Przyrodyjki - Marcin Kostrzyński - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Przyrodyjki ebook i audiobook

Marcin Kostrzyński

5,0

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Twórca Gawęd o wilkach i innych zwierzętach powraca!

Marcin Kostrzyński kiedyś był myśliwym. Po wielu latach polowań zamienił strzelbę na kamerę i aparat fotograficzny. Zyskał sympatię milionów Polaków, gdy udało mu się wyrwać z rąk myśliwych rannego w wypadku wilka i uratować mu życie. Jego Gawędy o wilkach i innych zwierzętach okazały się bestsellerem, zdobyły czytelników w każdym wieku, którzy zapragnęli kolejnych cudownych opowieści o zwierzętach Marcina z lasu - przyrodnika, leśnika, obrońcy i niekwestionowanego miłośnika natury.

Przyrodyjki to wyjątkowe i ekscytujące opowiastki o zwierzętach (dla dzieci i dorosłych) inspirowane obserwacjami kochanego przez widzów i czytelników Marcina z lasu.

Widzieliście kiedyś biało-czarne dziki? Zastanawialiście się, jak leniwe są leniwce w Ameryce Południowej? Wyruszyliście w podróż śladami chomika? Obserwowaliście foki nad Bałtykiem? Spotkaliście w lesie niedźwiedzia?

Pozwólcie zabrać się w podróż - od Bieszczad po Bałtyk, od Ameryki Południowej po północną Finlandię. Przeżyjcie niesamowite spotkania ze zwierzętami: od tych najmniejszych po całkiem duże, wszystkie zaklęte... w przyrodyjkach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 184

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 24 min

Lektor: Krystyna Czubówna

Popularność




Kar­packi jeleń

W Biesz­czady jeź­dzi­łem już w ogól­niaku. Nie potra­fię wyja­śnić fascy­na­cji tymi górami. Z jed­nej strony nie­po­wta­rzalna przy­roda i prze­strzeń, z dru­giej nie­zwy­kli ludzie. Tra­fi­łem tam tro­chę przy­pad­kiem. W małej miej­sco­wo­ści Sme­rek tuż obok Wetliny miesz­kała Ela. Jej mąż wypa­lał węgiel drzewny, a ja mia­łem ide­alną bazę wypa­dową na gór­skie wycieczki.

W tam­tych cza­sach Biesz­czady nie były popu­lar­nym kie­run­kiem week­en­do­wych wyjaz­dów: drogi kiep­skie, a we wrze­śniu żad­nych tury­stów. Jeśli miało się szczę­ście i nie padał deszcz, czło­wiek prze­no­sił się do przy­rod­ni­czego raju. Wszystko ską­pane w zło­tych kolo­rach wszech­obec­nych buków, które jesie­nią prze­pięk­nie się wybar­wiały. Cho­dząc mniej popu­lar­nymi szla­kami, można było przez cały dzień nikogo nie spo­tkać. Na poło­ni­nach tra­fiali się poje­dyn­czy ludzie, głów­nie stu­denci, któ­rzy jesz­cze mieli waka­cje. W dodatku trudny teren sprzy­jał dzi­kim zwie­rzę­tom. Wła­śnie tam mogłem nauczyć się tro­pie­nia wil­ków, roz­po­zna­wa­nia gło­sów orze­chó­wek i pusz­czy­ków ural­skich.

Miesz­ka­łem, a wła­ści­wie spa­łem, w sto­dole na sia­nie. Trzeba było wejść po dra­bi­nie, bo na dole rezy­do­wała kobyła. Koń w tam­tych warun­kach był jedy­nym nie­za­wod­nym środ­kiem trans­portu i przy­ja­cie­lem jed­no­cze­śnie. Teraz zachwy­camy się samo­cho­dami, które pró­bują poru­szać się auto­no­micz­nie. Kobyła bez spe­cjal­nego opro­gra­mo­wa­nia potra­fiła to sama z sie­bie. Nie trzeba było nią kie­ro­wać czy ste­ro­wać. Znała każdy odci­nek drogi, wie­działa, gdzie pójść, by dotrzeć do celu. Wra­cała bez­piecz­nie do domu, wio­ząc śpią­cego woź­nicę.

Czas w Biesz­cza­dach pły­nął w innym, znacz­nie wol­niej­szym tem­pie. Dzień wypeł­niała praca, odpo­czy­nek i dłu­gie wie­czorne roz­mowy przy stole pod świer­kiem. Gdy sze­dłem spać, nocą coś cho­dziło po bel­kach. Cza­sem dra­pało, a nie­kiedy docie­rały do moich uszu ciche piski, a wła­ści­wie dźwięki przy­po­mi­na­jące chrząk­nię­cia. Oczy­wi­ście kobyła poni­żej też nie była cicho. Jak to koń, potrze­bo­wała znacz­nie mniej snu niż ludzie. Gdy chcia­łem spraw­dzić, co tak hała­suje i włą­cza­łem latarkę, głosy cichły, jakby zwie­rzę zapa­dało się pod zie­mię. W końcu zro­zu­mia­łem. Cokol­wiek to było, musiało mieć dosko­nały wzrok. Gdy się budzi­łem i szu­ka­łem latarki, ono widziało mój ruch i ucie­kało, zanim się ogar­nia­łem. Następ­nej nocy poży­czy­łem latarkę na pła­ską bate­rię, która miała pętelkę ze sznurka do prze­ło­że­nia ręki. Nie wiem, czy był to biesz­czadzki patent, by jej nie gubić, gdy noga śli­zgała się na gli­nie, ale to pro­ste roz­wią­za­nie pozwa­lało mi ją mieć zawsze w zasięgu.

