Przyszłość ma twoje imię - Elżbieta Rodzeń - ebook + audiobook
Opis

 Blanka właśnie wyprowadziła się od rodziców, zaczyna studia i pracę. Wciąż zmaga się z jednym wydarzeniem z przeszłości – kilka lat wcześniej padła ofiarą napadu i do dziś słabo radzi sobie z jego skutkami. Teraz szuka spokoju i zapomnienia. Poznanie Mateusza wprowadza zamieszanie w jej życie. Dziewczyna czuje się niezręcznie z powodu jego przeszłości, gdyż okazuje się, że spał on niemal z każdą dziewczyną z ich wspólnej pracy.

Mateusz nie miał łatwego życia. Odkąd skończył piętnaście lat, musiał nieustannie walczyć o siebie, o swojego brata, o przetrwanie. Teraz ciężko pracuje, aby zasłużyć sobie na zaufanie Blanki.

Czy zaskakujące fakty z ich życia pozwolą im spojrzeć z nadzieją w przyszłość?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 550

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 4 min

Lektor: Joanna Domańska

Popularność


Elżbieta Rodzeń Przyszłość ma twoje imię ISBN Copyright © by Elżbieta Rodzeń, 2017 All rights reserved Redaktor Paulina Tomczyk Projekt okładki i stron tytułowych Marta Damasiewicz Projekt typograficzny i łamanie Grzegorz Kalisiak / Pracownia Liternictwa i Grafiki Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla AndrzejaJesteś moją definicją miłości.

Prolog

Blanka

Czasem ludzie mówią mi, że nie powinnam tyle o tym myśleć. Zwłaszcza moja rodzina. Z początku wydawało mi się, że robią to dla mojego dobra. Nie rozpamiętują, abym i ja mogła żyć dalej. Próbują wrócić do normalności. Zapomnieć.

Minęły już trzy lata.

Oni znów są zupełnie zwyczajni. Bardziej się o mnie boją, to prawda. Jednak czuję, że mają tego dość. Potrzebują oddechu, bo nie mogą tkwić w tej dusznej atmosferze, wśród moich myśli i lęków.

Kiedy patrzę na moją rodzinę, na znajomych, którzy już jakiś czas temu przestali być moimi znajomymi, mam wrażenie, jakbym była gdzieś za szybą. Ktoś dał mi karę, postawił w kącie, a ja nie mogę wrócić do zabawy. Nie mogę włączyć się do gry w życie. Stoję tylko obok i udaję, że robię to samo co oni. Moja terapeutka twierdzi, że długo tak nie wytrzymam, że powinnam się uwolnić. Tak jakby to zależało ode mnie. Jakbym mogła w każdej chwili zapomnieć.

Tymczasem ja przeżywam to wciąż na nowo. Nie ma dnia, w którym nie czułabym śladów jego rąk na sobie, jego oddechu na mojej szyi i tego, jak przyciskał mi lufę pistoletu do boku.

Przez pierwszy rok terapii szalałam, nie mogąc przypomnieć sobie, po co właściwie poszłam do sklepu. Na zewnątrz było zimno. Prószył śnieg, a ja miałam ochotę się przejść i poczuć, jak płatki delikatnie mnie otulają, opadając na włosy i skórę twarzy. Pragnęłam usłyszeć, jak igiełki lodu cicho chrzęszczą pod moimi stopami.

Wyszłam wtedy z domu, trzymając czapkę w dłoni i zadzierając głowę do góry, patrzyłam na białe, wirujące, lodowe okruchy. Zastępowały mi gwiazdy, które ukrywały się pod grubą warstwą chmur. Stałam tak przez chwilę. Jedynym dźwiękiem, który dobiegał moich uszu, było ciche buczenie linii wysokiego napięcia przebiegającej nad moją głową. Było tak pięknie, tak nieskończenie magicznie, a ja kochałam zimę, mróz, lód. Tę czystość i świeżość, która pokrywała wszystkie elementy krajobrazu. Świat stawał się gładszy, jaśniejszy i spokojniejszy.

Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam przed siebie szybkim krokiem. Po kilkunastu minutach musiałam naciągnąć czapkę na głowę, bo czułam, jak uszy szczypią mnie z zimna.

Resztę pamiętam niezbyt dokładnie. Tych kilka chwil nie zapisało się w mojej pamięci, bo to był jeden z wielu moich spacerów, a większość wyglądała tak samo. Tego dnia postanowiłam jednak wstąpić do sklepu spożywczego. Może chciałam się czegoś napić, kupić batonik albo gazetę. Do dziś nie jestem w stanie przypomnieć sobie, po co tam poszłam. A bardzo chciałabym pamiętać, co popchnęło mnie do miejsca, w którym wydarzył się największy koszmar mojego życia.

Byłam już przy kasie, ale nie zdążyłam podać koszyka sprzedawcy, kiedy do sklepu wszedł młody mężczyzna. Nie widziałam jego twarzy, jedynie to, że gdy obracał się w stronę wnętrza sklepu, naciągnął na twarz kominiarkę. Miał czarną kurtkę i czarne spodnie. Wydał mi się jedną wielką czarną plamą. Moją prywatną czarną dziurą, przy zetknięciu z którą moje życie nagle przestało istnieć.

Wiedziałam, że powinnam się bać. Ten człowiek nie wyglądał na policjanta, a kiedy krzyknął w stronę kasjera, że ma zapakować zawartość kasy do reklamówki, zrozumiałam, co się dzieje. Mężczyzna za ladą sięgnął po komórkę i nie tylko ja to zauważyłam. Napastnik się wściekł i wrzasnął na kasjera tak, że podskoczyłam przerażona.

Wtedy właśnie mnie dostrzegł. Patrzył na mnie przez chwilę jak drapieżnik, jakby oceniał odległość i szansę na to, że zdoła mnie dopaść. Chciałam się cofnąć. Nie mogłam wydostać się ze sklepu, bo on zagradzał mi drogę, ale mogłam próbować uciec w głąb. Odwróciłam się i wtedy poczułam, jak ktoś chwyta mnie wpół i ciągnie w przeciwną stronę. Zrobił to z taką łatwością, jakbym zupełnie nie miała siły, jakbym nic nie ważyła. Przycisnął mnie do siebie, oplatając mi ramię wokół gardła. Czułam jego szaleńczy oddech, to, jaki był wściekły, a potem usłyszałam:

— Dawaj pieniądze albo ją rozwalę.

Nie żartował. Poczułam lufę broni wbijającą mi się pomiędzy żebra.

Kasjer zrozumiał, że za chwilę może dojść do tragedii, więc posłusznie wrzucił drżącą dłonią zawartość kasy do plastikowej torby z logo sklepu.

— Jeszcze to, co masz obok w lodówce — zakomenderował napastnik.

Zamrugałam powiekami, żeby zobaczyć, co to było. Poczułam, jak coś mokrego płynie mi po policzkach. Musiałam się rozpłakać.

— Przestań! — usłyszałam surowy nakaz.

Z mojego gardła wyrwał się szloch. Zupełnie tego nie kontrolowałam.

— Nie becz! — wrzasnął mi do ucha. — Chcesz, żebym zrobił ci krzywdę? A ty się pospiesz — zwrócił się znów do sprzedawcy.

Pociągnął mnie w stronę kasy i zajrzał do torby, którą mężczyzna wypełniał mrożonkami warzywnymi. Nie spodziewałam się ruchu napastnika i w rezultacie szarpnął mną tak mocno, że straciłam grunt pod nogami. Upadłabym, gdyby nie trzymał mnie blisko siebie. Byłam do niego przygwożdżona, zupełnie bezradna.

— Co ty wyprawiasz?! — zagrzmiał mi wprost do ucha.

Przez to, że chwilę był skupiony na mnie, sprzedawca zdołał podnieść telefon i zaczął wybierać numer. Złodziej to zauważył.

— Mówiłem ci, żebyś to zostawił! — wrzasnął. — Nie żartowałem.

Wyciągnął rękę i strzelił tuż przy moim uchu. Poczułam pulsujący ból w czaszce. Krzyknęłam głośno, przerażona, ale niemal od razu zdałam sobie sprawę, że ledwo słyszę swój głos.

Nie panowałam już nad sobą, nad łzami, które płynęły mi z oczu, i nad drżeniem całego ciała.

Wtedy mnie od siebie odepchnął. Poleciałam na regały, uderzając się w ramię. Próbowałam czegoś się chwycić, ale runęłam na ziemię wraz z kilkoma produktami, które strąciłam, upadając.

Leżałam na mokrej od topniejącego śniegu posadzce, a napastnik przycisnął mnie swoim butem. Nie chciał, żebym wstawała. Może obawiał się, że ucieknę i narobię zamieszania, zanim dostanie od kasjera to, na co czekał.

Kiedy mężczyzna zza lady podał mu torbę, mój oprawca pochylił się nade mną i poczułam na plecach jego kolano. Potem sięgnął po moje ręce. Próbowałam mu to utrudnić, ale okazało się, że wcale nie jestem tak silna, jak zawsze mi się wydawało. Wykręcił mi ręce na plecy i zacisnął na nadgarstkach plastikowe opaski, jakich używa się do spinania pęku kabli. Zostawił mnie i kazał położyć się sprzedawcy, po czym skrępował także jego.

— Lepiej będzie dla nas wszystkich, jeśli dacie mi w spokoju stąd wyjść — powiedział, a w jego głosie nie było już tyle agresji, co jeszcze przed chwilą. Chociaż może mi się tylko tak wydawało, bo jego słowa dobiegały jakby z oddali. Niezależnie od tego nie zamierzałam mu się sprzeciwiać.

Gdy tylko trzasnęły drzwi, kasjer zaczął coś do mnie mówić. Na chwilę odwróciłam się w jego stronę. Bałam się, że coś mu się stało.

— Sięgniesz do mojej komórki? — Patrzył na mnie wyczekująco. — Mam ją w kieszeni spodni. — Przysunął się do mnie. — Ej, ocknij się! — powiedział głośniej i to wystarczyło.

Zamiast zbliżyć się do niego, zaczęłam pełznąć niczym wąż za regał. Chciałam znaleźć się jak najdalej, bo nie mogłam znieść myśli, że ktoś miałby mnie teraz dotknąć. Moje ciało pragnęło jak najszybciej się stamtąd wydostać, a tymczasem ledwie mogłam się przemieścić. To tylko wzmogło moje przerażenie, więc po chwili zwymiotowałam.

Kiedy kilka minut później do sklepu wpadło dwóch chłopaków na późne zakupy, znaleźli mnie leżącą na podłodze w kałuży roztopionego śniegu i błota, tuż przy zawartości mojego żołądka.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Mateusz

[Styczeń]

Siedzę przy moim biurku, ustawionym przy oknie w części kuchennej naszego mieszkania. Mamy jeszcze jedno miejsce do pracy, przy ścianie, między łóżkiem a drzwiami na balkon. Jest tam znacznie przyjemniej, ale przegrałem losowanie o to, kto je zajmie. Wygrał je mój współlokator Adam.

Nasza wynajmowana kawalerka jest prawdziwym popisem bezmyślności architektonicznej. Idiota, który ją projektował, zapewne nigdy nie musiał ustawić sobie biurka w takich warunkach. Musiał za to być fanem kuchni i życia wokół ogniska domowego, jakby nie zdawał sobie sprawy, że takie mieszkania często wynajmują studenci, którzy gotują tylko, by przeżyć.

Tak czy siak mamy dużą część kuchenną. Zajmuje dokładnie tyle samo miejsca, co część pokojowa. Nie dzieli ich żadna ścianka, więc przynajmniej nie grozi nam atak klaustrofobii. Natomiast przewianie i przemarznięcie grozi mi codziennie, kiedy siadam przy moim biurku przy nawiewie wentylacyjnym z zewnątrz. Zwłaszcza kiedy jest zima, jak teraz. W zeszłym roku nie było tak naprawdę zimno, ale teraz czuję, że odmrożę sobie tyłek, a na pewno łydki.

Pocieszające jest tylko to, że mam widok na zewnątrz, ­czyli głównie na sąsiedni blok, natomiast gdy trochę się schylę, jestem w stanie dojrzeć skrawek nieba. Jeśli oczywiście jest jasno. Teraz dochodzi dwudziesta pierwsza. Próbuję kuć do kolok­wium z anatomii, a jestem tak cholernie zmęczony i zmarznięty, że tylko siłą woli przekonuję siebie, żeby tym wszystkim nie piep­rz­nąć. W dodatku w mieszkaniu obok nasza miła i atrakcyjna sąsiadka robi imprezę. Adam co chwila ostentacyjnie wzdycha nad swoimi notatkami, a ja doskonale rozumiem, co czuje, więc to jego wzdychanie tylko pogarsza mi nastrój.

