Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 520 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przytulajka - Agnieszka Krawczyk, Agnieszka Lingas-Łoniewska

Lubisz się przytulać? Autorki najpiękniejszych powieści obyczajowych stworzyły opowiadania pełne miłości do domowych pupilów. Przygotuj kubek herbaty, ciepły koc i wtul się w nasze rozgrzewające historie.

Przytulajka to trzynaście chwytających za serce opowieści, w których psy, koty i inni czworonożni przyjaciele namieszają w życiu swoich właścicieli. Zwierzaki pomagają zatrzymać się w codziennej gonitwie i dostrzec serdeczność innych ludzi. Może miłość czeka bliżej, niż myślisz?

Ciche mruczenie, miękkie futerko, merdający ogonek i oklapnięte uszko zawsze wywołują uśmiech na twarzy.

Opinie o ebooku Przytulajka - Agnieszka Krawczyk, Agnieszka Lingas-Łoniewska

Fragment ebooka Przytulajka - Agnieszka Krawczyk, Agnieszka Lingas-Łoniewska

Copyright © Agnieszka Krawczyk, Agnieszka Lingas-Łoniewska, Sales Support Systems Polska, Małgorzata Kalicińska, Karolina Wilczyńska, Agata Przybyłek, Natalia Sońska, Agnieszka Lis, Agnieszka Olejnik, Joanna Szarańska, Magdalena Wala, Izabela Krasińska, Joanna Gawrych-Skrzypczak, Małgorzata Mroczkowska, 2018

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Maria Moczko / panbook.pl

Pro­jekt okład­ki: Magdalena Zawadzka

Fotografie na okładce: © Albina Glisic | Depositphotos © ben bryant | Shutterstock

Konwersja: Grzegorz Kalisiak

ISBN 978-83-7976-858-5

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Jeżowe lato

Agnieszka Krawczyk

Drzwi uchyliły się lekko i do gabinetu zajrzała asystentka.

– Pani mecenas… Mąż dzwoni…

Luiza Semper podniosła głowę znad dokumentów, a potem założyła okulary – miała akurat taką wadę, że nie potrzebowała ich do czytania. Spojrzała na pracownicę karcącym wzrokiem, więc ta od razu zaczęła się tłumaczyć:

– Wyjaśniałam, że nie wolno pani przeszkadzać, ale to jakaś niezwykle pilna sprawa. Dotyczy państwa syna…

Luiza odruchowo zerknęła na wyświetlacz komórki. Rzeczywiście, Radek dobijał się do niej już cztery razy, ale zawsze, gdy pracowała nad sprawą, wyciszała telefon. Teraz też tak zrobiła, dodatkowo zapowiadając asystentce, żeby jej pod żadnym pozorem nie niepokojono. Sprawa rozwodowa Wiśniewskich zapowiadała się na długą i skomplikowaną. A ona była specjalistką od trudnych rozstań. Mówiąc ściślej – od bardzo kosztownych zerwań. Skoro jednak chodziło o jej syna, wszystko wyglądało inaczej.

– W porządku, pani Paulino, zaraz oddzwonię do mojego byłego męża – te dwa ostatnie słowa podkreśliła tak dobitnie, że asystentka skuliła się w drzwiach ze zdenerwowania. Wiedziała aż nazbyt dobrze, jak może się skończyć wyprowadzanie szefowej z równowagi podczas przygotowań do ważnej rozprawy. Nie było to zbyt roztropne.

– Ma pani jeszcze jedno spotkanie po południu… Prywatne – napomknęła, zamykając drzwi, a Luiza zmarszczyła brwi i na chwilę oderwała się od wybierania z pamięci telefonu numeru Radka.

Rzeczywiście. Teraz sobie o tym przypomniała i niezbyt jej to było na rękę. Niestety, odwołanie spotkania raczej nie wchodziło w grę. Gośka Kulicka, dawna przyjaciółka ze studiów w Krakowie, odnalazła ją parę dni temu na Facebooku. Zamieniły kilka słów przez komunikator i postanowiły spotkać się, by pogadać przy kawie. Tyle lat się nie widziały! Luiza była pewna, że Gośka wyjechała do Stanów i tam ułożyła sobie życie. Z tego, co pamiętała, koleżanka wzięła dla żartu udział w losowaniu i wygrała zieloną kartę. Zawsze miała niewiarygodne szczęście w życiu, a do tego była najlepszą studentką na roku. Przepowiadano jej świetlaną karierę. Ciekawe, jak sobie teraz radzi. Pewnie ma własną kancelarię w Nowym Jorku…

Luiza przestała myśleć o przyjaciółce sprzed lat, bo w słuchawce odezwał się głos byłego męża.

– Dzwoniłem kilka razy, nie odbierałaś – stwierdził obrażonym tonem.

– Ja także mam swoje obowiązki – rzuciła wściekła. Radek, jak nikt inny, potrafił ją błyskawicznie rozdrażnić. Mógłby prowadzić kursy zatytułowane: Jak wkurzyć kogoś w dziesięć sekund i na pewno nie narzekałby na brak chętnych.

– Nie wątpię, ale u mnie czas to pieniądz – zaśmiał się, czego ona już nie skomentowała, bo po prostu nie było warto. Po raz kolejny tylko zaczęła się zastanawiać, jak mogła wyjść za mąż za kogoś takiego jak on. Czy zawsze był takim dupkiem, czy też powodzenie w palestrze sprawiło, że stał się tak odrażającym i samolubnym typem? Miała nadzieję, że jednak to drugie, a ona zakochała się w kimś innym, i że wtedy, gdy go poznała, miał jeszcze w sobie cień człowieczeństwa. Jeremi jednak uwielbiał tatę i przez wzgląd na dziecko musiała zaciskać zęby. Chodziło przecież o wspólne wakacje ojca i syna. Wymarzony czas, na który chłopak cieszył się przez cały rok. Już od miesiąca nie dawał jej spokoju i zamęczał opowieściami, jak wspaniale będzie na Malcie. Mieli wyjechać na Gozo, drugą co do wielkości wyspę, i spędzić tam wspaniałe lato. Jeremi nie mógł przestać mówić o tym, jak będą nurkować, pływać jachtem i buszować po dzikich plażach.

– Szkoda, że ty nie jedziesz. Podobno tam kręcono wiele znanych filmów – błysnął erudycją jej dwunastoletni syn. – Także ten z tą twoją ulubioną aktorką, Angeliną Jolie.

Tak. To zresztą był film, który zakończył małżeństwo gwiazdy z Bradem Pittem, więc sceneria chyba by nawet pasowała, biorąc pod uwagę napięcie pomiędzy nią a Radkiem.

– Chodzi o wyjazd? – zapytała więc teraz byłego męża, żeby od razu przejść do rzeczy. Jeremi był przygotowany do wylotu od kilku dni. Nawet zaszczepiła go dodatkowo, choć wcale nie musiała, no ale – strzeżonego pan Bóg strzeże, jak to mówią, a ona wolała być ostrożna.

– Tak, właśnie o to. Nagle zmieniły mi się plany, trzeba to przełożyć. Przykro mi, Luiza, ale nie mogę go zabrać w lipcu. Zorganizujcie coś sobie, a ja wymyślę na sierpień jakąś atrakcję, wiesz, w ramach rekompensaty. Może Mauritius albo Bali…

– Chyba żartujesz! – przerwała zdecydowanym tonem, nie wierząc własnym uszom.

– Absolutnie. Dopinamy ważny kontrakt, terminy się przesunęły, muszę wszystkiego dopilnować. Niestety, życie to nie jest bajka, maleńka, mamy obowiązki…

– Obowiązki to ty masz wobec swojego syna, któremu coś obiecałeś, a chłopak wyskakuje ze skóry, że spędzi wakacje z tatą.

– Nie dramatyzuj, Luiza. Wakacje będą, pierwsza klasa, tylko trochę później. To przecież bez różnicy, lipiec czy sierpień, nie zachowuj się jak pani z opieki społecznej. Nie jestem potworem. Kocham Jeremiego, tylko mam po prostu bardzo poważny kontrakt do obrobienia. Nie rób scen, dobrze?

Oczywiście. Zawsze w ten sposób próbował postawić sprawę. Jego zawalanka nie stanowiła problemu. Były nim jej pretensje. To, że on rujnował wszystkie plany Jeremiego, zawodził nadzieje i oczekiwania syna, można było skwitować wzruszeniem ramion. Cóż – zdarza się, takie jest życie. Natomiast jakakolwiek uwaga Luizy na ten temat, jej niezadowolenie, o to już był asumpt do uwag. Czepia się, jest niewyrozumiała, zazdrości sukcesu byłemu mężowi, jest małostkowa, wredna i co tu ukrywać – ma, na co zasłużyła. Właśnie dlatego się rozwiedli: z powodu jej upierdliwego charakteru.

Wzięła głęboki oddech. Mogła mu wygarnąć i naprawdę miała ochotę, by tak zrobić. Wiedziała jednak, jak niewiele to da. Radek był odporny na wszelkie argumenty.

– Nie będę cię tłumaczyła przed nim – warknęła jeszcze do słuchawki. – Sam mu to wyjaśnij.

– Oczywiście. Na pewno zrozumie – odpowiedział były mąż takim tonem, jakby chciał wykazać, że dwunastolatek jest dojrzalszy od niej. Rozłączyła się z poczuciem porażki. Jednak powinna mu nawtykać. Może wtedy poczułaby się lepiej. Trzeba było powiedzieć, że to ona poleci na to Gozo z Jeremim zamiast niego, a co? Wiedziała doskonale, że to nierealne. Musiała pracować nad sprawą Wiśniewskich, nie mogła opuszczać kraju na dwa tygodnie. To byłoby nieodpowiedzialne.