W nocy obu­dził mnie sze­lest i ciche tupa­nie. Sta­ra­łem się leżeć bez ruchu, nawet oczu gwał­tow­nie nie otwie­ra­łem, ponie­waż zwie­rzęta dosko­nale zdają sobie sprawę z tego, że kto ma otwarte oczy, ten nie śpi. Wiem to, ponie­waż nie potra­fię odmó­wić psu spa­nia ze mną w łóżku. Mogę się prze­krę­cać na bok czy wyko­ny­wać inne ruchy, a pies nie będzie reago­wał. Ale gdy tylko otwo­rzę oko, natych­miast zostaję powi­tany i wyli­zany. Otwar­cie oka jest jed­no­znacz­nym sygna­łem, działa jak komenda „liż go!”.

Podob­nie myślą dzi­kie zwie­rzęta. Małe lisy są cie­kaw­skie i bojaź­liwe jed­no­cze­śnie. Sie­dząc w pobliżu nory, nie można wyko­nać żad­nego ruchu. Zain­try­go­wane potra­fią podejść bar­dzo bli­sko. Trzeba pamię­tać, by mieć zmru­żone oczy, bo sze­roko otwarte pło­szą szcze­nięta rów­nie sku­tecz­nie jak ruch ręką.

Wie­dząc to, nie pod­no­si­łem gwał­tow­nie powiek, gdy obu­dził mnie nocny hałas. Powo­lutku odszu­ka­łem latarkę, która leżała kilka cen­ty­me­trów od moich pal­ców zagrze­bana w sia­nie. Bar­dzo ostroż­nie obró­ci­łem ją, by prze­łącz­nik zna­lazł się pod kciu­kiem, a odbły­śnik świe­cił pro­sto w górę. Wciąż nie otwie­ra­łem sze­roko oczu, by nie spło­szyć noc­nego intruza. W końcu naci­sną­łem na pla­sti­kowy guzik i na pod­da­szu zro­biło się jasno. Nawet dla moich oczu to świa­tło było za bar­dzo inten­sywne. Zoba­czy­łem na belce tuż nad głową wpa­tru­ją­cego się we mnie szczura. Odru­chowo odsu­ną­łem się, wyda­jąc z sie­bie dziwny głos, który mogę zapi­sać jako: „bbb­be­eee!”. Zwie­rzę obró­ciło się szybko i ucie­kło, bie­gnąc po belce. Miało jed­nak „nie­szczu­rzy” ogon. Nie był on pozba­wiony wło­sów, lecz wręcz prze­ciw­nie – przy­po­mi­nał puchaty ogon wie­wiórki, tyle że szary.

Opo­wie­dzia­łem Karo­lowi histo­rię, która przy­da­rzyła mi się w nocy. On od razu w moim opi­sie roz­po­znał popie­licę. Sły­sza­łem o tych gry­zo­niach, ale ni­gdy przed­tem popie­licy nie widzia­łem. Dowie­dzia­łem się, że są to łagodne i bar­dzo przy­ja­zne zwie­rzęta. Przy­po­mi­nają wie­wiórki, lecz pro­wa­dzą typowo nocny tryb życia. Łatwo je prze­ku­pić orze­chami lasko­wymi.

Na kolejną noc przy­go­to­wa­łem się już lepiej. Posze­dłem do lasu i zerwa­łem garść orze­chów lasko­wych. W Biesz­cza­dach nie jest to żaden wyczyn. Wszę­dzie rosną lesz­czyny, a żyzna gleba i rzę­si­ste desz­cze zapew­niają obfite owo­co­wa­nie. Każdy z orze­chów sta­ran­nie roz­łu­pa­łem. Część zja­dłem sam, a część scho­wa­łem do ple­caka. Przed nocą poło­ży­łem dwa obrane orze­chy na poprzecz­nej belce pod­trzy­mu­ją­cej kon­struk­cję dachu. Zapach musiał być bar­dzo inten­sywny i kuszący.

Jesz­cze zanim zapa­dła głę­boka noc, w rogu skle­pie­nia poja­wiła się pierw­sza popie­lica

Jesz­cze zanim zapa­dła głę­boka noc, w rogu skle­pie­nia poja­wiła się pierw­sza popie­lica. Pod­bie­gła pro­sto do pokarmu, wzięła go w łapki zupeł­nie jak wie­wiórka i zaczęła jeść. Po chwili poja­wiła się druga i trze­cia. Dwie ostat­nie były zapewne tego­rocz­nymi mło­dymi, ponie­waż nie dorów­ny­wały wiel­ko­ścią pierw­szej popie­licy. Mło­dym został już tylko jeden orzech. Zaczęły kłó­cić się o zdo­bycz, wyda­jąc odgłosy, które sły­sza­łem dotąd w ciem­no­ści. Jedna z nich chwy­ciła sma­ko­łyk i ucie­kła w róg dachu, druga nie­zwłocz­nie podą­żyła za nią.

Zro­biło mi się żal tej, dla któ­rej zabra­kło orzeszka. Wypro­sto­wa­łem się i się­gną­łem do kie­szeni ple­caka. Popie­lice znik­nęły, gdy tyko się poru­szy­łem. Wyją­łem kilka obra­nych orze­chów i poło­ży­łem je na belce. Zaświe­ci­łem też latarkę, by nieco lepiej przyj­rzeć się noc­nym gościom. Gdy kła­dłem pokarm, dostrze­głem wpa­tru­jące się we mnie ciemne oczy. Jak tylko cof­ną­łem dłoń, popie­lica zaczęła biec w moją stronę. Nie zdą­ży­łem nawet usiąść, więc sta­łem nie­ru­chomo jak słup soli. Zwie­rzę pod­bie­gło do orze­chów, a za nim kolejne trzy mniej­sze. Były dokład­nie na wyso­ko­ści mojego wzroku, zale­d­wie pół metra od moich sze­roko otwar­tych oczu.

