dzień. Nie tylko jako dla obywatelki. Emocje tego dnia dorównują głębi uczuć, jakie żywię do nowego prezydenta.

A ta głębia jest nieskończona.

Przepastna.

I wieczna.

Właśnie tego chciał. Właśnie tego my chcieliśmy. Tego, co zrobił cały kraj. To pierwszy dzień zmian, które niedługo nadejdą… A ja pragnę tylko jednej króciutkiej chwili, by móc z nim porozmawiać. Powiedzieć mu, jak bardzo jestem z niego dumna. Jak bardzo boli, że nie mogę go mieć, lecz jak bezpiecznie się czuję, wiedząc, że będzie walczył o nasze sprawy.

Siedzę wśród tłumu, emocje wzbierają w mojej piersi, a do oczu napływają łzy. Kończymy hymn.

– Hej, dawaj. Zróbmy z ciebie piękność na dzisiejszy bal – mówi Kayla, wsuwając mi rękę pod łokieć i pociągając mnie z miejsca.

Wstaję, chociaż z lekkim oporem. Mam wrażenie, że moje nogi zmieniły się w ołów, jakbym nie chciała iść w tamtą stronę. Zamiast tego pragnę ruszyć do miejsca, gdzie Matt żegna się z otaczającymi go ludźmi i szykuje się do opuszczenia parku.

Patrzę, jak podchodzi do wyłożonych niebieskim dywanem schodów.

Lekko pochyla głowę, po czym obrzuca tłum uważnym spojrzeniem.

Wstrzymuję oddech i potrząsam głową.

On nie szuka ciebie, Charlotte. Możesz już zacząć oddychać.

Wydaję z siebie westchnienie i pocieram palcami skronie, gdy czekamy na przejazd parady motocykli.

– Nie wiem, czy powinnam iść.

– Och, daj spokój. – Kayla trąca mnie lekko i patrzy na mnie badawczo. – Przyjechałyśmy tuż przed inauguracją, bo chciałaś tutaj być. Nie możesz odrzucić zaproszenia na bal inauguracyjny.

Nie odrywam wzroku od Matthew.

Matthew Hamiltona.

Mojej miłości.

Pamiętam, jak wzdycha, kiedy się kocha. To, jak jego oddech staje się urywany, a oczy zachodzą mgłą. Pamiętam smak jego potu, kiedy we mnie wchodził, sposób, w jaki go całowałam, lizałam i pragnęłam więcej. Pragnęłam jego i wszystkiego, co mógł mi dać.

Intymne chwile.

Chwile pomiędzy kobietą i mężczyzną.

Chwile, które wydają się tak odległe, lecz których nigdy nie zapomnę, bo były nasze. Kurczowo chwytam się tych wspomnień, bo pragnę o nich pamiętać. Kiedy widzę mężczyznę – prezydenta – chcę pamiętać dotyk jego ukrytej pod koszulą i marynarką piersi, całą tę siłę kryjącą się w jego mięśniach. Pragnę pamiętać jego rozmiar, kiedy we mnie był, równie wielki, jak teraz jego tytuł… I chcę pamiętać to uczucie, kiedy we mnie dochodził. Nie chcę nigdy zapomnieć dźwięku jego głosu w ciemności, kiedy nikt nie patrzył, i rozbrzmiewającej w nim czułości.

Nie chcę zapomnieć, że przez krótki czas Matt Hamilton – czterdziesty szósty prezydent Stanów Zjednoczonych – był mój.

***

Wracam do mieszkania, żeby wziąć prysznic, wysuszyć włosy i przygotować się na wieczór.

Ostatnie dwa miesiące spędziłam w Europie. Było strasznie zimno i większość czasu zamiast zwiedzać siedziałyśmy w hotelu, ale to nie miało znaczenia. Nie było mnie w Stanach Zjednoczonych – kraju, który kocham, blisko mężczyzny, którego kocham – po prostu dlatego, że musiałam dojść do siebie.

Nie chciałam, żeby kusiło mnie, by do niego zadzwonić. Bałam się, że jeśli zostanę, będę go widziała w każdym wydaniu wiadomości, że samo powietrze w stolicy będzie miało jego zapach. Że wpadnę na niego albo że po prostu każde miejsce, do którego pójdę, wywoła zbyt wiele wspomnień, by móc swobodnie oddychać. Europa była dobra. Ukoiła mnie, a jednak nie mogłam się doczekać powrotu. Nie mogłam znieść tego, że nie będzie mnie w domu w dniu zaprzysiężenia Matta.

