Przypadki Tomasza Płachty. Życie i śmierć socjopaty - Daniel Koziarski - ebook

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 465

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Okładka

Karta tytułowa

Daniel Koziarski

Przypadki Tomasza Płachty.

Życie i śmierć socjopaty

Wydawnictwo MG

Dedykacja

Pamięci Ewy i Konrada Majowskich

Motto

[…] istota tragizmu nie w kulminacjach się zawiera, lecz w ich pierwszych, ledwie jeszcze wyczuwalnych, symptomach. Nie burza uosabia całą grozę tragizmu, lecz sekwencja jej zbliżających się pomruków, nie wojna, lecz poprzedzające ją gromadzenie się ciemnych chmur, nie scena gwałtu śmierci, rozpaczy, lecz wcześniejsze tykanie losu,

Powrót z Londynu

Rok 2007

Lotnisko Stansted w Londynie było jak zwykle w godzinach popołudniowych zatłoczone ludźmi różnych narodowości, kultur, ras, orientacji seksualnych i przyzwyczajeń kulinarnych, wyrażających w tym samym czasie tysiące sprzecznych emocji: celebrujących i opłakujących rozstania, powroty, początki, końce, początki końców, końce początków.

Byłem doszczętnie rozbity psychicznie, stojąc w kolejce do odprawy. Było w tym coś wielce wymownego – Londyn miał mnie odprawić z kwitkiem i po tych kilku latach miał zostać mi tylko pękający w szwach bagaż, niezawierający czegokolwiek cennego.

Ci spośród emigrantów, którzy przechodzili kontrolę paszportową, wkraczając na terytorium Wielkiej Brytanii, wzbudzali moją programową niechęć. Część z nich wyobrażałem sobie w zależności od koloru skóry jako potencjalnych terrorystów lub pospolitych przestępców. Innych jako przyszłych bezrobotnych, a potem bezdomnych, którzy zderzą swoje oczekiwania z murem rzeczywistości i z płaczem wrócą za kilka miesięcy do swoich małych ojczyzn, oczywiście za pożyczone pieniądze. Bliskie mojej naturze było celebrowanie cudzych potknięć i porażek, ale tym razem miałem po prostu ochotę wykrzyczeć w ich kierunku coś w jednoznacznie kasandrycznym tonie. I choć sam nie lubiłem być instruowany, pouczany, ustawiany i dyscyplinowany, a nade wszystko nienawidziłem, kiedy ktoś usiłował za mnie podjąć decyzje, tym razem czułem w sobie imperatyw, żeby ostrzec innych przed tym wampirem Londynem, który wysysał z emigrantów krew i życie, przekonując ich przy tym, że robi im dobrze.

Albo przynajmniej na starcie zobrzydzić im to miasto, tak jak na starcie zobrzydzili mi je rodzice. Żeby wyrównać szanse.

Z pewnością coś kończyło się w moim życiu wraz z tym powrotem. Ale z drugiej strony – po co ten patos – przecież końce są zawsze początkami.

Tylko dwie i pół godziny lotu; zawsze mogłem zawrócić, nawet jeśli zdawałem sobie sprawę, że podejmując taką, a nie inną decyzję, musiałem jednocześnie narzucić sobie pewną konsekwencję działania; od razu tkać z tych poszarpanych nitek jakiś mocny plan.

Wiedziałem też, że nie da się tak po prostu nie patrzyć wstecz.

I tak cała moja przyszłość zdawała się mienić barwami przeszłości.

Samolot unosił się w powietrzu. Wraz z nim wzlatywała cała moja przyszłość, która mogła równie dobrze z hukiem spaść w dół.

Nie dziwi nic. Dziesięć pięter i ciemność.

– Wyglądasz jak Doda – powiedział do siedzącej obok mnie młodej cycatej blondynki facet o aparycji prowincjonalnego Casanovy – z bujną grzywką, delikatnie przystrzyżonymi wąsami i podkręconymi włosami opadającymi na szyję – zupełnie jakby wycięty z nieistniejącej książki 333 polskie popkulturowe rzeczy z lat 90.

Mogłem iść o zakład, że to prostokątne pudełko, które włożył do loku bagażowego nad sobą, bezczelnie zajmując jego większą część, zawierało gitarowy syntezator, a reklamówka, którą trzymał między nogami skrywała fikuśne gumofilce.

Ludzie tacy jak on nadużywali przywileju wnoszenia na pokład bagażu podręcznego, zatem powinni być go bezwzględnie pozbawieni.

– Od wszystkich to słyszę – westchnęła tymczasem blondynka. – Mógłbyś się bardziej postarać. Nawet nie wiem, czy to komplement.

– W odwiedziny do Polski czy z powrotem? – kontynuował niestrudzony „amant”.

– To zależy, czy dużo takich jak ty tam zostało...

– Dzięki! – uśmiechnął się, biorąc jej słowa za dobrą monetę. – Chciałbym cię kiedyś zaprosić na gryla i piwko. Możesz mi dać swój numer?

– A masz coś do pisania? – westchnęła po chwili zastanowienia.

Zaczął nerwowo przeszukiwać kieszenie, ale te nie skrywały niczego oprócz połowy listka gumy Orbit i kawałków papieru toaletowego robiących najpewniej za chusteczki higieniczne.

– Może zapiszę po prostu na komórkie?

– 112 243 387 – powiedziała poważnym tonem, powoli wymieniając każdą z cyfr.

– Sto dwanaście. Co to za sieć? – spytał lekko skonsternowany.

– Pay As You Go – zauważyłem, że kobieta z trudem tłumi w sobie śmiech.

– Nie znam takiej. Dobra... Zaraz zapiszę – w jego ręku pojawił się jeden z tych najnowszych modeli Nokii, który bardziej przypominał minikomputer pokładowy niż telefon komórkowy.

Perły przed wieprze.

Ale mnie bynajmniej nie było do śmiechu. Skojarzenie z komputerem pokładowym musiało mieć swoje konsekwencje.

– Zapiszesz, jak wylądujecie – wtrąciłem się.

Oboje byli najwyraźniej zaskoczeni moją interwencją, ale szczerze mówiąc, gówno mnie to obchodziło, co każde z nich sobie w tej chwili myślało. Ignoranci. Przecież powszechną wiedzą było, że telefony komórkowe mogą spowodować zakłócenia aparatury na pokładzie samolotów – nieprzypadkowo zabronione było ich używanie w trakcie lotu, co zresztą rytualnie podkreślono już kilkakrotnie w nudnych komunikatach załogi.

Samoloty tanich linii lotniczych jak do tej pory nigdy nie uległy wypadkowi, jeszcze nie otworzyła się tragiczna statystyka, a ja wcale nie zamierzałem składać się na jej ołtarzu – tym bardziej z powodu jakiegoś żenującego lowelasa, który nie mógł zastosować się do reguł wymyślonych przez mądrych ludzi w trosce o powszechne bezpieczeństwo.

– Ktoś cię pytał o zdanie? – odszczekał ze spóźnionym refleksem. Najwyraźniej nie zamierzał mnie wcale słuchać, bo jakby nic się nie stało, zaczął spokojnie wprowadzać numer do pamięci swojego telefonu.

– Tu chodzi też o moje bezpieczeństwo. O bezpieczeństwo nas wszystkich – gwałtownym ruchem wyszarpnąłem mu z dłoni niebezpieczny rekwizyt. – Oddam ci, kiedy już wylądujemy. Rekwiruję to cacko...

– Co robisz? Kurwa, co robisz, frajerze? Oddawaj – rzucił się na mnie nagle i gwałtownie, przy okazji trącając kobietę, którą jeszcze przed chwilą próbował daremnie oczarować swoją osobą. Ta wyraziła swoje oburzenie za pomocą histerycznego pisku.

Zamieszanie zwróciło uwagę stewardesy, która momentalnie przybiegła do nas na swoich sarnich nóżkach, wymachując gorączkowo rękoma.

– Co tu się dzieje? No proszę państwa, do cholery. Nie po to zatrudniłam się w irlandzkich liniach lotniczych, żeby takie sceny oglądać. Gdybym wiedziała, po prostu zostałabym w Tczewie – syknęła ściszonym tonem.

– Próbuję powstrzymać go przed użyciem telefonu – szukałem u niej zrozumienia. – Proszę... Oddaję to do depozytu... Z myślą o pani bezpieczeństwie też.

Przekazałem zdumionej stewardesie komórkę. Kobieta wydawała się mocno zdziwiona.

– Mój telefon! Chcę moją Nokię z powrotem, i to zaraz! – gorączkował się tymczasem mężczyzna, a kolor jego twarzy wyrażał jego własną buraczaną esencję.

Potem zwrócił się do mnie i zaczął mi wygrażać pięściami.

– A z tobą policzę się później, pierdolcu.

– Kurwa mać, nigdy nie chciałem umrzeć w wypadku samochodowym ani lotniczym! – wykrzyknąłem dramatycznym tonem. – I tym bardziej nie zamierzam przez takiego pajaca!

Straciłem cierpliwość tak dla jego topornego uporu, jak i dla niezrozumienia, jakie konsekwentnie wykazywali współpasażerowie (których uwagę ściągnąłem) i stewardesa (stojąca przy nas z rozdziawioną japą, taka niemrawa, niezdarna, żałośnie pizdowata, kompletnie niezdolna do opowiedzenia się po żadnej ze stron konfliktu).

– I teraz – kontynuowałem z przejęciem – jakiś koleś wyjęty z Disco Relaxa, jakiś pajac, za przeproszeniem, musi chwalić się swoim telefonem, narażając nas na niebezpieczeństwo. Nie może poczekać do momentu wylądowania... Nie, nie może. On musi teraz, kurwa, zapisać numer kobiety, która go ewidentnie zlewa... Nadzieję sobie robi, a przecież nawet niewidoma kobieta by do niego nie oddzwoniła przypadkiem. A pani... – zwróciłem się do dodopodobnej. – Pani mogłaby powiedzieć mu od razu, żeby spieprzał, i uciąć w ten sposób niepotrzebną dyskusję, a nie jakąś nadzieję mu w ogóle robić. Myśli pani, że to zabawne bawić się męskim sercem? Nawet taki wsiun ma jakieś wielkomiejskie uczucia. Rozumiesz, kobieto?

– Spieprzaj, skurwysynu... – tamten dostawał już autentycznej wścieklicy. Zaciskał pięści, być może przygotowując się do frontalnego ataku. – Mój telefon! No już. Bo zajebię!

– Proszę się uspokoić! – stewardesa zdawała się w zbyt prosty sposób pojmować istotę mediacji.

Inni pasażerowi usiłowali na swój sposób dociec, o co w tym wszystkim tak naprawdę mogło chodzić, kto był prowodyrem całego zajścia i o co toczyła się cała ta gra.

A przecież toczyła się o najwyższą stawkę. I to większą niż jedno życie.

– Co tam się dzieje? – nagle dał się słyszeć czyjś przetworzony głos, który dobiegał zza moich pleców. Zabrzmiał, jakby to sama Cher zdecydowała się nagrać kolejny nieudany sequel płyty Believe. – Nie można nawet uciąć sobie drzemki w czasie dwugodzinnego lotu? A ja przy tak niskim ciśnieniu świetnie sypiam.

Skonfundowany odwróciłem się do tyłu i zlokalizowałem starą kobietę, która trzymała się dwoma palcami gardła, wydobywając z siebie dźwięki syntezatora mowy. Myślałem do tej pory, że tego rodzaju urządzenia były zarezerwowane dla bogatych Amerykanek, że polskie babcie wybierały po prostu wielką ciszę i ruchy warg imitujące żarliwą modlitwę, kiedy już struny głosowe odmawiały im posłuszeństwa. Rzuciłem jej pełne irytacji spojrzenie.

– A pani zasady nie obowiązują? Myśli pani, że pani wszystko wolno? Że należy pani do klasy uprzywilejowanej? Że skoro ma pani najmniej do stracenia, to można mieć wszystko i wszystkich w dupie?

– Ale o co chodzi? – odpowiedziała mi elektronika.

– Czy pani sobie ucinała drzemkę, kiedy pilot i stewardesy udzielali instrukcji? Czy nie słyszała pani, że wszelka aparatura elektroniczna jest zabroniona? Dla pani oznacza to – ni mniej, ni więcej – tylko siedzieć cicho od startu do lądowania! Gdzie… Gdzie to ma w ogóle wyłącznik?

Byłem gotów skoczyć do gardła staruszce. Moim słowom odpowiedział nerwowy pomruk. Jakby ci nieszczęśnicy nie rozumieli jeszcze, że przemawiałem w imieniu ich wszystkich, w trosce o zbiorowe bezpieczeństwo.

– Niech pan się uspokoi, bo poproszę pilota, żeby na lotnisku w Rębiechowie przejęła pana policja – ostrzegła mnie chłodnym tonem stewardesa. – Mam takie uprawnienia.

Spojrzałem na nią ze złością. Jeszcze nie tak dawno zapewne ustawiała się z koleżankami na słynne tczewskie ustawki (niektóre tczewianki walczą w ten sposób o facetów), a teraz udawała Europejkę pełną gębą. Ale byłem wobec niej i jej ignorancji bezradny.

A może po prostu było mi już tak naprawdę wszystko jedno.

Podmiot zbiorowy, czyli polska specjalność... Czterdzieści i cztery.

Podmiot zbiorowy, będący nieodłącznym elementem polskiej rzeczywistości, jawi się jako oczywista psychopatologia społeczna, dopóki sami nie postawimy się w jego sytuacji. Wtedy nagle, zamiast potępiać podmiot zbiorowy, uświęcamy go.

Każdy przecież w głębi ducha chce być wyrocznią, perspektywą, pryzmatem, soczewką, w której skupia się jakieś zjawisko, mównicą, z której artykułuje się manifest pokolenia, narodowe troski, formułuje bezcenne diagnozy społeczne, i kimś, kto stawia kamienie milowe.

Ileż to policzalnych i niepoliczalnych, przeliczalnych i nieprzeliczalnych na pieniądze rzeczy, jak wiele rozmai­tych przeżyć o różnych odcieniach i różnej rozpiętości emocjonalnej pozostawiłem za sobą w Anglii.

Ileż to płyt zmuszony byłem w ostatnim momencie oddać za grosze muzycznym lumpeksom, ileż ciekawych i skrzętnie gromadzonych gazet (tych wszystkich z wycinkami o umierającym papieżu, lipcowych zamachach, olimpijskim szale) i książek musiałem wyrzucić na śmieci tylko dlatego, że te pieprzone tanie linie lotnicze pozwalają zaledwie na piętnaście kilo bagażu. Zupełnie jakby przeznaczone były tylko dla turystów, jakby nikt nie brał pod uwagę całej tej migracji ludzkiej, jej konsekwencji psychologicznych i materialnych, przewożenia dobytku w tę i z powrotem, wyjazdów totalnych i powrotów kompleksowych. Każdy zasrany kilogram ekstra wyceniany był na pięć funtów. Nie na symbolicznego jednego – tylko na nastawione na zysk pięć właśnie, pomnożone przez ludzki niezbędnik albo nadludzki sentyment.

Jak tak dalej pójdzie, to niedługo zdecydują, że bagażu w ogóle nie można będzie przewozić, że za bagaż trzeba będzie zapłacić jak za dodatkowego pasażera (już teraz niektóre linie wprowadzają dodatkowe opłaty dla grubasów) – wszystko zostanie ograniczone do małej transparentnej torby podróżnej (z obowiązkową szczoteczką do zębów).

Zawsze bałem się, że te rzeczy, które przechodzą przez kontrolny rentgen, wychodzą stamtąd napromieniowane. Śladowe ilości – ktoś machnąłby lekceważąco ręką. Ale nie ja! Życie było zbyt krótkie, żeby lekceważyć jakiekolwiek zagrożenia. Niech nazywają mnie schizofrenikiem, ale nie dam się zabić jak Litwinienko. Część rzeczy po takiej kontroli po prostu wyrzucałem. Inne bałem się brać do ręki. A tym bardziej do buzi.

Dlaczego to głupie cholerne dziecko tak płakało? Wiadomo, dzieci płaczą, więc może lepiej byłoby zapytać: dlaczego ta głupia matka w ogóle zabrała je na pokład samolotu, żeby zamienić jego wnętrze w żłobek? Jeszcze, kurwa mać, brakuje, żeby rozwaliła je na podstawku na jedzenie i zaczęła przewijać – samolot wpadnie w turbulencje, a wraz z nim w ruch zostanie wprawiona pielucha, lądując komuś na twarzy jak w jakiejś slapstikowej komedii, jakimś Jasiu Fasoli, a zaraz potem przez korytarz przetoczy się samo dziecko, odbijając się jak lalka od wszystkich krawędzi i nóg, jak w jakimś makabrycznym pinballu, którego jeszcze nie wymyślono.

I będziesz miała głupia babo przelot, którego nigdy nie zapomnisz.

A przecież jeszcze to dziecko ma potencjalnie sporo do przeżycia przed sobą, wszystkie te upadki i wzloty, które na niego czekają – jeszcze mu się znudzi to życie stukrotnie, jeszcze siądzie na parapecie, rozmyślając, czy to wszystko ma jakiś głębszy sens, czy tylko polega na nadawaniu znaczeń i pozorów.

Spojrzałem na zegarek, rozpoczęło się odliczanie. Zaraz samolot podejdzie do lądowania, a kiedy wreszcie koła zarysują powierzchnię pasa startowego, rozlegną się tradycyjne oklaski, po to tylko, żeby dopełniła się jeszcze jedna bezsensowna, debilna wręcz tradycja. Bo rozumiem, żeby klaskać pilotowi, który wylądował bezpiecznie, pomimo palących się od wkręconego ptaka silników albo pomimo braku skrzydła, które oberwało się podczas lotu, ale żeby celebrować czyjś profesjonalizm w normalnych warunkach (jeszcze biorąc pod uwagę niezwykle wysokie zarobki pilotów)? Tego było trochę za wiele, kryło się w tym po prostu jakieś groteskowe lizusostwo.

Ciekawe, jak poczułby się kolejarz, gdyby nagle ktoś zaczął go oklaskiwać za to, że nie wykoleił pociągu pomiędzy Gdynią a Krakowem; jak poczułby się taksówkarz, gdybym bił mu brawo za to, że nie wjechał ze mną pod tira albo nie skończył na jakimś przydrożnym słupie czy drzewie, które znaczyło dla kogoś więcej niż ja (dlatego go nie wycięto).

Pomyśleliby zapewne, że w głębi duszy wątpię w ich umiejętności, być może obraziliby się śmiertelnie, biorąc oklaski za manifestację sarkazmu.

Kto wie, może tak właśnie myślał pilot, kiedy oklaskiwała go zdecydowana większość pasażerów, zachowujących się jak wiwatująca i wyjąca hołota spędzona na telewizyjny show albo jak nadgorliwi uczestnicy pierwszomajowego pochodu czy dożynek, których od celebrowania nie oderwałby nawet widok człowieka pochodni.

Wylądowaliśmy na polskiej ziemi. I wcale nie czułem się jak u siebie. Kotarbiński napisał kiedyś, że emigracja to rodzaj pogrzebu, po którym życie trwa dalej, a ja byłbym raczej skłonny stwierdzić, że emigracja to rodzaj pogrzebu, po której nastąpi albo stypa, albo kolejny pogrzeb.

I jeszcze ten prostak z samolotu – kiedy dobiliśmy wreszcie do holu portu lotniczego, rzucił się w objęcia facetowi, który wyglądał jak jeden z tych discopolowych czarodziejów syntezatora, którzy wypłynęli przed kilkunastu laty na fali polskiego „new romantic za dychę”. Piątka. Przybij kurewską piątkę, jak burak przybija burakowi. Zamień swoje wypocone na budowie funty na złote. Przepij część w zapyziałej karczmie z kamratami, którzy będą ci się obrzydliwie podlizywać w nadziei na to, że postawisz im kufel mętnych sików; pokaż, że przyjechałeś z wielkiego świata, że jesteś cool i ogólnie zajebisty, niech cała wioska świętuje twój powrót, niech ogląda cię na zdjęciach na tle Big Bena i londyńskich mostów w okularach słonecznych z one pound shopu.

Subkultura długich włosów i wąsów jako taka być może już umarła, ale Polacy wciąż w głębi duszy, mniej lub bardziej skrycie kochają ten sam badziew, mając w sobie coś niezmiennie płytkiego i prymitywnego. Coś, co każe im oblegać tłumnie koncerty Boysów śpiewających o ostatnim dniu, ostatniej nocy i totalnym szoku, nawet jeśli wiedzą, że tak po prostu nie wypada.

– Witamy w Polsce – przywitał mnie jakiś nieznajomy mężczyzna, wyrywając z rozmyślań. – Może pomogę z bagażem...

– Kim pan jest? – zmrużyłem oczy, przypatrując mu się z irytacją.

– No jak to kim? Taksówkarzem – poklepał mnie przyjaźnie po ramieniu.

Był nachalny, dla zasady powinienem odesłać go do wszystkich diabłów, ale było w nim jednocześnie coś na tyle poczciwego i dobrotliwego, co zachęcało, żeby po ludzku dać mu szansę. Poza tym, nie zamierzałem tłuc się ze swoim bagażem jakimś autobusem, który zresztą kursował nie wiadomo skąd, dokąd i z jaką częstotliwością.

Przecież tak dawno mnie tutaj nie było. Właśnie na takich jak ja, niezorientowanych, polowali taksówkarze.

– Żeby było jasne... To, że wracam z Londynu, nie znaczy, że będę jakoś szczególnie hojny... Nie ze mną te numery... Dojadę za dwadzieścia, góra trzydzieści złotych do centrum Gdyni? Władysława IV? – rozpocząłem rytualne przeciąganie liny.

– Panie, do centrum to daleko. Za trzydzieści nie da rady.

– Tesco? Niech będzie Tesco. Stamtąd podjadę już sobie darmowym autobusem do domu.

– Panie, co pan się tak targujesz? Ja mam rodzinę na utrzymaniu, panie... Też z czegoś muszę żyć. Na samolot pan masz, to i na taksówkę pewnie też.

* * *

Boże, czy mi się wydaje, czy on przysypia za kierownicą? I jeszcze Cohen leci z płyty, smęcąc niemiłosiernie o sekretnym życiu. Kto cholera słucha Cohena w samochodzie?

Zawsze się bałem, że zginę na obwodnicy, a co gorsze – moja śmierć w takim momencie byłaby całkiem logicznym dopełnieniem przewrotnej historii mojego życia.

Kiedyś widziałem, jak policjanci wyciągają zmasakrowane zwłoki ze zgniecionego poloneza, i ten widok co jakiś czas mnie prześladował, nachodził w najmniej odpowiednich momentach, wracał razem z różnymi natrętnymi myślami, karmił wyobraźnię straszliwymi wizjami i ponurymi scenariuszami dotyczącymi mojej własnej osoby. Często w myślach umieszczałem siebie w plastikowym czarnym worku i szczerze mówiąc, nie czułem się tam szczególnie komfortowo. Szczególnie, że inni na mnie patrzyli w tak dziwnie mało współczujący sposób. Wiedząc, że przywitają kolejny dzień w ciepłym łóżku, podczas gdy mnie czekała nieruchoma przyszłość w kostnicy.

Ale przecież nie po to wracałem z Londynu, żeby rozbić się teraz w taksówce prowadzonej przez niewyspanego obrzympała, który przeceniał swoje możliwości fizyczne i wytrzymałość organizmu i dodatkowo miał czelność wyjść po mnie na lotnisko, tak jak śmierć wychodzi na spotkanie nieświadomego swojego przeznaczenia delikwenta. Może powinienem przerwać mu w pół zdania, przepłoszyć.

To chyba Bojarska, żona Łomnickiego, napisała w jego biografii: „Trzeba było wejść, przerwać w pół zdania, powiedzieć coś głośno, zastukać obcasami. Może udałoby się przepłoszyć śmierć. Tę kurwę”.

Boże, mój umysł rejestrował jakimś cudem tak dziwne cytaty, a potem odnajdywał je w takich momentach.

– Czy aby na pewno pan się dobrze czuje? – zapytałem go głośno, chcąc go dobudzić.

– Tak, tak... – odmruknął, ożywiając się na chwilkę.

– Nie przekonał mnie pan. Wszystko w porządku? – niemal krzyknąłem mu do ucha.

– Zależy, o co pan pyta. Mój brat... Czeka go przeszczep nerki. Problem w tym, że nie ma dawcy.

Teraz już wiedziałem, dlaczego przewoził w bagażniku pojemnik z lodem.

– Proszę tak na mnie nie patrzeć. Niech pan zamiast na mnie patrzy na drogę.

– Boję się, że umrze... Jego żona nie może być dawcą... – smęcił. – Ona sama przeszła przez tyle operacji, że…

– Ale pan może, co? – nie miałem wyjścia, jak tylko podjąć ten wątek rozmowy. To się nazywa dyktat osoby kierującej samochodem, staje się ona kompleksowym mistrzem ceremonii: szczególnie, jeśli chodzi o narzucanie tematu. – Gdyby mój brat potrzebował nerki, nie wahałbym się ani chwili. Chociaż powiem panu, że między bratem a mną układa się fatalnie. Ale są rzeczy, które są ponad to wszystko... Pan powinien sam to zrozumieć... I pan w końcu zrozumie, kiedy nadejdzie taki moment, że trzeba będzie się określić – perorowałem zawzięcie.

Zignorował mnie. Może chciał zagłuszyć zew sumienia, który w nim poruszyłem, a może nie miał ochoty wybebeszać się przede mną ze swoich emocji i niepokojów. Na dłuższy czas zapanowała cisza mierzona kolejnymi kilometrami. Nawet nie wiedziałem, kiedy opadłem bezwładnie i usnąłem.

– Jesteśmy w centrum... – poczułem szarpnięcie za ramię. – Sto dwadzieścia złotych się należy... Licznik tak wskazał, a z licznikiem się nie dyskutuje.

Przywrócony

Przesuwałem w palcach boliwijskie „korale szczęścia”, które jeszcze w Londynie podarowała mi Silviana. Paradoksalnie szukałem w tej nerwowej przekładance ukojenia nerwów.

Kiedy kilka dni temu spadły mi na wyłożoną drewnem podłogę i niechcący przygniotłem je butem, dokonałem niezwykłego odkrycia – z dwóch rozkruszonych koralików wysypał się biały proszek, najprawdopodobniej czysta boliwijska koka, znak firmowy tego państwa obok lam, La Paz i ostatniej misji Che. Mogłem, tak jak Sony Crockett w Miami Vice dotknąć tego proszku czubkiem języka i z aktorskim zacięciem stwierdzić: Tak, to jest koka z Boliwii, i to najwyższej próby.

Niby uprawiają tam liście koki na herbatę, leki i preparaty, a tak naprawdę okoliczne plantacje są fabrykami białej śmierci, pracującymi skrupulatnie, żeby zaspokoić wygórowane potrzeby Europejczyków i Amerykanów, którzy lubią sobie czasem przypudrować nosek. Dlatego prezydent Boliwii walczył na forum międzynarodowym o legalizację koki.

Boże! Pomyślałem sobie, że miałem naprawdę wiele szczęścia, bo przecież gdyby złapali mnie na lotnisku z tym świństwem, to nieważne, jak wielkie zdumienie i konsternację bym okazywał, jakiego rodzaju melodramatyczne historie o sobie i Silvianie bym granicznikom opowiadał, i tak nie uniknąłbym odpowiedzialności – zrobiliby mi brytyjski Midnight Express.

Ciarki mnie przeszły na samą myśl o opcji więziennej – być może osadziliby mnie w jednej celi z jakimś pieprzniętym Karaibem, któremu marihuana wyżarła już dawno połowę mózgu, czy z jakimś czarnym gangsta z Hackney, któremu wmówiono, że Polacy to straszni rasiści, albo – być może jeszcze gorzej – z żółtozębym Angolem, pedofilem-mordercą, takim, który nie ma nic przeciwko temu, żeby gładką pupę dziecka zamienić na trzydziestokilkuletnie polskie mięso.

Z rzadka zastanawiałem się zresztą, gdzie teraz mogła być Silviana, co się z nią w ogóle działo i jak sobie radziła w swoim kraju – od czasu niefortunnej wymiany słów i wzajemnych oskarżeń, do której między nami doszło, nie odpowiadała nawet na moje maile, zacierając ślady naszej wspólnej przeszłości w swojej pamięci i powodując taką samą reakcję u mnie.

* * *

Udało się. Od kilku tygodni byłem z powrotem w Polsce, ale tak naprawdę nikt z bliskich jeszcze o tym nie wiedział – w nieskończoność odkładałem celebrowanie tych wszystkich wizyt, jakie wiązały się z powrotem, nadrabianie towarzyskich zaległości, obowiązkowe składanie raportów rozliczeniowych, poddawanie się publicznie bolesnej wiwisekcji, odbywanie męczących rozmów i wyjaśnianie powodów swoich własnych wyborów, jakby musiały one stanowić przedmiot jakiejś debaty publicznej. W istocie chciałem przede wszystkim uniknąć wysłuchiwania triumfalnych uwag ze strony wszystkich tych, którzy mi niegdyś tego wyjazdu odradzali, rytualnie biadolili, smęcili, rozdzierali zawczasu szaty, obłędnie wróżąc rozczarowanie, a w ostatecznym rozrachunku przewidując mój rychły powrót.

Kasandrom dziękujemy, nawet jeśli miały rację...

Wszystko to, co wydarzyło się w Londynie, łącznie z tą jedną rozmową, która mogła przecież wszystko zmienić, a ostatecznie doprowadziła mnie do poczucia klęski totalnej, pozostawało już tylko mglistym wspomnieniem utraconej szansy, nad którym trzeba było po prostu przejść do porządku dziennego. Nowego porządku dziennego.

Życie toczyło się dalej, choć może – na swój sposób również i zaczynało. Gorzkie żale zostawmy na okres pokutny. W najbliższym czasie nie zamierzałem wcale posypywać głowy popiołem. Może wręcz przeciwnie, strzepać resztki popiołu, które miałem na sobie i zaprzestać wreszcie tych obłędnych wędrówek od Canossy do Canossy.

Trzeba znowu zacząć żyć w polskim technikolorze, zanim znowu przepali się kineskop.

* * *

Regularnie wczesnym rankiem rozmyślałem nad tym, co bym robił o tej porze w Londynie, i przychodziło mi na myśl, że najpewniej ubierałbym się w groteskowym pośpiechu, jednocześnie przeżuwając improwizowane śniadanie w postaci bułki z wetkniętą w nią tescową E-parówką, by za chwilę pociągać nerwowo za klamkę, upewniając się, że zamknąłem drzwi do pokoju, a potem biec na przystanek i wpakować się do zatłoczonego autobusu w nadziei, że jednak się nie spóźnię do sklepu z kanapkami, w którym pracowałem, że nie obetną mi bezlitośnie bonusa i że dzisiaj nie będzie jakoś szczególnie busy, że nie pokłócę się ze współpracownikami o ustawienie soczków i jogurtów na półce chłodni numer trzy czy z przełożonymi o wagę cappuccino, którą robię klientom (standard: dwieście osiemdziesiąt gramów).

Dziwne, ale w pewnym sensie brakowało mi tego wszystkiego, nawet coś tak błahego, jak przejazd zatłoczonym doubledeckerem przez wąską i zakorkowaną Roseberry Avenue, wydawał się przeładowanym pozytywnymi emocjami wspomnieniem. I nawet jeśli autobus ten wiózł mnie w kierunku miejsca upokorzeń, nawet jeśli moją rolą w tej londyńskiej układance było tylko przygotowywanie kawy i kanapek ludziom, od których zależały finanse Londynu, to i tak czułem się wtedy częścią czegoś wielkiego, elementem krwiobiegu wspaniałej metropolii.

Już tutaj, codziennie z wielkim zaangażowaniem pochłaniałem sterty zakupionych gazet, smakując na nowo polską rzeczywistość i grzejąc się na powrót w polskim piekiełku, rozmyślałem nad swoją przyszłą rolą w tej układance schematów, stereotypów i manipulacji.

Przez pewien czas od powrotu oszukiwałem żołądek hot-dogami za złotówkę z budki na gdyńskim dworcu, ale od kiedy przyuważyłem, że pracownica rytualnie kaszle w dłonie przed włożeniem parówki w bułkę, przeniosłem się do baru mlecznego znajdującego się na ulicy Władysława IV.

Internet w kafejce, melancholijne spacery po Skwerze i bulwarze, karmienie się telewizyjną papką w domu, obgryzanie gazet aż do białej kości i obietnica, że jutro będzie wyglądało zupełnie inaczej, że coś się musi wreszcie zmienić, że ta wegetacja nie może trwać bez końca, a przynajmniej nie może trwać w takiej beznadziejnie trywialnej postaci.

Trzeba się na coś zdecydować. Trzeba zająć się życiem. Albo umieraniem.

Czym żyło Trójmiasto? Przede wszystkim sprawą jakiegoś pedofila z Sopotu, którego rysopis podawano natrętnie w mediach, apelując do rodziców o rozwagę. Z rysów facet nie był jakimś tam odpychającym potworem, ale wręcz statystycznym Polakiem, co więcej, był nawet odrobinę do mnie podobny z wyglądu – z tym, że miał króciutko obcięte włosy i nie nosił okularów.

Zastanawiałem się, jak mógł wyglądać dzień pedofila? Wstawał rano, ubierał wyprasowaną koszulę, wychodził do pracy, kłaniając się po drodze sąsiadom, a będąc już na miejscu, za biurkiem, poważnym głosem anonsował szefa, odbierał telefony i grzecznie witając się z rozmówcą, wdzięczył się do klientów, prawił wymuszone komplementy starym rupieciom rozsianym po recepcji i księgowości, wracał z pracy do swojego M1, brał drzemkę, robił sobie na obiad pierogi i malinową herbatkę, a potem wychodził na łowy, czaił się w krzakach, obserwował blokowe place zabaw, przechodził tysiące razy koło lokalnej szkoły i uśmiechał się sympatycznie do mijanych ludzi, szczególnie tych, którzy mieli na nogach kolorowe rajtuzy i dźwigali tornistry z Myszką Miki, tudzież nosili bluzki Hello Kitty. I zastanawiał się, kiedy przestanie mu wystarczać jazda na ręcznym i nadejdzie taki moment, żeby poznać, jak smakuje niewinność dziecka.

Wzdrygnąłem się na własne myśli. Nie wiem, skąd się brali zboczeńcy, czy byli osobowym wytworem błędów w sztuce natury (niemożliwe, jeśli założyć, że Bóg nie pomylił się w akcie stworzenia) czy też cała wina leżała po ich stronie – być może świadomie otwierali seksualną puszkę Pandory, nad którą mieli przynajmniej na początku pełną kontrolę, by potem zwalać wszystko na geny, twierdzić, że tak naprawdę nie potrafią poradzić sobie ze swoim popędem, że ich falami mózgowymi steruje jeden wielki, zbuntowany kutas, nad którym nie są w stanie zapanować, zupełnie jakby niesubordynowany joystick wyślizgnął im się z rąk i samosterował, przekraczając kolejne seksualne levele wyuzdania i perwersji.

Kastrować i izolować – właśnie w takiej kolejności.

W jakim bowiem przypadku, w dobrych intencjach, niespokrewniony z nią w żaden sposób facet, mógł iść w towarzystwie małolaty? A nawet spokrewniony, bo jaką to dzisiaj robiło różnicę w dobie piwnicznych skandali po austriacku czy, pozostając na polskiej ziemi, nawet sążnistych, wielopokoleniowych historii z prowincji?

Każdy z nas ma taką myśl, żeby zamknąć całą rodzinę w piwnicy, ale nie każdy myśli o tym, żeby ją zaraz seksualnie wykorzystywać.

* * *

Na Abrahama, w popularnej gdyńskiej ciastko-piekarni, na dwóch metrach kwadratowych tłoczyły się zawsze dwie ekspedientki i co najmniej czterech klientów, podczas gdy cała reszta czekała, w zależności od pogody, marznąc albo gotując się na zewnątrz. Co jakiś czas otwierały się drzwi (otwierają się do środka, w związku z czym obszar dwa na dwa jeszcze się zmniejsza) i następowała wymiana osobowa. Logika po polsku.

Doczekawszy się swojej kolei, wszedłem wreszcie do środka, a zaraz za mną, nie zważając na to, że absolutnie nie ma już miejsca, wepchnęły się dwie baby i poczęły rozglądać się po sklepie niczym szabrownicy z Nowego Orleanu, gdacząc przy tym jak kwoki tuż przed zarżnięciem – kwoki, które muszą się koniecznie wygadać, zanim jakiś dziad w gumofilcach nie uczyni swojej powinności siekierą, zamykając im raz na zawsze dzioby.

Mimowolnie stykające się ciała – czułem się jak w zatłoczonym londyńskim autobusie, jak na przepychance w korytarzu dziwkanatu przed laty, kiedy ludzie z histerią rozrywali listę wyników z jakiegoś egzaminu – tak jak Irańczycy rozrywali niegdyś ciało ich ukochanego Chomeiniego.

Wszystko dla kawałka pierdolonego piernika, który okazał się zresztą podejrzanie twardy. Jak wszystko w tym kraju – jeśli coś ci smakuje, najpewniej prędzej czy później połamiesz na tym zęby. 

Matka i córka

Andżelikę poznałem dwa dni temu, kiedy zaniosłem do salonu prasowego swoje CV. Wziąłem ją najpierw za osobę decyzyjną, ale ona okazała się tylko szeregową pracownicą.

– Po zarządzaniu i na sprzedawcę? – prychnęła niekontrolowanym śmiechem, czytając mój życiorys streszczony na półtorej kartki papieru. Za chwilę jednak zmieszała się nieco i, zapewne zdając sobie sprawę z niestosowności swojego zachowania, zmieniła ton. – Nie lepiej już było zostać w Londynie?

– Od czegoś muszę zacząć – wzruszyłem ramionami. – A Londyn to na razie kwestia zamknięta. Nie chcę nawet o tym mówić... Nie chcę do tego wracać.

Dwa dni później Andżelika poinformowała mnie, że szefowa już kogoś znalazła i że naprawdę bardzo jej przykro (Andżelice, nie szefowej), że tak a nie inaczej to wszystko się skończyło. Tak natrętnie zaczęła się nade mną litować, że wyglądało na to, iż wkrótce ta całkiem sensownie wyglądająca panienka wejdzie mi do łóżka, żeby mnie pocieszyć. Tym bardziej zaprosiłem ją na lunch do bistro Kwadrans, chcąc podtrzymać tę dziwnie zawiązaną, ale obiecującą seksualnie znajomość.

Była apetyczną dwudziestoparolatką o smukłej figurze i blond włosach rozlewających się na ramiona jak w jakiejś natrętnej reklamie szamponu. Wyceniłem ją na dewolaja z frytkami i surówką oraz małą pepsi, sobie zaś zamówiłem ekonomicznie tylko naleśniki z owocami, zamykając się tym samym w trzydziestu złotych.

– Pan kurczak jest apetyczny – stwierdziła, delektując się białym mięsem, a ja uśmiechnąłem się nieco pobłażliwie, lekko rozbawiony, lekko poirytowany tą językową dziecinadą.

– Pan naleśnik też – odpowiedziałem po chwili z dozą ironii w głosie.

Zaśmiała się, a ja rozejrzałem się wokół, czy aby na pewno ktoś nas nie podsłuchiwał. Ale ludzie byli nazbyt zajęci swoimi sprawami – zawartością swoich talerzy, intensywnym szukaniem miejsc siedzących, gorączkowym zastanawianiem się nad tym, co zamówić, wreszcie bezsensowną paplaniną.

– Wolne tu? – zwróciła się do mnie nagle dziarska starsza pani, która wyszła z kolejki, zostawiając tam swojego męża. Wskazała na trzecie i czwarte krzesło przy naszym stoliku.

– To zależy... – odpowiedziałem, rzucając porozumiewawcze spojrzenie Andżelice.

Czy potrzebowaliśmy, żeby siedziała przy nas para seniorów, którzy, jak uczy doświadczenie, nie mogą obyć się bez wtrącania się w nieswoje sprawy i zadawania tysiąca pytań? Odpowiedź brzmiała jednoznacznie, ostatecznie i nieodwołalnie: Nie.

– Czy ktoś tu siedzi? – powtórzyła niby uprzejmym tonem, de facto przyjmując postawę intruzywną.

– My siedzimy – odparłem, nawet na nią nie patrząc.

Dlaczego nie potrafiła czytać między wierszami? To nie bar mleczny, w którym każdy może dosiadać się do kogo chce, niech sobie idzie na Władysława IV wspominać złotą erę komunizmu, a nam da święty spokój.

– Ale dwa miejsca są wolne... – zaczęła okazywać zniecierpliwienie.

– Andżelika, to kiedy twój brat przychodzi z dziewczyną? – próbowałem ratować sytuację i uwolnić się od uzurpatorki podstępem.

– Jaki brat? Ja nie mam brata... – odpowiedziała otępiała.

Westchnąłem ciężko, kryjąc na chwilę zmęczoną twarz w dłoniach.

– Niech pani siada – rzekłem wreszcie zrezygnowany, zwracając się do starej. – Po co pani w ogóle pyta, skoro i tak już pani postanowiła?

Uśmiechnęła się z zadowoleniem i przysiadła się. Za chwilę podszedł jej mąż, który zdążył już złożyć zamówienie. Dobrze, że nie byliśmy w barze mlecznym – w Kwadransie jedzenie przynosiły dość sprawne kelnerki, a tam w ramach samoobsługi, często niepełnosprawni ruchowo klienci. Wyobraziłem sobie takiego stetryczałego dziadka, który niesie w moją stronę tacę pełną gorącego jedzenia, trzęsąc nią na wszystkie strony, mijając ludzi tak, jak strapiona żaba mija samochody we Froggerze – to byłby prawdziwy dreszczowiec bez happy endu.

Jak to bywa w tego typu miejscach, dostaliśmy jedzenie wcześniej od tych, którzy zamówili przed nami. Czasami niesprawiedliwość miała jednak sens.

– Naleśniki z owocami – odezwała się nagle stara, patrząc na mój talerz.

No i co z tego, głupia babo? – pomyślałem, lekceważąc jej próbę zagajenia rozmowy.

– Pamiętam, jak świętej pamięci babcia Gertruda robiła naleśniki z truskawkami i śmietaną – kontynuowała. – Ten zapach... Czuć było już w przedpokoju. Raz taki jeden Rusek przyszedł nawet... Spytał, czy mamy zegarek…

Babcia Gertruda, to musiał być dziewiętnasty wiek, czasy zaborów. Postanowiłem okazać jej lekceważący brak zainteresowania.

– Więc, kogo ostatecznie zdecydowaliście się zatrudnić? – demonstracyjnie zwróciłem się do Andżeliki, ucinając babciny wątek.

– A tam... Sąsiad brata szefowej… Nieważne. Masz jakieś plany na wieczór?

– Nie, jestem otwarty.

– Możemy pójść do lunaparku na Skwer? – spytała, mrugając w irytująco pseudokokieteryjny sposób, zupełnie jakby chciała uczłowieczyć emotikon :FLIRT:

– Do lunaparku – powtórzyłem zniesmaczony. – A potem może kupimy ci balonik z Hello Kitty...

– Skąd wiesz, że lubię Hello Kitty? – ożywiła się jeszcze bardziej.

Westchnąłem ciężko. W tym momencie pojawiła się kelnerka i podała starszemu małżeństwu dwa zestawy obiadowe – jeden z mintajem, drugi z kotletem schabowym. Na stole zrobiło się bardzo tłoczno, wobec czego kelnerka spytała przytomnie, czy może zabrać już mój talerz, na którym znajdowały się już tylko pozostawione przeze mnie dwa malutkie kawałki ananasa – owocu, którego nie znosiłem.

– Nie widzi pani, że jeszcze nie skończyłem? – odburknąłem.

Tymczasem stary walczył z groszkiem, usiłując desperacko trzęsącą się dłonią wbić widelec w pojedyncze ziarenka.

Kto je groszek pojedynczo? – pomyślałem, obserwując z zażenowaniem, jak zielona kulka opuszcza w końcu talerz i toczy się po podłodze, umykając chwilowo ku wolności, by za chwilę zostać dosięgniętą przez przeznaczenie i rozdeptaną przez grubą lampucerę zmierzającą z otwartymi ustami w kierunku wiszącego w gablotce menu, jakby zamierzała je połknąć jako starter.

– Pan groszek potrafi być taki niegrzeczny – odezwała się nagle Andżelika, a ja udałem, że nie słyszę.

– Nie przejmuj się, Władziu, zacznij od ryby – odezwała się tymczasem stara.

Zniecierpliwiony popatrzyłem na talerz Andżeliki – szczęśliwie dochodziła już do końca. Normalnie pomyślałbym o niej z zażenowaniem, bo pustoszyła talerz w takim tempie, jakby w ciągu ostatnich kilku miesięcy żyła na puszkach z Tesco (jak jakiś zdesperowany emigrant), ale teraz, kiedy zależało mi, żeby jak najszybciej opuścić to miejsce, jej brak obycia był mi jak najbardziej na rękę.

– Ja pana chyba już gdzieś widziałam – zwróciła się do mnie nagle stara.

– Zabawne, ja panią też. Nie grała pani może w Pancerniku Potiomkinie? – spytałem, następnie zwracając się do Andżeliki: – Skończyłaś?

– Nie musisz mnie popędzać. Przecież możemy sobie tutaj posiedzieć – odrzekła z wyrzutem w głosie. – Przyszedłeś tutaj miło spędzić czas czy się ścigać? Państwo nogi mnie bolą.

Gdyby nie to, że zainwestowałem w nią prawie dwadzieścia złotych, podniósłbym się i po prostu wyszedł, żeby resztę dnia spędzić na własną rękę w towarzystwie RedTube.

– Ci młodzi teraz tacy niecierpliwi – stwierdził chropowatym głosem stary, śmiejąc się. Niestety, jego śmiech szybko przeszedł w chropowaty kaszel. Prewencyjnie zasłoniłem twarz. Dobrze, że nie musiałem już zasłaniać jedzenia.

– Za to starzy mają zawsze czas. Na przykład na chodnikach, na ulicach, w kolejkach. Gdybym był stary, moje życie byłoby jednym wielkim wyścigiem, ciągłym spoglądaniem na zegarek, a nie celebrowaniem wszystkiego w nieskończoność, wiecznym niezdecydowaniem, dzieleniem włosa na czworo przy każdej okazji.

– Dlaczego pani mnie kopnęła?! – zawołał nagle stary. – Ja mam tę… osteoporozę!

– Przepraszam najmocniej –Andżelika zaczerwieniła się. – Chciałam kopnąć Tomka, żeby przestał...

– Ciasno tu – zaśmiałem się nerwowo. – Ktoś powinien już sobie pójść...

– Tam się stolik zwolnił w rogu. Moglibyście przejść i dać nam spokojnie zjeść – zasugerowała stara.

– Dlaczego my?! – wykrzyknąłem. – Przecież byliśmy tu pierwsi!

– No właśnie dlatego! – odrzekła.

– Dobra, chodźmy stąd – Andżelika podniosła się. – To gorszące...

– Muszę iść do łazienki. Andżelika, ty zaczekaj, bo to, co mam w sobie, nie może.

Skierowałem się w stronę pojedynczej toalety, do której, jak mi się wydawało, nie było tym razem zwyczajowej kolejki.

– Ja też – zerwała się, podążając za mną.

Wejdę pierwszy – zdecydowałem. Kobiety nawet w publicznych toaletach potrafią się długie minuty przyssać do lustra. Pociągnąłem delikatnie za klamkę, ale nie puściła – najwidoczniej ktoś już tam był, zamknięty od wewnątrz. Kolejne minuty czekania, wymiany zniecierpliwionych spojrzeń z Andżeliką i nic, ten ktoś ciągle tam był, przekonany najzupełniej, że jego czas jest nieograniczony potrzebami innych. No tak, wszystko stało się teraz jasne, nie było w ogóle kolejki, bo nikomu nie chciało się tutaj stać i czekać na to aż okupujący przestanie traktować jedyną w lokalu toaletę jako swój prywatny gabinet defekacyjny.

– No ile można, kurwa mać? – denerwowałem się.

Andżelika też wyglądała na nieźle rozeźloną. W końcu, zebrawszy w sobie odwagę, zapukałem, ale tamten ponownie mnie zignorował. Przyłożyłem ucho do drzwi – w środku panowała podejrzana cisza. Masturbuje się czy narkotyzuje? Tymczasem za Andżeliką ustawiły się w kolejce dwie kolejne osoby. Po kilku minutach wspólnego oczekiwania i one zaczęły się irytować, bez ceregieli okazując swoją złość i zniecierpliwienie.

– Ile można siedzieć w toalecie? – spytałem retorycznie, kiedy do kolejki przyłączyła się już piąta osoba. A potem postanowiłem uciąć sobie publiczny monolog. – Albo się ma potrzebę, albo się jej nie ma, prosta sprawa. Do domu. Albo niektóre kobiety... One uprawiają tam kosmetykę! Na litość boską, wokół jedzie kałem, nawet te niebieskie papierowe ręczniki śmierdzą recyklingiem, i mydło w płynie też śmierdzi, zupełnie jakby ktoś zmieszał mocz z szamponem – a one pudrują sobie w takich warunkach policzki i podkręcają rzęsy, żeby ładnie wyglądać i jeszcze rozlewają na szyje podróbki perfum. No ludzie! Kurwa mać! Nie mieszajmy szamba z perfumerią.

– Państwo do toalety? – spytała kelnerka, która akurat przechodziła w pobliżu, niosąc dzielnej ekipie ze zmywaka stos brudnych naczyń.

– Nie, czekamy z naszymi CV na rozmowę kwalifikacyjną – odparowałem. – Chcemy panią wygryźć albo tych dzielnych chłopców ze zmywaka. Albo pizzera. Zachowuje się jak niedoceniony rzeźbiarz, więc może trzeba go zmienić, żeby mógł gdzie indziej rozwijać swoje prawdziwe talenty.

Kelnerka postanowiła zlekceważyć moje uwagi. Podeszła tylko do łazienki spokojnym krokiem i zapukała. Zgodnie z przewidywaniami, odpowiedziała jej cisza.

– Myśli pani, że nie próbowaliśmy? Że też sam na to nie wpadłem – odezwałem się z przekąsem.

Jej drobna dłoń energicznie pociągnęła za klamkę – drzwi niespodziewanie otworzyły się – w środku nie było nikogo.

– No co się tak patrzysz – mruknąłem do Andżeliki. – Idź pierwsza. Tak ci się spieszyło…

* * *

Kręciliśmy się wokół prawie wymarłego małego lunaparku znajdującego się na Skwerze blisko Błyskawicy, tuż obok wysypu obskurnych smażalni. Kiedyś, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, przy Teatrze Miejskim ciągnął się olbrzymi kompleks z wesołym miasteczkiem. I właśnie na jego miejsce, jako marny substytut, montowano czasem w okolicy tandetne namiastki parku rozrywki w postaci karuzel, wyrzutni i innych instalacji zbudowanych najpewniej ze złomu zebranego przez bezdomnych.

– Czuję się jak na odpuście w latach osiemdziesiątych. Jeszcze tylko brakuje waty cukrowej i olbrzymich lizaków, od których robaczeją zęby – podsumowałem. – Tylko że tam przynajmniej ceny były sensowne, a tutaj? Mam płacić dwanaście złotych za bumper cars, którym daje się tylko cztery metry kwadratowe powierzchni do jazdy? I niby z kim mam się zderzać? Chyba tylko z tym facetem, który co chwila je naprawia. Zobacz, nikogo tutaj nie ma oprócz nas. Dziwisz się zresztą? Bo ja wcale!

– Tam jest więcej ludzi – wskazała na poruszające się w cztery strony krzesełka, na których „uwięzieni” byli młodzi ludzie wrzeszczący przeraźliwie, dziko podekscytowani szarpiącymi i konwulsyjnymi ruchami metalowej maszynerii. Przy wejściu przywieszona była tabliczka z napisem „zajebista zabawa”.

Ze starych głośników sączył się Top One: „Życia bieg to come back tak na co dzień”. A potem jeszcze: „Z nami tańcz, na nas licz. One, two, free” (zamiast three).

– Niedobrze mi – odwróciłem wzrok. – Pamiętam, jako nastolatek spróbowałem podobnej rzeczy. Wsiadłem z młodszym bratem, on się świetnie bawił, a ja zrzygałem się na miejscu. Ale to miało głębszy sens. Mój umysł bronił się przed wstrząsami, a jego najwidoczniej czuł się w to wszystko świetnie wpasowany. Do dziś tak mu zostało. Nawet jeszcze go nie odwiedziłem po powrocie... Prawie mam wyrzuty sumienia.

– Chciałabym tego spróbować – odezwała się nagle Andżelika. – Z tobą albo bez ciebie.

– Daj spokój, popatrz na tego kolesia z obsługi. Tatuaże i w ogóle... Wygląda jak jakiś psychopata. Założę się, że często przychodzi mu do głowy, żeby nie dokręcić jakiejś śrubki, żeby ktoś najadł się poważnie strachu, a może wręcz wypadł i roztrzaskał się, tak jak ci ludzie w Oszukać przeznaczenie 3. I przekonasz się, on kiedyś czegoś tam nie dokręci, bo tacy są ludzie jego pokroju – jak dzikie wilki trzymane na uwięzi. Prędzej czy później poczują zew krwi i zachowają się jak na zwierzęta przystało. Podążą za swoim zabójczym instynktem...

– Ty chyba masz jakiś problem – odpowiedziała zrezygnowana Andżelika i zirytowana przesunęła się na stronę. – Chciałabym wracać do domu. Darujmy sobie... Nagle przestałam się czuć bezpieczna w twoim towarzystwie.

– Nie żartuj! Mam jechać z tobą? A może wpadniesz do mnie?

Cholera, doktorze Kutasie, tracimy pacjentkę.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł... – bąknęła. – Mam sporo rzeczy do zrobienia.

– Odprowadzę cię chociaż na panią kolejkę – nalegałem przyjaznym jej tonem.

– No dobrze. Chodźmy... – zgodziła się wreszcie, choć sądząc po tonie jej głosu, zrobiła to raczej dla świętego spokoju niż z wewnętrznego przekonania.

* * *

Ostatecznie podjechaliśmy eskemką do Gdyni Chyloni, a z przystanku udaliśmy się do jej mieszkania w bloku na Chylońskiej. Nie protestowała już tak ostentacyjnie – wyglądało na to, że niezależnie od tego, co mieliśmy do powiedzenia na temat tego wieczoru i siebie samych, w naszych głowach i majtkach tkwiła ta sama potrzeba, która miała nas ostatecznie połączyć. I oto właśnie mi przecież chodziło. Nie po to fundowałem jej dewolaja, żeby teraz obejść się smakiem.

Przekręciła klucz w zamku. Moje serce zabiło mocniej. Weszliśmy do środka, trzasnęły drzwi. Chciałem ją niemal natychmiast przygarnąć do siebie, pocałować namiętnie, zrzucić z niej tę tandetną krótką, czerwoną sukienkę, którą miała na sobie, zerwać z niej czarne rajstopy albo po prostu natychmiast wyszarpać w nich otwór i wejść w nią jeszcze na korytarzu, potem dziko odbijając się od ścian i wymyślnych drewnianych zdobników, które wypełniały wąski korytarz, czyniąc go jeszcze węższym, jak w jakimś pornograficznym pinballu, który należało wymyślić.

Ale nagle okazało się, że wcale nie byliśmy sami – z kuchni bowiem wyszła kobieta, która mogła mieć około czterdziestu pięciu lat. Była przy tym osobą bardzo energiczną i zadbaną, a może raczej znakomicie zakonserwowaną. W dłoni dzierżyła jakieś kolorowe czasopismo, które po chwili zidentyfikowałem jako angielskojęzyczną edycję „Cosmopolitan”.

– Cześć, mamo – rzuciła w jej kierunku Andżelika, a następnie, wskazując na mnie, przedstawiła mnie: – To jest Tomek.

– Bardzo mi miło. Elwira – wyciągnęła w moim kierunku dłoń, a ja uścisnąłem ją delikatnie, nieco zbity z tropu jej mocno artykułowaną otwartością i oczarowany jej magnetycznym uśmiechem. Zdaje się, że przez chwilę zamarłem w jakiejś formie bezruchu i bezmózgowia. Andżelika pociągnęła mnie za rękaw w kierunku swojego pokoju.

– Bawcie się dobrze!

Zacząłem się zastanawiać, jak inaczej można interpretować te słowa.

Weszliśmy do pokoju Andżeliki. W środku było schludnie i estetycznie, nie licząc plakatu z Davidem Hasselhoffem biegnącym w krótkich czerwonych spodenkach po plaży i obdrapanej matrioszki spoglądającej na nas z książkowego regału, stojącej pomiędzy Zbrodnią i karą i książkami Masłowskiej.

– Czytasz Masłowską?

– Nie, ale wypadało kupić – odpowiedziała. – Tak naprawdę jej nie znoszę. W biblionetce dałam trzy jedynki pod różnymi nickami.

– To tu mieszkasz? – rzuciłem najgłupszą z możliwych uwag, rozglądając się uważnie wokół.

Ona tymczasem przekręciła klucz w zamku i przyciągnęła mnie do siebie, przystępując do rzeczy. Poczułem żar jej warg na swojej twarzy, jej długie ręce zaczęły mnie natrętnie obłapywać, zupełnie jakby była jakąś żebrzącą miłości cygańską nimfomanką. Sprawnymi ruchami, niemal bez mojej wiedzy, ściągnęła ze mnie koszulę.

– Twoja koszulka jest o co najmniej numer za mała. To takie urocze!

Odsunąłem ją delikatnie i onieśmielony wezwałem, żeby się trochę opamiętała.

– Twoja mama jest w mieszkaniu. Zwariowałaś – powiedziałem półszeptem. – Jedźmy do mnie. Od początku mówiłem, żeby jechać do mnie...

– Nie dzisiaj – odrzekła. – Nie chce mi się już nigdzie jeździć. Kochajmy się u mnie. Tak po prostu, tu i teraz. Weź mnie.

– To mnie żenuje, dziewczyno, zrozum – odsunąłem ją od siebie. – Twoja matka...

– Zrozum, moja mama zawsze pochwala to, że potrafię sobie znaleźć facetów... Schlebia jej, że jej córką interesują się mężczyźni... Sama kiedyś powiedziała, że człowiek musi się wyszaleć, zanim się ustatkuje, i nie dotyczy to tylko mężczyzn. Poza tym ona jest malarką... Osobą nowoczesną i otwartą na nowe trendy. Ona rozumie potrzeby młodych... O nią się nie martw.

– Nawet nowoczesność ma swoje granice. Nie będziemy szaleć oddzieleni od twojej mamy tylko jednymi drzwiami i tekturową ścianą. Nie wiem nawet, czy bym potrafił. Nie lubię, jak ktoś kręci się w pobliżu. Nie nastraja mnie to.

– To co, może chcesz pograć w państwo szachy? – wściekle cisnęła na łóżko planszę z figurami, która stała na jej biurku, te rozsypały się na pościeli. – Zbić konia? Wiesz, po co tu jechaliśmy! Dobrze wiesz! I tak zepsułeś mi już dzień, więc czy nie możesz się na koniec zachować jak prawdziwy facet?

Zachowałem się i wyszedłem. A po drodze, zobaczywszy jej matkę, ukłoniłem się ponownie, życząc jej miłego wieczoru.

Naprawdę była z niej bardzo atrakcyjna kobieta. Szkoda, że w domu była Andżelika. Pomyślałem, że do tego tematu przyjdzie mi jeszcze wrócić.

Swoją drogą, najwyraźniej starzałem się, skoro moje seksualne zainteresowania przeniosły się tak swobodnie na kobiety w wieku pobalzakowskim.

My się jeszcze obudzili...

Kościół wypełniony był w mniej więcej dziewięćdziesięciu procentach przez ludzi starych – jakiś samozwańczy wodzirej o załamującym się głosie intonował Anioł Pański, który kończył się Wiecznym Odpoczynkiem (ciekawe, kto wpadł na pomysł, aby połączyć modlitwę ze zwiastowania z modlitwą za zmarłych), aby potem podniosłym tonem wyrzucić z siebie Kiedy ranne wstają zorze, zakończone zwrotką o tych, którzy pokładli się spać i już się nie obudzili, oraz o tych, którzy się jeszcze obudzili, żeby Boga chwalić. Czułem się jak w trupiarni – nie żebym przesądzał, że będę żył dłużej niż którykolwiek z nich – chodziło raczej o pewien stan umysłu i ducha, który dało się tutaj wyczuć, o pogrzebową atmosferę wypełniającą kościół, do którego przychodziłem przecież szukać pokrzepienia, a nie ciągłego przypominania o rzeczach ostatecznych. Do tego drugiego wystarczała mi codzienna dawka nekrologów i telewizyjne serwisy oraz natręctwo własnych myśli.

Pamiętam, jak kiedyś moja polonistka w liceum stwierdziła podczas lekcji, że polskie msze są ponure przez okrągły rok, nawet Boże Narodzenia i Niedziele Zmartwychwstania przesiąknięte są smutkiem, goryczą, przepełnione jakąś dziwną melancholią i wewnętrznym napięciem, podszyte zgryzotą, w której próżno było szukać chrześcijańskiej radości czy duchowej energii dla strapionych ciężarem życia bożych owieczek. Nie lubiłem tej polonistki, uznawałem ją za polonofobkę, ale ilekroć myślałem o tym, co wówczas powiedziała, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jej diagnoza – niezależnie od tego, czy mówiła to jako Żydówka czy ateistka – jest jak najbardziej słuszna. Nie oczekiwałem bynajmniej murzyńskiego chóru, który zamieniłby mszę w imprezę taneczno-rozrywkową, nadając wszystkiemu gospelową oprawę i wypełniając kościół przesadnie żywą gestykulacją – wystarczyło mi już przecież w zupełności polskiej młodzieży wyśpiewującej swoje pretensjonalne piosenki na trzy głosy, dwie gitary i jeden flet, adorującej w tym wszystkim przede wszystkim siebie i swoją błazenadę. Chodziło mi bardziej o to, żebym, przychodząc tutaj, czuł się jak członek zwycięskiej drużyny, a nie jako zdołowany pokutnik, przygotowujący się na odejście, wysłuchujący opowieści księdza o jego wizytach z ostatnim namaszczeniem u umierającej Agatki, która do końca powtarzała mamie, że umiera, bo tak chce Bóg, i ona jest z tego powodu niezmiernie szczęśliwa.

– Jeżdżą za granicę, jakby ich dziadowie i pradziadowie walczyli o Polskę dla siebie, a nie dla nich i ich wnuków. Po co była Legnica, Grunwald, Wiedeń, Westerplatte, Monte Cassino? – grzmiał na kazaniu ksiądz. – Mieszkają po pięciu w jednym pokoju, a potem się dziwić, że żyją w rozwiązłości i zgorszeniu. Nie mają wcale szacunku dla siebie, Polski i swojej polskości. Czy słowa wielkiego papieża Polaka już nikogo nie ubogacają? W tych rozwodach spowodowanych emigracją nie ma wielkiego papieża Polaka. Pytam, gdzie dziś jest to pokolenie Jana Pawła II?

Nie wiem, drogi ojcze. Chyba sam sobie odpowiedziałeś, rozjechało się po zepsutym świecie w poszukiwaniu pieniędzy, rozrywek i upadku we wszystkich znaczeniach tego słowa. Nie ma już Polski, otworzyły się granice unijnej Sodomy i Gomory.

Przekażcie sobie znak pokoju. Jak mam przekazać znak pokoju starszej kobiecie, która przez pół mszy kaszlała sobie w dłonie, nie zadawszy sobie trudu wcześniejszego zaopatrzenia się w chusteczki?

Wszyscy się bratają i ściskają jak u Stephena Kinga w małym miasteczku w Maine (zanim nie skoczą sobie do gardeł), taka przyszła moda i w jakiś dziwny sposób przeniknęła ona również szybko mało chłonne przecież umysły starego pokolenia. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych wystarczył dyskretny, pełen rezerwy ukłon, a teraz trzeba wymachiwać rękoma na wszystkie strony (niektórzy biegali od ławki do ławki) – zupełnie jak u cioci na pięćdziesiątce, witając się z gośćmi, których przez ostatnie dziesięć lat, dopóki nie powstała nasza-klasa.pl, udawało nam się jakoś mniej lub bardziej dyplomatycznie unikać.

Kobieta wyciąga dłoń, mijają ułamki sekund, może całe sekundy, nie mam wyjścia, muszę udać, że tego nie widzę, ściskam zamiast tego rękę jakiejś blondynki o ostrym makijażu. Zdzirowata rzuca mi spojrzenie, mruga oczkiem, czuję jak przechodzi na mnie tani zapach jej perfum. Głupia kurwa, nawet w kościele nie może przestać myśleć o facetach i o tych sprawach, taką to swędzi dwadzieścia cztery godziny na dobę, po prostu jest już tak zaprogramowana – nawet w świętych miejscach poluje na mężczyzn, niezależnie od tego, czy mają koloratkę, czy przyszli z żoną i dziećmi.

Przed kościołem jakiś obszarpaniec grał na harmoszce Boże coś Polskę, robiąc to w sposób fatalny, fałszował wręcz bezprzykładnie, choć po uśmiechu zadowolenia na jego twarzy widać było brak świadomości tego faktu. Trudno się było dziwić, że jego futerał robiący za skarbonkę pozostawał pusty. Przez chwilę naszła mnie nawet myśl, żeby w odruchu solidarności wrzucić tam monetę, ale ostatecznie uznałem, że każda złotówka zwielokrotnia szansę jego pojawienia się w tym samym miejscu za tydzień, więc ostatecznie przeszedłem obok niego obojętnie, rzucając mu jedynie z lekka pogardliwe, pełne rezerwy spojrzenie.

A złotówkę wrzuciłem do Bałtyku. Na szczęście.

* * *

Po południu pojechałem do Andżeliki. Chciałem wpaść do niej bez zapowiedzi i wtoczyć się do jej mieszkania z ciastem z soboty, które kupiłem z przeceny w lokalnej cukierni (lepsze to niż kwiaty pochodzące z miejsca wypadku) – pragnąłem przeprosić ją za niefortunny epilog naszego ostatniego spotkania i poprosić o jeszcze jedną szansę, o cud święcącej się niepamięci. Kto wie, może jej mama pojechała gdzieś w teren szukać inspiracji dla swoich obrazów, może tym razem będziemy już z Andżeliką absolutnie sami, górę wezmą dzikie żądze i wylądujemy w jej łóżku, żeby je skutecznie wypalić. A jeśli nie była jednak sama, mogłem przecież zawsze tylko zamienić z nią kilka słów i przygotować sobie grunt na kolejne spotkanie, niejako inwestując.

Nieśmiało nacisnąłem dzwonek blokowego domofonu, ktoś wpuścił mnie do środka bez pytania, widocznie córka lub matka wypatrzyła mnie z góry. Wszedłem na czwarte piętro – programowo unikałem wind w starych budynkach – zdezelowane, zarazem perfekcyjne pułapki. Chyba żadna unijna dyrektywa nie kazała ich wymienić, więc można było na nie wciąż trafić, i to nie tylko w blokach z wielkiej płyty.

W drzwiach pojawiła się pani Elwira, witając mnie promiennym uśmiechem, który odmalował się na jej odrobinę zmęczonej, pozbawionej makijażu twarzy. Jakby dla odwrócenia uwagi od tych niedoskonałości, spod powabnego seledynowego szlafroku rysowały się apetyczne krągłości.

– Dzień dobry – bąknąłem lekko onieśmielony.

– Witam pana – odpowiedziała, czyniąc zapraszający gest. – Proszę.

Wszedłem do środka, cicho zamykając za sobą drzwi. Stanąłem w przedpokoju, a ona tymczasem znikła w kuchni.

– Zrobić kawy? – kiedy tak stałem w zawieszeniu, dobiegł mnie jej głos.

– Bardzo proszę – zawołałem. – Przyniosłem dobre ciasto.

Za kilka minut wróciła i zaczęła rozkładać na stole filiżanki i talerzyki.

– Jest Andżelika? – spytałem nieśmiało.

– Nie ma, pojechała z koleżanką. Raniutko, nawet nie słyszałam, jak z domu wychodzi.

– A kiedy będzie?

– Nie wiem. Ale nie wcześniej niż za kilka godzin – odpowiedziała, śmiejąc się.

Rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim, począwszy od zagadnień emigracyjno-adaptacyjnych, przez bieżącą sytuację polityczną, a skończywszy na naszych zainteresowaniach. Ona opowiadała mi o swoim malarstwie i inspiracjach, a ja jej o swoich projektach scenariuszowych. Porozumiewałem się z nią z zaskakującą swobodą, widać było po niej zarówno otwartość i obycie, autentyczną wiedzę i wyczucie poruszanych tematów, choć przecież mówi się o artystach, że są ludźmi ograniczonymi. Tylko moje ciasto, smakujące jak posypana cukrem i czekoladą wilgotna tektura jakoś do tego sympatycznego obrazka nie bardzo pasowało.

Kiedy skończyliśmy pić kawę, zaprosiła mnie do swojej pracowni, która mieściła się w małym pokoiku. Miejsce to było gęsto wypełnione porozciąganymi płótnami i porozrzucanymi po podłodze materiałami malarskimi – panował w nim niemal bezprzykładny burdel, zwany przez notorycznych bałaganiarzy artystycznym nieładem. Jak się okazało, Elwira z jednakową pasją oddawała się tak malarstwu abstrakcyjnemu, jak i komiksowej kresce à la Wróblewski, z której bił chłodny, wręcz kiczowaty, aczkolwiek przyjemny dla oka realizm.

– Utrzymuję się z malarstwa – oznajmiła zadowolonym z siebie tonem. – Znaleźć malarza utrzymującego się z malarstwa jest jeszcze trudniej niż znaleźć literata utrzymującego się tylko z pisania książek.

– To prawda – bezwładnie przytaknąłem. – Nie, żebym coś o tym wiedział.

Nie wierzyłem jej. Może udawało jej się sprzedać raz na ruski rok jakiś obraz podczas Jarmarku Dominikańskiego albo wcisnąć go zagranicznemu turyście na Monciaku, ale nie sądzę, żeby stanowiło to jej faktyczne, a tym bardziej stałe źródło utrzymania – na pewno bezwstydnie przeżerała pieniądze z rozwodu (ojciec Andżeliki, jak się od niej zdołałem dowiedzieć, miał podobno dobrą posadę w Norwegii na platformie wiertniczej) albo utrzymywali ją majętni kochankowie (to znaczy była dziwką w białych rękawiczkach).

Mogłem iść o zakład, że obracała się wśród bogatych i znaczących mężczyzn. Patrzyłem na nią pożądliwie, oczarowany jej dojrzałym urokiem i pewnością siebie, która z niej emanowała – miałem wrażenie, że natarczywy sposób, w jaki to robiłem, narzucał tylko jedną interpretację moich myśli i pragnień. I ona przecież miała tego taką samą świadomość jak ja.

– Właśnie miałam wziąć kąpiel – powiedziała, nagłym ruchem zrzucając z siebie szlafrok. Pod spodem nie miała nic. Zgrabnego ciała mogłyby jej pozazdrościć nie tylko jej rówieśniczki, ale też wiele moich równolatek. – Zechcesz mi towarzyszyć?

W moich majtkach poruszyło się i ona to zauważyła. Przypomniałem sobie okładkę książki Karpowicza Cud autorstwa Tarasewicza, z unoszącym się na skrzydłach uśmiechniętym penisem. Wiedziałem, że pan Ptaszek właśnie zerwał się do lotu, że teraz już żadna siła nie będzie w stanie go utemperować, sprowadzić z powrotem na ziemię.

To był chyba najlepszy seks mojego życia, nie licząc dnia, w którym w trzeciej klasie liceum klasowa blachara wytrzepała mnie w szkolnej toalecie w zamian za wypracowanie z polskiego na temat odniesień do mitologii we współczesnej kulturze.

Już po wszystkim dostałem od Elwiry w prezencie obraz zatytułowany Winorośl, z kubkiem stojącym na tle kiści winogron. Wziąłem to z jej strony za coś więcej niż przejaw kurtuazji; za dowód na to, że uznała moje grona za wyjątkowo winne.

– Równie dobrze mógłby się nazywać Kubek – coś podkusiło mnie, żeby złośliwie skomentować jej podarunek.

– Ale to winorośl jest tutaj istotna. Kubek ma znaczenie przedmiotowe – upierała się. – Winogrona są uniwersalne, słodkie i kwaśne, zawsze są wybornym tworem. Jako owoc i jako wino. Są źródłem dzikiej bachicznej zabawy, ale i religijnym symbolem w chrześcijaństwie. Łączą więc skrajne nurty.

– Tak – przytaknąłem, przypominając sobie przeintelektualizowane lekcje polskiego. – Posłuchaj...

Usiłowałem zmienić temat, ale ona weszła w jakiś słowotok.

– Lubisz kubistów? Tylko błagam cię, nie mówmy o Picasso, bo to byłoby zbyt banalne. Wiesz, może powiem jakąś herezję, ale dla mnie Braque był ważniejszy niż Picasso. Albo taki Metzinger. Widziałeś jego Trykociarkę? W ogóle nie pomyślałbyś, że kiedyś ten człowiek znajdował się pod wpływem fowizmu. Nie wspominając impresjonizmu... Napijesz się jeszcze kawy? – ożywiła się nagle.

Podziękowałem, kręcąc głową. Uznałem, że najwyższy czas się zbierać. Nie miałem ochoty stać się za chwilę uczestnikiem pogadanki na temat nowoczesnego malarstwa europejskiego i analizować z nią ważniejszych nurtów postmodernizmu. Zbyt miłe chwile tu przed chwilą przeżyłem, żeby teraz jej gadatliwość i pseudoerudycja miały popsuć mi humor.

* * *