Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2007

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 443 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przystupa - Grażyna Plebanek

Powieść łotrzykowska o młodziutkiej Polce, która w poszukiwaniu pracy wyrusza w świat. Los rzuca ją najpierw do Warszawy, potem do Sztokholmu, gdzie wplątana w bójkę portową, podejrzana o zabójstwo i ścigana listem gończym przez niedoszłą kochankę obserwuje życie ludzi, u których zatrudnia się jako sprzątaczka. Milcząca obecność tytułowej bohaterki uruchamia lawinę wydarzeń, wydobywa na jaw mroczne tajemnice, uwalnia skrajne emocje, które w końcu doprowadzają do zbrodni. Oczami tej dziewczyny oglądamy życie polskich katolików, szwedzkich protestantów, ateistów, miłośników natury, zdeklarowanych kosmopolitów i beznarodowców szukających korzeni i tradycji. Z perspektywy „kosza na śmieci” przyglądamy się zwyczajom i nietypowym ciągotom seksualnym, przemocy i namiętnościom, pragnieniu władzy i obsesji robienia kariery, wzlotom i upadkom ludzi zarówno sławnych, jak i zwyczajnych, temu, co w „typowych” domach skrywa się pod powierzchnią „normalności”. Przygody sprzątaczki pakującej się w życiowe tarapaty po obu stronach Bałtyku to opowiedziana z ironicznym dystansem pikareska, która doprowadzi bohaterkę do samej siebie.

Od autorki

Ja w pisaniu i czytaniu wierzę ciału i kiedy czytam coś dobrego, to wzbudza to we mnie dreszcz. A o dreszcze w literaturze chodzi.

Grażyna Plebanek

Opinie o ebooku Przystupa - Grażyna Plebanek

Fragment ebooka Przystupa - Grażyna Plebanek

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2007

Wydanie I,Warszawa 2007

Halinie, Ance Ś., Jasiowi, Wojtkom, Maćkowi, Andrzejowi

„Ut och in och in och ut

utan början utan slut

Snipp snapp snut”

Na zewnątrz i w środku, w środku i poza

Bez początku i bez końca

Snipp snapp snut

Piosenka trolla z baśni Elsy Beskow

Wiedziała, że będzie żyła sto lat. Oparta plecami o ścianę chałupy, z głową okrytą kwiecistą chustą, wysnuje historię Gwiazdy, tej niby-Madonny, i Hyry, podłości się niebojącej, i trzeciej Pani, delikatnej, co męża zabiła, i czwartej, Gun, diablicy, która wstydu nie miała. Poprawi węzeł pod brodą, przesunie językiem po bezzębnych dziąsłach i będzie memłać ich dzieje jak paciorki różańca, aż przyjdzie sen, który poniesie ją nad złem jak nad kupą gnoju.

Skąd wiedziała? Trudno zgadnąć, ona niewiele mówiła, trzymała wszystko dla siebie.

A zaczęło się od ucieczki. Wciąż jeszcze ją widzę, jak stoi na środku izby i powtarza uparcie:

– Muszem jechać…

początek tej historii

Kiedy spotykamy po raz pierwszy Przystupę, ma dziewiętnaście lat. Jest chuda, żylasta i jakby sękata. Długie włosy są na końcach spalone trwałą. W jej twarzy nie ma nic, co przykułoby uwagę konesera piękności czy amatora wynaturzeń. W owym czasie Przystupa, odporna na kpiny koleżanek z krawieckiej zawodówki, zaplata włosy w warkocz; na co dzień nosi dżinsy i pomarańczową kurtkę kupioną w miasteczku leżącym koło jej wsi.

– W takich waciakach na torach robio – wyśmiała ją macocha, kiedy dziewczyna wyjęła kurtkę z siatki.

Ale Przystupa wzruszyła ramionami. Torów nie widziała, nie była nigdy w dużym mieście. Kiedy klasa pojechała na wycieczkę do Lublina, ona siedziała w domu, bo dostała akurat wszy. A kurtka jej się podobała, może dlatego, że taką miała młodsza siostra macochy, która jak inne wyjechała ze wsi.

Ta daleko celowała, nie do Lublina ani Warszawy, tylko do Niemiec – ale utknęła w Słubicach i stamtąd przyjeżdżała raz do roku na Zaduszki, jaskrawo ubrana. Aż przestała i słuch po niej zaginął.

– To za kurwienie kara – mówili ludzie, gdy macocha zanosiła się płaczem za siostrą.

Ryczała przez to jeszcze głośniej, już ze złości, bo spokoju im nie dawali, na niej też sobie języki strzępili, dopóki za starego Przystupę nie wyszła, a i w dzień ślubu mu wypominali, że wziął największą kurwę we wsi. Tylko jej drugiej siostry, Janki, się nie czepiali, bo poszła na gospodynię do księdza, po tym, jak wyrzucił starą.

Kiedy w Wielki Piątek Przystupa oznajmiła: „Muszem jechać”, macocha popatrzyła na nią i wybuchnęła płaczem. Przystupa nic nie powiedziała, ani wtedy, ani nazajutrz, gdy stanęła z walizką na przystanku pekaesu, próbując chwycić na pożegnanie sękatą dłoń ojca. Niewprawnie to zrobiła, aż chrząknął z zakłopotaniem, wcisnął jej parę banknotów, a potem odwrócił się, charknął i wsiadł na wóz. Przez brudną szybę autobusu patrzyła na pochylone plecy i nasuniętą na czoło czapkę z daszkiem, której nawet w chałupie nie zdejmował.

Pekaes ruszył. Przystupa przez szybę dostrzegła zarys kapliczki z Madonną, której ktoś dolepił twarz wyciętą z kolorowego pisma. Najpierw we wsi była o to obraza i szukanie sprawcy, a potem nagle wszystkim się ta twarz spodobała i teraz kładli przed nią świeże kwiaty.

Za kapliczką ciemniała przetrzebiona aleja prowadząca do wsi, za którą stała chałupa starej Gospodyni z plebanii, oparta bokiem o największy w okolicy dąb. Zieloną tabliczkę z napisem „Pomnik przyrody” ktoś w końcu ukradł. Kiedy Przystupa była mała, usiłowała dąb objąć, ale nie potrafiła sięgnąć dłońmi nawet do punktów, gdzie krzywizna się zaokrąglała. A przecież rosła, widziała po znaczkach, które Gospodyni nacinała co roku na korze.

Z Gospodynią się nie pożegnała. Stara narzekałaby tylko, że wszystkie wyjeżdżają, że nie ma komu rodzić dzieci ani z kogo wyskrobywać niechcianych; o pustych chałupach by mówiła i pijanych chłopach, którzy zaczepiają nawet ją, staruchę, aż musi ich straszyć święconymi medalikami i pieprzem z solą w oczy sypać.

Ostatnim znajomym kształtem, który zobaczyła Przystupa, opuszczając wieś, była szpica kościoła w pobliskim miasteczku. Ojciec woził tam czasem w niedziele córkę, teściową, żonę i jej niedorozwiniętego brata. Przystupie kościół wydawał się niegdyś ogromny, ale z wiekiem zmalał.

Księdza nie pamiętała. Być może kiedyś słuchała tego, co mówił, ale pewnej niedzieli przestała.

Było to w dzień po doprowadzeniu klaczy do ogiera Pępichów. Miała kilka lat, kiedy po śniadaniu ojciec z wielkim namaszczeniem wsadził na furmankę ją, macochę i jej przygłupiego brata. Nie jechali długo, ogier stał w drugim obejściu od końca wsi, patrząc od lasu Rylskich, i zamiast tarabanić się wozem, można było przejść te kilkaset metrów, prowadząc klacz na powrozie, ale ojciec się zaparł.

Na podwórku u Pępichów zleźli z fury, a ojciec zniknął z gospodarzem w chałupie, żeby rozpić flaszkę, bo mówił, że bez tego nie szło zaczynać. Pępichowa stała najpierw nadęta w sieni, ale mąż dźgnął ją łokciem pod żebra; ruszyła się i zaprosiła macochę, żeby usiadły na przyzbie.

Pępichowa, jak większość bab we wsi, nie znosiła macochy Przystupy, młodej, niegdyś ładnej kobiety, która nie uciekła stąd, chociaż jej siostry powyjeżdżały do Radzynia, Lublina, Warszawy i nie wiadomo gdzie jeszcze. Macocha została na wsi i miała się dobrze, puszczając się nie tylko z kawalerami, ale i wyrostkami oraz żonatymi. Wyboru wielkiego nie miała, bo z biegiem lat z nieżonatych na wsi pozostał ksiądz, bezzębny organista, kilku owdowiałych starców i jej niedorozwinięty brat, tłukła się więc po stodołach z każdym, kto się nawinął, a że wzięcie miała, bywało, że w sobotnie wieczory obcowała ze wszystkimi chłopami, którzy zdołali się po pijaku do niej dobrać.

Ojciec macochy zapił się na śmierć tej nocy, gdy chłopi doprowadzili go do stodoły, w której córka przyjmowała fatygantów. Podobno stał chwilę, patrząc na jej uniesione w górę nogi i czyjś drgający na niej tyłek, a potem odwrócił się bez słowa i zniknął w ciemności.

Następnego dnia rano znaleziono go zwiniętego w obwarzanek koło własnego chlewu. Zamarznięty, leżał z flaszką po denaturacie zaciśniętą w sztywnej dłoni.

Po tym wszystkim matka macochy nawet nie próbowała sobie radzić sama z gospodarstwem, od razu wydała córkę za starego Przystupę, któremu trochę pola i obejście miało wynagrodzić hańbę poślubienia największej kurwy we wsi. Sama sprowadziła się do domu zięcia, ciągnąc ze sobą przygłupiego syna. W chałupie zrobiło się ciasno, Przystupa musiała im oddać dużą izbę i przenieść się do mniejszej, gdzie sypiał ojciec z żoną. Zanim na Wielkanoc zbił jej kozetkę, całą zimę znosiła szturchania i jęki nowożeńców kotłujących się w łożu.

Ojciec Przystupy oszalał na punkcie młodej żony, a i ona już nie brała sobie innych. Mężowi dawała w nocy i w dzień, nie dbając o ludzkie spojrzenia, toteż ludzie, źli, że tych dwoje obłapia się bezwstydnie, zabronili dzieciom bawić się z Przystupą. Nudziła się na początku, ale wstydziła się za nimi biegać, więc bawiła się sama.

Teraz, gdy patrzyła na kopulujące konie, poczuła, że nachodzi ją ta sama fala zmęczenia. Obok niej Pępichowie, ojciec, macocha i jej brat śmiali się wsparci pod boki, z twarzami nabiegłymi krwią i ustami zionącymi ostrym zapachem wódki.

Po pijaństwie Pępichowa poszła spać do izby, gospodarz zarzygał stół i zasnął pod nim, a stary Przystupa zaciągnął żonę pod ścianę obory i zaczął podnosić jej spódnicę. Dziewczynka ziewnęła i ruszyła na poszukiwanie miejsca do spania. Z paradnego pokoju, którego ścianę zdobił obraz Jezusa z zakrwawionym sercem, ściągnęła haftowaną poduchę leżącą pod pupą wystrojonej lalki-Cyganki, przeszła przez sień i zajrzała do mniejszej izby.

Ciemność chwyciła ją silnymi rękami i pobekując niezrozumiale, rzuciła na twardą podłogę. Poduszka odturlała się bezszelestnie, Przystupa poczuła, że między uda wciska jej się coś twardego. Mógł to być czyjś łokieć lub kolano, szarpnęła się, żeby się odsunąć, jak co noc, ale wielkie ciało przygniotło ją do ziemi, wokół zakłębiły się nogi, owłosione jak końskie pęciny. Mokre, czepliwe ręce chwyciły jej biodra – usłyszała zwierzęce chrapanie, a potem poczuła straszny ból w podbrzuszu.

Następnego dnia była niedziela. Słońce obsiadło rzędy forsycji kwitnących pod kościołem, było tak jasno, że zsiadając z furmanki, musiała zmrużyć oczy.

– Chodźże – szturchnęła ją macocha.

– Lać będę – odparła.

Macocha wzięła męża pod rękę, a Przystupa zniknęła za kościołem – chciała tylko objąć rękoma rwący tępo brzuch. Schowana za rogiem patrzyła, jak wierni znikają w środku, jak drzwi zamykają się za ostatnimi. Ale gdy została na zewnątrz sama, zabolało jeszcze mocniej. Wyprostowała się i podeszła na słabych nogach do kościelnych wrót. Bała się stać tu sama, chciała być w środku, ze wszystkimi.

Naparła chudym ramieniem na drewniane drzwi. W ciszy poprzedzonej skrzypnięciem zawiasów wierni odwrócili głowy i zagapili się na małą Przystupę. Stała w progu kościoła, nie sięgając głową klamki, i mrugała w półmroku. Spojrzenia wiernych, światło przesiane przez kiczowate witraże, kadzidlane powietrze otoczyły kokonem chude ciało tak szczelnie, że choć wytrzeszczała oczy, nie mogła dojrzeć ani pochylonego grzbietu ojca, ani tłustych policzków macochy, ani owłosionych przegubów nóg jej brata.

Tkwiła tak, nieruchomo, z dala od szturchnięć, gorąca, potu, śluzu i bólu, dopóki dźwięk dzwonków nie wdarł się w kościelną ciszę. Wierni zaszurali, pochrząkali i odwrócili się od Przystupy. Zobaczyła ich plecy okryte ciemnymi paltotami, kraciastymi chustami. Zrobiło jej się zimno, a brzuch znów szarpnął bólem.

Po przeciwnej stronie kościoła pojawił się ksiądz i stanął na podwyższeniu, krągła sylwetka w ozdobnych szatach. Spojrzała znów na plecy zgromadzonych, a potem na niego, jakoś tak błagalnie…

Ale on jej nawet nie zauważył. Głosem surowym i nakazującym strofował, sądził, grzmiał, unosił się nad nimi. Przystupa skuliła się. Ksiądz był tak wysoko! Wyżej od wszystkich… Czy był blisko Boga?

Od kościelnych ścian ciągnął taki chłód, że aż zadzwoniła zębami. Ludzie stali tyłem do niej, pochylali głowy, bili się w piersi, a ksiądz nad nimi powtarzał: są winni – wszyscy, jak tu stoją – są brudni, grzeszni i źli! Tacy się już rodzą.

Nawet jeśli kiedykolwiek go słuchała, to tej niedzieli przestała. Wyszła stamtąd, zanim skończyła się msza.

Do kościoła wracała za każdym razem, gdy nie udało jej się wymigać od mszy. Zasłaniała się bólem brzucha, aż macocha radziła się Gospodyni, czy nie dać by czegoś małej, bo jeszcze dostanie skrętu kiszek. Gospodyni cmokała i zabierała Przystupę do swojej chałupy, gdzie parzyła jej zioła. Wywar nie był gorzki, tylko słodki i kojący (kiedy Przystupa podrosła, odkryła, że to była mocna herbata z sokiem malinowym).

Zostawała z Gospodynią, która rzadko bywała w kościele. Przez wiele lat gotowała na plebanii, przestała dopiero po aresztowaniu młodego księdza, który wyglądał jak Jezus. Po nim nastał nowy, gruby, zawsze z czegoś niezadowolony, a ona miała pełne ręce roboty, gotując mu, piorąc, robiąc weki i przyjmując księży z Warszawy, którzy zostawali czasem przez kilka tygodni – dla jej potraw. A jednak nowy ksiądz wciąż był jej niechętny, aż pewnego dnia przyprowadził na plebanię młodszą siostrę macochy, żylastą Jankę, wówczas jasną, smukłą nastolatkę – i kazał starej przyuczyć ją do gospodarowania.

„Napatrzyłam się!” – machała ręką Gospodyni przed Przystupą i macochą. Innym opowiadała, że ją rwie w biodrze. Wzruszali ramionami – stara już była, nic dziwnego, że babę pogięło.

Do komunii Przystupa przystąpiła razem z innymi dziećmi ze swojej wsi. Podczas przygotowań próbowała słuchać tego, co mówił ksiądz, ale jego słowa były jak szklane paciorki, gładkie, krągłe i bez koloru (powiedziała potem Gospodyni, że piją ją w szyję). Zmęczona przenosiła wzrok na figurę Najświętszej Marii Panny i przyglądała się zrezygnowanej twarzy, słodkim, smutnym ustom i wiotkiej sylwetce, zakrytej od stóp do głów drapowaną materią.

W domu brała prostokąt małego lustra, którego ojciec używał do golenia (macocha nie lubiła luster, mówiła, że jak kto umrze, będzie tylko robota z zasłanianiem) i okrywała włosy niebieskim swetrem, wznosząc oczy do sufitu i robiąc smutną minę. Podobała się nawet sobie taka, dlatego podczas komunii starała się przybrać ów melancholijny wyraz podpatrzony u Madonny, ale tylko twarz jej od tego zdrętwiała i chyba coś w środku też, bo kiedy zapalali świece, tak zesztywniały jej nogi, że pod koniec obrzędu ledwo mogła się ruszyć.

Wierni patrzyli na nią, jak stała w niepokalanie białej sukience, wpatrywali się, tak że przez krótką chwilę mogła być poza zasięgiem wszystkiego: zapachów, głosów, dotyku, smaku… Ale choć oddzielali ją tym wzrokiem od bólu, śluzu i potu, choć robili z niej nietykalną – ona przez to nie czuła rąk, nóg ani twarzy! Biała i niewinna – nie mogła się ruszyć.

Sukienka od komunii malała, a Przystupę wciąż budziło w nocy skrzypienie małżeńskiego łoża ojca i ma cochy. Przy co przenikliwszych odgłosach jej ciało kurczyło się ze wstrętu, strachu i obrzydzenia, ale z biegiem lat, gdy widziała ich za dnia szczęśliwych, zaczęła uważniej przysłuchiwać się stękaniu i wszystkim tym: „Ło la Boga!”

Koleżanki z krawieckiej zawodówki miały już chłopaków, a niejedna usunęła ciążę. Przystupa nie pozwalała się dotykać ani całować. Aż kiedyś zagadał ją niski chłopak, który dorabiał w warsztacie samochodowym mieszczącym się obok szkoły.

Zachwyciły ją jego słowa – jedwabiste i zmysłowe, nosowo przeciągane. Przestawała śledzić sens, poddając się czystej, żywej melodii, dalekiej od chaosu wymowy ojca, gruchoczącej żwirem przekleństw, od kapiących śliną pobekiwań niedorozwiniętego brata macochy, od gładkich, strofująco-uwierających wywodów księdza. Wydawało jej się, że w słowach chłopaka usłyszała prawdę i piękno. Pozwoliła, by kupił jej ciastko.

Pocałować dała się dopiero po kilku miesiącach. Nie zrażał się oporem, chwalił, że jest „porządną dziewczyną”. Aż kiedyś, gdy odwoził ją z dyskoteki samochodem pożyczonym od brata, zatrzymał się na poboczu, gdzieś między wsiami, i zaczął ją całować.

Zesztywniała, ale on, całując, nie przestawał mówić, pieścił ją tymi czystymi, pięknie skrojonymi słowami; no i poza ustami nigdzie indziej jej nie dotykał. Rozluźniła się, zaczęła normalnie oddychać. Musiała niewprawnie całować, bo oderwał się od niej na chwilę i zapytał: „To ja pierwszy jestem? Pierwszy?” Udała, że nie słyszy, a potem naprawdę nic nie słyszała, bo wsadził jej język w ucho.

Tej nocy nie pozwoliła na więcej. Dopiero jak mieli go zabrać do wojska, poszła z nim na dyskotekę, a w drodze powrotnej pozwoliła, by zatrzymali się na poboczu i przesiedli na tylne siedzenie.

Wsunął jej rękę pod sukienkę, ale zacisnęła nogi. Cofnął się, jednak po chwili znów spróbował. W końcu zaczęło ją mrowić gdzieś w środku, zrobiło jej się gorąco. Powoli, jakby na próbę, rozsunęła uda. Pogładził ją po brzuchu, pachwinach, włosach i naraz dotknął tak, że nieświadomie wygięła biodra. Dziwne to było, jak wyjmowanie drzazgi opaloną nad ogniem igłą, niby trochę bolesne, ale drażniąco przyjemne. Nacisnął znów i znów, aż sam nie mógł wytrzymać i niemal siłą położył jej rękę na swoim rozporku. Czując twardość, odepchnęła go gwałtownie. Kiedy obciągała sukienkę, chłopak zadrżał i zmoczył lepko jej udo.

Parę dni potem wzięli go do wojska. Przysłał dwa listy, ale nie odpisała, w końcu zamilkł.

Następny chłopak, z którym się umówiła, mówił gorzej, całował krócej, a gdy zostali sami, wyjął ze spodni gruby członek i kazał jej go wziąć do ust. Pachniał jak stary zmywak, więc uciekła.

Od tego czasu z nikim się nie umawiała, tylko coraz częściej pocierała swój niedawno odkryty guziczek. Wyprężała się na swojej kozetce pod kołdrą, a ciepło i błogość rozchodziły się pulsującymi kręgami od bioder, przez brzuch, do głowy… Głaskała się potem po brzuchu, tak jej było dobrze, ciało znów należało do niej, było nią samą. Ale potem zaczynało robić się zimno, wkradała się obcość. Podciągała majtki i zwijała się skulona na boku.

To, że w końcu uciekła ze swojej wsi, mogło się wydawać oczywiste – większość dziewczyn wyjeżdżała, bo nie miały co tu robić, zostawały tylko te, które zaszły w ciążę i powychodziły za mąż. Przyjeżdżały co niedzielę do kościoła, słuchały słów księdza, rodziły i chowały dzieci, hodowały drób i zwierzęta, oganiały się od mężów.

Przystupa kończyła krawiecką zawodówkę. Do kościoła nie chodziła. I znów, jak w dzieciństwie – była sama. Aż w końcu zrozumiała, że musi stąd odejść.

Stało się to tego dnia, kiedy przechodziła rynkiem cichego miasteczka po pączki do narożnej cukierni. Minęła zamknięte na czas mszy wrota kościoła, gdy naraz coś przykuło jej uwagę – żółte forsycje kwitły jaskrawo pod starą budowlą. Przyłożyła daszek z ręki do czoła – przed laty, po wizycie u Pępichów, weszła do kościoła, a wszyscy spojrzeli na nią. W kokonie ich spojrzeń przez chwilę poczuła się nietykalna. Ale potem pojawił się ksiądz i ludzie się odwrócili.

Stanęła teraz pod drewnianymi drzwiami. Pchnęła je i stanęła na progu kościoła. Widocznie księdza jeszcze nie było, bo na jęk ochrypłych zawiasów wierni odwrócili głowy i przylgnęli wzrokiem do chudej postaci z cienkim warkoczem. Przystupa cofnęła się odruchowo, a zimna klamka mocno wpiła jej się w plecy. Jęknęła, wznosząc oczy do sufitu, niczym Madonna.

Naraz dotarł do niej głos.

– Jezu, ona inna jakaś!

Macocha patrzyła na nią z otwartymi ustami, jakby widziała Przystupę pierwszy raz w życiu.

– Patrz, stary, ona obca jakaś! – powiedziała, szarpiąc męża za rękaw marynarki.

Ludzie popatrzyli na nią, potem znów na Przystupę. Chciała podejść do macochy, ale w tym momencie rozdzwoniły się dzwoneczki i po drugiej stronie kościoła pojawił się ksiądz. Wierni odwrócili się, zasłaniając macochę.

Z ołtarza popłynęły bezbarwne, strofująco-uwierające słowa. Zanim dotarły do drzwi, Przystupa pchnęła je i wyszła z półmroku w ostre, wiosenne słońce.

W Wielki Piątek stanęła na środku izby. „Muszem jechać…” – powiedziała. Macocha wybuchnęła płaczem, a Przystupa nic nie powiedziała, jak to ona.

Nazajutrz stała z walizką na przystanku pekaesu, próbując chwycić na pożegnanie sękatą dłoń ojca. Może i chciała coś powiedzieć, zamiast tego popatrzyła tylko na niego zza brudnej szyby i poddała się szarpnięciom autobusu.

część pierwszaGwiazda

rozdział 1

o tym, jak Przystupa spotkała w kościele

Gwiazdę i jej Pana. O domu w kształcie

pistoletu i konsekwencjach

odzywania się „po wiejsku”

Zakurzonym pekaesem dotelepała się do dworca. Wsiadła do pociągu jadącego do Warszawy i skuliła się pod drzwiami ubikacji na walizce. Po chwili zjawił się konduktor, sprawdził jej bilet i wysłał na normalne siedzenie, a walizkę doradził umieścić na górze. Był życzliwy, podobnie jak współpasażerowie, którzy opowiedzieli milczącej dziewczynie swoje powikłane życiorysy.

Przystupa wysiadła na warszawskim Dworcu Centralnym. Stanęła na peronie, czekając na koleżankę ze swojej wsi, która miała ją zawieźć do domu, gdzie potrzebowali sprzątaczki. Jednak minuty na paskudnym peronowym zegarze mijały, a dziewczyna się nie pojawiała. W końcu Przystupa wyciągnęła z kieszeni dżinsów kartkę z adresem pracodawców, chwyciła walizkę i klucząc, wyszła z dworca.

Sporo czasu zajęło jej gapienie się na otaczające dworzec budowle – najdłużej wpatrywała się w Pałac Kultury – w końcu jakiś pijak z monstrualną głową zaczął jej deptać po piętach. Dotruchtała do przystanku i wsiadła do autobusu, którego numer podano na kartce z adresem; liczyła przystanki, ale widocznie się pomyliła albo znów zagapiła, bo kiedy wysiadła, zamiast dzielnicy domków zobaczyła betonowe osiedle, na którym rozpierał się nowiutki kościół.

Nigdy nie widziała takiego gmaszyska. Weszła do środka i aż się przeżegnała! Był wielki, jak pół jej wsi, ołtarz majaczył odległym mirażem i tylko nieotynkowane cegły ścian przywodziły na myśl nowy dom Pępichów, który zbudowali w miejsce drewnianej chałupy. Ludzie wchodzili i wychodzili grupami albo pojedynczo, stawiali święconki na wielkim stole i przysiadali w ławach, czekając, aż ksiądz pokropi koszyki, a oni będą mogli wreszcie wyjść.

Nagle ktoś ją potrącił, walizka huknęła o kamienną posadzkę. W kościele zapanowało poruszenie, Przystupa skuliła się, czerwona po korzonki włosów.

– To ta gwiazda! – usłyszała czyjś głos.

Podniosła głowę, ale to nie na nią wszyscy patrzyli. Twarze zwrócone były w stronę młodej kobiety, która szła środkiem kościoła. Miała jasną twarz, miodowe włosy spływające na poły długiego płaszcza, a na rękach trzymała starannie ubranego niemowlaka. Za nimi sunął pozbawiony cech charakterystycznych mężczyzna.

Ludzie przyglądali im się w milczeniu, jedni poważnie, inni z niepewnymi uśmiechami. Gdy cała trójka dotarła do drzwi, Przystupa ocknęła się z zapatrzenia. Chociaż postać wyglądała znajomo, to nie znała żadnej gwiazdy ani nikogo w tym kościele, tu wszystko było inne i obce, ona też, ze swoją prawie pustą walizką. Chwyciła rączkę i odchrząknęła. Bała się, ale podeszła do wychodzących.

– Chcecie kogo do dzieciaka?

Mężczyzna przystanął. Przystupa znów się zaczerwieniła, bo jak zwykle w chwilach zdenerwowania wyskoczył z niej wiejski akcent.

– Do dziecka już mamy – odparł, przyglądając jej się z namysłem. – Ale sprzątać byś mogła – dodał, po czym odwrócił się i wyszedł z kościoła.

Ruszyła za nimi, gdy wyszli z kościoła i podeszli do samochodu zaparkowanego w zatoczce pod kościołem. Mężczyzna otworzył drzwi i wskazał jej miejsce za Gwiazdą, w małym foteliku usadził dziecko.

– Ile masz lat? – rzucił za siebie, gdy wjechali na trzypasmową ulicę obstawioną po obu stronach wielkimi plakatami.

– Dziewiętnaście – odparła Przystupa, przyciskając twarz do szyby. Z jednego z billboardów uśmiechnęła się do niej Gwiazda, która prezentowała parę skórzanych butów.

– Skąd pochodzisz?

– Z Wierzcholasu, z Lubelskiego.

Z afisza wychyliła się starannie uczesana głowa Gwiazdy, litery na jej dekolcie ułożyły się w nazwę farby do włosów.

– Co tu robisz?

– Szukam pracy.

Gwiazda ze zdjęcia zwisającego z mostu uniosła nad jezdnią nogi w kabaretkach.

– Masz gdzie mieszkać?

– Nie.

Gwiazda pochyliła się nad filiżanką kawy parującą z wiaty przystanku.

Wyjechali z miasta i zapuścili się w zalesioną okolicę domów upstrzonych dekoracjami. Sterczały halabardy płotów, latarenki oświetlały podjazdy, pluskała woda z ogródkowych fontann. Na leśnym skrzyżowaniu skręcili w prawo i stanęli na drodze wysadzanej wysokimi sosnami. Zębata brama cicho szczęknęła, ukazując budowlę, która z trudem łączyła mnogość architektonicznych rozwiązań: wykuszów, tarasów, załamań. Dach przykrywała gruba szyba w kształcie zakrętki na wek, a rośliny rosnące wokół domu odzwierciedlały cepeliowski haft: perfekcyjny, kolorowy, nieżywy.

Mężczyzna nacisnął pedał gazu, poderwał samochód z błotnistych kolein i zahamował w garażu z niepotrzebnym piskiem.

– Jak się nazywasz? – odezwała się po raz pierwszy Gwiazda, wyjmując dziecko z fotelika.

– Przystupa.

– Maciejowski Paweł – wyrecytował w manierze biznesowej jej mąż. – A to moja żona Anna.

Puścił kobiety przodem, ale zanim weszli do domu, zatrzymał się jeszcze na żwirowanym podjeździe i powiódł wzrokiem po efektownym froncie.

– Jego babka nie umiała pisać – sarknęła matka Gwiazdy, moszcząc się na kanapie w salonie z parującą filiżanką.

Wyglądała jak przeciwieństwo córki z plakatu reklamującego kawę: spiralki tlenionych włosów otaczały podpuchniętą twarz, policzki flaczały przy linii szczęk, nos rozrastał się na boki z rozmachem kartoflanej bulwy.

– Twój pan pochodzi z rodziny analfabetów – docisnęła temat, popuszczając pasa beżowych spodni. Skórzane pokrycie kanapy pod wpływem niezręcznego ruchu wydało toaletowy dźwięk, kobieta chrząknęła i dorzuciła:

– Uważaj tylko na te lustra przy polerowaniu! Żeby nie pękło które.

Przystupa pokiwała głową i rozejrzała się ostrożnie po salonie.

Dom kształtem przypominał pistolet. W szerszej części znajdował się salon, drzwi prowadzące na taras poruszały się jak język spustu, a przez ścianę z okien wpadało światło na obłożony miedzianą blachą kominek. Częściowo przeszklony sufit zwisał skośnie, narażony na pstrzenie ptasimi odchodami, które raz w tygodniu zeskrobywał specjalnym nożykiem ogrodnik.

Jak się później zorientowała, roślinami domowymi zajmował się inny specjalista. Utrzymywał je przy życiu za pomocą tajemniczych preparatów wstrzykiwanych w ziemię przez szklane rurki sterczące spomiędzy ozdobnych kamyczków; już pierwszego dnia zabronił Przystupie lać wodę do doniczek.

Oprócz ogrodników – „zewnętrznego” i „wewnętrznego” – każdego ranka na podjeździe parkowały auta nianiek. Dwie kobiety woziły na zmianę roczną córkę Gwiazdy na zajęcia z rytmiki, pływania, koordynacji i komunikacji przedwerbalnej. Przystupa miała się „do małej nie mieszać” – zapowiedziała jej matka Gwiazdy.

Od czasu do czasu pod dom zajeżdżały też wypakowane po brzegi busy z pudłami i wieszakami – to styliści przywozili stroje dla Gwiazdy. Sesje organizowano w „zawodowej” części domu: w dłuższym końcu litery „L” (lufie pistoletu), oddzielonym od reszty korytarzem i drzwiami stylizowanymi na śluzę w statku kosmicznym.

W „prywatnej” części domu smukła sylwetka Gwiazdy, upozowana na setkach zdjęć, odbijała się w taflach luster pokrywających ściany. Jej samej nigdzie nie było widać. Chociaż Przystupa mieszkała tu już blisko tydzień, nie spotkała jej ani razu.

Za to „Pana” widywała często (nikt spośród obsługujących dom nie mówił o nim inaczej niż z przekąsem – „Pan”). Co do Gwiazdy, była nią niezaprzeczalnie i nikt nie próbował brać jej przydomka w cudzysłów; starsza pani zaś, Irena Mroczek, funkcjonowała tu jako „Matka Gwiazdy”; brzmiało to tak, jakby nadano jej jakąś godność.

Pan wstawał wcześnie, wyjeżdżał „załatwiać sprawy”, a potem wracał na obiad, do którego siadał z córeczką i teściową, bo żona w tym czasie załatwiała swoje. Nie lubił jeść sam, o czym przekonała się wkrótce Przystupa. Któregoś wieczora przemykała się korytarzem, gdy Pan ją zaczepił.

Było późno, matka i córka Gwiazdy już dawno spały, usiedli więc naprzeciwko siebie – Pan nad pełnym talerzem, Przystupa nad pustym. Proponował, żeby i sobie nałożyła, ale odmówiła. Nie umiałaby jeść ze stołu ze szklaną taflą, z którego codziennie zbierała zmywakiem okruszki, psikała go zielonym płynem i polerowała szmatą, jak nauczyła ją Matka Gwiazdy. To był zupełnie inny stół niż ten, który stał w domu jej ojca, drewniany, podziurawiony niemieckimi kulami, ściągnięty z wozu miastowych uciekających drogą przez pola, jeszcze na początku wojny. Zastawa też była inna niż ta, którą macocha trzymała w serwantce „dla gościów”, prawie biała, z ledwo widocznymi tłoczeniami na brzegach. Tutejsze sztućce były ciężkie, złote. „Kupiłem na targu staroci. Żeby były w domu jakieś korzenie” – powiedział Pan.

Tego wieczora, zanim wstał od stołu, wyjaśnił jej, dlaczego się tu znalazła: była podobna do jego babki, niepiśmiennej staruszki, która opowiadała mu piękne bajki. Przystupa już otworzyła usta – przecież umiała pisać, chodziła nawet do krawieckiej zawodówki! – ale Pan zakończył, nie patrząc na nią:

– A jak się odezwałaś, tak po wiejsku, to pomyślałem, że Andżelika powinna mieć taką nianię. Nie dopuszczą cię do niej, ale dobrze, żebyś chociaż była w pobliżu.

rozdział 2

o tym, jak Pan wziął panią z telewizji,

o piersiach i strasznym końcu karpia

Pod koniec maja ogród popadł w ekstazę, bo ogrodnik zewnętrzny doprowadził do kwitnienia wszystkie rośliny jednocześnie. Owady unosiły się ogłupiałe nad kwiatami, opite nektarem, cudem mijając się z ogrodnikiem, stąpającym po wyłożonych polnymi kamieniami ścieżkach z ostrożnością schizofrenika, który boi się zejść z trasy, żeby nie wybuchło uniwersum.

Sobota, dzień wielkiego przyjęcia, musiała mu się potem śnić w zawodowych koszmarach. Poletko niezapominajek mrugających nad oczkiem wodnym z żywym karpiem zostało doszczętnie stratowane przez ekipę, która ustawiała namiot w sąsiedztwie grilla; ryba przetrwała, ale tylko do wieczora, bo następnego dnia rano pływała do góry brzuchem przysypana górą petów – ale nie wyprzedzajmy wydarzeń.

Przystupa wstała, zanim samochód dostawczy firmy kateringowej zaparkował pod jej oknem. Widok z prawie piwnicznego pokoju obejmował żwirowy podjazd i imitację strumyka spływającego ze „skał”. Jeśli chodzi o ludzi, widać było tylko ich korpusy pozbawione głów.

Lustra tego dnia miały błyszczeć bardziej niż zwykle. Matka Gwiazdy do skrzynki z preparatami czyszczącymi dołożyła Przystupie kolejne butelki i naręcze zapasowych ściereczek. Okna, wymyte poprzedniego dnia, wymagały już tylko przetarcia, podobnie jak miedziane płyty kominka. Kiedy Przystupa przesunęła po nich finalnie szmatą, wypolerowane, niemal ją oślepiły. Do wyczyszczenia został jeszcze telewizor, płaski, duży, wiszący na ścianie w srebrnej oprawie.

Przecierała go, gdy nagle ekran zaiskrzył i rozbłysnął obrazem Gwiazdy w obcisłej złotej sukience i w rzemykach oplatających łydki. Jej nogi były niebotycznie długie, talia wąska, biust krągły, twarz na zmianę zadowolona i zmartwiona. Przystupa rozejrzała się za pilotem, żeby włączyć głos.

– Dociśniesz mi? – odezwał się głos z lekką chrypką. – Właśnie wtedy zsunęły mi się rzemyki. Kto robi rzymki na obcasie?

Przystupa podskoczyła i spojrzała w stronę, skąd dochodził głos: w progu salonu stała drobna dziewczyna o niewyraźnych rysach twarzy, przytrzymując na piersiach czerwony gorset. Lustra odbijały kształt drobnej sylwetki w niezadągniętym gorsecie i bawełnianych spodniach od piżamy, z supłem niedbale zebranych miodowych włosów.

– Dociśnij mi – powtórzyła. – Złap za troki i zaciśnij, najmocniej jak się da.

Odwróciła się tyłem, przytrzymując za sobą błyszczące końce sznurówki, Przystupa obtarła ręce o legginsy i ostrożnie zaciągnęła sznurówkę.

– Mocniej – stęknęła Gwiazda. Łopatki pokryte drobnymi piegami wystawały jak u głodnego kota, między nimi czerwieniała spora krosta.

Przystupa jeszcze raz ściągnęła sznurki.

– Mocniej! Dopchnij kolanem, nie oglądałaś Przeminęło z wiatrem?

– Co?

Gwiazda odwróciła się i spojrzała po raz pierwszy na Przystupę.

– Ty jesteś ta nowa, z kościoła? Ciągnij, ile dasz radę, a potem dopchnij kolanem – wyjaśniła, opierając się rękoma o brzeg kominka.

Przystupa chwyciła pewniej końce sznurówki, ścisnęła i przytrzymała kolanem. Fiszbiny stęknęły, Przystupa poczerwieniała, a Gwiazda wypuściła ze świstem powietrze.

– W porządku – powiedziała zduszonym głosem. W lustrze odbijała się niemal przecięta w połowie sylwetka, a za nią kłaniała się mniejsza – w złotej sukience i niewygodnych rzymkach.

Tego wieczora Przystupa witała wchodzących jak Korowiow na balu Szatana, chociaż goście Gwiazdy i Pana nie mieli pojęcia, że tkwiła za pelargoniami, które ogrodnik zewnętrzny usiłował wyrzucić, a Matka Gwiazdy wstawiła po kryjomu do jej pokoju. Z perspektywy piwnicznego okna Przystupa podziwiała paradę nóg chwiejących się na wysokich obcasach, gołych brzuchów z kolczykami lub tatuażami oraz biustów: damskich, widocznych zza prześwitów bluzek, i męskich: włochatych (starzy rockmani), nieckowatych (młodzi pieśniarze), skrytych pod bluzą (wykonawcy piosenek dla dzieci).

Głów nie widziała, ale z gestów mogła się domyślać powitalnych całusów w powietrze, błyskania wybielonymi zębami, pstrykania klawiaturami telefonów komórkowych. Potem wszystko zniknęło w salonie i rozeszło się po ogrodzie wzdłuż oczka wodnego, aż Przystupie, zmęczonej całodziennym sprzątaniem, zachciało się spać.

Ale nie było jej to dane, bo naraz zza okna usłyszała szepty, szarpaninę, gardłowy chichot – i oto na szybie, tuż przed jej nosem rozpłaszczył się tyłek. Szeroki i gąbczasty, przykleił się do ciemnej powierzchni z plaśnięciem (głowa tkwiąca nad okienną ramą nie pozwalała na wgląd w personalia). W bezosobowy zad wepchnął się penis – długi, wyprężony, cienki – i przez jakiś czas słychać było dyszenie, ocieranie, jęki, sapanie, widać też było niezdarne próby dodatkowych pieszczot, jak ujmowanie żołędzi od dołu upierścienioną ręką czy podgniatanie zadu bladymi palcami, które do złudzenia przypominały „Paluszki rybne”.

W tym momencie Przystupa odskoczyła od okna, niemal wywracając jedyne w pokoju krzesło. Widok rąk Pana, zaciskających się na wiotczejącym właśnie bezgłowym cielsku, wprawił ją w zdumienie. Z jej punktu widzenia to nie była kwestia zasad (nikt nie wyposażył jej w mieszczańską mentalność z religijnym wykazem tego, co wolno, a czego nie wolno mężowi i żonie; bo nawet jeśli macocha oddawała się po ślubie tylko ojcu Przystupy, to jej samej nieraz mówiła, że bywało jej dobrze też z innymi). To była sprawa proporcji – Gwiazda miała pupę zgrabną, jędrną, o idealnym kształcie jabłka, którym ponoć Ewa skusiła Adama, by ugryzł – tymczasem wieloryb po drugiej stronie szyby…

Tymczasem wieloryb po drugiej stronie szyby powiedział:

– Niezły jesteś. Nie dobry – głos był ładny, melodyjny – ale niezły.

Penis zniknął z okiennej wystawki i zaszył się w rozporku.

– Zobaczymy się w poniedziałek na lunchu? – zapytał Pan. – Omówimy jej występ?

Zwój materiału zjechał z umownego wcięcia w talii ściągnięty zbyt mocnym ruchem.

– Wiesz, dlaczego na mnie lecisz? – W głosie kobiety namysł mieszał się ze zmęczeniem. – Bo ta twoja nie ma piersi. Każ jej powiększyć, to będziesz mógł ją pieprzyć z przyjemnością.

– Oczywiście. To co, w poniedziałek wszystko omówimy?

– Omówimy. Ale dopiero jak podrychtujesz tę swoją gwiazdę. W telewizji trzeba mieć co pokazać. Wiesz lepiej niż ja, że ona się już dawno przejadła. Ile można patrzeć na chudziznę, anielski włos i słodkie miny? A śpiewać nie umie.

– Nikt nie umie!

– Ale mają inne atuty. Nie wystarczy stanąć i się uśmiechnąć, trzeba czymś ludzi przyciągnąć. Każ jej zoperować piersi, niech opowie o tym w paru pismach. A potem pogadamy.

Następnego dnia przy śniadaniu Pan był smutny. Nie zauważył zdechłego karpia (Matka Gwiazdy kazała Przystupie wyłowić go rano z oczka, żeby nie musiał tego robić ogrodnik zewnętrzny, którego i tak czekało zderzenie z krajobrazem pełnym połamanych kwiatów, zwichniętych sadzonek i skopanej obcasami ziemi), nie dostrzegł też strzępków ogrodowego namiotu, którego wokalista-dinozaur rocka użył jako paralotni, skacząc ze wzgórka między sosnami.

Kiedy Pan po południu wyszedł na taras, nie tknął kanapek z łososiem, ani nawet porcji ostryg podanych na kawałkach lodu, jego ulubionej potrawy (Przystupa nie wiedziała o afrodyzjakalnych właściwościach ostryg; jeśli chodzi o lubczyk, popularniejszy na podlubelskiej wsi, została poinformowana przez Gospodynię, żeby z nim uważać, bo bardziej niż potencję pobudza wydalanie).

Gdy pojawiła się Gwiazda, zwinięta w sobie jak zdeptany tulipan, Pan pochylił się i zaczął jej coś szeptać do ucha. Gwiazda najpierw wybuchnęła śmiechem, potem wzruszyła ramionami, wreszcie przestała żuć i przyjrzała się uważnie mężowi.

Przystupa, która poszła po siatkę na cuchnącego karpia, wychodząc zza rogu domu, usłyszała fragment rozmowy.

– Kiedyś ci się podobały. – Głos Gwiazdy był, jak zwykle, lekko zachrypnięty. – Mówiłeś, że nie cierpisz wymion i że moje piersi są w sam raz. A teraz ci się nie podobają?

– Mnie się nie podobają twoje piersi?! – zdenerwował się Pan. – Są śliczne, malutkie i białe jak… jak…

– Konwalie – wyrwało się przechodzącej obok Przystupie.

– …jak konwalie! – podchwycił Pan. – Ale na scenie giną, a ludzie nie przychodzą patrzeć na zagubioną dziewczynkę, tylko na ostrą dupę! Widziałaś, kto teraz nagrywa? Już nie tylko ci z „Szansy na sukces” czy „Śpiewać każdy może”, ale i z „Big Brothera”, „Baru”…

– „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”…

– Szczerze mówiąc, nie zdziwiłbym się, gdyby powstała polska odmiana „Police”. Co, kurde, nie jest takie głupie. – Pan w zamyśleniu podniósł się nieco z leżaka, ale zaraz opadł z powrotem. – Możesz sobie kpić, ale taka jest teraz rzeczywistość.

Kiedy Przystupa wracała znad oczka, taszcząc obły kształt (karp królewski osiągnął przed śmiercią niespotykane rozmiary), usłyszała jeszcze, jak Gwiazda protestuje, ale coraz słabiej, wreszcie milknie, a Pan zadaje ostateczne pchnięcie:

– A mamy materiał na nową płytę? Nie. Więc musimy ci zoperować biust.

Nie minął miesiąc, gdy Gwiazda spakowała koszulę nocną, soki, telefon komórkowy, wielką kosmetyczkę i pojechała do szpitala.

– Trzeba wziąć mniej więcej to, co do porodu – powiedziała sztywno, żegnając się z matką na podjeździe. – Wraca się z większymi piersiami, chociaż bez dziecka.

Starsza kobieta, zapuchnięta bardziej niż zwykle, objęła ją impulsywnie.

– I po co ci to, ja się pytam, po co? Każda operacja to ryzyko, a ty dziecko masz przecież! I sama jeszcze dziecko jesteś!

– Niech mama da spokój – włączył się Pan. – To zwykły zabieg kosmetyczny, najlepszy chirurg plastyk w Polsce, nie ma żadnego ryzyka.

– A co mi tam będziesz wmawiał, operacja to operacja, po co dziewczynie bez potrzeby iść pod nóż? Co innego, jakby woreczek żółciowy jej wysiadł, tak jak mnie ostatnio…

– Za dwa dni nikt nie będzie pamiętał o sprawie – przerwał Pan, poprawiając okulary. – Niech mama dba o Andżelikę.

Policzki i dekolt Matki Gwiazdy poczerwieniały.

– A niby kto o nią dba, jak nie ja?!

Kiedy samochód odjechał – Pan miał cynobrowe porsche, rocznik jego urodzenia, w którym mieścił się on, żona i jej kosmetyczka – Matka Gwiazdy weszła do domu i nalała sobie filiżankę kawy.

– Trzeba zużyć, żeby nie zwietrzało – mruknęła, gdy Przystupa weszła do kuchni zmoczyć pod kranem ścierkę. – Dali tego tyle, jak ich reklamowała, szkoda, że tak dużo w kawie, a tak mało w pieniądzach.

Usiadła, założyła nogę na nogę, upiła łyk kawy i wydmuchała nos.

– Ona to dobrze znosi, w końcu to nie pierwszy raz. – Machnęła ręką.

I opowiedziała Przystupie (tylko ona była w pobliżu) historię brzydkiego kaczątka, które dzięki zabiegom chirurgiczno-upiększającym i marketingowo-promocyjnym zamieniło się w - jak zwała ją prasa – „płowego łabędzia”.

opowieść Matki Gwiazdy

Ponad ćwierć wieku temu, w małym, zapomnianym przez komunistów i działaczy „Solidarności” miasteczku na południu Polski młodsza o prawie trzydzieści lat Irena Mroczek urodziła małą dziewczynkę. Dziecko było kruche, łyse i miało wielkie oczy, które wyglądały z becika z niewzruszoną powagą. Długo się nie uśmiechało, ale kiedy już zaczęło, nie można było od niego oderwać wzroku.

– Mówiliśmy o niej „nasz telewizorek”, chociaż mąż dostał przydział na beryla 102 dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych. Na imię daliśmy jej Ania.

Jako mała dziewczynka Gwiazda nie śpiewała (chociaż mówiła potem w wywiadach, że robiła to „od zawsze”), wręcz przeciwnie, fałszowała tak, że wyrzucili ją z chóru szkolnego. Następnie był okres dorastania, burzy i naporu, pryszczy i poezji, menstruacji i pierwszych miłości. To wtedy zaczęła ubierać się tak, że ludzie wytykali ją w miasteczku palcami. Z paroma zbuntowanymi kolegami założyli zespół i grali w piwnicy, aż odważyli się i wysłali kasety na konkurs muzyczny. Zaproszono ich do radia w Bielsku-Białej i złożono propozycję: wokalistka nagra płytę, ale z profesjonalnymi muzykami.

– Nie chciała, płakała, błagała tych z wytwórni, żeby wzięli też jej kolegów, ale tamci twardzi byli. W końcu zmiękła. A te chłopaki grały jeszcze trochę bez niej, w końcu się rozpiły. Czasem spotykam którego, jak jadę rodzinę odwiedzić, na bezrobociu siedzą, bo fabryka, w której mąż kiedyś pracował, zamknięta. Dobrze, że mąż w porę oczy zamknął, bo tak zawsze koło tej pracy chodził, tak mu zależało, świeć Panie nad jego duszą!

Profesjonaliści napisali przyszłej gwieździe piosenkę, zaaranżowali muzykę, wysłali do fryzjera, kupili porządne ubranie estradowe i - nagrali singel.

– Nie żeby był zły, miły nawet, ale ja to jej zawsze powtarzałam, że na muzyce się nie znam, może zresztą po mnie głosu ona nie ma, bo nieboszczyk czasem gwizdał przy goleniu, szlagiery Połomskiego czy Santor.

Piosenka Gwiazdy wtopiła się w letni nastrój, puszczano ją w radiu na tyle często, że obiła się paru osobom o ucho. To wtedy pojawiła się pierwsza wzmianka w gazecie o młodej wokalistce.

– Zapytali ją, gdzie chciałaby wyjechać na wakacje, a ona na to… – Matka Gwiazdy poszła do salonu, wyciągnęła z regału gruby skoroszyt i otworzyła na pierwszej stronie – …a ona im na to tak mówi: „Chciałabym wyjechać na miesiąc do Afryki, pobyć w zupełnie innym klimacie i obcować w zupełnie innej cywilizacji”. Skąd jej ta Afryka do głowy przyszła, to nie wiem, ale fantazję miała, nie? O, i zdjęcie wtedy dali, nieduże, ale ładne.

Puknęła palcem we fragment kolorowej gazety, podtykając ją Przystupie pod nos. Z fotografii uśmiechała się miodowa blondynka z buzią dziecka i spojrzeniem dorosłej kobiety.

– A potem jakoś się cicho koło niej zrobiło i nawet się trochę o nią bałam, bo coś nie szło. Ale wtedy, na szczęście, poznała zięcia.

Pan pojawił się na imprezie muzycznej, gdzie zaproszona została też przyszła Gwiazda. Pan miał żonę i był dyrektorem firmy reklamowej, ale nienawidził swojej pracy; pieniędzy dorobił się w latach dziewięćdziesiątych, chytrze inwestując w Bank Śląski, który przyniósł mu fortunę, mnożoną później dzięki pracowitości, znajomościom i moralnej śliskości. Po dekadzie jedzenia lunchów z ludźmi, którzy niedawno skończyli kursy savoir-vivre'u, miał dość – siebie, małżeństwa, nawet do dzieci nie miał serca, bo hałasowały.

Opowiadali w wywiadach, że połączyła ich miłość od pierwszego wejrzenia, ale Matka Gwiazdy pamiętała, że Pan wydał się córce stary.

– Dwanaście lat różnicy to jednak sporo – westchnęła, przewracając kartkę w skoroszycie. – Ona miała osiemnaście, on trzydzieści. Ona początkująca, on ustawiony, ona bez grosza, on bogaty. No, ale pochodził trochę koło niej, aż się wzięła dziewczyna i zakochała.

Na początku ukrywali znajomość. To była część strategii, którą ułożył dla nich Pan. On zainwestował część oszczędności w rozkręcenie jej kariery, ona miała dbać o wizerunek, który dla niej wymyślił – spójny, atrakcyjny i łatwy w odbiorze.

– Kupił jej mieszkanie w Warszawie, małe, ale przytulne, żeby nie kłuło w oczy bogactwem. Miała mówić, że zarobiła na singlu i że rodzina pomogła. Dobrze, że ci z prasy nie ruszają się poza Warszawę, bo jakby zobaczyli te moje dwa pokoje z osmalonym piecem, to szkoda gadać! Od razu by się wydało, że jest sponsor.

Pan był sponsorem dyskretnym. Dbał o wszystkie potrzeby swojej Gwiazdy: stylistę, fryzjera, specjalistę od makijażu, świeże dostawy kreacji, a jednocześnie pozostawał w cieniu, sugerując debiutantce, z kim ma się pojawiać, gdy wokoło błyskają flesze fotoreporterów. Zadbał też, by coraz więcej jej zdjęć pojawiało się w rubrykach towarzyskich i żeby dostawała zaproszenia na liczące się imprezy.

Przyszedł też czas na muzykę. Pan znalazł kompozytora, zatrudnił tekściarza, zainwestował w teledysk. Kiedy wypromowano go w radiu i telewizji, przyszedł czas na podpisanie kontraktu z wytwórnią.

Na tym etapie Gwieździe przypisano wizerunek słodko-drapieżnej singielki, która owija sobie mężczyzn wokół palca. Ze zdjęć na Przystupę patrzyły mocno podkreślone tuszem oczy, ciemnoblond włosy sterczały w pozornym bezładzie, wyraz twarzy oscylował między prowokacją a pogardą.

Krytycy muzyczni pisali o niej: „Jest piękną dziewczyną, emanuje dojrzałym seksem, a to rzadkie w tym wieku. Kiedy wchodzi na bankiet, inne kobiety wyglądają przy niej, jakby były wypłowiałe”. „Ta dziewczyna ma świetne wyczucie muzyczne, nie daje sobie wcisnąć byle czego” – chwalili. Pan znał tych krytyków od lat, pił z nimi, zapraszał do swojej posiadłości na Mazurach, a jeśli lubili podróże, kupował im kilkudniowe pobyty na Majorce albo w Kenii.

Kiedy ukazała się pierwsza płyta Gwiazdy, poprzedzona puszczaną w radiu wpadającą w ucho piosenką, krytycy orzekli, że młodziutka wokalistka „śpiewa z filingiem, a jej debiutancka płyta jest klimatyczna”. Dziewczyna była fotogeniczna i atrakcyjna, a rynek odczuwał od pewnego czasu brak świeżej krwi, za płytą poszły więc zdjęcia w kolorowych magazynach, sesja dla „Playboya” (nie do końca rozbierana, żeby nie spaść poniżej pewnego pułapu), wywiady i więcej występów w rubrykach towarzyskich. Koncertów wiele nie było, bo Gwiazda lepiej czuła się w studiu niż na scenie, ale wykonanie jednej z piosenek na drugim co do ważności festiwalu muzycznym w kraju zaowocowało nagrodą dla najlepszej debiutantki roku.

Pytana przez dziennikarzy, Gwiazda wypowiadała się szeroko na temat miłości, do której zaczynała dojrzewać, i mężczyzny życia, zwanego „księciem na białym koniu”, w którego uwierzyła po przeczytaniu pewnej książki. Chwyt z książką – duma Pana – zadziałał tak, że w następnej sesji fotograficznej Gwiazda wystąpiła w absurdalnie drogich okularach optycznych, trzymając na kolanach otwartą powieść. Publika nabrała do niej szacunku – była nie tylko ładna i młoda, ale również inteligentna.

Na tak przygotowany grunt wkroczył wreszcie Pan. Najpierw w rubrykach towarzyskich pisano, że „kryją się z łączącym ich uczuciem”, oni zaś twierdzili, że „łączy ich jedynie przyjaźń”, jednak po serii nieoryginalnych nagłówków „Czy to przyjaźń, czy to jest kochanie”, zgodzili się na wspólny wywiad w wybranym piśmie, które ujęło ich tym, że pozwalało autoryzować wypowiedzi.

– Takie im zdjęcia wtedy zrobili, że lepsze jeszcze od ślubnych. – Matka Gwiazdy odłożyła skoroszyt, sięgnęła po drewnianą skrzyneczkę z Ikei i wyjęła z niej kolorowe pismo. Z okładki uśmiechali się Przystupowi „państwo”, on w okularach, z włosami dyskretnie usztywnionymi żelem, ona z policzkiem na jego piersi.

Od chwili gdy Pan wszedł na scenę, już jej nie opuścił. Jawił się jako opiekun, menedżer, kochanek, poeta – zaczął sam pisać teksty do piosenek Gwiazdy – słowem, Pigmalion. Takim przydomkiem obdarzyła go prasa, ale wycofał je z obiegu sobie znanymi sposobami, rezerwując dla siebie pozycję „ukochanego Gwiazdy, młodego talentu polskiego show-biznesu”.

Ślub przecedzono przez media kilkuetapowo – od nieśmiałej wzmianki, przez zaprzeczanie, potwierdzanie, dementowanie i znowu ogłaszanie. Wreszcie wyznaczono datę ślubu, a kolorowe pisma zajęły się omawianiem ślubnych gadżetów: pierścionka zaręczynowego, sukni od pary znanych, polskich projektantów, butów z Nowego Jorku, wyprawy (do sukni pracownia dodała tuzin obrusów z wyhaftowanymi imionami nowożeńców).

Wydarzenie tak napęczniało, że kiedy wreszcie ślub się odbył, pisma oklapły jak przekłuty balon. Pan zacierał ręce i przez kolejny rok kuł żelazo póki gorące, opowiadając o miodowym miesiącu, wzajemnym donoszeniu śniadań do łóżka, wspólnej pracy, zabawie i jedzeniu z dzióbków. Kiedy jednak zasugerował żonie, by dla podtrzymania zainteresowania mediów zaszła w ciążę, zaprotestowała.

– Nie chciała – powiedziała Matka Gwiazdy, podnosząc nieświadomie głos. Czasem się zapominała, przestawała po miastowemu cedzić słowa i odzywała się z wnętrza piersi, aż Przystupę przechodził dreszcz, gdy słyszała ten głęboki, swarliwy tembr, którym przesiąknięte było jej dzieciństwo, głos kobiety przyzwyczajonej do przestrzeni i pokrzykiwania – na dzieci, krowy, psy, męża – głos jak echo w studni, jak uderzenie kościelnego dzwonu.

Pan zdenerwował się odmową Gwiazdy, ale wkrótce zaczął się kręcić wokół wydania drugiej płyty.

– Tyle że tym razem coś tam im marnie szło, bo jemu była żona zaczęła bruździć – powiedziała Matka Gwiazdy, znów otwierając skoroszyt i pukając w zdjęcia trzech głów: sceptycznie uśmiechniętego Pana, przejętej Gwiazdy i zaperzonej kobiety w okolicach czterdziestki – komuś ponoć powiedziała, że on się dziećmi nie zajmuje, gazety to napisały i musiał potem wszystko odkręcać.

Druga płyta nie wzbudziła zachwytów, chociaż Pan włożył sporo wysiłku i pieniędzy w przekonanie do niej krytyków. Chociaż Gwiazda w rubrykach towarzyskich obejmowała znane osoby, jej muzyka zginęła w medialnym zgiełku.

Następnym krokiem Gwiazdy było zajście w ciążę. Powtórzono proces stopniowego cedzenia informacji do machiny medialnej: od „plotek, że Gwiazda spodziewa się dziecka”, przez gorące zaprzeczanie, pozwalające na domysły, milczenie, wreszcie wydanie stosownego oświadczenia. Wtedy przypuszczono szturm na kolejny segment rynku – pisma dla ciężarnych. Oto Gwiazda, w pozie Demi Moore z okładki „Vanity Fair”, podzieliła się przemyśleniami na temat swoich nadziei i obaw, szczegółami dotyczącymi mdłości, zgag i labilności emocjonalnej, wreszcie zapowiedziała, że urodzi przez cesarskie cięcie w znanej warszawskiej klinice, bo nie jest kobietą pierwotną, tylko cywilizowaną i nie będzie się bez potrzeby męczyć.

Sam poród zniknął w cieniu kolejnych ujęć: Gwiazda wychodząca z kliniki w ozdobnej bluzce, Pan taszczący nosidełko z dzieckiem, Gwiazda prezentująca swój płaski brzuch, Pan obejmujący czule ją i dziecko, wreszcie kulminacja – Gwiazda na okładce upozowana na świętą, w płaszczu Izraelitki, z diamencikami łez przyklejonymi do policzków.

Po tej sesji niespodziewanie podniósł się huczek. „Czy naprawdę można sprzedać wszystko, urodziny i śmierć, szczęście i nieszczęście?”, „Czy osoby publiczne muszą się zachowywać jak kobiety publiczne?” – grzmiały przez kilka numerów gazety. Pewna felietonistka unosząca się w mętnych wodach medialnych na fali, jak mawiał Pan, „importowanej z Zachodu mody na feminizm”, odważyła się wykrakać rychły koniec Gwiazdy: „Identyfikowanie się z symbolem bierności to dla kariery równia pochyła”.

Uwagi te najbardziej zabolały Pana, dlatego wkrótce udzielił mściwego wywiadu, w którym nazwał felietonistkę „żałosną postacią niemogącą osiągnąć pełni kobiecości, bo jest już za stara, by urodzić dziecko”. Kobieta zaprotestowała – „niech ma dzieci, kto chce, a kto nie chce, niech się od niego/od niej odczepią” – ale Pan, któremu przytoczono powyższe zdanie w popularnym talk-show, tylko się urągliwie zaśmiał, a wraz z nim prowadzący i obecna na sali widownia, pobudzona tabliczką z napisem: „Wesoły śmiech”.

Wątek bierności został zamknięty i choć felietonistka syczała gniewnie jak Erynie, nikt jej nie słuchał. Czasy koniunktury ekonomicznej miały się ku końcowi, miejsca pracy były w cenie bardziej niż zwykle, firmy zaczęły zwalniać najpierw młode matki, potem podejrzane o ciążę, wreszcie po prostu kobiety. Nowy rząd przestawił ze zgrzytem wajchę z pola „kwestie równouprawnienia” na „sprawy rodziny”, przestał dotować antykoncepcję, zalecił wstrzemięźliwość przedmałżeńską i zajął się Sprawami Naprawdę Ważnymi.

Tymczasem blask Gwiazdy, niezmordowanie epatującej naród prywatnością, przygasł. Oprócz dziecka nie wydała nic więcej na świat, tym bardziej nowej płyty, i zaczęto szeptać, a potem mówić coraz głośniej, że „jako artystka się skończyła”. „O ile w ogóle kiedykolwiek nią była” – dodawali krytycy, którzy parę lat temu obwołali ją „obiecującym talentem”, „wschodzącą gwiazdą”, „świadomą swej dojrzałości wokalistką”.

Płyta, którą tym razem nagrała, ostatecznie pogrzebała jej szanse na sukces. Wycierano nią sobie gęby, nie zostawiając suchej nitki na parze twórców: Gwieździe i jej Pigmalionie. Pan odczekał, aż gromy się przewalą, i wystąpił z genialnym w swojej prostocie planem „b”: przerobić Matkę Boską w boską femme fatale.

Inwestycje poszły w ciało Gwiazdy. Pozbawiono ją pieprzyków i blizn, założono aparat na zęby i trzymano z dala od fotoreporterów przez parę miesięcy. Nos, dość spory, zostawiono na razie w spokoju, za to powiększono kości policzkowe, żeby jeszcze coś wystawało z twarzy. Na końcu usunięto dwa żebra, osiągając efekt talii osy, wypełniono botoksem zmarszczki mimiczne, wbito kolczyk w pępek, wreszcie wytatuowano krzyż maltański tak, by wystawał ze stringów. Najmniej boleśnie przedstawiała się sprawa z włosami – należało je tylko podhodować do dawnej długości i ufarbować, kwestia koloru pozostawała przedmiotem dogłębnych analiz fryzjerów i stylistów.

– A potem wydali to przyjęcie. – Matka Gwiazdy machnęła ręką w stronę okna. – I znów dali moją dziewczynkę pod nóż.

rozdział 3

dość smutny, o tym, czy psia filozofia

poprowadziła Gwiazdę na drugą stronę lustra

Ogród doprowadzony do porządku przez zewnętrznego ogrodnika w niczym nie przypominał kraj – obrazu po zabawie ludzi z branży, za to Gwiazda, która dwa dni po operacji powiększania piersi wysiadła z niewygodnego samochodu Pana, wyglądała jak Balladyna po pchnięciu nożem Aliny i opadnięciu adrenaliny. Na jej widok Przystupa aż odstawiła odkurzacz i odruchowo się przeżegnała.

Przez następne dni Gwiazda nie wychodziła z sypialni, siadywała tylko czasem na tarasie. Wystawiała bladą twarz do słońca, pogryzała dietetyczne pieczywo i piła sporo mleka. Tymczasem Pan po operacji dostał skrzydeł, nowy biust Gwiazdy ożywił jego wyobraźnię tak, że plan „b” wypączkował w plan „B” – tu już nie szło o zawojowanie mediów nowym, drapieżnym wizerunkiem, ale o zaatakowanie zachodniego rynku muzycznego.

– To jest wyzwanie! – ekscytował się. – Prawdziwe, wielkie, marketingowe wyzwanie! A tak między nami… – zniżył głos, nakładając sobie na talerz cynaderki – to w kraju ona niewiele ma już do zdobycia. No okej, mogłaby się załapać na Fryderyka, ale po podbiciu Zachodu i tak dadzą jej kilka z palcem w nosie. A póki nie ma jeszcze trzydziestki i jakoś wygląda, trzeba ją pchać!

Przystupa skuliła się nad talerzem. Jadanie z nią weszło chyba Panu w nawyk, bo teściowa nosiła obiady i kolacje do pokoju córki, której doglądała podczas rekonwalescencji, Andżelika natomiast, zajęta rozchlapywaniem marchwianki, i tak nie słuchałaby wywodów ojca. Pana to drażniło, chociaż nie chciał się do tego przyznać nawet przed samym sobą, bo był dobrym ojcem, czułym i nowoczesnym, brał udział w cesarskim cięciu, pierwszy trzymał dziecko na ręku, przeciąłby mu nawet pępowinę, gdyby nie ubiegła go pielęgniarka. Ale był też estetą, dlatego wolał poczekać, aż mała zaśnie i dopiero wtedy usiąść do kolacji.

– Bo umówmy się, Gwiazda nie jest pięknością, ale kto jest? – Machnął widelcem ubrudzonym brunatnym sosem. – W tym świecie nie ma prawdziwej urody, wystarczy zmyć z tych dziewczyn tapety i zostają chude szczurki. Albo tłuste, jak Britney Spears.

Przystupa siedziała bez słowa naprzeciw Pana i patrzyła, jak je. Na szczęście przestał podsuwać jej jedzenie; nie musiała nic mówić, nie przeszkadzało mu nawet, że nie chrząka ani nie kiwa ze zrozumieniem głową. Najwyraźniej była kojąca taka, jaka była, ze swoim wiejskim – jak to określał – niezmąconym spokojem, pod którym nawet jeśli coś się kryło, to on nie musiał się zastanawiać co.

– Więc to jest czelendż – dokończył i odsunął pusty talerz.

Feeria barw w ogrodzie zmieniała odcienie – po kryzysie spowodowanym skutkami przyjęcia ogrodnik zewnętrzny zebrał się w sobie i zaprezentował mistrzowską formę. Przystupa podsłuchała, jak Matka Gwiazdy chwaliła się znajomej przez telefon, że ogród córki znalazł się na okładce czasopisma o roślinach. A było co fotografować! W miejsce stratowanych niezapominajek stanęły na baczność dziarskie szuwarki. W oczku wodnym, powiększonym o dwie piaszczyste płycizny, zakwitły nenufary, a sam przybytek znalazł nowego mieszkańca w postaci młodego, żwawego karpia. Gwiazda powoli dochodziła do siebie, a Pan skakał przed domownikami niczym cheerleaderki przed koszykarzami, zagrzewając ich wizją wielkiego „comebacku”. Jeszcze nie sprowadzał stylistów, wstrzymywał fryzjerów i krawców, pozwalając się zabliźnić piersiom Gwiazdy.

Przystupa posprzątała salon, przysiadła na chwilę na brzegu kanapy i omiotła wzrokiem niski, kwadratowy stolik ze szklaną powierzchnią, na którym leżały pisma (w tym domu wszyscy wertowali kolorowe magazyny, nikt nie brał do ręki niczego grubszego niż „Elle”) i wzięła to, na którym widniał ogród Gwiazdy.

Nagle usłyszała szelest przy drzwiach – drgnęła. W progu stała Gwiazda. W świetle dnia widać było, że z trudem przychodziła do siebie, chociaż Przystupa słyszała, jak jej matka zapewniała, że „na córce goi się jak na psie”. Blada, z ciemnymi odrostami, szła przez obwieszony lustrami pokój, kuląc się, jakby było jej zimno w czerwcowy, słoneczny dzień.

Przystupa rzuciła pismo na stolik i sięgnęła po szmatę.

– Dociśniesz? – zapytała Gwiazda, podając jej reklamówkę. – Kazał zmierzyć, trzeba podać stylistom moje nowe wymiary. Ten drugi weź sobie, na mnie już za mały.

Przystupa zajrzała do reklamówki. Pod czarnym, lśniącym gorsetem leżał stary, czerwony, miseczki stanika wcisnęły się jedna w drugą. Podała Gwieździe nowy gorset, a ta szybkim ruchem ściągnęła przez głowę górę piżamy. Piersi, duże i twarde, nawet nie drgnęły pod wpływem ruchu, sterczały nad szczupłą talią podsiniałe na zielono-żółto.

– Taki kolor oznacza, że się goi – powiedziała Gwiazda, a blizny uformowane w niezwyciężone uśmiechy amerykańskich pionierów błysnęły ciemną czerwienią.

Zaczęła wciągać przez głowę gorset, ale materiał zatrzymał się, zasłaniając jej usta i nos. Zerwała go z siebie w panice. Oddychała ciężko.

– Nie włożę tego, uduszę się – powiedziała niewyraźnie, tkwiąc przed lustrem.

Druga próba i znowu to samo. Trzecia, czwarta… Gwiazda stała naprzeciw szklanej tafli, goła, wstrząsana płaczem. Przystupa patrzyła na nią, gorsety zwisały z jej rąk jak szmaty do podłogi.

– Psy to sie w lustrach nie widzo – wyrwało jej się.

Gwiazda przestała płakać.

– No, nie widzo sie. – Wiejski akcent wyskoczył z niej, jak wtedy w kościele.

– Co?

– Jakby cięgiem patrzyły, to kiedy by żyły? – dokończyła, czując, jak się czerwieni.

Miesiąc później, gdy Przystupa weszła z odkurzaczem do salonu, na niskim stoliku leżał kolejny numer kolorowego pisma. Nowe piersi Gwiazdy niemal wyskakiwały z czarnego gorsetu, a podpis pod spodem głosił: „Nie powiększyłam sobie piersi. Urosły od karmienia dziecka. Gdybym robiła te wszystkie operacje, które mi się przypisuje, kiedy miałabym żyć?”

rozdział 4

o tym,jak Gwiazda zabłysła,a Przystupa

dzięki polerowaniu sztućców

stanęła na drodze awansu

do wyższych sfer (chociaż takie rzeczy

zdarzają się tylko w powieściach)

Kobieta z pokaźnym tyłkiem pojawiła się pod Przystupowym oknem pod koniec lata. Przystupa, znając mączystą bujność jej kształtów, schyliła się, by przyjrzeć się twarzy, ale kobieta weszła już do przedpokoju, skąd po chwili dały się słyszeć odgłosy cmoknięć i przyprawionych jadem propozycji jedzenia i picia.

Antycypując przyszłe wydarzenia (Przystupa nie wiedziała, że los szykuje jej wielką przeprawę przez Bałtyk, bo ucieczka Gwiazdy to na razie sprawa przyszłości), przypomnijmy, jak witano dawniej gości w odległej