Powiedziałam Kayli, że zakochałam się w nim w czasie kampanii. Nie podałam jednak żadnych szczegółów. Naciskała, ale nie uległam. Teraz rozumiem, że jeżeli jest się osobą na tak wysokim szczeblu, jak Matt, nie można ufać nawet tym, którym powinno się ufać. Nie we wszystkim. Boję się, że którejś nocy pijana wygada wszystkim o romansie. Dlatego zatrzymałam to dla siebie i pielęgnowałam w sercu, nawet gdy Kayla powtarzała, że to tylko zauroczenie, które przejdzie mi w Paryżu, mieście miłości.

Nie przeszło.

W tej chwili serce boli mnie bez względu na to, jak bardzo chciałabym być silna.

Boże.

Jak zdołam patrzeć mu dzisiaj w oczy?

Natychmiast mnie przejrzy.

Mam nadzieję, że jego wizyta na balu, na który przyjdę, będzie krótka – dzisiejszego wieczoru odbywa się kilka przyjęć. Że powie szybkie „cześć” i będzie musiał przywitać pozostałych czekających w kolejce, by pozdrowić nowego prezydenta.

Mimo to ubieram się z taką dbałością jak panna młoda w dniu swojego ślubu.

Zobaczę mężczyznę, którego kocham, możliwe, że po raz ostatni w życiu, a dziewczynka we mnie pragnie, by zapamiętał, że wyglądam najbardziej zachwycająco, jak tylko mogę wyglądać.

Tak godna pożądania, jak niegdyś uznał.

Rozczesuję włosy i pozwalam im opaść na plecy. Decyduję się na niebieską sukienkę bez ramiączek, która pasuje do moich oczu. Maluję usta na odcień głębokiej czerwieni i pytam matki, czy mogę pożyczyć futro babci. Ze względu na okrucieństwo wobec zwierząt w życiu nie kupiłam nawet jednego futra, lecz to należące do babci ma dla mnie sentymentalną wartość, a na dworze panuje prawdziwy ziąb.

Moi rodzice udają się na inny bal niż ja.

– Naprawdę powinnaś rozważyć pójście z nami – tego ranka powiedziała do mnie matka.

– Idę z Alison. Jest nową fotografką Białego Domu i musi być na tym balu, żeby porobić zdjęcia.

– Ach, no dobrze. Charlotte?

– Tak?

– Jesteś pewna, że jesteś już gotowa?

Rozumiałam, o co pyta. Wie, że coś łączyło Matthew i mnie, chociaż nigdy nie opowiedziałam jej o szczegółach. Wie, że się zakochałam – a każda troskliwa matka zaczęłaby się martwić, gdyby jej córka zakochała się w seksownym, młodym prezydencie.

Przez emocje trudno mi mówić, więc twierdząco kiwam głową, lecz zaraz uświadamiam sobie, że matka mnie nie widzi.

– Tak.

Wiem, że to nie będzie łatwe. Ale muszę go dziś zobaczyć.

Chcę mu pogratulować. Chcę, żeby wiedział, że mam się dobrze, że jestem z niego dumna, że zamierzam żyć dalej. I że chciałabym, by on zrobił to samo.

2BAL INAUGURACYJNY

Matt

– Prezydencie Hamilton. Panie prezydencie…

Patrzę na mężczyznę, który do mnie mówi. Jestem właśnie na oficjalnym lunchu, a moje cholerne myśli wciąż krążą wokół dzisiejszego wieczoru.

– Przepraszam. Ten dzień był naprawdę długi. – Uśmiecham się i przesuwam dłonią po włosach, nachylając się, by porozmawiać z liderem większości Senatu.

To niesamowite, że nigdy nie odpoczywamy. Nawet podczas spotkań towarzyskich dyskutujemy o polityce.

Staram się konsultować z większością obecnych tu mężczyzn; w najlepszym interesie moim i kraju jest, by moje pomysły na zmianę szły w parze z tymi, które mają Senat i Kongres. Czy łatwo będzie sprawić, by były zgodne, to się jeszcze okaże.

– Pytałem, czy pierwszym projektem w pańskim planie będzie ustawa o czystej energii.

– To jeden z priorytetów, lecz z pewnością nie znajduje się na szczycie mojej listy. – Na razie mogę powiedzieć mu tylko tyle.

Wszystko w swoim czasie, staruszku. Wszystko w swoim czasie.

Czuję ulgę, kiedy zaczynamy szykować się do parady wzdłuż Pennsylvania Avenue. Idziemy otoczeni przez czarne rządowe samochody, a w drodze pod najsłynniejszy adres w kraju towarzyszą mi matka i dziadek. Setki tysięcy ludzi wyszły na ulicę, by przyglądać się paradzie. Na wietrze powiewają amerykańskie flagi.

To prawdziwy zaszczyt zmierzać na 1600 Penn.

Dziadek maszeruje niczym dumny król, uśmiechając się od ucha do ucha.