Rzuciła okiem na papiery. Zestawienia finansowe i wyciągi z kont. Wiśniewska walczyła ostro o majątek i Luiza mściwie pomyślała, że na pewno nie pozwoli oskubać klientki. Pan prezes nie wykręci się łatwo z tego małżeństwa po dwudziestu latach – stwierdziła z satysfakcją, a potem na powrót opanowało ją zwątpienie. Czy ona nie projektuje jakichś swoich frustracji na pracę? Stanowczo powinna już dzisiaj odpocząć. Przypomniała sobie o spotkaniu z Gośką Kulicką. Wyciągnęła z szafy w pokoju wygodniejsze buty i zmieniła biurowe szpilki. Poprosiła asystentkę o przygotowanie ostatecznego bilansu finansowego Wiśniewskich i umówienie klientki na jutrzejsze popołudnie. Jeżeli mieli zaproponować ugodę, to należało się pospieszyć.

Gdy wyszła z pracy, zaczęła się rozkoszować ciepłym słonecznym dniem. Zaskoczył ją fakt, że jest tak przyjemnie, ponieważ była przyzwyczajona do spędzania czasu w klimatyzowanym biurze. Niespodziewanie dla samej siebie zrezygnowała z samochodu i postanowiła pójść pieszo. Spacer rozświetlonymi słońcem ulicami sprawił jej nieoczekiwaną radość. Przyglądała się ludziom – rozchichotanym długowłosym gimnazjalistkom ze smartfonami w dłoniach, matkom z wózkami, starszym paniom z zakupami, kobietom w średnim wieku wracającym z biur. Wszyscy ci ludzie mieli swoje sprawy, własne życie, gdzieś dążyli.

„A ja? Dokąd ja zmierzam?” – zadumała się niespodziewanie. Miała wrażenie, że w tłumie dostrzegła postać Gośki, a w każdym razie osoby poruszającej się w podobny sposób jak ona. Bo to nie mogła być przecież dawna przyjaciółka. Luiza wyobrażała sobie Gośkę jako elegancką damę z Ameryki, w świetnych ciuchach i z nienaganną prezencją, natomiast kobieta, która mignęła na ulicy, miała na sobie trekkingowe obuwie i kurtkę z drelichu. Pomyłka.

Prawniczka weszła do kawiarni, w której były umówione, i bacznie rozejrzała się po sali. Przyjaciółka najwyraźniej jeszcze nie przyszła, więc postanowiła zająć stolik przy wejściu, by od razu ją zauważyć. Nagle ktoś spod okna zaczął do niej machać.

– Luiza!

Postać w drelichu. A więc jednak.

– Gośka – wypowiedziała imię dawnej koleżanki z pewną rezerwą. A przecież właściwie wcale się nie zmieniła. Wciąż miała te same lekko falujące kasztanowe włosy i wesołe oczy. Dalej młoda i beztroska, nie widać po niej było upływającego czasu. Niesamowite.

– Nic się nie zmieniłaś – stwierdziła Małgorzata.

Semper roześmiała się skonfundowana.

– Zabawne. Pomyślałam dokładnie to samo o tobie.

– O, ja się bardzo zmieniłam. Wręcz diametralnie. Zamówimy coś?

– Jasne. Mają tu świetną kawę. Jeżeli chcesz, możemy zjeść lunch.

– Brzmi dobrze, jestem nieziemsko głodna. Cały dzień biegałam po urzędach w sprawie dotacji na swoją działalność. Prowadzę gospodarstwo ekologiczne…

– Żartujesz! – Luiza aż odchyliła się na krześle i patrzyła na przyjaciółkę szeroko otwartymi oczyma. Jasne, Gośka przyszła na to spotkanie dziwnie ubrana. Owszem, zniknęła kilka lat temu i nie dawała znaku życia. Ale żeby coś takiego? I co niby robi? Hoduje kozy i wyciska ręcznie sery? A może wyrabia swetry z owczej wełny? Gęsi pasie i przygrywa im na fujarce? Przez głowę prawniczki przemknęło jeszcze kilka równie absurdalnych scenariuszy, zanim Gośka zaczęła opowiadać:

– Kupiłam ziemię na Podkarpaciu. To już prawie Bieszczady. Mam starą stuletnią chałupę, którą udało się wyremontować, i robię różne fajne rzeczy. Dbam o pszczoły, wytwarzam świetne nalewki, soki, przetwory. Teraz na przykład zakończył się sezon syropu z kwiatów czarnego bzu. Mówię ci, ile ja się napracowałam przy zbieraniu i robieniu tego. Ale efekt jest znakomity. Podobnie sok z pędów sosny…

– Zaraz, zaraz – przerwała Luiza. – A wyjazd do Stanów? Przecież miałaś zieloną kartę? Myślałam, że tam osiadłaś po studiach, być może wyszłaś za mąż i pracujesz dla jakiejś korporacji albo masz własną firmę. Byłaś przecież najlepsza z nas wszystkich.

– O, dziękuję ci bardzo! Nie wiedziałam, że tak mnie cenisz. Zawsze wydawało mi się, że to ty jesteś z nas najlepsza i zajdziesz najdalej. Tak się zresztą stało, jak widzę. – Małgorzata przyjrzała się przyjaciółce. – Byłam w Ameryce, to prawda. No i przywiozłam stamtąd męża, nie zaprzeczam.

– Twój mąż jest Amerykaninem? – zdziwiła się. Na Facebooku koleżanka występowała wciąż pod panieńskim nazwiskiem. Nie przyznała się też do zmiany stanu cywilnego podczas ich pierwszej krótkiej rozmowy.

„Cicha woda” – pomyślała o dawnej przyjaciółce Luiza. „Taka życiowa zmiana, a ta się nie pochwaliła…”

– Ian jest Holendrem. To artysta i ekolog – kontynuowała Małgorzata. – Właśnie on wpadł na pomysł prowadzenia tego gospodarstwa. Mnie się też to spodobało. Wiesz, coś własnego, innego, wolność, niezależność…

No tak. Teraz Luiza już była pewna, że z Gośką albo z jej mężem jest coś nie w porządku. Być może zresztą z obojgiem. Rzucić wszystko i uciec w Bieszczady – tak, to było modne w czasach młodości ich rodziców, ale teraz? O takich historiach czytało się wyłącznie w książkach, w życiu kończyły się zawsze tragicznie, jak każda mrzonka.

– Długo już tak żyjecie? – zapytała więc ostrożnie.

– Prawie dwa lata – pochwaliła się Gośka. – Bardzo dobrze nam idzie. Właśnie staramy się o certyfikaty na nasze produkty. W tym sezonie po raz pierwszy poprowadzimy dla chętnych warsztaty z wypieku chleba i garncarstwa metodami tradycyjnymi. Myślę, że to był strzał w dziesiątkę. Zupełnie się nie widziałam w kancelarii, wśród tych wszystkich papierów. Ty to co innego, zawsze byłaś dziewczyną z wielkiego miasta.

Luiza spojrzała na nią z troską. Naprawdę martwiła się o koleżankę. Czy aby na pewno nie dzieje się jej jakaś krzywda?

Małgorzata poklepała ją po dłoni.

– Powinnaś mnie kiedyś odwiedzić i zobaczyć, jak pięknie nam się żyje. Nie zwariowaliśmy, jeżeli się tego obawiasz. No i nie pójdziemy z torbami. Ten biznes się opłaca. Z pewnością nie jest tak dochodowy jak własna kancelaria, ale można z niego spokojnie wyżyć.

Semper westchnęła. Gdzie się podziała ta przebojowa dziewczyna, która miała zawojować świat? To prawda, Gośka zawsze była postrzelona. Jako pierwsza wkręciła się na praktykę do znanej kancelarii, trafiając tam praktycznie z ulicy. Potem dostała kolejną świetną propozycję w podobny sposób. Zwykle wszystko się jej udawało. A teraz coś takiego?

– Całkiem dobra sałatka – pochwaliła przyniesione danie przyjaciółka. – Ale spróbowałabyś naszych warzyw albo chleba. Niebo w gębie. Moje sosy ziołowe nie mają sobie równych. To jest dopiero smak, mówię ci.

Prawniczka spojrzała na nią przeciągle, ale się nie odezwała.

Gdy po godzinie przekraczała próg swego apartamentu, Jeremi siedział w pokoju i czytał. Komputer był wyłączony, muzyka ściszona. Niedobrze.

– Rozmawiałeś z tatą? – spytała ostrożnie, a on skinął głową. Czyli już wiedział.

– Myślałam, że moglibyśmy pojechać na to Gozo razem… – zaczęła.

– Daj spokój, wiem, że miałaś przez te dwa tygodnie przygotowywać się do rozprawy – zauważył jej syn, a ona nie posiadała się ze zdumienia, na jak rozsądnego człowieka wyrastał. – Szkoda, że dziadek wyjechał do sanatorium, bo wybrałbym się do niego.

To prawda – ojciec Luizy, korzystając z nieobecności wnuka, postanowił podreperować zdrowie przed sierpniowym wspólnym pobytem na Mazurach.

– Właściwie jest jedna możliwość – stwierdziła, sama nie wierząc w swoje słowa. – Spotkałam dzisiaj przyjaciółkę ze studiów. Prowadzi gospodarstwo na Podkarpaciu. Mówiła, że zawsze będziemy tam mile widziani.

– Naprawdę? – ucieszył się chłopak. – Moglibyśmy pojechać? Zabrałbym namiot, który dostałem od dziadka. Ta koleżanka zgodzi się, żebym go gdzieś tam rozbił? To mogłaby być wspaniała przygoda!

– Mówisz poważnie? Przecież to jakaś zabita dechami wiocha. Daleko od szosy. Podała mi adres. – Luiza wygrzebała kartkę z torebki. – Matko Boska, gdzie to w ogóle jest. Góry Słonne, co to za nazwa.

