Przyjaciółka diabła - Peter Robinson - ebook
Opis

Dwa morderstwa w dwóch różnych miastach. Inspektor Anna Cabot i detektyw Alan Banks na tropie pary sadystycznych morderców. Peter Robinson od ponad dwudziestu lat kontynuuje swą kryminalną serię, powiększając z roku na rok grono wiernych fanów. Pośród opuszczonych nadmorskich klifów znaleziono ciało sparaliżowanej kobiety z podciętym gardłem, a kilka kilometrów od tego miejsca, w Eastvale, w mrocznym labiryncie średniowiecznych uliczek, zwłoki zamordowanej i zgwałconej dziewiętnastolatki. Inspektor Anna Cabbot próbująca odkryć, kto zabił chorą kobietę oraz pracujący nad tajemnicą morderstwa w Eastvale detektyw Banks będą musieli połączyć siły, by rozwiązać zagadkę. Kiedy odkryją wreszcie prawdziwą tożsamość kobiety z klifu, okaże się, że do gry powróciła dwójka sadystycznych morderców, z którymi detektywi zetknęli się już w przeszłości. „Peter Robinson to autor, któremu mogę zaufać. Gdyby nie pisarze jego pokroju, nie wiem, jak przeżyłbym osiemnaście miesięcy w trasie”. Pete Townshend, gitarzysta The Who „Robinson wyznaczył nowe, wysokie standardy. Bez dwóch zdań to pisarz jeden z najlepszych”. The Times

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 563

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

FRIEND OF THE DEVIL

Copyright © 2008 by Eastvale Enterprises Inc.

All rights reserved.

Copyright © 2009, 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2009 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt okładki: Marcin Słociński / Szara Sowa

Zdjęcie autora: © Biserka Livaja

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Bożena Sęk, Jolanta Olejniczak-Kulan, Maria Zając

ISBN: 978-83-8110-797-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Mojemu agentowi, Dominickowi Ablowi

1

Ze wzrokiem skierowanym ku zamglonemu horyzontowi, gdzie szare wody stykały się z szarym niebem, wyglądała tak, jakby wpatrywała się w morze. Kosmyk suchych cienkich włosów, rozwiany tym samym wiatrem, który przyganiał fale w stronę brzegu, opadł jej na policzek. Chyba nie zdawała sobie z tego sprawy: po prostu siedziała z szeroko otwartymi podkrążonymi oczyma i twarzą niewyrażającą żadnych emocji. Nad pływającą w pobliżu brzegu ławicą ryb krążyło stado rozjazgotanych mew. Jeden z ptaków powoli się zniżył i zawisł na moment nad nieruchomym kształtem na brzegu klifu, po chwili jednak skrzecząc donośnie, dołączył do reszty stada. Daleko na horyzoncie było widać czerwoną smugę ciągnącą się za norweskim frachtowcem. Poruszające się na wietrze włosy kobiety przyciągnęły kolejną ciekawską mewę. Chwilę później dołączyła do niej reszta ptaków znudzona wypatrywaniem ryb. Jeden z nich przysiadł na ramieniu kobiety niczym groteskowa papuga pirata; nie wywołało to jednak żadnej reakcji. Przechylając głowę i rozglądając się we wszystkie strony, jak uczniak planujący psikusa, mewa wsadziła dziób w ucho kobiety.

Dla starszego inspektora Alana Banksa niedziela nie była dniem, który jakoś szczególnie święcił. Nie chodził do kościoła i rzadko trafiał mu się tak paskudny kac, by nie mógł się ruszać czy mówić. Poprzedni wieczór spędził przy dwóch kieliszkach wybornego chilijskiego caberneta z Tesco, oglądając Czarną Dalię na DVD i zajadając się odgrzaną pizzą z grzybami. Oczywiście, potrafił docenić uroki porannego leniuchowania i tak jak wszyscy lubił spędzić godzinę czy dwie na czytaniu gazet. Na popołudnie zaplanował telefon z życzeniami na Dzień Matki, przesłuchanie kupionych niedawno na iTunes kwartetów smyczkowych Szostakowicza oraz dalszą lekturę Postwar Tony’ego Judta. Ostatnio czytał coraz mniej powieści, za to coraz silniej odczuwał potrzebę zrozumienia świata, w którym dorastał, zobaczenia go z odmiennej perspektywy. Powieści doskonale oddawały klimat współczesnych czasów, ale on potrzebował faktów i analiz, całościowego spojrzenia.

Tej marcowej niedzieli nie mógł jednak liczyć na takie luksusy. Zaczęło się całkiem niewinnie – jak to zwykle bywa z seriami niespodziewanych wydarzeń – od telefonu o wpół do dziewiątej rano. Dzwonił sierżant Kevin Templeton pełniący dyżur na posterunku w Okręgu Zachodnim.

– To ja, szefie. Templeton.

Banks poczuł niesmak. Nie przepadał za Templetonem i cieszył się, że przeniesienie sierżanta wreszcie zostało zatwierdzone. Czasem tłumaczył sobie, że niechęć może wynikać z tego, że są do siebie zbyt podobni, jednak powód był chyba inny. Nie dość, że Templeton z reguły próbował chodzić na skróty, to jeszcze bez skrupułów i z wyraźną radością deptał ludzkie uczucia.

– Co się stało? – burknął Banks. – Lepiej, żebyś miał dobre wieści.

– Są dobre, szefie. To na pewno się panu spodoba.

Głos Templetona pobrzmiewał służalczą ekscytacją. Udawany szacunek, jaki młody sierżant okazywał mu od czasu ich ostatniej sprzeczki, mocno go drażnił.

– To czemu wreszcie nie powiesz, o co chodzi? – ponaglił sierżanta. – Muszę się ubierać?

Rechot Templetona zmusił go do odsunięcia słuchawki.

– Myślę, szefie, że powinien się pan jak najszybciej ubrać i przyjechać do Taylor’s Yard.

Taylor’s Yard było jednym z wąskich przejść prowadzących do Labiryntu, który przecinał południową część centrum Eastvale, tuż za rynkiem. Nazwa nie miała żadnego związku z podwórkiem czy ogródkiem1, po prostu kiedyś jakiś mądrala zauważył, że uliczka ma szerokość zaledwie jednego jarda.

– I co tam znajdę? – zapytał Banks.

– Zwłoki młodej kobiety – odparł Templeton. – Właśnie jestem na miejscu i już się im przyjrzałem.

– Nie…

– Niczego nie dotykałem, razem z posterunkowym Forsythem zabezpieczyliśmy teren taśmą i posłaliśmy po lekarza.

– Dobrze. – Banks odsunął krzyżówkę z „Sunday Timesa”, którą dopiero zaczął rozwiązywać, i tęsknie spojrzał na kubek z wciąż parującą kawą. – Wezwaliście panią inspektor?

– Jeszcze nie. Pomyślałem, że lepiej najpierw sprowadzić konowała. Nie ma po co się spieszyć.

– W porządku – odparł Banks.

Po wczorajszym spektaklu Orfeusza w operze w Leeds nadinspektor Catherine Gervaise najpewniej również miała zamiar leniuchować w ten poranek. Sam miał okazję oglądać to przedstawienie w poprzedni wtorek razem z Tracy i był po prostu zachwycony. Nie wiedział, czy Tracy też się podobało – córka ostatnio wydawała się nieco zamknięta w sobie.

– Będę za pół godziny, czterdzieści pięć minut. Zadzwoń po Cabbot i Hatchleya. Ściągnij też Jackman.

– Cabbot wciąż pracuje w Okręgu Wschodnim.

– Szlag. – W przypadku morderstwa Banks wolał mieć Annie przy sobie. Może nie układało im się najlepiej, ale nadal byli skutecznym zespołem.

Chwilę później wziął szybki prysznic, przebrał się i wrócił do kuchni, żeby napełnić kawą przenośny kubek. Nim zabrał go ze sobą do samochodu, mocno docisnął nakrętkę, pamiętając o nieszczęśliwych wpadkach, które nieraz mu się przytrafiały z gorącymi napojami. Pogasił światła, pozamykał drzwi i poszedł do garażu.

Porsche należało do jego brata. Z dnia na dzień coraz bardziej się do niego przekonywał, wciąż jednak czuł się nieswojo w jego luksusowym wnętrzu. Nadal kusił go pomysł, żeby podarować samochód Brianowi lub Tracy, ale nie chciał, by któreś z dzieci poczuło się mniej kochane, więc zrobił się z tego dylemat. W kapeli syna zaszły zmiany personalne i Brian prowadził próby z nowymi muzykami, a Tracy, rozczarowana wynikami egzaminów, które według Banksa były całkiem niezłe, wiodła raczej marną egzystencję, pracując w księgarence w Leeds i dzieląc mieszkanie w Headingley z kilkoma przyjaciółmi ze studiów. Które z nich zasłużyło na porsche? Nie mógł go przecież rozpołowić.

Chłód i wiatr zmusiły go do powrotu do domu, gdzie zostawił sportową marynarkę i wziął skórzaną kurtkę. Skoro miał się włóczyć po zaułkach Eastvale razem z technikami laboratoryjnymi, fotografem i policyjnym lekarzem, wolał ciepło się ubrać. Wreszcie wsiadł do samochodu, uruchomił silnik i przez Gratly ruszył w dół wzgórza do Helmthrope, kierując się na Eastvale Road. Podłączył ipoda do odtwarzacza, ustawił losowe wybieranie kawałków i wsłuchał się w All She Wrote Raya Davisa, piosenkę, którą lubił zwłaszcza za wers o olbrzymiej australijskiej barmance. Pomyślał, że taka właśnie muzyka idealnie pasuje na niedzielny poranek, w trakcie którego czeka go wizyta na miejscu zbrodni.

Gilbert Downie niezbyt przepadał za spacerami z psem, właściwie robił to tylko z obowiązku. Sam pomysł okazał się jedną z typowych rodzinnych pomyłek. Od kiedy Kylie skończyła osiem lat, jej największym marzeniem było posiadanie pieska. Z okazji kolejnych urodzin Gilbert i Brenda wreszcie się poddali i podarowali córce szczeniaka, choć Brenda nie przepadała za psami – czasem wywoływały u niej alergię. Kilka lat później Kylie o wiele bardziej się interesowała chłopakami i najnowszymi przebojami niż swoim pupilem, więc opieka nad Hagridem spadła na Gilberta.

W ten niedzielny poranek pogoda była szczególnie paskudna, jednak Gilbert wiedział, że nie powinien się uskarżać. Dzięki spacerowi miał wymówkę, aby wyjść z domu, gdzie Brenda i czternastoletnia już Kylie prowadziły rytualną sprzeczkę na temat tego, gdzie córka była i co robiła zeszłej nocy. Wszystkie trasy w pobliżu miasteczka zdążyły mu już obrzydnąć, więc żeby pospacerować, podjeżdżał kawałek w stronę wybrzeża. Droga była długa i przygnębiająca, ale właśnie to mu się w niej podobało. Zapewniała mu samotność – ostatnio coraz częściej preferował towarzystwo własnych myśli. Czasem miał wrażenie, że to objaw starości, ale w końcu miał dopiero czterdzieści sześć lat. Za starego mogli go uznać tylko rówieśnicy Kylie.

Gilbert postawił kołnierz impregnowanej kurtki i zadrżał pod naporem wilgotnego wiatru. Po ostatnim deszczu trasa zrobiła się śliska, ale Hagridowi najwyraźniej w niczym to nie przeszkadzało. Już po chwili ruszył obwąchiwać krzaki i kępki trawy. Gilbert wlókł się za nim z rękami w kieszeniach. Kierując wzrok ku wzburzonym falom, rozmyślał o wyruszeniu w rejs statkiem wielorybniczym z Whitby. Załogi wypływały na całe miesiące, a pozostawione w domach kobiety co dnia wspinały się na zachodni klif, próbując wypatrzyć szczękę wieloryba przybitą do masztu zawijającej do portu jednostki, która oznaczała, że wszystkim udało się bezpiecznie wrócić.

Nagle Gilbert zauważył w oddali jakąś postać siedzącą na krawędzi klifu. Jak zwykle towarzyski Hagrid wyrwał się do przodu. Dziwne było jednak to, że na ramionach tego człowieka najwyraźniej siedziały mewy. Gilbertowi przypomniała się widziana kiedyś w parku staruszka, którą obsiadło całe stado dokarmianych przez nią gołębi. Ptaki odleciały spłoszone szczekaniem Hagrida, ale wciąż krążyły nad falami, spoglądając w stronę klifu i dając do zrozumienia, że wycofały się tylko na chwilę. Słysząc ich skrzeczenie, Gilbert wyobrażał sobie, że przywiązane do ziemi stworzenia, takie jak on i Hagrid, muszą budzić w mewach złośliwą wesołość, ponieważ nie mają możliwości ruszenia za nimi w pościg.

Hagrid znudził się zabawą i pognał w stronę krzaków rosnących z dala od ścieżki, w których zapewne wyniuchał królika, a Gilbert poszedł ku nieruchomej figurze, chcąc sprawdzić, czy nie potrzebuje pomocy. Przyglądając się kosmykom włosów zakręconych nad kołnierzykiem dziwnej postaci, uznał, że ma przed sobą kobietę. Zawołał do niej, ale nie doczekał się odpowiedzi. Podchodząc bliżej, zobaczył, że kobieta siedzi na wózku inwalidzkim opatulona kocami, a jej głowę podtrzymuje jakaś konstrukcja. W okolicy Larborough Head często się spotykało ludzi na wózkach – niedaleko znajdował się dom opieki, a krewni często zabierali swych bliskich na nadmorskie spacery – dziś jednak był Dzień Matki, a kobieta siedziała całkiem sama, na dodatek w bardzo niebezpiecznej pozycji. Wystarczyłby silniejszy podmuch wiatru, żeby wózek się stoczył z krawędzi klifu. Gilbert się zastanawiał, gdzie, u diabła, podziała się pielęgniarka lub krewni.

Kiedy stanął w pobliżu, dwie rzeczy natychmiast zwróciły jego uwagę. Podchodząc od tyłu, zauważył zadrapania w pobliżu uszu kobiety, a kiedy spojrzał na nią z przodu, zobaczył, że cały jej tułów wraz z okrywającym go kocem pokrywa gruba warstwa krwi. Wiedział, że jest martwa, jeszcze zanim spojrzał w jej oczy.

Powstrzymując torsje, Gilbert zagwizdał na Hagrida i pobiegł do samochodu. Wiedział z doświadczenia, że w tym miejscu komórka gubi zasięg, więc musi odjechać parę kilometrów, żeby zadzwonić na policję. Nie chciał zostawiać tej kobiety na pastwę mew, nie miał jednak innego wyjścia. Nie zdążył odbiec daleko, a dwa najodważniejsze ptaszyska, jakby czytając w jego myślach, opadły z powrotem w kierunku samotnej postaci na brzegu klifu.

W połowie Low Down Toma Waitsa Banks odłączył ipoda i wpychając go do kieszeni, wysiadł z ciepłego wnętrza porsche wprost w zimny wiatr wiejący w jego kierunku. Mieszkańcy miasteczka w odświętnych ubraniach zmierzali w stronę normańskiego kościoła, z którego dobiegało donośne bicie dzwonów. Kobiety przytrzymywały kapelusze, uniemożliwiając wiatrowi ich porwanie. Przy odizolowanym policyjną taśmą wejściu do Taylor’s Yard zatrzymało się zaledwie kilku gapiów. Róg ulicy zajmował pub Fountain, a po drugiej stronie mieścił się sklep z wyrobami skórzanymi. Wąska brukowana uliczka pomiędzy nimi stanowiła jedno z wejść do Labiryntu – trwającej w nienaruszonym stanie od osiemnastego wieku plątaniny alejek, przejść, korytarzy, małych placyków, dziedzińców, zakamarków i niewielkich magazynów.

Była to raczej paskudna i gęsto zabudowana część miasta – ze względu na historyczną wartość zdecydowano, aby jej nie wyburzać, więc niektóre budynki, które nie zostały porzucone, wykorzystywano w charakterze magazynów. Jeśli się znało drogę, można było tędy dotrzeć do parku zamkowego, wychodząc tuż nad tarasowymi ogrodami schodzącymi w dół zbocza w stronę rzeki u stóp Eastvale Castle, choć właściwie nie był to żaden skrót. Pomijając cztery niewielkie domki w pobliżu parkingu, całość Labiryntu pozostawała niezamieszkana, nie zapuszczali się tutaj nawet dzicy lokatorzy, więc okolica bardzo szybko zmieniła się w dogodną kryjówkę dla wszystkich szukających szybkich uciech albo narkotyków przed nocną zabawą w mieście.

Jak nieraz donosili pracownicy służb sanitarnych, na tyłach Bar None i w pobliżu Fountain zalegały dziesiątki igieł, pety niedopalonych skrętów, zużyte gumy i woreczki z klejem. Mimo że posterunek znajdował się po drugiej stronie rynku, policjanci nie mieli możliwości całodobowego patrolowania Labiryntu. Funkcjonariusz Rickerd i grupa miejskich strażników ochotników, zwanych przez miejscowych „plastikowymi policjantami”, robili, co mogli, jednak to nie wystarczało. Po zmroku zapuszczało się tam niewiele osób, zresztą większość praworządnych obywateli nie zaglądała tam w ogóle, wystraszona zapewne historyjkami o duchach i pogłoskami o ludziach, którym nigdy nie udało się wydostać ze środka Labiryntu.

Banks wyjął z bagażnika kombinezon ochronny, podpisał się w dzienniku trzymanym przez dyżurującego posterunkowego i przykucnął, by przejść pod biało-niebieską taśmą policyjną. Jedyne, co go cieszyło, to fakt, że tutaj przynajmniej nie zmoknie. Niczym Shambles w Yorku2 Labirynt składał się z wysokich, stojących tuż obok siebie budynków, które przesłaniały niemal całe niebo z wyjątkiem wąskiego szarego przesmyku. Ludzie mieszkający kiedyś na ostatnich piętrach mogli się witać z sąsiadami, po prostu wyciągając rękę przez okno. Wapienne mury pociemniały od niedawnego deszczu, a w powietrzu unosił się dobiegający z oddali lekki zapach dymu. Banks pomyślał przez chwilę o Laphroaig, zastanawiając się, czy kiedyś wróci mu jeszcze smak na whisky z Islay. Wokół wył i gwizdał wiatr, co chwilę zmieniając wysokość, głośność i tonację, niczym dźwięk wydobywający się z drewnianej tuby. Labirynt był pełen lodowatych przeciągów.

Na skrzyżowaniu Taylor’s Yard i Cutpurse Wynde sierżant Templeton, zgodnie z obietnicą, trzymał wartę przy wejściu do budynku, w którym znaleziono ciało. Była to zwykła kamienna szopa, którą Joseph Randall, właściciel pobliskiego sklepu z wyrobami skórzanymi, wykorzystywał jako magazyn na próbki i resztki materiału. Front budynku stanowiła pozbawiona okien wapienna ściana. Jeśli już jakiś dom w Labiryncie w ogóle miał okna na poziomie ulicy, to zazwyczaj zabezpieczały je solidne okiennice.

Ubrany w drogie, ubrudzone na kolanach bawełniane spodnie i błyszczącą od deszczu kurtkę Templeton jak zwykle był uprzedzająco grzeczny. Spod zlepionej żelem grzywki spoglądały wciąż przekrwione po wczorajszej hulance oczy: Banks wyobraził sobie, jak sierżant się wygina do rytmu rave lub popowego techno, Elvisa zmiksowanego z Eminemem. Nie był pewien, czy Templeton bierze narkotyki, nie odkrył też żadnych przesłanek, które by na to wskazywały, jednak od chwili, gdy zbyt ambitny sierżant zaczął się starać o to, by zostać nowym faworytem nadinspektora, Banks bacznie zwracał uwagę na jego poczynania. Dzięki kilku zabiegom i pomocy Annie zamiary Templetona przyniosły odwrotny skutek, co jednak nie osłabiło jego chęci awansu i upodobania do włażenia ludziom w dupę. Jedno było pewne: nie nadawał się do pracy w zespole.

– I co tu mamy? – zapytał Banks.

– Doktor Burns już się nią zajął – odpowiedział Templeton.

– Technicy?

– W drodze.

– No to chodźmy się rozejrzeć, zanim te kieszonkowe hitlerki przejmą kontrolę.

Templeton wyszczerzył zęby.

– W środku jest raczej paskudnie, szefie.

Banks zmierzył go wzrokiem. Nie był to może najgłupszy zbędny komentarz, jakiego musiał w życiu wysłuchać, ale i tak łapał się na listę. Templeton wzruszył ramionami, nawet nie próbując udawać zażenowania. Biorąc pod uwagę jego brak sumienia, zerowe poczucie humoru i kompletną niezdolność do odczuwania empatii, inspektor czasem dochodził do wniosku, że sierżant jest psychopatą.

Banks włożył kombinezon i otworzył zielone drzwi, popychając je dłonią zabezpieczoną gumową rękawiczką. Usłyszał zgrzyt zardzewiałych zawiasów i zobaczył pojedynczą żarówkę oświetlającą klęczącego nad zwłokami doktora Burnsa. W ułamku sekundy przypomniał mu się oglądany kiedyś film o Kubie Rozpruwaczu i kadr, w którym zabójca pochyla się nad ciałem. Cóż, Labirynt niewątpliwie był nieco podobny do londyńskiej Whitechapel3, Banks jednak miał nadzieję, że są to tylko powierzchowne podobieństwa.

Odwrócił się w stronę Templetona.

– Te drzwi były zamknięte, nim dziewczyna znalazła się w środku?

– Ciężko stwierdzić, szefie. Drewno jest tak stare i przegniłe, że wystarczyło mocniej pchnąć. Ktoś mógł je wyłamać dawno temu.

Banks ponownie zajrzał do wnętrza magazynu. Pośród kurzu, pajęczyn i ścian pobielonych wapnem unosiła się mieszanka zapachowa złożona z woni skóry, wymiotów i słabego odoru krwi, którego nie można było pomylić z niczym innym. Na stosie skórzanych skrawków spoczywało ciało dziewczyny. Banks podniósł jeden z licznych kawałków skóry, stwierdzając, że są różnokolorowe – zielone, niebieskie, czerwone, brązowe – i większość z nich ma kształt trójkąta lub prostokąta. Materiał był bardzo miękki i elastyczny, wykorzystywano go zapewne do robienia łat lub szycia jakichś drobiazgów, w rodzaju portmonetek.

Doktor Burns się odwrócił i odrobinę cofnął, stając obok Banksa. Miejsca było na tyle, że obaj mogli się wyprostować.

– Cześć, Alan. Starałem się jak najmniej przestawiać, żeby technicy się nie czepiali. Wiem, jacy oni są.

Banks również wiedział. Pracownicy wydziału technicznego bardzo poważnie podchodzili do swoich obowiązków i biada każdemu, kto wszedł im w paradę, niezależnie od rangi i stanowiska.

– Udało ci się ustalić przyczynę śmierci? – zapytał.

– Wygląda na to, że ktoś ją udusił, chociaż mogłem coś przegapić – odpowiedział Burns, zbliżając się, by ostrożnie unieść kosmyk blond włosów ofiary, i wskazując na ciemniejące otarcia pod brodą i za uszami.

Banks zauważył, że dziewczyna była młoda, w wieku jego córki. Miała na sobie zieloną koszulkę i białą minispódniczkę, spiętą różowym plastikowym paskiem pokrytym migocącą srebrną warstewką. Podwinięta spódniczka odsłaniała kości biodrowe. Ułożenie ciała sugerowało, że zostało ono upozowane. Ofiara leżała na lewym boku z nogami złożonymi tak, jakby biegła gdzieś we śnie. Banks zauważył jakąś wilgotną plamę tuż nad kolanem dziewczyny i pomyślał, że może to być sperma. Jeśli tak, to mają spore szanse na zdobycie DNA. Przy lewej kostce ofiary zahaczyły się czerwone stringi, a na prawej błyszczał srebrny łańcuszek, nad którym widniał niewielki tatuaż przedstawiający motyla, harmonizujący ze skórzanymi butami na wysokim obcasie. Podwinięta koszulka odsłaniała niewielkie piersi z nabrzmiałymi sutkami. Oczy dziewczyny były skierowane ku ścianie, a z jej ust wystawało kilka skrawków kolorowej skóry.

– Taka młoda – westchnął doktor Burns. – Cholerna szkoda.

– Tylko to miała na sobie? Przecież jest zimno.

– Dzisiejsza młodzież. Musiałeś widzieć, jak się ubierają.

Banks widział. Dziewczyny w bluzkach bez rękawów i minispódniczkach, z gołymi nogami w środku zimy oraz chłopaków, którzy włóczyli się w mroźne noce od knajpy do knajpy, nie mając na sobie nic poza koszulką i dżinsami. Podejrzewał, że w ten sposób chwalą się swoimi ciałami, choć powód mógł być również zupełnie praktyczny. Tak jest po prostu wygodniej: żadnych gratów, nic, o czym trzeba pamiętać, może tylko jakaś torba. To ułatwiało przenoszenie się z jednego lokalu do drugiego; odporność na zimno i granie na nosie żywiołom byłoy chyba oznaką młodości.

– To nie jest naturalne ułożenie ciała, prawda? – zapytał.

– Jeśli została zgwałcona i uduszona, to nie – odparł lekarz. – Powinna leżeć na plecach z rozłożonymi nogami, ale nie widzę tam żadnych otarć.

– Mógł ją ruszyć, kiedy skończył, obrócić na bok, odwrócić twarzą do ziemi, ułożyć trochę porządniej, tak jakby spała. Potem pewnie tu posprzątał.

– Coś jednak przegapił, no nie? – Burns wskazał palcem błyszczącą plamę.

Lekarz się schylił, przypadkiem zawadzając głową o żarówkę, która zaczęła się kołysać tam i z powrotem. Błysk światła w rogu magazynu przyciągnął uwagę Banksa. Na zakurzonej podłodze leżała złota, pokryta brokatem torebka z cienkim paskiem. Inspektor ostrożnie zajrzał do środka. Szminka, puder z lusterkiem, trzy prezerwatywy, cztery papierosy, purpurowa zapalniczka, zapałki z Duck and Drake, chusteczki do makijażu, paracetamol, pilnik i cążki do paznokci, tani żelopis, ipod shuffle w różowej obudowie, buteleczka z czterema pigułkami ecstasy, każda z emblematem korony, niewielka portmonetka z dwudziestoma funtami w banknotach i sześćdziesięcioma pięcioma pensami w drobnych. Na dnie torebki spoczywał notes w kolorowej okładce, podpisany na pierwszej stronie imieniem i nazwiskiem Hayley Daniels, oraz prawo jazdy wystawione na tę samą osobę, z adresem w Swainshead, wiosce oddalonej o jakieś pięćdziesiąt kilometrów na zachód od Eastvale.

Banks zanotował szczegóły i włożył wszystko z powrotem do torebki, przygotowując ją dla techników. Poprosił Templetona o skontaktowanie się z posterunkiem w Swainshead i wysłanie kogoś z informacją do rodziców ofiary. Trzeba było sprowadzić ich do Eastvale w celu identyfikacji zwłok. Zakazał Templetonowi zdradzania szczegółów i ponownie spojrzał na powykręcane ciało ofiary.

– Co możesz powiedzieć o aspekcie seksualnym? – zapytał Burnsa. – Poza tym, co oczywiste.

– Nic nadzwyczajnego. Jak na razie wygląda na to, że została brutalnie zgwałcona. Także analnie. Doktor Wallace powie ci więcej, kiedy będzie ją miała na stole. Jest jedna dziwna rzecz.

– Słucham?

– Ktoś ją ogolił. Między nogami.

– Morderca?

– Myślę, że to możliwe. Choć niektóre dziewczyny same tak robią… tak przynajmniej słyszałem. A tam, gdzie powinny być włosy, ma tatuaż. W tej pozycji trudno go zobaczyć, a nie chcę ruszać ciała przed przyjazdem techników. Wygląda jednak na to, że sama to zrobiła. Na kostce też ma tatuaż.

– Widziałem.

Doktor Burns był lekarzem z miejscowego posterunku i jego praca polegała zazwyczaj na stwierdzeniu zgonu i przekazaniu ciała patologowi. Szczegółowe oględziny to zadanie doktor Wallace, nowej patolog. Banks wiedział jednak, że Burns bywa przydatny. Jak wszyscy lekarze nie lubił niczego ostatecznie stwierdzać, ale czasem udawało się z niego wydusić przybliżony czas zgonu i przypuszczenia na temat przyczyny śmierci, które bywały na tyle precyzyjne, że pozwalały przyspieszyć śledztwo. I o to właśnie miał zamiar zapytać.

Lekarz spojrzał na zegarek.

– Jest wpół do dziesiątej. Chłód spowolnił stężenie, a dziewczyna wygląda na zdrową i młodą. To znaczy… wiesz, o co chodzi.

Banks wiedział. Przez lata przywykł już do opisywania nieboszczyków w kategoriach zdrowia.

– Oczywiście, mogę tylko zgadywać – ciągnął Burns – powiedziałbym jednak, że do zdarzenia doszło po północy, ale raczej nie później niż o drugiej.

– Zginęła tutaj?

– Na to wygląda – potwierdził lekarz.

Banks omiótł wzrokiem wnętrze magazynu.

– Zupełne odludzie – stwierdził. – Grube mury. Wątpię, żeby ktokolwiek coś słyszał. – Przyjrzał się kawałkom skóry wepchniętym w usta dziewczyny. – Nawet jeśli chciała głośno krzyczeć, to sobie z tym szybko poradził.

Doktor Burns nie odpowiedział, zapisując w swoim notesie czas zgonu, temperaturę ciała, jego pozycję i podobne dane. Jak najszybciej potrzebowali fotografa. Technicy będą musieli poczekać, aż skończy, co oczywiście wcale ich nie ucieszy. Będą się wyrywać do przodu jak stado dobermanów, które od miesiąca nie posmakowało mięsa.

Zawiasy skrzypnęły ponownie i do środka wszedł Peter Darby, policyjny fotograf, niosąc starego pentaksa i nową kamerę cyfrową. Pomieszczenie było niewielkie, więc Burns i Banks odsunęli się pod ścianę, by nie przeszkadzać mu w pracy. Inspektor poczuł nieodpartą chęć na papierosa. Zupełnie nie wiedział, skąd się wzięła, w pobliżu przecież nikt nie palił. Być może spowodowały to papierosy znalezione w torebce ofiary. Albo deszcz ze śniegiem. Przypomniał sobie pewien dzień – miał wówczas o wiele mniej lat, a papieros w deszczu smakował wyśmienicie. Przestał o tym myśleć i pragnienie zmalało. Z kościoła dobiegał śpiew wiernych; pieśń Odległe zbocza zielonych wzgórz przypomniała mu, że już za kilka tygodni Wielkanoc.

– Dziewczyna musiała źle się poczuć – dodał Burns. – Nie wiem, czy ma to jakieś znaczenie, ale wymiociny znaleźliśmy w środku i na zewnątrz.

– Też to wyczułem – zgodził się Banks. – Ale jest także możliwe, że zostawił je zabójca. Na szczęście nie wszyscy są zdolni do morderstwa z zimną krwią, i chwała Bogu. Zwrócę na to uwagę technikom. Dzięki, doktorze.

Burns pokiwał głową i wyszedł. Templeton zbliżył się do inspektora i zatarł ręce, przestępując z nogi na nogę.

– Niezła rzeź, no nie? – zagadnął. – Zupełnie tak jak panu mówiłem, szefie.

Banks przymknął oczy i uniósł głowę, wystawiając twarz na krople deszczu.

– Mamy tam martwą dziewczynę, Kev – westchnął. – Zgwałconą i uduszoną. Tak jak wszyscy gliniarze lubię wisielczy humor, ale mógłbyś jeszcze przez chwilę się powstrzymać, co?

– Przepraszam, szefie. – Ton głosu Templetona wyraźnie wskazywał, że nie wie, za co powinien przeprosić.

– Musimy przycisnąć miejscowych gwałcicieli, każdego, kogo mamy na liście, i wszystkich, którzy powinni na niej się znaleźć.

– Tak jest.

– I zadzwoń do szefowej – dodał Banks. – Musi o tym wiedzieć.

Templeton sięgnął po komórkę.

Przez chwilę Banks rozkoszował się spokojem, brzmieniem wiatru, dźwiękiem wody szumiącej w ścieku i odległą melodią kościelnego hymnu. Dawno już nie zaglądał do kościoła. Nagle usłyszał nowe hałasy. U wylotu Taylor’s Yard pojawili się Winsome Jackman oraz prowadzący dochodzenie na miejscu zbrodni sierżant Stefan Nowak. Przyjechali wraz z grupą techników wyposażonych niczym astronauci. Już za chwilę niewielki magazyn rozjarzy się taką ilością świateł, jakiej mogłyby pozazdrościć studia filmowe, a dzięki różnym narzędziom i gadżetom wszystkie nietypowe i praktycznie niewidzialne ślady zostaną pobrane i przebadane. Wszystko znajdzie się w specjalnie oznakowanych woreczkach i będzie przechowywane w celu wykorzystania podczas rozprawy, a część próbek może się okazać przydatna w zidentyfikowaniu zabójcy. Jeśli dopisze im szczęście, znajdą ślady DNA i dopasują je do próbek przechowywanych w państwowej bazie danych. Jeśli.

Banks przywitał się z Nowakiem i pokrótce objaśnił mu sytuację. Sierżant odwrócił się do swoich ludzi, przekazując im kilka uwag. Kiedy Darby skończył pracę, technicy weszli do magazynu. Nowak stwierdził, że potrzebują chwili na przygotowania, a potem zabierają się do pracy i nie chcą, by ktokolwiek im przeszkadzał. Banks spojrzał na zegarek i w duchu pożałował, że pomimo zliberalizowania prawa dotyczącego godzin otwarcia żaden z miejscowych pubów nie jest czynny o dziesiątej rano w niedzielę.

Wysłał Winsome do Swainshead, żeby porozmawiała z rodzicami dziewczyny i sprowadziła ich do szpitala w Eastvale w celu zidentyfikowania zwłok. Musiał wiedzieć jak najwięcej na temat tego, gdzie i z kim dziewczyna spędziła ubiegłą noc. Czekało go mnóstwo pracy, więc im wcześniej zacznie, tym lepiej. Ślady mają to do siebie, że lubią szybko znikać.

Po czterdziestu pięciu minutach nadeszła kolejna chwila spokoju, podczas której Banks mógł się zastanowić nad całą sytuacją. Oceniając po stroju, dziewczyna spędziła wieczór w mieście w towarzystwie jakiegoś chłopaka lub przyjaciół. Trzeba będzie ich odnaleźć i przepytać. Ktoś będzie musiał przejrzeć zapisy z monitoringu. Większa część rynku była obserwowana, jednak niektóre miejsca znajdowały się poza zasięgiem kamer. Dlaczego dziewczyna była sama? Zamordował ją ktoś, z kim tam przyszła, czy też morderca czyhał w Labiryncie? Dlaczego w ogóle tam weszła? Niestety, w Labiryncie nie było żadnych kamer.

Nagle czyjś głos przerwał te rozmyślania.

– Mam nadzieję, że to ważne, inspektorze. Musiałam zawrócić z porannej przejażdżki, a syn i synowa czekają na mnie z obiadem. – Toczek, bryczesy i buty z cholewami doskonale podkreślały drobną, smukłą sylwetkę nadinspektor Catherine Gervaise, która zbliżyła się do Banksa, postukując palcatem o udo.

– Muszę powiedzieć, że bardzo szykownie pani wygląda. – Banks się uśmiechnął. – Może kawy? Będziemy mogli chwilę porozmawiać, podczas gdy Nowak zajmie się całą resztą.

Albo wyobraźnia płatała mu figle, albo nadinspektor naprawdę okryła się rumieńcem, słysząc komplement.

Dzwonek komórki z trudem się przebijał przez jazgot mew, huk dzwonów i ból głowy nękający inspektor Annie Cabbot. Próbując się obudzić, pomyślała, że dzisiejsze telefony właściwie wcale nie dzwonią – wibrują, wygrywają melodyjki lub odtwarzają piosenki. Jej wygrywał Bohemian Rhapsody, co doprowadzało ją do szewskiej pasji. Niewinny żarcik sprzedawcy telefonów. Powinna się kiedyś dowiedzieć, jak zmienić to ustawienie. Kiedy wreszcie zdołała połowicznie otworzyć jedno oko i sięgnąć ręką w stronę nocnego stolika, sygnał zamilkł. Cholera, westchnęła w myślach z ręką wisząca w powietrzu. W pobliżu nie było stolika. Gdzie się podziało to cholerstwo? Ogarnięta paniką nie potrafiła się zorientować, gdzie jest, a nawet kim jest. Na pewno nie była w pensjonacie pani Barnaby, choć właśnie tam powinna się znajdować. Uświadomiła sobie, że coś wielkiego i ciepłego opiera się o jej biodro.

Trzy rzeczy dotarły do niej natychmiast, gdy tylko udało jej się wreszcie otworzyć oboje oczu: nie leżała we własnym łóżku, co tłumaczyło brak stolika, miała potworny ból głowy, a wielką ciepłą rzeczą na jej biodrze była męska ręka. Na szczęście – lub też nie – wciąż przymocowana do reszty ciała.

Zaczęły do niej powracać fragmenty wspomnień z poprzedniego wieczoru, choć niektóre kawałki układanki wciąż nie chciały się pojawić. Wszystko było niewyraźne i rozmyte, wielu rzeczy nie pamiętała, ale przypominała sobie piwo, głośną muzykę, tańce, niebieskie drinki z parasolkami, błyskające światła, jakiś koncert, śmiechy, spacer zygzakiem pod górę przez słabo oświetlone wietrzne uliczki, strome schody… a potem wszystko rozmazywało się jeszcze bardziej. Zapewne kolejny drink lub dwa i pijackie zmagania w łóżku. Tym łóżku. Annie delikatnie odsunęła opierającą się o nią rękę. Właściciel poruszył się, mamrocząc niezrozumiale, ale na szczęście się nie obudził. Wtedy wstała i zaczęła się zastanawiać.

Była naga. Leżące na drewnianej podłodze ubrania sugerowały, że pozbyła się ich w beztroskim pośpiechu. Jej czarne jedwabne majtki zwisały z łóżka niczym obsceniczne trofeum. Unosząc się lekko, zdołała po nie sięgnąć i je włożyć. Przygładziła włosy rękami. Czuła się jak kretynka i zwyzywała się w duchu od debilek i skończonych idiotek.

Spojrzała na leżące obok ciało. Krótkie czarne włosy odstające tu i ówdzie, kosmyk opadający na prawe oko, mocno zarysowana szczęka, szerokie ramiona, niezła klata, niezbyt owłosiona, lecz wystarczająco męska. Dzięki Bogu, to nikt z posterunku, żaden kolega z pracy. Ze wstydem sobie uświadomiła, że nie pamięta koloru jego oczu, a nie mogła tego teraz sprawdzić. Powinien się ogolić, choć wyglądało na to, że robi to dopiero od niedawna. Uznała, że może mieć jakieś dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy lata. A ona? Właśnie skończyła czterdziestkę. Oceniając po wystroju mieszkania, chyba nie był żonaty. Dobre i to – z reguły trafiali się jej starsi i zajęci.

Z ciężkim westchnieniem pozbierała resztę ciuchów i zaczęła się ubierać. Pokój był całkiem przyjemny, ze ścianami pomalowanymi na niebiesko, plakatową reprodukcją jednego z aktów Modiglianiego i żaluzjami, które nie odcinały dostępu światła. Na sąsiedniej ścianie wisiał plakat jakiegoś zespołu, którego nazwa nic jej nie mówiła. Co gorsza, zauważyła również gitarę podłączoną do niewielkiego wzmacniacza. Przypomniała sobie, że chłopak faktycznie wspominał, że gra w zespole. Jezu, naprawdę poszła do domu z muzykiem? Zmusiła się do spojrzenia na to od dobrej strony: przynajmniej miała do czynienia z gitarzystą, a nie basistą czy perkusistą lub też, co gorsza, saksofonistą, przed czym ostrzegała ją kiedyś Jackie, mówiąc, że nie należy nigdzie wychodzić z saksofonistami, ponieważ nie potrafią myśleć o niczym innym niż kolejna solówka. Nie zmieniało to jednak faktu, że sytuacja była żałośnie stereotypowa.

Przyglądając się mężczyźnie w chłodnym świetle poranka, uznała, że może być nawet młodszy, niż jej się wcześniej wydawało. Spojrzała uważnie raz jeszcze. Nie. Co najmniej dwadzieścia dwa lata. Młodszy niż Brian, syn Banksa i gwiazdor rocka. Być może powinna się cieszyć, że ktoś tak młody i przystojny uznał ją za atrakcyjną, że nie straciła mocy przyciągania facetów, ale nie potrafiła się do tego przekonać i czuła się jak stara zdzira. Tego typu układy sprawdzają się idealnie w przypadku starszych facetów i młodszych kobiet – facet po czymś takim czułby dumę – ona jednak tak nie potrafiła. Z trudem zapięła dżinsy. Wydawały się opięte. Ostatnio coraz gwałtowniej przybierała na wadze, a niewielka fałdka, która zastąpiła niegdyś płaski brzuch, nie poprawiała jej nastroju. Więcej ćwiczeń, mniej piwa, zdecydowała.

Wygrzebała komórkę z torebki i sprawdziła nieodebrane połączenia. Dzwonili z posterunku. Nie miała pojęcia, czy w tym stanie podoła dzisiejszej pracy. Trzymając torebkę w garści, ruszyła do łazienki. Skorzystała z toalety, w szafce nad umywalką znalazła aspirynę i szybko się podmyła, zastanawiając się przy tym, czy właśnie tego typu zabiegi nazywają „kurewską higieną”, a potem nałożyła makijaż. Zrezygnowała z prysznica, nie chciało jej się znów rozbierać, żeby wskoczyć do wanny. Najlepiej wyjść jak najszybciej. Znaleźć samochód, odpowiedzieć na telefon, wrócić do domu czy też tego, co udawało jej dom, wymoczyć się w kąpieli i poddać samobiczowaniu. Napisać tysiąc razy w zeszycie: „Nie będę wychodziła z klubów z gitarzystami”. Na szczęście pamiętała, że samochód został w pobliżu klubu. Nie była aż tak głupia, żeby prowadzić. Choć trochę nad sobą panowała. Wydawało jej się również, że pamięta, w którym klubie wczoraj skończyli.

W sypialni unosił się zapach zastałego dymu i czegoś mocniejszego. Na niewielkim stoliku przy drzwiach Annie zauważyła popielniczkę pełną petów i niedopalonych skrętów. Tuż obok leżały plastikowy woreczek z marihuaną i jej kolczyki. Oznaczało to, że miała na tyle rozumu, by je zdjąć, a później je zgubiła i paliła skręty, i… ciekawe, co jeszcze robiła. Wolała o tym teraz nie myśleć. Zapięcie kolczyków zajęło jej sporo czasu.

Gdy otwierała drzwi, chłopak poruszył się na łóżku, sięgnął jednak tylko po kołdrę i zawinął się w nią jak dziecko. Annie zamknęła za sobą i zeszła po schodach, witając kolejny dziwny dzień w kolejnym dziwnym miejscu. Kiedy tylko wyszła na zewnątrz, poczuła świeżą zimną morską bryzę i usłyszała jazgotanie mew. Dobrze, że miała ciepłą kurtkę.

Idąc w dół wzgórza i kierując się w stronę klubu, przy którym zostawiła samochód, próbowała odsłuchać wiadomości w telefonie. Wreszcie usłyszała surowy głos nadinspektora Brougha z Okręgu Wschodniego, który nakazywał jej natychmiastowy przyjazd do Larborough Head. Popełniono morderstwo, a miejscowi policjanci potrzebują jej wsparcia. Pomyślała, że oddelegowanie do innego okręgu przypomina pracę dziwki, uświadamiając sobie, że w ciągu niecałych trzydziestu minut już dwukrotnie użyła wobec siebie tego określenia. Zdecydowała, że czas odświeżyć metafory. Nie dziwka, tylko Anioł Miłosierdzia. Tym właśnie była: Annie Cabbot, Anioł Miłosierdzia, do usług. Znalazła swoją purpurową astrę na parkingu przed klubem, po raz setny pomyślała, że powinna kupić nowy samochód, spojrzała do atlasu drogowego i zgrzytając skrzynią biegów, ruszyła w stronę Larborough Head na północnym krańcu terenu objętego jurysdykcją Okręgu Wschodniego.

Na szczęście kawiarnie przy rynku były już otwarte. Banks zdecydował się na lokal niedaleko Taylor’s Yard, tuż nad sklepem Age Concern, ponieważ wiedział, że może tam liczyć na dobrą i mocną kawę. Kiedy usiedli, inspektor uznał, że Gervaise jest całkiem atrakcyjna z tym zadartym nosem, błękitnymi oczami, łagodnym łukiem ust i cerą błyszczącą po porannych ćwiczeniach. Tak jak on, tuż obok lewego oka miała delikatną bliznę. Młodsza od niego o jakieś dziesięć lat, niedawno przekroczyła czterdziestkę. Natychmiast po złożeniu zamówienia na kawę, dzbanek earl greya i ciasteczka, zajęli się omawianiem sprawy.

– Wygląda na to, że musimy sobie poradzić z wyjątkowo paskudnym zabójstwem – zaczął Banks.

– A było już tak spokojnie ostatnimi czasy – westchnęła Gervaise, mierząc go wzrokiem. Odłożyła palcat na blat stolika, zdjęła toczek i potrząsając głową, przejechała dłonią po gładko przyczesanych krótkich włosach. – Chyba od tej sprawy z kapelą rockową.

Banks wiedział, że chociaż właśnie nadinspektor zezwoliła mu działać na własną rękę podczas ostatniego dochodzenia w sprawie zabójstwa, to rozwiązanie wcale jej nie uszczęśliwiło. Jego zresztą też nie. Nic na to jednak nie mogli poradzić. Czasem nie wszystko idzie tak, jak by się chciało. Inspektor błyskawicznie zmienił temat, przekazując informacje uzyskane od Templetona i Burnsa.

– Ciało zostało znalezione piętnaście po ósmej rano przez Josepha Randalla, lat pięćdziesiąt pięć, mieszkającego przy Hyacinth Walk.

– Czego szukał w Labiryncie w niedzielny poranek?

– Jest właścicielem sklepu z wyrobami skórzanymi, tego na rogu ulicy – wyjaśnił Banks. – Magazyn też do niego należy. Twierdzi, że poszedł tam po jakieś próbki, odkrył, że wyłamano zamek przy drzwiach, a kiedy zajrzał do środka, zauważył zwłoki. Przysięga, że niczego nie dotykał. Wyszedł natychmiast i pobiegł na posterunek przy rynku.

– Wierzymy mu?

– Mówi, że otwarł magazyn piętnaście po ósmej, a jedna z kobiet, które były na rynku, powiedziała Templetonowi, że widziała go wchodzącego do Labiryntu pięć minut wcześniej. Zapamiętała czas, bo spóźniła się do kościoła i specjalnie popatrzyła na zegar. Sierżant dyżurny zapisał, że zgłoszenie Randalla wpłynęło o ósmej dwadzieścia jeden.

– To daje nam jedenaście minut. – Gervaise zacisnęła usta. – Trochę mało czasu. Gdzie jest teraz?

– Templeton przydzielił mu jednego policjanta i odesłał do domu. Najwyraźniej pan Randall był mocno zdenerwowany.

– Weź go na przesłuchanie i spróbuj przycisnąć.

– Tak jest – odpowiedział Banks, gryzmoląc coś w notesie.

Gervaise miała tendencję do wyskakiwania z najbardziej oczywistymi pomysłami, lepiej jednak było utrzymywać ją w przekonaniu, że ma nad wszystkim kontrolę. Do stolika podszedł kelner. Kawa była tak dobra, jak pamiętał, a ciasteczka szczodrze posmarowano masłem.

– Ta dziewczyna była w Labiryncie całkiem sama? – zapytała Gervaise.

– Tego musimy się dopiero dowiedzieć – odparł. – Na razie nie wiemy, czy miała jakieś towarzystwo. Mogła tam pójść z kimś.

– Może chciała strzelić działkę?

– Być może. Znaleźliśmy ecstasy w jej torebce. A może ktoś jej obiecał narkotyki i w ten sposób ją tam zwabił? Choć z drugiej strony, żeby kupić i zażyć pigułkę, wcale nie trzeba się plątać po Labiryncie. Wystarczy pierwszy lepszy pub w miasteczku. Mogła też szukać krótszej drogi na parking lub do parku nad rzeką.

– Miała samochód?

– Jeszcze nie wiemy. Miała prawo jazdy.

– Sprawdźcie to.

– Tak zrobimy. Dziewczyna prawdopodobnie była pijana – kontynuował Banks. – A przynajmniej trochę wstawiona. W magazynie znaleźliśmy wymiociny, więc mogła się źle poczuć, chyba że to ślady mordercy. Technicy powinni sobie poradzić z identyfikacją. Chyba niezbyt się przejmowała swoim bezpieczeństwem i wątpię, czy za celem jej samotnej wizyty w Labiryncie kryje się jakaś wielka tajemnica. Powodów może być nieskończenie wiele: mogła się na przykład pokłócić z chłopakiem i uciec.

– I ktoś się na nią zaczaił?

– Albo po prostu czyhał na podobną okazję. Co może wskazywać na zabójcę, który zna sobotnie zwyczaje mieszkańców Eastvale.

– Musicie sprawdzić miejscowych gwałcicieli, popytajcie też klientów prostytutek.

– Już to robimy.

– Wiemy, co dziewczyna robiła wieczorem?

– Oceniając po ubraniu, wygląda na to, że szwendała się po knajpach wokół rynku. Typowy sobotni strój wyjściowy. Kiedy tylko otworzą puby, wyślę ludzi, żeby zaczęli pytać. – Spojrzał na zegarek. – Czyli niedługo.

Gervaise spojrzała na niego spod przymrużonych powiek.

– Nie będziesz tego robił osobiście, mam nadzieję?

– Nie, za dużo roboty jak dla mnie. Wyślę sierżanta Hatchleya. Ostatnio siedzi uwiązany w domu, więc to mu się przyda.

– Tylko trzymaj go krótko. Nie chcę, żeby obraził wszystkie mniejszości, jakie mamy w miasteczku.

– Ostatnio bardzo się uspokoił.

Zwątpienie w spojrzeniu Gervaise było wyraźne.

– Coś jeszcze? – Nadinspektor otarła usta papierową serwetką i pozbyła się kilku okruchów.

– Wyślę dwóch funkcjonariuszy, żeby przejrzeli wczorajsze zapisy z monitoringu na rynku. Ostatnio sporo klubów instaluje kamery, na pewno jakieś są też w Bar None. Nagrań będzie zapewne dużo i sama wiesz, jaką mają jakość, więc przeglądnięcie całości zajmie jakiś czas, ale może się okazać przydatne. Przeszukujemy cały Labirynt, okoliczne budynki i działki, kazałem pukać do wszystkich drzwi. Problem w tym, że są tam wejścia i wyjścia niewidoczne dla żadnej kamery. Na przykład przejście na parking nad ogrodami przy rzece.

– Na parkingu chyba są jakieś kamery?

– Tak, ale nie obejmują tamtego kąta. Są odwrócone w przeciwnym kierunku, pokazują wjazd od strony alei. Łatwo się pod nimi prześliznąć. Tamto przejście to tylko skrót i mało kto z niego korzysta. Większość używa zjazdu na Castle Road, który jest monitorowany. Choć może dopisze nam szczęście.

– Sprawdźcie to jak najdokładniej.

Banks powtórzył uwagi doktora Burnsa na temat przyczyny i czasu zgonu.

– Kiedy doktor Wallace będzie mogła zacząć sekcję? – zapytała Gervaise.

– Mam nadzieję, że jutro rano – odpowiedział.

Doktor Glendenning miesiąc temu przeszedł na emeryturę, żeby, jak sam powiedział, mieć wreszcie czas na partyjkę golfa, a Banks nie miał jeszcze okazji współpracować z jego następczynią, ponieważ w tym czasie nie było żadnych podejrzanych zgonów. Podczas kilku krótkich spotkań zdążył się zorientować, że nowa patolog jest profesjonalistką.

– Zdjęcie w prawie jazdy, które znalazłem w torebce, pasuje do ofiary, mamy też adres na pierwszej stronie jej notatnika. Hayley Daniels. Ze Swainshead.

– Zgłoszono zaginięcie?

– Jeszcze nie.

– Więc pewnie wyszła na całą noc. Ile ma lat?

– Według prawa jazdy dziewiętnaście.

– Ktoś tam pojechał?

– Wysłałem Jackman. Za jakąś chwilę powinna być na miejscu. Porozmawia z rodzicami.

– Lepiej ona niż ja.

Banks wątpił, czy Gervaise kiedykolwiek musiała przekazywać rodzicom złe wieści.

– Wiem, co sobie myślisz – stwierdziła z uśmiechem. – Że z moim wychowaniem, stylem wyższej klasy średniej, tytułami naukowymi, błyskawicznym awansem i resztą nie wiem kompletnie nic na ten temat.

– Nie całkiem – odpowiedział Banks, patrząc jej w oczy.

– Kłamiesz. – Gervaise upiła łyk herbaty i zapatrzyła się w jakiś punkt tuż nad jego głową. – Pierwszy tydzień stażu w policji spędziłam w Dorset, w miejscowości Poole. Parzyłam kawę i herbatę. W piątek na nieużytkach otaczających skraj miasta znaleziono ciało jedenastoletniego chłopca. Ktoś go zgwałcił i pobił na śmierć. Zgadnij, kogo posłali z informacją do jego robotniczej rodziny?

Banks milczał.

– Jezu, zanim tam dotarłam, myślałam, że się pochoruję – ciągnęła Gervaise. – Zupełnie serio. Nie wierzyłam, że dam radę.

– Udało ci się?

Spojrzała mu prosto w oczy.

– Oczywiście. I wiesz, co się stało? Matka dziecka dostała szału. Rzuciła we mnie talerzem ze śniadaniem. Rozcięła mi czoło. Żeby ją uspokoić, musiałam założyć jej te cholerne kajdanki. Na chwilę, oczywiście, w końcu jej przeszło. A u mnie skończyło się na dziesięciu szwach. – Gervaise potrząsnęła głową, spoglądając na zegarek. – Co za dzień. Lepiej zadzwonię do syna i powiem mu, że dzisiejszy obiad może skreślić.

Banks spojrzał za okno. Wiatr dmuchał coraz silniej, ludzie wychodzący z kościoła mieli problemy z utrzymaniem kapeluszy na głowach. Pomyślał o ciele spoczywającym na stosie skórzanych resztek.

– Też mi się tak wydaje. Raczej nie ma się co spodziewać udanego dnia – podsumował, podchodząc do baru, żeby zapłacić rachunek.

Swainshead, lub Head, jak nazywali to miejsce okoliczni mieszkańcy, zaczynało się przy trójkątnym placu w centrum wioski, rozdzielającym główną drogę na skrzyżowaniu ze Swainsdale Road. Przy bokach trójkąta stał kościół, kilka sklepów i budynek starostwa. Ta część się nazywała Lower Head – Winsome wiedziała, że okolica cieszy się popularnością wśród turystów. Rodzina Danielsów mieszkała w Upper Head, gdzie oba rozgałęzienia drogi ponownie się łączą, rozdzielając rzędy zwróconych ku sobie kamiennych wiejskich zabudowań. Za budynkami rozciągały się pagórkowate pastwiska, poprzecinane glinianymi murkami, sięgające aż po granicę wrzosowisk.

Nazwa była związana z rzeką Swain przecinającą okoliczne wzgórza. Zaczynała się ona jako bulgocąca kałuża, by wkrótce się przekształcić w strużkę, która nabierając siły, przelewała się nad krawędzią doliny w Rawley Force i obierała swój właściwy kurs. Banks opowiadał kiedyś o sprawie, którą prowadził, nim Winsome się pojawiła w Eastvale, kiedy to poszukując zaginionego nad rzeką ekspatrianta, dotarł aż do Toronto. Z tego, co wiedziała, nikt z zaangażowanych w tamtą sprawę nie mieszkał już w Swainshead, wciąż jednak byli tacy, którzy pamiętali o tamtych wydarzeniach; stały się one częścią lokalnego folkloru. Lata temu ludzie opisywaliby je w ludowych balladach rozpowszechnianych na odręcznie spisywanych kartkach papieru, tak lubianych przez Banksa. Ale dzisiaj, z powodu tego, że telewizja i gazety nie pozostawiały miejsca na wyobraźnię, śpiewali o niczym.

Winsome zamknęła drzwi samochodu, trzaskiem przerywając panującą wokół ciszę i przepłaszając trzy okazałe wrony, które z głośnym skrzeczeniem uniosły się w powietrze z gałęzi powykręcanego drzewa. Krążyły pod szarymi chmurami niczym wygięte przez wiatr czarne parasole.

Przechodząc obok pubu i kilku domów, przed którymi kołysał się na wietrze szyld z ofertą noclegów, Winsome raz jeszcze sprawdziła, pod jaki adres powinna dotrzeć. W oknach tkwiły informacje o wolnych miejscach. Przy kamiennym murku stało trzech posiwiałych staruszków, którzy nie zwracając uwagi na pogodę, opierali się na swoich laskach. Nagle przerwali pogawędkę i śledzili wzrokiem zbliżającą się policjantkę. Winsome miała wrażenie, że mierząca metr osiemdziesiąt Murzynka nie jest częstym widokiem w Swainshead.

Wydawało się, że wiatr naciera ze wszystkich stron, zacinając mżawką, która ją oślepiała i przenikała przez opięte na udach dżinsy, dokładnie tam, gdzie się kończyła kurtka. Zamszowa marynarka nie była najlepszym pomysłem na taką pogodę, powinna włożyć coś praktyczniejszego. Jednak musiała się spieszyć i wzięła, co pierwsze jej wpadło w ręce. Skąd miała wiedzieć, że będzie tak zimno?

Winsome znalazła właściwy dom i zadzwoniła do drzwi. Miejscowy policjant o tubalnym głosie z trudem ukrywał zaskoczenie, gdy prowadził ją do salonu. Siedziała tam kobieta pustym wzrokiem wpatrująca się w przestrzeń. Sprawiała wrażenie zbyt młodej, by mieć córkę w wieku Hayley.

– Pani Daniels? – zapytała Winsome.

– McCarthy – odpowiedziała kobieta, spoglądając w jej stronę. – Donna McCarthy. Geoff Daniels jest moim mężem, zachowałam nazwisko z powodów zawodowych. Wyjaśniałam już posterunkowemu, że Geoff musiał wyjechać w interesach.

Winsome przedstawiła się, zauważając z przyjemnością, że Donna McCarthy nie okazuje zaskoczenia jej wyglądem. Oczy kobiety wypełniły się łzami.

– To prawda, co mi powiedzieli? O naszej Hayley?

– Tak nam się wydaje – odpowiedziała policjantka, sięgając po plastikowy worek zawierający notes z adresami znaleziony przez Banksa. – Czy może pani potwierdzić, że to należało do państwa córki?

Donna McCarthy spojrzała na wzorzystą okładkę, a z jej oczu pociekły łzy.

– Ona nie była tak naprawdę moją córką, wie pani? – oznajmiła. Jej głos tłumiła chusteczka. – Jestem drugą żoną Geoffa, matka Hayley odeszła przed dwunastu laty. Cztery lata później wzięliśmy ślub.

– Rozumiem – odpowiedziała Winsome, zapisując coś w notatniku. – Pytam tylko, czy może pani potwierdzić, że ten notes należał do Hayley Daniels.

Donna pokiwała głową.

– Mogę zajrzeć do środka?

– Obawiam się, że nie może pani wziąć go do ręki. Proszę spojrzeć. – Wyjęła przygotowane na taką okazję lateksowe rękawiczki i otwarła notes na stronie tytułowej. – Czy to pismo Hayley?

Donna McCarthy ponownie przytaknęła i znów ukryła twarz w chusteczce. Winsome pokazała jej jeszcze kilka stron, a kobieta nie przestawała kiwać głową. Wreszcie policjantka odłożyła notes, zdjęła rękawiczki i usiadła, krzyżując przemoczone nogi.

– Są szanse na jakąś szybką herbatę?

Spojrzenie miejscowego policjanta mówiło wszystko o tym, co myśli na temat czarnej kobiety, która przewyższa go stopniem i zleca mu tak niegodne zadania, jednak po chwili wahania poszedł do kuchni. Żałosny dupek, uznała Winsome, delikatnie dotykając ręki Donny.

– Bardzo przepraszam, ale będę musiała zadać kilka pytań – powiedziała.

Donna McCarthy otarła nos.

– Oczywiście. – Siedząc na sofie, sprawiała wrażenie samotnej i przygnębionej.

Winsome zauważyła jednak wysportowaną sylwetkę i lekko umięśnione ramiona. Donna miała zielone oczy i krótko obcięte jasnobrązowe włosy. Ubrana była zupełnie zwyczajnie, w dżinsy i białą koszulkę, spod której prześwitywał zarys stanika okrywającego niewielkie, jędrne piersi. Nad paskiem spodni było widać kawałek płaskiego brzucha.

– Ma pani jakąś aktualną fotografię Hayley? – zapytała Winsome.

Kobieta wstała i sięgnęła do szuflady. Wyciągnęła kilka zdjęć ukazujących młodą dziewczynę stojącą obok skrzyżowania.

– Zrobione jakiś miesiąc temu – powiedziała.

– Mogę je pożyczyć?

– Tak, tylko prosiłabym o zwrot.

– Oczywiście. Kiedy ostatni raz pani widziała Hayley?

– Wczoraj wieczorem, gdzieś tak około szóstej. Była umówiona ze znajomymi i spieszyła się na autobus do Eastvale.

– Często tak wychodziła?

– W soboty tak. Sama pani widzi, że tutaj raczej nie ma co robić.

Winsome przypomniała sobie górską wioskę na Jamajce, w której dorastała, tuż nad zatoką Montego. Tam stwierdzenie, że nie ma co robić, miało zupełnie inne znaczenie. Po ukończeniu szkoły mogła liczyć jedynie na pracę w przetwórni bananów, dokładnie taką samą, jaką wykonywały jej matka i babka, chyba że opuściłaby góry i zeszła nad zatokę, by się zająć obsługiwaniem turystów. Tak też zrobiła.

– Zna pani nazwiska jej przyjaciół? – zapytała.

– Tylko imiona kilku z nich. Niezbyt często o nich opowiadała i nie zapraszała ich do domu.

– Znajomi ze szkoły? Z pracy? Z uczelni? Czym się zajmowała?

– Uczyła się w Eastvale College.

– Dojeżdżała autobusem? To strasznie daleko.

– Nie, miała starego fiata. Geoff go od kogoś odkupił, na tym zresztą polega jego praca.

Winsome przypomniała sobie o prawie jazdy znalezionym przez Banksa w torebce dziewczyny.

– Wczoraj jednak zostawiła samochód?

– Tak. A przynajmniej powinna. Jechała się napić. Była bardzo ostrożna pod tym względem, nigdy nie prowadziła po alkoholu.

– A jak chciała wrócić do domu?

– Nie planowała wracać. Dlatego… gdybym się spodziewała jej w domu, zgłosiłabym zaginięcie, prawda? Nie jestem jej rodzoną matką, ale kochałam ją jak własne dziecko, chciałam, żeby się czuła…

– Oczywiście – przerwała Winsome. – Wie pani może, gdzie miała zamiar nocować?

– U któregoś ze znajomych, jak zwykle.

– Co studiowała?

– Turystykę i organizację wypoczynku. Robiła licencjat. Tym się właśnie chciała zajmować, podróżowaniem po świecie. – Donna McCarthy znów zalała się łzami. – Co się stało? Czy ona…

– Jeszcze nie wiemy – skłamała Winsome. – Wkrótce zobaczy ją lekarz.

– Była taka piękna.

– Miała chłopaka?

Z kuchni wynurzył się policjant z tacą.

– Coś jeszcze? – zapytał, nie próbując nawet maskować sarkazmu.

– Nie, dziękuję – odparła. – Jesteś wolny, jeśli chcesz.

Mundurowy chrząknął, zignorował Winsome, ukłonił się matce dziewczyny i wyszedł. Donna odczekała do chwili, gdy drzwi się za nim zamknęły, i odpowiedziała na pytanie.

– Raczej nie. Przynajmniej o nikim takim nie wiem. Dzisiaj dzieciaki wolą przebywać w większych grupkach, niż się ze sobą wiązać. Nie winię ich za to, oczywiście. Po co się poważnie angażować, skoro można się po prostu bawić?

– Nie chcę zbytnio naciskać, ale naprawdę nie było żadnego chłopca…? Próbuję się dowiedzieć, czy Hayley była aktywna seksualnie.

Kobieta na moment się zamyśliła.

– Byłabym zaskoczona, jeśli nie, choć nie wydaje mi się, żeby się prowadziła swobodnie czy coś w tym rodzaju. Kobieca intuicja podpowiada mi jednak, że na pewno próbowała.

Centralne ogrzewanie było odkręcone do oporu; mały pokój nagle się zrobił strasznie duszny. Brwi Donny połyskiwały warstewką wilgoci.

– Ale nie zna pani imienia tego chłopaka?

– Nie, niestety, nie.

– Nieważne. – Winsome uznała, że ma już wystarczająco dużo materiału do sprawdzenia. Odnajdzie przyjaciół Hayley na uczelni i spróbuje od nich wyciągnąć tę informację. – Wspominała pani o zachowaniu nazwiska z powodów zawodowych. Mogę zapytać o szczegóły?

– Co? – Donna przetarła oczy wierzchem dłoni, rozmazując makijaż. – Ach, byłam trenerką fitness. Nic wielkiego, ale ludzie rozpoznawali moje nazwisko, miałam je na wizytówkach i w logo, wszędzie. Prościej było tego nie zmieniać. A Geoff nie miał nic przeciwko temu. Tam go właśnie poznałam, był moim klientem.

– Co się stało z firmą?

– Zamknęłam ją pół roku temu. Geoff zarabia wystarczająco dużo, żeby nas utrzymać. Mam też mnóstwo zajęć, które wypełniają mi czas. Poza tym jestem już odrobinę za stara na taki wysiłek.

Winsome uznała to za wymówkę.

– A co pani robiła zeszłego wieczoru? – zapytała zupełnie zwyczajnym tonem.

Donna wzruszyła ramionami. Jeśli wyczuła, że policjantka chce wiedzieć, czy ma alibi, to nie dała tego po sobie poznać.

– Siedziałam w domu. Caroline, sąsiadka z naprzeciwka, przyniosła Casino Royale na DVD. Ten nowy Bond, wie pani, z tym przystojnym Craigiem. Wypiłyśmy trochę wina, zamówiłyśmy pizzę, lekko się wstawiłyśmy… wie pani.

– Babski wieczór?

– Coś w tym rodzaju.

– Może mi pani powiedzieć, jak się skontaktować z pani mężem? – zapytała Winsome. – To bardzo ważne.

– Tak. Zatrzymał się w hotelu Faversham, tuż za Skipton. Ma tam jakiś zjazd. Jutro powinien wrócić do domu.

– Dzwoniła pani do niego?

– Nie… jeszcze nie… był tu ten policjant, a potem… Nie wiem, co powiedzieć. Geoff straszliwie ją kochał, będzie zdruzgotany.

– Musi o tym wiedzieć – przekonywała łagodnie Winsome. – W końcu jest jej ojcem. Chce pani, żebym ja to zrobiła?

– Mogłaby pani?

– Proszę o numer.

– Zawsze dzwonię na komórkę – odpowiedziała Donna, dyktując numer. – Telefon wisi w kuchni.

Winsome poszła wraz z nią. Z kuchni było widać łagodny stok wzgórza. U jego stóp rozciągał się spory ogród z drewnianą szopą opartą o zielone ogrodzenie. Grad uderzał o przysłonięte firankami okna. Policjantka sięgnęła po słuchawkę i wystukała numer podany przez Donnę. Czekając na sygnał, próbowała wymyślić, co powiedzieć. Po kilku dzwonkach odezwał się sygnał poczty głosowej.

– Ma pani numer do hotelu? – zapytała.

Donna potrząsnęła głową.

– W porządku.

Winsome zadzwoniła na informację i zdobyła numer. Kiedy się zgłosiła recepcja, poprosiła o połączenie z Geoffreyem Danielsem. Recepcjonistka kazała jej uzbroić się w cierpliwość. Po długiej chwili ciszy odezwała się ponownie:

– Przepraszam, ale pan Daniels nie odbiera.

– Może jest na spotkaniu? – podsunęła Winsome. – Przyjechał na zjazd sprzedawców samochodów. Może pani sprawdzić?

– Jaki zjazd? Nie organizujemy takich imprez..

– Dziękuję pani. – Winsome odłożyła słuchawkę. Spojrzała w pełną nadziei, wyczekującą twarz Donny. I co, do cholery, ma teraz powiedzieć? Cóż, pomyśli nad tym podczas jazdy do szpitala, gdzie Donna będzie musiała zidentyfikować zwłoki przybranej córki.

2

Annie pracowała obecnie na posterunku przy Spring Hill w dystrykcie Scarborough, Okręg Wschodni, zastępując policjantów nieobecnych z powodu choroby i w czasie świąt, dlatego też droga do Larborough Head z Whitby nie zajęła jej zbyt wiele czasu. Zwykle nocowała w pensjonacie pani Barnaby na West Cliff, skuszona zniżkami dla policjantów i niewielkim, ale miłym pokoikiem wyposażonym w takie luksusy jak łazienka, widok na morze, telefon oraz ekspres do herbaty, wczoraj jednak… no cóż, wczoraj było inaczej.

Wczoraj pracowała do późna; od wieków nie miała też okazji, żeby się porządnie zabawić, a przecież była sobota. Tak przynajmniej sobie wmawiała, gdy dziewczyny z posterunku wyciągnęły ją na drinka do miejscowego wodopoju, a potem do klubu. Gdzieś w trakcie tego wieczoru zgubiła resztę dziewczyn i miała nadzieję, że nie widziały, do jakiego stanu się doprowadziła. Gdy dojechała na miejsce zbrodni i zaparkowała samochód jakieś sto metrów od klifu, poczucie winy i wstydu paliło ją równie mocno jak zgaga. Serce w niej zamarło, kiedy sobie uświadomiła, że pierwszą osobą zmierzającą w jej kierunku jest nadinspektor Brough.

– Dobry wieczór, pani inspektor – powitał ją, choć wciąż był poranek. – To miło, że udało się pani do nas dołączyć.

Annie naprawdę przyjechała tak szybko, jak tylko mogła, więc ta uwaga była zupełnie zbędna – postanowiła ją zignorować. W jej oczach Brough był leniwym palantem, którego cała uwaga koncentrowała się wokół rozpoczynającej się za sześć miesięcy emerytury, długich partii golfa i nieustających wakacji w Torremolinos. Jednak nawet jako czynny gliniarz nie miał na tyle zapału czy rozumu, by na to wszystko zarobić, dlatego też nie czekała tam na niego żadna willa, tylko wynajęty apartament o szpachlowanych ścianach i hiszpańska lafirynda ze szczególnym upodobaniem do błyskotek, tanich perfum i jeszcze tańszej wódy. Takie przynajmniej chodziły ploty.

– Dziwi mnie pańska obecność tutaj w niedzielny poranek, nadinspektorze – odpowiedziała Annie z promiennym uśmiechem. – Myślałam, że będzie pan w kościele.

– Cóż, obowiązek przede wszystkim. Obowiązek, Cabbot. Magiczne słowo. Coś, co wszyscy musimy spełniać. – Wskazał na krawędź klifu, na której Annie wypatrzyła kilku policjantów krążących wokół siedzącej postaci. Ton Brougha wskazywał, że od tej chwili sprawa przestaje go interesować. – Jest tam. Sierżant Naylor i funkcjonariusz Baker poinformują cię o szczegółach. Ja wracam na posterunek i będę koordynował całą akcję. Musieliśmy już odgonić kilku lokalnych dziennikarzy, a to dopiero początek zainteresowania mediów. Jak na nią spojrzysz, będziesz wiedziała, o czym mówię. Na razie, Cabbot. Oczekuję stu dwudziestu procent normy, zrozumiano? Pamiętaj o tym.

– Tak jest, szefie. Do zobaczenia, szefie – rzuciła w stronę jego oddalających się pleców.

Przeklinając pod nosem, ruszyła pod wiatr. Z trudem wspięła się po śliskich trawach na grzbiet klifu. Czuła, jak sól osiada jej na wargach i powiekach. Mrużąc oczy, zauważyła skierowany w stronę morza wózek inwalidzki, na którym ktoś siedział. Kiedy podeszła bliżej, rozpoznała, że ma przed sobą kobietę z kołnierzem ortopedycznym na szyi. Poniżej policzka rozlewała się szeroka plama ciemnej krwi – krew ściekała aż na kolana ofiary. Annie powstrzymała gwałtownie napływające wymioty. Zwykle nieboszczycy nie robili na niej wrażenia, jednak kilka piw pogonionych niebieskimi drinkami poprzedniej nocy wyraźnie ją osłabiło.

Naylor i Baker stali obok ciała, przyglądając się pracy lekarza i fotografa. Annie przywitała się z nimi.

– I co tu mamy? – zapytała.

– Zgon w podejrzanych okolicznościach – odpowiedział jak zwykle lakoniczny Naylor, wywołując uśmiech na twarzy Baker.

– To widzę, Tommy. – Cięcie odsłaniające chrząstkę w gardle kobiety sięgało od ucha do ucha i było pokryte krwią. – Znaleźliście narzędzie zbrodni?

– Nie.

Annie machnęła ręką w stronę krawędzi.

– Ktoś sprawdzał na dole?

– Przed chwilą posłałem paru funkcjonariuszy – powiedział Naylor. – Muszą się pospieszyć, idzie przypływ.

– Cóż, ponieważ nie ma narzędzia, możemy chyba założyć, że nie pocięła się sama – uznała Annie. – Myślicie, że to robota mew?

– Mogły to zrobić – stwierdził Naylor, patrząc na hałasujące nad ich głowami stado. – Są coraz odważniejsze i mamy ślady dowodzące, że tu były. – Wskazał na zadrapania za uchem kobiety. – Nie ma śladów krwi, co wskazuje na to, że ofiara wykrwawiła się wcześniej, zanim się do niej dobrały. Zwłoki nie krwawią.

Lekarz zajmujący się ciałem spojrzał w jego stronę.

– Jeszcze będzie z ciebie medyk – stwierdził.

Annie znów poczuła się gorzej, a posmak wymiocin wypełnił jej gardło. Nie, nie mogła do tego dopuścić. Nie porzyga się, stojąc przed Tommym Naylorem. Ale mewy? Zawsze ich nienawidziła, bała się ich od najwcześniejszego dzieciństwa. Nie trzeba było Ptaków, żeby Annie miała świadomość, jak niebezpieczne może być stado mew. Jedno z jej najwcześniejszych wspomnień wiązało się ze spacerem z ojcem. Podczas przechadzki ojciec na chwilę się zatrzymał, by namalować kępę szczególnie powykręcanych drzew – kiedy kawałek się oddalił, nad wózek, w którym spała, nadfrunęło całe stado mew. Zadrżała i spróbowała wziąć się w garść.

– Ma pan coś dla nas, doktorze? – zapytała.

– Obawiam się, że niewiele. Nie żyje od jakiejś godziny czy dwóch, a przyczyną śmierci, jak pani widzi, było wykrwawienie. Kimkolwiek jest morderca, to jakiś świr. Wygląda na to, że ofiara była całkowicie niesprawna ruchowo. Pewnie nie mogła nawet ruszyć palcem w swojej obronie.

– Narzędzie zbrodni?

– Jakieś cienkie, bardzo ostre ostrze, coś w rodzaju brzytwy lub skalpela. Patolog niewątpliwie będzie mógł powiedzieć więcej. W każdym razie śmierć zadano czystym cięciem, nie ma śladów piłowania.

– Od prawej czy od lewej?

– W przypadku ran ciętych bardzo trudno to określić, szczególnie gdy wykonano je bez wahania, powiedziałbym jednak, że w tym przypadku zadano je od tyłu, tnąc od lewej do prawej.

– Co oznacza, że morderca jest praworęczny?

– Chyba że zrobił to specjalnie. To tylko hipoteza, więc proszę się na mnie nie powoływać.

Annie się uśmiechnęła.

– Nie miałam takiego zamiaru. – Odwróciła się do Naylora. – Kto znalazł ciało?

Policjant wskazał na ławeczkę stojącą w odległości jakichś dwustu metrów.

– Ten koleś. Gilbert Downie. Wyprowadzał psa.

– Biedak – stwierdziła Annie. – Pewnie oderwaliśmy go od pieczeni i puddingu. Wiemy, kim jest ofiara?

– Jeszcze nie – odpowiedziała Baker. – Nie ma żadnej torebki, portmonetki, niczego.

Helen Baker była okazałą kobietą o beczkowatych kształtach, masywną niczym murowana latryna, jak o niej mówiono, choć jak na osobę o takiej posturze była wyjątkowo żwawa i zwinna. Miała też sterczące, ognistoczerwone włosy, które zapewniły jej wśród kolegów przydomek Ginger Baker.

– Nie ma nawet opaski, którą czasem noszą pacjenci. – Policjantka rozejrzała się wokoło. – O tej porze roku to straszne odludzie. Najbliższa wioska jest osiem kilometrów stąd w głąb lądu. Jedyne miejsce w pobliżu to dom opieki Mapston Hall, jakieś półtora kilometra stąd.

– Jaki dom opieki?

– Nie wiem. – Ginger spojrzała na wózek. – Pewnie dla ludzi z podobnymi problemami.

– Ale chyba sama się tutaj nie dostała?

– Raczej nie – wtrącił się Naylor. – No, chyba że była drugim Andym.

Annie nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. Też była fanką Małej Brytanii. Tak jak i Banks. Kilka razy po ciężkim dniu pracy razem oglądali ten serial, zajadając hinduskie jedzenie i popijając czerwone wino. Nie mogła jednak teraz pozwolić sobie na rozmyślanie o Banksie. Kątem oka zauważyła radiowóz parkujący na skraju trawnika.

– Dobra robota, Ginger i Tommy – pochwaliła ich. – Lepiej się zwijajmy i dajmy popracować technikom. Schowajmy się do samochodu przed tym cholernym wiatrem.

Poszli do astry Annie, zatrzymując się po drodze na krótką pogawędkę z sierżantem Liamem McCulloughiem. Wewnątrz samochodu rozsiedli się i uchylili nieco okna. Ból głowy Annie stawał się coraz bardziej nieznośny i utrudniał jej skupienie się na sprawie.

– Kto chciałby zamordować całkowicie bezbronną starą kobietę, na dodatek przykutą do wózka? – zapytała.

– Nie tak starą – zauważył Naylor. – Tego typu choroby postarzają człowieka – sądząc po włosach i budowie ciała, miała czterdzieści, może trzydzieści kilka lat. Musiała całkiem nieźle wyglądać. Ładne kości policzkowe, niebrzydkie usta.

Czterdziestka, pomyślała Annie. W moim wieku. Na Boga. Na pewno nie była stara.

– Tak czy tak – dodał Naylor – śmierć nie omija nikogo.

– Przestań zgrywać cynika, Tommy. Być może pasuje to do twojej popapranej osobowości, ale prowadzi nas donikąd. Widziałeś ją, widziałeś fotel i kołnierz, słyszałeś, co mówił lekarz. Najprawdopodobniej w ogóle nie mogła się ruszać. Może nawet nie potrafiła mówić. Nikomu nie zagrażała.

– Założę się, że nie zawsze jeździła na wózku – zauważyła Ginger z tylnego siedzenia.

– Słuszna uwaga – uznała Annie, odwracając się w jej stronę. – Bardzo słuszna. Gdy tylko się dowiemy, kim była, sprawdzimy jej przeszłość. A co myślisz o tym gościu, który ją znalazł, Tommy?

– Jeśli to on, to musi być doskonałym aktorem. Myślę, że mówi prawdę.

Tommy Naylor był pięćdziesięcioletnim spokojnym weteranem, którego nie interesowało wspinanie się po śliskich szczeblach kariery. Przez krótki okres wspólnej pracy z nim Annie nauczyła się cenić jego opinie. Nie wiedziała o nim zbyt wiele, nie interesowała się życiem prywatnym sierżanta, słyszała jedynie, że jego żona jest chora na raka. Naylor był małomówny, nie rzucał się w oczy i zwięźle wyrażał swoje myśli. Nie potrafiła wyczuć, czy ją akceptuje, jednak powierzone zadania wykonywał bez sprzeciwu, a kiedy go o to poproszono, umiał się wykazać inicjatywą. I wierzyła jego ocenom. Tylko o to mogła prosić.

– Wygląda na to, że ktoś wziął ją na spacer, poderżnął jej gardło i zostawił ją, żeby się tutaj wykrwawiła? – podsumowała.

– Tak to wygląda – potwierdził Naylor.

Annie pomyślała nad tym przez chwilę.

– Dobra. Ginger, pójdziesz i zobaczysz, czy można zbadać miejsce zbrodni. Będziemy potrzebowali mobilnego laboratorium wraz z personelem. Ja z Tommym wybiorę się do Mapston Hall – spróbujemy się dowiedzieć, czy ta kobieta była od nich. Jak będziemy mieli szczęście, to poczęstują nas herbatką.

Podczas gdy nadinspektor Gervaise pojechała na posterunek, by uruchomić resztę trybików niezbędnych przy dochodzeniu w sprawie morderstwa i poradzić sobie z prasą, liczni eksperci zajmowali się swoimi specjalistycznymi badaniami, a Hatchley sprawdzał okoliczne puby, Banks zdecydował, że nadszedł czas na rozmowę z Josephem Randallem, właścicielem sklepu z artykułami skórzanymi, który odkrył ciało Hayley Daniels.