– Synu, jestem z ciebie dumny. Teraz musisz dogadać się z partiami albo gówno zrobisz.

Dziadek niekoniecznie jest dla mnie wzorem do naśladowania, ale wiem, kiedy go słuchać. I kiedy odsunąć na bok.

– To partie będą musiały dogadać się ze mną. – Z uśmiecham macham do tłumu.

Po prawej mam milczącą matkę.

– Jest dla ciebie pokój w Białym Domu – mówię do niej, ściskając jej dłoń.

– Och, nie. – Śmieje się, przez tę jedną chwilę ulotnego szczęścia wyglądając jak młoda dziewczyna. – Siedem lat mi wystarczy.

Puszczam jej rękę, by móc ponownie pozdrawiać tłum. Wiem, że wspomina podobne dni sprzed dekady: nie tylko ten, kiedy po raz pierwszy towarzyszyła ojcu w takiej paradzie, lecz również ten, w którym zginął… A paradna kolumna samochodów wiozła jego trumnę.

– Poza tym mam przeczucie, że wkrótce będzie on zajęty – dodaje.

Chwilę trwa, nim dociera do mnie, że mówi o pokoju.

– Dlaczego tak twierdzisz?

– Bo cię znam. Nie pozwolisz tej dziewczynie odejść. Nie pozwoliłeś. Matt, nigdy nie widziałam, żebyś był taki… smutny. Nawet po wygranej.

Jestem zszokowany tym, jak dobrze mnie zna, nie potrafię wymyślić żadnej odpowiedzi. Wie, ile mnie kosztowało, by nie zadzwonić do Charlotte. Wie, że przez kilka miesięcy powtarzałem sobie, że tak będzie lepiej, że nie dam rady udźwignąć tego wszystkiego i że jeśli tylko spróbuję, poniosę porażkę. Ale tego nie kupuję. Pragnę mojej dziewczyny i będę ją miał.

– Ona jest moim światłem. Dokonuje niemożliwego – mówię matce.

Docieramy pod 1600 Pennsylvania Avenue.

Brama się otwiera, rozwinięto za nią czerwony dywan. Jack, mój pies, którego wcześniej przewieziono tu z Blair House, wypada z budynku i zbiega po schodach, by nas powitać.

Matka imponuje ubiorem. Można by pomyśleć, że jest zachwycona tym, że wróciłem do Białego Domu. Może po części jest. Ale wiem, że tę pozostałą część paraliżuje strach, że spotka mnie taki sam koniec jak mojego ojca.

Wchodzimy po wyłożonych czerwonym dywanem schodach Północnego Wejścia.

– Panie prezydencie – wita mnie ochmistrz. Ściskam mu dłoń. – Witamy w pana nowym domu.

– Dziękuję, Tom. Jutro chciałbym poznać personel. Pomóż mi to zorganizować.

– Oczywiście, panie prezydencie.

– Tom – słyszę głos matki, przyciągającej go do siebie.

Jack biegnie przed nami, gdy wchodzimy przez szeroko otwarte drzwi.

– Panie prezydencie – mówi jeden z kamerdynerów. – W Jadalni Rodzinnej przygotowano bufet dla pana i pańskich gości na czas, kiedy będzie pan się przygotowywał do dzisiejszych balów.

– Dziękuję. Miło mi cię poznać…?

– Charles.

– Miło mi, Charles. – Potrząsam dłonią mężczyzny, po czym ruszam do Zachodniego Skrzydła. Znajduję tam Portię, moją asystentkę, która już organizuje swoje biurko przed Gabinetem Owalnym.

– Jak ci idzie, Portio?

– Uff – wzdycha. – Jakoś idzie. Ten dom jest ogromny. Pański szef sztabu, Dale Coin, powiedział mi, że mogę zadzwonić do biura ochmistrzów, gdyby coś wydawało się nieosiągalne.

– Dobrze. Tak zrób.

Wchodzę do Gabinetu Owalnego, a Jack wbiega za mną.

Kazałem przywieźć biurko mojego ojca – do tej pory stało w magazynie. Teraz podchodzę do niego, przelotnie patrząc na prezydencką pieczęć zdobiącą dywan pod moimi stopami. Gładzę palcami drewno. Za mną stoi amerykańska flaga. Obok niej flaga z pieczęcią prezydencką. Następnie bębnię palcami w biurko, siadam w fotelu i zaczynam przeglądać przygotowane dla mnie dokumenty. Gdy przerzucam kolejne strony, Jack obwąchuje każdy zakamarek pokoju.

