Przysięga - Stephanie Laurens - ebook
Opis

Druga w cyklu książek o Cynsterach. Vane Cynster nigdy nie chciał związać się małżeńską przysięgą z żadną kobietą. Kiedy jednak poznał piękną i niezależną Patience zrozumiał, że to ta jedyna, i zapragnął ją poślubić. Ona jednak nie zamierzała mu ulec. Tymczasem tajemnicze kradzieże i błądząca po Bellamy nieuchwytna zjawa burzą spokój Patience i każą jej spojrzeć na wiele spraw i ludzi w nowy sposób...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 357

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: A Rake’s Vow

Projekt okładki: Karandasz

Copyright © 1998 by SavdekManagement Proprietory Ltd.

Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo BIS 2004

Copyright ©for the Polish edition Wydawnictwo BIS 2014

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej nawww.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

ISBN 978-83-7551-424-7

Wydanie II

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka  44a

01-446 Warszawa

tel. (22)  877-27-05, 877-40-33; fax (22)  837-10-84

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwobis.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl

Rozdział 1

Październik 1819

Northamptonshire

– Biesy muszą deptać nam po piętach, skoro tak się spieszysz.

– Co? – Wyrwany z niespokojnego zamyślenia Vane Cynster, do tej pory wpatrzony w uszy swojego przewodnika, podniósł wzrok i rozejrzał się, dostrzegając stajennego na tle zbliżających się kłębów posępnych burzowych chmur.

– Psiakrew! – Vane spojrzał przed siebie i ściągnął wodze. Para koni zaprzężonych do dwukółki znacznie przyspieszyła. Spojrzał przez ramię. – Myślisz, że zdążymy przed burzą?

Spoglądając na niebo, Duggan potrząsnął przecząco głową.

– Przejedziemy trzy, najwyżej pięć mil. To zbyt mało, by wrócić do Kettering, a co dopiero dojechać do Northampton.

Vane zaklął. To jednak nie groźba przemoknięcia zaprzątała jego myśli. Jadąc dalej, z oczami utkwionymi w drodze, szukał jakiegoś wyjścia, jakiegoś sposobu ucieczki.

Jeszcze przed chwilą myślał o Diable, księciu St. Ives, swoim kuzynie, towarzyszu chłopięcych zabaw i najbliższym przyjacielu – i o żonie Diabła, odnalezionej dzięki przeznaczeniu. Honoria, obecna księżna St. Ives, rozkazała Vane’owi i innym czterem jeszcze nieżonatym członkom Klubu Cynsterów nie tylko zapłacić za renowację dachu kościoła w wiosce Somersham, w pobliżu książęcej siedziby, ale i uczestniczyć w nabożeństwie na rzecz tejże odbudowy. Pieniądze były nieuczciwie zdobytymi wygranymi z zakładu, którego nie pochwalała ani ona, ani ich matki. Stare jak świat porzekadło mówiące, że jedynymi kobietami, którym mężczyźni z rodu Cynsterów nie mogą ufać, są ich własne żony, było tak samo aktualne teraz, jak i w przeszłości. Nad takim stanem rzeczy nie lubił się zastanawiać żaden mężczyzna z rodu Cynsterów.

Vane chciał jak najszybciej uciec przed burzą. Przeznaczenie pod jej postacią zaaranżowało Honorii i Diabłowi spotkanie w okolicznościach, które zapewniały wszystko poza bezpieczeństwem ich przyszłego małżeństwa. Vane nie myślał podejmować niepotrzebnego ryzyka.

– Bellamy Hall. – Uchwycił się tej myśli jak tonący brzytwy. – Minnie da nam schronienie.

– To jest pomysł – powiedział Duggan z nadzieją. – Zakręt powinien być niedaleko.

Vane zaklął i ściągnął wodze. Wąska droga nie była tak dobrze utwardzona jak ta, którą jechali poprzednio. Zbyt lubił swoje długonogie konie, żeby narazić je na uraz, dlatego skoncentrował się na jak najszybszym przeprowadzeniu ich, świadomy nienaturalnie gęstniejącego mroku, zbyt wczesnego zmierzchu i narastającego zawodzenia wiatru.

Opuścił Somersham Place, rezydencję Diabła, zaraz po uroczystym posiłku i spędził ranek w kościele, uczestnicząc w nabożeństwie. Chciał odwiedzić przyjaciół w pobliżu Leamington, zostawił więc Diabła, by ten mógł cieszyć się żoną i synem, i skierował się na zachód. Miał nadzieję bez przeszkód dojechać do Northampton i zanocować w wygodnej gospodzie Blue Angel. Zamiast tego, dzięki przeznaczeniu, spędzi noc z Minnie i jej współlokatorami. Ale przynajmniej będzie bezpieczny. Poprzez żywopłoty po lewej stronie Vane dojrzał odległą wodę, ołowianą szarość poniżej ciemniejącego nieba. To była rzeka Nene, co znaczyło, że Bellamy Hall znajdowało się niedaleko; rezydencja stała na wzniesieniu opodal rzeki. Nie mógł sobie dokładnie przypomnieć, kiedy był tutaj ostatnim razem, ale w gościnność jego mieszkańców nigdy nie wątpił. Araminta, pani Bellamy, ekscentryczna wdowa po zamożnym człowieku, była jego matką chrzestną. Sama bezdzietna, Minnie nigdy nie traktowała go jak dziecka, przez lata stając się dobrym przyjacielem.

Ta córka wicehrabiego urodziła się, żeby bywać w towarzystwie. Ale po śmierci sir Humphreya Bellamy’ego przestała się udzielać towarzysko; wolała pozostawać w Bellamy Hall, nadzorując gospodarstwo, opiekując się ubogimi krewnymi i zajmując się dobroczynnością.

Kiedyś, gdy zapytał ją, dlaczego otacza się takimi pieczeniarzami, Minnie odparła, że w jej wieku ludzka natura pozostaje głównym źródłem rozrywki. Sir Humphrey uczynił ją zamożną na tyle, by mogła zachowywać się ekscentrycznie, a Bellamy Hall było na tyle duże, by pomieścić wielu domowników. Zdarzało się jednak, że wraz ze swoją towarzyszką, panią Timms, wyjeżdżała od czasu do czasu do stolicy. Vane zawsze odwiedzał Minnie, kiedy była w mieście.

Spoza drzew wyrosły nagle gotyckie wieżyczki, potem pojawiły się kamienne słupy bramy, ciężkie wrota z kutego żelaza były uchylone. Olbrzymie krzewy tłoczyły się blisko, trzęsąc się na wietrze; stare drzewa poruszały się, rzucając tajemnicze cienie.

Ciemne i ponure Bellamy Hall, z mnóstwem okien, pochmurne w narastającym mroku, przypominające twarz z tysiącem płaskich oczu, pojawiło się na końcu drogi.

Przekroczyli bramę.

Rozłożyste gotyckie monstrum z niezliczonymi detalami umieszczonymi jeden przy drugim, niedawno ozdobione z gregoriańskim przepychem, powinno wyglądać okropnie, jednak w zarośniętym parku z okrągłym dziedzińcem prezentowało się nie najgorzej.

Vane okrążył dom, ale nie dostrzegł najmniejszego znaku życia.

Oczywiście nie licząc ruchu w stajniach, gdzie stajenni pospiesznie oporządzali konie przed nadciągającą burzą. Pozostawiwszy Duggana i Grishama, stajennego Minnie, przy koniach, Vane udał się w kierunku domu, torując sobie drogę przez gęstwinę. Ścieżka, chociaż zarośnięta, nie nastręczyła mu większych trudności i zaprowadziła prosto do trawnika, który rozciągał się wzdłuż jednego ze skrzydeł domu. Vane wiedział, że gdzieś tu niedaleko są drzwi, naprzeciw których rozpościerał się spory obszar z masą porozrzucanych w nieładzie ogromnych kamieni – pozostałości po opactwie, na którym Hall było częściowo zbudowane.

