Przystanek Kostaryka - Grażyna Obrąpalska - ebook
Opis

O książce
Grażyna i Jacek Obrąpalscy zamieszkali w kostarykańskim Atenas w 2007 roku, opuścili je w 2010. Kupili działkę, zbudowali dom, założyli i pielęgnowali ogród. Zaprzyjaźnili się z sąsiadami. W nowych realiach uczyli się życia skutecznego. Nie tylko podziwiali Kordyliery z tarasu swego domu, ale też na śmierć i życie walczyli z prawami tropikalnej natury, wpadali w pułapki codzienności, doświadczyli, czym w praktyce jest pura Vida.
Relacja Obrąpalskiej jest opowieścią bez złudzeń. Przedstawiając również migawki z wyjazdów do Nikaragui i Panamy, autorka posługuje się wyrazistą kreską, odkrywa wzajemne związki między sąsiadami – polityczne, ekonomiczne, kulturowe. Pisze jak ktoś, kto wie, że nie tak blisko do raju.
Przystanek Kostaryka” to pierwsza pozycja wydawnictwa JanKa z serii książek-relacji, pisanych nie przez podróżników czy reporterów, lecz przez ludzi, którzy próbują żyć jak tubylcy, doświadczyć tego, co opisują.

Autorka o książce:
To jest książka o podróży, która stała się książką o przyjaźni. Nie o zaliczaniu krajów, chociaż zobaczyłam ich sporo. Lecz o tym, jak my zmieniamy świat i jak świat zmienia nas. Nie ma już naszego domu w Kostaryce, ale są w niej ciągle nasi przyjaciele. I to do nich wracam.

Jarosław Czechowicz:
To snuta niespiesznie narracja o przenikaniu świata, jaki trudno nazwać rajem na ziemi, a jednak przez chwilę się nim staje. Bez egzaltowanych uogólnień, bez chwytających za serce i wyobraźnię środków typowego reportażysty. Bez czynienia z tej opowieści niczego więcej niż historii o tym, w jaki sposób przez trzy lata autorka wraz z mężem mierzyła się z trudami życia w kraju co najmniej specyficznym. Nazywanym „Szwajcarią Ameryki Środkowej”, ale to miano – jak wiele różnych mitów – zostanie w książce Obrąpalskiej skonfrontowane z trudami życia codziennego gringo, dla których Kostarykańczycy są otwarci i mili, ale którym ich wielka kostarykańska rodzina nigdy nie uchyli drzwi na tyle, by przestali być obcy; jakkolwiek poważani, lubiani i cenieni…

Grażyna Martenka-Obrąpalska urodziła się w Szczecinie, przeważającą większość życie spędziła, podróżując po świecie. Absolwentka Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Wydała dwa tomy wierszy, jedną powieść, sporo drobiazgów literackich. Obecnie mieszka w USA, w Północnej Karolinie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 259

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Grażyna Obrąpalska

Przystanek Kostaryka

To jest książka o podróży, która stała się książką o przyjaźni. Nie o zaliczaniu krajów, chociaż zobaczyłam ich sporo. Lecz o tym, jak my zmieniamy świat i jak świat zmienia nas.

Nie ma już naszego domu w Kostaryce, ale są w niej ciągle nasi przyjaciele. I to do nich wracam.

Tę książkę dedykuję wszystkim przyjaciołom, bez których nasza Kostaryka byłaby tylko tragikomiczną przygodą trochę naiwnych Polaków, a dzięki nim stała się czymś znacznie więcej. Także Jackowi, który towarzyszył wszystkim moim podróżom.

1. Skąd przyszliśmy, dokąd idziemy

Odpowiedź na pierwszą część pytania jest prosta – z Polski. Na drugą odpowiedzi jeszcze nie znamy. Jesteśmy w drodze. Gdzie szukać początku naszej podróży?

Początków mogło być kilka.

Jeden z nich to z pewnością późna jesień 1986 roku. Mieszkaliśmy na warszawskich Stegnach w trzydziestometrowym mieszkanku po Sławomirze Idziaku. To jedyne, co mogło nobilitować szarą dziurę na parterze – poprzedni lokator, filmowiec o światowej sławie. Rok wcześniej Jacek wyjechał do Nowego Jorku pod pretekstem zbierania materiałów do doktoratu. Rozpoczął go w Instytucie Sztuki PAN. Jego promotorem był profesor Aleksander Jackiewicz, przedwcześnie zmarły wybitny teoretyk i krytyk filmu. Faktycznym celem wyjazdu Jacka było jednak zarobienie pieniędzy. I tak zostałam sama z malutkim dzieckiem. Ania, urodzona 1 listopada 1982 roku, miała w chwili wyjazdu Jacka niespełna trzy lata. Warszawa była szara, a z Greenpointu przychodziły paczki z pomarańczami. Jacek w ciągu dnia pracował przy lakierowaniu drabin, a w nocy – w fabryce pierza, gdzie ten szlachetny surowiec wydobyty ze starej pościeli prano i sprzedawano powtórnie. Wrócił po sześciu miesiącach, a przywiezione przez niego trzy tysiące dolarów były wtedy sumą gigantyczną. Starczyły na pełną wpłatę w spółdzielni mieszkaniowej i jeszcze zostało.

Ale jest możliwy i inny początek.

Po studiach na polonistyce UW, po czwartym roku rozpoczęłam pracę w warszawskim Muzeum Literatury. Zawsze była to, i jest, świetna instytucja. Dzięki Muzeum Literatury dostałam od życia wspaniałą szansę – pracę przy boku Jarosława Iwaszkiewicza.

Dom w Stawisku odwiedziłam przypadkowo, celem wizyty było wypożyczenie rękopisów na wystawę teatraliów w Muzeum Puszkina w Moskwie. Po dłuższej rozmowie pisarz zainteresował się między innymi moim, z ukraińska brzmiącym, nazwiskiem Martenko lub Martenka (tylko ta ostatnia wersja jest prawidłowa). Zostałam zaproszona na podawany zawsze o trzeciej obiad. Po dwóch bodaj dniach od pierwszej wizyty Mistrz zadzwonił osobiście i zaproponował mi pracę przy porządkowaniu swojego olbrzymiego archiwum.

W pierwszej chwili odmówiłam, o zgrozo. Przestraszyłam się, że przepadnie mi etat. Bo co, jeśli po paru miesiącach Mistrz zmieni zdanie? Do Muzeum nie będę mogła już wrócić. Ale dla Jarosława Iwaszkiewicza nie było rzeczy niemożliwych. W sobie tylko właściwy sposób sprawił, że mój etat został przeniesiony do Stawiska. Kto wie, może to był pierwszy etap wędrówki?

W każdym razie tak rozpoczął się trzyletni okres pracy, a przez ostatni rok także mieszkania na Stawisku, przerwany śmiercią pana prezesa, bo tak najczęściej zwracaliśmy się do pisarza. Okres fantastyczny, spędzony pośród niezwykle interesujących ludzi.

Każdy dzień przynosił nowe wrażenia, nową wiedzę. Chłonęłam wszystko jak gąbka. Żyła jeszcze wtedy ostatnia z sióstr Jarosława Iwaszkiewicza, pani Jadwinia, chodząca o lasce i prawie niewidząca, ale ciągle pełna życia. W niepogodę zawsze proponowała mi kieliszeczek słodkiego, mocnego trunku, przechowywanego w przepastnej szafie.

Także Anna Iwaszkiewiczowa znajdowała czas na rozmowę ze mną, a we mnie rósł wielki szacunek dla jej intelektu i przymiotów charakteru. Pani Anna, szczupła, ze śladami wielkiej urody, poruszała się bardzo szybko, zawsze była czymś zajęta. I bardzo kochała swoje wnuki. Maciej Włodek, najstarszy z nich, mieszkał wtedy na Stawisku z żoną i malutką Ludwiką, której nie widziałam od lat, ale patrząc na jej zdjęcia, widzę podobieństwo do pani Anny, tę samą pełną życia twarz. Pamiętam też, jak wielkim świętem było dla Władysława Kuświka, wieloletniego pracownika Stawiska (kierowcy, ogrodnika, kucharza), zabieranie na spacer Ludwiki; nakładał na tę okazję wyprasowaną, niedzielną koszulę. Kiedy państwo Kuświkowie wyprowadzili się ze Stawiska w 1979 roku, prezes zaproponował nam zamieszkanie w wielkim domu. Zwolnił się obszerny pokój na parterze (niegdyś mieszkał w nim Stanisław Lilpop, ojciec pani Anny). Ulokowaliśmy się w nim my, świeżo po ślubie. Pamiętam jeszcze, że pani Anna, głęboko wierząca, zapytała mnie, czy bierzemy także ślub kościelny.

Pisząc o Stawisku, nie mogę pominąć Zofii Dzięcioł, osoby niezmiernie ważnej w życiu domu, zajmującej się wszystkim – od gotowania (świetnego) do pomocy starszym. Rola Zosi znacznie wykraczała poza funkcję gospodyni, dzięki jej wrodzonej inteligencji i niezwykłemu zmysłowi obserwacji.

Był też w domu pisarza Szymon Piotrowski – szofer, sekretarz, totumfacki. Osoba trudna.

Jarosław Iwaszkiewicz zmarł 2 marca 1980 roku. Mnie pozostała najcenniejsza pamiątka, jeden z jego ostatnich listów, napisany już w klinice na kawałku papieru w kratkę czerwonym długopisem, częściowo nieczytelny. Zaczyna się: Droga Grażynko, proszę o troskę o papiery, a kończy: Do widzenia, Jarosław. Przekazała mi go pani Maria Iwaszkiewicz.

Moje Stawisko zamknęło się latem 1980 roku. Fizycznie, choć psychicznie we mnie pozostało, uzdatniając do podróży, otwierając na inną rzeczywistość. Na świadomość, że w moim życiu mogą pojawiać się nowe miejscowości i pejzaże. Ważne, ale nie najważniejsze. Bo najważniejsze to bliscy, przyjaciele. Ludzie wpisani w kontekst mojej niekończącej się podróży, z kilkoma ważnymi miejscami. Szczecin, Warszawa, Stawisko, Nowy Jork, Kostaryka, Północna Karolina. I wieloma mniej ważnymi.

Najważniejsi są ludzie, przyjaźnie, do których mam wielkie szczęście.

W listopadzie 1982 roku urodziła się Ania. Ja zaś przerwałam pracę i zajęłam się wychowaniem córki. Kiedy Ania poszła do prywatnego przedszkola, wróciłam do pracy na Stawisku, w tym momencie już Muzeum Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów.

Kiedy więc w 1986 roku Jacek powtórnie pojechał do USA, ja, otrzymawszy bezpłatny urlop, po dziesięciu miesiącach od rozstania z mężem wylądowałam na lotnisku JFK w Nowym Jorku, trzymając za rękę czteroletnią Anię i taszcząc niebieską plastikową walizkę. Reszta dobytku, składająca się głównie z książek i paru podniszczonych mebli, została na Stegnach w Warszawie.

Zaczął się amerykański okres naszego życia. Miał trwać krótko, najwyżej dwa lata. Z Polski nie wyjechałam obrażona na mój rodzinny kraj, nie było we mnie złych emocji, ale moje pierwsze lata w Ameryce były trudne psychicznie. Wyjazd zaczął zamieniać się w emigrację. Budowała go, w najważniejszym stopniu, rzeczywistość rodziny. Dziecko w szkole, praca, później moje studia. Pomogły zmiany w Polsce – wizyty stały się łatwiejsze, kontakty z krajem mniej skomplikowane. Po kilku latach emigracja stała się po prostu zmianą miejsca zamieszkania.

Lekcje angielskiego brane w Warszawie niewiele nam dały. Nasze wykształcenie humanistyczne wystarczyło tylko na podjęcie typowej pracy dostępnej humanistom i analfabetom – sprzątania. Ten okres sprzątania, opiekowania się dziećmi, uczenia ich polskiego nie trwał jednak długo. Postanowiłam zdobyć jakiś konkretny zawód. Podjęłam studia na uniwersytecie. Jacek nie był taki ambitny i za karę sprzątał znacznie dłużej.

Po wolontariacie w szpitalu postanowiłam zostać pielęgniarką. Jest to zawód w Ameryce bardzo szanowany i świetnie opłacany. Nauka nie była przyjemnością. Zajęcia z chemii, biologii, statystyki, fizyki dla mnie, humanistki, parającej się językiem, przynosiły olbrzymi stres. Często przed egzaminem zalewałam się łzami. Ale o poddaniu się nie było mowy, choć z siedemdziesięciosobowej grupy na moim roku do końca studiów dotrwała tylko szesnastka. Z różnym powodzeniem zdawaliśmy końcowy trudny egzamin licencyjny; mnie udało się za pierwszym razem i to była ostatnia przeszkoda przed podjęciem pracy.

Z tytułem registered nurse rozpoczęłam pracę w renomowanej instytucji – Staten Island University Hospital – znanej między innymi z tego, że była ostatnią, bezskuteczną deską ratunku dla umierającego na raka George’a Harrisona. Gwoli prawdy, wielu pacjentów wyleczyliśmy. Zabijała mnie ilość papierkowej pracy. Co za strata czasu, jęczałam. Brakowało go na obopólnie uzdrawiające rozmowy z pacjentami, które dawały mi satysfakcję i za które oni mnie kochali.

Jacek w tym czasie wspinał się z trudem po szczeblach kariery w Goldman Sachs. Nie było to, co prawda, zajęcie bankiera czy doradcy finansowego, ale pod koniec odpowiadał za funkcjonowanie całego olbrzymiego budynku na 85 Broad Street w Nowym Jorku.

Wygląda to teraz lepiej w opisie, niż było w rzeczywistości, kiedy wzywano go do pracy w środku nocy, ponieważ (na przykład) zaczął padać śnieg i trzeba było zorganizować działania ekipy oczyszczającej teren wokół prominentnego budynku. I tak funkcjonowaliśmy dzień po dniu, noc po nocy. Aż się dziwię, że jeszcze mieliśmy siłę spędzać znaczną część czasu w Carnegie Hall, Brooklyn Academy of Music, Lincoln Center, Blue Note, Village Vanguard, małych teatrzykach na East Side, wyjeżdżać na bliższe i dalsze festiwale muzyczne – do Newport, Saratogi.

Zimą jeździliśmy na narty – blisko, do Hunter Mountain, ale i dalej, do Killington, Aspen, Taos, Mont Trembland w Kanadzie. Lista byłaby dłuższa, ale pisałam, że sedno nie tkwi w nazwach miejscowości.

Trwałoby to prawdopodobnie jeszcze długie lata, gdyby nie tragedia 11 września 2001, która przewartościowała nasze priorytety życiowe. Tego ranka, jak codziennie, pojechałam do mojego szpitala. Ania właśnie rozpoczęła pracę na pół etatu w Goldman Sachs, którego budynek mieścił się około dwustu metrów od World Trade Center. Jacek jechał do swoich zajęć później. Na środku Verrazano Bridge zobaczył pierwszy samolot wbijający się w wieżę. Zdezorientowany, zadzwonił do mnie. Ja, zajęta, nie podeszłam do telefonu.

Nie zdawaliśmy sobie sprawy z rozmiarów tragedii. Po chwili rozpętało się piekło. Zdążyłam zadzwonić do Szczecina – do rodziców. – Wszystko w porządku, żyjemy – uspokoiłam.

Jacek utknął na Brooklynie, Ania w pracy w budynku bez światła, klimatyzacji, zasypana szarym popiołem. Straciłam z nimi kontakt – telefony nie działały. Spotkaliśmy się w domu na Staten Island bardzo późnym wieczorem.

Po 11 września Nowy Jork już nie był taki sam. I nigdy nie będzie. Zniknęła część amerykańskiego optymizmu i pogody. Parkujący przed naszym domem ciemnozielony volkswagen jetta, którym jeździła Ania, we wtorek późnym wieczorem wrócił z Manhattanu pokryty szarym pyłem. To było jak metafora. Staten Island Ferry, nasz lokalny prom, którym przepływaliśmy z naszej wyspy na Manhattan, ze względów bezpieczeństwa na dolnym pokładzie nie woził już samochodów. Wielu znajomych, przyjaciół, pacjentów dotknęła śmierć bliskich. Niedaleko za progiem domu, na codziennym spacerach z psem, mijaliśmy czerwony budynek straży pożarnej. Z boku budynku pozostał pas ziemi, którym opiekował się jeden ze strażaków. Zawsze miał takie piękne pomidory. Pasja do grzebania w ziemi ciągle tkwiła mocno w genach mieszkańców naszej wyspy, w większości potomków włoskich emigrantów. Strażak zginął pod gruzami World Trade Center. Może jest miejsce, gdzie traumy będą nas omijać z daleka, mniej widoczne, zastanawialiśmy się.

Oboje dawaliśmy sobie świetnie radę w Ameryce. Mieliśmy dobre prace, każde z nas dobrze zarabiało. Nasze ukochane dziecko przestało być dzieckiem, skończyło kolejne studia z tytułem MBA, zamieszkało z narzeczonym, teraz już mężem, i już tak bardzo nas nie potrzebowało.

Postanowiliśmy wyruszyć znowu w świat. Sytuacja finansowa była niezła. Przez lata pracy nie udało nam się wydać wszystkiego na podróże, a bankietowaliśmy z umiarem. Odkryłam w sobie nieoczekiwane talenty finansowe i moje inwestycje, nawet w czasach ciężkiego kryzysu, przynosiły nieduże, ale zawsze zyski. Mimo wszystko, postanowiliśmy poczekać na ukończenie przez Jacka 62 lat, kiedy mógł przejść na bardzo wczesną emeryturę. Gwarantowało to nam nieduży, ale stały dopływ gotówki na przyszłość. Ja, młodsza, z przyjemnością rzuciłam stresującą pracę w szpitalu.

2. Zachwyt Jacka, czyli początek

Najtrudniejsza jest pierwsza decyzja, pierwsza emigracja, pierwsze rozpakowywanie kartonów z książkami. Potem wszystko jest znacznie prostsze. Przenosimy się łatwiej, pakujemy i rozpakowujemy szybciej, stresów mniej, wnikanie w nowe kultury łatwiejsze.

To wieczne szukanie dla siebie miejsca w świecie może wydawać się schizofreniczne, i pewnie trochę jest, tyle że trudno pozbawić się ciekawości świata, jeśli się ma trochę pieniędzy. Ale od kategorii tułaczy różni nas bardzo wiele. Jak na włóczykijów, jesteśmy w sumie strasznie poukładani i zbyt normalni, lubiący dobre jedzenie, dobre wina, dobrą kompanię, nie uciekający przed zobowiązaniami. To dość skomplikowane – nasze nawyki umieszczone w kontekście cech kogoś, kto spędził całe życie w komforcie jednego języka, jednego kraju, klimatu, kultury, mogą wydawać się co najmniej dziwne.

Ale w porównaniu z pewnego typu ludźmi, powiedzmy conradowskimi, przemieszczających się bezustannie po świecie, jesteśmy raczej normalni. To jest wielki dar. Normalniejsi posiadają luksus widzenia więcej – nie zżera ich walka o przetrwanie. My nie uciekamy przed prawem czy poszarpanym życiem. Interpol nas nie poszukuje (jeszcze). Dzieci po nas nie płaczą, wierni przyjaciele włóczą się za nami.

Ale może to relatywna normalność. I ja, i Jacek, mój mąż od ponad trzydziestu lat, nie potrafimy chyba długo usiedzieć na jednym miejscu.

Są ludzie, którzy chcą przebiegnąć, przemaszerować lub przesiedzieć życie. Jacek – biegnie. Ja – wolę maszerować. Ale też przysiąść czasami na krzesełku. I tak przysiadłam na trzy lata w Kostaryce.

Są kraje, z których ludzie łatwo wyjeżdżają. W Ameryce nikogo nie obchodzi, czy ktoś wyjechał i czy wrócił, czy nie. Jest to wyłącznie sprawa rodziny i przyjaciół, rozliczanie trafności decyzji w kategoriach egzystencjalnych jest obce mentalności amerykańskiej.

Także powrót, jak było w naszym przypadku, okazał się przyjemnością. Rodzina i przyjaciele cieszą się, nowi znajomi i przyjaciele są zaciekawieni, a filozoficzne pytanie „dlaczego” pojawia się, jeśli już, bardzo rzadko.

„Każda podróż ma swoje sekretne przeznaczenie i sekretny cel, o którym najczęściej nie wiemy”, powiedział filozof Martin Buber. Jaki jest nasz sekretny cel i jakie sekretne przeznaczenie?

Przez świat przemieszcza się ludzki chaos. Najlepiej to widać w krajach o łagodnym klimacie. Łatwiej w nich przetrwać. Widać to doskonale na skwerze przed frontem Hotelu Gran, najpiękniejszego w San José. W środku mieszkają mądrzejsi i bogatsi. Na zewnątrz grzeją się na zawsze łaskawym słońcu ci, którym się nie chciało. Upić się można łatwo, liczne napoje alkoholowe są tanie. Za całą garderobę wystarczają spodnie i koszula. W sezonie deszczowym bywa bardzo mokro, ale nigdy nie jest zimno. I tak można żyć przedłużoną młodością aż do brudnej starości.

A rajskie miejsce, a raczej El Paradiso, jak często określa się Kostarykę – czy istnieje? Zobaczymy, przekonywaliśmy się, chłonąc kolejne dawki optymizmu, który przynosiło słońce.

Kostaryka stała się więc kolejnym miejscem, do którego chcieliśmy się przenieść. Była to, jak nam się wydawało, decyzja solidnie przemyślana i przygotowana. To Szwajcaria Ameryki Środkowej, w pierwszej dziesiątce krajów najlepszych do zamieszkania, czytaliśmy w przewodnikach. O tym, jak jest to bliskie prawdy, mogliśmy się niedługo przekonać na własnej skórze.

Po raz pierwszy do Kostaryki wybraliśmy się w styczniu 2005 roku. Naszym punktem docelowym było Puntarenas, spore miasto na wybrzeżu Pacyfiku.

Lot z Nowego Jorku do San José był dość przyjemny. Jego długość – poniżej pięciu godzin w samolotowej puszce – łatwa do zniesienia. Jak w każdej podróży zabrane z domu kanapki i kupione na pokładzie meksykańskie piwo wystarczyły na parę godzin. Jedzenia samolotowego nie tolerowaliśmy nigdy.

Lotnisko Juan Santamaria było czyste, dobrze zorganizowane, kolejka do odprawy paszportowej przesuwała się szybko, na bagaże nie czekaliśmy długo. W toaletach zobaczyliśmy świeże kwiaty, podłogi były nieskazitelnie czyste – nie do porównania z Nowym Jorkiem. Jacek krzyczał: – Jesteśmy w cywilizacji! – Jego entuzjazm, jak zwykle, opadał z latami.

So far, so good. Przed lotniskiem stał rząd identycznych czerwonych taksówek marki Toyota. Do chwili otwarcia drzwiczek wyglądały na prawie nowe. Dostaliśmy numerek, zapłaciliśmy w okienku na lotnisku, uścisnęliśmy dłoń zdziwionemu kierowcy, któremu wydawało się, że mówi po angielsku. I tak zaczęła się jazda.

Ja usiadłam z przodu i ta decyzja uratowała mi życie. Klimatyzacja ledwo działała. Jacek na mocno podniszczonym siedzeniu z tyłu jęczał: – Już nie wytrzymam! – Patrzyłam z obawą na jego poszarzałą twarz. Walkę z mdłościami widać było nawet w oczach. Jechaliśmy po czymś, co nie powinno być nazwane drogą, to były głównie dziury połączone niewielkimi odcinkami asfaltu.

Okazało się później, że do Puntarenas prowadziła jeszcze jedna, znacznie lepsza droga, ale o parę kilometrów dłuższa i nasz kierowca wolał zaryzykować zniszczenie samochodu, ale za to oszczędził może z dziesięć kilometrów. Benzyna jest tutaj droga. I zawsze była.

Z tego rodzaju absurdalną logiką przyjdzie nam obcować przez następne parę lat, kiedy już zamieszkamy w Kostaryce.

Tymczasem po ponaddwugodzinnej katordze z klimatyzacją wydzielającą ograniczoną dawkę ciepławego powietrza, dotarliśmy do naszego punktu docelowego.

Powitał nas straszliwy upał i długa kolejka do recepcji. Mój półżywy mąż padł na kozetkę w hotelowym lobby. Welcome to Paradise. Pura vida. Musieliśmy wyglądać dosyć egzotycznie, manager się zlitował. – Niech pani zabierze te zwłoki, dam pani pokój natychmiast – powiedział.

Alkohole zaczynano serwować o dwunastej, było grubo wcześniej, ale przed nami wszystkie pięć barów stanęło otworem. A drinki były za darmo. Może nie będzie tak źle, pomyślałam.

Przez następny tydzień Jacek od południa do wieczora wypijał jakieś słodkie mieszanki alkoholowe, ja ograniczałam się do czystej i koniaku.

Tej dyscyplinie zawdzięczałam trzeźwiejszą ocenę rzeczywistości, w przeciwieństwie do mojego wiecznie rozbawionego męża, który zachwycał się prawie wszystkim. Kurort prezentował się bardzo przyjemnie, ale świat dookoła – już mniej. Słynne czarne plaże z pyłów wulkanicznych okazały się pokryte brudnawym piaskiem. W powietrzu nieustannie unosiły się tony kurzu. – Strasznie gorąco – narzekałam, bo wyjątkowo źle znoszę upały. Zmuszona do przesiedzenia kilku godzin w środku dnia w klimatyzowanym pokoju, w lokalnej telewizji oglądałam duży kawałek Polski, mięśnie Mariusza Pudzianowskiego; to najsilniejszy człowiek świata, słyszałam hiszpański komentarz. I jeszcze Zbigniewa Zamachowskiego wbiegającego do kościoła, aby zdążyć na komunię córki; to już na niemieckim kanale. Nasze samodzielne wycieczki poza terytoria dla turystów także nie zachwyciły. Puntarenas sprzed dziewięciu lat był miastem brzydkim i zaniedbanym. Ten port przeżył swoje lata świetności w czasie drugiej wojny światowej, kiedy umieszczono tam fabrykę konserw dla wojska.

Teraz jest to głównie port odprawiający kontenerowce i od czasu do czasu przyjmujący statki wycieczkowe. W czasie, kiedy załoga uzupełnia zapasy wody, żywności i paliwa, turyści wylewają się na brudny bulwar portowy, kupują plastikowe motyle, paczkę miejscowej kawy i zadowoleni wracają do swoich klaustrofobicznych kabin. Kostaryka zostaje zaliczona.

W ostatnich latach miasto zmieniło się kompletnie. Wyładniało, podrożało, nawet drogi są znacznie lepsze.

Prawdziwa Kostaryka jednak różniła się bardzo od tej z książek turystycznych i materiałów reklamowych. Tę wiedzę zdobyliśmy szybko dzięki kilku kolejnym samodzielnym wycieczkom poza teren ośrodka przeznaczonego dla turystów.

Za jego bramą pilnowaną przez strażników koczowali miejscowi taksówkarze gotowi do zadań. Oni – w wersji optymistycznej, z kilkuzdaniowym angielskim, albo, znacznie częściej, wyłącznie ze znajomością rodzimego języka – i my, ze znajomością kilkudziesięciu słów hiszpańskich; targowaliśmy się zażarcie. I tak ruszaliśmy w podróże poza uporządkowany świat, po którym poruszali się zazwyczaj turyści.

Zobaczyliśmy i tak sporo. Często zaniedbane domy z okratowanymi oknami i więziennymi ogrodzeniami. Samochody, których było zaskakująco dużo, stojące pod wiatami umieszczonymi przed samymi oknami domów. Oczywiście parkowały na części posesji odgrodzonej od świata murem. Pranie suszące się na rozciągniętych od drzewa do drzewa sznurkach. Przed domami było na ogół niewiele zieleni. A i przykładów ciekawej architektury udało nam się zobaczyć niewiele. Nie widać jednak było, tak częstej w Ameryce Łacińskiej, prawdziwej biedy.

W trzeźwej ocenie rzeczywistości przeszkodził nam wtedy brak elementarnej wiedzy o Ameryce Środkowej. Po kilku następnych wyprawach do Republiki Dominikany, Belize, Panamy, Meksyku, Nikaragui, Kuby – na wszystkie kraje w tej części świata, może z wyjątkiem tego ostatniego, zaczęliśmy patrzeć inaczej. Przywykliśmy, że chodniki są krzywe, wąskie, a często wręcz niebezpieczne. Że trzeba bardzo uważać, bo umieszczone wzdłuż nich kanały odprowadzające wodę są głębokie, często na dwadzieścia i więcej centymetrów. To jest niezbędne w porze deszczowej, kiedy z nieba leje się rzeka wody. Że domy mieszkalne są niewielkie, a fasady sprawiają wrażenie zaniedbanych. Nie jest to oczywiście regułą, ale w klimacie podzwrotnikowym i zwrotnikowym domy należałoby właściwie malować po każdej porze deszczowej. Inne są także oczekiwania estetyczne, niewątpliwie mniej, czy raczej inaczej rozwinięte w niewielkim kraju, trochę na uboczu, bez wielkich wstrząsów politycznych i wojen. Nawet nasi zamożni kostarykańscy znajomi mieszkali w domach, jak na nasze przyzwyczajenia i oczekiwania, wyglądających dość marnie. Zaproszeni do domu naszych sąsiadów, zobaczyliśmy niewielką, znacznie poniżej stu metrów, szarą bryłę. W środku jednopoziomowego domu zmieszczono trzy sypialnie, dwie łazienki, kuchnię, salon z jadalnią i maleńką służbówkę. Jakość wykończenia, według naszych kryteriów, poniżej średniej. Co zabawne, pod naszym wpływem wymagania zaczęły się zmieniać. Kuchnia została przebudowana, pojawił się ekspres do kawy. Przed skromnym domem stały cztery samochody, a Elsa, pani domu, robiła zakupy w Miami, na Florydzie. Na tej samej parceli stał dom jej starszego brata. Nie więcej niż dwieście metrów dalej dom owdowiałej matki. Najważniejsza była obecność rodziny, nie zawsze żyjącej w harmonii, ale bliskiej.

Otaczał nas więc świat nieuporządkowany, świat zaniedbanych dróg, mostów przyśpieszających bicie serca, po których przekroczeniu pojawiał się czasami zapierający oddech widok. Dalekie Kordyliery, kwitnące na czerwono drzewa, zieleń we wszystkich odcieniach, ptaki, motyle – to wynagradzało wszelkie niedostatki w podróżowaniu.

Po godziwym wypoczynku w kurorcie, urozmaiconym kilkoma samodzielnymi wycieczkami, przyszedł czas na powrotną podróż.

I znów, rezygnując z autobusiku hotelowego, który odwoził grupy zadowolonych wakacjuszów na lotnisko, poszukaliśmy innego środka lokomocji. Miało być i taniej, i ciekawiej.

Nasz wybór padł na jedną z zaparkowanych przed bramą taksówek. Ja, upewniwszy się, że toyota jest klimatyzowana, ulokowałam się na przednim siedzeniu. Nikaraguański – to nie przejęzyczenie – kierowca zapakował nasze walizki do bagażnika i ruszyliśmy w drogę. Tym razem szosa była znacznie lepsza.

Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów nasza taksówka utknęła na szosie. Bezradny kierowca zaglądał pod maskę, spod której wydobywała się chmura pary.

Dalej nie pojedziemy, to pewne, przemknęło mi przez głowę. W panikę jeszcze nie wpadliśmy, do odlotu samolotu mieliśmy dużo czasu. Jacek, zawsze przewidujący, wybierał się w każdą podróż z dużym zapasem czasu. Ta przezorność uratowała już kilka razy nasze głowy. Utknęliśmy w miejscowości San Ramón. Zakłopotany kierowca zaczął wydzwaniać po ratunek; telefony komórkowe mieli i mają tutaj prawie wszyscy. My wysiedliśmy z samochodu. Otaczający nas świat, pomimo przejechania tylko niewielkiego kawałka drogi, był zupełnie inny. Z przyjemnością wciągaliśmy w płuca krystaliczne, chłodnawe, pachnące kwiatami powietrze. Jacka natychmiast ogarnął zachwyt. Mnie – jeszcze nie. Przeciwnie. Niedobrze, pomyślałam ponuro, patrząc na twarz mojego męża.

I tak, od zachwytu Jacka stojącego na poboczu szosy w miejscowości San Ramón, zaczęła się nasza Kostaryka.

Nasz widok na Kordyliery.

Natychmiast zatrzymał się samochód, a jego pasażer, szczęśliwie mówiący po angielsku, zaoferował nam swoją pomoc w porozumieniu z naszym kierowcą, który, jak się okazało, zdążył już zadzwonić do kolejnego taksówkarza. Pozostało uwierzyć w uspokajającą wiadomość, że ten się pojawi za kilkanaście minut, i na lotnisko zdążymy dojechać na czas.

Nasz przypadkowy znajomy okazał się właścicielem niewielkiego hotelu i zdążył nam udzielić kilku pożytecznych informacji. Jego nazwisko i numer telefonu zapisałam starannie w notesie. Nie wiadomo, może się kiedyś przydać.

San Ramón to był ważny punkt w naszej kilkuletniej kostarykańskiej przygodzie. Nie zawsze najszczęśliwszy. W tym samym prawie miejscu kilka lat później Jacek, odwożąc naszą sąsiadkę Klarę, w poważnym karambolu niemal skasował samochód. Naprawa naszej toyoty kosztowała tylko – drobiazg – osiem tysięcy dolarów; i tak niedrogo, wstępnie oszacowano koszt na dziesięć tysięcy, ale ta suma zmniejszyła się dzięki pomocy naszego sąsiada, którego kuzyn był właścicielem serwisu Toyoty w San José.

I tu długa, jeśli można, dygresja. O tym, że mieszkająca w najbliższym sąsiedztwie – bagatela, jakieś dwa kilometry od nas – Klara ubiegała się o przyznanie jej statusu rezydenta. Jest to proces ciągnący się latami (w optymistycznej wersji – miesiącami). Zanim nastąpił szczęśliwy finał, musiała co trzy miesiące opuszczać Kostarykę, by zaraz do niej wrócić. Tym razem jechała do Nikaragui, a zadaniem Jacka było odwiezienie jej do jadącego do Granady autobusu.

Po co to wszystko? Otóż kostarykańską wizę otrzymuje się na trzy miesiące, a po przekroczeniu tego okresu grozi deportacja. Należy więc opuścić Kostarykę przynajmniej na siedemdziesiąt dwie godziny, a w momencie przekroczenia granicy otrzymuje się kolejną trzymiesięczna wizę. Oczekujący na rezydenturę muszą więc skrzętnie sprawdzać daty na pieczątkach w paszporcie, aby nie przegapić terminu ważności.

Wykształcił się w związku z tym cały lokalny przemysł podróżniczy. Dla nas, kiedy już zdecydowaliśmy się zamieszkać w Kostaryce i też oczekiwaliśmy na rezydenturę, nie było to żadnym problemem. Podróżowaliśmy tak często pomiędzy Nowym Jorkiem, Panamą, Nikaraguą, Republiką Dominikany, Belize, Meksykiem, Kubą, Polską, Portugalią, że potrzebne nam były dodatkowe strony w paszporcie. Zabrakło w nim miejsca na pieczątki, i ten gruby dokument odróżniał nas od zwykłych podróżujących śmiertelników.

Zastanawiam się, ile właściwie razy byliśmy w Kostaryce. Więcej niż kilkanaście. Nie mogę policzyć pieczątek w paszporcie, bo to nowy, ze zwiększoną objętością. Dlatego znam lotnisko Juan Santamaria jak własną kieszeń. Znam jego zapach. Wiem, które części mają lepszą klimatyzację. Które toalety są nowsze i czyściejsze. I że jest tam trudno kupić, o ironio losu, naprawdę dobre espresso. I że nie należy na nim, jak prawie na wszystkich lotniskach świata, wymieniać pieniędzy. Pobierane marże są niemiłosiernie wysokie.

Przyzwoite są sklepy z pamiątkami. Widać w nich głównie turystów. Ci z Europy kupują dużo. My, mieszkający ponad dwadzieścia lat w Nowym Jorku, zżymamy się na ceny. Opłaca się w nich kupować tylko kawę, bo wybór duży, a ceny przystępne. Dobrze zapamiętaliśmy liczne sklepy bezcłowe. Po wylądowaniu kupowaliśmy w nich często alkohol. Wybór był większy niż w sklepach kostarykańskich, ceny niższe. Tam też kupiliśmy wódkę o nazwie Stanisław, produkowaną w Panamie. Dostał ją w prezencie nasz kolega o tym samym imieniu.

Już na lotnisku widać, że Kostaryka żyje głównie z turystyki – odwiedza ją corocznie ponad półtora miliona turystów. Ostatnio nawet więcej, ponad dwa miliony. Turystyczna kolejka do odprawy paszportowej jest zazwyczaj bardzo długa, ale rozładowuje się zwykle sprawnie. Druga kolejka, przeznaczona dla obywateli Kostaryki, a także jej stałych rezydentów, jest znacznie krótsza. Jacek zdążył się w niej ustawić dumnie kilka razy. Ja również, na załapańca, jako żona rezydenta.

Potem zostawał tylko odbiór bagaży, też zwykle sprawnie wydawanych, i przejście przez kontrolę celną. Mnie kilka razy sprawdzano; ilość przywożonej przeze mnie niedozwolonej żywności była zawsze duża, ale nigdy mi jej nie odebrano (z wyjątkiem paru jabłek), nigdy też nie zapłaciłam żadnej kary. Polską polędwicę kupioną na Greenpoincie czy szczecińskim bazarze oglądano z sympatycznym zainteresowaniem.

Nasi znajomi, oczekujący na rezydenturę, podróżowali najczęściej do Nikaragui. Tak było najłatwiej i najtaniej. Wystarczyło wsiąść w autobus w Atenas i po trzech godzinach jazdy – podróż z San José była znacznie dłuższa – docierało się do granicy, wymieniało między sobą nazwy niedrogich miejsc, w których można było się przespać, i inne cenne informacje. I wracało. W znakomitej większości miejscowi gringos nie należeli do najzamożniejszych. Łagodnie mówiąc.

Można było jeszcze pojechać do Panamy, ale to już była znacznie dłuższa podróż. Teoretycznie miejscowa firma autobusowa – Tica Bus – obiecywała dowiezienie z San José do Panama City w 16 godzin. W rzeczywistości tych godzin zazwyczaj było znacznie więcej. Wszystko zależało od kolejki na granicy.

O rezydenturze będę jeszcze opowiadać, szczególnie o tym, jak wyglądały nasze o nią starania. Tymczasem ważne jest, że Jacek odwoził Klarę do San Ramón, gdzie zamierzała złapać autobus jadący do Nikaragui i tam, w trakcie – jak sam przyznawał – głupiego manewru został uderzony przez jadący za nim samochód.

Okazuje się jednak, że toyoty są pojazdami bardzo solidnymi. Uderzenie było tak silne, że odkształciło się podwozie, zaklinowały drzwi, ale Jacek wyszedł z wypadku bez szwanku. Samochód oczywiście do jazdy się nie nadawał.

Zaczęło się pandemonium: policja, karetka pogotowia, liczni widzowie. A Klara, spiesząca się przecież, ciągle na przystanku – jej obecność była w dodatku bardzo przydatna. Znajomość hiszpańskiego przez Jacka na pewno nie wystarczała na rozmowy z policją i wszelkimi służbami. Wbrew potocznej wiedzy, upowszechnianej przez wiele książek o Kostaryce, mówiących po angielsku policjantów prawie nie ma. Po skompletowaniu kilkunastu raportów nasza toyota na lorze ciężarówki pojechała do San José, a Jacek wrócił wypożyczonym samochodem do domu.

To był zaledwie początek. Następnego dnia pojechaliśmy do Toyoty i tam oceniono straty. Nie dość na tym – uprzedzono nas, że części muszą być sprowadzone z Japonii. Oznaczało to długie czekanie – do dwóch miesięcy.

Przetrwaliśmy te ponad dwa miesiące dzięki pomocy Klary i Ala. Osiem kilometrów, w sumie niewiele, ale marna i miejscami niebezpieczna wiejska droga była sporym wyzwaniem dla kierowców. A w najbliższej okolicy – nic, żadnego sklepu. Wszystko musiało być przywiezione z Atenas. Pilna wizyta u weterynarza, wyprawa na targ, niezbędne zakupy – jeden telefon do sąsiadów wystarczał i duża terenowa toyota wtaczała się na nasze wzgórze. Życie bez samochodu toczyło się wolniej. Na szczęście bez dramatów.

Końcówka była już znacznie trudniejsza. Nasi sąsiedzi wyjechali bowiem do Nowego Jorku na parę długich tygodni.

Po ponad dwóch miesiącach wreszcie nastąpił długo oczekiwany telefon: – Samochód jest gotowy – usłyszeliśmy.

Tego samego dnia wracali także z Nowego Jorku Klara z Alem. Ich samolot lądował po drugiej. Odbierzemy was z lotniska, obiecaliśmy. Nasza toyota będzie gotowa o dziewiątej rano, usłyszeli uspokajającą wiadomość.

Z naszego domu w Lapas do Atenas dowiózł nas jadący do pracy nasz ogrodnik i pomocnik Gerardo. Tam wsiedliśmy do autobusu jadącego do San José. Autobusy z Atenas wyróżniały się wielkim napisem: El mejor clima del mundo. Najlepszy klimat na świecie.

Do San José dojechaliśmy na czas. W bardzo przyzwoitym serwisie Toyoty pojawiliśmy się nawet nieco wcześniej. Samochód będzie gotowy za godzinę, usłyszeliśmy. Usiedliśmy na dość wygodnych fotelach, wypiłam filiżankę marnej kawy z automatu. Godzina minęła. Jacek zaczął poszukiwanie naszego samochodu w wielkiej hali. Nie było go widać. Minęły kolejne dwie godziny. Z ust sympatycznego pana mechanika usłyszeliśmy, że potrzebują jeszcze godzinkę. Wreszcie wynurzył się nasz samochód. Dalej rozkręcało go dwóch pracowników. Wydawało mi się, że powinni go skręcać. Pomagał im kolejny sympatyczny pan. I tak przeszły znów dwie godziny. Prace trwały, a czas lądowania samolotu, w którym siedzieli nasi przyjaciele, zbliżał się nieuchronnie. W porze lunchu zostaliśmy zaproszeni do pracowniczej stołówki. W dość marnym – jak na nasze oczekiwania – a przyzwoitym, jak na Kostarykę – wnętrzu zjedliśmy posiłek. Jaki taki.

Tymczasem samolot wylądował. Zaczęła się gorączkowa wymiana telefonów. Skończą najdalej za godzinę, mówiliśmy. Poczekamy, mamy masę bagażu, postanowili nasi przyjaciele. Po dwóch godzinach rozterki pojechali do Atenas taksówką. My, z niedomalowanym podwoziem – co okazało się znacznie później – ruszyliśmy do domu po piątej. Odbiór samochodu zajął nam osiem godzin. Uczyliśmy się innego poczucia czasu, bez ograniczających klamer i od-do, rozciągającego się dowolnie.

3. Luksus za grosze

Po powrocie z pierwszej kostarykańskiej wyprawy w Nowym Jorku zaczęło się kupowanie wszelkich dostępnych książek, z których niezbicie wynikało, że trzydzieści tysięcy dolarów jest zupełnie wystarczającą sumą na kupno domu, a kilkaset dolarów miesięcznie zapewni nam królewskie życie. Nie mogliśmy się oprzeć tak kuszącym obietnicom luksusu za grosze. Pojechaliśmy do Kostaryki jeszcze raz. Tym razem do Central Valley – Doliny Centralnej, gdzie temperatura nigdy nie przekracza dwudziestu paru stopni Celsjusza. Zatrzymaliśmy się w Escazú, luksusowej dzielnicy San José, stolicy kraju.

Nasza Casa Reflejos, niewielki pensjonat, w którym zarezerwowaliśmy spory apartament, położony był kilkanaście kilometrów od lotniska. Dotarliśmy do niego z wielkimi trudnościami, pomimo dostarczonej przez właściciela mapy nasz kierowca za nic nie mógł trafić.

Po nieskończonej ilości zakrętów, błądzeniu malutkimi uliczkami, pytaniach Casa Reflejos została wreszcie odnaleziona. Z uwagą obejrzeliśmy wygodny pokój z dużą kuchnią i ładnym widokiem. Nocą, jeśli niebo było bezchmurne, widać było nawet światła San José. Kilka następnych dni przeszło szybko na spotkaniach z pośrednikami sprzedaży nieruchomości.

W Kostaryce ten biznes jest kompletnie nieuregulowany. Działkę, dom, farmę może sprzedawać praktycznie każdy. Jakiekolwiek uprawnienia nie są wymagane. Wizytówkę z dumnym napisem, że jej właściciel jest agentem sprzedaży nieruchomości, posiadał i posiada praktycznie co drugi mieszkaniec kraju.

Pierwszy oglądany przez nas dom był położony, według ogłoszenia, zaraz obok Sabana Park, kilka tylko przecznic od Ambasady Amerykańskiej, jednym słowem, doskonale. Już wtedy wiedzieliśmy, że przestępczość jest w Kostaryce poważnym problemem. Dobra lokalizacja była i jest niesłychanie ważna.

Ten pierwszy dom był nad wyraz solidny. I to chyba wszystko, co dobrego można było o nim powiedzieć. Wnętrze nie zachwyciło. Niewielką działkę otaczało ogrodzenie, które dotychczas kojarzyło się nam raczej z zakładami penitencjarnymi niż rezydencjami bogatych Kostarykańczyków. Nie dla nas, zawyrokowaliśmy. Do Parku Sabana było daleko, o spacerach nie mogło być mowy, ambasady nie widać na horyzoncie.

Nie poddawaliśmy się jednak. Kolejny agent przyjeżdżał po nas starym jeepem, do którego mnie, osobie średniego wzrostu, niełatwo było się wspiąć. Od czego jednak ma się dobrego męża? Podsadzał mnie z przyjemnością.