Dzisiaj zaznajomiłem się z tajnymi informacjami – umowami z innymi krajami, zagrożeniami bezpieczeństwa, sprawami, w które zaangażowane są CIA i FBI i które będą toczyły się jak zwykle, chyba że postanowię inaczej. Raport na temat sytuacji w Chinach. Rosja igra z ogniem. Cyberprzestępczość wciąż rośnie.

Jest tak cholernie dużo do zrobienia, a ja jestem gotowy, żeby zacząć.

Godzinę później odkładam dokumenty, lecz zamiast pójść do bufetu, przechodzę do głównej rezydencji, by przygotować się do balów inauguracyjnych.

W Białym Domu tak naprawdę nigdy nie jest cicho, lecz tego wieczoru górne piętra są cichsze, niż pamiętam. Żadnych głosów ojca i matki, tylko moje kroki. Na miejsce czterdziestu pięciu mężczyzn, którzy byli tu przede mną.

Jack wącha dookoła jak oszalały, gdy zmierzam do Sypialni Lincolna. Właśnie ten pokój postanowiłem zająć.

– Witaj w Białym Domu, kolego. Jak powiedział Truman, tym wielkim białym więzieniu.

Przechodzę przez pokój i patrzę za okno, na ogromny teren otaczający Biały Dom. Na zewnątrz jest zimno, a w stolicy unosi się mgła.

Gotowy na spotkanie z nią, biorę prysznic i ubieram się na dzisiejsze przyjęcia. Sprawnie zapinam spinki przy mankietach, rozmyślając o tym, że w końcu, w końcu znów spojrzę w jej błękitne oczy.

– Tęsknisz za nią?

Jack unosi głowę i patrzy na mnie ze swojego miejsca w nogach łóżka. Jakby na całym cholernym świecie istniała tylko ona jedna.

Uśmiecham się, pochylam i głaszczę go po głowie, po czym sięgam po marynarkę smokingu.

– Ja też. – Wsuwam ręce w rękawy i ponownie na niego patrzę. – Ale niedługo już nie będziemy musieli tęsknić.

***

Charlotte

– Panie i panowie, prezydent Stanów Zjednoczonych!

Niemal rozlewam drinka, kiedy w sali rozlega się anons.

Staję przy Alison, zachwyconej, że jest wśród oficjalnych fotografów Białego Domu. Gdy rozbrzmiały te słowa, właśnie robiła zdjęcia obecnych na balu, a ja z drinkiem w dłoni kręciłam się obok niej. Nagle jakby ktoś smagnął mnie biczem i wycisnął powietrze z płuc.

To najmniejszy z balów, które się dzisiaj odbywają. Każdy się spodziewał, że prezydent pojawi się najpierw na tych bardziej okazałych. Byłam prawie nieprzygotowana na spotkanie z nim – wypiłam dopiero jeden kieliszek wina! – a on już tu jest.

O Boże.

Denerwuję się dziesięć razy bardziej niż pozostałe kobiety na sali. Setki kobiet, ważnych, bardzo inteligentnych lub bardzo pięknych kobiet chichoczą z podekscytowaniem, gdy Matt Hamilton, mój Matt Hamilton, wchodzi na salę.

Uhm. Nie. On nie jest twój, Charlotte, więc lepiej przestań być taka zaborcza.

Ale nie mogę się powstrzymać.

Sam jego widok sprawia, że pragnę iść przy nim, wspierając się na jego ramieniu, bez względu na to, jak bardzo niedorzeczna jest ta myśl. Patrzenie na niego na podium to było jedno. Był wtedy o wiele dalej.

Jednak przebywanie z nim w tym samym pomieszczeniu to zupełnie coś innego.

Kiedy ma na sobie smoking.

Cholernie seksowny czarny smoking.

Od miesięcy nie był tak blisko mnie.

Niemal czuję jego zapach, ekskluzywny, czysty i męski.

Obok mnie Alison robi zdjęcia.

Klik, klik, klik.

Matt zdecydowanym krokiem przechodzi przez salę, zdawkowo pozdrawiając witające go osoby. Czy nie jest dzisiaj wyższy niż zwykle? Naprawdę nad wszystkimi góruje.

I czy jego ramiona nie są szersze? Wygląda imponująco. Jego postawa i krok wydają się świadczyć, że wie, iż cały świat kręci się wokół niego. Co nie jest do końca kłamstwem.

– Wiesz, co lubię u Matta? Że za jego seksownym wyglądem kryje się intelekt – mówi Alison, układając wargi w „o”, po czym z diabelskim błyskiem w oczach oblizuje usta. – Mniam.

Nim zdołam pomyśleć, również oblizuję wargi. Naprawdę nie mogę tego więcej robić.

Alison zmienia miejsce, by zrobić tuzin różnych ujęć – nie tylko Matta, lecz również pełnych zachwytu i podekscytowania reakcji na jego osobę.

Jego oczy lśnią, gdy pozdrawia jedną osobę za drugą. Marszczą się w kącikach, kiedy się uśmiecha. Dobrze pamiętam te zmarszczki. Pamiętam dotyk lekkiego, porannego zarostu na jego twarzy, chociaż teraz jest ona gładka i doskonale ogolona, a usta wyginają się w uśmiechu.

Ma włosy zaczesane do tyłu, a jego rysy są piękne i doskonale wyrzeźbione. Moim ciałem wstrząsa niespodziewany dreszcz. Tak jakby każda jego komórka, każdy jego fragment wciąż go pamiętał. Wciąż go pragnął.

Podnoszę dłoń, by dotknąć miejsca, w którym zawsze nosiłam przypinkę upamiętniającą jego ojca, lecz jedyne, czego dotykam, to naga skóra odsłonięta przez długą suknię bez ramiączek, którą na sobie mam.

Moje serce wali jak młotem, kiedy dalej pozdrawia mijanych ludzi, zbliżając się do miejsca, w którym stoję zamarła z drinkiem w dłoni. Wygląda na tak szczęśliwego. Mój żołądek zaciska się z emocji. Ze szczęścia. Ale jego obecność przypomina mi również o tym, co straciłam.

Czy go straciłam?

Nigdy nie był do końca mój.

Ale ja cała do niego należałam. Duszą i ciałem. I zrobiłabym wszystko, o co tylko by mnie poprosił. Próbowałam odzyskać poczucie siebie samej. Podróżując po Europie, starałam się dostrzec powody, dla których by się nam nie udało: jestem młoda i niedoświadczona, nie takiej kobiety potrzebuje prezydent. Nie jestem gotowa na to, kim został. Mimo że bardzo bym chciała być starsza, bardziej doświadczona, bardziej odpowiednia, by stać u jego boku.

Nie żeby on mnie przy sobie chciał…

Stoję rozdarta, kiedy tłum rozstępuje się, by pozwolić mu przejść.

– Idę do toalety – mówię bez tchu i odchodzę, zastanawiając się, po co tutaj przyszłam. Dlaczego się zgodziłam? To był dla niego ważny dzień. Nie chciałam go przegapić.

Lecz ponownie czuję ból, jakby znów był dzień wyborów – ten dzień, w którym od niego odeszłam… i zarezerwowałam lot do Europy, gdzie spędziłam z Kaylą dwa miesiące, odmrażając sobie tyłek i pijąc gorącą czekoladę. Wróciłam na jego inaugurację – nie mogłam jej przegapić.

Jednak lądowanie w Stanach było słodko-gorzkie – to dom, w którym się zakochałam, w którym się urodziłam, w którym chcę umrzeć i który uwielbiam, ale również kraj kierowany przez mężczyznę, którego kocham, a z tej miłości próbuję się wyleczyć.

Dlatego wchodzę do łazienki. Widzę, że jest pusta. Patrzę na siebie w lustrze i szepczę:

– Oddychaj. – Zamykam oczy, pochylam się do przodu i biorę kolejny wdech. W końcu otwieram oczy. – A teraz wyjdź, przywitaj się z nim i uśmiechaj.

To najtrudniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek sobie nakazałam.

Lecz wychodzę z pomieszczenia i nie odrywając od niego oczu, dołączam do tłumu, w którym wszyscy czekają, by go pozdrowić. I żeby on ich pozdrowił. Żeby ich zauważył.

Alison dostrzega mnie i robi mi zdjęcie.

– Ale się zabujałaś. Nie mogę powiedzieć, że cię nie rozumiem – mówi.

– Wcale tego nie chcę – szepczę.

Uśmiecha się i nadal pstryka zdjęcia.

Jak wygłodniała upajam się jego widokiem, ponad metrem osiemdziesiąt czystej fantazji spakowanej w jednym mężczyźnie – pięknym nad wszelkie wyobrażenie. Tak pięknym, że nie mogę uwierzyć, że takie piękno w ogóle istnieje.

Wtedy podchodzi bliżej i słyszę jego głos:

– Dziękuję za przybycie.

Dwa kroki.

– Dobrze cię widzieć.

Jeden krok.

Próbuję się uśmiechnąć, kiedy staje przede mną, taki wysoki, ciemny i wspaniały. Wszyscy wstrzymują oddech. W sali zapada cisza. Mrugam z niedowierzaniem.

Matt Hamilton.

Boże. Wygląda seksownie jak sam grzech. Ze ściągniętymi brwiami wpatruje się we mnie przeszywającym wzrokiem, a nikły uśmiech igra na jego wargach – wargach, które są pełne, zmysłowe i wprost niezwykle grzeszne.

Oddech więźnie mi w gardle, a w mojej piersi wzbiera tak wielka duma, że jedynie nieznacznie kiwam mu głową:

– Panie prezydencie.

Wyciąga rękę, by ująć moją dłoń, a jego palce przesuwają się po moich.

– Dobrze cię widzieć. – Jego głos jest wyjątkowo niski.

Przypominam sobie, jak powiedział, że mu stanie, kiedy nazwę go prezydentem, i nie mogę przestać się rumienić. Jednak teraz nie będę tego wyciągać.

Jego palce są ciepłe i mocne, a uścisk odpowiednio wyważony. Jego ręka jest taka silna.

Nawet nie ściskamy dłoni. Praktycznie tylko trzyma moją w swojej. A każda cząstka mnie pamięta jego rękę. Pamięta jej dotyk.

Wsuwa coś.

Powoli puszczając moją dłoń, coś w nią wsuwa, po czym pochyla się i szepcze mi do ucha:

– Bądź dyskretna.

Zaciskam palce na kawałku papieru, a on rusza dalej, by powitać pozostałych gości.

Zszokowana patrzę, jak odchodzi, po czym dyskretnie rozwijam karteczkę.

10 minut

Południowe wejście

Windą na piętro

Wejdź przez podwójne drzwi w głębi korytarza.

Oczekuje mnie.

Zaczynam odliczać minuty, gdy zaczyna się występ Alicii Keys, a Matt z matką wchodzą na parkiet.

Najprzystojniejszy prezydent, jakiego widziałam.

Gdzie nauczył się tak tańczyć?

Z kieliszkiem w ręku patrzę, jak obraca matkę w tańcu.

Kobieta śmieje się, wyglądając na młodszą, niż w rzeczywistości jest, chociaż ból nigdy do końca nie znika z jej oczu. Matt uśmiecha się do niej, robiąc, co tylko może, by jej ulżyć.

Tak bardzo kocham tego głupca, że mam ochotę w coś uderzyć.

Kiedy taniec się kończy, na parkiet wchodzą inne pary, a ja widzę, że Matt – który wciąż wzbudza poruszenie na sali – przeprasza matkę i wychodzi innym wyjściem niż to, które mi wskazał.

Przechodząc przez salę, poprawia spinki od mankietów, a jego agenci ochrony już przemieszczają się na obrzeżach sali, zmierzając do tych samych drzwi. Odstawiam kieliszek. Powtarzam sobie, że to nic dobrego, że jeśli tam pójdę, to tylko po to, by moje serce pękło już tysięczny raz. Lecz część mnie… po prostu ma to gdzieś.

To Matt.

Przemierzyłam ocean, by o nim zapomnieć, lecz przepłynęłabym dla niego tysiące oceanów. Moje serce zawsze będzie biło tylko dla niego.

To serce, które musiałam wywieźć za wielką wodę ze strachu, że go odszukam.

To serce, które teraz bije jak oszalałe, kiedy idę na spotkanie z nim.

Dokładnie podążam za instrukcjami. Przy drzwiach do pokoju widzę Wilsona razem z armią innych agentów Secret Service.

Wilson szepcze coś do mikrofonu, po czym kiwa do mnie głową i sięga do klamki.

– Cześć, Wilson.

– Panno Wells. – Zdawkowo pochyla głowę i otwiera drzwi. – Prezydent jest w środku.

– Dziękuję.

Podejrzewam, że serce bije mi tak mocno nie tylko dlatego, że znów się z nim spotkam, ale również dlatego, że nie wiem, czego oczekiwać.

Wchodzę do pokoju, a drzwi zamykają się za mną z cichym kliknięciem. Powietrze ucieka mi z płuc, jakby wyssane przez ogromny odkurzacz.

Odkurzacz o nazwie Hamilton.

Mam wrażenie, że całe pomieszczenie jest dla niego jedynie dekoracją. Jest tak… imponujący. Porażający. Moje oczy widzą tylko tego wysokiego, ciemnowłosego i barczystego mężczyznę na środku. Matt stoi pewnie, lecz swobodnie, z jedną ręką w kieszeni spodni. Muszka, którą ma pod szyją, jest idealna. Nawet jego włosy są doskonałe – żaden kosmyk nie wymyka się spod kontroli – a ja czuję ogromne pragnienie, by wsunąć w nie dłonie.

Jednak w jego oczach kryje się cały wszechświat, ciemny i nieskończony, a intensywność jego spojrzenia porusza każdą komórkę w moim ciele, gdy pochłania mnie wzrokiem – każdy centymetr mnie w tej sukni, od oczu, przez nos, po moje usta, szyję, ramiona, piersi, brzuch i nogi.

Trudno mi mówić. To, jak na mnie patrzy, osłabia moje postanowienie, by pozostać silną. Muszę skierować jego uwagę na coś innego, by przestał rozbierać mnie wzrokiem.

– Do twarzy ci z prezydenturą – mówię mimowolnie, bo kiedy tak na mnie patrzy, ja również mu się przyglądam. Jego atletycznej, muskularnej postawie i temu, jak smoking opina jego ramiona.

Słysząc moje słowa, Matt powoli unosi wzrok, by w końcu spojrzeć mi w oczy. Odpowiada z prostotą, głosem tak głębokim, jak to pamiętam, tonem mocnym i absolutnie nieskruszonym.

– Jesteś piękna.

Gwałtownie nabieram powietrza, bo jego słowa są niczym cios prosto w serce.

Ciepło rozlewa się po moich policzkach. Jakby mnie rozpalił. I nic, co zrobię, nie ugasi tego ognia, który we mnie wznieca.

– Nie weszłam w to dla szczęśliwego zakończenia.

– Ale na takie zasługujesz.

Matt się nie uśmiecha. Jego oczy są ciemne i poważne, gdy nadal uważnie mi się przygląda.

– Trzymałem się od ciebie z dala – mówi, robiąc krok w moją stronę i wyjmując dłoń z kieszeni.

– Zauważyłam. – Mój głos jest ochrypły, jestem tak owładnięta jego obecnością, kiedy krąży po pokoju, że spuszczam wzrok, a moje emocje szaleją. Po chwili patrzę mu w oczy, których ode mnie nie odwrócił. Choćby na chwilę.

– Jest ci łatwiej? – pytam.

– Kurwa, nie. Z całych sił muszę się powstrzymywać, żeby cię teraz nie dotknąć.

Niespokojnie przeciąga po twarzy dłonią, a w jego głosie pojawia się ślad żalu, gdy zatrzymuje się krok ode mnie.

– Bycie ze mną może cię zranić. Właśnie dlatego chciałaś, żebym trzymał się od ciebie z daleka. Wiesz, że jeśli z tobą będę, skrzywdzę cię, nawet jeśli to nie będzie moją intencją. Wiem, że mój ojciec nie miał takiego zamiaru, przez lata raniąc moją matkę.

– Patrzenie na ciebie teraz mnie rani.

Zaciska zęby, po czym sięga ręką, by odchylić mi głowę.

– Spójrz na mnie – mówi cicho i ochryple, wwiercając się we mnie spojrzeniem. – Nie mogę dać ci tego, na co zasługujesz. Nie mogę dać ci domu ani nawet zabrać na normalną randkę. Ale pragnę cię. Kurwa, potrzebuję cię w moim życiu, Charlotte.

Jego dotyk sprawia, że kolana zaczynają mi drżeć.

– Zaakceptowałam już to, że nie mogę mieć więcej, i nie mam nic przeciwko. To nie jest tego warte. Masz ważniejsze sprawy, niż bycie ze mną.

W zamyśleniu ściąga brwi, po czym zaciska dłoń w pięść i kłykciami przeciąga po moim policzku.

– Możesz cierpieć, bo nie będę w stanie dać ci tego, czego pragniesz. Ale chcę tego. Chcę dać ci wszystko.

Duszę w sobie dreszcz, nerwowo oblizuję usta, pragnąc więcej jego dotyku, więcej słów, więcej jego samego.

– Nie dlatego tutaj przyszłam. Chcę, żeby twoja prezydentura była najlepsza. I wiedz, że pogodziłam się z tym, że między nami koniec.

– Nie chcę, żeby to był koniec. – Jego oczy lśnią zdecydowanie, gdy opuszcza dłoń i wbija we mnie wzrok. – Jestem kurewsko samolubny. Chcę cię tylko dla siebie. Jezu! Codziennie zastanawiam się, co robisz, z kim rozmawiasz, do kogo się uśmiechasz, i chcę być właśnie tą osobą.

– Ja też nie chcę, żeby to był koniec. Ale tak musi być, Matt.

Potrząsa głową, uśmiechając się posępnie.

– Nie musi. Pieprzę całe to trzymanie się od ciebie z daleka. Nie tego pragnę. Czego ty ode mnie chcesz? Chcesz tego?

– Czego? – pytam niepewnie.

– Wszystkiego.

Mam wrażenie, jakbym nagle znalazła się w kolejce górskiej – mój żołądek skręca się tak bardzo, że nie potrafię stać nieruchomo, kiedy Matt czeka na moją odpowiedź. Nigdy nie potrafiłam go okłamywać i nie sądzę, żebym kiedykolwiek była do tego zdolna.

– Nie chcę, żebyś trzymał się ode mnie z daleka.

– Zadałem ci pytanie. Czy chcesz wszystkiego, co mogę ci dać?

Boże. Wpływ, jaki na mnie ma, i ten jego magnetyzm, który tak bardzo mnie do niego przyciąga… Ból w jego oczach tylko przypomina mi o moim własnym. Jest teraz prezydentem, ale to wciąż Matt. Moje pierwsze zauroczenie, moja pierwsza miłość. I wiem, że po nim nie będę chciała pokochać żadnego innego mężczyzny.

– Nie wiem, co znaczy „wszystko”. Chciałabym zacząć powoli – zaczynam.

– Jak powoli?

– Powoli, Matthew – mówię.

Wypuszcza powietrze z płuc, a jego wzrok łagodnieje.

– To zbyt wiele. Ty to dla mnie zbyt wiele – mówię z jękiem. – Ale nie dbam o nic innego. Nie chcę, żebyś trzymał się ode mnie z daleka.

Jego spojrzenie zaczyna płonąć, gdy mi się przygląda.

– Po prostu nie wiem, jak może nam się to udać bez żadnej medialnej eksplozji – dodaję. – Zbyt mało czasu minęło od kampanii. Ludzie pomyślą, że przez cały ten czas mieliśmy romans.

– Bo mieliśmy.

Na samo wspomnienie i ochrypły dźwięk jego głosu czuję, jak na policzki wypływa mi gorący rumieniec.

Chwile, które z nim spędziłam, są dla mnie zbyt cenne, bym mogła rzucić je na pożywkę mediom.

– Tak, ale to były nasze chwile. – Rumienię się jeszcze mocniej, widząc wyraz jego oczu, jakby on również je wspominał. – Nie chcę, żeby świat użył ich przeciwko tobie. Ani mnie.

Milczy przez chwilę, po prostu na mnie patrząc. Wszystko w nim sprawia, że ślinka napływa mi do ust… Jego tak boleśnie znajome oczy barwy espresso, tak ciepłe, kiedy na mnie patrzy. A gdy unosi dłoń, by chwycić mnie pod brodę, moje ciało przeszywa gwałtowny dreszcz. Rozpustnie. Boleśnie. Zbliżając się do niego.

– Wejdź do Białego Domu. Pełnij obowiązki pierwszej damy.

– Matt, nie mogłabym.

– Owszem, mogłabyś.

Ze zdumieniem uświadamiam sobie, że mówi poważnie – jego oczy lśnią determinacją i zdecydowaniem.

– Na tym stanowisku możesz robić, co chcesz, nie ma ustalonego zakresu obowiązków.

– Ale twoja matka byłaby w tej roli o wiele lepsza – upieram się.

– A jednak widzę w niej tylko ciebie.

– Dlaczego?

Ta urocza, pełna rozbawienia iskra, którą tak dobrze znam, ponownie pojawia się w jego oczach.

– Bo wspaniale prezentujesz się u mojego boku.

Nagle się uśmiecham, nie mogę się powstrzymać. Na jego ustach również pojawia się uśmiech, lecz w oczach kryje się powaga.

– Bo nie widzę żadnej innej kobiety, która mogłaby przy mnie stać. I dlatego, że nikt nie jest w stanie wykonać pracy, której podejmujesz się ty.

Moje serce robi fikołka.

– Coś wymyślimy. Sięgnij po tę rolę i zobacz, jak ci pasuje. Pozwól mi pokazywać się z tobą otwarcie, bez żadnego ukrywania się. Będziemy działać tak powoli, jak tylko chcesz.

– Media zaczną spekulować.

– Mogą spekulować, ile tylko chcą. Jako pełniąca obowiązki pierwszej damy śpisz w Białym Domu, towarzyszysz prezydentowi i możesz robić wiele innych rzeczy, Charlotte. Chcę zobaczyć, jak rozwijasz skrzydła i wzlatujesz naprawdę wysoko, i chcę dać ci miejsce, w którym będziesz mogła to zrobić.

– Nie widzę siebie jako jednej z tych kobiet. Nie jestem wystarczająco wytworna.

– Jesteś prawdziwą hrabiną. Masz wrodzoną grację.

– Przestań ze mną flirtować. Łajdak z pana, panie prezydencie.

Wybucha śmiechem, na co krzywię się gniewnie, po czym wyciąga rękę w moją stronę.

– Potraktuję to – pochyla się i lekko całuje mnie w usta – jako „tak”. – Opiera się czołem o moje czoło. – Zespół ludzi przyjedzie po twoje rzeczy, ułoży je w twoim pokoju w Białym Domu, a twoja nowa ochrona przyjedzie po ciebie rano i przywiezie cię tutaj.

– Matthew, nie mogę się tu przeprowadzić…