Vane uśmiechnął się. Wszystko pozostało dokładnie takie, jak zapamiętał. Nic się w ciągu tych dwudziestu lat nie zmieniło.

Zrobił jeszcze parę kroków – i odkrył, że się pomylił.

Przystanął. Przez dobrą minutę stał bez ruchu. Potem, wciąż zdumiony tym, co zobaczył, ruszył dalej, aż wreszcie zatrzymał się tuż za kobietą we wzorzystym muślinie, która pochylona nad kwietnikiem najwyraźniej czegoś szukała.

– Mogłabyś mi pomóc. – Patience Debbington zwróciła się do Myst, kotki siedzącej nieopodal w wysokiej trawie. – To musi być gdzieś tutaj.

Patience, mocno pochylona do przodu i grzebiąca dłonią wśród zarośli, nie znajdowała się bynajmniej w najbardziej eleganckiej ani stabilnej pozycji. Nie martwiła się tym, że ktoś mógłby ją teraz zobaczyć – wszyscy poszli przebrać się do kolacji. Ona także powinna to w tej chwili robić, i robiłaby to, gdyby nie fakt, że zmuszona była szukać w trawie srebrnej czarki, jeszcze niedawno stojącej na parapecie. Ponieważ zostawiła okno otwarte, a Myst często korzystała z tej drogi, kobieta pomyślała, że to jej kotka musiała strącić ten srebrny drobiazg. Co prawda nigdy nie widziała, żeby Myst przypadkowo zrzuciła cokolwiek, ale wolała wierzyć w taki przebieg wypadków, niż w to, że tajemniczy złodziej znowu zaatakował.

– Nie ma jej tutaj – powiedziała w końcu. – Przynajmniej ja jej nie widzę. – Wciąż zgięta wpół spojrzała na Myst. – A ty?

Szara kotka wstała i eleganckim krokiem zaczęła się oddalać.

– Zaczekaj! – Patience natychmiast się wyprostowała. – Zbliża się burza. To nie czas na polowanie na myszy.

Powiedziawszy to, spojrzała prosto na dom i okna salonu na piętrze. Burza zasnuwająca mrokiem niebo sprawiła, że w szybach wszystko odbijało się jak w lustrze. Dzięki temu zobaczyła w nich mężczyznę stojącego tuż za nią.

Patience gwałtownie się odwróciła i zachwiała. Jej spojrzenie zderzyło się ze spojrzeniem mężczyzny; jego oczy w tym słabym świetle były krystalicznie szare i blade. Stał nie dalej niż metr od niej. Wydał się jej wielki, elegancki i dziwnie złowrogi. W tej samej chwili, w której jej umysł zarejestrował te fakty, Patience poczuła, że jej obcasy wbijają się w miękką ziemię kwietnika.

Przepaść kruszyła się pod jej stopami.

Dziewczyna otworzyła szeroko oczy, a z jej ust wydobyło się bezsilne „och”. Trzepocząc rękoma, zaczęła się przechylać, traciła równowagę.

Mężczyzna zareagował w mgnieniu oka – chwycił ją za ramiona. Przywarła do niego mocno całym ciałem. Ciężko oddychała. Była bezradna. Całkowicie, zupełnie i absolutnie bezradna. Spojrzała w górę i znowu spotkała to chłodne spojrzenie. Przeszedł ją osobliwy dreszcz.

Przyjrzała się ustom mężczyzny. Wąskim, a jednak zachwycająco proporcjonalnym. Nie mogła oderwać od nich oczu. Poczuła mrowienie na wargach.

Odetchnęła ponownie i spięła się, ale nie mogła powstrzymać drżenia.

Usta nieznajomego zacisnęły się, surowe oblicze zastygło. Mężczyzna z łatwością podniósł Patience i bezpiecznie postawił ją krok dalej. Potem cofnął się i niedbale ukłonił.

– Vane Cynster – Unosząc brew, przyjrzał się jej uważnie. – Przyszedłem spotkać się z lady Bellamy.

Patience zamrugała.

– A... tak. – Wciąż myślała o tym, jaki jest wysoki, szczupły, dobrze zbudowany. Jego słowa, wypowiadane głosem tak głębokim, że mogła go pomylić z odgłosami burzy, wreszcie dotarły do jej świadomości. Wskazała na drzwi po prawej stronie. – Pierwszy gong już wybił.

Vane widział jej wystraszone spojrzenie. Urocze kształty wypełniające suknię z muślinu były tak ponętne... Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnio ktoś aż tak go zachwycił.

Była przeciętnego wzrostu. Jej włosy w kolorze głębokiego brązu lśniły upięte w węzeł, pojedyncze kosmyki uciekły z niego, oplatając jej uszy i kark. Delikatne brązowe brwi nadawały jej spojrzeniu niezwykłego wyrazu. Miała prosty nos i alabastrową cerę. Różowe usta prosiły, by je całować. Był o włos od pocałowania jej, ale całowanie nieznanej damy, przed wymaganym przedstawieniem się jej, było po prostu niezbyt taktowne.

Powoli odzyskiwała równowagę.

– A pani nazywa się...? – zaczął i zamilkł.

Zmrużyła nieznacznie oczy.

– Patience Debbington.

Wciąż patrzył z niedowierzaniem. Zerknął na jej lewą dłoń. Nie nosiła obrączki.

Nie mogła być niezamężna – miała ponad dwadzieścia lat, na co wskazywały jej w pełni ukształtowane krągłości. Spędził połowę życia, studiując kobiece kształty, w tej dziedzinie mógł uchodzić za eksperta. Możliwe, że była wdową – to nawet lepiej. Vane czuł dotyk jej spojrzenia, czuł, jak budzi się w nim łowca.

– Panna Debbington?

Przytaknęła. Vane niemal jęknął. Stara panna, uboga i bez koneksji. Mógł uczynić ją jedną ze swych kochanek.

Musiała czytać w jego myślach, bo zanim zapytał, odpowiedziała:

– Jestem siostrzenicą lady Bellamy.

Vane zaklął w myślach.

Przeznaczenie.

– Jeśli pójdzie pan tędy – wskazała pobliskie drzwi – powiem lokajowi, by powiadomił ciocię o pańskim przybyciu.

Upodobniając swój styl wypowiedzi do niespodziewanego gościa Minnie, Patience nie starała się ukryć pogardy:

– Czy ciocia oczekuje pana?

– Nie. Ale ucieszy się z mojej wizyty.

Czy to subtelną naganę wyczuła w jego zbyt uprzejmym głosie? Uniosła podbródek:

– Jeśli pan poczeka w salonie – to pierwsze drzwi po pańskiej prawej stronie – lokaj przyjdzie po pana, kiedy ciocia będzie gotowa, by pana przyjąć. Jak już wspomniałam, w domu jest wszystko przygotowane do kolacji.

– W istocie, wspomniała pani.

Patience poczuła chłodne mrowienie pełznące w dół po kręgosłupie. I poczuła dotyk spojrzenia na policzku i szyi. Znieruchomiała. Sięgnęła do klamki; ale on ją uprzedził.

Zamarła. Zatrzymał się dokładnie za nią i kiedy dotykał chłodnego metalu, widziała, jak jego długie palce powoli zbliżają się do jej dłoni. W jednej chwili poczuła się jak w pułapce. Potem długie palce nacisnęły klamkę i mężczyzna szeroko otworzył drzwi.