Już następ­nego dnia mogłem je pogła­skać, a wła­ści­wie spraw­dzić, jak mięk­kie i puszy­ste jest ich futerko. One też wyraź­nie przy­zwy­cza­iły się do mojej obec­no­ści. Nie ucie­kały, nawet bawiły się, igno­ru­jąc moją obec­ność. Były kom­plet­nie pozba­wione agre­sji. Nawet pod­czas zabawy nie uda­wały walki, tylko goniły się i wygłu­piały. Nauczy­łem się ich gło­sów, choć nie potra­fi­łem ich naśla­do­wać. Do końca mojego pobytu przy­cho­dziły co noc.

W tym cza­sie zda­rzały się już przy­mrozki. Gdy tylko zni­kały chmury, momen­tal­nie poja­wiał się szron. Koło sto­dółki nie było gęstego lasu, myślę, że popie­lice wybrały sobie wła­śnie to miej­sce na prze­zi­mo­wa­nie. Zapa­dają one w długi sen zimowy i potrze­bują bez­piecz­nego schro­nie­nia na ten czas.

Z mojej sto­doły roz­po­ście­rał się piękny widok. Domy zazwy­czaj budo­wano w doli­nach. Ten był wznie­siony znacz­nie wyżej niż wszyst­kie. Utrud­niało to życie rodziny, lecz nie­do­god­no­ści rekom­pen­so­wała pano­rama gór. Wspa­niały widok każ­dego dnia.

Nie­da­leko gospo­dar­stwa pły­nęła rzeka Wetlina. Wąska kładka prze­rzu­cona przez jej nurt opie­rała się na dwóch potęż­nych świer­ko­wych pniach. By prze­do­stać się samo­cho­dem na drugą stronę, nale­żało wje­chać do wody. W tym miej­scu dno koryta było sto­sun­kowo pła­skie, ale dość sze­ro­kie. Po każ­dej ule­wie nie­stety w wodzie poja­wiały się wiel­kie kamie­nie w miej­scach, gdzie ich do tej pory nie było. Kobyła dosko­nale wie­działa, któ­rędy można prze­cią­gnąć wóz. Gdy woda była zbyt wartka, odma­wiała prze­prawy, wybie­ra­jąc lep­szy wariant. Robiła to wiele razy i dosko­nale znała swoje ogra­ni­cze­nia.

Po dru­giej stro­nie rzeki, w jej zakolu, stały retorty. Wyglą­dały jak sta­lowe jurty z kil­koma komi­nami. Drzwi przy­po­mi­nały wej­ście do ban­ko­wego skarbca. Retorty słu­żyły do wypa­la­nia węgla drzew­nego. Zastą­piły mie­le­rze – ostatni z nich mia­łem jesz­cze oka­zję zoba­czyć. Sam spo­sób pozy­ski­wa­nia węgla drzew­nego nie zmie­nił się od czasu wyna­le­zie­nia żelaza. Pole­gał na kon­tro­lo­wa­nym spa­la­niu drewna, żeby odpa­ro­wało wszystko, prócz czy­stego węgla. Mie­le­rze były rowami wyko­pa­nymi w ziemi, w któ­rych ści­śle ukła­dano drewno. Całość przy­kry­wano skle­pie­niem zro­bio­nym z gliny i ziemi, a następ­nie pod­pa­lano. U góry pozo­sta­wione były spe­cjalne otwory, któ­rymi uwal­niały się dym i para wodna. Kiedy smuga zmie­niała kolor z bia­łego na jasny i przej­rzy­sty, zaty­kano sta­ran­nie wszyst­kie otwory. Po tygo­dniu, gdy żar wygasł, można było wydo­być węgiel. Na takiej samej zasa­dzie dzia­łały sta­lowe retorty. Umoż­li­wiały szyb­szą, bar­dziej wydajną i bez­piecz­niej­szą pracę.

Do rzeki wpa­dał potok. Wypły­wał on pra­wie z samego wierz­chołka góry Sme­rek. Zapa­ko­wa­łem ple­cak i posta­no­wi­łem wejść na szczyt nie­ty­pową drogą w górę stru­mie­nia. Wzią­łem apa­rat Zenit, pier­ście­nie pośred­nie do zdjęć makro i wyru­szy­łem na poszu­ki­wa­nie sala­man­dry pla­mi­stej, którą Karol widział tam kilka dni wcze­śniej. Nazwa tego naj­więk­szego ogo­nia­stego płaza wywo­dzi się z języka per­skiego i ozna­cza zwie­rzę żyjące w ogniu. Mit ten jest sil­nie zako­rze­niony, ponie­waż nawet na fla­dze Toru­nia od pię­ciu­set lat wid­nieje sala­man­dra w pło­mie­niach.