– Moim zdaniem cudowna. Mamo, jedźmy tam. Wezmę namiot, lornetkę, wędkę. Czy tam jest jakaś rzeka? Będę łowił ryby.

– Przecież nie umiesz. Dziadek miał dopiero cię uczyć.

– Spróbuję.

Luiza westchnęła i zmarszczyła brwi. Alternatywą dla wyjazdu do Gośki było spędzenie dwóch tygodni w Warszawie. Po chwili stwierdziła, że naprawdę nie wyglądało to na aż taki zły pomysł. Skinęła głową i wyjęła z torebki komórkę, żeby uprzedzić przyjaciółkę.

„Będę musiała wcześniej iść do fryzjera i umyć się na zapas” – pomyślała z przykrością. Dwa tygodnie na zapadłej wsi. Sama myśl napawała ją przerażeniem. Z drugiej jednak strony – była to szansa, aby w spokoju popracować nad sprawą Wiśniewskich. Szybko zatelefonowała do asystentki, żeby wszystko zaplanować. Jeżeli wyjadą z Jeremim za trzy dni, zdąży się jeszcze spotkać z klientką i wstępnie omówić najważniejsze kwestie. „Może to jest naprawdę dobre rozwiązanie?” – dumała w duchu. Nic jej nie będzie rozpraszało, a ten rozwód zapowiada się na trudną batalię.

– Pani Paulino – rzuciła szybko do słuchawki, gdy pracownica już się odezwała. – Proszę wziąć terminarz i notować. Będziemy trochę zmieniać plan działania na najbliższe dwa tygodnie…

– Źle jedziemy – stwierdziła Luiza, z niezadowoleniem uderzając dłońmi w kierownicę.

– Dobrze. Nawigacja pokazuje, że skręciliśmy prawidłowo i trzeba jechać tą drogą. – Jeremi bezkrytycznie ufał nowoczesnej technologii.

– Jesteśmy w środku niczego i od pół godziny przedzieramy się przez jakiś las. W dodatku pod górę.

– To dobrze, że pod górę. Sama mówiłaś, że to jest w górach. W Górach Słonnych.

– No, ale nie na szczytach. Wręcz przeciwnie. Z tego co mi Gośka przekazała przez telefon, to jest jakaś dolina rzeczna. Dlatego uważam, że źle…

– Mamo, popatrz jaki widok – przerwał jej syn. – Unosimy się w powietrzu jak ptaki!

Rzeczywiście. Wyjechali właśnie na szczyt pasma górskiego, skąd roztaczał się niesamowity, zapierający dech w piersiach widok. Miało się złudzenie szybowania w przestrzeni, ponad górami, lasami, wśród chmur. Krajobraz ciągnął się aż po horyzont, ogromny, nieprzenikniony, poznaczony łagodnymi wzniesieniami i wyższymi szczytami. Drzewa rysowały się w nim strzeliście, a ciemne plamy lasu nadawały całości malarskiego wykończenia. Ta przecudowna panorama poprzecinana cieniami przefruwających ptaków kojarzyła się ze swobodą, wolnością i nieskalanym pierwotnym pięknem.

Zjechali w dół i nawigacja poinformowała ich, że znajdują się w pobliżu celu podróży. Wkrótce zaczęli się rozglądać za domem Gośki.

– Przepraszam, gdzie znajduje się gospodarstwo Małgorzaty de Bueren? – zagadnęła jakąś kobietę, która szczęśliwym zbiegiem okoliczności pojawiła się na bocznej bitej drodze.

– Organistówka? – upewniła się miejscowa. – Będzie z pół kilometra, od zakrętu za kapliczką, w tamtą stronę. – Machnęła ręką.

– Dobra, jedziemy. – Prawniczka westchnęła. – Żebym sobie tylko zawieszenia nie urwała na tych wybojach. Jak oni tutaj się przemieszczają? Furmanką?

– Może mają samochód terenowy? – roześmiał się Jeremi.

Za kapliczką droga jeszcze się pogorszyła i Luiza zaczęła się poważnie obawiać o stan samochodu.

– Mamo, może ja wysiądę i zobaczę, jak tam dalej jest? – zaproponował chłopiec. – Bilbo chce wyjść.

Faktycznie, ich jamnik potrzebował spaceru, więc Luiza chętnie się zgodziła. Chłopiec i pies wysiedli, a następnie ruszyli w kierunku domniemanego domu Gośki. Luiza natomiast wyciągnęła butelkę z wodą mineralną i zamyśliła się nad swoją głupotą. Rany boskie, co ona zrobiła? Jak powiedziała ta kobieta? Organistówka? Czy to oznacza, że Małgorzata mieszka na terenie kościelnym? Tylko tego jeszcze brakowało.

– Mamo, mamo, zobacz, co znaleźliśmy z Bilbem! – wyrwał ją z zamyślenia zaaferowany głos syna. Chłopak biegł, niosąc coś w podkoszulku, który zdjął z siebie.

– Co tam masz? – spytała z niepokojem i nachyliła się nad zawiniątkiem. Dwa oczka jak brązowe paciorki, nosek jak kulka i śmieszne kolce. Jeż.

– Jeremi, natychmiast odnieś tego jeża! Jego nie można zabierać. To jest dzikie zwierzątko i musi żyć w lesie!

– Ale on jest chory, mamo!

– Chory? Tym bardziej go wyrzuć! Możesz się czymś od niego zarazić – przeraziła się Luiza, odruchowo odsuwając się od zawiniątka, z którego jeż wysuwał ciekawski łepek.

– Nie bądź śmieszna mamo. On ma coś z łapą. Nie może chodzić. Tak jakoś nią powłóczy. Zginie tam, jeśli mu nie pomożemy. Trzeba go zabrać do weterynarza.

– Skąd ja ci tu wezmę weterynarza na tym odludziu. Bądź poważny.

– No to co mamy zrobić? Zostawić go na pewną śmierć? Sam sobie przecież nie da rady. Siedział tam w rowie i nawet się nie ruszył, jak Bilbo na niego szczekał. Nie miał siły. Nie sądziłem, że jesteś bez serca.

– Nie mów tak. Po prostu nie wiem, jak mu pomóc.

– Może ta twoja koleżanka będzie umiała? Mieszka tam, za rogiem. Sprawdziliśmy, droga się poprawia, jest asfalt.

Westchnęła. Gośka się na pewno ucieszy, że przyjeżdżają z jamnikiem i jeżem.

Ale koleżanka się ucieszyła. Wyszła na ich spotkanie w roboczym fartuchu, wycierając ręce w lnianą ściereczkę.

– Witajcie! Właśnie wstawiłam chleb do pieca.

– Pani Gosia? Jestem Jeremi, znalazłem przed chwilą jeża – pochwalił się chłopak.

– Super. Mów mi po imieniu, Gośka, jestem starą przyjaciółką twojej mamy, ale to pewnie już wiesz. Pokaż no tego znajdę. – Przyglądała się zawiniątku z uwagą i po chwili zawyrokowała: – Świetna robota, chłopie. Jeż ma chyba złamaną łapę. Trzeba go zaraz włożyć do pudełka z butelką gorącej wody. One się szybko wyziębiają. Zawołam Iana. – Odwróciła się w kierunku ogrodu i krzyknęła: – Ian, chodź tutaj, goście już przyjechali!

– No widzisz, mamo, dobrze zrobiłem. – Jeremi aż pokraśniał z zadowolenia. Luiza tymczasem patrzyła na dom. Był to naprawdę stary, urokliwy budynek ze śliczną przeszkloną werandą. Niewielki, piętrowy i wybudowany w całości z drewna. Przed domem zasadzono krzak jadalnej róży, która choć już prawie przekwitała, to wciąż pachniała upajająco i przywodziła Luizie na myśl wspomnienia z dzieciństwa i wakacje u ciotki na wsi. Kiedy to było? Tak łatwo o tym zapomniała. Róże i ich słodki zapach aż spowodowały u niej zawroty głowy. Tuż obok werandy zaczynał się otoczony niskim płotkiem ogródek pełen wiejskich kwiatów. Rosły tu wysokie kolorowe malwy, ostróżki i peonie. Mnóstwo stokrotek i innych roślin, których po prostu nie potrafiła nazwać, ale ich barwy cieszyły wzrok i sprawiały, że miejsce to wprost kipiało kolorami i zapachami.

– Cześć, jestem Ian, mąż Gosi – usłyszała niespodziewanie i odwróciła się. Stał przed nią wysoki, ogorzały mężczyzna z jasną brodą. Miał wesołe niebieskie oczy i kapelusz ze słomki. Wyglądał jak Vincent van Gogh, brakowało mu tylko fajki.

– Luiza. Bardzo mi miło.

– Przywieźliście jeża? Trzeba go zaraz odwieźć do Jeżowego Dworu. Jest tu taki jeden facet, świetny człowiek, który opiekuje się jeżami. Zwożą mu je z całej okolicy, nawet z odległych miejsc. Ja nie mogę z wami pojechać, bo właśnie okadzam pszczoły, ale pokażę, jak trafić, to niedaleko. – Ian mówił świetnie po polsku, choć z silnym obcym akcentem i czasami zastanawiał się przez moment, zanim użył jakiegoś słowa.

Luiza westchnęła. Myśl, że znowu będzie musiała błądzić po bezdrożach, nie wydawała się atrakcyjna, ale Holender od razu zaczął majstrować przy nawigacji samochodu i ustawiać koordynaty.

– To bardzo blisko – tłumaczył. – Na tamtym wzgórzu, ale lepiej podjechać, będzie szybciej.