– Porozmawiam z lokajem osobiście. Jestem pewna, że ciocia nie będzie kazała panu długo czekać. – Patience odetchnęła i szybko ruszyła przez korytarz, zostawiwszy gościa samego na zewnątrz domu.

Był świadomy tego, jak podziałał jego dotyk, widział dreszcz, którego nie umiała ukryć. Dla dżentelmena takiego jak on był to symptom, który wyraźnie wskazywał na to, co mogło się wkrótce wydarzyć.

Niebo przecięła błyskawica. Sekundę później niebiosa się otwarły. Ciężkie krople deszczu powoli rozmywały krajobraz.

Znak z nieba nie mógł być wyraźniejszy: ucieczka była niemożliwa.

Skrzywił się, wszedł do budynku i zamknął drzwi.

***

– Co za miła niespodzianka! – Araminta, lady Bellamy, wprost promieniała na widok Vane’a. – Oczywiście, że musisz zostać. Ale drugi gong wybije lada chwila, więc przejdźmy do rzeczy. Jakie wieści?

Vane uśmiechnął się. Minnie otulona drogimi szalami, zamknięta w jedwabiu i koronkach, z wdowim czepkiem fantazyjnie założonym na białe loki, patrzyła na niego inteligentnymi jasnymi oczami. Siedziała jak królowa na krześle przed kominkiem w swojej sypialni; miejsce obok zajmowała Timms, kobieta o nieokreślonym wieku, wierna towarzyszka Minnie.

„Jakie wieści...” Vane wiedział, że miała na myśli Cynsterów.

– Najmłodsi znakomicie prosperują. Simon błyszczy w Eton. Amelia i Amanda używają życia, łamiąc serca na prawo i na lewo. Starsi są wszyscy zdrowi i zajęci w mieście, ale Diabeł i Honoria wciąż przebywają w Place.

– Nadal żadnych wieści od Charlesa?

Twarz Vane’a spochmurniała.

– Nie. Jego nieobecność pozostaje tajemnicą.

Minnie pokręciła głową.

– Biedny Arthur.

– W istocie.

Kobieta westchnęła, a potem bacznie przyjrzała się Vane’owi.

– A co u ciebie i tych twoich kuzynów? Wciąż depczą po piętach damom z towarzystwa?

Niewinnie, z głową pochyloną nad robótką, Timms rzuciła:

– Nie samymi piętami są zainteresowani.

Vane się uśmiechnął.

– Robimy, co w naszej mocy. Staramy się, jak umiemy.

Oczy Minnie zalśniły. Vane nie przestawał się uśmiechać.

– Lepiej pójdę i się przebiorę. Powiedz, z kim teraz mieszkasz? – zapytał.

– Z całą paletą dziwaków – wtrąciła Timms.

Minnie zachichotała i uwolniła ręce z szala.

– Zobaczmy. – Liczyła na palcach: – Jest Edith Swithins, daleka krewna Bellamy. Trochę... niewyraźna, ale nieszkodliwa. Jest też Agatha Chadwick, była żoną pechowego dżentelmena, który się upierał, że potrafi przepłynąć morze w łódce z wikliny. Oczywiście nie potrafił. Więc Agatha, jej syn i córka są z nami.

– Córka?

Spojrzenie Minnie spoczęło na twarzy Vane’a.

– Angela. Ma szesnaście lat i zemdleje w twoich ramionach, jeśli dasz jej choć odrobinę nadziei.

Vane się skrzywił.

– Dziękuję za ostrzeżenie.

– Henry Chadwick musi być w twoim wieku. – Minnie dumała. – Ale nie w tej samej formie. – Jej spojrzenie przebiegło znacząco po sylwetce Vane’a, który prezentował się bardzo korzystnie w butach z wysoką cholewą z koźlej skóry, a jego wspaniale skrojony kaftan wyśmienicie podkreślał szerokie barki. – Rzut oka na ciebie dobrze by mu zrobił. Kto jeszcze?... – Minnie patrzyła na swoje palce. – Edmond Montrose jest naszym rezydentem, poetą i dramaturgiem. Wystarczy powiedzieć, że uważa się za nowego Byrona. Dalej mamy Generała i Edgara, których musisz pamiętać.

Vane przytaknął. Generał, obcesowy dawny wojskowy, mieszkał w Bellamy Hall od lat; jego tytuł nie był formalny, stanowił raczej przezwisko, które zdobył z uwagi na przesadnie wojskowy sposób bycia. A Edgar Polinbrooke również był gościem Minnie od wieków – według Vane’a miał około pięćdziesięciu lat, był łagodny, nieszkodliwy, lubił alkohol i hazard, w istocie jednak miał prostą duszę.

– Nie zapomnij o Whitticombie – wtrąciła Timms.

– Jak mogłabym zapomnieć Whitticombe’a? – Minnie westchnęła. – Albo Alice.

Vane uniósł brew w zapytaniu.

– Pan Whitticombe Colby i jego siostra, Alice – wyjaśniła Minnie. Są dalekim kuzynostwem Humphreya. Whitticombe miał zostać diakonem i postanowił uporządkować całą historię Coldchurch. Coldchurch było opactwem, na którego ruinach stoi Hall. Jeśli zaś chodzi o Alice... Cóż, to po prostu Alice. – Minnie skrzywiła się. – Musi mieć ponad czterdzieści lat i choć nie podoba mi się mówienie w taki sposób o osobie tej samej płci co ja, to zimniejszej, bardziej nietolerancyjnej istoty nie miałam nigdy wcześniej nieszczęścia spotkać.

Brwi Vane’a uniosły się wysoko.

– Podejrzewam, że będzie mądrze, jeśli jasno wyrażę moje zdanie na jej temat. Co też czynię – Minnie pokiwała głową. – Zbliżysz się do niej za bardzo, a już będzie się dymić ze złości. – Spojrzała na Vane’a. – Ale i tak może wpaść histerię w tej samej chwili, w której na ciebie spojrzy. To chyba wszyscy. O, nie! Zapomniałam o Patience i Gerrardzie. To moi siostrzenica i siostrzeniec.

Patrząc na rozpromienioną twarz Minnie, Vane nie musiał pytać, czy darzy sympatią młodych krewnych.

– Patience i Gerrard? – Zachował grzeczny pytający ton.

– Dzieci mojej młodszej siostry. Są teraz sierotami. Gerrard ma siedemnaście lat, dziedziczy Grange – ładną małą posiadłość w Derbyshire – po swoim ojcu, sir Reginaldzie Debbingtonie. Możesz być zbyt młody, by go pamiętać. Reggie zmarł jedenaście lat temu.

Vane poszukał we wspomnieniach.

– Czy to nie ten, który złamał sobie kark?

Minnie przytaknęła.

– To ten. Constance, moja siostra, zmarła dwa lata temu. Patience opiekowała się Gerrardem zaraz po tym, jak zmarł Reggie. – Minnie uśmiechnęła się. – Patience to mój projekt na nadchodzący rok.

– Tak?

– Mówi, że pomyśli o zamążpójściu po tym, jak Gerrard się ustatkuje.

Timms prychnęła:

– Zbyt niezależna.

Minnie skrzyżowała ręce.

– Postanowiłam zabrać Patience i Gerrarda do Londynu na sezon w przyszłym roku. Patience myśli, że jedziemy tam, by Gerrard mógł się trochę otrzaskać w towarzystwie.

– Podczas gdy w rzeczywistości ty planujesz zabawić się w swatkę.

– Właśnie – Minnie uśmiechnęła się do niego. – Patience ma niemałą fortunę zainwestowaną w Funds. Co do reszty, powiesz mi swoje zdanie, kiedy ją zobaczysz. Ocenisz, jak wysoko może zajść.

W oddali uderzył gong.

– Cholera! – Minnie chwyciła szale. – Czekają w salonie, zastanawiając się, co się dzieje. – Odepchnęła Vane’a. – Idź, ogarnij się trochę. Nie bywasz tutaj często. Teraz, kiedy wreszcie jesteś, chcę czerpać w pełni z twojego towarzystwa.

– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem – Vane ukłonił się jej elegancko. – Cynsterowie nigdy nie zostawiają dam nieusatysfakcjonowanych.

Rozdział 2

Coś się stało. Vane wiedział to w tej samej minucie, w której wszedł do salonu. Domownicy zgromadzili się w grupach; kiedy się pojawił, wszystkie głowy zwróciły się w jego stronę.

Powitanie oscylowało pomiędzy życzliwością Minnie i Timms, poprzez przychylną ocenę Edgara i podobną reakcję młodego wyrostka, do całkowicie chłodnej dezaprobaty ze strony Alice Colby i oczywiście Patience Debbington.

Vane zrozumiał reakcję Alice. Zastanawiał się jednak, czym zasłużył na potępienie ze strony Patience. Uśmiechając się wytwornie, przeszedł przez pokój, jednocześnie pozwalając swojemu spojrzeniu spocząć na tej młodej kobiecie. Popatrzyła na niego chłodno, potem odwróciła się i powiedziała coś do szczupłego mężczyzny stojącego obok niej. Bez wątpienia był poetą. Vane uśmiechnął się szeroko i zwrócił się do Minnie.

– Możesz podać mi ramię. – Minnie poprosiła o to w tej samej chwili, w której na nią spojrzał. – Przedstawię cię, a potem naprawdę musimy iść.

– Miło mi pana poznać, panie Cynster – Agatha Chadwick podała mu rękę. Matrona o niewzruszonym wyrazie twarzy, z siwiejącymi włosami na wpół ukrytymi pod wdowim czepkiem, wskazała na towarzyszącą jej śliczną rudowłosą dziewczynę: – Moja córka, Angela.

Angela dygnęła, Vane odpowiedział niezobowiązującym mruknięciem.

– A to mój syn, Henry.

Mocno zbudowany, w niewyszukanym ubraniu, Henry Chadwick uścisnął dłoń Vane’a.

– Musi się pan cieszyć z powodu przerwy w podróży – wskazał na okna, za którymi szumiał deszcz.

– W istocie – uśmiechnął się Vane. – Co za szczęśliwy zbieg okoliczności. – Spojrzał na Patience Debbington, wciąż zaabsorbowaną poetą.

Generałowi i Edgarowi było miło, że ich pamiętał. Edith Swithins okazała się sfrustrowana i przygaszona. Vane podejrzewał, że twarz Alice Colby pękłaby w tej samej chwili, w której pojawiłby się na niej uśmiech.

Vane z Minnie podeszli do poety, Patience i jej brata Gerrarda. Spojrzenie obu mężczyzn wyrażało przychylność i otwartość. W przeciwieństwie do obojętności Patience.

– Gerrard Debbington.

Gerrard potrząsnął dłonią Vane’a.

– Vane Cynster. Minnie powiedziała mi, że będzie pan w mieście podczas zbliżającego się sezonu.

– O tak, ale chciałem zapytać... – Oczy Gerrarda płonęły. Jego wiek zdradzała młodzieńcza gorliwa wylewność. – Przechodziłem obok stajni przed burzą. Stoi tam para siwków. Czy to pana?

Vane uśmiechnął się.

– Mój brat, Harry, ma stadninę; dostarcza mi koni.

Gerrard promieniał.

– Wyglądają zachwycająco.

– Edmond Montrose – poeta podszedł i uścisnął dłoń Vane’a. – Czy przyjechał pan tu z miasta?

– Przez Cambridgeshire. Uczestniczyłem w specjalnym nabożeństwie niedaleko książęcej siedziby – Vane zerknął na Patience. Wiadomość o tym, że wracał z kościoła, nie roztopiła lodów ani odrobinę.

– A to Patience Debbington, moja siostrzenica – wtrąciła Minnie, zanim Gerrard i Edmond zdążyli go zagarnąć tylko dla siebie.

Vane ukłonił się elegancko w odpowiedzi na pospieszne dygnięcie Patience.

– Wiem – powiedział. – Spotkaliśmy się już.

– Spotkaliście się? – Minnie zamrugała, potem spojrzała na Patience.

– Byłam w ogrodzie, kiedy pan Cynster przyjechał. – Spojrzenie, jakim Patience obdarzyła Vane’a, było nadzwyczaj bezpieczne. – Byłam z Myst.

– Aha – Minnie pokiwała głową i spojrzała na pokój. – Teraz, kiedy wszyscy zostali sobie przedstawieni, możesz mnie zaprowadzić do stołu, Vane.

Sumiennie to uczynił, za nim podążyli inni.

Zastanawiał się, dlaczego Patience nie chciała, by wiedziano, że szukała czegoś w kwietniku.

Zauważył puste krzesło u szczytu stołu.

– Z pewnością będziesz chciała pogawędzić ze swoim chrzestnym synem. – Whitticombe Colby zatrzymał się przy krześle Minnie i uśmiechnął obłudnie. – Będę zachwycony, mogąc oddać moje miejsce...

– Nie ma takiej potrzeby, Whitticombe – wtrąciła Minnie. – Co bym zrobiła bez twojego towarzystwa? – Spojrzała na Vane’a. – Usiądź tam, u szczytu stołu, drogi chłopcze – Vane uniósł brew, potem się ukłonił. Minnie poruszyła się i przybliżyła. – Chcę, by siedział obok mnie mężczyzna, któremu mogę zaufać.

Patience zajęła krzesło na lewo od wyznaczonego mu miejsca, z Henrym Chadwickiem obok. Edith siedziała naprzeciw Patience, podczas, gdy Edgar usiadł przy następnym. Wypowiedź Minnie miała jakieś głębsze znaczenie.

Pierwsze danie zostało podane w tej samej chwili, w której usiedli. Kucharz Minnie był znakomity.

– Czy to prawda – zapytał Henry Chadwick – że Jockey Club myśli o zmianie reguł?

Dyskusja doczekała się komentarza Edith Swithins:

– Takie wymyślne imiona nadajecie, panowie, koniom. Dlaczego nigdy nie nazwiecie ich Złotko, Kasztanek czy Węgielek?

Ani Vane, ani Edgar czy Henry nie czuli się dość kompetentni, by podjąć ten temat.

– Słyszałem – ciągnął Vane – że dłużnicy księcia regenta znowu walczą.

– Znowu – pokiwał głową Henry.

Na lewo od Vane’a królowała cisza doskonała.

Nie wiedział, co zrobić z niewzruszoną niechęcią, którą okazywała mu Patience. Miał ochotę uszczypnąć ją w nos, byle się tylko odezwała; ta potrzeba była coraz silniejsza.

Nagle Vane spojrzał w dół – w wielkie, niebieskie oczy szarej kotki – kotki zwanej Myst. Z cichym miauknięciem Myst wstała, przeciągnęła się i otarła o jego nogi. Przebiegł paznokciami po grzbiecie zwierzaka. Myst wygięła się, unosząc ogon; odgłos jej mruczenia dosięgnął uszu Patience; spojrzała w tamtym kierunku.

– Myst! – zasyczała – Przestań przeszkadzać panu Cynsterowi.

– Nie przeszkadza mi. Lubię sprawiać, że kobiety mruczą.

Patience spojrzała na niego, a potem marszcząc nieznacznie brwi, odwróciła się.

Niedługo później wszyscy wstali; Minnie wraz z Timms poprowadziła panie do salonu. Z oczami utkwionymi w Gerrardzie, Patience zawahała się, wyrażając coś pomiędzy konsternacją a niepewnością. Gerrard nie zauważył tego. Vane patrzył na usta Patience, ona zaś spojrzała na niego. Wyprostowała się i przymknęła oczy. Vane odsunął jej uprzejmym gestem krzesło. Z szybkim, nadmiernie wyniosłym skinieniu głowy, Patience obróciła się wokół własnej osi i poszła za Minnie.

Powróciwszy na swoje miejsce, Vane uśmiechnął się do Gerrarda. Leniwym machnięciem ręki wskazał puste krzesło po prawej stronie.

– Dlaczego nie usiądzie pan bliżej?

Gerrard, uśmiechając się, chętnie opuścił swoje miejsce i usiadł pomiędzy Edgarem a Vane’em.

– Dobry pomysł. Teraz możemy rozmawiać bez podnoszenia głosu – Edmond także się przybliżył. Podobnie Generał. Vane podejrzewał, że Whitticombe chciałby zachować dystans, ale taka obraza byłaby zbyt widoczna. Lokaj postawił przed nimi karafkę. Vane spojrzał na Patience, która wciąż zwlekając, stała w drzwiach. Nagle wyprostowała się i wyszła. Lokaj zamknął za nią drzwi.

Vane uśmiechnął się do siebie; nalał sobie pełen kieliszek.

Podczas gdy karafka krążyła z rąk do rąk, Edgar westchnął:

– Nie mamy zbyt wielu rozrywek tutaj w Hall. Większość dni spędzam w bibliotece, czytając biografie.

Whitticombe prychnął pogardliwie:

– Dyletant.

Patrząc na Vane’a, Edgar poczerwieniał, ale poza tym nie dał po sobie poznać, że usłyszał zniewagę.

– Biblioteka jest całkiem zasobna. Zawiera wiele dzienników i pamiętników rodzinnych. Całkiem fascynujące, na swój sposób.

Whitticombe odstawił kieliszek i władczym tonem odezwał się do Vane’a:

– Jak mniemam, lady Bellamy poinformowała pana, że jestem zaangażowany w obszerne studia nad historią opactwa Coldchurch. Kiedy tylko moje badania zostaną ukończone, pochlebiam sobie, że opactwo znów będzie docenione jako ważny ośrodek religijny, jakim było kiedyś.

– O, tak – Edmond uśmiechnął się do Whitticombe’a. – Ruiny są rzeczywiście fascynujące na swój sposób. Poruszają wyobraźnię. Piszę sztukę inspirowaną ruinami i rozgrywającą się wśród nich.

Mówiąc to, Edmond odwrócił się do Vane’a, a ten dostrzegł iskierki w jego oczach.

– Świętokradztwo – syknął Whitticombe. – Klasztor to dom boży, a nie teatr.

– Ale to już nie jest klasztor, tylko kupa kamieni – Edmond nie wykazywał cienia skruchy. – I to jest miejsce o niepowtarzalnym klimacie.

Zdegustowane prychnięcie Whitticombe’a zostało jak echo powtórzone przez Generała:

– O niepowtarzalnym klimacie, rzeczywiście! Jest wilgotne, zimne i niezdrowe i jeśli zamierza pan nas tam ciągnąć jako swoją publiczność, zmuszać do siedzenia na zimnych kamieniach, to proszę pomyśleć jeszcze raz. Moje stare kości tego nie wytrzymają.

– Ale to jest bardzo piękne miejsce – wtrącił Gerrard.

Vane dostrzegł blask w oczach Gerrarda, słyszał młodzieńczy zapał w jego głosie.

– Kiedy je naszkicuję, będziecie mogli docenić urok tych ruin.

Vane już miał wyrazić szczere zainteresowanie tym pomysłem, kiedy Whitticombe znów zakpił:

– To dziecinne, za dużo sobie wyobrażasz, mój chłopcze. – Oczy Whitticombe’a pociemniały. – Powinieneś raczej ćwiczyć swoje wątłe mięśnie na świeżym powietrzu, niż siedzieć godzinami w wilgotnych ruinach. I powinieneś studiować, a nie trwonić czas na bzdury.

Z twarzy Gerrarda zniknął wyraz uniesienia.

– Studiuję, zostałem już przyjęty do Trinity na jesienny semestr przyszłego roku. Patience i Minnie chciały, bym pojechał do Londynu, więc pojadę. I nie potrzebuję do tego studiów.

– Nie, oczywiście, że nie – gładko uciął temat Vane. – Wino jest wyśmienite. – Nalał sobie następny kieliszek, potem podał karafkę Edmondowi. – Podejrzewam, że powinniśmy podziękować wspaniale wyrafinowanemu podniebieniu sir Humphreya. – Usiadł wygodniej; ponad brzegiem kieliszka napotkał wzrok Henry’ego. – Widziałem w okolicy piękne lasy.

Henry pochwycił karafkę i powiedział:

– Las przy drodze do Walgrave jest wart obejrzenia.

Generał potwierdził.

– Tam nad rzeką zawsze jest pełno królików. Wybrałem się tam wczoraj i ustrzeliłem trzy.

Każdy z pozostałych miał coś do opowiedzenia – każdy poza Whitticombe’em, Kiedy rozmowa o polowaniu i lesie zaczęła się stawać niemrawa, Vane odstawił kieliszek.

– Myślę, że powinniśmy dołączyć do dam – powiedział.

***

W salonie Patience niecierpliwie czekała, starając się nie wpatrywać w drzwi. Mężczyźni pili wino od przeszło półgodziny i Bóg tylko raczył wiedzieć, o czym rozmawiali. Zdążyła już wznieść niezliczoną ilość modlitw, żeby deszcz przestał padać, a ranek był pogodny. Wtedy pan Vane Cynster niechybnie by odjechał.

Stojąca obok pani Chadwick instruowała Angelę:

– Jest ich sześciu, czy raczej było ich sześciu. St. Ives ożenił się w zeszłym roku. Ale jedno jest pewne: Cynsterowie są dobrze urodzeni i mają takie usposobienie, jakiego życzyłby sobie każdy dżentelmen.

Oczy Angeli, i tak wielkie jak spodki, powiększyły się jeszcze bardziej.

– Czy oni wszyscy tak dobrze się prezentują jak ten pan Cynster?

Pani Chadwick posłała Angeli pełne dezaprobaty spojrzenie.

– Oni wszyscy są oczywiście bardzo eleganccy, ale słyszałam, jak mówiono, że Vane Cynster jest najelegantszy.

Patience chrząknęła z dezaprobatą. Takie było właśnie jej szczęście – skoro ona i Gerrard mieli spotkać Cynstera, dlaczego to musiał być ten najelegantszy? Los igrał sobie z nią. Przyjęła zaproszenie Minnie, by dołączyć do jej domowników na jesień i zimę, a potem pojechać do Londynu w okresie sezonu balów i przyjęć. Nie było wątpliwości, że potrzebowała pomocy.

Nie była głupia. Była niańką, zastępczą matką i opiekunką dla Gerrarda przez całe jego życie; chciała nim dobrze pokierować, nim jej brat przekroczy próg dorosłości. Ale nie mogła być jego mentorem, jego autorytetem. Nie było dotąd w jego życiu odpowiedniego dżentelmena, na którym Gerrard mógłby się wzorować. Szanse spotkania kogoś takiego w zapadłym Derbyshire były znikome. Kiedy otrzymała zaproszenie Minnie z informacją, że w Bellamy Hall przebywają dżentelmeni, wyglądało to tak, jakby maczało w tym palce przeznaczenie. Przyjęła zaproszenie z ochotą.

Spędziła podróż na tworzeniu wizerunku mężczyzny, którego zaakceptowałaby jako mentora Gerrarda – takiego, któremu mogłaby powierzyć brata z pełnym zaufaniem. Kiedy dojechali do Bellamy Hall, znała już niewzruszone kryteria swego wyboru.

Pod koniec pierwszego wieczoru w Hall doszła do wniosku, że żaden z dżentelmenów nie sprostał jej wymaganiom. Chociaż każdy posiadał cechy, które pochwalała, żaden nie był wolny od cech, których nie aprobowała. A przede wszystkim żaden nie wzbudził jej pełnego, absolutnego szacunku, to bowiem kryterium uznała za najistotniejsze.

Wzruszyła ramionami, akceptując wyroki przeznaczenia, i postanowiła skoncentrować się na Londynie. Nadzieje na spotkanie tam przez Gerrarda odpowiedniego mentora były nieporównywalnie większe. Tymczasem osiedli w domu Minnie, gdzie czuli się spokojnie i bezpiecznie. Teraz ten spokój został naruszony – i nie powróci, dopóki Vane Cynster nie opuści tego miejsca.

Drzwi salonu otworzyły się; pani Chadwick, Angela i Patience odwróciły się w tamtą stronę, by spojrzeć na wchodzących dżentelmenów. Prowadził Whitticombe Colby, jak zwykle spoglądając niesłychanie władczo; usiadł na kanapie, gdzie siedziały już Minnie i Timms; miejsce obok na krześle zajmowała Alice. Edgar i Generał szli za Whitticombe’em, po czym zbliżyli się do kominka, obok którego przycupnęła na fotelu Edith Swithins, niewyraźnie się uśmiechając i pilnie coś szyjąc.

Patience zobaczyła też wchodzących Edmonda i Henry’ego. Zaklęła przez zaciśnięte zęby, a potem zakaszlała, by pokryć swoje niestosowne zachowanie. Przeklęty Vane Cynster.

Po chwili wszedł, z Gerrardem u boku.

Przekleństwa wygłaszane w myślach przez Patience sięgnęły szczytu. Pani Chadwick nie kłamała – Vane Cynster był naprawdę uosobieniem elegancji. Jego kasztanowe włosy z kilkoma ciemniejszymi pasmami jaśniały delikatnie w świetle świec, układając się w piękne fale. Czoło, nos, szczęka i policzki zdawały się wyrzeźbione jak w skale. Wąskie wargi zdradzały poczucie humoru i wrodzoną inteligencję.

Szary kaftan opinał jego szerokie ramiona i opierał się na wąskich biodrach. Próbowała nie zauważyć, jak precyzyjnie, jak wspaniale miał zawiązany elegancki biały fular.

Zatrzymał się w drzwiach, a Gerrard zatrzymał się tuż przy nim. Vane skomentował coś, ilustrując to gestem tak zabawnym, że niemal się zaśmiała. Gerrard głośno okazał wesołość.

Niespodziewanie Vane odwrócił głowę i spojrzał na Patience.

Mogłaby przysiąc, że w tej samej chwili ktoś ją uderzył w żołądek; po prostu nie mogła złapać tchu. Przyglądając się jej, Vane uniósł brew – napięcie pomiędzy nimi było subtelne, lecz zamierzone, trudne do przeoczenia.

Patience znieruchomiała. Odetchnęła i odwróciła się z przyklejonym do ust słodkim uśmiechem, kiedy nadeszli Edmond i Henry.

– Czy pan Cynster nie dołączy do nas? – Angela pochyliła się, patrząc tam, gdzie wciąż stali Vane i Gerrard, rozmawiając. – Jestem pewna, że pogawędka z nami będzie dla niego o wiele bardziej zajmująca niż z Gerrardem.

Patience wydęła usta; nie zgadzała się z Angelą, ale miała nadzieję, że życzenie Angeli się spełni. Przez moment myślała, że tak się stanie; Vane powiedział coś do Gerrarda, potem odwrócił się i ruszył w stronę Minnie.

Ale to Gerrard do nich dołączył.

Ukrywając ulgę, Patience przywitała go z pogodnym uśmiechem – nie patrząc już w stronę kanapy. Gerrard i Edmond natychmiast zaczęli planować następną scenę w melodramacie Edmonda – co było ich zwyczajową rozrywką. Henry, spoglądając na Patience, uczynił zbyt oczywisty wysiłek – z pobłażaniem ich zachęcił; jego postawa i zbyt ciepłe spojrzenie irytowało Patience jak zawsze.

Angela, oczywiście naburmuszona, wyglądała niezbyt ponętnie. Pani Chadwick westchnęła i objęła ją, po czym dołączyły do towarzystwa na kanapie.

Patience była zadowolona, że została tam, gdzie była dotąd, nawet jeśli oznaczało to zmaganie się z Henrym i jego żarliwym spojrzeniem.

Piętnaście minut później podano herbatę. Minnie nalewała, gawędząc przez cały czas z gośćmi. Kątem oka Patience zauważyła, jak Vane Cynster rozmawiał uprzejmie z panią Chadwick; Angela, ignorowana, znów była bliska naburmuszenia się. Timms spojrzała i skomentowała coś, wywołując wybuch śmiechu. Spośród dam na kanapie tylko Alice Colby zdawała się nie być pod wrażeniem Vane’a, chociaż, zdaniem Patience, Alice była nawet bardziej spięta niż zazwyczaj – jakby coś ukrywała.

Patience zwróciła uwagę na rozmowę sprowokowaną przez brata, a obecnie dotyczącą „światła w ruinach”.

– Henry!

Głos pani Chadwick sprawił, że mężczyzna odwrócił się i skinął Patience głową.

– Jeśli pani pozwoli, moja droga, za chwilę wrócę – spojrzał na Gerrarda.

– Skłaniam się właśnie do tego, aby odegrać tę scenę na tle przęsła. – Niewzruszony Gerrard zmarszczył brwi, wyraźnie sobie to wyobrażając. – Proporcje ruin są tam o wiele lepsze.

– Nie, nie – odpowiedział Edmond – to musi być w klasztorze. – Spojrzał gdzieś poza Patience. – Czy jesteśmy zaproszeni?

– W istocie – odparł Vane.

Słowa, wypowiedziane tak głębokim tonem, że wydawały się niemal grzmotem, zadzwoniły w uszach Patience potężnym echem. Niemal się zachwiała.

Vane, patrząc na Edmonda i Gerrarda, wskazał na pokój.

– Wasza obecność będzie wielce pożądana.

– A więc chodźmy! – Edmond wstał z pogodnym uśmiechem; Gerrard bez wahania poszedł w ślad za nim, pozostawiając Patience w rogu salonu. Teraz miała za całe towarzystwo tego mężczyznę, z którym tak bardzo nie chciała zostać sam na sam.

– Dziękuję. – Przyjęła filiżankę, którą jej podał. Upiła łyk herbaty. Jak łatwo odizolował ją od opiekującej się nią grupy. Rozpoznała w nim natychmiast wilka. Czuła jego spojrzenie na twarzy, w końcu uniosła głowę i spotkała jego wzrok.

– Minnie wspomniała, że jechał pan do Leamington, panie Cynster. Jestem pewna, że bardzo ucieszy pana ta wiadomość: już jest po deszczu.

– Wystarczająco, panno Debbington.

Patience wolałaby, żeby jego głos nie brzmiał tak głęboko.

– Jednakże – powiedział, wpatrując się w nią – nie powinna pani nie doceniać obecnego towarzystwa. Jest tu wiele osobliwości, które już zauważyłem, i jestem pewien, że mój niezaplanowany pobyt okaże się pożyteczny.

Nie miała zamiaru dać się zbić z tropu.

– Intryguje mnie pan. Nie przypuszczałam, że w Bellamy Hall jest coś godnego do zauważenia dla dżentelmena o takich jak pan... zainteresowaniach, ale proszę mnie oświecić.

Vane spotkał jej wyzywające spojrzenie. Podniósł filiżankę i upił dwa łyki, przyglądając się dziewczynie przez cały ten czas. Potem, kiedy stawiał filiżankę na spodku, podszedł bliżej, tak że stali teraz ramię przy ramieniu, on zwrócony plecami do pokoju.

– Mógłbym być na przykład zaciekłym zwolennikiem amatorskiego teatru.

– A świnie mogą latać – rzekła i spoglądając w dal, upiła nieco herbaty.

Brew Vane’a drgnęła; spojrzeniem pieścił kark Patience.

– A oto i pani brat.

W tej samej chwili wyprostowała się.

– Proszę mi powiedzieć – wyszeptał – co on takiego zrobił, że naraził się nie tylko Whitticombe’owi i Generałowi, ale również Edgarowi i Henry’emu?

Odpowiedź przyszła szybko.

– Nic. Oni po prostu mają zupełnie odmienne poglądy na temat tego, jak młodzieniec w wieku Gerrarda powinien się zachowywać.

– Hm... – Wyjaśnienie, jak zauważył Vane, nie było wystarczające. – W takim wypadku jest mi pani winna podziękowanie.

Zaskoczona, spojrzała na niego pospiesznie. Uśmiechnął się.

– Wtrąciłem się do rozmowy, powstrzymując Gerrarda przed zbyt gniewną reakcją wobec Whitticombe’a.

Przyjrzała mu się uważnie, potem spojrzała przed siebie.

– Zrobił pan to tylko dlatego, by nie słuchać bezcelowych sporów.

– Nie podziękowała mi pani za uchronienie jej od upadku w kwietnik.

Nawet nie podniosła wzroku.

– To była wyłącznie pana wina, że omal nie upadłam. Gdyby się pan nie zakradł, nie znalazłabym się w niebezpieczeństwie. Dżentelmen by chociaż zakaszlał.

Vane uśmiechnął się.

– Tylko że ja, proszę pani, nie jestem dżentelmenem. Jestem Cynsterem. – Zabrzmiało to tak, jakby dopuszczał ją do jakiegoś sekretu. – Jesteśmy zdobywcami, nie dżentelmenami.

Patience poczuła osobliwy chłodny dreszcz pełznący w dół po kręgosłupie. Chociaż właśnie skończyła pić herbatę, usta miała suche. Postanowiła zignorować ostatni komentarz. Zmrużyła oczy.

– Chyba nie stara się pan sprawić, bym poczuła się wdzięczną. Pomyślałabym, że jestem panu coś winna.

Dziwnie zmarszczył brwi. Dosięgło ją baczne spojrzenie jego szarych oczu.

– Wydawało mi się to niezłym sposobem na osłabienie pani obronnej postawy.

Myślała tylko o jednym – jak to przerwać ostrą ripostą.

– Nie zakaszlałem, ponieważ czułem się całkowicie rozkojarzony, co było najzupełniej pani winą.

Zdawał się być niewyobrażalnie blisko, w pełni władając jej zmysłami.

– A jeśli już o tym mówimy – wymamrotał głosem aksamitnie ciemnym – czego pani szukała w kwietniku?

– Tutaj jesteście!

Patience odwróciła się i zobaczyła Minnie.

– Musisz wybaczyć starej kobiecie, moja droga Patience, ale naprawdę powinnam porozmawiać z Vane’em na osobności – powiedziała ciotka.

– Jestem do twojej dyspozycji – natychmiast odpowiedział Vane.

Pomimo tak uprzejmych słów, Patience wyczuła w jego głosie irytację, że Minnie nadziała się na broń wycelowaną w kogoś innego.

– Bardzo przepraszam, że zabieram cię ze sobą – powtórzyła Minnie.

– Ależ skąd, przecież to z twojego powodu tutaj jestem.

Minnie uśmiechnęła się, słysząc jego pochlebstwa. Vane uniósł głowę i spotkał spojrzenie Patience. Ukłonił się.

– Panno Debbington.

Patience oddała ukłon. Wyraźnie czuła, że nie dał za wygraną.

Patrzyła, jak przemierzył pokój z Minnie wspartą na ramieniu, i jak gawędził z ożywieniem; szedł z głową pochyloną, skupiony na tym, co mówiła Minnie. Patience zmarszczyła brwi. Natychmiast rozpoznała ten sposób bycia; porównała Vane’a Cynstera z ojcem, równie gładko przemawiającym dżentelmenem. Wszystkiego, co wiedziała o eleganckich dżentelmenach, nauczyła się od ojca. Uczyła się bardzo pilnie – nie było możliwości, by teraz uległa parze dobrze skrojonych spodni i szatańskiemu uśmiechowi.

Matka kochała jej ojca – serdecznie, głęboko, za bardzo. Na nieszczęście, mężczyzna taki jak on nie był wart takiej miłości – uwielbiany przez mądre, dobre kobiety, nic sobie z ich uczuć nie robił; nie dawał niczego w zamian.

Tacy mężczyźni, przynajmniej w oczach Patience, nie rozumieli sensu i wartości życia rodzinnego. Eleganccy dżentelmeni unikali głębokich uczuć. Unikali zobowiązań, unikali miłości. Dla nich małżeństwo było stanem posiadania, nie stanem uczuć. Biada tym kobietom, którym się to przytrafiło, a które tego nie rozumiały.

Wszystko to sprawiało, że Vane Cynster zajmował czołowe miejsce na jej liście dżentelmenów, których na pewno nie chciałaby widzieć w roli mentora dla Gerrarda. Gerrard nie powinien się stać taki, jak jego ojciec. Nikt nie mógł zaprzeczyć, że miał po temu skłonności, ale zamierzała walczyć do ostatniego tchu, by ustrzec go przed pójściem tą drogą.

Patience rozejrzała się po pokoju. Bez Vane’a i Minnie pokój zdawał się mniej kolorowy, mniej żywy. Widziała, że Gerrard również od czasu do czasu spogląda uważnie na drzwi.

Będzie musiała chronić Gerrarda przed wpływem Vane’a Cynstera – co do tego nie było wątpliwości.

Miała dwadzieścia sześć lat i niezawodną intuicję.

Przeszła przez pokój, by odstawić pustą filiżankę na stół.

Tak, Vane Cynster z pewnością był taki jak jej ojciec.

Rozdział 3

Vane pomógł Minnie wejść po schodach i potem pokonali długie ponure korytarze. Po śmierci pana Humphreya wdowa przeniosła się do ogromnego apartamentu na końcu skrzydła budynku; Timms zajmowała pokój obok.

Minnie zatrzymała się przed swoimi drzwiami.

– To przeznaczenie cię tu sprowadziło.

– Wiem – odparł Vane. – Ale co się stało? – otworzył przed kobietą szeroko drzwi.

– Dzieje się coś dziwnego. – Opierając się ciężko na lasce, Minnie podeszła do pieca. – Nie jestem pewna co. – Usiadła w fotelu, otulając się szalami. – Ale wiem, że to nic dobrego.

Vane oparł ramię o gzyms kominka.

– Opowiedz mi.

Minnie zmarszczyła brwi.

– Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy tak naprawdę to się zaczęło, ale to było mniej więcej wtedy, kiedy przyjechali Patience i Gerrard... – Spojrzała szybko na Vane’a. – Co nie znaczy, że uważam, iż oni mają coś z tym wspólnego.

Vane pokiwał głową.

– Co zauważyłaś?

– Najpierw zaczęły się kradzieże. Znikały drobne rzeczy: biżuteria, tabakierki, świecidełka, bibeloty. Przedmioty, które możesz schować w kieszeni.

Twarz Vane’a stężała.

– Ile kradzieży się wydarzyło?

– Nie wiem. Nikt z nas nie wie. Często mijały dni, nawet tygodnie, zanim zauważono, że coś zniknęło.

Przedmioty, które mogły upaść w kwietnik.

– Powiedziałaś, że kradzieże były najpierw. Co było potem?

– Osobliwości – Minnie westchnęła. – Nazywają to zjawą.

– Duch? – zdziwił się Vane. – Tutaj nie ma duchów.

– Ponieważ ty i Diabeł byście je znaleźli, gdyby tu były? – Minnie zachichotała. – Wiem, że to robota kogoś żywego. Kogoś z tego domu.

– Żadnych nowych służących, nowych pomocników w ogrodach? – pytał Vane.

Minnie potrząsnęła głową.

– Każdy jest tu u mnie od lat. Lokaj jest tak samo zdumiony jak ja.

– Co ta zjawa robi?

– Najpierw hałasuje. – Oczy Minnie pojaśniały. – Zawsze się to zaczyna, gdy tylko zasnę. – Wskazała na okna. – Mam delikatny sen, a te okna wychodzą wprost na ruiny.

– Jakiego rodzaju są to hałasy?

– Jęki i huki, i skrzypienie, tak jakby skały zgrzytały o siebie. A potem pojawia się błyskające światło w ruinach. Wiesz, jak tutaj jest. Nawet latem mamy mgłę znad rzeki.

– Czy ktokolwiek próbował złapać tego ducha?

Minnie potrząsnęła głową.

– Nie pozwoliłam na to. Nalegałam, żeby wszyscy dali mi słowo, że nie będą ryzykować. Wiesz, jakie są ruiny, jak niebezpiecznie może tam być nawet za dnia. Ściganie zjawy w nocy, we mgle, to szaleństwo. Połamane ręce i nogi, pogruchotane głowy – nie! Nie chcę o tym słyszeć.

– A czy wszyscy dotrzymali słowa?

– Znasz ten dom. Jest tu w bród drzwi i okien, którymi można wejść czy wyjść. I wiem, że jeden z domowników to właśnie zjawa.

– Co oznacza, że każdy może wyjść i wejść, pozostając niezauważonym. – Vane skrzyżował ramiona. – Kto interesuje się ruinami?

– Whitticombe, oczywiście. Mówiłam ci o jego badaniach? – Vane pokiwał głową, a Minnie mówiła dalej: – Potem jest Edgar. Czyta wszystkie monografie dotyczące opactw. I powinnam powiedzieć o Generale. Ruiny są jego ulubionym miejscem spacerów od lat. Aha, jeszcze Edmond ze swoją sztuką. I Gerrard oczywiście. Obaj spędzają czas w ruinach. Edmond, obcując z muzami, Gerrard, szkicując. – Zastanawiała się przez dłuższą chwilę. – I na końcu jest Patience, ale to, co nią powoduje, to zwykła ciekawość. Lubi żartować na temat swoich spacerów do ruin.

Vane mógł to sobie wyobrazić.

– Żadna z pozostałych kobiet albo Henry Chadwick nie mają tam jakichś interesów?

Minnie potrząsnęła głową.

– Nie wiem, co martwi mnie bardziej, zjawa czy złodziej – westchnęła, potem spojrzała na Vane’a. – Chciałabym cię prosić, drogi chłopcze, żebyś tu został i uporządkował jakoś te sprawy.

Vane popatrzył w jasne oczy Minnie. Na jedną chwilę jej twarz zmieniła się w twarz Patience Debbington. Podobny kształt policzków, brody, nosa, podobne oczy...

Ciszę przeciął przenikliwy krzyk rozdzierający noc.

Vane rzucił się do drzwi, zanim zamilkło pierwsze echo. Kolejny krzyk prowadził go przez plątaninę korytarzy. Mężczyzna skierował się do sąsiedniego skrzydła budynku.

Źródłem krzyków okazała się pani Chadwick. Kiedy do niej podszedł, była bliska omdlenia. Jedną ręką opierała się o stół, drugą przyciskała do obfitej piersi.

– Mężczyzna! – Chwyciła Vane’a za rękaw i wskazała na korytarz. – W długiej pelerynie. Widziałam go, jak stał tam, naprzeciwko moich drzwi.

Drzwi były zasłonięte mrokiem, rozświetlonym tylko przez jedną świecę. Vane słyszał pospieszne kroki, tupot na wypolerowanych posadzkach pięter.

– Proszę tu czekać – powiedział półgłosem.

Śmiało ruszył korytarzem.

W ciemnościach nie było nikogo. Doszedł do schodów. Nie słyszał odgłosu wycofujących się kroków. Vane zawrócił. Domownicy gromadzili się dookoła pani Chadwick – byli już Patience i Gerrard, a więc i Edgar. Vane otworzył drzwi pokoju pani Chadwick, potem wszedł do środka. Nikogo tam nie zauważył.

Kiedy wrócili, pani Chadwick była skąpana w jasnym świetle kandelabra trzymanego wysoko przez Patience i popijała wodę ze szklanki. Powoli się uspokajała.

– Właśnie przyszłam z pokoju Angeli. – Spojrzała przelotnie na Vane’a; mógłby przysiąc, że się zaczerwieniła. – Gawędziłyśmy. – Wypiła kolejny łyk, potem mówiła dalej. – Szłam do siebie, kiedy go zobaczyłam. – Wskazała na korytarz. – Właśnie tam.

– Stał przed pani drzwiami?

Pani Chadwick pokiwała głową.

– Z dłonią na klamce. Biorąc pod uwagę, jak długo idzie się przez połowę domu, złodziej, jeśli to był on, miał dość czasu, by zniknąć.

Vane zmarszczył brwi.

– Mówiła pani coś o pelerynie?

Pani Chadwick pokiwała głową.

– O długiej pelerynie.

Lub kobiecej sukni – pomyślał Vane.

– Tylko pomyślcie! Mogliśmy zostać zamordowani we własnych łóżkach!

Wszystkie głowy odwróciły się w stronę Angeli.

– To musi być jakiś szaleniec!

– Dlaczego?

Vane otworzył usta, by zadać to pytanie, ale Patience go ubiegła.

– Dlaczego, do licha, ktoś przyszedłby aż tutaj – kontynuowała – do tego właśnie domu, dotarł do drzwi twojej matki, a potem zniknął, kiedy tylko usłyszał krzyk? Jeśli to był szaleniec zamierzający mordować, miał na to mnóstwo czasu.

Obie, pani Chadwick i Angela, wpatrywały się w nią, zaskoczone jej zdrowym rozsądkiem.

– Nie ma powodu, żeby melodramatyzować. Ktokolwiek to był, już go nie ma. Prawdopodobnie nie poszedł daleko.

Ta sama myśl przyszła do głowy Whitticombe’owi.

– Czy wszyscy są tutaj? – Spojrzał wokół, upewniając się, że rzeczywiście wszyscy byli obecni, nawet lokaj. – Więc – zaczął Whitticombe, spoglądając na twarze – gdzie każdy był w tym czasie? Gerrardzie?...