Wcze­śniej tylko raz widzia­łem sala­man­drę. Co roku jeź­dzi­łem na waka­cje w góry do rodzin­nej miej­sco­wo­ści mojego ojca. Pomię­dzy pastwi­skiem a lasem pły­nął mały potok. Tam wła­śnie pod liśćmi łopianu zna­la­złem zagad­kowe zwie­rzę. Nie wie­dzia­łem wtedy, że sala­man­dry bro­nią się, wydzie­la­jąc z gru­czo­łów tru­jący jad. To naj­pięk­niej pach­nąca tru­ci­zna świata, czego doświad­czy­łem oso­bi­ście, kiedy chcia­łem zła­pać to prze­śliczne zwie­rzę – moja ręka miała słod­kawy wani­liowy zapach. Dowie­dzia­łem się, jak pach­nie jad, któ­rym płaz broni się przed pożar­ciem. Nie wiem, czy to dobra stra­te­gia, bo mi wani­lia koja­rzy się z rze­czami, które chęt­nie zja­dam: lodami wani­liowymi lub budy­niem. Byłem bar­dzo łako­mym dziec­kiem lubią­cym eks­pe­ry­menty, dla­tego dotkną­łem języ­kiem ręki, by spraw­dzić, czy tak samo dobrze sma­kuje jak pach­nie. Nie­stety, ogrom­nie się roz­cza­ro­wa­łem. Niczego bar­dziej gorz­kiego mój język do tam­tej pory nie poznał. Dłu­gie mocze­nie go w wodzie i wycie­ra­nie pia­skiem na nie­wiele się zdało. Pozna­łem to, czego przede mną nauczyło się wiele lisów i bor­su­ków. Nie dotyka się sala­man­dry!

Nie jest łatwo spo­tkać sala­man­drę, ponie­waż zwie­rzę to pro­wa­dzi nocny tryb życia. Za dnia chowa się w róż­nych kry­jów­kach. Może to być spróch­niały pień drzewa albo liść łopianu. Cza­sem wci­ska się do spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nej norki. Jed­nak naj­chęt­niej prze­bywa w pobliżu rze­czek pły­ną­cych przez bukowy las. Dla­tego wła­śnie chcia­łem iść brze­giem w górę stru­mie­nia z samego rana. Po desz­czu, kiedy jest pochmurno, ist­niała naj­więk­sza szansa, by spo­tkać sala­man­drę za dnia. Już po godzi­nie wspi­naczki żało­wa­łem tej decy­zji. Brzeg potoku nie był łatwą drogą, sta­wał się praw­dzi­wym torem prze­szkód. Cza­sem przy­po­mi­nał wąską rynnę, którą wartko pły­nęła woda. W poprzek tara­so­wały go powa­lone drzewa i gałę­zie. Nie spo­sób było iść. Ale uwa­ża­łem, że wła­śnie tylko tam mogę liczyć na spo­tka­nie czarno-żół­tego płaza. Zaglą­da­łem pod liście, kamie­nie, bada­łem też inne poten­cjalne kry­jówki. Wszystko na nic. Sprawę utrud­niały pierw­sze opa­dłe liście. Może było już za zimno dla zmien­no­ciepl­nego zwie­rzęcia? Nie­stety, mimo sta­rań nie zna­la­złem sala­man­dry.

Zro­bi­łem kilka cie­ka­wych zdjęć makro owa­dom, które korzy­stały z buj­nej roślin­no­ści. W końcu dosze­dłem do miej­sca, gdzie las wyraź­nie sta­wał się bar­dziej przej­rzy­sty. Potok pły­nął teraz bez­po­śred­nio po ska­łach. W poprzek stoku zauwa­ży­łem wydep­tane przez zwie­rzęta ścieżki. Prze­kra­czały one stru­mień i bie­gły gdzieś dalej w las. Bałem się nimi podą­żać, by nie zabłą­dzić w nie­zna­nym tere­nie. Sze­dłem kon­se­kwent­nie w górę.

W pew­nej chwili zoba­czy­łem tara­su­jące drogę drzewo. Leżało w poprzek stru­mie­nia, a tuż pod nim była wydep­tana ścieżka. Wyma­rzone miej­sce na zasadzkę dla rysia. Mógł prze­cież przy­siąść na pniu i z góry rzu­cić się na prze­cho­dzą­cego jele­nia. Usiad-łem, by chwilę odpo­cząć. Wyją­łem kanapkę z bryn­dzą i zja­dłem ją z ape­ty­tem.

Szybko scho­wa­łem się za drzewo, jedyną osłonę, jaką mia­łem w pobliżu. Ścieżką bie­gła łania z cie­lę­ciem

Choć nad­szedł już czas ryko­wi­ska, nie sły­sza­łem ryków jeleni za dnia. Nocą też odzy­wały się tylko poje­dyn­cze osob­niki. Teraz wsłu­chi­wa­łem się w las i nie sły­sza­łem niczego prócz szumu wia­tru w koro­nach drzew nad moją głową. Co pewien czas skrze­czały orze­chówki. Nic się nie działo.

Wsta­łem, by wyru­szyć dalej, gdy kątem oka dostrze­głem jakiś ruch daleko z lewej strony. Szybko scho­wa­łem się za drzewo, jedyną osłonę, jaką mia­łem w pobliżu. Ścieżką bie­gła łania z cie­lę­ciem. Nie spie­szyła się, czyli nic jej nie spło­szyło. Po chwili zatrzy­mała się i zaczęła szu­kać cze­goś na ziemi pod drze­wem. Pew­nie rósł tam buk, z któ­rego spa­dały bukowe orzeszki. Ten rok nie nale­żał do roku nasien­nego i drzewa miały bar­dzo nie­wiele nasion, lecz nie­które osob­niki były obsy­pane przy­po­mi­na­ją­cymi małe jeże pojem­ni­kami na nasiona. Podłużne, pokryte brą­zową skórką orzeszki musiały być bar­dzo smaczne. Łania co chwilę pod­no­siła głowę i spo­glą­dała w stronę, z któ­rej przy­szła. Cielę ufało matce i nie prze­ry­wało jedze­nia nawet na chwilę.

Po kilku minu­tach nad­bie­gły następne łanie z cie­lę­tami, choć był wśród nich jeden szpi­cer. To byczek, któ­remu wyro­sło pierw­sze w życiu poroże. Ni­gdy w życiu nie widzia­łem tak oka­za­łego pierw­szego poroża. Było przy­naj­mniej dwa razy wyż­sze niż uszy, pałą­ko­wato wygięte z lek­kimi zgru­bie­niami na koń­cach. Samice też wyda­wały się jakby więk­sze, masyw­niej­sze od tych, które widy­wa­łem koło mojego domu. Grupka zatrzy­mała się pod bukiem, lecz po chwili naj­waż­niej­sza łania, licówka, ruszyła w moją stronę.

Stada jeleni zwane chma­rami pro­wa­dzi zawsze łania z cie­lę­ciem. Nie wiem, jaką metodą jest wybie­rana przez pozo­stałe jele­nie, ale cie­szy się naj­więk­szym sza­cun­kiem w gru­pie. Wszyst­kie inne, włącz­nie z bykiem, zdają się na jej doświad­cze­nie i wraż­li­wość. Posia­da­nie cie­lę­cia jest klu­czo­wym warun­kiem jej pozy­cji. Jeśli w danym roku licówka nie będzie miała dziecka, to traci sta­no­wi­sko prze­wod­nika stada na rzecz innej, być może mniej doświad­czo­nej, ale z cie­lę­ciem. Ma to głę­bo­kie uza­sad­nie­nie i świad­czy o wiel­kiej miło­ści i tro­sce, jaką łanie darzą swoje potom­stwo. Tylko nie­po­kój o dziecko jest w sta­nie wyostrzyć zmy­sły matki, by sku­tecz­nie unik­nąć nie­bez­pie­czeństw. Matka nie ryzy­kuje, przed­kłada dobro dziecka nad wszel­kie sma­ko­łyki świata. Chroni je, jak może, a naj­lep­szą ochroną jest ostroż­ność i uni­ka­nie nie­bez­pie­czeństw.

Pro­wa­dzone przez licówkę jele­nie wolno bie­gły wprost w moim kie­runku. Domy­śli­łem się, że za chwilę znajdą się na ścieżce pomię­dzy mną a zwa­lo­nym drze­wem. Wtedy będę miał oka­zję zro­bić świetne zdję­cie z bar­dzo bli­ska. Mia­łem tylko stan­dar­dowy obiek­tyw o ogni­sko­wej 50 mili­me­trów, ale z trzech metrów mogłem uzy­skać wspa­niały rezul­tat. Przy­ssa­łem się do drzewa, jak to tylko było moż­liwe i zaczą­łem powoli pod­no­sić apa­rat do oka. Spraw­dzi­łem kciu­kiem, czy jest nacią­gnięta migawka i prze­sta­wi­łem przy­słonę na war­tość 4, a migawkę na 1/125. Wie­dzia­łem, że mam tylko jedną szansę, bo migawka strze­lała strasz­nie gło­śno i po pierw­szym zdję­ciu jele­nie z pew­no­ścią ruszą do przodu z kopyta.

Naraz dostrze­głem jele­nia byka. Zamy­kał całą stawkę, bie­gnąc truch­tem za łaniami. Wiele sły­sza­łem o bykach kar­pac­kich, ale róż­nica pomię­dzy sły­szeć a zoba­czyć jest ogromna. Ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łem tak roz­ło­ży­stego i wspa­nia­łego poroża. Było ide­al­nie syme­tryczne i wła­ści­wie brak mi słów, by opi­sać wra­że­nie, jakie na mnie zro­bił ten wie­niec. Od tej chwili mia­łem już tylko jeden cel i jedną szansę, by zro­bić mu zdję­cie. Było dobre świa­tło, wiatr wiał z góry w dół, zwie­rzęta nie mogły wyczuć mojego zapa­chu. Taka szansa zda­rza się nie­zwy­kle rzadko.

Potężny byk dostrzegł ruch i zatrzy­mał się ide­al­nie przede mną. Jakby tego było mało, na chwilę obró­cił głowę w moją stronę

Łanie prze­bie­gły przede mną, a po chwili nad­biegł on. Przy­ło­ży­łem apa­rat do oka i… niczego nie zoba­czy­łem. Na matówce zamiast jele­nia był tylko roz­ma­zany obraz. Poru­szy­łem się dość gwał­tow­nie, by spoj­rzeć, czy nie zapa­ro­wał mi obiek­tyw, lecz szkła oka­zały się czy­ste. Potężny byk dostrzegł ruch i zatrzy­mał się ide­al­nie przede mną. Jakby tego było mało, na chwilę obró­cił głowę w moją stronę. Ni­gdy nie zapo­mnę tego obrazu. Jesz­cze raz przy­ło­ży­łem oko do wizjera, pró­bu­jąc nasta­wić ostrość. Na­dal nic nie widzia­łem. Jeleń zdał sobie sprawę z ist­nie­ją­cego nie­bez­pie­czeń­stwa. Spo­tkał czło­wieka, istotę naj­bar­dziej prze­ra­ża­jącą ze wszyst­kich ziem­skich stwo­rzeń. Z miej­sca wybił się w górę. Skok wyko­nał z taką lek­ko­ścią i łatwo­ścią, jakby on i jego poroże nic nie ważyły. W tej sekun­dzie nie obo­wią­zy­wały go prawa fizyki, pole­ciał wysoko w górę, prze­ska­ku­jąc stru­myk i nik­nąc za wznie­sie­niem.

Sta­łem jesz­cze przez chwilę w bez­ru­chu. Ręce i nogi dygo­tały mi jak gala­reta. Nie wie­dzia­łem, co się stało, dla­czego zmar­no­wa­łem taką wyśmie­nitą oka­zję. Chciało mi się pła­kać. Spoj­rza­łem na apa­rat i zro­zu­mia­łem swój błąd. Foto­gra­fu­jąc owady, przy­krę­ci­łem pomię­dzy obiek­tyw i apa­rat pier­ścień pośredni o gru­bo­ści 25 mili­me­trów. Był to tani spo­sób zro­bie­nia z nor­mal­nego obiek­tywu urzą­dze­nia do makro­fo­to­gra­fii. Można było dzięki temu robić zdję­cia z bar­dzo bli­skiej odle­gło­ści, ale tra­ciło się moż­li­wość foto­gra­fo­wa­nia wszyst­kiego, co znaj­do­wało się dalej niż pół metra od obiek­tywu. Po zro­bie­niu kilku zdjęć, zapo­mnia­łem wykrę­cić pier­ścień, dla­tego nic nie widzia­łem na matówce i zmar­no­wa­łem taką oka­zję! W jed­nej chwili mój foto­gra­ficzny świat legł w gru­zach. Już nie sze­dłem na szczyt Sme­reka, tylko zawró­ci­łem jak zbity pies.

Karol pora­dził mi, by następ­nego dnia pójść szla­kiem w stronę sło­wac­kiej gra­nicy, bo tam podobno pięk­nie ryczą jele­nie. Moim celem była Riaba Skała, a jeśli usły­szę inten­sywne ryko­wi­sko, to mogę skrę­cić w kie­runku Moczar­nego. Powstał tylko jeden pro­blem. Naj­le­piej być już o świ­cie wysoko w górach. Musiał­bym przejść wiele kilo­me­trów w trud­nym tere­nie. Nie mia­łem też żad­nej wie­dzy, gdzie, a wła­ści­wie na jakiej wyso­ko­ści, można spo­tkać jele­nie o tej porze roku. Jedyną wska­zówką były buki. Na wła­sne oczy widzia­łem, jak bar­dzo ich nasiona sma­kują jele­niom. Nie­stety, buki rosły dosłow­nie wszę­dzie.

Jed­nak się nie pod­da­łem i z wiel­kim entu­zja­zmem wsta­łem o dru­giej w nocy, jesz­cze zanim zadzwo­nił budzik. Mia­łem latarkę i zapas dodat­ko­wych bate­rii. W tam­tym cza­sie nie było ener­go­osz­częd­nych żaró­wek LED, tylko takie pobie­ra­jące masę prądu z bar­dzo kiep­skich bate­rii. Latarka świe­ciła nie dłu­żej niż godzinę. Nie wie­dzia­łem zupeł­nie, kiedy wrócę, może trzeba będzie zostać do wie­czora i wra­cać w ciem­no­ści. Dla­tego oszczę­dza­łem świa­tło, jak tyko mogłem.

Gdy wysze­dłem ze sto­dółki, wokół pano­wała nie­prze­nik­niona ciem­ność. W pobliżu nie było prze­cież latarni ulicz­nych, wiel­kich miast i żadne świa­tło nie zakłó­cało ide­al­nej czerni. Chmury szczel­nie zasła­niały niebo, zaczęła sią­pić mżawka. Nie są to naj­lep­sze warunki dla ryko­wi­ska, ale pogoda, zwłasz­cza w górach, może się szybko zmie­nić. Idąc drogą, włą­cza­łem latarkę na sekundę, po czym sze­dłem dzie­sięć kro­ków i znów bły­ska­łem świa­tłem. Na asfal­to­wej sze­ro­kiej dro­dze ta stra­te­gia się spraw­dzała. Gorzej, gdy wsze­dłem na mokry, gli­nia­sty i bar­dzo śli­ski szlak. Musia­łem oświe­tlać drogę bez prze­rwy. Byłem nieco zanie­po­ko­jony, bo sły­sza­łem szcze­ka­nie psów w wio­skach, a w górach nie ode­zwał się żaden jeleń. Nie­zra­żony sze­dłem dalej w górę.

Po nie­spełna godzi­nie latarka zga­sła. Musia­łem wymie­nić bate­rie. Oka­zało się to dość trudne w zupeł­nej ciem­no­ści. W końcu się udało. Nowe bate­rie kupione w przy­droż­nym skle­pie musiały być lekko uży­wane, bo wystar­czyły zale­d­wie na pięt­na­ście minut. Kupi­łem je wprost z kar­tonu, ale podobno była to czę­sta prak­tyka sprze­da­wa­nia tury­stom „prze­te­sto­wa­nych egzem­pla­rzy”. Utkną­łem w mroku i nie pozo­stało mi nic innego, tylko cze­kać, aż się prze­ja­śni.

W ciszy usły­sza­łem pierw­sze ryki w doli­nie po lewej stro­nie. W górach bar­dzo trudno jest okre­ślić odle­głość od ryczą­cego jele­nia. Sły­sza­łem też nie­ty­powe pohu­ki­wa­nie jakiejś sowy. Ni­gdy przed­tem nie sły­sza­łem tego głosu. Musiał to być nowy gatu­nek. Sta­ra­łem się zapa­mię­tać ten dźwięk. Kolega miał kasety z Fran­cji z nagra­nymi gło­sami pta­ków. Mogłem spró­bo­wać roz­po­znać gatu­nek, gdy wrócę do domu. Wkrótce zaczęło świ­tać, a może moje oczy przy­zwy­cza­iły się na tyle, abym mógł iść dalej.

Deszcz prze­stał padać, za to zaczęło sil­nie wiać. Drzewa koły­sały się, świ­stało w gałę­ziach. Zro­biło się bar­dzo gło­śno. Można znacz­nie zbli­żyć się do zwie­rzę­cia, jeśli się pod­cho­dzi pod wiatr. To naj­waż­niej­sza zasada każ­dego pod­pa­try­wa­cza przy­rody: idąc pod wiatr, z jed­nej strony mamy więk­sze szanse, że zwie­rzęta nas nie wyczują; z dru­giej strony hałas, który powo­du­jemy, jest zna­cząco osła­biany i dodat­kowo zagłu­szany przez sze­lest liści. Wiało nie­stety z połu­dnia, dokład­nie z terenu Sło­wa­cji. By iść pod wiatr, musiał­bym przejść przez gra­nicę. A na obej­ście doliny sze­ro­kim łukiem nie mia­łem ani siły, ani czasu.

Nie wiem, czy to przez panu­jącą jesz­cze ciem­ność, czy źle sta­ną­łem, a glina była wyjąt­kowo śli­ska, w pew­nej chwili zoba­czy­łem czubki swo­ich butów na wyso­ko­ści nosa. Upa­dłem tak nie­szczę­śli­wie, że przez dłuż­szą chwilę nie mogłem się pod­nieść. Leża­łem na ścieżce przez jakiś czas, patrząc na rusza­jące się nade mną liście. Były to czarne kon­tury na tle nieco jaśniej­szego nieba.

Spraw­dzi­łem, czy mam całe nogi. Gdy nie odkry­łem żad­nego zła­ma­nia, ostroż­nie wsta­łem. Oka­zało się, że nie mogę się oprzeć na lewej nodze. Skrę­ciła mi się jakoś nie­szczę­śli­wie w bio­drze. Ten staw to mój słaby punkt, praw­dziwa pięta Achil­lesa. W dzie­ciń­stwie mia­łem ope­ro­wane to bio­dro kilka razy. Ni­gdy nie było w pełni sprawne. Teraz coś sobie nade­rwa­łem i nie mia­łem pew­no­ści, czy dam radę iść.

Musia­łem prze­rwać wycieczkę i pró­bo­wać zejść tą samą drogą, którą przy­sze­dłem. Zanim wyru­szy­łem, spraw­dzi­łem dokład­nie sprzęt w ple­caku. Był tam mój cały doby­tek foto­gra­ficzny. Na szczę­ście nic się nie znisz­czyło i wszystko wyglą­dało na sprawne. Zna­la­złem jakiś kij i, pod­pie­ra­jąc się, powoli scho­dzi­łem śli­skim szla­kiem. Patrzy­łem uważ­nie pod nogi i ostroż­nie sta­wia­łem każdy krok. Musia­łem czę­sto odpo­czy­wać, sto­jąc tylko na pra­wej nodze.

Prze­ja­śniło się i widzia­łem dokład­nie, gdzie idę. Cof­ną­łem się jakieś pół kilo­me­tra i zoba­czy­łem dziwne tropy na ścieżce. Zro­biło mi się gorąco, ponie­waż nie­które z nich odci­snęły się na moich wcze­śniej­szych śla­dach. Ozna­czało to, że zwie­rzę szło tuż za mną. Nie mia­łem stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści, ale dzi­siaj już wiem, że były to tropy dwóch wil­ków. Nie widzia­łem ich, szły za mną, gdy było jesz­cze zupeł­nie ciemno. Zresztą, kto ogląda się za sie­bie, idąc pod wiatr? Wilki musiały zda­wać sobie sprawę z mojej obec­no­ści. Poczu­łem się nie­swojo.

Sie­dzący naprze­ciwko mnie pusz­czyk otwo­rzył sze­roko oczy ze zdu­mie­nia

Wtedy nie wie­dzia­łem zbyt wiele o tych zwie­rzę­tach. Miesz­ka­łem w lesie, w któ­rym ostat­nie wilki zastrze­lono w latach sześć­dzie­sią­tych. Koja­rzyły mi się z nie­bez­piecz­nymi dra­pież­ni­kami polu­ją­cymi na osła­bione i chore ofiary. Dokład­nie w takim sta­nie się zna­la­złem, poczu­łem się dziw­nie. Dziś wiem, że wilki nie ata­kują ludzi ani zdro­wych, ani kula­wych. Więk­szość histo­rii o wil­kach to wyssane z palca bajki bar­dzo krzyw­dzące te zwie­rzęta. Jed­nak wtedy, od tego momentu, scho­dząc, czę­sto oglą­da­łem się za sie­bie.

Sze­dłem bar­dzo ostroż­nie, glina w Biesz­cza­dach jest wszech­obecna. Trudno tu o pia­sek, za to w mięk­kiej gli­nie tropy odci­skają się dosko­nale. Kuś­ty­ka­jąc, uczy­łem się tro­pów, jak­bym czy­tał książkę. W końcu zoba­czy­łem, w któ­rym miej­scu oby­dwa wilki weszły na szlak. Nie była to żadna ścieżka zwie­rząt, ale poja­wiły się w miej­scu, gdzie stru­mień prze­ci­nał szlak. Nie wie­dzia­łem, czy szły spe­cjal­nie za mną, czy jedy­nie wyko­rzy­sty­wały wygodną drogę. Żało­wa­łem tylko, że nie udało mi się ich zoba­czyć.

W pew­nym momen­cie, gdy się obró­ci­łem, kątem oka dostrzeg-łem ruch. Coś sza­rego mignęło pomię­dzy gałę­ziami. Znie­ru­cho­mia­łem i zoba­czy­łem wiel­kiego ptaka sie­dzą­cego na buko­wej gałęzi. Nie zauwa­ży­łem go, gdy prze­cho­dzi­łem bli­sko, bo całą swą uwagę sku­pi­łem na wil­czych tro­pach. Ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łem takiej sowy. W pamięci zro­bi­łem szybką eli­mi­na­cję, przy­po­mi­na­jąc sobie wszyst­kie gatunki sów żyją­cych w Pol­sce. Naj­bar­dziej paso­wał mi pusz­czyk ural­ski. Zale­d­wie kilka metrów od pierw­szego sie­dział drugi zasło­nięty przez pień drzewa. Wyraź­nie patrzyły w moją stronę, choć oczy miały zmru­żone i wyglą­dały na nie­za­cie­ka­wione moją obec­no­ścią.

Powoli zdją­łem ple­cak. Odkrę­ci­łem obiek­tyw stan­dar­dowy od mojego Zenita i ostroż­nie zamon­to­wa­łem naj­lep­szy teleobiek­tyw, któ­rym dys­po­no­wa­łem. Był to Son­nar o ogni­sko­wej 180 mili­me­trów i świe­tle 2.8. Musia­łem to robić bar­dzo ostroż­nie, bo gwint M 42, który łączył oby­dwie czę­ści, wyda­wał oso­bliwe dźwięki pod­czas dokrę­ca­nia. Nie udało mi się i usły­sza­łem dziwne skrzyp­nię­cie. Choć było bar­dzo ciche, sie­dzący naprze­ciwko mnie pusz­czyk otwo­rzył sze­roko oczy ze zdu­mie­nia. Wyglą­dał jesz­cze pięk­niej.

Chcia­łem nacią­gnąć migawkę, ale dźwi­gnia się nie poru­szyła. Zasadą było nie­zo­sta­wia­nie apa­ratu z nacią­gniętą migawką, bo według pod­ręcz­nika foto­grafa mogło to skut­ko­wać osła­bie­niem głów­nej sprę­żyny. Spró­bo­wa­łem raz jesz­cze prze­su­nąć dźwi­gnię. W końcu przy­ło­ży­łem apa­rat do oka i nasta­wi­łem ostrość. Naci­śnię­cie spu­stu migawki nic nie dało, kom­plet­nie nic. Naj­wy­raź­niej pod­czas upadku coś się zablo­ko­wało i apa­rat zwy­czaj­nie nie dzia­łał. Mia­łem zro­bio­nych tylko kilka zdjęć na fil­mie o trzy­dzie­stu sze­ściu klat­kach. Pró­bo­wa­łem wszel­kich metod, w tym tej naj­bar­dziej wyszu­ka­nej pole­ga­ją­cej na ude­rze­niach pię­ścią w meta­lowy kor­pus. I nic. Mogłem jesz­cze zwi­nąć film i zało­żyć nowy, licząc, że to coś pomoże. Nic nie dzia­łało, nie byłem nawet w sta­nie zwi­nąć błony foto­gra­ficz­nej ponow­nie na rolkę. Sowy sie­działy na gałęzi z coraz sze­rzej otwar­tymi oczami i przy­glą­dały się, jak się mio­tam.

Wresz­cie dałem za wygraną. Pechowy wyjazd, pomy­śla­łem. Już nawet tak bar­dzo nie żało­wa­łem utra­co­nego zdję­cia jele­nia, bo pusz­czyki ural­skie to było COŚ! Miał­bym dowód, że je spo­tka­łem i więk­szą pew­ność pra­wi­dło­wego roz­po­zna­nia gatunku. Nic mi innego nie pozo­stało, jak dłu­żej poob­ser­wo­wać te sowy. Wpa­try­wa­łem się w nie, ile tylko chcia­łem, sta­ra­jąc się zapa­mię­tać jak naj­wię­cej szcze­gó­łów. Sowy w końcu zamknęły oczy i posta­no­wiły się prze­spać, a ja powoli i ostroż­nie kon­ty­nu­owa­łem zej­ście. W końcu, po wielu godzi­nach, szczę­śli­wie dotar­łem do Sme­reka. Ból nogi mi tro­chę odpu­ścił, był już do znie­sie­nia. Po powro­cie do domu spraw­dzi­łem w atla­sie pta­ków, że fak­tycz­nie mia­łem szczę­ście spo­tkać parę pusz­czy­ków ural­skich.

Nad­szedł czas mojego wyjazdu. Zbli­żał się paź­dzier­nik i mia­łem pierw­szy zjazd na uczelni. Do pozo­sta­nia nie zachę­cały także pro­gnozy pogody, które mówiły o nad­cią­ga­ją­cych obfi­tych opa­dach desz­czu ze śnie­giem. Nie mia­łem spraw­nego apa­ratu i nie­po­ko­iło mnie, czy uda się go napra­wić. Nie pozo­stało mi nic innego, jak spa­ko­wać się i wró­cić do domu.

Był ogromny i jako doro­sły kot przy­po­mi­nał żbika

W domu Eli oko­ciła się kotka. Trzy kocięta były już cał­kiem wyro­śnięte. Samo zaj­ście w ciążę kotki było dość zagad­kowe. W pobliżu nie było żad­nych innych domów, a tym bar­dziej kotów. Wszyst­kie koteczki były śliczne, zdrowe i pełne ener­gii. Jeden z malu­chów od początku zwró­cił moją uwagę. Był wyraź­nie więk­szy i miał nie­pro­por­cjo­nal­nie krótki ogon oraz gęste, prę­go­wane futro. Oprócz tego widać było w nim jakąś dumę i dzi­kość w oczach. Gdy się pako­wa­łem, Ela nama­wiała mnie, bym zabrał go ze sobą. Nie chcia­łem się zgo­dzić, ponie­waż przy­je­cha­łem auto­bu­sami i pocią­gami, a podróż z kotem byłaby cięż­kim doświad­cze­niem zarówno dla mnie, jak i dla kota. Jed­nak nim się obej­rza­łem, dosta­łem zwią­zany sznur­kiem kar­to­nik.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki