Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2007

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 521 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przystanek śmierć - Tomasz Konatkowski

Adam Nowak z Radzymina. Mieszka i pracuje w Warszawie. Poczciwy i nieco sfrustrowany policjant przed czterdziestką. Rozwiedziony. Kibic warszawskiej Polonii, spędzający samotne wieczory na słuchaniu muzyki z lat młodości. Facet jakich wielu. Jakby go wymyślili statystycy z CBOS-u. Warszawa, 17 kwietnia 2005 roku. Na jednej z pętli tramwajowych motorniczy odkrywa zwłoki starszego mężczyzny ugodzonego nożem. Komisarz Adam Nowak wkracza do akcji. Wkrótce w podobnych okolicznościach ginie inna osoba i Nowak utwierdza się w przekonaniu, że ma do czynienia z seryjnym zabójcą, który usiłuje nawiązać makabryczny dialog z policją, a być może i z całym miastem… Policjanci z Komendy Stołecznej prowadzą poszukiwania w Warszawie i okolicy. Śledztwo zbiega się w czasie z zakończeniem sezonu piłkarskiego – ukochana drużyna Nowaka gra źle i wygląda na to, że tej wiosny komisarza czeka poważne rozczarowanie. Przystanek śmierć to znakomicie skonstruowany kryminał. Konatkowski prowadzi czytelnika przez współczesną Warszawę, miasto może nie najpiękniejsze, ale intrygujące – pełne śladów dramatycznej przeszłości, tętniące życiem.

Opinie o ebooku Przystanek śmierć - Tomasz Konatkowski

Fragment ebooka Przystanek śmierć - Tomasz Konatkowski

TOMASZ

KONATKOWSKI

PRZYSTANEK ŚMIERĆ

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., MMVII

Wydanie III

Warszawa MMXV

Dwunastka

1

Tramwaj linii 12 wjechał na pętlę Nowe Bemowo. Motorniczy poczekał, aż pasażerowie opuszczą skład, wyłączył kasowniki, przygasił światła i wyszedł z kabiny na zewnątrz, żeby zapalić papierosa. Pomacał kieszenie służbowej marynarki i zaklął. Jasna cholera, znowu zapomniał kupić fajki.

Rozejrzał się. Kioski już pozamykane, sklepik po drugiej stronie Powstańców Śląskich nieczynny. Na stację benzynową nie chciało mu się iść, zresztą i tak by się spóźnił z odjazdem. Na szczęście obok stała jedynka. Młoda dziewczyna siedziała w kabinie i czytała kolorowe pismo. Nie widział jej wcześniej. Do pracy ciągle przyjmowano nowe osoby, a rotacja była spora.

– Dobry wieczór, koleżanko. – Zapukał w szybę. – Nie masz przypadkiem papierosów?

– Co? – Kobieta przez chwilę wyglądała na nieco przestraszoną. Uspokoiła się, widząc innego motorniczego. – A tak, tak, mam... Proszę, niech się pan poczęstuje.

Spojrzał z niesmakiem na białe pudełko aromatyzowanych cygaretek. Wyciągnął jedną, podziękował i zapalił. Tfu, babskie paskudztwo. Jak można palić coś, co w ogóle nie pachnie tytoniem?! Dobrze, że go nikt nie widzi w tej chwili. Wrócił do swojego składu.

I wtedy zobaczył w drugim wagonie pasażera. Głowa oparta o szybę, chyba śpi. Zapukał w okno. Gość nie zareagował.

Właściwie motorniczy nie musiał tego robić. Ot, jeszcze jeden pijaczek, który nie pierwszy raz wróci do domu trochę później, żona zrobi mu awanturę, on ją pobije, a może po prostu zwali się od razu na wyrko i zaśnie, nie zdjąwszy nawet butów. Ale przecież o tej porze ktoś może go łatwo okraść, jeżeli już tego nie zrobił. Poza tym niedługo i tak trzeba będzie faceta wyrzucić, zajezdnia to nie izba wytrzeźwień i nie przechowuje zbłąkanych dusz na noc. Wrócił do kabiny, otworzył drzwi w składzie i przeszedł do drugiego wagonu. Potrząsnął faceta za ramię.

– No, obudź się, człowieku. Halo!

I wtedy zobaczył, że mężczyzna ma otwarte oczy. I zakrwawioną koszulę.

Motorniczy gwałtownie odskoczył. Widział wiele rzeczy w ciągu trzydziestu lat pracy, ale nigdy nie miał trupa w wozie. Bo wiedział już, że pasażer nie żyje. Po chwili znalazł w sobie tyle opanowania, by na wszelki wypadek sprawdzić oddech i tętno na jego szyi. Nie wyczuł nic. Wyskoczył z wagonu i pobiegł do budki dyspozytora.

– Dzwoń na policję! – krzyknął.

– Co się stało, panie Markowski? Jakaś bójka?

– Człowiek nie żyje! Trup, w moim tramwaju!

Komisarz Adam Nowak mieszkał na osiedlu Piaski, w pobliżu innej pętli tramwajowej. Od półtora roku zajmował dwupokojowe mieszkanie, ciągle wymagające remontu, na który nie było go stać. Wziął kredyt w banku na maksymalny dopuszczalny okres – piętnaście lat. Cóż, nie było to może luksusowe miejsce, ale po pierwsze, no właśnie, na nowe mieszkanie tym bardziej nie mógł sobie pozwolić. Chyba że w Piastowie albo w Grodzisku. Po drugie, stare gierkowskie bloki, zbudowane przez Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową, trzymały się dość dobrze. Spółdzielnia dbała o nie całkiem nieźle. Trudno zresztą, żeby było inaczej, przy takiej wysokości funduszu remontowego... Niedawno blok został ocieplony, otynkowany i wyróżniał się fajnym żółtym kolorem. No i łatwo było stąd wszędzie dojechać. Tramwajem, autobusem i samochodem. Raz na jakiś czas Nowak musiał sobie to wszystko wyliczyć, nie wiadomo właściwie po co. Chyba dlatego, żeby samemu sobie udowodnić słuszność podjętej jakiś czas temu decyzji. Najwyraźniej wciąż musiał się przekonywać do swojego wyboru.

Siedział przed telewizorem i sprawdzał na stronach telegazety wyniki Serie A. W sumie zastanawiał się, czy już nie iść spać, kiedy zadzwoniła komórka. Spojrzał na wyświetlacz. Komenda Stołeczna. Cholera jasna.

– Tak?

– Komisarz Nowak? Za chwilę przyjedzie po pana radiowóz. Motorniczy znalazł zwłoki w tramwaju na Bemowie. Na pętli.

Nowak nie musiał pytać o nic więcej. Wiedział, że do faceta, który miał atak serca w tramwaju, raczej nie wzywa się policjanta z wydziału zabójstw, oficjalnie – z Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji. Z tej nazwy Nowaka dotyczyła tylko druga jej część. Spojrzał na zegarek. Dochodziła jedenasta. Poczeka na radiowóz. Mógł podjechać autobusem, ale w niedzielę późnym wieczorem oznaczało to długie czekanie na przystanku. Linii tramwajowej łączącej Bielany z Bemowem jeszcze nie było, choć prace na Reymonta już się zaczęły.

Migające koguty na radiowozach i mały reflektor oświetlający wagon było widać z daleka. Ekipa techników z zespołu oględzinowego odgrodziła dostęp do przystanku i rozpoczęła zbieranie śladów. Na szczęście nie było gapiów, pętla znajdowała się z dala od bloków. Tylko parę osób czekających na odjazd ostatniego tramwaju podeszło i patrzyło na to, co się dzieje.

– Pan komisarz Nowak? – Wysoki, młody policjant w mundurze wyszedł do niego. – Aspirant Roman Kowalski z Komisariatu Policji Bemowo. Dostaliśmy zgłoszenie od dyspozytora. Motorniczy... – aspirant zajrzał do notatek – ...Józef Markowski znalazł zwłoki. Około 22.05, kiedy przyjechał na pętlę. Wcześniej nie widział nic podejrzanego. Siedzi tam. – Aspirant wskazał na budyneczek przy pętli.

Nowak przywitał się z szefem grupy wysłanej przez Laboratorium Kryminalistyczne KSP. Roberta Nowackiego znał dość dobrze. Poznali się przypadkiem, w kolejce do lekarza na badaniach okresowych. Wielokrotnie już współpracowali przy różnych sprawach.

– Cześć, Robert. Co macie?

– Paskudna sprawa. Facetowi ktoś wbił nóż prosto w serce. I zdołał wyciągnąć, bo narzędzia nie znaleziono.

– Jakieś ślady?

– Daj spokój. Mamy od cholery roboty. Do rana się chyba z tym nie ogarniemy. To w końcu tramwaj.

– Cały katalog odcisków?

– Żebyś wiedział. Mam wrażenie, jakbym zbierał materiały do pracy naukowej. Tragedia.

– Prokurator?

– Był już. Pojechał do domu.

– Kto?

– Michał Borowski.

– Dobrze. Z tym facetem da się współpracować – mruknął Nowak i skierował się do dyspozytorni.

Panie, ja trzydzieści lat jeżdżę na tramwajach, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem! – Roztrzęsiony motorniczy zaciągnął się papierosem. – Zabili człowieka! W moim tramwaju!

– Proszę się nie denerwować – powiedział Nowak.

– Łatwo panu tak mówić. – Markowski pokręcił głową. – Niemożliwe, niemożliwe...

– Ustalmy parę faktów. Czy widział pan kogoś wychodzącego z tramwaju na pętli, zwłaszcza z drugiego wagonu?

– Patrzę przecież w lusterko, zanim zamknę drzwi. W pierwszym wagonie było może z dziesięć osób. Z drugiego nikt nie wysiadł.

– Jak pan sądzi, kiedy to się mogło stać? Kiedy mogło dojść do zabójstwa?

– Pewnie na jednym z ostatnich przystanków na Bemowie albo na Kole, no, wie pan, jeszcze przed skrętem w Powstańców. Kiedy nie było już zbyt wiele osób w wozie.

– Widział pan coś podejrzanego? Jakiegoś człowieka, grupę?

– Nie, nie widziałem. Wie pan, jakąś awanturę, pijanych gówniarzy w dresach czy uciekającego złodziejaszka tobym zobaczył albo usłyszał. O tej porze jeździ mało ludzi, zwłaszcza w niedzielę. Hm... Na pewno ktoś z drugiego wagonu wysiadał. – Starszy mężczyzna zastanowił się. – Może przy ogródkach działkowych. Nie pamiętam dokładnie, ciemno tam jest.

– Kobieta czy mężczyzna?

– Mężczyzna, chyba mężczyzna... I wsiadała para młodych ludzi. A potem na Powstańców widziałem, że wybiegli i weszli do pierwszego wagonu.

– Wybiegli z drugiego wagonu?

– Aha. Tak jakby coś zobaczyli i przestraszyli się. Ale nie podeszli do mnie. Widziałem, że wysiedli na pętli.

– Potrafi pan ich opisać? Przypomina pan sobie, jak byli ubrani?

– Nie wydaje mi się... – Motorniczy podrapał się po głowie. – Nawet w dzień ich trudno odróżnić. Przynajmniej chłopaków. Tamten był krótko ostrzyżony, w kurtce, dżinsowej takiej albo sportowej, z jakimś napisem. Dziewczyna miała jasną bluzę.

– Panie Markowski, jeżeli coś sobie pan przypomni, bardzo proszę o kontakt, najlepiej ze mną. – Komisarz podał mu swoją wizytówkę.

Ekipa Nowackiego kontynuowała pracę. Ciało denata już ułożono na foliowej płachcie. Nowak podszedł, żeby przyjrzeć się zwłokom, zanim zabierze je karetka do zakładu medycyny sądowej.

– Faceta pchnięto nożem, z przodu, nieco z góry. Zapewne spał na siedzeniu w takiej pozycji, w jakiej go znaleziono – wyjaśniał Nowacki. – Gość siedział po prawej stronie wagonu, zatem morderca, stojąc z przodu, miał go po lewej. Musiał się nieco pochylić. Moim zdaniem najprawdopodobniej zabójca był leworęczny.

– Czy są jakieś ślady walki?

– Żadnych. Wygląda to na śmierć zadaną rozmyślnie, z zimną krwią. Być może ofiara była zaskoczona. Ale najpewniej facet po prostu spał. Sekcja powinna wykazać, czy był pijany, czy nie.

– Miał dokumenty?

– Tak, dowód osobisty. Jest tutaj. – Nowacki wskazał na stolik rozstawiony przy furgonetce.

Nowak wziął od technika jednorazowe rękawiczki i wyjął dokument z plastikowej torebki z hermetycznym zatrzaskiem. Przekartkował stary, nieco podniszczony dowód. Stary dowód dostarcza od razu więcej informacji niż te nowe, plastikowe. Witold Oleszkiewicz. Nauczyciel z zawodu, obecnie emeryt. Lat sześćdziesiąt osiem. Zameldowany na Obozowej, na Kole.

– Jakieś pieniądze, portfel?

– Tak, był w kieszeni spodni. Tylko trzydzieści złotych, jakiś kalendarzyk, karta miejska, odcinek emerytury. Ale jest też komórka. – Nowacki pokazał ją. – Ktoś do niego wydzwania przez ostatnie dwie godziny. Numery wyświetlają się jako „DOM” i „Krzysztof”. Zapisaliśmy je, oczywiście nie odbierałem.

– Słusznie. Rodzinę poinformujemy jutro.

Nowak wsunął dowód z powrotem do torebki. Zadzwonił do centrali i podał dane zamordowanego oraz oba numery telefoniczne.

Hm, nauczyciel z Obozowej. Pewnie tam mieszka. Jeżeli jechał do domu, zamordowano go jeszcze przed Obozową. Jeżeli zgi nął gdzieś przy końcu trasy, musiał mieć coś do załatwienia na Bemowie. O tej porze, w niedzielę? Może po prostu zasnął.

Rozejrzał się. Na przystanku stała grupa mężczyzn w jednakowych marynarkach i krawatach, przyglądali się pracy policjantów, wymieniając między sobą uwagi. Domyślił się, że to kierowcy autobusów czekający na ostatni kurs z pętli do centrum. Zawołał aspiranta i poprosił go o spisanie personaliów kierowców i motorniczych.

– Już to zrobiliśmy. – Kowalski spojrzał na Nowaka prawie ze złością. – Mamy nazwiska wszystkich motorniczych i kierowców, którzy byli na pętli w momencie odkrycia zwłok. Część przesłuchaliśmy, część wcześniej musiała jechać. Nikt nie widział nic szczególnego.

– Dziękuję – rzucił komisarz. – Co pan o tym sądzi?

– Ja? Nic nie sądzę. – Aspirant wzruszył ramionami. – Morderstwo i tyle. Wiem, że to śmierć, ale bardzo czysta. Widziałem gorsze rzeczy. – Machnął ręką w kierunku bloków. Nie wiadomo, czy miał na myśli to konkretne osiedle, czy całe Bemowo, Bielany, czy może Warszawę. – Nic podobnego się tu w każdym razie nie zdarzyło. A od motywu to już chyba pan jest, panie komisarzu.

– Taaa. Motywu. – Mózg komisarza nie pracował o tej porze na pełnych obrotach. Nowak wiedział, że sprawa już się zaczęła, ale najważniejsze decyzje zapadną jutro. – Mam do pana prośbę...

– Domyślam się. – Kowalski nie wyglądał na szczęśliwego. – Trzeba poinformować rodzinę.

– Tak, ale nie teraz. Jutro rano.

– Dobrze, panie komisarzu. Coś jeszcze?

Nowak spojrzał na zachmurzone, bezgwiezdne niebo, potem w stronę bloków. Światła paliły się w niewielu oknach. Mimo późnej pory na balkonach pojawiło się jednak parę sylwetek osób zainteresowanych tym, co się dzieje na pętli. Po drugiej stronie Powstańców stał jakiś facet z psem na smyczy. Pojedyncze samochody, głównie taksówki, przejeżdżały w obie strony. Niedziela, siedemnasty kwietnia. Kolejny tydzień w Warszawie dobiegał końca.

– Nie, już nic. Będziemy w kontakcie.

2

No i co, twoja Polonia znowu dostała w dupę – rzucił komisarz Zakrzewski, widząc wchodzącego Nowaka.

– No, dostała. – Nowak wzruszył ramionami. – Byłem na tym meczu. Faktycznie spodziewałem się co najmniej remisu.

– Cztery bramki w plecy to trochę sporo. Wprawdzie od Wisły, ale nie tej z Krakowa, tylko z Płocka! I to na własnym stadionie!

– Twoja Legia nie była lepsza. Przegraliście u siebie 0:1 z Odrą Wodzisław...

– Kompletnie nie rozumiem, jak policjant może chodzić na mecze – odezwał się Drzyzga.

Nowak i Zakrzewski spojrzeli na niego. Marcin Drzyzga odzywał się raczej rzadko. Pewnie dlatego wszyscy bardziej zwracali uwagę na to, co mówi.

– Futbol marny, a na dodatek musisz słuchać tych wszystkich przyśpiewek. „Policja zawsze i wszędzie jebana będzie” – wyjaśnił.

– Daj spokój, Marcin. Po pierwsze, nie tak często słychać takie rzeczy na Konwiktorskiej, a po drugie, może i Polonia to nie Real ani Milan...

– Ani nawet Legia – mruknął złośliwie Zakrzewski.

– ...ale jednak to jest piłka. Emocje są prawdziwe. Kibic ma więcej powodów do radości i smutku niż inni ludzie. I nawet wie, kiedy będzie miał te uczucia. W sobotę, w niedzielę, czasem we środę. Gwarantowane, według terminarza.

– Emocje? – Drzyzga prychnął. – Mógłbyś pójść do kina albo do teatru.

– To nie to samo. Wiesz, kiedy oglądam mecz Ligi Mistrzów, to jest jak w teatrze. – Nowak się zapalił. – Podziwiam grę, cieszę się z bramek, czasem się nudzę. Ale nie ma tych ciągłych nerwów, złości, zniechęcenia, które masz na meczu swojej drużyny.

– W wypadku Polonii chyba tylko zniechęcenia – rzucił Zakrzewski. – Oj, Adam, znajdź sobie żonę. Będziesz miał prawdziwe emocje, złość, zniechęcenie i teatr uczuć czy jak to tam nazywasz.

– Taaa, wiesz, już to miałem. – Nowak nie musiał się nawet irytować. – Kobiety przychodzą i odchodzą, a drużynę wybiera się na całe życie.

– Stary, ale ty nawet nie jesteś warszawiakiem. Dlaczego akurat Polonia?

– Bo zawsze chciałem chodzić na mecze pierwszej ligi. A Legii przecież kibicował nie będę. – Spojrzał na Zakrzewskiego, wiedząc, co się za chwilę stanie. Bawiły go te poniedziałkowe kłótnie.

– Daj spokój, znowu te brednie. – Zakrzewski się wkurzył. – Zaraz zaczniesz opowiadać kombatanckie historie o tym, jak to twój stary warszawski klub był prześladowany za komuny. O tym, że Legia była faworyzowana przez władze, a Polonia musiała tułać się po trzeciej lidze. Przecież to stare dzieje, tego pieprzenia już się nie da słuchać. Komuny nie ma, a wasi działacze żyją w poprzedniej epoce. Nic dziwnego, że ciągle jesteście dziadami w Warszawie. Poza tym Gmoch miał rację. Polonia nie ma kibiców, bo większość już poumierała.

– Paru jeszcze zostało. Tych, którzy pamiętają mistrzostwo na gruzach, w 1946 roku.

– Niedługo zabraknie tych, którzy pamiętają mistrza z 2000 roku – odparł Zakrzewski. – A w ogóle, skoro z ciebie taki kibic, to wiesz przynajmniej, na którym miejscu jest drużyna z twojego miasta?

– Na szóstym miejscu w swojej grupie ligi okręgowej – odpowiedział natychmiast Nowak.

Zaczynał tydzień od przejrzenia internetowego wydania gazety. Rzut oka na strony dodatku regionalnego i już wiedział, jakie ma wyniki Mazur Radzymin. Czasami dzwonił do ojca, który wciąż chodził na mecze. W porządnych robotniczych rodzinach była to stara tradycja. Nie tylko robotniczych zresztą. I nie tylko porządnych. Pamiętał jeszcze dziadka popijającego ukradkiem z małpki i rozmawiającego o piłce z kolegami, rencistami takimi jak on. Tak, Nowak nie mógł żyć bez futbolu. A znał ludzi, którzy nawet w czasie mundialu czy mistrzostw Europy nie byli w stanie pasjonować się piłką nożną. Pamiętał spotkanie z kolegą informatykiem. Byli wówczas ze swoimi żonami (zabawne, dziś obaj są po rozwodach) i oglądali mecz Belgia–Rosja. Po mniej więcej osiemdziesięciu minutach gry i kolejnej bramce strzelonej przez Belgów ucieszył się: „No, to Belgia awansowała”. Kolega zapytał: „Jak to? To Rosjanie nie grają w czerwonych koszulkach?”.

Miał swoją teorię: ludzie, którzy nie lubią futbolu, nudzą się szybko meczami w telewizji, bo nie potrafią ich oglądać. Patrzą przez cały czas na piłkę. Ale prawdziwy kibic rozgląda się po całym boisku. I wie, że na stadionie widać znacznie więcej niż w telewizji. Oczywiście nie ma powtórek, czasami nie wiadomo, czy faktycznie był spalony i czy obelgi pod adresem sędziego są uzasadnione. Za tobą siedzi staruszek, który kopci fajranty i klnie jak szewc, obok dzieci drą się potwornie, Polonia przegrywa, a spikerowi plącze się język (od paru kieliszków na rozgrzewkę albo po prostu z przyzwyczajenia). Pewnie, że można sobie wyobrazić lepsze formy spędzania wolnego czasu. No i co z tego – lubił to i zawsze z niecierpliwością czekał na roz poczęcie kolejnego sezonu czy rundy wiosennej. Przychodzić na spokojny (na ogół) stadion przy Konwiktorskiej. Wspominać sukcesy, które były, i te, które mogły być, gdyby nie... i tu zaczynała się litania nazwisk, pokrętnych wyjaśnień i dziwnych teorii. Marzyć o przyszłości. I śpiewać: „Za teee czterdzieści lat, za trzeeeciej ligi smak, na miiistrza Polski przyyyszedł czas, to Polooonia Warszawa”.

Do pokoju wszedł podinspektor Michalski, kierownik zespołu w sekcji zajmującej się zabójstwami, bezpośredni przełożony Nowaka. Popatrzył na niego i na naburmuszonego Zakrzewskiego.

– Co, znowu pokłóciliście się o piłkę? Jak dzieci, jak dzieci...

– ...tylko futbol i dziwki w głowie – mruknął Zakrzewski.

– Dobrze, panowie, do roboty. – Michalski spojrzał na Nowaka. – Będziesz zajmował się śledztwem w sprawie tego morderstwa na Bemowie.

– Na Bemowie znaleziono ciało, jeszcze nie wiadomo, czy tam miało miejsce samo morderstwo – zauważył Nowak. – Dwunastka ma długą trasę. Wyniki sekcji przyjdą niedługo, pewnie niczego nowego się nie dowiemy. Zabity precyzyjnym pchnięciem w serce. Kto z prokuratury prowadzi śledztwo, Borowski? Był na miejscu.

– Tak.

– W porządku. Będzie nam pomagał, a nie przeszkadzał.

– Coś więcej wiadomo o ofierze? Potencjalne motywy? – zapytał Michalski.

– Na razie raczej niewiele. Emerytowany nauczyciel, nienotowany. Motyw? Zemsta jakiegoś dawnego ucznia? – Nowak się zastanowił. – Niekoniecznie ucznia zresztą. Może kiedyś zrobił coś złego. Może znęcał się nad żoną lub dziećmi. A może został po prostu zabity przez naćpanego bandytę.

– Przez gangstera, który musiał zdać egzamin – wtrącił Zakrzewski.

– Nie wygłupiaj się! – rzucił inspektor. – Nikt nie będzie ryzykował popełnienia morderstwa w publicznym miejscu, żeby zdać egzamin na żołnierza.

– Czy to mogła być egzekucja? – zapytał Drzyzga.

– Egzekucja? – Zakrzewski był cokolwiek zdziwiony. – Egzekucja w tramwaju?

– Nigdy nic nie wiadomo – powiedział Nowak. – Niedawno parę bloków ode mnie zastrzelono faceta na klatce schodowej, pamiętacie?

– Daj spokój, czy ten gość wygląda na gangstera?

– A widziałeś zdjęcia szefów „Pruszkowa”? Czy któryś wyglądał na psychopatę?

– Nie trzeba być kimś ważnym, żeby zasłużyć na egzekucję – wtrącił Drzyzga. – Może miał długi i wierzyciele stracili cierpliwość. Może wiedział coś o dilerach.

– W każdym razie ktoś, kto go zabił, może być profesjonalistą. To mogła być egzekucja. Nie każdy potrafi z zimną krwią wbić facetowi nóż w serce.

– Nie każdy ma tyle siły – dodał Zakrzewski.

– Słusznie. No i narkotyki, hazard, długi, to wszystko trzeba sprawdzić. – Podinspektor Michalski zwrócił się do Nowaka: – Chcesz mieć kogoś z Bemowa do pomocy?

– Tak, aspiranta Kowalskiego. Wygląda na rozsądnego. Dziś ma odwiedzić rodzinę ofiary, będziemy więcej wiedzieć o tym nauczycielu.

– Nowak i Kowalski... – Michalski się roześmiał. – Niezła ekipa. Smith and Jones.

Komisarz zadzwonił do Kowalskiego. Aspirant był u siebie na Bemowie. Nowak poinformował go, że bierze udział w śledztwie prowadzonym przez Komendę Stołeczną.

– Byłem u jego żony na Obozowej. Sama wcześniej dzwoniła na policję – powiedział Kowalski.

– Czekała do rana, żeby zgłosić zaginięcie męża?

– Nie. Zadzwoniła około północy. Mówiła, że zdarzało mu się czasami zasiedzieć u kolegi na Pradze. Tego dnia też u niego był, ale jak zwykle dał znać, że niedługo jedzie. Dzwonił około 21.30.

– Był pan już u tego kolegi?

– Nie. To też jakiś emeryt, nauczyciel, pracowali przez wiele lat w tej samej szkole. – Nowak usłyszał szelest kartek. – Jarosław Rzepecki. Wdowiec, mieszka sam, na Berezyńskiej na Saskiej Kępie.

– Dobrze, wobec tego niech pan dziś go odwiedzi. Ja wieczorem zajrzę do pani Oleszkiewicz. Jak ona ma na imię?

– Jadwiga... – Kowalski zawiesił głos. – Uprzedziłem, że policja jeszcze będzie ją niepokoić w najbliższym czasie. Jest załamana, panie komisarzu. Nie wiem, czy w takim stanie coś pan z niej wyciągnie. Poza tym nie ma pojęcia, jaki był motyw zbrodni, jeżeli w ogóle był. Ciągle powtarza: „Komu on zawinił? Kto to mógł zrobić?”.

– Hm, w takim razie zadzwonię do niej i umówię się na później. Czy jest sama, czy ktoś jej pomaga?

– Powiadomiła syna... Krzysztof Oleszkiewicz, lat trzydzieści osiem, zdaje się jakiś biznesmen. I jeszcze jest starszy brat, Stanisław Oleszkiewicz. Mieszka na Ochocie.

Nowak od razu zadzwonił pod zanotowany wczoraj numer.

– Halo? – Nowak domyślił się, że ostry, młody głos w słuchawce należy do Krzysztofa Oleszkiewicza.

– Mówi komisarz Adam Nowak z Komendy Stołecznej Policji. Prowadzę śledztwo w sprawie śmierci pana Witolda Oleszkiewicza.

– A, znowu policja. – W głosie rozmówcy słychać było niechęć. – Proszę posłuchać, kontakty z pana instytucją nie są najprzyjemniejsze. Pan rozumie, w jakiej sytuacji znalazła się nasza rodzina, zwłaszcza mama. Staram się oszczędzić jej większości kłopotów i formalności. I nie wyobrażam sobie, żeby to ona załatwiała sprawy policją. Cała ta biurokratyczna procedura, którą musiałem przejść przy okazji identyfikacji zwłok ojca... A potem chciałem się dowiedzieć, kiedy będę mógł odebrać ciało. Policjant, który mnie skierował do zakładu medycyny sądowej, nie wiedział, ale podał telefon przełożonego. Wie pan, z iloma osobami byłem łączony, zanim udało mi się porozmawiać z kimś, kto udzielił mi konkretnej informacji? Z pięcioma! Przyzna pan, że mam prawo wymagać nieco lepszej organizacji i odrobiny zrozumienia od instytucji, którą utrzymuję ze swoich podatków...

Aha, podatnik. Nowak przerwał wywód Oleszkiewicza.

– Bardzo mi przykro, panie Krzysztofie, przede wszystkim z powodu śmierci pańskiego ojca. Proszę przyjąć moje szczere wyrazy współczucia. Przepraszam także za wszelkie kłopoty, z którymi spotkał się pan z naszej strony.

– Dziękuję... – Głos w słuchawce nie stał się wcale spokojniejszy. – Liczę, że znajdą panowie tego skurwysyna, który zamordował mojego ojca. W tym mieście strach chodzić po niektórych dzielnicach, zostawić samochód na ulicy, ludzie się boją jeździć tramwajami i autobusami. – Nowak przypuszczał, że jego rozmówca sam raczej rzadko korzysta z komunikacji miejskiej. – Ale jak się domyślam, dzwoni pan nie tylko w sprawie złożenia kondolencji.

– To prawda, chciałbym porozmawiać z pańską matką możliwie jak najszybciej. Bardzo chętnie również i z panem.

– Pogrzeb będzie w czwartek o jedenastej – powiedział Oleszkiewicz. – Nie może pan przyjść w piątek, kiedy już się wszystko uspokoi? – Nowak usłyszał kobiecy głos gdzieś w tle. – Tak, mamo? Chwileczkę... – Rozmówca przełączył telefon w tryb oczekiwania, zamiast sygnału pojawiła się melodyjka. Dla Elizy w kiepskim wykonaniu taniego aparatu. Po chwili ostry głos powrócił. – Mama mówi, że może pan wpaść we środę.

– W takim razie pojawię się u państwa około dziesiątej. Nie za wcześnie? – Znowu usłyszał, jak mężczyzna przekazuje matce pytanie. – Dobrze, zatem w środę o dziesiątej.

Komisarz zadzwonił ponownie do Kowalskiego i umówił się, że podjedzie po niego radiowozem, a potem jednak wybiorą się razem na Saską Kępę. Zabrał Kowalskiego spod komisariatu na Raginisa. Po drodze rozmawiali chwilę o zasadach współpracy. W czasie rozmowy Nowak zaproponował mu przejście na „ty”. Aspirant chyba się nieco zdziwił, ale nie było w tym żadnej niechęci. I bardzo dobrze, obaj byli w podobnym wieku, choć Kowalski pewnie o parę lat młodszy.

3

Nie zjechali na Wisłostradę, wybrali drogę przez centrum. O tej porze w stronę Pragi jechało się w miarę szybko, Most Poniatowskiego był niemal pusty. Minęli z lewej największy bazar w Polsce, czyli Stadion Dziesięciolecia. „To jak się nazywa ten stadion?”, zapytał kiedyś z właściwym sobie poczuciem humoru Jan Paweł II podczas mszy odprawianej w tym miejscu. Jakie dziesięciolecie, taki stadion. Obecnie „Jarmark Europa”.

– Byłeś tu kiedyś? – Kowalski wskazał na bazar i rzednący już tłum handlarzy i kupujących.

– Służbowo czy prywatnie?

– No... Jakkolwiek.

– Służbowo? Nigdy. Prywatnie zresztą też. Są miejsca, w których uczciwy człowiek nie powinien się pokazywać. Można pójść do burdelu, to jestem w stanie zrozumieć. Ale tutaj nigdy.

– Mówisz tak, bo cię stać, żeby robić zakupy gdzie indziej – odciął się Kowalski. – Wiem, że to gniazdo zarazy, ale przecież nie musisz kupować od razu kałacha. Ani nawet pirackich płyt. Tysiące ludzi przyjeżdża tu po to, żeby kupić ubrania.

– Masz rację. Ale ja póki co nie muszę. Obiecałem sobie, że przyjdę tu dopiero wtedy, kiedy na stadionie odbędzie się mecz międzypaństwowy. Ostatnim było spotkanie Polska–Finlandia w eliminacjach mistrzostw Europy, w 1983 roku, jeżeli się nie mylę. – Nowak wiedział, że w takich sprawach się nie myli. – Pamiętam, że samobójczą bramkę strzelił wtedy Paweł Janas. Skądinąd solidny obrońca.

– No, to na następny mecz jeszcze trochę poczekasz. Możesz tego nie dożyć, Janas zresztą też.

– No. Janas chyba też nie.

– Podobno chcą tu zbudować stadion narodowy. Coś słyszałem w telewizji.

– Tak, podobno. Ale miasto woli stadion na obecnych terenach Legii. Zresztą pewnie i tak nic z tego nie będzie. – Nowak pokręcił głową. – Zawsze przed kolejnymi wyborami robi się trochę szumu. I nic się potem nie dzieje.

Wjechali w aleję Waszyngtona. Jedyna ulica w Warszawie, na której jezdnia znajduje się pomiędzy torami tramwajowymi, co przypomniał sobie komisarz. I chyba jeszcze była jakaś historia związana z tą ulicą. A, właśnie, „aleja” to nazwa oficjalna, choć w niektórych dokumentach, na planach miasta i na tabliczkach jest „ulica”.

Nowak musiał pojechać Saską i Walecznych, bo Berezyńska jest jednokierunkowa. Udało się zaparkować na Francuskiej. Dom, w którym mieszkał Rzepecki, był niedaleko. Dwupiętrowy budynek sprawiał wrażenie nieco zaniedbanego i wymagającego remontu. Duże, wysokie okna świadczyły o tym, że są tam spore mieszkania. Weszli na pierwsze piętro po starych schodach, noszących ślady wieloletniego używania, i zadzwonili pod numer 4. Usłyszeli kroki i odsuwanie klapki wizjera po drugiej stronie mocnych, drewnianych, niedawno pomalowanych drzwi. Po chwili drzwi się nieco uchyliły, ale wciąż były zamknięte na łańcuch.

Rzepecki zerkał nieufnie.

– Panowie z policji?

– Tak. Komisarz Adam Nowak z Komendy Stołecznej Policji. A to aspirant Roman Kowalski z Komendy Rejonowej Warszawa IV, Komisariat Bemowo...

– Mogę zobaczyć panów legitymacje?

– Proszę bardzo. – Nowak pokazał dokument, aspirant też wyciągnął swój.

– Zapraszam panów do środka. – Jarosław Rzepecki, niewysoki, łysiejący mężczyzna, w białej koszuli i nieco przykrótkich, ale w miarę eleganckich spodniach, zdjął łańcuch. – Przepraszam, że od razu nie wpuściłem, ale sami panowie rozumieją, czasy teraz takie, że strach drzwi otworzyć. Zwłaszcza po tym, co się stało z Witkiem. Proszę bardzo, zapraszam do dużego pokoju, może napiją się panowie herbaty? Albo kawy?

Obaj poprosili o herbatę bez cukru. Zawsze należy przyjąć poczęstunek oferowany przez gospodarza, to skraca dystans i rozluźnia rozmówcę.

Rzepecki kontynuował ze swadą:

– Dobrze, że znałem pana nazwisko, komisarzu. Bo właściwie to kto widział autentyczną legitymację? Co dwa, trzy lata zmieniacie wzór, niby po to, żeby nie było nadużyć, ale przez to nikt nie jest w stanie zapamiętać, jak wygląda aktualna. Każdy to powinien wiedzieć, może jakieś ogłoszenia, jak ze wzorami legitymacji kontrolerów? No, wiedzą panowie, takimi, co wiszą zawsze w tramwajach. Ale pewnie gdzieś w internecie to można znaleźć, prawda?

– Przypuszczam, że tak – powiedział Kowalski.

Nowak obrzucił spojrzeniem wysoki, jasny pokój. Stare meble, ale bez jakichś szczególnych antyków. Parę przedwojennych krzeseł, zwyczajna komódka, rzeźbiony kufer w kącie. Do tego regały ze sporą liczbą książek, w większości obłożonych w szary papier, jak kiedyś w szkolnych bibliotekach. Regały wyglądały na produkt lat sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych. Trochę bibelotów, pamiątkowe zdjęcia, na wielu z nich najwyraźniej gospodarz z małżonką. Były też nowsze fotografie, przedstawiające dzieci, młodych ludzi, młode małżeństwa z kolejnymi dziećmi. W tych przedmiotach i obrazach było kilkadziesiąt lat życia, ale tym razem niestety nie ich miała dotyczyć rozmowa. Dla policjantów istotny był siedemnasty kwietnia.

– Proszę nam opowiedzieć o ostatnim wieczorze. O niedzieli, kiedy był tu pan Oleszkiewicz.

– Przyjechał około szóstej po południu. Tramwajem. Numer dwadzieścia cztery, miał tu bezpośrednie połączenie. Wysiadł dalej, przy Międzynarodowej, kupił w sklepie ciasto i sok, a potem przyszedł do mnie.

– Co panowie robili?

– Siedzieliśmy długo, tak się składa, że syn podarował mi na urodziny aparat cyfrowy. Na emeryturze mam więcej czasu, to lubię czasem pochodzić po mieście, a choćby i parku Skaryszewskim, i popstrykać trochę. A Witek, wie pan, był kiedyś zapalonym fotografem, nawet w szkole prowadził kółko fotograficzne. – Rzepecki uśmiechnął się pod nosem. – Rozumieją panowie, dwóch starych dziadów siedzących nad zabawką zabraną wnukom, że tak powiem. Ślęczeliśmy nad instrukcją i sprawdzaliśmy wszystkie opcje. Nawet robiliśmy sobie nawzajem zdjęcia. I jakieś widoki z okna.

– Ma pan te zdjęcia?

– Nie, wszystkie skasowałem. Nie przegrałem ich na komputer. – Nowak rozejrzał się, ale nie zauważył sprzętu. – Komputer jest w drugim pokoju, dostałem go od syna rok temu. Syn ma firmę składającą sprzęt, więc nie był to dla niego wielki wydatek.

– Czy pan Witold do kogoś telefonował?

– A tak, dzwonił do żony. Ze swojej komórki. Jakoś tak o wpół do dziesiątej. Mówił, że przyjedzie trochę później.

– Zdarzało mu się u pana nocować?

– Tak. Mam rozkładane łóżko dla gości. Ale zostawał tylko wtedy, kiedy się napiliśmy więcej niż zwykle.

– A tym razem piliście coś panowie? – zapytał Kowalski.

– P i l i  panowie – powiedział Rzepecki. – Oj, przepraszam, stary belferski odruch. Proszę się nie gniewać, ale błędy mnie irytują. Przez niechlujstwo język staje się coraz bardziej prymitywny... Ten młodzieżowy slang to w ogóle nie nadaje się do słuchania, połowy nie rozumiem...

– Panie Jarosławie, czy pili coś panowie? – przerwał Nowak.

– Strzeliliśmy sobie, jak to mówią, po kieliszeczku nalewki, którą robi moja córka. – Rzepecki skinął głową w stronę komódki ze zdjęciami. – Stara rodzinna recepta.

– Wspomniał pan, że pan Witold przyjeżdżał tramwajem numer dwadzieścia cztery. Ale znaleziono go w dwunastce.

– Dwunastka... No, tak, ma pętlę na Zielenieckiej. Może Witek podjechał czymś jeden przystanek do ronda i się przesiadł. Mógł też przejść pieszo, to w końcu niedaleko.

– Długo znał pan pana Oleszkiewicza?

– Od... od trzydziestu jeden lat. Od kiedy zaczął pracę w liceum. Był ode mnie młodszy o siedem lat. Cały czas pracowaliśmy w tej samej szkole. Był historykiem, ja uczyłem języka polskiego.

– Kłócili się panowie?

– W niedzielę czy w ogóle?

– I to, i to.

– W niedzielę raczej nie. A w ogóle to owszem, tak, czasami. – Rzepecki się uśmiechnął. – On twierdził, że wszystkich komunistów należy wysłać na Księżyc. Ja uważałem, że nie wszystkich, ale większość. Co do pozostałych polityków raczej się zgadzaliśmy. Niektórych to nawet na wszelki wypadek wysyłaliśmy poza orbitę Saturna. A Leppera prosto na Słońce. Niech się opala.

– Czy pan Oleszkiewicz był zaniepokojony, zdenerwowany bardziej niż zwykle?

– Nie... Przynajmniej niczym zewnętrznym. Miał ostatnio problemy z nerkami. Kamica nerkowa, groźna choroba. Zresztą w tym wieku nawet grypa jest groźna.

– Jak pan sądzi, czy miał jakichś wrogów, uczniów, którym kiedyś zalazł za skórę, czy był ktokolwiek, kto mógłby chcieć się zemścić na znienawidzonym nauczycielu?

– Znienawidzonym? Nie... nic z tych rzeczy. Zawsze był lubiany przez uczniów. Miał swoje wady, był gderliwy, czasami nieopatrznie dawał się wciągnąć w dyskusję o polityce, takie komentowanie bieżących wydarzeń. Starsi uczniowie niekiedy go podpuszczali. A wtedy się trochę zacietrzewiał.

– Wiadomo coś panu o jakichś większych konfliktach, kłótniach?

– Teraz? Nie... Przynajmniej Witek o tym nie opowiadał. Może powinni panowie zapytać w naszym liceum, w Mickiewiczu, na Saskiej, o ostatnie lata jego pracy. Mnie już tam wtedy nie było. Nie bał się w każdym razie o swoje zdrowie, życie, zresztą to był w ogóle człowiek, który za bardzo się nie bał.

– A miał dawniej z tego powodu kłopoty?

– Tak, w stanie wojennym. Ojciec jednego z uczniów, taki „mocno partyjny”, Metelski się nazywał, poskarżył się kiedyś do kuratorium po tym, co opowiedział mu syn. Dyrektor był dobrym kolegą Witka, więc postarał się, żeby nie zwolniono go z pracy, zabrano mu wtedy trzynastkę, rozumie pan, trzynastą pensję. Ale przecież to było ponad dwadzieścia lat temu! I to Witek mógłby chcieć się zemścić. A tego o nim nie można powiedzieć... nie można było powiedzieć. – Rzepecki poprawił się. – Naprawdę był złośliwy, ale nie mściwy. I nawet wtedy nic nie powiedział temu chłopakowi. Witek mówił, że rodziców się nie wybiera.

– Czy pan Oleszkiewicz uprawiał hazard? Miał jakieś długi?

– Nie, nic mi na ten temat nie wiadomo. Raz mówił, że postawił na Arsenal w Lidze Mistrzów, ale bez efektu. Przegrał dziesięć złotych.

– A coś wie pan o jego rodzinie? O synu? Czy syn miał może jakieś kłopoty? Podobno jest biznesmenem...

– E, chyba nie prowadzi żadnego własnego biznesu. Jest dyrektorem, menedżerem, jak to się teraz mówi, w jakiejś firmie farmaceutycznej.

– A czy pan Oleszkiewicz opowiadał ostatnio o jakichś dziwnych wydarzeniach? O czymś, co widział, a co go zaniepokoiło?

– Nie, nie przypominam sobie. Chociaż... – Rzepecki zawahał się. – Kiedyś mówił o tym, że pokłócił się z księdzem chodzącym po kolędzie. Nie z jego parafii, był wtedy u brata na Rakowcu. Podobno namawiał starszych ludzi, zwłaszcza samotnych, żeby zapisywali swoje mieszkania Kościołowi. Wie pan, to niezły interes, takie mieszkanie można potem sprzedać albo wynająć. To dobra okolica.

Nowak zerknął na Kowalskiego. Ksiądz?

– Pokłócili się? – zapytał.

– Tak. Witkowi nie podobało się cwaniactwo tego księdza. Mówił, że to naraża na szwank reputację religii, którą obaj wyznają. – Nauczyciel spojrzał na komisarza. – Ale nie myślą panowie chyba, że proboszcz zasztyletował starego nauczyciela?!

– Wie pan, w takich sytuacjach trzeba sprawdzić wszystko. Pamięta pan może nazwisko tego księdza?

– A tak się składa, że pamiętam. Brzechwa, tak jak autor wierszy dla dzieci. Ale imienia nie mogę sobie przypomnieć. Witek mówił, że go potem z tej parafii odwołali.

Cóż, na początek dobre i to. Chyba pora kończyć rozmowę.

– Bardzo panu dziękujemy za informacje. Jeżeli przypomni sobie pan cokolwiek, co uzna pan za ważne, dziwne, niepokojące, cokolwiek, co może nam pomóc w śledztwie, proszę o telefon. – Wstając, Nowak podał emerytowanemu nauczycielowi wizytówkę z numerem do komendy.

– Proszę powiedzieć, są jakieś szanse? Znajdziecie go? – rzucił Rzepecki, odprowadzając ich do drzwi. – Mam na myśli mordercę, ma się rozumieć.

– Może znajdziemy – odpowiedział Kowalski. Chyba zamierzał dodać „panowie znajdą”, ale się powstrzymał. – Wie pan, to morderstwo. Morderstwa mają największą wykrywalność ze wszystkich przestępstw. I nie tylko dlatego, że śledztwo jest wtedy najintensywniejsze. Wbrew pozorom łatwo wytypować podejrzanych i do nich dotrzeć.

Chyba że komuś bardzo zależy na ukryciu wszystkich śladów, Nowak pomyślał o zabójstwie komendanta Papały. Albo wtedy, kiedy ofiara jest przypadkowa. Niestety, obawiał się coraz bardziej, że to właśnie ta druga możliwość.

Niewiele się dowiedzieliśmy – zauważył Kowalski, kiedy wyszli. – Poza tą historią z księdzem.

– Nie sądzę, żeby miało to jakikolwiek związek z morderstwem. Wyobrażasz sobie księdza, który nasyła bandytę, żeby zemścić się na jakimś emerycie?

– Ja wiem? Policz sobie. Ile osób udało mu się przekonać, dziesięć? Powiedzmy, że to stare mieszkania, do remontu. Nawet po odliczeniu kosztów remontu, lekko licząc, sto tysięcy złotych od jednego. To daje milion złotych. Milion! Mordowano już i dla dziesięciu złotych.

– Wiem, nie ma rady, trzeba to sprawdzić. Poczekajmy do rozmowy z wdową, może ona będzie wiedzieć więcej. – Nowak wpadł na coś. – I chyba mam pewien pomysł. Trzeba by przejrzeć roczniki „Nie”. Jeżeli odkryli ten temat, musieli się go uczepić. Taka gazeta.

Nowak miał nadzieję, że nie będzie musiał sam tego robić w bibliotece. Zleci to asystentce zatrudnionej w sekcji.

– Taa... No i trzeba wybrać się do tej szkoły. Zrobisz to jutro?

– Jasne.

– Przynajmniej jeszcze jednej rzeczy się dowiedzieliśmy. Facet był najwyraźniej nieco konfliktowy, miał niewyparzony język, więc mógł kiedyś powiedzieć słowo za dużo.

– Kiedyś to znaczy dawno temu albo właśnie teraz, w niedzielę?

– Tak. Może zwrócił komuś uwagę w tramwaju. Komuś, kto się zachowywał ordynarnie, nie wiem, jakiemuś złodziejaszkowi.

– I trafił na psychola gotowego zadźgać człowieka?

– Tak. Podpytasz ludzi na Bielanach, na Bemowie? Może jakiś szczeniak chwalił się kolegom, że zabił starego dziada. Wiesz co? – rzucił nagle Nowak. – Zgłodniałem trochę. Może wpadniemy do Turka?

Zjedli kebab w barze na rogu Francuskiej i Zwycięzców. Saska Kępa w tym miejscu pachniała baranim tłuszczem i kminem rzymskim, rozbrzmiewała gwarem rozmów i odgłosami z policyjnej krótkofalówki. Bar istniał od wielu lat i było bardzo popularny nie tylko wśród policjantów, których często można tu spotkać, zwłaszcza późnym wieczorem. Miejsce było oblegane przez rowerzystów i motocyklistów przemieszczających się w nocy po mieście. Warszawiacy polubili kebabownie. Niektóre z barków, takie jak ten przy kinie Bajka albo ten przy ulicy Przeskok, były już słynne na całe miasto. Zawsze można było w nich liczyć na produkt wysokiej jakości, i to właściwie o dowolnej porze. A niektóre wprowadzały pięćdziesięcioprocentowe upusty dla policjantów, co nie wszystkim się podobało. Nowak nie miał oporów moralnych przed zjedzeniem u któregoś z przedsiębiorczych Turków. Opory miała czasami co najwyżej jego wątroba.

Z okien baru można było zobaczyć apartamentowce stojące na miejscu dawnego kina Sawa na placu Przymierza. Skądinąd właściwie żadne stare praskie kino nie przetrwało. Nie było od dawna bliźniaków Albatros i Mewa, znikło już kino Syrena na Inżynierskiej, gdzie teraz zainstalowało się jakieś studio telewizyjne. Świt na Bródnie podupadał, Praha została zamknięta, choć właściciel budynku myśli o otwarciu nowego kina po remoncie. Ciekawe, czy wróci tam wielki szklany żyrandol, który wisiał nad widownią... Pojawiło się za to kino w centrum handlowym Promenada. Jeden ze znajomych komisarza stwierdził, że jest ono przeznaczone chyba tylko dla dresów, i to takich z czterema paskami. Chociaż nie był tam nigdy, Nowak podejrzewał, że kolega po prostu nie miał szczęścia. To mogło się zdarzyć wszędzie. Sam z kolei nie lubił chodzić do kina. Włączone komórki i smród wydzielany przez popcorn doprowadzały go do szału. A także ludzie, którzy czuli się w obowiązku komentować to, co się dzieje na ekranie, jak w swoim domu przed telewizorem. Trudno, on też może posiedzieć przed telewizorem. Publiczna telewizja nadaje przecież świetne filmy. O drugiej w nocy.

Wprawdzie jakość chodnika i jezdni na Francuskiej niewiele się zmieniła od czasu, kiedy mieszkał w tych okolicach, zobaczył jednak, że pojawiło się sporo nowych sklepów i knajpek. Zostały także stare sklepiki i warsztaty – szewc, sklep z prezentami... Oprócz kina Sawa zniknął fizycznie sam plac Przymierza – istniał już teraz wyłącznie jako zbiór budynków z adresami.

Adresami... Nowak uśmiechnął się pod nosem. Walczyli-bronili-zwyciężyli. Takiej sztuczki mnemotechnicznej używał, żeby zapamiętać kolejność ulic, licząc od ronda Waszyngtona. Nazwy takie jak Walecznych, Obrońców, Zwycięzców, Alzacka, Lotaryńska czy nieistniejąca już Traktatowa, przebiegająca przez teren obecnie zajęty przez wodociągi, upamiętniały pierwszą wojnę światową i traktat wersalski. Wiele nazw pochodziło od krajów i regionów świata, wciąż mieści się tu sporo placówek dyplomatycznych.

Nowak lubił Saską Kępę. Nie czuł się związany z inteligencką tradycją tego miejsca, ale przecież nie o to chodziło. Co z tego, że ktoś kiedyś pisał o tej dzielnicy piosenki. Miejsca znaczyły dla niego coś więcej dopiero wtedy, kiedy się w nich pojawił. Po ślubie mieszkał z żoną przez trzy lata w wynajętej kawalerce na szóstym piętrze, w bloku na Ateńskiej, na pograniczu lepszej i gorszej Saskiej Kępy. Pamiętał widok z okna na zielone drzewa i na Wisłę... Letnią burzę, którą oglądali z balkonu, patrząc na rozbłyski piorunów nad wysokimi topolami. Pamiętał czarne koty, leniwie wygrzewające się za bramą wodociągu. Hałaśliwego, brzydkiego pieska za ogrodzeniem ambasady Argentyny, krzykliwe sroki na ogrodzeniach i dzikie kaczki łażące po osiedlowych trawnikach. Pamiętał nocne spacery wzdłuż Wału Miedzeszyńskiego. Wszystko było tak jak trzeba. Właściwi ludzie na właściwym miejscu, właściwe miejsce dla właściwych ludzi. Było, minęło.

Oczywiście miał też wspomnienie futbolowe: okrzyki Francuzów, mieszkających w okolicznych willach, po zdobyciu przez Les Bleus mistrzostwa Europy. I fajerwerki wystrzelone przez Włochów. Jak się okazało – zbyt szybko, bo Sylvain Wiltord wyrównał w ostatniej minucie i doprowadził do dogrywki.

4

W Pałacu Mostowskich czekał już przesłany przez Nowackiego raport z AFIS-a. AFIS, czyli Automatyczny System Informacji Daktyloskopijnej, pozwalał na szybkie wyszukanie zarejestrowanych odcisków palców. Algorytmy wyszukiwania były bardzo skuteczne i opierały się na porównywaniu pewnych charakterystycznych punktów kontrolnych ze wzorcem przechowywanym w bazie. Odpowiednio zaindeksowane dane – prawie dwa miliony kart daktyloskopijnych – można było przeszukać całkiem sprawnie. Oczywiście istotna była jakość śladu. Przeszukanie kartoteki mogło trwać minutę, mogło i kwadrans. System był tak użyteczny, że postanowiono przejrzeć akta niezamkniętych dochodzeń z ostatnich dwudziestu lat. Stare sprawy znajdowały czasami niespodziewane wyjaśnienie także dzięki badaniom DNA. Mogło się okazać, że ślady odkryte na miejscu zbrodni należały do notowanych osób, być może nawet skazanych za inne przestępstwa. Dzięki temu odkurzono kilka głośnych spraw, jak choćby śledztwo dotyczące zabójstwa byłego premiera Jaroszewicza i jego żony.

Wśród dziesiątków śladów znalezionych w tramwaju przez ekipę Nowackiego udało się jednoznacznie zidentyfikować odciski czterech osób notowanych w policyjnych kartotekach. Raport zawierał numery akt i nazwiska. Nowak poprosił asystentkę o ściągnięcie danych z innych systemów bądź wyszukanie ich w archiwum – przypuszczał, że większość i tak istnieje tylko w formie papierowej. Pani Ewa już po godzinie dostarczyła mu na biurko informacje o tych czterech osobach. Dwu drobnych złodziejaszków – mieli na koncie kradzieże kieszonkowe, a jeden z nich rozbój. Kolejny zidentyfikowany mężczyzna był wcześniej karany za ciężkie pobicie. No i jeden zawodowy złodziej na zwolnieniu warunkowym. Ten był najciekawszy. Tomasz Piekara. Ostatnio pracował jako dekarz na budowach. Dekarz, jak Małysz... Facet nie miał lęku wysokości i był całkiem sprawny fizycznie, więc często właził do mieszkań nawet na dziesiątym piętrze, wspinając się po balkonach. Wpadł w zeszłym roku po raz drugi, dostał dwa lata. Zgłaszał się regularnie na komendzie. Raczej wątpliwe, że miał związek z tą zbrodnią, ale trzeba go przesłuchać i tak. Mimo wszystko Nowak zostawił go na koniec. Ten od pobicia wydawał się głównym podejrzanym. Janusz Kościelniak, zameldowany w Płocku. Nowak zadzwonił do tamtejszej komendy i poprosił, żeby policja pojechała pod podany adres. Być może facet wciąż jest w Warszawie, ale przynajmniej spróbują ustalić, gdzie go szukać. Poprosił sierżanta Kwiatkowskiego o wysłanie ludzi, którzy zatrzymają obu kieszonkowców. Jeden mieszkał na Pradze, przy Grochowskiej, drugi na Bródnie, w bloku na Kondratowicza.

Po chwili nadeszły wyniki sekcji. Nic nowego. Śmierć w wyniku gwałtownego krwotoku wewnętrznego połączonego z zatrzymaniem akcji serca. Jedno celne i mocne pchnięcie ostrym, szerokim nożem. Położenie rany świadczyło o tym, że morderca zadał cios lewą ręką.

Posiedział jeszcze trochę nad dokumentami. Musiał przekazać prokuraturze materiały dwu innych spraw oraz wypełnić formularze związane z wnioskiem o zamknięcie śledztwa w sprawie zabójstwa jakiegoś dilera. Jego ciało znaleziono na Kępie Potockiej, sekcja wykazała przedawkowanie heroiny. Problem w tym, że facet nie był narkomanem, za to był znany jako dystrybutor sporych ilości towaru na osiedlach Ruda i Potok. Ruda... To osiedle ciekawie wyglądało wieczorem, z wiaduktu trasy AK. Wielki masyw z oknami tworzącymi dziwne wzory. Z daleka mogło się to wydawać nawet piękne. Jednak im bliżej, tym gorzej, przynajmniej w tym śledztwie. Nowak przypomniał sobie wrogość przesłuchiwanych handlarzy i narkomanów. Dochodzenie stanęło w miejscu. Policyjni informatorzy nie wskazali żadnych jednoznacznych tropów. Nie wiadomo, czy był to wyrok dla zbyt samodzielnego handlarza, czy początek wojny gangów. Wszyscy nabrali wody w usta, nie było śladów ani świadków. Nowak wiedział, że sprawa może znaleźć rozwiązanie w przyszłości – w trakcie jakiejś akcji przeciwko handlarzom narkotyków wyjdzie na jaw, że ktoś złożył odpowiednie zlecenie.

Kiedy już uporał się z papierami, zaczął przeglądać informacje na temat przestępstw popełnianych w środkach komunikacji publicznej w Warszawie. Bandyta przecież mógł już być notowany, mógł popełnić jakieś drobne przestępstwo w tramwaju czy autobusie. W statystykach zdecydowanie prowadziły kradzieże kieszonkowe. Niektóre linie były wymieniane jako linie szczególnego ryzyka. Głównie te, których trasa przebiegała obok bazarków, supermarketów i dworców. Linia 175 na lotnisko była od dawna pod specjalnym nadzorem. Miejsce ustawicznej wojny kanarów z gapowiczami i policjantów ze złodziejami. Również w tramwajach zdarzały się coraz częściej napady i rozboje. Wyrywano torebki i telefony komórkowe, a młodociani bandyci, grożąc pobiciem, zabierali pieniądze, walkmany i telefony młodszym z reguły od siebie dzieciakom. Właściwie trudno znaleźć chłopaka w wieku gimnazjalnym, którego by nie „skrojono” w ten sposób. No i wciąż działali zrywacze łańcuszków. Łańcuszków! Kurde, to chyba przedwojenna tradycja. Ludzie rzadko zgłaszali takie przestępstwa, na ogół nie robiąc sobie nadziei na odzyskanie swoich portfeli i komórek. Jeżeli ktoś miał wystarczająco dużo odwagi i sprawności, mógł próbować gonić złodzieja, zwłaszcza gdy ten działał sam i wyglądał na zwykłego bezczelnego gówniarza. Często ofiarami napadów stawali się handlarze ze Wschodu. Wietnamczycy zaczęli więc jeździć na stadion taksówkami – mieszkający w tym samym domu, na ogół w jednym lokalu, zbierali się w kilka osób i jechali z towarem. Koszt był niewiele większy niż przejazd komunikacją miejską.

W aktach regularnie pojawiały się informacje o napadach na kierowców autobusów podmiejskich, zwłaszcza na krańcach tras, przede wszystkim w soboty. Zdarzały się też oczywiście regularne bójki i wymuszenia w autobusach nocnych, zwłaszcza w weekendy, kiedy podpita albo lekko naćpana młodzież wracała z imprez. Był także przypadek pijanego szaleńca, który groził pasażerom nożem, w biały dzień zresztą. Raz ktoś na Ordona strzelał do autobusu z pistoletu. No i byli jeszcze pseudokibice... przekleństwo Miejskich Zakładów Autobusowych. Szczególnie w okolicach Łazienkowskiej i Rozbrat. Zakrzewski pewnie znalazłby także incydenty z Muranowa i Nowego Miasta... Nie było jednak do tej pory w Warszawie tak koszmarnego wypadku jak kilkanaście lat wcześniej w podmiejskim tramwaju w Zgierzu, kiedy bandyta wykłuł oczy współpasażerowi. W ostatnią niedzielę to się zmieniło.

Zadzwonił telefon.

– Panie komisarzu? – zgłosił się sierżant Kwiatkowski. – Przywieźli tych gówniarzy, których kazał pan zatrzymać. Będzie pan chciał ich przesłuchać?

– Tak. Ale niech sobie jeszcze posiedzą godzinę, półtorej.

On sam spędził ten czas na dalszym przeglądaniu dokumentów i statystyk wyciągniętych z baz KSP. Sprawdził też, czy któryś z zatrzymanych miał coś wspólnego z Oleszkiewiczem, na przykład czy nie był jego uczniem w liceum na Saskiej. Niestety, nie znalazł żadnych powiązań. Zadzwonił do Kwiatkowskiego jeszcze raz i polecił zaprowadzić obu chłopaków do sąsiadujących pokoi przesłuchań. Zszedł na parter i ruszył korytarzem. Uzbrojeni policjanci dali znać, że zatrzymani są na miejscu. Nowak zajrzał do pierwszego pokoju przez półprzezroczystą szybę. Dawid „Szymo” Szymański, lat dwadzieścia dwa. Wysoki, krótko ostrzyżony facet, o mocnej budowie ciała, siedział rozparty na krześle i bezczelnie patrzył w ścianę. Zdjął kurtkę, i widać było tatuaże na jego ramionach. Twardziel. Wiedział, że jest obserwowany, i najwyraźniej chciał dać do zrozumienia, że całą policję ma w dupie. Dostał już kiedyś parę miesięcy aresztu. Nowak zajrzał do drugiego pokoju. Ariel Jakubik... Chryste! Dawid, Ariel... Co za imiona w tym pokoleniu! Ten z kolei zachowywał się niepewnie. Co jakiś czas spoglądał na szybę. Drobny, szczupły, w jasnej kurtce. Również krótkie, obcięte tuż przy skórze włosy. Dopiero siedemnaście lat. Nowak postanowił zacząć od trudniejszego przypadku.

– No, to masz przesrane, chłopcze. – Nowak wszedł do pokoju i usiadł przed imiennikiem żydowskiego króla. Mundurowy stanął przy drzwiach.

– Ta, od urodzenia. A z kim mam przyjemność? – zapytał Szymański.

– Przyjemność jak przyjemność. Komisarz Adam Nowak, wydział do walki z terrorem kryminalnym i zabójstw.

– Terrorem? Wyglądam jak bin Laden?

– Znasz go? – Nowak rzucił na stół zdjęcie Oleszkiewicza.

– Nie znam dziada. – Szymański ledwo spojrzał na zdjęcie zamordowanego nauczyciela. – A powinienem?

– Jeżeli go zajebałeś, to powinieneś. – Na twarzy Szymańskiego pojawiło się zdziwienie. – Co robiłeś w niedzielę?

– Byłem w kościele.

– Jasne, pewnie jeszcze dałeś na tacę.

– Skąd pan wie? Nawet dychę rzuciłem.

– Bardzo miło z twojej strony. Gdzie byłeś wieczorem?

– Na grillu z kumplami.

– Na grillu? Nie za zimno na takie imprezy? Gdzie? Adres, nazwiska...

– A co to was obchodzi?

– Posłuchaj, gówniarzu... – Nowak zbliżył swoją twarz do twarzy młodego człowieka. Wiedział, że ten nie uważa się już za szczeniaka, co więcej, pewnie wyrobił już sobie odpowiednią pozycję w środowisku. Raczej sam nie kradnie, inni pracują dla niego. – Nie interesuje mnie, ile masz w domu kart kredytowych i telefonów. Choć kiedyś może to kogoś zainteresować. Szukam mordercy tego człowieka. – Puknął palcem w zdjęcie leżące na stole. – I to jest dla mnie najważniejsze. Wiemy, że jechałeś tramwajem, w którym znaleziono zwłoki. Masz przed sobą jeszcze piękną karierę i pewnie trafisz do pierdla na dłużej. Ale dożywocie to chyba jeszcze nie teraz, prawda? Wiesz, że mogę wystąpić o tymczasowe aresztowanie?

Szymański milczał przez chwilę.

– To znaczy, że chodzi o alibi, tak?

– Trafiłeś.

Kolejna chwila milczenia. Spojrzenie w ścianę.

– Umówiłem się z kumplami na Bemowie. Na parkingu pod centrum handlowym. Nie pod Carrefourem, tylko tym przy pętli.

– I co?

– I pojechaliśmy na panienki. Wie pan, co mam na myśli...

Nowak nie dał się sprowokować.

– Dokąd?

– Pod Babice.

– Adres!

Szymański podał adres i nazwę agencji towarzyskiej.

– O której to było?

– O siódmej.

– Masz kogoś, kto to potwierdzi?

Przesłuchiwany zawahał się.

– Hubert Zdunek, z Lencewicza na Bemowie.

– Braliście prochy?

– Nie, skąd. – Nie zabrzmiało to szczerze.

– Akurat. Jechaliście samochodem?

– Tak.

– Jakim?

– Toyota celica. Czerwona. Dziesięcioletnia. Nie moja.

– O której wyszliście?

– Przed dziesiątą. Trzecia godzina gratis.

– I co dalej?

– Pojechaliśmy do Huberta popić. O trzeciej nad ranem odwiózł nas do domu.

– Po pijaku?

– Pewnych rzeczy się nie zapomina nawet po pijaku. – Chłopak odzyskiwał bezczelność.

– I jesteś pewien, że nie widziałeś tego faceta w tramwaju? – zapytał Nowak. Tym razem Szymański przyjrzał się zdjęciu nieco dłużej.

– Nie. Na pewno nie. Jak go załatwili?

– Nóż w serce. Prosto i precyzyjnie. Potrafiłbyś tak?

Cisza. Na razie pewnie nie. Kwestia czasu.

– Radziłbym ci nie ruszać się z Warszawy. I zgłaszać na wezwanie. Będziemy sprawdzać, gdzie jesteś.

Nowak wyszedł z pokoju i polecił sierżantowi Kwiatkowskiemu wysłanie ludzi do Zdunka i do agencji towarzyskiej w Babicach, by ustalić, czy Szymański faktycznie tam był w podanych godzinach. Dał też sierżantowi kopię zdjęcia zatrzymanego.

Przesłuchanie młodszego z zatrzymanych również nie przyniosło rezultatu. Chłopak był przestraszony samym faktem, że zawieziono go do Mostowskich. Zapewne w niedzielę był „na robocie”, kręcił się między stadionem a Dworcem Centralnym, jeździł tramwajami, ale po południu wrócił do domu, na Bródno. Nie rozpoznał Oleszkiewicza, nie widział go ani tego dnia, ani nigdy wcześniej. Nie znał także Szymańskiego. Wydawało się, że mówi prawdę.

Nowak wrócił do siebie i przygotował protokoły zeznań, które przekazał Kwiatkowskiemu. Polecił wypuszczenie Jakubika natychmiast, gdy je podpisze, i dokładną obserwację samego podpisania. Po dwu godzinach przyszło potwierdzenie alibi Szymańskiego – policjanci odwiedzili matkę chłopaka, agencję i Huberta Zdunka. Szymański został zwolniony. Według sierżanta Kwiatkowskiego żaden z zatrzymanych nie był mańkutem – obaj podpisali dokumenty prawą ręką. Nowak następnie skontaktował się z Płockiem, z tamtejszą komendą rejonową. Nie mieli jeszcze dla niego żadnych informacji. Cholera ciężka, pewnie jeszcze nikt się tym nie był łaskaw zająć. Nowak delikatnie przypomniał o sprawie, wspominając, że chodzi o podejrzanego o dokonanie zabójstwa. Wysłał jeszcze maila do swojego kolegi pracującego w Płocku, chyba był teraz młodszym inspektorem w wydziale kryminalnym. Zawsze osobista interwencja kogoś na miejscu może być bardziej skuteczna niż kolejne telefony „z Warszawki”. Potem Nowak zadzwonił do Kowalskiego i poinformował go o dotychczasowych wynikach śledztwa. Umówili się na wtorek na spotkanie o czternastej.

Nowak dotarł do domu około dziesiątej wieczorem. Winda w bloku stała na parterze, ale znowu nie dało się otworzyć drzwi. Wszedł na pierwsze piętro i ściągnął windę, a przy okazji wyjął ze skrzynki korespondencję. Nie ma kto pisać do komisarza. Jak zwykle tylko ulotki supermarketów, producentów okien oraz firmy oferującej szybkie pożyczki. Nowak zawsze planował zgłoszenie na poczcie, że nie chce dostawać reklamowego śmiecia, nie miał jednak nigdy czasu, żeby w końcu pójść i to załatwić.

Miał w pojemniku trochę przedwczorajszego razowca, który nadawał się jeszcze do zjedzenia. Nowak zrobił kolację z tego, co było w lodówce, ale wykazał się fantazją: każda kanapka była z czym innym. Wreszcie mógł usiąść i nie myśleć o morderstwach. Włączył Exile on Main Street Rolling Stonesów, kupione na jakiejś wyprzedaży w Trafficu. Nic nie uspokajało go tak jak ta porządna, bluesowa płyta, na której – o dziwo – w zasadzie nie było przeboju. Nic to, dla niego przebojami były Tumbling Dice i Sweet Virginia. Kurde, faceci napisali tyle świetnych piosenek. Uśmiechnął się pod nosem. Jego była żona nie znosiła Stonesów. „Oddział geriatryczny szpitala psychiatrycznego”, mówiła. No i bardzo dobrze. Artysta musi być doświadczony przez życie, żeby zostać prawdziwym artystą. Dlatego Nowak rzadko cenił twórczość ludzi młodszych od siebie.

5

Rano krytycznie spojrzał na swoje odbicie. „Nie pomoże puder, róż, kiedy panna stara już”, mawiała jego babcia. Z lustra patrzył ponury facet przed czterdziestką, który przecież mógł wyglądać młodziej, gdyby tylko chciał. Ale jakoś nie wyglądał. Niby nie był jeszcze gruby, lecz brzuch zaczynał mu się już zaokrąglać. Kebaby, hamburgery i tłusta (ale tania) fasolka po bretońsku z policyjnej stołówki robiły swoje. No i siedzenie przy biurku albo w samochodzie. Dobrze, że rzadko siadał w tramwajach.

Nowak dotknął swojej jeszcze nieogolonej, szerokiej twarzy. Cera wyglądała niezdrowo. Dobrze, że nie palił, bo pewnie wtedy byłoby fatalnie. Podobno miał ładne brwi i rzęsy, co mówiła mu kiedyś żona. Wprawdzie dawno temu, ale zawsze. Rzęsy, na litość boską... Parsknął śmiechem.

– Go ahead, make my day – powiedział do lustra i przeczesał ciemne, gęste włosy. Z inspektorem Callahanem miał niewiele wspólnego. Chyba tylko to, że jego przełożony poradził mu, by jak najszybciej poszedł do fryzjera.

Kolejny dzień na komendzie zaczął od wstępnego zredagowania notatki, którą zespół prasowy miał przekazać dziennikom i stołecznym dodatkom do prasy ogólnopolskiej. Identyczna notatka powinna się znaleźć na stronach internetowych Komendy Stołecznej. Nowak dołączył do niej zdjęcie Oleszkiewicza. Rzadko w takich sytuacjach umieszczano w komunikacie zdjęcie ofiary, ale teraz nie było wyjścia. Szukano wszystkich, którzy widzieli zamordowanego i mogli udzielić informacji na temat tego, z kim ewentualnie rozmawiał w tramwaju linii 12, w godzinach wieczornych, w niedzielę siedemnastego kwietnia. Jeżeli ktoś zauważył coś nietypowego lub podejrzanego... Warszawska policja zwraca się z uprzejmą prośbą... I tak dalej.

– Pani Ewo – poprosił przy okazji asystentkę – czy może pani zadzwonić, hmm, do kurii?

– Do kurii, panie komisarzu?!

– No... – Nowak nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. – Do kurii arcybiskupiej, kurii metropolitalnej, warszawskiej... W sumie nie wiem, jak się ta instytucja nazywa. W każdym razie do instytucji Kościoła rzymskokatolickiego, która powołuje i odwołuje księży w parafiach. Do jakiegoś departamentu, wydziału.

– Ale do diecezji warszawskiej czy warszawsko-praskiej?

– Warszawskiej. Chodzi o księdza Brzechwę, odwołanego w tym albo w ubiegłym roku z parafii na Rakowcu. Nie wiem nawet, czy tam jest jedna parafia. W jakich okolicznościach go odwołano, co się z nim dalej działo, gdzie go skierowano, i tak dalej.

Nowak nie wierzył, że ksiądz ma coś wspólnego ze sprawą. Ale musiał to sprawdzić.

Przyszedł mail z Płocka. Kolega napisał, że tamtejsza policja zajęła się już Kościelniakiem. Sprawę faktycznie trzeba było popchnąć, jak się wyraził, bo notatka o telefonie od Nowaka leżała cały czas na biurku policjanta z wydziału kryminalnego.

Nowak zadzwonił do Józefa Markowskiego, motorniczego z dwunastki. Był w domu, tego dnia miał pracę na drugą zmianę. Mieszkał niedaleko Mostowskich, róg Orlej i Elektoralnej, więc Nowak postanowił przejść się do niego. Orla kojarzyła się komisarzowi z małym pawilonikiem z wdzięcznym szyldem „Przetwory ze śledzi”, który zajmowało teraz jakieś biuro rachunkowe. A może była to już nowa budka?

Mieszkanie w pomalowanym na żółto bloku z lat sześćdziesiątych było na pewno nie tak duże, jak mieszkanie Rzepeckiego na Saskiej Kępie, ale trochę podobne. Wprawdzie na półkach stało mniej książek, ale również widać było, że mieszkają tu starsi ludzie, którzy zdążyli dorobić się wnucząt. Nowak zauważył jednak pewną istotną różnicę: wciąż czuło się kobiecą rękę.

– Żona wyszła do hali na zakupy – wyjaśnił Markowski, jakby czytając policjantowi w myślach. – I co, wie pan coś więcej? Wiecie już, kto zabił tego nauczyciela?

– Nie, nie wiemy. Właśnie dlatego przyszedłem. – Nowak usiadł i wyciągnął teczkę z materiałami. – Panie Markowski, czy przypomina pan sobie któregoś z tych ludzi? Czy jechali pana tramwajem w niedzielę?

Motorniczy uważnie przyjrzał się rozłożonym na stole zdjęciom. Po chwili podniósł jedno z nich. Szymański.

– Tego chyba widziałem – powiedział. – Stał na przystanku. Na pętli przy Zielenieckiej.

– Przy Zielenieckiej? Naprzeciwko Teatru Powszechnego, tak? – Nowakowi to miejsce kojarzyło się z zapachem czekolady z pobliskiego Wedla, roznoszącym się na pół Pragi.

– Tak, tak. Ulubione miejsce złodziejaszków. Moglibyście coś z tym zrobić, to są ciągle ci sami ludzie! Wiadomo, kiedy pracują, wiadomo, kogo okradają.

– To nie są ciągle ci sami ludzie – mruknął Nowak. – W zawodzie doliniarza też jest rotacja. Kiedy pan go widział?

– Jakoś tak pod wieczór. Koło szóstej, siódmej.

– Był sam?

– Tak, nie widziałem, żeby ktoś z nim wsiadał.

– Zachowywał się jakoś dziwnie?

– Nie zwróciłem uwagi. Wsiadł do drugiego wagonu i tyle. On jest podejrzany? – zapytał Markowski. – Mógł zamordować tego człowieka?

– Nie sądzę. To złodziejaszek, jak pan powiedział. Ale tego dnia nie pracował. Święcił dzień święty.

– Daj pan spokój. Co za czasów żeśmy dożyli. Dla tych gówniarzy nie ma żadnej świętości. A wejdź pan mu w drogę, zwróć mu pan uwagę! Może pana pobić. Albo zabić. – Tramwajarz spojrzał na Nowaka. – Może tak właśnie było?

– Może tak było. Panie Markowski, niech pan się jeszcze dobrze przyjrzy pozostałym zdjęciom. Może coś się panu przypomni.

Jego rozmówca studiował uważnie fotografie.

– Nie. Nie przypominam sobie. Tylko tamten.

Cóż, nic z tego. Zbierał się już do wyjścia, kiedy Markowski zapytał:

– Panie Nowak, od kiedy pracuje pan w policji?

O, ktoś zwrócił się do niego po nazwisku. Ludzie, poznawszy jego stopień służbowy, bardzo lubili mówić „panie komisarzu”. Hm, on też to lubił.

– Od jedenastu lat – odpowiedział Nowak.

– Od jedenastu... No tak, młody pan jeszcze jest, przyszedł pan do policji już po tych wszystkich zmianach. Niech pan mi powie, dlaczego tak wszystko się obróciło na gorsze? Ludzie mówią, że za komuny było lepiej, i wie pan, czasami myślę, że coś w tym jest. Wtedy wszyscy się czuli bezpieczniej. No, nie mam racji? A teraz codziennie mówi się o gangsterach, o strzelaninach, o narkotykach. Panie, kiedyś tego nie było!

Typowa przemowa.

– Ma pan rację – odpowiedział Nowak standardowo. – Kiedyś było inaczej.

Nie chciał już wdawać się w dyskusję o tym, czy państwo totalitarne, nawet w takim siermiężnym wydaniu jak PRL, jest rzeczywiście idealną metodą na zwalczanie przestępczości. Ze starszymi ludźmi trzeba postępować jak z taksówkarzami: lepiej się z nimi zgadzać. Policjant, który chce wzbudzić zaufanie świadka i skłonić go do udzielania rzeczowych informacji, powinien o tym pamiętać. A czy Markowski miał rację? Niekoniecznie.

– To miasto zmieniło się na gorsze. Panie, stary już jestem, może to tylko takie wspomnienia. – Markowski westchnął. – No tak, wspomnienia, tylko to zostaje. Powinien pan poznać mojego kolegę, Janka Żurka. Też jeździł na tramwajach. Teraz już jest na emeryturze, ale ciągle działa w klubie miłośników komunikacji czy jak tam nazywa się to jego stowarzyszenie. Jak to mówią, chodząca encyklopedia. Kopalnia wiadomości o Warszawie, nie tylko o tramwajach.

– Może kiedyś nadarzy się okazja i to zrobię. Bardzo dziękuję za pomoc. Do widzenia panu. – Nowak uścisnął rękę motorniczemu. – I proszę zadzwonić, kiedy tylko pan będzie chciał mi coś nowego powiedzieć.

Pani Ewa była czymś zajęta, ale kiedy zobaczyła Nowaka, od razu do niego podeszła.

– Zadzwoniłam do kurii. To się nazywa Wydział Duszpasterstwa. Nie za bardzo chcieli ze mną rozmawiać, myśleli, że to jakaś dziennikarka. Są chyba uczuleni na ujawnianie informacji osobom z zewnątrz. Proszą o wystosowanie formalnego zapytania albo o osobistą wizytę w kurii.

– Z kim pani rozmawiała? Z osobą cywilną czy z jakimś księdzem?

– Z księdzem... księdzem Gellertem. Jerzym Gellertem.

– Czy może pani mnie z nim umówić na jutro po południu? Albo nie, lepiej na czwartek rano. To niedaleko stąd, prawda? Tam, gdzie sekretariat episkopatu, przy Wroniej? Znaczy przy Skwerze Wyszyńskiego?

– Nie, to nie tam, kuria ma siedzibę na Miodowej.

Cóż, tę sprawę i tak należało odłożyć, może Jadwiga Oleszkiewicz będzie jeszcze źródłem jakichś informacji. Nowak poszedł do stołówki i zjadł zrazy z kaszą, a po obiedzie pojechał na Raginisa.

– Pytałem paru informatorów z Bemowa. Nikt o niczym nie słyszał – powiedział Kowalski – ale mają się rozejrzeć. Byłem też u jednego chłopaczka, który od niedawna zajmuje się dilerką i może powęszyć, czy to miało coś wspólnego z narkotykami. No i poza tym odwiedziłem liceum Oleszkiewicza. Dyrektor ledwo znalazł dla mnie czas, cała szkoła żyje przygotowaniami do egzaminów, to pierwsza matura na nowych zasadach.

– Dowiedziałeś się czegoś? – przerwał Nowak. – Czegoś konkretnego?

– Nie. Potwierdziło się to, co mówił Rzepecki. Oleszkiewicz był trochę konfliktowy, był znany od dawna z antykomunistycznych poglądów.

– A ta stara historia z rodzicami, z tym, jak mu tam, Metelskim?

– Dyrektor pracuje w szkole dopiero od kilku lat, ale są nauczyciele, którzy tamto pamiętają. Opowiadali to samo, co Rzepecki. Nawiasem mówiąc, stary Metelski już nie żyje, a młody jest radcą prawnym w ambasadzie w Grecji.

– Czyli jakoś nikt nie miał złamanej kariery przez tamtą sprawę. Coś jeszcze?

– Dyrektor powiedział, że jeżeli będzie to potrzebne i jeżeli wystąpimy o to oficjalnie, przekaże nam listę uczniów. Mają zachowane dzienniki, a od niedawna wszystkie nazwiska zaczęli wprowadzać do systemu komputerowego. „Może się przydać na zjazdach rocznicowych”, tak stwierdził. W ogóle dosyć się przejął śmiercią jednego z najbardziej znanych nauczycieli w Mickiewiczu.

Tego dnia Nowak zadzwonił jeszcze do Płocka. Tym razem informacje były nieco bardziej konkretne. Mieszkanie Kościelniaka stało puste, sąsiedzi twierdzili, że był tam ostatnio dwa tygodnie temu, w sobotę. Widziano go, jak z torbą przewieszoną przez ramię wychodził z domu. Od tego czasu cisza. Nowak poprosił o obserwację domu i przynajmniej okresowe sprawdzanie tego, czy podejrzany nie pojawia się w okolicy, a także o przeprowadzenie wywiadu wśród rodziny i znajomych. Oficer po drugiej stronie słuchawki obiecał oczywiście pomoc, ale marudził coś o brakach kadrowych i poprosił o prośbę na piśmie. Chyba dziś wszystkich pogięło. Każdy chciał mieć jakiś kwit. W dwu kopiach, cholera jasna. A on sobie zachowa trzecią, jako tak zwany dupochron.

Wrócił do domu i włączył telewizor. Na ekranie pojawił się Joseph Ratzinger. Nowy papież, Benedykt XVI. Już nie oschły i zasadniczy, lecz uśmiechnięty i radosny. Była zatem nadzieja dla każdego. Nawet dla człowieka może mało zasadniczego, ale za to trochę oschłego, jak komisarz Nowak. Nawet dla „byłego katolika”, jak sam o sobie mówił. Radość jest w powietrzu, trzeba ją tylko znaleźć. Może w mieście z kolumną Trajana było o to łatwiej niż w mieście z kolumną Zygmunta. Nowak podniósł szklankę z piwem.

– Viel Glück – rzucił w kierunku uśmiechającego się duchownego. – Witamy nowego komendanta głównego.

Obejrzał wiadomości do końca, po czym włączył odtwarzacz CD. Rust Never Sleeps Neila Younga. Ostatnio była to jedna z jego ulubionych płyt. Neil akustyczny kontra Neil elektryczny. Thrasher i Pocahontas, ale też Sedan Delivery i oczywiście Hey Hey, My My. Ciekawe, jak się z wiekiem zmienia gust. Piętnaście lat temu Nowak nie był w stanie słuchać faceta w żadnym jego wcieleniu. Wydawał mu się potwornie nudny, miałki i męczący. I ten głos, a raczej jego brak... W czasach, w których Nowak chodził na koncerty rockowe, choćby na festiwal „Poza Kontrolą” do Remontu, nikt nie zawracał sobie głowy takimi starymi pierdzielami. Wypadało być miłośnikiem zimnej fali, punk rocka albo słuchać audycji Piotra Kaczkowskiego w „Trójce”. To były czasy! Po koncercie szło się do akademika, do znajomych z Riviery albo przez Pole Mokotowskie na Żwirki. Parę razy skończyło się to w pokoju zajmowanym przez świeżo poznane dziewczyny. A teraz... Teraz odkrył starego Kanadyjczyka, który przestał być dla niego wyłącznie żywą skamieniałością. Wspomagał go raz na parę tygodni, kupując jeden ze starych albumów.

6

Koło było dla Nowaka terenem tajemniczym. Zawsze łapał się na tym, że nie od razu potrafił umiejscowić ten fragment Warszawy między innymi dzielnicami, zwłaszcza od czasu, gdy przecięła go aleja Prymasa Tysiąclecia. Odcięty drogą szybkiego ruchu i torami kolejowymi, wciśnięty między Wolę, Powązki i Bemowo, kawałek Warszawy ze swoją historią. Większość domów zbudowano w latach pięćdziesiątych, po wojnie, ale były i starsze, jak całe osiedle Żeromskiego. Dowiedział się kiedyś, skąd pochodzi nazwa „Koło”: od zgromadzeń szlachty wybierającej króla w czasie wolnej elekcji. Pamiątką tego była granitowa kolumna z koroną na szczycie – pomnik „Electio Viritim” u zbiegu Ostroroga i Obozowej, czyli według Miejskiego Systemu Informacji, już na Młynowie, nie na Kole.

Na ulicach większość stanowili ludzie starsi, wychodzący na zakupy ze swoimi torbami na kółkach. Młodzieńcy pokroju tych niedawno zatrzymanych też tu się kręcili, ale nie o tej porze. Ich czas przychodził w nocy. Może w niedzielę któryś z nich został mordercą? Nowak wysiadł z autobusu 167 i wszedł na przejście dla pieszych, nie rozglądając się. Usłyszał głośny pisk opon. Spojrzał w prawo. Za kierownicą kuliła się przerażona dziewczyna, a siedzący obok wąsacz coś wykrzykiwał. Nauka jazdy. Egzaminatorzy z Bemowa bardzo lubili te okolice, zwłaszcza równorzędne skrzyżowania.

Starsza pani, która otworzyła drzwi komisarzowi, nie sprawiała na pierwszy rzut oka wrażenia smutnej. Ale na jej twarzy było widać przede wszystkim zmęczenie przeżyciami ostatnich dni. Na pewno nie była jeszcze do końca pogodzona z tym, co się wydarzyło.

Niska, szczupła kobieta w okularach, o gładko zaczesanych i spiętych z tyłu siwych włosach, zaprosiła go do środka.

– Niech pan wejdzie, panie komisarzu. Syn wyszedł do sklepu zrobić zakupy. Wie pan, siedzi tu przy mnie przez cały czas, wziął parę dni wolnego w pracy. Oczywiście najbardziej mi pomaga w załatwianiu wszystkich formalności. – Westchnęła. – Prawdę mówiąc, na mnie spada dzwonienie do bliższej i dalszej rodziny i opowiadanie o tym, co się stało. Już wolałabym chodzić do parafii i do zarządu cmentarza niż po raz dziesiąty mówić o tym wszystkim.

Nowak przypomniał sobie pogrzeb swojej matki. Formalności faktycznie były uciążliwe, ale zajęcie się organizacją pochówku pozwalało, o dziwo, na chwilę zapomnieć o samej śmierci. Złożył wdowie kondolencje i oboje usiedli przy stole nakrytym białym obrusem.

– Czy ktoś pani jeszcze pomaga? – zapytał.

– Jedna sąsiadka, wdowa... – Pani Oleszkiewicz przerwała na chwilę, jakby uświadamiając sobie dopiero teraz, że sama już jest wdową. – Ona jest trochę chora, więc wiele mi nie może pomóc. Jeszcze jest druga, ale to taka stara zołza, choć pewnie młodsza ode mnie. Rozumie pan, strasznie wścibska i mało życzliwa baba. Nie spodziewam się po niej niczego dobrego.

– Rozumiem. Taka, co śpi, dyszy i wszystko słyszy? Tak mawiała moja babcia – pospieszył komisarz z wyjaśnieniem.

– Tak, taka właśnie... O co pan by jeszcze chciał zapytać? Ten pana kolega, który poinformował mnie o śmierci męża, zadał parę pytań, ale nie bardzo mogłam mu odpowiedzieć.

– Nie dziwię się. Hm... Czy pani mąż się czegoś obawiał, czy ktoś mu groził, czy opowiadał pani o jakichś dziwnych wydarzeniach? Może był świadkiem przestępstwa, kradzieży?

– Nie, mąż nie mówił o żadnych dziwnych sprawach. I raczej niczego nie ukrywał. Nie mieliśmy tajemnic... Przeżyliśmy razem tyle lat, że nie dałoby się już nic ukryć.

– Przepraszam za pytanie, ale czy mieli państwo długi?

Nowak spodziewał się odpowiedzi, którą usłyszał.

– Ależ skąd! Radziliśmy sobie jakoś, z pomocą syna. Zresztą, panie komisarzu, w naszym wieku ważne jest przede wszystkim zdrowie i spokój, a nie wysokość emerytury. Przy pewnej wysokości emerytury wprawdzie trudno o spokój...

– Proszę powiedzieć... Kiedyś, kiedy jeszcze pan Witold uczył w szkole, czy miał jakieś problemy?

– W latach osiemdziesiątych, w stanie wojennym. Wie pan, mąż nigdy nie krył się ze swoimi poglądami, więc czasami miał z tym kłopoty, niekiedy rodzice chcieli wpłynąć na dyrektora, żeby ukarał Witka za nieprawomyślność – powiedziała pani Jadwiga. – Ale jakoś rozchodziło się to po kościach. Zresztą już ponad dwadzieścia lat od tego minęło. Stare dzieje.

Nowak postukał długopisem w stół. Szkoda czasu.

– Podobno pani mąż pokłócił się kiedyś z jakimś księdzem?

– A skąd pan o tym wie? – Wdowa spojrzała na Nowaka ze zdziwieniem. – Tak, to było... ze dwa lata temu. Ksiądz był u szwagra po kolędzie. Szwagier rok wcześniej stracił żonę i chciał, żebyśmy go wtedy odwiedzili. No a ksiądz zamiast pocieszyć Staszka, zaczął go pytać, czy myśli o testamencie. Ksiądz na pewno zarabiał na tym sporo pieniędzy, oczywiście nie wszystko szło na parafię.

– A na co?

– Hazard. Długi karciane. Wyobraża pan sobie? – Westchnęła. – No, ale o tym się dowiedzieliśmy później. A wtedy, u Staszka, mąż nie wytrzymał i wykrzyczał księdzu prosto w oczy, że hańbi Kościół, którego powinien być pasterzem, że nie myśli o ludziach, tylko o zysku. – Wdowa uśmiechnęła się. – Może Witek był czasami trudnym człowiekiem, ale na pewno uczciwym.

– Czy to miało jakiś dalszy ciąg? – zapytał Nowak.

– Szwagier mówił, że tego księdza już w parafii nie ma. Kuria dowiedziała się od ludzi o wszystkim i odwołali go. Ale mąż nie miał z tym nic wspólnego.

– Pamięta pani nazwisko tego księdza? – zapytał Nowak.

– Tak, nazywał się Brzechwa, Ludwik Brzechwa.

Nowak zadał jeszcze parę pytań dotyczących niedzieli i zapisał adres Stanisława Oleszkiewicza. Nie dowiedział się nic więcej ponad to, co już udało się ustalić Kowalskiemu i co powiedział Rzepecki. Wdowa obejrzała zdjęcia przestępców z kartoteki, nigdy żadnego z nich nie widziała. Zbierał się już do wyjścia, kiedy usłyszał chrobot klucza w drzwiach.

– Dzień dobry, mamo! – Z przedpokoju dobiegł głos młodego mężczyzny i szelest foliowych toreb, zwanych w Polsce reklamówkami. Mimo że z reguły nie było na nich żadnych napisów. – Masz gościa? – W drzwiach pojawił się człowiek o twarzy trzydziestolatka, ale szpakowate włosy i zmarszczki pod oczami świadczyły o nieco starszym wieku. – A, to pewnie ten policjant?

– Tak, proszę pana, to ten policjant. Adam Nowak z Komendy Stołecznej.

Krzysztof Oleszkiewicz spojrzał na komisarza bez cienia sympatii.

– Już to chyba panu mówiłem. Delegowałem pewne uprawnienia na państwo. Na państwo, które w pewnej mierze toleruję i przyznaję mu, wprawdzie niechętnie, prawo do dysponowania częścią mojej wolności. Mam więc powody oczekiwać, że moje podatki zostaną przeznaczone na właściwy cel. Zwłaszcza w sytuacji, w której oczekuję działania przedstawicieli władzy w mojej konkretnej, osobistej sprawie.

– Po pierwsze, nie tylko pańskiej. Po drugie, zapewniam pana, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby znaleźć mordercę lub morderców pańskiego ojca. Praktyka dowodzi, że śledztwa w sprawie morderstwa bardzo rzadko kończą się niewykryciem sprawcy.

– Liczę na to. – Młody Oleszkiewicz spojrzał ponownie na Nowaka. – Wie pan co? Pewnie ponad jedną trzecią czasu spędzam u siebie w mieszkaniu, z żoną i dziećmi. Wieczorem, w nocy, nad ranem, w weekendy. I za moje bezpieczeństwo w tym czasie odpowiedzialna jest agencja ochrony, za którą również płacę...

– Tak, i zaraz pan