Gośka przyniosła pudełko i butelkę z gorącą wodą. Jeż włożony do środka wyglądał tak sympatycznie i bezbronnie, że prawniczka mimowolnie uśmiechnęła się do zwierzątka, które spojrzało na nią mądrymi oczkami.

– Jest fantastyczny – przyznała.

– Racja, jeże są świetne. W Jeżowym Dworze mają ich sporo. Dawaj torby, zaniosę je do pokojów. Jak wrócicie, kolacja będzie już na stole, w sam raz zdążycie – stwierdziła Gośka.

– I świeży miodek – dodał Ian, machając kapeluszem, gdy odjeżdżali.

Jeżowego Dworu rzeczywiście nie dało się przegapić. Był to imponujący budynek z surowych bali wybudowany na sporym wzniesieniu wśród drzew. Jeremi wyskoczył z samochodu natychmiast, gdy Luiza się zatrzymała.

– Trzymaj psa! – rozległ się rozkazujący głos, a chłopak stanął jak wryty. Polecenie wydała dziewczynka w jego wieku, szczupła, opalona, o długich zgrabnych nogach i z dwoma jasnymi warkoczami przerzuconymi do przodu przez ramiona. Luiza złapała Bilba, który merdając przyjacielsko ogonem, aż się wyrywał w kierunku nowo poznanej osoby.

– Przywieźliśmy rannego jeża – wyjaśnił Jeremi, a jego policzki zapłonęły.

– Świetnie. Tata na pewno pomoże. Dzień dobry pani – grzecznie przywitała się dziewczynka, co bardzo spodobało się Luizie.

– Psy straszą jeże – dodała jeszcze, gdy prawniczka zapinała jamnikowi smycz. Bilbo był niepocieszony. Miał widocznie nadzieję, że pohasa sobie w tym pięknym miejscu.

– Mam na imię Aniela, a ty? – zwróciła się do Jeremiego dziewczyna, ale on najwyraźniej całkiem zapomniał języka w gębie, bo tylko wpatrywał się w nią nieprzytomnym wzrokiem.

– Nazywa się Jeremi. Chyba upał mu zaszkodził, zwykle jest bardziej rozmowny – rzuciła Luiza z humorem.

– Mamo! – zgromił ją syn.

Na ich spotkanie wyszedł mężczyzna w sportowej bluzie. Miał ciemne, lekko poprzetykane siwizną włosy i nosił okulary. Luiza musiała przyznać, że jego przystojna twarz przykuwała uwagę, a inteligentne spojrzenie budziło zaufanie.

– Witam w Jeżowym Dworze. Jestem Maciej Stachowski, państwo w sprawie jeża?

– Tak. Nazywam się Luiza Semper, a to mój syn, Jeremi…

– Zaraz, zaraz… Pani jest przyjaciółką Grety?

– Jakiej Grety? – zdziwiła się prawniczka.

– Małgorzaty de Bueren, nazywam ją tak dla żartu: Margareta, czyli Greta.

– Ach tak, już rozumiem. Owszem, studiowałyśmy razem, teraz przyjechałam do niej w odwiedziny.

– Na wakacje do Umilenia – uściślił Maciej. – Greta ciągle o pani mówi. Niesamowicie panią lubi. Ale to nic dziwnego, były panie najlepszymi koleżankami. Zawsze podkreśla, jaki z pani dobry człowiek.

Luiza spojrzała na niego ze zdumieniem. Różne rzeczy na swój temat mogłaby powiedzieć, ale że jest dobrym człowiekiem? To chyba akurat nieprawda. Gośka trochę przesadziła w tym względzie. Co tak naprawdę mogła o niej wiedzieć? Nie widziały się przecież tyle lat!

– Tato, oni mają jeża – przypomniała Aniela.

– Właśnie. Syn go znalazł w rowie. Chyba jest ranny, ale nie bardzo się na tym znamy – tłumaczyła Luiza, a Maciej skinął głową.

– Bilbo go wytropił – wtrącił się Jeremi, patrząc na dziewczynkę pełnym zachwytu wzrokiem. Aniela odrzuciła swe grube warkocze na plecy i razem z ojcem zajrzała do pudełka.

– Proszę ze mną do środka. Zobaczy pani nasze królestwo. – Stachowski zaprosił ich gestem dłoni.

Jeżowy Dwór naprawdę mógł się podobać. Był obszernym domem, w stylu dworkowym, wzniesionym z pełnych bali i przykrytym dachem z prawdziwej strzechy. Całość robiła niezwykle zachęcające i swojskie wrażenie. Ale jeszcze większą uwagą zwracało otoczenie budynku – wiele małych zagródek, w których buszowały jeże.

– Po co im te kolorowe obrączki na łapach? – zapytał Jeremi. Luiza przyjrzała się uważniej. Istotnie, zwierzątka miały założone niewielkie znaczniki, dobrze widoczne z bliższej odległości.

– Musimy je jakoś odróżnić. Niektóre przybyły do nas wcześniej, inne później. Gdy się wymieszają, nie wiemy, który jest który. Chodźmy do szpitalika, zobaczę, co z waszym pasażerem.

Weszli do niewielkiego budyneczku na granicy z lasem. Luiza zachwycała się wysokimi majestatycznymi drzewami, które rosły tuż za domem. Las był niesamowity nie tylko ze względu na nasycone barwy liści, upajające żywiczne zapachy, ale również śpiew ptaków, który dobiegał z każdej strony. Bajkowa kraina, niczym z zapomnianej opowieści. Pełna driad, rusałek i obietnic. Aż chciało się wejść pomiędzy te mchy, wysokie trawy i paprocie, żeby przekonać się, jaką tajemnicę kryją.

– Dobra nasza – usłyszała tymczasem głos Macieja ze środka szpitalika i zajrzała tam. – Jeżynka wygląda całkiem nieźle, jak na taką kontuzję. Szybko ją znaleźliście, a to jest kluczowa sprawa. Złamanie można wyleczyć. Musi ją jednak zobaczyć nasz weterynarz, ja nie potrafię pomagać w tak skomplikowanych urazach.

– To jest pani jeż? – zainteresował się Jeremi, a Stachowski skinął głową.

– Tak, i w tym jest problem.

– Jaki?

– To karmiąca mama. Trzeba jak najszybciej znaleźć gniazdo.

– Małe nie przeżyją bez matki – wyjaśniła Aniela. – Musimy od razu iść szukać, prawda, tato?

– Koniecznie tak zróbcie. Jeremi, pamiętasz, gdzie znaleźliście tę panienkę?

– Oczywiście, proszę pana. Przy zjeździe do domu Gosi. Wysiedliśmy na chwilę zobaczyć, jak dalej wygląda droga, i wtedy Bilbo zaczął ujadać. To bardzo dobry pies, czujny.

– Znakomicie. Możecie więc pomóc sobie węchem Bilba, ale nie spuszczajcie go ze smyczy.

– Jasne, tato, wiemy, co robić – stwierdziła z wyższością Aniela.

– Małe jeże są delikatne – wytłumaczył Maciej. – Trzeba je znaleźć i od razu ogrzać. Pod żadnym pozorem nie wolno im dawać mleka, starszym jeżom zresztą również. To może je zabić.

– Naprawdę? – zdumiała się Luiza. – To czym je pan karmi?

– Preparatami mlekozastępczymi. Jak się znajdzie jeża, to trzeba kupić specjalny preparat w sklepie weterynaryjnym. Nawet jednorazowe podanie zwykłego mleka może być tragiczne w skutkach. Ich żołądek tego po prostu nie przyswaja. Musi pani wiedzieć, że również obrazek jeża z jabłuszkiem na kolcach jest fałszywy. Jeże to mięsożercy, nie żywią się owocami.

– Nie miałam pojęcia, naprawdę. – Luiza pokręciła w zdumieniu głową. Tego popołudnia dowiedziała się o jeżach więcej niż przez całe życie. I co tu kryć – polubiła te małe kolczaste stworzenia. Gdy się patrzyło na nie w Jeżowym Dworze, widać było ich inteligencję i społeczne zachowania.

– Ludzie mało wiedzą o jeżach. Teraz mam dwudziestu podopiecznych. Ofiary różnych wypadków, znajdy. Zwożą je do nas z całej okolicy. Doprowadzamy zwierzątka do dobrej kondycji, a potem wypuszczamy lub oddajemy ludziom, którzy je znaleźli, by wypuścili u siebie.

– Nie żal panu? – zaśmiała się, a on uśmiechnął się do niej.

– Jasne, ale takie jest życie. Jeże są bardzo potrzebne w ekosystemie. To niezwykle pożyteczne zwierzęta. Bez nich przyroda nie działa tak, jak powinna.

– No i są niezwykle sympatyczne – stwierdziła Luiza, patrząc na uratowaną jeżynkę. Maciej skinął głową.

– To prawda. Jeżeli macie szukać, to już jedźcie, robi się późno.

– I jak to wszystko się skończyło? – dopytywał Ian, gdy Luiza z niezwykle zaaferowanym Jeremim wrócili wreszcie do Umilenia. Wokół ich nóg kręcił się i poszczekiwał bardzo z siebie dumny Bilbo. W końcu to on był bohaterem wieczoru.

– Bilbo je wyniuchał, w takiej kępie traw. Aniela od razu powiedziała, że bez psa nie udałoby się ich znaleźć.

– To i Aniela z wami była. – Gośka domyślnie kiwnęła głową, a Jeremi się zaczerwienił.

– Tak, była. Powiedziała, że jeże się znajduje najczęściej w kompletach, nie pojedynczo. Jestem ciekawy, czy to prawda? Bo my znaleźliśmy akurat cztery. Wszystkie w bardzo dobrej kondycji, tak mówił pan Maciek.