Czytam właśnie o układzie trawiennym i roli ruchu w chorobach wegetatywnych, kiedy na sąsiedni balkon pada jaśniejszy snop światła. Widzę doskonale, co się tam dzieje, bo balkony przylegają do siebie, a ja siedzę pod kątem, przy samej szybie. Pojawia się tam jakaś postać. Sądząc po wzroście i budowie, to dziewczyna. Ma granatową kurtkę i czapkę z pomponem. Przechyla się przez barierkę i przez chwilę wydaje mi się, że robi to za mocno. Odnoszę wrażenie, że jest jej obojętne, czy wypadnie, bo za tą barierką jest coś, co pociąga ją bardziej niż stanie na balkonie mieszkania, w którym odbywa się głośna impreza.

Ta niewysoka postać zaczyna mnie intrygować. Udało jej się zaciekawić mnie w ciągu niespełna dwóch minut, więc postanawiam, że jeszcze trochę na nią popatrzę. Głównie z ciekawości, ale usprawiedliwiam się, że robię to też na wypadek, gdyby coś głupiego przyszło jej do głowy. Wcale nie gapię się tylko dlatego, żeby mieć jakiś pretekst do przerwy w nauce.

Widzę, że dziewczyna głęboko oddycha. Jej ramiona unoszą się w stałym rytmie głębokich wdechów. Może rzeczywiście coś jej się stało, a może po prostu lubi rześkie powietrze. Zaraz potem przekonuję się, że raczej to drugie, bo wychyla się jeszcze mocniej, wystawia język i czeka, aż opadną na niego pojedyncze płatki śniegu.

Odwraca się tyłem do barierki, a ja widzę wreszcie całą jej twarz i proste, ciemne włosy wystające spod czapki. Dziewczyna ma zamknięte oczy i teraz przegina się w tył, przytrzymując się poręczy dłońmi. Płatki śniegu osiadają bezgłośnie na jej policzkach, ustach, rzęsach. Kryształki lodu topią się i po skórze dziewczyny spływają pojedyncze krople. Chcę, by zdjęła czapkę, bo wydaje mi się piękna, a materiał naciągnięty na same brwi zasłania część twarzy i ukrywa jej włosy.

Stoi tak dłuższą chwilę, aż jej kurtka pokrywa się białą warstwą śniegu. Nie spieszno jej, aby wejść do środka. Powoli nabieram przekonania, że stoi tam specjalnie dla mnie. Wtedy ona prostuje się, otwiera oczy i zauważa, że ktoś w oknie sąsiedniego mieszkania jej się przygląda. Spłoszona cofa się bliżej wejścia, tak że teraz nie mogę jej obserwować. Robi mi się głupio, więc pochylam głowę i znów usiłuję czytać swoje notatki. Cały czas myślę jednak o dziewczynie. Wreszcie zerkam w stronę sąsiedniego balkonu i dostrzegam tam naszą sąsiadkę. Uśmiecha się do mnie, macha mi, a potem odwraca się do kogoś ukrytego w mroku i mówi coś, wylewnie gestykulując. Potem znika we wnętrzu mieszkania, a zaraz za nią przemyka tajemnicza dziewczyna.

Mam ochotę pójść obok na imprezę, bo jestem zaproszony. Nie mogę przestać myśleć o tym, aby stanąć z nieznajomą twarzą w twarz, i zupełnie nie pojmuję, skąd mi się to wzięło.

Adam chrapie już na górnej części naszego piętrowego łóżka, kiedy postanawiam wynieść śmieci. Nie żebym był jakiś szczególnie porządny, ale wkurza mnie, gdy zaczynają przypominać o sobie w samym środku nocy. W sąsiednim mieszkaniu impreza już cichnie i pewnie zaraz się skończy. Zastanawiam się, czy jest tam jeszcze ta dziewczyna.

Narzucam kurtkę i wkładam trampki, a po chwili zbiegam już schodami w dół. W tym bloku nie ma windy, ale jest niski, więc nikomu to zbytnio nie przeszkadza. Lubię ruch, zwłaszcza gdy w mojej głowie zaczyna zbyt dużo się dziać, tak jak teraz. Ale jest inaczej niż zazwyczaj. Nie mam gonitwy myśli. Nie czuję się postawiony przy ścianie. Tym razem jestem zafascynowany.

Wrzucam worek do pojemnika, a kiedy wracam, przy wejściu do klatki spotykam naszą sąsiadkę, Monikę.

— Już po? — pytam, spoglądając na wielki worek z odpadkami w jej ręce. Musi być ciężki, bo Monia przechyla się na jedną stronę, próbując przeciwważyć jego ciężar. Biorę go od niej, a ona dziękuje mi uśmiechem.

— Tak. Wszyscy już poszli.

Mam dziwne wrażenie, jakbym się spóźnił.

— Szkoda, że nie przyszedłeś. — Szturcha mnie, kiedy razem idziemy w stronę śmietników. — Było całkiem fajnie.

— Jutro mam kolokwium — usprawiedliwiam się. — W dodatku z anatomii nie jestem najlepszy. Musiałem wkuwać.

Słyszę, że cicho się śmieje.

— A mnie się wydawało, że akurat na anatomii znasz się dobrze. — Spogląda na mnie i oczy jej błyszczą.

Nie chcę drążyć tego tematu, więc pytam o to, co mnie interesuje.

— Co to była za dziewczyna na balkonie?

— To moja kuzynka — odpowiada nagle z rezerwą. Coś sprawiło, że się usztywniła.

— Coś z nią nie tak? — Wrzucam wielki worek do śmietnika i zawracam w stronę bloku. — Wychylała się przez barierkę tak mocno, że bałem się, że wypadnie. — Chcę jakoś usprawiedliwić to, że się na nią gapiłem.

— Nie jest dziewczyną dla ciebie — mówi poważnie.

Odbieram to tak, jakby wymierzyła mi policzek. Wiem, co robię ze swoim życiem, ale Monika nie ma pojęcia, dlaczego tak postępuję. Lubi mnie, a jednak najwyraźniej mnie ocenia.

— Jest zbyt porządna dla takiego faceta jak ja? — pytam lekko, bo chcę to obrócić w żart. Nie chcę czuć urazy.

— Jej życie od pewnego czasu to naprawdę gówniana historia. Chciałabym jej jakoś pomóc. — Wzrusza ramionami. — Ale to nie takie proste.

— Wyglądała, jakby było jej wszystko jedno, czy spadnie, czy nie — wtrącam.

Monika patrzy na mnie przez chwilę, a potem odwraca głowę i w milczeniu wchodzimy do klatki.

Blanka

[Październik]

Byłam tu już. Znam to miejsce. Czuję się tu bezpiecznie.

Powtarzam to sobie bezustannie, kiedy wchodzę do bloku, w którym od dzisiaj będę mieszkać. Mam ze sobą jedną walizkę, bo reszta moich pudeł okazała się zbyt ciężka. Wspinam się po schodach na drugie piętro i wciąż powtarzam sobie zdania afirmujące mój wybór. Afirmacje to coś w rodzaju zachwalania sobie czegoś albo raczej wmawianie sobie, że jest się wartościowym/mądrym/jakimkolwiek innym człowiekiem.

Powtarzam ten szajs, który jest kompletnie bezużyteczny, bo okazuje się, że chociaż kiedyś tu byłam, nie potrafię rozpoznać, które to mieszkanie. Znam numer, ale na żadnych drzwiach nie ma numeru. Rozważam, czy nie zejść piętro niżej i sprawdzić, jak to tam wygląda. Nie zamierzam jednak zostawiać walizki bez nadzoru, a ona jest tak ciężka, że wizja pokonania piętra tam i z powrotem skutecznie mnie zniechęca.

Wiem, że to mieszkanie bliżej końca korytarzyka, a nie przy schodach. Podchodzę do jednych drzwi i postanawiam, że spróbuję przekręcić klucz w zamku na tyle cicho, żeby ewentualny właściciel będący w środku tego nie usłyszał. Przetrząsam torebkę w poszukiwaniu kluczy i uświadamiam sobie, że ich ze sobą nie zabrałam. Zostały w letniej torebce, która bezpiecznie wisi w moim rodzinnym domu, oddalonym stąd o piętnaście minut jazdy na dworzec i jedenaście minut drogi pociągiem.

Zrezygnowana dzwonię do Moniki. Mam nadzieję, że odbierze pomimo roamingu.

— Co jest? — Zawsze tak odbiera połączenie.

— Zapomniałam z domu klucza — przyznaję, czując się jak idiotka. — Mówiłaś, że gdzieś masz tu ukryty zapasowy.

— Dałam go sąsiadom. Podlewali mi kwiatki. Mieszkają obok, drzwi naprzeciwko.

Nie chcę się przyznawać, że nie mam pojęcia, które mieszkanie jest jej.

— Jaki to kolor drzwi? — pytam niewinnie.

— Białe. — Słyszę, że się śmieje. — Z wgnieceniem w dolnej części.

Lokalizuję je i przy okazji wiem, że będę mieszkać po przeciwnej stronie. Dziękuję jej i pukam do białych drzwi. Wydaje mi się, że z wnętrza dobiega czyjś głos. Nie mam w zwyczaju samowolnie wchodzić do cudzych domów, ale jestem niemal pewna, że ktoś kazał mi wejść.

Drzwi nie są zamknięte, więc wchodzę do korytarza i kieruję się do salonu.

— Uważaj, żebyś nie oślepł — słyszę dziewczęcy głos, a potem śmiech.

— Zrób, co musisz, i do zobaczenia za godzinę — dołącza do niego męski głos.

Dociera do mnie, że biorą mnie za kogoś innego, więc układam w głowie słowa wyjaśnienia. Przyszłam po klucz do mieszkania Moniki. Już mam to powiedzieć, kiedy dostrzegam, co się dzieje w salonie, a właściwie w niewielkim pokoju połączonym z kuchnią.

Na dole piętrowego łóżka leży para. Oboje są częściowo przykryci kocem, ale nie na tyle, żebym nie zorientowała się, iż pod nim są nadzy. Widzę głównie chłopaka leżącego na boku, odwróconego do mnie plecami, i tatuaż na jego nagiej skórze. Kilka linijek tekstu.

Dociera do mnie, że przeszkodziłam im w uprawianiu seksu, i robi mi się gorąco.

— Przepraszam — bąkam cholernie zakłopotana i odwracam się do wyjścia.

— Hej, zaczekaj! — dobiega mnie głos chłopaka.

Po chwili pyta dziewczynę, gdzie jego bokserki. Wiem, że chce za mną iść, i wpadam w panikę.

Zostawiam walizkę i zbiegam schodami w dół, przebierając nogami tak szybko, jak tylko się da. Nie myślę o tym, co robię, jak odzyskam moje rzeczy i co będzie za kilka minut. Teraz po prostu uciekam. Gdy docieram na zewnątrz i skręcam w uliczkę osiedla, zderzam się z kimś. Słyszę ciche przekleństwo wydobywające się z ust młodego mężczyzny. Wpadłam na niego całą siłą rozpędu i przez chwilę on próbuje utrzymać nas oboje w pionie, a ja staram się tylko od niego odsunąć.

Kiedy stoimy już osobno, spoglądam na niego i widzę chłopaka o najbardziej niegroźnym wyglądzie, jaki można sobie wyobrazić. Jest wysoki i szczupły. Kręcone, rude włosy opadają mu na twarz i oprawki czarnych okularów.

Spodziewam się, że będzie zły, ale nie jest. To chyba jeden z tych ludzi, którzy mają uśmiech na stałe przyklejony do twarzy.

— Coś się stało? — pyta mnie przyjaźnie.

— Nie powinnam była tak pędzić — przyznaję. — Nic ci nie zrobiłam?

— Spokojna głowa. — Chłopak prostuje się, wypinając klatkę piersiową. — Twardziel ze mnie.

Mówi to w taki sposób, że usta same rozciągają mi się w uśmiechu. Nie pamiętam już, kiedy uśmiechałam się przy kimś obcym, a jemu udało się mnie rozbawić jednym zdaniem. Może dlatego postanawiam nie uciekać, tylko zwyczajnie ruszyć dalej. Zachować się normalnie, a nie jak wariatka.

— Jestem Adam. — Wyciąga rękę w moją stronę, jakby uznał, że wpadanie na kogoś to genialny pretekst do zawierania nowych znajomości. Kiedy zauważa, że przyglądam się jego dłoni, dodaje: — Wybiegłaś z mojej klatki.

— Skąd wiesz? — Nadal nie podaję mu ręki, więc opuszcza swoją i patrzy na mnie bez urazy, jakby zupełnie nic się nie stało.

— Widziałem, jak zbiegałaś po schodach. Później zniknęłaś za tarasem mieszkania na parterze, a następnie się zderzyliśmy.

— No tak. — To, co mówi, ma sens.

— Może opowiesz mi, co się stało — zachęca. — Trzeba ci jakoś pomóc?

Już chcę powiedzieć, że nie, i ruszyć dalej, ale przypomina mi się walizka pozostawiona na klatce.

— Zostawiłam tam coś — mówię cicho. — Nie chcę ci robić kłopotu …

— Nie ma sprawy. — Uśmiecha się szeroko, a ja widzę, że ma lekko skrzywione dolne zęby. — Na którym piętrze?

— Na drugim.

Otwiera szerzej oczy i uważniej mi się przygląda. Peszy mnie to, więc przeczesuję dłonią włosy i opuszczam je na twarz, aby trochę ją zasłoniły.

— Jesteś znajomą Mateusza?

— Nie. — Potrząsam głową, a włosy opadają mi już na oczy. — Nie znam żadnego Mateusza.

— Już myślałem … — Nie kończy, ale śmieje się jakby z ulgą. — To co porabiałaś na moim piętrze?

— Mam tam mieszkać — przyznaję.

— U Moniki? — domyśla się. — Pewnie chciałaś jej klucze … — Mina mu rzednie i zaczyna drapać się z tyłu głowy. — I natknęłaś się na mojego nagiego współlokatora?

Kiwam głową zakłopotana.

— Pukałam, a on kazał mi wejść.

— Czekał na mnie. Zapomniałem komórki z kibla i właśnie po nią wracam.

— Chodzisz z telefonem do toalety? — pytam z rozpędu i zaraz czuję, że nie powinnam była się odzywać.

— A ty nie? — Unosi brwi.

Nie odpowiadam.

— No dobra. — Adam robi krok w moją stronę. — Dam ci klucze. Chodź. — Patrzy na mnie wyczekująco, aż ruszę za nim.

Robię to, ale im wyżej wchodzimy po schodach, tym bardziej denerwuję się, że spotkam jego nagiego i wściekłego kolegę, a zupełnie nie mam ochoty na takie konfrontacje. Z miliona przyczyn.

Chłopak wchodzi do swojego mieszkania, uprzednio puszczając do mnie oko. Czekam na niego na korytarzu i słyszę, że rozmawia z kimś w środku. Ten drugi mężczyzna podnosi głos, ale zaraz cichnie. Kiedy Adam staje w drzwiach, widzę w cieniu sylwetkę tego drugiego. Jest wysoki i dobrze zbudowany, z szeroką klatką piersiową. Mam wrażenie, że jest w stanie mnie dostrzec, bo miejsce, gdzie stoję, jest jasne. Mówi coś do Adama bardzo cicho, a tamten potrząsa głową i wychodzi, zamykając za sobą drzwi ich mieszkania.

— Wszystko w porządku. — Macha mi kluczami przed nosem. — Nie przejmuj się tym. — Widzi, że cały czas patrzę na drzwi ich mieszkania. — To nawet zabawne.

— Dziękuję. — Biorę od niego klucze. — Bardzo. — Przycis­kam je dłonią do klatki piersiowej.

Adam kłania się lekko i zbiega po schodach.

— Do zobaczenia! — krzyczy do mnie z półpiętra.

Macham mu, bo zerknął na mnie jeszcze raz. Potem jak najszybciej wchodzę do mieszkania Moniki i rygluję zamki. Dopiero wtedy oddycham spokojniej. Jestem poza zasięgiem wściekłego sąsiada.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki