Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 229 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przypadek Alicji - Aleksandra Zielińska

Ala jest zwyczajną dziewczyną: nosi okulary, studiuje farmację, czasem imprezuje, czasem kłóci się ze współlokatorką, jest zakochana z wzajemnością w Tomku, przystojnym malarzu. Jej życie nie różni się zbytnio od życia wielu innych dziewczyn. Jednak wszystko zmienia się pewnej styczniowej nocy, kiedy Ala wybiera się do klubu, w którym wcale nie chce być, pije więcej, niż zamierza, i pali to, czego normalnie by nie zapaliła. W narkotycznym transie traci nad sobą kontrolę i ląduje w toalecie z nieznajomym.

Kilka tygodni później spotyka się z Kotkiem, swym umiejącym znikać i pojawiać się na zawołanie przyjacielem. Szuka u niego pomocy. Musi usunąć pasożyta, który po tamtej imprezie zalągł się w jej brzuchu. Kotek pomaga Ali dostać się do lekarza, który godzi się dokonać nielegalnej aborcji. I wszystko powinno być już normalnie, a jednak coś jest nie tak.

Rzeczywistość staje się podejrzanie niepewna. W mieście pojawia się coraz więcej szczurów. Koty dziwnie się zachowują. Ala zaczyna się zastanawiać, czy nie postradała zmysłów. Na dodatek okazuje się, że lekarz nie wykonał swojej roboty jak należy…

Aleksandra Zielińska (ur. 1989 w Sandomierzu) – pisarka i ilustratorka. Autorka opowiadań fantasy. Jej utwory pojawiały się w licznych antologiach, m.in. 13 ran, 15 blizn, 17 szram, Kochali się, że strach czy Nawiedziny. Przypadek Alicji jest debiutancką powieścią Aleksandry Zielińskiej.

Opinie o ebooku Przypadek Alicji - Aleksandra Zielińska

Fragment ebooka Przypadek Alicji - Aleksandra Zielińska

Alek­san­dra Zie­lińska

PRZY­PA­DEK ALI­CJI

Co­py­ri­ght © by Alek­san­dra Zie­lińska, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa, MMXIV

Ro­dzi­com i Ro­dzeństwu

Py­ta­nie iście Dic­kow­skie – czy świat jest re­al­ny – po­zo­sta­je nie­roz­strzy­gnięte i tra­ci swój sens, gdyż re­al­ne jest to, co nam służy.

Łukasz Or­bi­tow­ski

Wódka

Knaj­pa na­zy­wała się Wódka. Jak łatwo zgadnąć, nie po­da­wa­no tu ra­czej ni­cze­go in­ne­go.

Wbiłam zziębnięte ręce w kie­sze­nie. Wio­sna oszu­kała wszyst­kich. Tem­pe­ra­tu­ra mar­co­wych dni pod­jeżdżała nie­mal do kil­ku­na­stu stop­ni, by wie­czo­rem zle­cieć na łeb na szyję. Oczy­wiście mało kto był w sta­nie przy­go­to­wać się na ta­kie wa­ha­nia, a już na pew­no nie ja. Z wnętrza Wódki do­cho­dził gwar rozmów; czułam spoj­rze­nia zna­jo­mych za­trzy­mujące się na mo­ich ple­cach. To nic, niech się trochę po­mar­twią. Bo oto stoję na zim­nie w sa­mej blu­zie i wiatr się wci­ska pod ma­te­riał, więc oczy za­czy­nają się pocić, z nosa kapią smar­ki. Nie­na­widzę płakać.

Życie noc­ne Kra­ko­wa prze­no­si się z knajp na chod­ni­ki, te­raz ciężko o dobrą miejscówkę pod da­chem czy mar­kizą. Za­kaz pa­le­nia miał przy­nieść ko­rzyści wszyst­kim, w efek­cie lu­dzie marzną na uli­cach, im­pre­zują pod okna­mi zwykłych miesz­kań, ani ci­szy, ani spo­ko­ju. Kto miał do­stać raka, i tak się go prędzej czy później do­ro­bi. O dzi­wo, klien­ci ciągną do pa­la­czy, wyłażą za nimi na zewnątrz, jak­by cała ma­gia wie­czor­nych spo­tkań zaklęta była w dy­mie. I pie­przyć to, że po po­wro­cie do domu na­wet włosy śmierdzą spa­le­nizną.

Wzbu­dzam nie­zdro­we za­in­te­re­so­wa­nie fa­cetów, którzy ra­zem ze mną opuścili na chwilę Wódkę. W dzi­siej­szych cza­sach lu­dzie wy­chodzą się prze­wie­trzyć, żeby za­ku­rzyć. A ja? Nie dość, że bez pa­pie­ro­sa, to jesz­cze ośmie­lam się pociągać no­sem i bu­rzyć oko­licz­ny porządek.

Ni­ski hip­ster w oku­la­rach nie­pew­nie wyciąga opa­ko­wa­nie luc­ky stri­ke’ów. Nie lubię tych dzie­ciaków; srałyby bursz­ty­nem, gdy­by były bar­dziej al­ter­na­tyw­ne. Chcesz, mała? Od­ma­wiam wzru­sze­niem ra­mion. Chętniej przyjęłabym chu­s­tecz­ki, za­nim ma­ki­jaż spłynie mi czar­ny­mi łzami na chod­nik. Trze­ba uspra­wie­dli­wić swoją obec­ność, więc w od­po­wie­dzi ma­cham własną paczką pa­pie­rosów. Tracą za­in­te­re­so­wa­nie. I do­brze. Myślę o chłopcu, który pod­ry­wał mnie wie­ki temu, w za­mierzchłych cza­sach pierw­sze­go roku, sam skręcał so­bie pa­pie­rosy.

Szu­kam za­pal­nicz­ki po kie­sze­niach, lecz nic z tego – ostało się tyl­ko to przeklęte pudełko zapałek, na którym ktoś wy­skro­bał nu­mer te­le­fo­nu. Pamiętam, drżała mi wte­dy ręka, długo­pis po­sta­no­wił skończyć żywot i trze­ba było każdą cyfrę nie­mal wyryć. I te­raz jest pro­blem, czte­ry to czy dwa, sie­dem czy je­den, kur­wa. Skro­bi­gar, mówił Ko­tek, pro­sić Skro­bi­gara i powoływać się na nie­go. Chwała za te Ko­cie zna­jo­mości. Szyb­ko, nie za­sta­na­wiaj się, bo będzie za późno. Prze­cież dzi­siaj wszyst­kie tak robią.

– Ala!

To­masz ge­stem za­pra­sza do środ­ka. Mar­twi się, już od kil­ku do­brych dni za­czy­na coś po­dej­rze­wać. Nic dziw­ne­go. Byłby idiotą, gdy­by te wa­ha­nia na­strojów i sa­mo­po­czu­cia uznał za zwykłe napięcie przed­mie­siączko­we, a tego nie będę miała oka­zji doświad­czyć przez naj­bliższych kil­ka długich mie­sięcy. Jeśli nie wezmę spraw w swo­je ręce, rzecz ja­sna.

Uśmie­cham się smut­no. Mam na­dzieję, że wi­try­na Wódki na tyle wyrówna ten gry­mas, żeby wyrażał radość.

– Co, moja dro­ga Ali­cjo, co z tym fan­tem zro­bisz? – do­py­ty­wał się Ko­tek któregoś wie­czo­ru nad Wisłą. Obok zgra­ja roz­wrzesz­cza­nych dzie­ciaków nie po­zwa­lała roz­ma­wiać, krzy­kiem próbując zmu­sić smo­ka wa­wel­skie­go do ja­kiej­kol­wiek ak­tyw­ności. Na­wet nie ra­czył za­ry­czeć. Za późno, wszyst­kie dzie­wi­ce już poszły spać.

Le­d­wie słyszałam, co też Ko­tek mówił, a czy­tać z uszmin­ko­wa­nych warg nie po­tra­fiłam. Do­brze, że na­uczy­ciel­ki zapędziły wy­cieczkę do ho­te­lu na wie­czo­rynkę.

– Ala, wpadłaś w króliczą norę. Nie ty pierw­sza, nie ostat­nia. Wszy­scy to dzi­siaj robią.

Wszy­scy czy wszyst­kie? Prze­cież ten, kto mnie tak urządził, nie miał pra­wa de­cy­do­wać. W lwiej części przy­padków wi­no­waj­ca tyl­ko zakładał z po­wro­tem spodnie i tyle było go widać.

– No, Ala. Wiesz, że do­brze radzę – uśmie­cha się Ko­tek, aż od­noszę wrażenie, że zni­ka i tyl­ko ten uśmiech wisi w po­wie­trzu nad ławką. I dyk­tu­je ciąg cyfr.

Gładzę pal­cem le­d­wie wi­docz­ny nu­mer, mało bra­ku­je, żeby stał się całkiem nie­czy­tel­ny. Do­bre uspra­wie­dli­wie­nie: nie za­dzwo­niłam, Ko­tek, wiesz, jak jest, zgu­biłam to pie­przo­ne pudełko. Bul­l­shit. Wiem, że za­dzwo­nię. Wie­działam już w mo­men­cie, gdy test po­ka­zał kre­ski, choć nie po­wi­nien.

Spo­coną ręką nie mogę zmu­sić zapałki do sa­mo­spa­le­nia, więc niechętnie, ale proszę hip­sterów o ogień. Zaciągam się tak moc­no, że płuca od­ma­wiają posłuszeństwa i wy­plu­wają dym. Ka­szel zwra­ca uwagę. Przed sąsied­nią Awa­rią me­ta­le też po­pa­lają, ale coś gor­sze­go, jed­na dziw­na faj­ka na trzech, do tego za­pach, który ko­ja­rzy się z pa­lo­nym sia­nem. Patrzą na mnie jak na na­sto­latkę, która do­rwała pierw­sze­go szlu­ga w życiu i próbuje grać twardą, choć dym wy­ci­ska łzy z oczu. O, mam wytłuma­cze­nie dla płaczu.

Prze­cie­ram twarz, na wierz­chu dłoni zo­sta­je czar­ny ślad po tu­szu do rzęs. Palę da­lej. Ko­niec z wy­rze­cze­nia­mi, urządzę cię, słyszysz? Ale zle­pek komórek w cie­ple ma­ci­cy nie słyszy, rzecz ja­sna. Je­dy­ne, co może zro­bić, to pasożyto­wać. Masz, kur­wa, udław się ni­ko­tyną. Nie chcę cię, ro­zu­miesz? Nie wie­rzysz? Po­czu­jesz.

Wódka wita parą na oku­la­rach; muszę prze­trzeć szkła, żeby uzy­skać mi­ni­malną wi­docz­ność. Nie­wie­le mi trze­ba, byle do­trzeć do to­a­le­ty. Knaj­pa jest maleńka, bar­man­ka wciąga brzuch, by jakoś zmieścić się między ladą a półkami pełnymi bu­te­lek, od podłogi do su­fi­tu. W kącie je­den sto­lik. To­masz chce wstać, za­trzy­muję go ge­stem. No wiesz, ko­cha­nie, muszę przy­pu­dro­wać no­sek. Przy­pu­dro­wać no­sek, po­pra­wić ma­ki­jaż, zro­bić coś ze spuch­niętymi po­wie­ka­mi. Daj mi chwilę, żebym do­pro­wa­dziła się do sta­nu używal­ności.

Łazien­ka jest na piętrze, spi­ral­ne scho­dy po­sta­wio­no tu na po­hy­bel wszyst­kim ko­ne­se­rom al­ko­ho­lu, na­wet na trzeźwo kręci się w głowie. Nie wypiłam ani kro­pli, odkąd wyszło, że okres spóźnia się nie dla­te­go, że jest zajęty.

Nie jest do­brze. W przy­ku­rzo­nym lu­strze od­bi­ja się zmęczo­na twarz z za­pad­niętymi po­licz­ka­mi. Schudłam, do­brych parę kilo w dół od tych wszyst­kich zmar­twień albo i od mdłości, które co­raz częściej kazały mi zwra­cać śnia­da­nie pro­sto do se­de­su. Zdjęłam oku­la­ry, po­tarłam oczy – błąd. Tusz spra­wił, że po­wie­ki nie dość, że wyglądały na opuch­nięte, to jesz­cze pod­bi­te. Tak, kur­wa, życie dało mi so­lid­ne­go le­we­go sier­po­we­go.

Zmyłam resztkę ma­ki­jażu, lecz wca­le nie zro­biło się le­piej. Nie je­stem piękna, należę do tych dziewcząt, które ide­al­nie wta­piają się w oto­cze­nie: twój wzrok prze­le­ci po mnie i na­wet nie za­re­je­stru­je czy­jej­kol­wiek obec­ności.

– Szlag!

Ude­rzyłam dłonią w zlew, aż za­dzwo­niło. Do­pie­ro te­raz w oczy rzu­ciła mi się czar­na obwódka pod pa­znok­ciem wska­zującego pal­ca. Krew. Od­ru­cho­wo po­dra­pałam płatek le­we­go ucha – więcej krwi. Głowa do lu­stra, da­lej, wy­gi­naj szyję, żeby coś zo­ba­czyć. Istot­nie. Zdar­ty strup tuż nad dziurką od kol­czy­ka, po skórze spływała krew po­mie­sza­na z ropą.

Nie za­uważyłam. Prze­cież się zda­rza, lu­dzie ranią się bez prze­rwy, kto by przeżywał ja­kieś małe za­dra­pa­nie na uchu. I ta cho­ler­na czer­wień nie chce wypłynąć spod pa­znok­ci. Szo­ruję dłonie jesz­cze kil­ka mi­nut. Pie­przo­na ner­wi­ca natręctw, za­wsze wra­ca.

De­ska se­de­so­wa jest zim­na, przez ciało prze­bie­ga dreszcz. Już prze­stałam z na­dzieją wy­pa­try­wać krwi na majt­kach, ko­niec łudze­nia się, że prze­cież te­sty są za­wod­ne, a stres sam z sie­bie po­tra­fi wywrócić układ hor­mo­nal­ny na lewą stronę. Nie ty pierw­sza, nie ostat­nia, jak ma­wiał Ko­tek.

– Ala, Ala. – To­masz położył mi rękę na ra­mie­niu, gdy w końcu zdołałam usiąść na roz­chy­bo­ta­nym krześle. – Wszyst­ko do­brze?

Na­uczyłam się już kłamać, więc ki­wam głową, że owszem, wspa­nia­le. Ale jed­nak ja­kieś reszt­ki su­mie­nia się za­cho­wały. Pal li­cho, że najchętniej spuściłabym nie­na­ro­dzo­ne dziec­ko w se­de­sie, ale gdy mam wci­skać To­ma­szo­wi nie­prawdę, coś jed­nak zgrzy­ta. A uwie­rzyłby we wszyst­ko: „Tak, ko­cha­nie, prze­cież wiem, że chciałaś do­brze, rozkładając wte­dy nogi w procę przed ob­cym fa­ce­tem”.

Jezu, muszę się napić.

Ewa i Krzy­siek nie zwra­cają uwa­gi na moje za­wi­ro­wa­nia emo­cjo­nal­ne, za dużo wódki w zbyt szyb­kim tem­pie, żeby wi­dzieć coś więcej poza czub­kiem własne­go nosa. Jak przez mgłę słyszę ich gry słowne, gdy prze­rzu­cają się naj­now­szym dow­ci­pa­mi o Żydach. Tak się bawi kra­kow­ska bo­he­ma, bez gra­nic w kon­we­nan­sach i w mo­rzu al­ko­ho­lu.

– Je­steś pew­na? Mówiłaś, że z tym kończysz. – To­masz jak zwy­kle wszyst­kim się przej­mu­je. Trak­tu­je mnie jak dziec­ko, a różnica wie­ku nie jest prze­cież aż tak duża, nie mógłby być moim oj­cem. To, że oscy­lu­je wokół ma­gicz­nej trzy­dziest­ki, a ja wciąż tkwię na stu­diach, nic nie zna­czy. Cóż, moja sio­stra ma inne zda­nie: uważa, że złapałam pod­sta­rzałego ar­tystę, żeby osku­bać go z kasy. Cy­nicz­ny uśmiech niech wy­star­czy w tym miej­scu za ko­men­tarz.

Za­ma­wia mi wódkę dnia, ma­li­no­wa, w mrożonym kie­lisz­ku, z owo­cem na dnie. Czer­wo­ne kawałki miąższu pływają w al­ko­ho­lu. Chciałby usiąść, nie­ste­ty, trze­ba wrócić do baru po za­po­mnianą resztę. Nie wiem, jak To­masz ra­dzi so­bie z mie­sza­niem farb i przy­go­to­wy­wa­niem pod­obra­zi, sko­ro jest tak roz­trze­pa­ny. Za­po­mni pie­niędzy, za­po­mni klu­czy do miesz­ka­nia, ale pędzle za­bie­rze za­wsze.

Ewa z Krzyśkiem są zajęci roztrząsa­niem ja­snej stro­ny Ho­lo­cau­stu, więc patrzę na mo­je­go mężczyznę. Jak to brzmi, żałośnie. Dużo wyższy ode mnie, przez co lek­ko nie­zgrab­ny, plączą mu się nogi, gdy zgar­nia z lady drob­nia­ki. Bar­man­ka jest już ku­pio­na, od­po­wia­da uśmie­chem na uśmiech, aż znów dra­pię płatek ucha, żeby za­bo­lało. Tyl­ko tak mogę wal­czyć z za­zdrością. To­masz nie jest przy­stoj­ny, ale ko­bie­ty lgną do nie­go z lewa i z pra­wa, jesz­cze za­nim do­wiedzą się, że ma­larz, więc na pew­no równie ro­man­tycz­ny co ste­reo­typ z hol­ly­wo­odz­kich szmir. I tak uro­czo się czer­wie­ni, jak na blon­dy­na przy­stało, kur­wa.

– Zdro­wie! – Trącamy się kie­lisz­ka­mi. Owo­ce w al­ko­ho­lu wi­rują, le­d­wie daję radę przełknąć wielką ma­linę, ale je­stem twar­da. A masz, udław się tą tru­cizną, niech ci przeżre zalążek wątro­by na wy­lot.

Wplątuję dłoń w jego ja­sne roz­wi­chrzo­ne włosy. Wygląda, jak­by nig­dy się nie cze­sał.

– O nie! – krzy­czy Krzy­siek, a ra­czej tyle daję radę zro­zu­mieć z pi­jac­kie­go bełkotu. Rze­czy­wiście, za dużo tego al­ko­ho­lu, mo­rze al­ko­ho­lu, przez które będzie pro­blem z od­na­le­zie­niem taksówki na­wet tu, w środ­ku Ryn­ku. – Pi­je­cie ko­lejkę bez nas!

– Ali­cja, dziec­ko, miałaś prze­stać! – śmie­je się Ewa, tyl­ko ramię Krzyśka chro­ni ją przed zsu­nięciem pod stół.

Ewa, ko­bie­ta upadła, na­wet ja się uśmie­cham. Też artyści, ma­larz i fo­to­graf­ka, pa­suję do nich jak wół do ka­re­ty – bied­na stu­dent­ka, która za­mie­niła zna­jo­mych z wy­działu me­dycz­ne­go na lo­kalną wątpliwą elitę. Żałosne, trze­ba to zapić.

Wtu­lam głowę w zgięcie szyi To­ma­sza. Nic się nie li­czy poza al­ko­ho­lem w żyłach. Szepczę mu do ucha, że go ko­cham. Czuję, jak wzmac­nia uścisk ra­mion. I do­brze, niech się nie dzi­wi, jak oczy znów za­czną mi się pocić. Jakoś dam radę, roz­wiążę pro­blem, za­nim za­uważysz, że coś jest nie tak.

Pępo­wi­na tłoczy skażoną tru­cizną krew pro­sto w łożysko. Za­ci­skam pięść na brzu­chu, aż czuję ból. Nie­chcia­ne dziec­ko, nie wia­do­mo na­wet czy­je.

No właśnie, czy­je?

Bal u Wo­lan­da

Sty­czeń był tak mroźny, że szron osia­dał na włosach. A prze­cież można było po bożemu, czyż nie? Usiąść w ciepłym miesz­ka­niu i kul­tu­ral­nie ob­le­wać – dosłownie czy też w prze­nośni – obecną sesję. Ale nie, ale kur­wa nie, bo far­ma­cja mu­siała udo­wod­nić, że w im­pre­zo­wa­niu nie jest gor­sza od AGH. Toteż drep­tałam w miej­scu, byle się jakoś roz­grzać, pod­czas gdy gru­pa cze­kała na spóźnial­skich.

Kto wpadł na po­mysł, żeby wy­brać Kitsch? No kto? Ro­ze­rwałabym własny­mi rękami. Kra­kow­ski Ka­zi­mierz pęka w szwach od faj­nych miejsc, a my mu­sie­liśmy tra­fić aku­rat do ka­mie­ni­cy, gdzie na dole bawią się me­ta­le, w środ­ku dre­sy, a na górze pedały. Je­stem to­le­ran­cyj­na, owszem, ale taka mie­szan­ka aż pro­si się o wy­buch.

– Wszy­scy? – Sta­rościna po­wiodła wzro­kiem po zgro­ma­dzo­nych. Ciężko było się zo­rien­to­wać, kto do­tarł, a kto nie, bo twa­rze skry­wały kap­tu­ry, sza­li­ki i fu­tra. Nic poza wąską szparką na oczy i nos. – Je­steśmy wszy­scy?

Za­szu­rało, gdy kil­ka­naście dziewcząt zaczęło spraw­dzać, czy aby na pew­no je­steśmy, czy aby na pew­no wszy­scy. Na­wet mi jakaś gęba wypełniła całe pole wi­dze­nia.

– Ala, to ty?

Nie, Święty Mikołaj. Nie prze­pa­dam za swoją grupą z jed­nej pro­stej przy­czy­ny: nad­mier­ne zagęszcze­nie es­tro­genów na małej po­wierzch­ni jest na dłuższą metę nie do wy­trzy­ma­nia, a nie­ste­ty, na tym wy­dzia­le dzie­więćdzie­siąt dzie­więć pro­cent lud­ności sta­no­wiły ko­bie­ty. Resz­ty dopełniał sa­mot­ny por­tier. Ta­kie cza­sy.

– Będzie faj­nie, zo­ba­czysz! – Kaśka buchnęła mi parą w oku­la­ry. – Za­ba­wi­my się.

Już to widzę, nie mam na­stro­ju, eg­za­min pew­nie w ple­cy, jeśli już, to wolę zalać się w za­ci­szu własne­go po­ko­ju i roz­pa­miętywać klęskę z mi­kro­bio­lo­gii.

Z bra­my pro­wadzącej do Kit­schu wy­padło ja­kieś prze­stra­szo­ne chłopię w sa­mej tyl­ko ko­szul­ce; sądząc po wyglądzie, urwało się z naj­wyższe­go piętra. Za nim w pogoń ru­szyła ban­da dresów. Mie­li kar­ki szer­sze niż opo­ny w oko­licz­nych taksówkach. Nikt nie zwrócił uwa­gi, nikt nie rzu­cił się z po­mocą. Mo­gli­by cię sko­pać w sa­mym środ­ku Ryn­ku, a prze­chod­nie co naj­wyżej dołożyli­by swo­je trzy gro­sze, by­le­byś prze­stał się drzeć z bólu. Ner­wo­wo po­dra­pałam skórę na uchu skry­tym pod czapką uszatką. Trze­ba się po­cie­szyć, że te­raz w środ­ku mniej będzie tych mięśniaków.

Mimo szklan­ki na chod­ni­ku za chłopięciem aż się ku­rzyło, gdy zni­kał gdzieś na Wie­lo­po­lu.

– Idzie­my, ko­cha­ne! Przed nami długa noc! – za­ko­men­de­ro­wała sta­rościna.

Tłum dziew­czyn za­fa­lo­wał, prze­mie­szał się, za­nim tra­fił w bramę.

W kie­sze­ni za­wi­bro­wał te­le­fon, aż pod­sko­czyłam ze stra­chu.

– Ala, idziesz? – Kaśka nie­pew­nie przestąpiła z nogi na nogę. Nie­mal wi­działam, jak prze­ska­kują try­bi­ki w jej mózgu: iść za sta­dem czy cze­kać? Ja­sne, że cze­kać. Prze­cież widzę, mała, bo­isz się tej im­pre­zy tak samo jak i ja.

– Daj mi chwilę.

Ko­lej­ne połącze­nie od To­ma­sza; za­wa­hałam się przez mo­ment, za­nim je od­rzu­ciłam. Nie wiem, które to już dziś. Nie chcę roz­ma­wiać, nie mam ocho­ty słuchać, że po pro­stu znów za­po­mniał, bo tyle ma na głowie. Och, strasz­ne, do­praw­dy za­raz się rozpłaczę.

Wrzu­ciłam sam­sun­ga do otchłani to­reb­ki, te­raz to już na pew­no nie znajdę go do rana.

– Idzie­my, Kaśka! – rzu­ciłam przez ramię.

Bra­ma przy­wi­tała nas odo­rem ury­ny i wia­nusz­kiem dziw­nie wyglądających typów. Łypa­li spod kap­turów jak na sztu­ki mięsa wchodzące do rzeźni albo kla­cze pro­wa­dzo­ne na tar­go­wi­sko. Choć nie, nie sądzę, żeby ja­kie­kol­wiek me­ta­fo­ry kry­sta­li­zo­wały się pod łysy­mi czasz­ka­mi.

W ostat­niej chwi­li kątem oka złowiłam ruch. Pod mu­rem sąsied­nich ka­mie­nic prze­bie­gał szczur. A ra­czej się czołgał, ciągnąc za sobą na­de­rwaną łapę i po­kie­re­szo­wa­ny ogon. Na chod­ni­ku zo­sta­wał czer­wo­ny ślad.

– Co do...

– Ala!

Kaśka złapała mnie za ramię. Ciągnięta w trze­wia noc­ne­go kra­kow­skie­go życia, obej­rzałam się tyl­ko raz.

Pu­sto. Ani szczu­ra, ani krwi.

*

Huk wi­bro­wał w brzu­chu, re­zo­no­wał w je­li­tach, nie­mal czułam, jak rytm basów wy­wra­ca wnętrzem na lewą stronę. Mu­zy­ka zbyt głośna, by wy­chwy­cić ja­ki­kol­wiek po­wta­rzal­ny rytm, wszyst­ko zle­wało się w jed­na­ko­wy war­kot młota pneu­ma­tycz­ne­go. W od­po­wie­dzi coś po­dob­ne­go zaczęło łupać mi w czasz­ce.

Cia­sno­ta. Naj­pierw na scho­dach trze­ba było mijać me­ta­li i dre­sy, część oku­taną w płasz­cze, które zaj­mo­wały prze­strzeń, część po­roz­bie­raną pra­wie że do rosołu – widać al­ko­hol był tu tani i grzał szyb­ko. Nie­na­widzę ta­kich ogra­ni­czo­nych prze­strzeni. Bez prze­rwy ktoś ocie­rał mi się o ple­cy, aż pot ob­le­pił ciało pod warstwą ciuchów. Szlag!

Ko­lej­ka do płat­nej szat­ni, rzecz ja­sna, trze­ba za­ra­biać. Niedługo opo­dat­kują po­wie­trze. Próbowałam trzy­mać się gru­py, ale tłum co rusz nas roz­dzie­lał. Wi­działam tyl­ko twa­rze rozświe­tla­ne neo­na­mi i źre­ni­ce – nie­na­tu­ral­nie roz­sze­rzo­ne czar­ne stud­nie. Zadrżałam. Do domu, chcę do domu. Je­den te­le­fon i To­masz zgar­nie mnie choćby i z księżyca, ale nie. Ta duma pew­nie za­pro­wa­dzi kie­dyś do gro­bu, co zro­bić, trud­no.

– Ala, idzie­my po piwo!

Jezu, jesz­cze tego bra­ko­wało, żebym zwy­mio­to­wała na sam śro­dek par­kie­tu. Zresztą, ja­kie­go par­kie­tu? Lu­dzie szczel­nie wypełnia­li całą salę, ani pal­ca nie wciśniesz między dziewczęta, które w tym wie­ku po­win­ny sta­now­czo zo­stać w domu i oglądać wie­czo­rynkę. Oku­la­ry na­biegły parą, mu­zy­ka spa­ra­liżowała uszy, mogłam tyl­ko iść za zna­jo­mym tłumem, pil­nując, by żadna z ob­cych rąk nie wciągnęła do tańca.

Ko­lej­na sala, dym pa­pie­ro­so­wy kłuje w oczy, widać tu za­kaz pa­le­nia ma się w głębo­kim poważaniu. Sto­li­ki – nie­mal wszyst­kie zajęte, ka­na­py – pra­wie wszędzie obści­skujące się pary w do­wol­nych kon­fi­gu­ra­cjach płci. Wolałam za­trzy­mać wzrok na ścia­nach – z ob­razów pa­trzyły plu­szo­we la­bra­do­ry.

Do­stał mi się ku­fel piwa. Py­tam: po co?

– Ala! – To Kaśka wrzesz­czy do ucha, ale słychać le­d­wie szept. – Pier­do­lić wszyst­ko! Ob­le­wa­my!

Ob­le­wa­my. Ja ob­le­wam się po­tem i łzami, gdy al­ko­hol stru­mie­niem ląduje w gar­dle. Sma­ku­je jak roz­wod­nio­ne szczy­ny, chrzczo­ne cho­le­ra wie czym. Cze­mu cię nie ma przy mnie, To­masz, na wyciągnięcie ręki?

*

Na­wet nie muszę wy­ko­ny­wać żad­ne­go ru­chu, tłum robi to za mnie. Tu nie da się przewrócić, za­wsze jest na kim po­de­przeć roz­chwia­ne ciało. Dziw­ny za­pach wisi w po­wie­trzu: ko­ja­rzy się z fiołkami, ale to chy­ba mózg próbuje jakoś przeżyć w opa­rach potu i pa­pie­rosów. Kopcą wszy­scy i wszędzie, przez nie­uwagę można się zająć ogniem choćby w tańcu.

Ta­niec! Śmieję się sama do sie­bie, zresztą tu każdy opuścił już Kitsch na rzecz własnej otu­ma­nio­nej głowy. Pląsa­wi­ca Hun­ting­to­na, nie ta­niec, przy­po­mi­na się li­sta ob­jawów, jaką tłukli do głów na pa­to­fi­zjo­lo­gii – nie­kon­tro­lo­wa­ne ru­chy i otępie­nie, ob­raz dzi­siej­sze­go społeczeństwa. Czuć tyl­ko ciała obi­jające się o sie­bie bez żad­ne­go ryt­mu. Myślami wra­cam do czasów na­uki gry na gi­ta­rze, wy­bi­ja­nie ćwiar­tek, óse­mek, szes­na­stek, trio­li, ja­kie to śmiesz­ne. Ta­niec? Pier­do­lo­na epi­lep­sja, ja­kieś obce ręce na ple­cach i ra­mio­nach. Ucie­kam. Głowa w górę, widać tyl­ko su­fit, rozświe­tla­ny ka­no­nadą świa­teł. Nie ma to jak za­pach na­pal­mu o po­ran­ku, praw­da? Za dużo tych piw, za dużo, wi­ru­je pod czaszką w rytm młota pneu­ma­tycz­ne­go, który znów od­zy­wa się bólem. Kręci je­li­ta­mi, uwa­ga, będę zwra­cać.

Coś ciągnie za nad­gar­stek, próbuję się z tego żela­zne­go uści­sku wy­rwać siłą, ale w porę twarz Kaśki zaj­mu­je mi pole wi­dze­nia. Nie bij, swój to. Po­zwa­lam wy­pro­wa­dzić się z la­bi­ryn­tu rąk, przez salę z plu­szo­wy­mi la­bra­do­ra­mi, na scho­dy. Kar­ki na bram­ce po­gwiz­dują za­do­wo­lo­ne: im więcej za­la­nych pa­nien, tym większe szan­se, że trze­ba je będzie re­ani­mo­wać, choćby i w ki­blu, twarzą do drzwi.

Na stop­niach zbi­te w grupę far­ma­ceut­ki prze­krzy­kują się na­wza­jem, mało co słyszę, jesz­cze mniej ro­zu­miem. Al­ko­hol roz­je­chał wszyst­kie zmysły. Jeśli jesz­cze stracę oku­la­ry, to łatwiej­sza już być nie mogę. Nie ma rady, trze­ba robić to co Kaśka.

Kitsch nie­co prze­trze­bił zastępy stu­den­tek, tyl­ko część zdołała się re­ak­ty­wo­wać. Resz­ta za­pew­ne wróciła z prze­rażeniem do domów lub – wręcz prze­ciw­nie – nie do końca przy­tom­nie zwie­sza się z baru. Nie mamy kur­tek, zim­no, chcę wra­cać na górę, lecz Kaśka trzy­ma moc­no.

– No, moje pa­nie, po jed­nym – to sta­rościna, równie ścięta jak ja, wy­grze­bu­je z port­fe­la pa­pie­ro­sa.

Wiel­kie mi rze­czy! Sama po­pa­lałam w chwi­lach stre­su, a pra­cow­nia To­ma­sza przy­po­mi­nała wnętrze ko­mi­na, też coś.

– Pozwólcie, że za­cznę od sie­bie.

Z góry gapią się pedały, z dołu me­ta­le i dre­sy. Do­pie­ro po chwi­li do­cho­dzi do mnie, wraz z owym pa­pie­ro­sem, co my wy­pra­wia­my. W środ­ku mia­sta, na oczach przeróżnych mętów społecz­nych, pod no­sem ochro­ny po­szczególnych klubów – tak, dzie­li­my się nie­umiejętnie przy­go­to­wa­nym skrętem.

– Nie chcę – próbuję za­pro­te­sto­wać, ale Kaśka nie­mal wci­ska mi ziel­sko w usta, coś przy tym mówi, nie słyszę, kur­wa mać, jakżeby in­a­czej. Możliwe, że po pro­stu nikt nie ro­zu­mie mo­je­go pi­jac­kie­go bełkotu – „nie chcę” może brzmieć równie do­brze, jak „da­waj tego jo­in­ta, byle szyb­ko”.

Pach­nie spa­lo­nym sia­nem. Zaciągam się raz, ki­cham, jak jakaś ni­ko­ty­no­wa świeżynka. Gdzieś śmieją się dre­sy. A proszę bar­dzo, cie­ka­we, jak wy byście zaśpie­wa­li z płuca­mi pełnymi dymu, płuca w dy­mie, płuca w płomie­niach. Ko­lej­ka idzie dosyć szyb­ko, jak­by dla resz­ty nie był to pierw­szy kon­takt z ma­ri­hu­aną. Cze­go to się o lu­dziach można do­wie­dzieć po pi­ja­ku? Ko­lej­ny mach wykręca oskrze­la­mi trochę mniej, ale i tak mam już dość tej nar­ko­ty­ko­wej przy­go­dy. Boli głowa, jesz­cze bar­dziej niż na par­kie­cie, czuję pul­so­wa­nie każdej żyły w mózgu, czer­wo­na mi­gre­na – tak uczy­li na stu­diach, przy­dałaby się so­lid­na daw­ka pa­ra­ce­ta­mo­lu, na po­hy­bel wątro­bie. Myślę o tych wszyst­kich złych rze­czach, ja­kie mogą mi się przy­tra­fić. Przed ocza­mi mam pola ha­szu, pry­ska­ne fen­cy­kli­dyną naj­gor­szej maści, która robi z układem ner­wo­wym gor­sze rze­czy niż Hun­ting­ton.

Koło far­ma­ceu­tek za­czy­na tra­cić kształt, wy­kru­szają się ko­lej­ne dziew­czy­ny – ze śmie­chem wędrują i na dół, i na górę. Część wra­ca do Kit­schu, dwie lub trzy mie­szają się między łysych w dre­sach z trze­ma pa­ska­mi. Zo­staję sama ze sta­rościną.

– Do­bry to­war, nie? – za­ga­du­je z roz­anie­loną twarzą.

W jej oczach można utonąć, bo źre­ni­ce zajęły nie­mal całą tęczówkę. Aż tak? Nie po­win­no, dziw­ne, ta­kie rze­czy to po kre­sce, wciągniętej dzie­sięciozłoto­wym bank­no­tem z krawędzi se­de­su, to­a­le­ta w Kit­schu, a nie scho­dy.

Ki­wam głową, ale to do­bra mina do złej gry. Żołądek pod­jeżdża do gardła, dra­pie w przełyku, na do­da­tek pod czaszką sza­le­je na­pier­da­la­tor­nia. Liczę, że sta­rościna zro­zu­mie, po czym zwa­lam się na dół, między dre­sy, po­tem w bramę, czarną i – wy­da­wałoby się – pustą. No właśnie, wy­da­wałoby się.

– I po co było z nami, kur­wa, Ko­tek, za­dzie­rać? Po co? Ileż to żyć ci zo­stało od na­sze­go ostat­nie­go spo­tka­nia?

Szyb­ko oce­niam sy­tu­ację, wnio­sek je­den: wiej, rzy­gaj, choćby na scho­dach, byle da­lej stąd. Nic z tego. Nogi, wmrożone w za­laną uryną po­sadzkę, ani drgną. A w głębi bra­my ist­ne pan­de­mo­nium. Dwóch fa­cetów, wiel­kich jak dęby, pa­stwiło się nad ja­kimś spad­ko­wi­czem z Kit­schu. W nikłym świe­tle lśniły łyse czasz­ki i kro­ple potu na roz­czer­wie­nio­nych czołach. Wy­pisz wy­ma­luj Twe­edle Dee i Dum w wer­sji hor­ror in­du­strial. Ko­pa­li z całych sił, obi­ja­ne ciało tyl­ko krążyło od ścia­ny do ścia­ny, szo­ro­wało po zie­mi.

– Za­sta­na­wia mnie – głos nie­możliwy do za­kla­sy­fi­ko­wa­nia, ani męski, ani ko­bie­cy, w do­dat­ku stłumio­ny, możliwe, że któryś z ciosów wybił zęby – ileż two­ja mat­ka mu­siała nażreć się śnie­gu, żeby uro­dzić ta­kie­go bałwana jak ty, po­je­bie.

Opraw­cy ude­rzy­li ze zdwo­joną siłą.

– Kur­wa, Ko­tek, sam się pro­sisz! Oby to był twój dzie­wiąty raz!

– Do­igrałeś się, zbo­czeńcu. Kacz­ka, kura, byle dziu­ra, no nie?

Kop­nięcie w brzuch. I jesz­cze jed­no.

– Pier­dolę, tłucze­cie jak dziew­czyn­ki dziew­czynkę – śmiała się ofia­ra, łokcia­mi chro­niąc głowę przed ata­kiem.

I wte­dy mignęło mi oko, wy­ma­lo­wa­ne le­piej niż moje na stud­niówce. Ko­pa­li dziew­czynę. Co za cza­sy, co za cza­sy. Na­ma­całam w kie­sze­ni dżinsów gaz pie­przo­wy. No to jaz­da!

Ten stojący bliżej do­stał naj­pierw w ner­ki ob­ca­sem zi­mo­we­go buta. Za­bo­lało pew­nie jak ukąsze­nie ko­ma­ra, ale na tyle moc­no, by się to ciel­sko odwróciło. Ide­al­nie. Wypuściłam chmurę gryzącego gazu pro­sto w łysy cze­rep.

– Co, kur...

Po­pra­wiłam dwu­krot­nie, aż padł mi do nóg. Twe­edle Dee początko­wo pa­trzył z roz­dzia­wioną gębą, jak ko­le­ga ta­rza się po zie­mi obok zma­sa­kro­wa­ne­go Kot­ka. Czas przejść do kontr­ata­ku. Cóż, za późno. Gaz na mo­ment za­tkał mu płuca. Ależ to mu­siało z boku wyglądać śmiesz­nie – z dzi­kim wrza­skiem kopałam leżących pro­sto między oczy, całość w gryzących opa­rach. Już sama nie wiem, co wy­ci­skało mi łzy z oczu.

– O ja pier­dolę...

Dres splunął, na zie­mi wy­kwitła pla­ma krwi z białym kawałkiem, jak­by lód. Je­zu­sie, wybiłam mu zęby. Już widzę, jak w od­we­cie lo­kal­ne kar­ki będą mi zdzie­rać pa­znok­cie, je­den po dru­gim.

Twe­edle Dum wy­char­czał coś w sty­lu: po­li­czy­my się z tobą, dziw­ko, ale następnym ra­zem. I ode­szli, klnąc, na czym świat stoi, trąc wiel­ki­mi pięścia­mi za­puch­nięte oczy. Zo­stałam z puszką gazu w ręce i z nie­do­wie­rza­niem. Nikt, Boże, nikt nie za­re­ago­wał, lo­kal­na ochro­na miałaby w du­pie na­wet pa­le­nie pedałów na sto­sach pod sa­my­mi drzwia­mi klubów.

– Dzięki, sam nie dałbym ra­czej rady.

– Że co?

Ko­pa­na dziew­czy­na oka­zała się chłopa­kiem. I to wyjątko­wo ład­nym. Mo­je­go wzro­stu, ale chu­dy jak szcza­pa, drob­no­kości­sty – tak się te­raz mówi, gdy­by stanął bo­kiem, pew­nie zniknąłby z oczu. I nie wiem, czy to nie wina czar­nych, ob­cisłych ciuchów. Oczy, oczy wiel­kie jak u dziec­ka, zna­ko­mi­cie wy­ma­lo­wa­ne, czar­na kre­ska, czar­ny cień. Zły trip, Ala, bar­dzo zły trip, sko­ro wi­dzisz ta­kie rze­czy i ta­kich lu­dzi.

– Je­stem Ko­tek. – Wyciągnął rękę do po­wi­ta­nia. Za­dba­ne dłonie, czar­ne pa­znok­cie. Ład­nie się uśmie­chał i rze­czy­wiście pa­so­wało mu to prze­zwi­sko.

– Nic ci nie jest? – za­py­tałam z powątpie­wa­niem. Gdzie si­nia­ki, gdzie po­gru­cho­ta­ne kości, gdzie krew? Prze­cież wi­działam, jak bili, aż echo szło.

– Za­wsze spa­dam na czte­ry łapy. Więc jak ci na imię?

– Ali­cja, ale...

– Za­tem, Ali­cjo, chodźmy na górę, do na­szej Kra­iny Czarów. Wiszę ci piwo za ura­to­wa­nie życia, za­wsze le­piej mieć dzie­więć niż mniej.

– Ja wolę wra­cać, zim­no mi.

– Daj spokój, mała, my nie mar­z­nie­my.

*

– Dwa lata ze sobą je­steśmy.

– Długo.

– Może, ale i tak nie znam go tak do­brze, jak bym chciała. Skry­ty tak samo jak ja. Możesz so­bie wy­obra­zić ko­mu­ni­kację w ta­kim związku?

– Cze­mu go tu z tobą nie ma?

– Kłótnia, już na­wet nie wiem o co. Jest dużo star­szy ode mnie, a nie­raz za­cho­wu­je się jak dziec­ko. Nie musi jeść, nie musi spać, far­by i kawałek płótna mu wy­starczą. Nie je­stem ani jed­nym, ani dru­gim, więc cze­mu ze mną jest, z ta­kim ze­rem?

– Och, dziec­ko, masz przed­wcze­sne po­czu­cie klęski. Pij, wte­dy jest łatwiej.

Ko­lej­ne piwo, już nie wia­do­mo które. Miało być jed­no, a Ko­tek sta­wia raz za ra­zem. Z każdym ko­lej­nym łykiem bar­dziej rozplątuje mi się język – na­gle mam ochotę przed­sta­wić całe swo­je mar­ne życie, i tak też się dzie­je. Pew­nie połowa z tego to pi­jac­ki bełkot, nie­wiem, jak mnie Ko­tek w ogóle ro­zu­mie. I słyszy. Na około mu­zy­ka, krzy­ki, wrza­ski – Kitsch się bawi, naj­in­ten­syw­niej przy ba­rze, gdzie próbo­wa­liśmy za­grzać trochę miej­sca. Może jed­nak ni­ko­go tu nie ma, tyl­ko ja i Ko­tek albo tyl­ko ja i wy­two­ry mo­je­go znar­ko­ty­zo­wa­ne­go umysłu.

– Zero, wstyd, wstydzę się sie­bie, wiesz?

– Cze­mu tak mówisz, Ala?

– Sio­stra mówi, że złapałam dzia­ne­go ma­la­rza za kie­szeń, nikt nie wie jak, na pew­no nie na urodę, prze­cież wy­star­czy na mnie spoj­rzeć. Śmieją się, wszy­scy – od­po­wia­dam sama so­bie, nie­za­leżnie od Ko­cich pytań. Ten tyl­ko uśmie­cha się ład­nie, po­ka­zu­je zęby, sta­now­czo zbyt licz­ne i zbyt ostre jak na człowie­ka. – Jest dla mnie naj­ważniej­szy, nic, nikt więcej mi nie­po­trzeb­ny. A on za­po­mi­na. Za­po­mi­na o wszyst­kim, cza­sem mam wrażenie, że nie ist­nieję, bo prze­cież to nas de­fi­niu­je, praw­da? Inni lu­dzie. Boli trochę, ale sama się zgo­dziłam, nic nie po­radzę.

– Wpadłaś w króliczą norę, moja dro­ga Ali­cjo, po­biegłaś za niewłaści­wym białym króli­kiem?

– Oczy­wiście, że za właści­wym! – Ude­rzam ku­flem w bar. – In­nej Kra­iny Czarów mieć nie będę i nie chcę.

Ko­tek uśmie­cha się sze­ro­ko. Obok zja­wia się ko­lej­ne piwo, bar­man bez­na­miętnie prze­cie­ra ladę, gdzieś bli­sko liżą się gim­na­zja­list­ki.

– Może mi pomożesz, Ko­tek, co? Po­wiesz, gdzie po­win­nam pójść?

– To zależy, moja dro­ga, dokąd chciałabyś zajść.

– Nie dbam o to, gdzie­kol­wiek.

– Więc wszyst­ko jed­no, którędy pójdziesz.

– Ale chciałabym gdzieś dojść!

– Wy­star­czy więc, że będziesz szła wy­star­czająco długo – śmie­je się Ko­tek i jest to śmiech upior­ny, bo na­gle zni­ka. Mru­gam kil­ka­krot­nie, ale nic się nie zmie­nia, Kot­ka, jak nie było, tak nie ma, zo­stał tyl­ko uśmiech; wisi w po­wie­trzu, tuż obok, na wy­so­kości mo­jej twa­rzy, rząd białych, ostrych ząbków. – Podążaj za czar­nym króli­kiem!

Za dużo al­ko­ho­lu, zły trip, mała. Zwa­lam się głową na bar.

*

Jezu, rze­czy­wi­stość wy­bu­cha mi­lio­nem ko­lorów. To tyl­ko neo­ny, które ry­sują wzo­ry na su­fi­cie Kit­schu, ale w taki sposób, że można do­stać ata­ku epi­lep­sji: po pro­stu mózg nie przyj­mie nad­mia­ru bodźców i się za­wie­si. Na chwilę zwal­niam, za­pa­trzo­na w fe­erię barw nad głową; wkoło dud­ni pseu­do­mu­zy­ka, wy­pi­ty al­ko­hol i wy­pa­lo­na tra­wa najchętniej rozłożyłyby mnie plac­kiem, ale na par­kie­cie jest za mało miej­sca. Gdzież ja je­stem? Pach­nie pop­per­sem.

Śro­dek kotła w Kit­schu, Jezu. Ktoś ciągnie za rękę. I co gor­sza, nie jest to Kaśka, nie ma Kaśki, ni­ko­go, żad­nej zna­jo­mej twa­rzy, płynę w mo­rzu ob­cych głów. Nos wypełnia woń męskich per­fum, gdy prze­dzie­ram się przez tłum tańczących, a po­tem pod­pie­rających ścia­ny w ko­ry­ta­rzu. Już wiem, dokąd ciągnie ten fa­cet, który zre­du­ko­wał się do sa­me­go za­pa­chu, pięści w mo­jej pięści i bu­rzy czar­nych włosów, tuż przy twa­rzy. No właśnie – do łazien­ki. Za wol­no myślę, by zo­rien­to­wać się, że ra­tun­kiem może być tyl­ko uciecz­ka.

Czar­ny królik?

Późno, więc i pu­sto. Na ka­fel­kach wa­lają się zużyte pa­pie­ro­we ręczni­ki, wszędzie pełno wody i szczyn, śmier­dzi na tyle in­ten­syw­nie, że na­wet za­czy­nam z lek­ka trzeźwieć. Przez mo­ment miga mi własna twarz – za­bru­dzo­ne lu­stro od­bi­ja ja­kieś mon­strum – ma­ki­jaż w for­mie czar­nych strug spłynął na po­licz­ki, prze­krwio­ne oczy ze źre­ni­ca­mi jak stud­nie. Nie, nie patrzę dłużej.

Prze­cież Kitsch nie za­sy­pia, gdzie się wszy­scy po­dzia­li? Tak jak na co dzień nie­na­widzę tłumów, te­raz oddałabym wszyst­ko za choćby pi­janą trzy­nastkę, która obu­dzi mnie na tyle, bym zaczęła ucie­kać. Ale nie, ale kur­wa nie. Daję się zaciągnąć do ka­bi­ny.

Kim ty je­steś, któryś mnie wy­rwał spod baru? Pie­przo­ny Wo­land? Nie wiem, nie widzę. Czuć tyl­ko za­pach, fiołków albo róż, zresztą równie do­brze może to być bu­ta­pren, bo nos prze­sta­je re­ago­wać jak trze­ba. Boże, co ja wy­czy­niam?

Wszyst­ko szyb­ko, na­wet nie mam możliwości, by wpłynąć na co­kol­wiek. Na początku jest de­li­kat­nie, cho­ciaż mało miej­sca. Plączą mu się nogi między mo­imi, cia­sno, kla­pa od se­de­su się nie do­my­ka, śmier­dzi – nie będzie­my sie­dzieć. Ze spłuczki coś bez prze­rwy ka­pie, na jej po­wierzch­ni biały pro­szek. Jak­by komuś ręce drżały do tego stop­nia, że trud­no mu było wciągnąć kreskę bez strat. To widzę kątem oka, na tym sku­piam wzrok, przy­ciśnięta do drzwi. Po­li­czek wbi­ty w pilśniową płytę, boli, chy­ba na­wet pęka skóra.

Po­wo­li od­pi­na pa­sek, na­pie­ra bio­dra­mi na moje bio­dra, jego od­dech w tym dziw­nym kwiet­nym za­pa­chu ocie­pla kark.

Wplątuje mi dłoń we włosy, za­ci­ska pięść. A ja za­my­kam oczy, żeby żadna łza nie wypłynęła na po­wierzch­nię.

Nie będzie­my się na­wet pie­przyć. Będzie­my się pa­rzyć, jak zwierzęta.

*

Powrót do rze­czy­wi­stości boli jak ude­rze­nie w zie­mię po sko­ku z dzie­siątego piętra. Sen od­cho­dzi za szyb­ko, a wraz z nim spokój wypływa jak woda z ode­tka­nej wan­ny. Całe ciało na­bie­ra tak wiel­kiej masy, że mogę naj­wyżej ru­szyć po­wieką. Co już i tak jest ty­ta­nicz­nym wysiłkiem.

Z ciem­ności pro­sto w światłość, za ja­sno, aż źre­ni­ca nie może się do­pa­so­wać. Trochę trwa, za­nim półmrok po­ran­ka prze­sta­je ośle­piać jak ja­rze­niówka wciśnięta pro­sto w twarz. I widzę, że patrzę oko w oko – mlecz­no­białe, po­kry­te błoną. Kur­wa, próbuję wrzasnąć, ale słychać tyl­ko char­ka­nie, usta za­wa­liły mi wy­mio­ci­ny.

Prze­stra­szo­ny szczur prze­bie­ga po dłoni, zo­sta­wia ślady pa­zurów na skórze. Już z da­le­ka łypie śle­pym, za­biel­mio­nym okiem. Jezu, gdzie ja...

Mówią, że Kraków nie za­sy­pia nig­dy. I mają rację – za­staję Podgórze, które czu­wa bez względu na porę. Słońce po­wo­li prze­dzie­ra się przez zasłonę z chmur, prze­ci­na kłęby mgły, cała oko­li­ca jak­by skąpana w mle­ku, nic nie widać. I do­brze, pierw­si spieszący do pra­cy oszczędzą so­bie wi­do­ku wczo­raj­szych im­pre­zo­wiczów.

Za­gar­niam dłonią mo­kry żwir, po­znaję ten