– Niesamowity człowiek, że mu się tak chce opiekować tymi zwierzakami – stwierdziła niespodziewanie Luiza. – Jest jakimś leśniczym?

– Nie. To przyrodnik z Warszawy. Osiadł tu po śmierci żony. Zajmuje się różnymi rzeczami, przede wszystkim robi piękne zdjęcia natury.

– Umarła mu żona? Była na coś chora? – zainteresowała się, może mało dyskretnie, Luiza. Małgorzata spojrzała na nią bystro.

– Nie mam pojęcia. Nie mówi o tym, a ja nie wypytuję. Bardzo go lubię, to człowiek o złotym sercu.

– I jak kocha te jeże – wtrącił Ian. – Jak własne dzieci!

– Właśnie – dodał Jeremi. – Mamo, czy ja mogę jutro pójść, żeby pomóc w jeżowym żłobku? Chciałbym zobaczyć, jak się chowają te nasze.

– No jasne. Na pewno każda para rąk się tam przyda. – Uśmiechnęła się. – Dwadzieścia pięć jeży to nie byle co.

– Siadajcie – ponagliła ich Gośka. – Już wszystko mamy na stole.

– Co tak pięknie pachnie? – zainteresował się Jeremi.

– To taka nasza pizza z Umilenia – wyjaśniła gospodyni. – Robimy ją z miejscowych produktów na chlebowym cieście.

– Myślę, że będzie nieziemska – stwierdził chłopak, sadowiąc się przy stole i rozglądając ciekawie. Gośka nakryła na werandzie, skąd widać było całe wnętrze domu, czyli spory salon z przejściem do kuchni i mniejszego saloniku. Wszystko było tu urządzone gustownie, ale prosto i w stylu wiejskich domów sprzed stu lat. Na podłodze leżały zabawne kolorowe kilimy i dywaniki. Wszędzie pachniało suszonymi roślinami i jedzeniem w taki sposób, że człowiek od razu się uśmiechał.

– Dla młodzieży jest domowa lemoniada, a my napijemy się winka – odezwał się Ian.

– Ojej, jaki ma dziwny kolor – zauważył Jeremi, wpatrując się w karafkę. Rzeczywiście, trunek miał intensywną słoneczną barwę.

– Tak, to jest dandelion vine. Jak to będzie po polsku? Zapomniałem tego słowa – zmartwił się Holender.

– Wino z mniszka lekarskiego – podrzuciła Gośka, stawiając na stole sałatkę. – Ta sałatka to także mój własny wynalazek. Szpinak, kozi ser, pestki i tajny składnik sosu. Wam jednak zdradzę, że jest to sumak, bardzo rzadka przyprawa, stosowana we wschodniej kuchni.

– A mnie nigdy nie chciała powiedzieć – zdumiał się jej mąż, nalewając wino do kieliszków.

– Mniszek lekarski? – dziwiła się tymczasem Luiza, oglądając lampkę pod światło. – Czy to aby zdrowe?

– Nawet bardzo. Wino z mniszka jest ogromnie polecane. Na przeziębienia i na stresy. Po prostu złoty środek: w przenośni i dosłownie – dodał Ian.

Luiza odetchnęła głęboko i rozejrzała się po ślicznym wnętrzu domku przyjaciółki. Jeśli obawiała się, że będzie tu jak w skansenie wsi polskiej, to bardzo się pomyliła. Pomieszczenia pachniały przyjemnie drewnem, słońcem i macierzanką. Okna, a było ich tutaj dużo, bo gospodarze specjalnie zadbali o to, by znakomicie doświetlić każdy pokój, udekorowano kretonowymi zasłonkami w zabawną kratkę. Na szerokich parapetach z sosnowych desek stały naftowe lampy z wielkimi kloszami z kolorowego szkła oraz koszyki pełne aromatycznych ziół i kwiatów. Na półkach Gośka przechowywała swoje skarby – przetwory z domowego ogródka.

– Jeremi, ty będziesz spał na górze – obwieściła gospodyni. – Mamie pościeliłam tutaj, żeby miała większy spokój.

Luiza poczuła, że chętnie by się już położyła. Dokończyła kolację i wzięła ze sobą filiżankę z dziwnie wyglądającą herbatą.

– Aż boję się zapytać. – Mrugnęła do Iana.

– Tohoneysuckle – odpowiedział.

– Wiciokrzew – wyjaśniła Małgorzata. – Ma miodowy zapach i smak. Bardzo dobry napar, możesz pić bez strachu. Chodź, pokażę ci pokój, wyglądasz na zmęczoną.

Z okien rozpościerał się widok na rzekę, więc Luiza od razu je otworzyła. Poczuła zapach mgły i mokrej trawy. Trochę ją to niepokoiło, podobnie jak dziwna cisza, która tutaj wydawała się wręcz dojmująca, gdy w domu wszyscy już ułożyli się do snu i ustała krzątanina. Kilka razy nawet wstała z łóżka, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Było przy tym tak ciemno, że musiała uaktywnić latarkę w komórce, by znaleźć włącznik nocnej lampki. Dziwne. W Warszawie zawsze gdzieś paliło się jakieś światło, które rozjaśniało nocny mrok. Tutaj było zupełnie inaczej. Jak w innym świecie. Fascynującym, ale trochę jednak obcym.

Kolejne dni w Umileniu płynęły szybko. Słońce budziło ją o świcie, a wraz z nim ptaki, które wyśpiewywały swoje czarodziejskie trele. Ian zwykle wówczas szedł odwiedzić zwierzęta, a Gośka zabierała się do rozpalania ognia pod kuchnią, by postawić wodę na kawę. Zaparzała ją w bardzo tradycyjny sposób, ze świeżo zmielonych ziaren i źródlanej wody. Jeremi jadł na stojąco, przekomarzając się z Gosią, a potem biegł do Jeżowego Dworu. Codziennie przynosił nowe rewelacje na temat swoich podopiecznych. Nauczył się je karmić strzykawką i bardzo zaangażował w tę pomoc. Pokazywał filmiki kręcone komórką – jak jeżątka szybko biegają, jak potrafią się bawić i naśladować starsze jeże. Był zachwycony Maciejem, który naprawdę wiedział wszystko o tych zwierzętach. Znał ich przyzwyczajenia i potrafił leczyć choroby, przywożono mu trudne przypadki z bardzo odległych zakątków województwa.

Luiza i Gośka często szły na łąkę, gdzie zbierały kwiaty do ziołowych mieszanek herbacianych, które wyrabiała gospodyni Umilenia. Wspinały się na rozłożystą lipę, żeby pozbierać pachnące kwiatostany. Semper czuła się czasami jak mała dziewczynka na wakacjach. Prawie wyzbyła się wszystkich trosk, przypominał o nich tylko stos dokumentów, do którego wracała popołudniami rozgrzana słońcem i pachnąca wiatrem z pól.

Czasem, kiedy zbierały zioła o poranku, spotykały na łąkach Macieja z nieodłącznym aparatem fotograficznym. Robił właśnie cykl zdjęć przedstawiających letnie kwiaty do jakiegoś kalendarza.

– Przyjemne zlecenie – tłumaczył Luizie, która zatrzymała się, żeby popatrzeć na jego pracę. Gośka akurat była zajęta ścinaniem dziurawca. – Bardzo lubię takie fotografowanie o świcie.

– Chyba pana rozumiem. Nigdy bym nie przypuszczała, że będę się tak rankiem zrywać i czerpać z tego przyjemność, ale owszem, to jest cudowna pora dnia.

– Zapraszam na nasze wzgórze. Z tarasu Jeżowego Dworu widać wschód słońca w taki sposób, że człowiek prawie odczuwa ruch ziemi – stwierdził, nastawiając aparat. Spojrzała na niego z uwagą, ale nie skomentowała.

Te dni miały dla niej nieodmiennie barwę czystego miodu. Takiego, jaki Ian wybierał z uli i który Gosia dodawała do swoich potraw. I mleka od kóz będącego składnikiem „eliksiru na dobry sen”, który koleżanka przygotowywała z uśmiechem, kiedy Luiza nie mogła zasnąć. Mgieł znad rzeki i rosy osiadającej na trawie o złotym poranku.

Niestety, już w pierwszym tygodniu zadzwoniła asystentka z informacją, że zdenerwowana klientka poszukuje kontaktu ze swoją prawniczką. Najwyraźniej czuła się zaniepokojona nieobecnością Semper w Warszawie, mimo iż omówiły wszystko dokładnie przed jej wyjazdem.

– Dobrze, pani Paulino, oddzwonię do pani Wiśniewskiej – stwierdziła Luiza z dziwną niechęcią. Sprawa rozwodowa była naprawdę zawikłana. Kiedyś nie miałaby skrupułów, żeby przycisnąć pozwanego i wydusić z niego więcej, niż się należało. Teraz niespodziewanie dostrzegała różne okoliczności łagodzące. Owszem, nie dogadywali się. Rzeczywiście, facet miał sporo za uszami i na pewno nie był bez winy. Ale może jednak spróbować mediacji?

Zaproponowała to klientce w rozmowie telefonicznej.

– Pani mecenas, ale mówiła pani, że będziemy walczyć i po prostu puścimy go w skarpetkach. – Aneta Wiśniewska była wyraźnie zdumiona nagłą zmianą frontu.

– Zawsze zdążymy, prawda? Mam wrażenie, że pani jednak chciałaby się z mężem dogadać, dobrze myślę?

– Sama nie wiem. On nie chce szukać żadnej pomocy, wyśmiał mnie, gdy proponowałam terapię małżeńską, uważa, że to tylko dla mięczaków i ludzi z problemami. Ja jednak nie potrafię żyć jak teraz, z zupełnie obcym człowiekiem, którego nie rozumiem…

– No właśnie, ale wciąż chyba coś was łączy?

– I tak, i nie. Sama pani wie, że nadal pozostaje kwestia tej jego młodej kochanki. Niby to już skończone i podobno się nie powtórzy, ale ja mu nie wierzę. Po prostu nie wiem, co o tym myśleć, pani mecenas. Chyba nie chce się pani wycofać?

– Absolutnie nie. Zastanawiam się tylko, co będzie dla pani najlepsze, pani Aneto. Nie chcę, żeby popełniła pani jakiś błąd, którego ostatecznie zacznie pani żałować. Wie pani, są takie drogi, z których trudno zawrócić.

– Ma pani rację, również o tym myślałam, szczerze mówiąc. Byliśmy razem przez dwadzieścia lat, tego się nie da tak po prostu przekreślić. To co zrobimy?

– A co pani powie na taką propozycję: skontaktuję się z pełnomocnikiem pani męża i zaproponuję spotkanie. Na neutralnym gruncie, to nie musi być koniecznie kancelaria. W naszej obecności oczywiście. Państwo sobie pewne kwestie wyjaśnią, pani przedstawi oczekiwania, warunki. Jeżeli mąż się nie zgodzi na wizytę u specjalisty, psychologa, nie przemyśli sobie tego, no to cóż… Wtedy już będziemy wiedziały na pewno, że nie ma czego ratować.

– Dobra myśl, pani mecenas, proszę działać. Wiedziałam, że robię właściwie, zwracając się do pani. Intuicja mi podpowiadała, że z pani jest bardzo dobry człowiek.

„Dobry człowiek?” – medytowała Semper, wybierając numer do adwokata strony przeciwnej, żeby zaproponować spotkanie. – „Skąd oni mają takie zdanie o mnie?”

– Kończ już te rozmowy – wtrąciła się Gosia. – Zaraz Maciek przychodzi z Anielką. Mamy uroczystą kolację z okazji waszych jeży.

– U was jak zwykle smacznie i aromatycznie – pochwalił Stachowski, gdy po półgodzinie pojawił się wraz z córką w Umileniu. Luiza zauważyła, że włożył porządną marynarkę i koszulę. W ogóle przy stole zrobiło się odświętnie, bo nawet Jeremi się przebrał i – co zauważyła ze zdumieniem – starannie uczesał.

– Dziękuję za uznanie – odpowiedziała Gośka. – Jak tam jeże?

– Te wasze znakomicie sobie radzą. Bardzo szybko zaczęły samodzielnie jeść. Były już wystarczająco duże, żeby sobie poradzić.

– A ich mama? – zainteresowała się Luiza.

– Polubiła ją pani? Nasz weterynarz ładnie złożył łapkę i wszystko będzie dobrze. Jeże często mają takie urazy – przede wszystkim są to efekty ugryzienia przez psa lub lisa, kiedy nie zdążą się zwinąć w kulę. Czasami też wypadki mają miejsce przy przeciskaniu się przez ogrodzenie. Choć oczywiście niestety najwięcej ich ginie pod kołami samochodów. Teraz trzeba szczególnie uważać na drogach, bo na początku lata jeże mają młode i wędrują w poszukiwaniu pokarmu.

– Jeże są fantastyczne – stwierdził Jeremi, spoglądając spod oka na Anielę. Ona kiwnęła głową z aprobatą, a chłopiec się rozpromienił i nabrał odwagi: – Nie myślałem, że to takie ciekawe zwierzęta.

– I mądre – dodała dziewczynka.

– Jak pani się tutaj czuje? – zainteresował się niespodziewanie Maciej. Semper lekko wzruszyła ramionami.

– Jestem zaskoczona.

– Czym? – Nie rozumiał.

– Że jest mi tutaj tak dobrze. Przyznam, że przyjeżdżając tu, nie spodziewałam się wiele. Wiejskie rozrywki nigdy mnie nie bawiły, ale Umilenie jest inne…

– To prawda. W naszej wiosce można się zakochać – dorzuciła Gosia, podając sałatkę.

– Nawet nie chodzi o fakt, że tutaj jest ładnie, to oczywiste, ale o całą atmosferę. Przyroda, niespieszne życie. Wiem, że to dziwne, ale zdumiało mnie, że tak można i że tak bardzo mi się to podoba – zakończyła Luiza z nieśmiałym uśmiechem.

Maciek kiwnął głową.

– Rozumiem, co pani ma myśli. Człowiek zazwyczaj nie zdaje sobie sprawy z tego, co jest mu naprawdę potrzebne. A pragnie ciszy i spokoju. Wtedy budzi się jego dusza.

– Pięknie powiedziane – szepnęła z uznaniem.

– Proszę koniecznie przyjść, odwiedzić swojego jeża – zachęcił Maciej. Spojrzała mu w oczy. Malował się w nich wyłącznie dobry blask, były pełne ciepła i budziły zaufanie.

Przyszła z bukietem polnych kwiatów. Przygotowała go podczas spaceru po łąkach. Nie mogła się oprzeć, bo rośliny wyglądały tak pięknie. Teraz pola były pełne białej gryki, która z daleka przypominała śnieg. Brodate fioletowe trawy kołysały się lekko na wietrze, gdy przechodziła ścieżką do lasu na granicy Jeżowego Dworu. Głęboka zieleń i oślepiająca biel – takie były kolory tego popołudnia.

– O, proszę, jeszcze mi kobiety nie przynosiły kwiatów – zażartował Maciej, otwierając jej drzwi.

– Już dawno nie robiłam takich bukietów, ale tym razem po prostu musiałam: polne kwiaty były takie piękne – wytłumaczyła, czując się niezręcznie, ale on tylko uniósł kąciki ust. Miał sympatyczny uśmiech, zachęcający do tego, aby się otworzyć.

– I niesamowicie pachną, a to oznacza, że będzie burza – zauważył. – To niedobrze.

– Dlaczego? – zainteresowała się.

– Bo chciałem później namówić panią na spacer nad rzekę. Muszę zrobić kilka zdjęć, a to idealna pora dnia. Zanim zajdzie słońce, powietrze się uspokaja, cienie łagodnieją i fotografie nabierają czarodziejskiego klimatu.

Roześmiała się. Miała nadzieję, że nie będzie padać, bo bardzo chciała pójść nad rzekę.

– A to jest pani jeżynka. Ma na imię Kolczatka, tak ją nazwał Jeremi.

Luiza nieśmiało wyciągnęła rękę, ale jeżyk się nastroszył.

– Jest nieufna, to w końcu dzikie zwierzątko. Już prawie z nią dobrze, łapka świetnie się zrasta, myślę, że znaleźliście ją we właściwym momencie.

– Bardzo się cieszę. Zanim tu przyjechałam, nie wiedziałam zbyt wiele o jeżach. W ogóle poza naszym psem, zwierzęta nie bardzo mnie obchodziły – stwierdziła ze wstydem. – U Gosi jest jednak tyle ciekawych stworzeń.

– To prawda. Nie tylko mają te kozy i pszczoły, ale co roku pojawia się u nich stadko kotów. Chyba dowiadują się od innych z okolicy, gdzie można najlepiej zjeść i znaleźć przytulisko.

– O tak, z pewnością. W tym roku pojawiły się już chyba ze trzy.

– Spokojnie, wkrótce dołączą do nich rodziny: ciocie, wujkowie i dalsi kuzyni. Będziecie mieć wesoło.

– Już mamy.

– Chce pani obejrzeć nasze wybiegi dla jeży?

– Bardzo. Mam jednak prośbę: proszę do mnie mówić Luiza, dobrze?

– Z przyjemnością. Ja też wolę, jak się do mnie mówi po imieniu, czuję się trochę młodszy.

Teraz ona się roześmiała.

– To mnie się wydaje, że jestem strasznie stara.

Maciek spojrzał na nią uważnie.

– Twój syn powiedział mi, że jesteś bardzo przemęczona pracą.

– Naprawdę? – zdziwiła się.

– Owszem, stwierdził też, że odkąd założyłaś jeansy i zaczęłaś wspinać się po drzewach z Gośką, zmieniłaś się nie do poznania.

– Co też ten chłopak wygaduje. – Niezadowolona Luiza zmarszczyła brwi. Wyglądało na to, że jej syn bardzo zżył się z Maciejem i jego domownikami. Skoro rozmawiali na takie tematy, musiał mu zaufać. Przeraziło ją, co jeszcze mógł opowiadać – może o ojcu i ich niełatwych relacjach, nieudanym małżeństwie rodziców? Stachowski jakby słyszał te myśli.

– On jest bardzo skryty – wyjaśnił. – Opowiedział mi tę historię, gdy wypytywałem o ciebie.

– Wypytywałeś? A po co?

– Byłem ciekawy. Wydajesz się niezwykle interesującą osobą, a jednocześnie jakby zamkniętą w bańce ze szkła. Nikogo do siebie nie dopuszczasz. Obserwowałem was na łąkach, gdy fotografowałem. Greta jest już jak prawdziwa wieśniaczka, ty natomiast wciąż się kontrolujesz. Jakbyś za wszelką cenę próbowała upilnować własne myśli.

– To znaczy?

– Żeby cię nie zdradziły – zakończył, wprowadzając ją do zagrody. Jeże przyciągnęły całą jej uwagę i nie miała nawet czasu, by zapytać, co dokładnie chciał powiedzieć.

Jeremi nie przesadzał, mówiąc, że biegają bardzo szybko. Zasuwały po trawie, zabawnie kołysząc się na krótkich łapach. Wystawiały ciekawskie nosy i węszyły z wielką uwagą. Węch był bowiem ich najczulszym zmysłem.

– To nasza młodzież, są prawie gotowe do wypuszczenia w naturalne środowisko. Jeżą się o byle co i stają się dosyć nieufne. To dobrze, jeśli mają poradzić sobie same.

– A te nasze? Rozpoznamy je?

– Oczywiście, po to właśnie oznaczamy je kolorami. Proszę bardzo, tamte z seledynowymi opaskami na łapkach są od was.

Luiza z czułością spojrzała na kolczaste stworzonka przebierające szybko łapami i machające wesoło krótkimi ogonkami, jakby do rytmu kroków. Spieszyły się do jedzenia, które właśnie wyniósł im Jeremi.

– Mamo, zobacz, jak je karmię – zawołał do matki, najwyraźniej ucieszony, że ją tu zastał. Bardzo chciał się pochwalić swoją znajomością rzeczy.

– Trzeba nalać odrobinę mleka na zakrętkę od słoika, żeby nie zamoczyły sobie nosów. Potem już się nauczą.

Prawniczka była dumna z syna. Pomagał, czuł się potrzebny i robił tyle dobrego. Praca ze zwierzętami sprawiała mu przyjemność i dawała satysfakcję.

„A ja?” – pomyślała niespodziewanie. „Co mnie uszczęśliwia?” Złapała się na myśli, że właściwie to nie chce stąd wyjeżdżać. Miała ochotę zobaczyć, co przyniesienie kolejny dzień, jakie ptaki zaśpiewają o świcie. Pragnęła spędzać czas z przyjaciółmi. Tymi starymi, ale także poznanymi ostatnio. Zwłaszcza Macieja życzyłaby sobie poznać lepiej. – Radzicie sobie? – zapytał dla pewności młodych pomocników.

Długowłosa Aniela, która moczyła starszym jeżom kocie chrupki w preparacie mlekozastępczym, tylko skinęła głową. Nietrudno było zauważyć, że para nastolatków doskonale ogarnia wszystkie tutejsze sprawy.

– Chyba jednak nie będzie padać – uznał Maciek. – Może zatem pójdziemy nad rzekę? Skoczę tylko po aparat.

Luiza przyzwalająco kiwnęła głową. Miała ochotę na ten spacer. Chwilę przyglądała się jeszcze synowi, jak z ożywieniem coś mówi do Anieli, która słucha go ze zmarszczonymi brwiami. Potem razem zabrali pokarm dla jeży i poszli do kolejnej zagrody.

– Jestem gotowy – usłyszała głos Stachowskiego. Wyszedł z domu z aparatem fotograficznym przewieszonym przez ramię.

– No to idziemy. – Semper poczuła niepewność. Zupełnie jakby wybierała się na pierwszą w życiu randkę. Krajobraz nad rzeką zmieniał się. W środku dnia urzekał ją zapach młodych wierzbowych pędów. Kiedy nad wodą panował upał, świeże gałązki pachniały tak słodko jak miód. Było coś niezwykłego w tej nadrzecznej gorzkiej woni. Zmieszanej ze słońcem, ostrym aromatem błota i świeżo skoszonej łąki, bo właśnie na pobliskim wzgórzu trwały sianokosy. Ptaki śpiewały. Teraz jednak było już późne popołudnie.

Wieczorna mgła opadała nad zakręt rzeki jak gęsty dym. Luiza miała przez chwilę wrażenie, że jest to chmura, która niespodziewanie nadleciała znad lasu i jakimś niewiarygodnym sposobem dotarła tak nisko. Potem nagle rozwinęła się jak obrus i otuliła sobą powierzchnię wody, pełznąc w kierunku mostu. Była perłowa, lekko opalizująca i aż wibrowała, gdy w niektórych miejscach jeszcze prześwietlało ją zachodzące słońce.

– Takie efekty świetlne można dostrzec jedynie o tej porze dnia – wytłumaczył Maciej. – Dlatego czas przed zachodem słońca jest najcenniejszy dla fotografika.

Milczała, przyglądając się wodzie. Mgła osiadła i rzeka po raz kolejny się zmieniła. Światło padało na taflę w taki sposób, że podkreślało wszystkie kształty, tworząc zupełnie nowy obraz. Po powierzchni płynęły płatki kwiatów, liście, puch podbiału czy ostu, skrzydełka lipy. Wyglądało to niesamowicie, jakby woda się wzburzyła. Na rzece unosiła się puszysta fala.

– Widzisz to? – emocjonowała się Luiza. Maciek skinął głową i nastawił obiektyw aparatu. Szybko wykonał kilka zdjęć.

– Botanik by ci to od razu nazwał. Anemochoria. Wiatrosiewność. Niektóre rośliny wyposażone są w aparaty lotne, które pozwalają ich nasionom przemieszczać się na duże odległości. To taka strategia przetrwania.

– Strategia przetrwania – powtórzyła.

– Tak. Każdy z nas ma jakąś. Również my, bo jesteśmy częścią przyrody. – Zapatrzył się na wodę, jakby zapominając, że przyszedł tu również robić zdjęcia. A rzeka wyglądała po prostu bajkowo. Ostatnie promienie słońca odbijały się w niej niczym złocista smuga lub przepływające pod powierzchnią stadko lśniących ryb. Drzewa rysowały się czernią w połyskliwej falującej tafli.

– Ja też tak sądzę – powiedziała cicho, po dłuższej chwili milczenia. – I jednocześnie wiem, że byłam po prostu głupia. Myślałam, że wszystko da się załatwić pracą. Jeśli będę więcej pracować, zapewnię Jeremiemu lepsze życie, a swoje myśli odwrócę od pustki, którą mam w sobie.

– A masz w sobie pustkę? – spytał miękko.

– Ty tak nie uważasz? Mam wrażenie, że od początku bierzesz mnie za płytką i ograniczoną paniusię z miasta – wybuchnęła niespodziewanie. Maciek się uśmiechnął.

– Ciągle martwisz się o to, jak ktoś cię ocenia i za kogo cię bierze. Zauważyłem, że przede wszystkim zależy ci na swoim wizerunku w oczach innych. W ogóle nie myślisz o tym, kim jesteś sama dla siebie. A chyba to powinno być dla ciebie ważne, prawda?

– Nie bardzo rozumiem.

– Luizo, wydaje mi się, że ty sama nie wiesz, co jest dla ciebie najistotniejsze, czemu chciałabyś się poświęcić. To znaczy myślę, że jednak wiesz, tylko boisz się to sobie uświadomić. Sama się ograniczasz. Wynajdujesz jakieś przeszkody i usprawiedliwienia, żeby nie żyć naprawdę i pełnią życia. Dlaczego to robisz? Jeżeli chcesz wrzeszczeć i nawet powiedzieć brzydkie słowo, po prostu to zrób, na Boga! Uwolnij swój umysł i duszę.

Spojrzała na niego ze zdumieniem. I roześmiała się serdecznie. Ona miałaby przeklinać? Absurdalny pomysł. A jednak coś w tym było, Maciej miał rację. Już od pewnego czasu odnosiła wrażenie, że potrzebuje czegoś nowego. Powinna wpuścić do swej egzystencji więcej światła. Odważyć się robić wszystko inaczej. Może nawet się zakochać?

Spojrzała na niego trwożliwie, jakby bojąc się, że odgadł myśli, które od razu ją zawstydziły.

Na jej ramieniu przysiadła ćma o długich różowych skrzydłach i różowym odwłoku. Spacerowała po ręce Luizy, zupełnie bez strachu, a ona przyglądała się owadowi ze zdumieniem.

– Zmrocznik gładysz – stwierdził Maciek, nastawiając aparat. – Poczekaj, aż ci wejdzie na palec i nie ruszaj się. Będziemy mieli piękne ujęcie.

Wstrzymała oddech, gdy fotografował nocnego motyla. Potem zmrocznik odleciał, a ona podążyła za nim wzrokiem.

– Dziwna nazwa – podsumowała. – Mało romantyczna.

– Niestety ćmy mają bardzo prozaiczne nazwy. A wcale na takie nie zasługują, jak chociażby ta, bo są bardzo ładne. Może łacińska bardziej ci się spodoba: Deilephila elpenor. Wylatuje o zmierzchu i lubi wiciokrzewy.

– Jest ich mnóstwo u Gośki… – szepnęła Luiza urzeczona usłyszaną opowieścią. W Macieju zachwycało ją to, że tyle wiedział o przyrodzie, o otaczającym ich świecie, po prostu stapiał się z nim w całość. I było to tak niewiarygodnie naturalne.

– Lubisz swoją koleżankę? – zapytał znienacka, a ona automatycznie skinęła głową. Tak, teraz lubiła Gosię bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Gdy ją tak dobrze poznała, zrozumiała, jak świetną jest osobą.

– Bardzo. Mam wrażenie, że wcześniej wcale jej nie znałam. Dopiero tutaj…

Zgodził się.

– Ona też cię lubi. Zawsze powtarza, jakie masz dobre serce.

– Nie mam dobrego serca. Jestem… przeciętna – mruknęła z przykrością.

– Raczej nie. – Maciek majstrował przy aparacie, a potem nastawił go na wieczorny portret. – Greta podkreślała zalety twego charakteru, ale nie mówiła, jaka jesteś piękna…

– Piękna? Nigdy nie myślałam o sobie w ten sposób. Chciałam być profesjonalna, kompetentna, ale piękna? To dobre dla innych, nie dla mnie.

– Mylisz się. – Zrobił serię zdjęć, nawet nie pytając jej o zgodę. Potem pokazał jedno na podglądzie. Nie mogła poznać samej siebie. Miała tak niebywałą słodycz w oczach, że odniosła wrażenie, jakby patrzyła na kogoś obcego.

– Nie sądzisz, że mogłabyś tu zostać na dłużej? – spytał po chwili milczenia. Podniosła wzrok i w napięciu patrzyła na jego twarz, a potem przytaknęła.

– Ale cię długo nie było! Udana randka? – spytała otwarcie Gośka, gdy Luiza wróciła do domu. Była podekscytowana jak licealistka. Znowu zaskoczyło ją własne zachowanie. Miała wrażenie, że wraca do niej młodość, czarodziejski czas, gdy wszystko jest możliwe i nie ma żadnych przeszkód.

– To nie była randka – sprostowała, ale takim głosem, że wiadomo było, iż uważa inaczej. Gośka się uśmiechnęła.

– Wiedziałam, że przypadniecie sobie do gustu. Ty i on.

– A więc to twoja robota, intrygantko – roześmiała się Luiza.

Nie potrafiła sobie znaleźć miejsca, krążyła po jadalni jak nakręcona zabawka. Koleżanka śledziła ją wzrokiem.

– Jaka tam intrygantka – westchnęła. – Po prostu na pierwszy rzut oka widziałam, że każdemu z was czegoś brakuje.

– Niby czego?

– Siebie.

Luiza wreszcie usiadła i zapatrzyła się w sierp księżyca wiszący za oknem.

– Obawiam się, że jestem żałosna. Nie mówiłam ci o tym, ale z mężem za bardzo mi nie wyszło. Obiecałam sobie, że nie popełnię drugi raz tego samego błędu…

– No i nie robisz tego. Maciek to nie jest twój były mąż. Myślę, że sama to już zauważyłaś.

Semper skinęła głową. Tak, Maciej w niczym nie przypominał Radka. Przede wszystkim umiał słuchać. Chyba to podobało się jej najbardziej. Potrafił też milczeć w taki sposób, że człowiek nie czuł przy nim skrępowania.

– Naprawdę nie masz pojęcia, jak wyglądało moje życie – zaczęła ponownie, a Gośka powstrzymała ją ruchem dłoni.

– Jestem w stanie to sobie wyobrazić. Gdy się spotkałyśmy, byłaś kłębkiem nerwów. Wiesz, że ciągle przestawiałaś sztućce na stole? W taki sposób, żeby leżały symetrycznie. Doszłam do wniosku, że jesteś na skraju wyczerpania. A teraz? Znowu bije od ciebie wewnętrzne światło, nabrałaś dystansu do obowiązków, tego, co trzeba, wypada, czy myślisz, że powinnaś zrobić.

Luiza skinęła głową. Uświadomiła sobie, że doszła do podobnych wniosków. Co więcej, gdy rozmyślała o powrocie do pracy w Warszawie, nagle robiło się jej smutno i żal. Jakoś nie chciała opuszczać tego miejsca. Myślała o tym wręcz z przykrością.

– Powinnaś organizować wczasy regeneracyjne zatytułowane: Wewnętrzny balans w weekend – zażartowała, a przyjaciółka spojrzała na nią z przyjemnością.

– Cieszę się, że jesteś zadowolona. Ta okolica wszystkich odmienia. Pamiętam, jaki był Maciek na początku. Po prostu smutny, przygaszony.

– Naprawdę? Wygląda na niezwykle spokojnego i pogodzonego ze światem.

– Nie zawsze tak było. Po śmierci żony chyba zupełnie się załamał. Ten dom był dla niego odskocznią, stał się chyba wybawieniem. Wszystko poświęcił córce. Sam mówił, że żyje głównie dla niej.

– To przykre – stwierdziła cicho Luiza i radość uleciała z niej jak z przekłutego balonika. Maciek to facet po przejściach, który musi się uporać ze swoimi problemami. Chyba źle odczytała jego intencje, a Małgorzata niepotrzebnie zaczęła ich swatać. Jemu był potrzebny spokój, a nie kolejna kobieta. Kładła się spać przygnębiona, a potem nie mogła zasnąć i nawet słynny eliksir Gośki nie pomagał.

Zapadła już głęboka noc, gdy przestała bezsensownie przewracać się z boku na bok i wstała. Podeszła do drzwi balkonowych i otworzyła je na oścież. Księżyc oświetlał cały ogród, nadając mu tajemniczego piękna. Było coś niesamowitego w jego złudnej poświacie. Lśnił srebrzyście na liściach, napełniając sad widmowym blaskiem. Czuła się tak, jakby weszła do niezwykłego obrazu przedstawiającego krainę czarów.

Po trawniku coś się przemieszczało.

Mysz? Nie, to stworzenie było dużo większe, a szło wolno, z wysiłkiem. Luiza wzięła z pokoju komórkę i poświeciła. To był jeż. Patrzył na nią brązowymi guziczkami oczu i wystawiał szpiczasty nosek. Coś mu jednak dolegało. Był bardzo chudy, a jego boki wyglądały na zapadnięte.

„Chyba trzeba mu pomóc” – uświadomiła sobie. Wiedziała od Jeremiego, że jeża, nawet takiego w potrzebie, nie należy niepotrzebnie straszyć. Zwierzątko na pewno wymagało opieki – gdy oświetliła je telefonem, a potem lekko dotknęła kolców, nie zwinęło się w kulkę.

„Jak to było?” – medytowała Luiza. – „Trzeba włożyć do pudełka i ogrzewać butelką z wodą”. Wróciła do domu i po chwili przyniosła potrzebne akcesoria. Jeż siedział w tym samym miejscu co przedtem, nawet nie starając się uciekać. Było bardzo późno, ale mimo to wybrała numer Macieja.

– Przepraszam cię bardzo, ale znalazłam jeża – powiedziała bez wstępów.

– Teraz? W środku nocy?

– No tak, nie mogłam spać, wyszłam do ogrodu i natknęłam się na niego. Jest strasznie chudy, prawie się nie rusza i nie zwija się w kłębek.

– Na pewno jest głodny i odwodniony. Dasz radę go przywieźć czy przyjechać do ciebie?

– Ja przyjadę – zadeklarowała i obleciał ją strach. Ma w środku nocy jechać po tych bezdrożach? No trudno, raz kozie śmierć. Nie mogła przecież sprawić zawodu temu jeżowi. Bez niej nie miał szans.

Ostrożnie wsunęła go do pudełka, starając się nie pokaleczyć o kolce. Przykryła go szmatką i położyła obok niego butelkę z wodą. „Jeszcze kluczyki i dalej w drogę” – dodawała sobie odwagi. Umieściła jeża na przednim siedzeniu i ostrożnie wyjechała spod bramy domu Gosi.

Droga zajęła jej więcej czasu niż za dnia, bo dokładnie oglądała każdy wybój, żeby nie uszkodzić zawieszenia. A w nocy każdy bity trakt wygląda po prostu groźnie, jest pełen wykrotów i kamieni.

Gdy dojechała, zaniepokojony Maciek stał już przy bramie. Miał na sobie sweter i sportowe spodnie.

– Martwiłem się. Nie chciałem dzwonić, żeby cię nie denerwować, ale już myślałem, że trzeba będzie jechać cię szukać.

– Spokojna głowa. Po prostu rzadko jeżdżę w nocy przez las. Masz tu tego jeża. – Podała mu pudło.

– Będziemy go nawadniać, chcesz zobaczyć?

– Jasne, jestem bardzo ciekawa.

Poszli do szpitalika, gdzie Maciej ostrożnie wydobył jeża. Rzeczywiście był chudy i zabiedzony.

– Chcesz zobaczyć, jak się sprawdza, czy są odwodnione? Trzeba chwycić ten fałd skóry na karku, razem z kolcami. Jeżeli wraca do poprzedniego stanu, wszystko jest w porządku. Tutaj, jak widzisz, odkształcenie się utrzymuje.

– I co teraz zrobisz? – zainteresowała się.

– Będę mu podawał wodę z cukrem i solą. Musi być ogrzana do temperatury ciała ludzkiego, żeby mu dodatkowo nie zaszkodzić, bo odwodnione jeże często cierpią z powodu hipotermii.

Luiza przyglądała się, jak Maciek poi jeża ze strzykawki. Zwierzątko piło chciwie i widać było, że tego właśnie potrzebuje.

– Teraz trzeba go odłożyć do klatki. Musi dojść do siebie. Potrzebuje jednak pokarmu co kilka godzin.

– Tyle wiesz o jeżach, to po prostu niesamowite – uznała.

– Zawsze je lubiłem i się nimi interesowałem. Wiesz, że jeżowe oseski mają zupełnie miękkie białe igły? Potem wyrastają im grubsze, a w końcu te ostateczne kolce.

– Nie miałam pojęcia.

Maciek spojrzał na nią z sympatią.

– Dobrze się sprawiłaś. Może wstąpisz na herbatę?

– A nie obudzimy Anieli?

– Ona śpi na górze i można przy niej strzelać z armaty.

Weszli do domu i Luiza zachwyciła się jego urządzeniem w stylu dziewiętnastowiecznego dworku. Bardzo ładne meble były z wyczuciem porozmieszczane na zabytkowych dywanach.

Maciej przyniósł herbatę i dwie filiżanki.

– Piękny dom – pochwaliła. – Wyposażony z dużym smakiem.

– Dziękuję. Starałem się. To miał być wakacyjny dom dla naszej rodziny. Wyobrażałem sobie, że będziemy tu przyjeżdżać na lato i na święta. Wszystko jednak potoczyło się inaczej.

– Przykro mi, że straciłeś żonę. Gosia mi o tym wspomniała.

Maciek poruszył się niespokojnie na fotelu.

– Tak, bardzo mnie to zmieniło. Po wypadku Aldony zrozumiałem, że nic nie trwa wiecznie. Wydaje nam się, że jesteśmy nieśmiertelni, ale życie to tylko krótka chwila. Nie ma więc sensu marnować tych chwil na sprawy nieistotne. Wszystko jest tak kruche, że liczą się wyłącznie sprawy najważniejsze. Dla mnie na przykład – moja córka.

– Bardzo