Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 408 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przygody z marksizmem - Marshall Bermann

Karol Marks jako romantyczny poeta nowoczesności? Karol Marks tańczący na ulicy, z tłumem studentów, w radosnym karnawale? A może prorok pracy wyzwolonej, przenikliwy analityk alienacji, przygnieciony trudem robotnik pióra? Marshall Berman, autor legendarnego Wszystko co stałe, rozpływa się w powietrzu, ukazuje nam własne i cudze przygody z jednym z najbardziej wpływowych myślicieli zeszłych dwóch stuleci. Pisze oŚmierci komiwojażera i włóczędze Waltera Benjamina, o „ogniu w sercach” rewolucjonistów i katastrofie sowieckiego eksperymentu. O wielkim potencjale wolności w kapitalizmie – i przytłaczającej człowieka mocy, jaką wyzwala. O demokracji, więzi między ludźmi i o miłości. I o myśleniu, do którego nas zmusza, a które wyrwać nas może ze stanu natury – a nowoczesność ze stanu absurdu.

Opinie o ebooku Przygody z marksizmem - Marshall Bermann

Fragment ebooka Przygody z marksizmem - Marshall Bermann

Se­ria Idee 33

Se­ria wpro­wa­dza w pol­ski obieg idei naj­waż­niej­sze pra­ce z za­kre­su fi­lo­zo­fii i so­cjo­lo­gii po­li­tycz­nej, teo­rii kul­tu­ry i sztu­ki. W se­rii pu­bli­ko­wa­ne są prze­kła­dy, a tak­że pra­ce pol­skich au­to­rów oraz wzno­wie­nia. Jej głów­nym ce­lem jest sys­te­ma­tycz­na bu­do­wa in­te­lek­tu­al­nej bazy dla ru­chów le­wi­co­wych oraz ak­tyw­ne włą­cza­nie w pol­skie de­ba­ty pu­blicz­ne no­wych dys­kur­sów kry­tycz­nych. Cho­dzi o ra­dy­kal­ną zmia­nę ję­zy­ka pu­blicz­ne­go, a co za tym idzie – spo­so­bów my­śle­nia o naj­istot­niej­szych kwe­stiach współ­cze­sno­ści.

Mar­shall Ber­man, Przy­go­dy z mark­si­zmem

War­sza­wa 2012

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Ad­ven­tu­res in Ma­rxism

Co­py­ri­ght © Mar­shall Ber­man, 1999

Co­py­ri­ght © for the Fo­re­word by Aga­ta Bie­lik-Rob­son, 2012

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Kry­ty­ki Po­li­tycz­nej, 2012

Sup­por­ted by a grant from the Open So­cie­ty Fo­un­da­tions.

Książ­ka uka­zu­je się przy wspar­ciu Open So­cie­ty Fo­un­da­tions.

Wy­da­nie pierw­sze

ISBN 978-83-62467-52-5

Wy­daw­nic­two Kry­ty­ki Po­li­tycz­nej

Se­ria Idee 33

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Mur­raya, mo­je­go ojca,

oraz

dla Elie­go i Dan­n­fe­go, mo­ich sy­nów

Agata Bielik-RobsoenMarks tańczący

O body sway­ed to mu­sic, O bri­gh­te­ning glan­ce,

How can we know the dan­cer from the dan­ce?

WB. Yeats, Among Scho­ol Chil­dren

On – naj­mę­dr­szy, on – wy­bra­niec,

Gał­gan z brzyd­ką mor­dą psa

Po­znał ta­niec, po­znał ta­niec,

Hop­sa, hop­sa, hop­sa­sa!!!

Ju­lian Tu­wim, So­kra­tes tań­czą­cy

Kie­dy pi­szę tę przed­mo­wę, z uchy­lo­ne­go ho­te­lo­we­go okna do­bie­ga mnie wrzask lon­dyń­skich ma­kle­rów, któ­rzy na po­dwór­cach ko­ro­po­ra­cyj­nych wie­żow­ców urzą­dza­ją co­dzien­ne li­cy­ta­cje to­wa­rów i pra­cow­ni­ków. Nad wą­wo­zem bu­dyn­ków, któ­re w lon­dyń­skim City za­ciem­nia­ją wszyst­kie uli­ce, tak że rzad­ko kie­dy do­cie­ra tu świa­tło dnia, gó­ru­je Jajo Węża: owal­ne mon­strum gieł­dy to­wa­rów me­ta­lo­wych, ogrom­na kon­struk­cja z błę­kit­ne­go szkła i zim­nej sta­li, wy­glą­da­ją­ca jak zde­san­to­wa­ny w środ­ku mia­sta sta­tek ko­smicz­ny z od­le­głej przy­szło­ści. U pod­nó­ża tego za­mczy­ska z me­ta­lu tuli się mały nor­mań­ski ko­śció­łek, któ­ry w la­tach 90. wy­sa­dzi­ła w po­wie­trze bom­ba IRA. Za chwi­lę Jajo Węża opu­sto­sze­je i ma­kle­rzy wy­le­ją się na uli­ce, by za­siąść do lun­chu na Lead Mar­ket Stre­at, gdzie przy szyb­kiej ka­wie i pa­pie­ro­sie będą oma­wiać ko­lej­ne in­te­re­sy.

City of Lon­don, wciąż jesz­cze sto­li­ca świa­to­we­go ka­pi­ta­li­zmu, tęt­ni swą co­dzien­ną nie­spo­ży­tą ener­gią: ener­gią un­can­ny, nie­sa­mo­wi­tą, tre­men­dum et­fa­sci­nans, prze­ra­ża­ją­cą i fa­scy­nu­ją­cą za­ra­zem, któ­ra spro­fa­no­wa­ła wszyst­ko, co świę­te, by za chwi­lę wznieść swo­je świą­ty­nie. Kipi i bu­rzy się, ste­ru­jąc nie­świa­do­my­mi ludz­ki­mi ma­sa­mi, bez wy­raź­ne­go celu, ku swej wła­snej au­to­te­licz­nej chwa­le. Tu, w tym „ciem­nym miej­scu na Zie­mi”, w tym praw­dzi­wym „ją­drze ciem­no­ści”, ja­kie­mu pa­tro­nu­je dru­idycz­ny Smok, istot­nie rzą­dzą „pod­ziem­ne siły”, któ­re przej­mu­ją kon­tro­lę nad każ­dym „uczniem czar­no­księż­ni­ka” chcą­cym nie­opatrz­nie je wy­ko­rzy­stać. To sam re­ak­tor, mrocz­ne ser­ce świa­ta peł­ne­go ener­gii ulat­nia­ją­cej w miał­ki pył wszyst­ko, co sta­łe – a za­ra­zem samo cen­trum alie­na­cji, punkt naj­więk­sze­go od­da­le­nia od rze­czy­wi­sto­ści sen­su. In­ny­mi sło­wy, pla­toń­ski kosz­mar: ruch sta­wa­nia się tak in­ten­syw­ny, że nic na­wet przez chwi­lę nie może tu stać się na­praw­dę, za­ist­nieć i na­brać zna­cze­nia. Ruch, sta­wa­nie się, czy­sta ener­gia, wzno­sze­nie i ruj­no­wa­nie, obłęd­na dy­na­mi­ka sama dla sie­bie – i, jak­by po­wie­dział Bla­ke, not even one gra­in of me­aning, na­wet jed­ne­go ziar­na sen­su.

Zna­ki uli­cy

Oto si­gns in the stre­et, „zna­ki uli­cy”, ja­kie to­wa­rzy­szą mi przy czy­ta­niu Mar­shal­la Ber­ma­na, któ­ry od za­wsze pi­sał pod dyk­tan­do ulicz­nych zna­ków – prze­słań. Zna­ki uli­cy nie­przy­pad­ko­we: już pra­wie dwa wie­ki temu Marks, in­spi­ro­wa­ny nimi, na­pi­sał swój naj­więk­szy po­emat, Ma­ni­fest ko­mu­ni­stycz­ny, w któ­rym od­ma­lo­wał pięk­no i gro­zę wła­śnie co roz­pę­dza­ją­ce­go się ka­pi­ta­li­zmu. Mar­shall Ber­man jest pierw­szym ko­men­ta­to­rem Mark­sa, któ­ry do­strzegł w nim po­etę i, po­dob­nie jak Bau­de­la­ire w Con­stan­ti­nie Guy­sie, „ma­la­rza ży­cia no­wo­cze­sne­go”. Obie jego książ­ki, Wszyst­ko, co sta­łe, roz­pły­wa się w po­wie­trzu orazPrzy­go­dy z mark­si­zmem, krą­żą wier­nie wo­kół na­tchnio­nej mo­der­ni­stycz­nej wi­zji Mark­sa, któ­rą wciąż po­twier­dza­ją ko­lej­ne nowe „zna­ki uli­cy”.

Twór­czość Ber­ma­na – dość ską­pa, ale in­ten­syw­na, skła­da­ją­ca się za­le­d­wie z kil­ku ksią­żek1 – jest so­kra­tycz­nym prze­ci­wień­stwem teo­rii po­wsta­ją­cej w aka­de­mic­kich wie­żach z ko­ści sło­nio­wej czy, jak kto woli, cam­pu­so­wych ob­lę­żo­nych twier­dzach. Choć sam uwa­ża się za spad­ko­bier­cę eu­ro­pej­skie­go mo­der­ni­zmu, nic nie jest mu bar­dziej obce niż mak­sy­ma sa­mo­wsob­no­ści: sztu­ki, my­śli i teo­rii „sa­mej dla sie­bie”. Nig­dy nie po­wie­dział­by jak Flau­bert: „Za­mkną­łem się w wie­ży z ko­ści sło­nio­wej, ale fale gów­na biją o ścia­nę”. Po­wie­dział­by ra­czej: „Otwar­łem swo­je okno na od­gło­sy uli­cy, na­wet te naj­bar­dziej gów­nia­ne, żeby zna­leźć w nich sens, któ­re­go tak bar­dzo im bra­ku­je”. Jego mi­sja to pod­no­sze­nie każ­de­go, naj­bar­dziej na­wet nie­po­zor­ne­go frag­men­tu świa­ta z upad­ku alie­na­cji; ze sta­nu roz­pro­sze­nia w od­środ­ko­wym pę­dzie no­wo­cze­sno­ści do mo­men­tal­ne­go sku­pie­nia w re­flek­sji. Jak dla Bau­de­la­irea, jed­ne­go z naj­bar­dziej ulu­bio­nych bo­ha­te­rów Ber­ma­na, ta­kim an­ty­ru­chem dez­alie­na­cji była w mo­der­ni­tas sztu­ka, dla au­to­ra Przy­gód z mark­si­zmem jest nim my­śle­nie. Myśl kry­tycz­na ma w isto­cie do­star­czyć tego, cze­go, wbrew no­stal­gicz­nym ży­cze­niom pla­toń­skich kon­ser­wa­ty­stów, rze­czy­wi­stość no­wo­cze­sna nie do­star­czy już nig­dy: ele­men­tar­nej sta­ło­ści, któ­ra może oprzeć się ma­elsz­tro­mo­wi i stwo­rzyć pod­wa­li­ny sen­su, jak­kol­wiek kru­che i tym­cza­so­we.

W mi­sji tej Ber­man bar­dzo przy­po­mi­na Wal­te­ra Ben­ja­mi­na, któ­re­go sam bar­dzo traf­nie na­zwał „anio­łem w wiel­kim mie­ście”. Ben­ja­min, aniel­ski fla­neur, krą­żył po pa­ry­skich pa­sa­żach w po­szu­ki­wa­niu iskier nie­znisz­czal­ne­go ży­cia, któ­re tli się we wszyst­kim2, na­wet w naj­bar­dziej zruj­no­wa­nych skraw­kach miej­skiej ma­te­rii – dziś do­da­li­by­śmy: na­wet w Jaju Węża i wy­le­wa­ją­cych się zeń ma­kler­skich tłu­mach. Nie wiem, czy Ber­ma­na, w koń­cu za­de­kla­ro­wa­ne­go my­śli­cie­la sta­rej do­brej No­wej Le­wi­cy, nie­ufa­ją­ce­go aso­cja­cjom teo­lo­gicz­nym, ucie­szy­ło­by to po­rów­na­nie, ale zwa­żyw­szy na wschod­nio­eu­ro­pej­sko-ży­dow­skie po­cho­dze­nie jego ro­dzi­ny, mo­że­my je chy­ba za­ry­zy­ko­wać, zwłasz­cza że tech­ni­ka „pod­no­sze­nia iskier” nie była obca sa­me­mu Ben­ja­mi­no­wi. Po­wiedz­my więc, że Ber­man jest jak zse­ku­la­ry­zo­wa­ny cha­syd w wiel­kim mie­ście, któ­ry za­miast wy­pa­try­wać świę­tych iskier w kon­tem­pla­cji list­ków i kwiat­ków, wsłu­chu­je się pil­nie w si­gns of the stre­et, w na­pie­ra­ją­ce ze­wsząd „fale gów­na”, tej co­dzien­nej ni­co­ści i nie­waż­ko­ści ży­cia no­wo­cze­sne­go, skąd cier­pli­wie wy­czy­tu­je sen­sy, orien­ta­cje, su­ge­stie. Na­da­je imio­na temu, co z po­zo­ru bez­na­dziej­nie bez­i­mien­ne.

Ży­wioł my­śle­nia

Tym dla Ber­ma­na jest my­śle­nie. Ber­man jest wiel­kim en­tu­zja­stą my­śle­nia, któ­re jed­no­cze­śnie re­al­nie prak­ty­ku­je, w ten spo­sób za­da­jąc kłam kon­dy­cji bez­re­flek­syj­no­ści, jaką na­rzu­ca nam póź­ny ka­pi­ta­lizm, po­dob­nie jak przy­ro­da świet­nie czu­ją­cy się w at­mos­fe­rze bez­sen­su, ze swo­im, jak to na­zy­wa Sla­voj Żi­zek, Den­kver­bot, „za­ka­zem my­śle­nia”. En­tu­zjazm my­śle­nia – na­zy­wa­nia bez­i­mien­ne­go – jest dla Ber­ma­na sy­no­ni­mem ulu­bio­nej prze­zeń po­sta­wy mo­der­ni­stycz­nej: wy­ro­słej z no­wo­cze­sno­ści, a jed­no­cze­śnie sub­wer­syw­nej wo­bec jej in­er­cyj­nej skłon­no­ści do roz­pra­sza­nia wszyst­kich zna­czą­cych i osu­wa­nia się w bez­sens czy­sto me­cha­nicz­ne­go ru­chu, któ­ry imi­tu­je sa­mo­wsob­ne fa­lo­wa­nie na­tu­ry. My­śle­nie jest więc w tym sen­sie pod­sta­wo­wą dzia­łal­no­ścią re­wo­lu­cyj­ną, bez któ­rej nie może po­wieść się żad­na zmia­na spo­łecz­na: tyl­ko my­śle­nie bo­wiem jest w sta­nie prze­ciw­sta­wić się ka­pi­ta­li­zmo­wi jako „dru­giej na­tu­rze” i wy­rwać no­wo­cze­sność z ab­sur­du „hi­sto­rii na­tu­ral­nej”3. Tyl­ko my­śle­nie może okieł­znać ruchmo­der­ni­tas, by nadać mu sen­sow­ną orien­ta­cję.

I tak jak dla Kan­ta oświe­ce­nie to wyj­ście z sa­mo­za­wi­nio­nej nie­doj­rza­ło­ści ku ro­zum­nej au­to­no­mii, tak dla Ber­ma­na mo­der­nizm to wyj­ście ze sta­nu in­er­cyj­nej bez­myśl­no­ści ku my­śle­niu, któ­re to, co wcze­śniej wy­da­wa­ło się na­tu­ral­ne, po­da­je w wąt­pli­wość, otwie­ra­jąc tym sa­mym ludz­ką „hi­sto­rię na­tu­ral­ną” na przy­szłą ce­lo­wą zmia­nę. My­śle­nie jako fun­da­men­tal­na ce­cha po­sta­wy mo­der­ni­stycz­nej jest więc bar­dziej świe­tli­stym du­blem no­wo­cze­snej re­al­no­ści, któ­rą zna­my pod na­zwą ka­pi­ta­li­zmu. Ono tak­że chce spro­fa­no­wać wszyst­ko, co świę­te, i roz­pu­ścić w po­wie­trzu wszyst­ko, co sta­łe, sta­no­we i za­krze­płe – ale nie po to, by roz­pro­szyć reszt­ki ludz­kie­go sen­su jako „feu­dal­ne ilu­zje” i roz­pę­tać ruch nie­kon­tro­lo­wa­nych zmian, na po­do­bień­stwo ero­ge­nez, eks­plo­zji su­per­no­wych czy in­nych hi­per­ener­ge­tycz­nych fe­no­me­nów na­tu­ry. Je­śli myśl mo­der­ni­stycz­na uczest­ni­czy w tym pro­fa­na­cyj­nym ru­chu mo­der­ni­tas, to po to, by do­ko­nać jesz­cze sil­niej­szej, jesz­cze wy­ra­zist­szej de­na­tu­ra­li­za­cji: wy­pro­wa­dzić czło­wie­ka z domu nie­wo­li zwa­ne­go przy­ro­dą i po­zwo­lić mu usta­no­wić nowe wa­run­ki ży­cia, w któ­rym ży­cie to już wię­cej nie­ogra­ni­cza­ne przez po­zor­ne ko­niecz­no­ści wej­dzie na dro­gę „nie­skoń­czo­ne­go sa­mo­roz­wo­ju”. Od sa­me­go po­cząt­ku za­tem w no­wo­cze­sno­ści to­czy się woj­na o staw­kę tego ener­ge­tycz­ne­go wy­bu­chu, któ­ry za­po­cząt­ko­wał mo­der­ni­tas, od­pa­ro­wu­jąc na­raz wszyst­ko, co sta­łe: pod­czas gdy ka­pi­ta­lizm re­pre­zen­tu­ją­cy tu prze­wa­ża­ją­ce siły re­al­ne­go po­niósł ten ruch w stro­nę przy­rod­ni­czej kra­iny bez­sen­su, nie­po­wstrzy­my­wa­ny przez żad­ną aurę, halo, świę­tość i inne opor­ne zna­czą­ce – my­śle­nie re­pre­zen­tu­ją­ce tyl­ko garst­kę mo­der­ni­stycz­nych en­tu­zja­stów (w tym Mark­sa i Ber­ma­na) do­ma­ga się no­wych zna­czeń, sen­sów oby­wa­ją­cych się bez daw­nych au­re­oli, ludz­kich, do­ty­kal­nych, cał­ko­wi­cie zdez­a­lie­no­wa­nych. Pod­czas gdy dla ka­pi­ta­li­zmu mark­sow­ska pro­fa­na­cja to ide­al­ny pre­tekst do po­now­nej na­tu­ra­li­za­cji ludz­ko­ści – dla my­śle­nia od­wrot­nie, to szan­sa na ab­so­lut­ną de­na­tu­ra­li­za­cję, gdzie świat ludz­ki sta­nie się w koń­cu ja­sny, przej­rzy­sty, prze­ni­kal­ny dla re­flek­sji, wol­ny od mrocz­nych za­leż­no­ści, od nie­zba­da­nych wy­ro­ków Re­al­ne­go.

W isto­cie dla Ber­ma­na my­śle­nie jako ta­kie moż­li­we jest tyl­ko w epo­ce no­wo­cze­snej. Przed­tem sub­stan­cja my­śli nie była do­sta­tecz­nie lot­na, do­sta­tecz­nie ver­dampft, by móc po­ru­szać się z rów­ną swo­bo­dą w nowo od­sło­nię­tym ży­wio­le moż­li­wo­ści. Stąd u Ber­ma­na mało od­nie­sień do phi­lo­so­phia pe­ren­nis; praw­dzi­wa myśl za­czy­na się wraz z ce­zu­rą mo­der­ni­tas, któ­ra usta­na­wia cał­ko­wi­cie nową epo­kę w dzie­jach, kie­dy to my­śle­nie od­waż­nie od­sła­nia „rze­czy­wi­ste wa­run­ki ży­cia”, ale po to tyl­ko, by je zmie­nić. Przed­tem myśl tyl­ko in­ter­pre­to­wa­ła i jed­na­ła się z tym, co za­sta­ne – te­raz, w epo­ce no­wo­cze­snej, my­śle­nie po raz pierw­szy kreu­je pro­jek­ty, w któ­rych cen­trum stoi ludz­kie ży­cie wi­dzia­ne w per­spek­ty­wie „nie­skoń­czo­ne­go roz­wo­ju”.

Mar­shall Ber­man nie­ustan­nie de­kla­ru­je swo­ją przy­na­leż­ność do tej mo­der­ni­stycz­nej vi­sio­na­ry com­pa­ny, a jed­no­cze­śnie wciąż do niej za­pra­sza: swo­ich czy­tel­ni­ków, słu­cha­czy i uczniów z CUNY, tego naj­bar­dziej stre­etwi­se z no­wo­jor­skich uni­wer­sy­te­tów, na któ­ry stu­den­ci przy­cho­dzą do­kład­nie pro­sto „z uli­cy”, by po raz pierw­szy od­kryć ma­gicz­ną moż­li­wość, jaką jest „my­śle­nie” (jed­nym sło­wem, ab­so­lut­ne prze­ci­wień­stwo ame­ry­kań­skiej Ligi Blusz­czo­wej, gdzie, tak jak we wszyst­kich in­nych kor­po­ra­cjach na świe­cie, nikt już my­śle­nia ani nie od­kry­wa, ani nie upra­wia). Wszyst­kie jego tek­sty peł­ne są bio­gra­ficz­nych od­nie­sień – jak po raz pierw­szy spo­tkał (to waż­ne sło­wo dla Ber­ma­na) Mark­sa, Lu­kac­sa, Ben­ja­mi­na i ja­kim ob­ja­wie­niem (to też waż­ne sło­wo) były dla nie­go mark­sow­skie Rę­ko­pi­sy alboHi­sto­ria i świa­do­mość kla­so­wa. My­śle­nie jest tu ży­ciem, ży­cie jest my­śle­niem, w czym bar­dzo przy­po­mi­na swe­go ziom­ka z Bronk­su Ha­rol­da Blo­oma, któ­ry rów­nież de­kla­ru­je, że nie ma dla nie­go ży­cia poza roz­my­śla­niem o li­te­ra­tu­rze, zwłasz­cza mo­der­ni­stycz­nej. Jego ese­je to więc jed­no­cze­śnie mo­del eg­zy­sten­cjal­ny, po­ka­zu­ją­cy, na czym po­le­ga ży­cie praw­dzi­we­go mo­der­ni­sty; jako „ma­larz ży­cia no­wo­cze­sne­go” Ber­man sam jest jego naj­bar­dziej wi­tal­ną czę­ścią.

Ta­niec z Mark­sem

Pa­sją ber­ma­now­skie­go my­śle­nia jest Marks. Nie mark­sizm, lecz Marks. Ka­rol Marks, czło­wiek i pi­sarz, je­den z naj­więk­szych mo­der­ni­stów wszech cza­sów, któ­re­go Ber­man sta­wia obok Mal­lar­me­go, Joy­cea i Kaf­ki. Marks hu­ma­ni­stycz­ny, pe­łen „zmy­sło­we­go cie­pła i du­cho­wej głę­bi”4, jesz­cze nie­prze­sło­nię­ty przez ma­chi­nę ter­ro­re­tycz­ną, w któ­rej ter­ror teo­rii w jej naj­zim­niej­szym man­da­ryń­skim wy­da­niu a la Al­thus­ser zdo­mi­nu­je i wy­prze wszyst­ko, co ludz­kie. Marks, au­tor tak ro­man­tycz­no-hu­ma­ni­stycz­nych Rę­ko­pi­sów i już bar­dziej od­cza­ro­wa­ne­go Ka­pi­ta­łu, któ­re to dzie­ła czy­ta Ber­man jako wi­zjo­ner­skie od­sło­ny, peł­ne pre­cy­zyj­nych wglą­dów w na­tu­rę ży­cia no­wo­cze­sne­go na mia­rę Szek­spi­ra i Dic­ken­sa, lecz już znacz­nie mniej sta­bil­ne w sfe­rze pro­jek­tów. Czy­li, jak su­ge­ru­je ty­tuł jed­ne­go z ese­jów, ro­bią­cy alu­zję do zna­ne­go wier­sza Yeat­sa: Marks tan­cerz, któ­re­go da się mimo wszyst­ko od­róż­nić od tań­ca zwa­ne­go mark­si­zmem. Wię­cej jesz­cze: Marks na­praw­dę tań­czą­cy – Marks za­ko­cha­ny, Marks zmy­sło­wy, Marks upo­jo­ny ero­ty­ką, Marks zde­gu­sto­wa­ny pry­mi­ty­wi­zmem „wol­nej mi­ło­ści” pa­ry­skich ko­mu­nar­dów, Marks po­żą­da­ją­cy cie­pła sto­sun­ków mię­dzy­ludz­kich, od któ­rych za­wsze czuł się od­dzie­lo­ny, Marks pra­gną­cy szczę­ścia. Czy­li Marks fau­stycz­ny, Marks wcie­lo­ny i ro­bią­cy uży­tek ze swo­je­go cia­ła – a nie tyl­ko i nie przede wszyst­kim Marks jako „ka­mien­ne spoj­rze­nie” teo­rii, któ­re zgod­nie z mark­si­stow­ską ha­gio­gra­fią uj­rza­ło no­wo­cze­sność na spo­sób nie­mal bo­ski, poza uwa­run­ko­wa­niem przez ide­olo­gię.

Sta­łą am­bi­cją Ber­ma­na, któ­ra ujaw­ni­ła się już w jego pierw­szej waż­nej książ­ce, All That Is So­lid Melts into Air, jest do­ko­nać syn­te­zy Mark­sa jako kla­sy­ka mo­der­ni­za­cji z mo­der­ni­stycz­ną tra­dy­cją li­te­rac­ką, przy pew­nym wy­mi­nię­ciu mark­si­zmu jako teo­rii trak­tu­ją­cej Mark­sa wy­łącz­nie jako „fi­lo­zo­fa ak­tu­al­no­ści”. W naj­waż­niej­szym ese­ju książ­ki, bę­dą­cym czymś w ro­dza­ju se­qu­ela do po­przed­niej książ­ki, Wszyst­ko, co sta­łe, roz­pły­wa się w po­wie­trzu: Marks, mo­der­nizm i mo­der­ni­za­cja, Ber­man tak oto opi­su­je ową mel­ting vi­sion, któ­rą ewo­ku­je słyn­na fra­za z Ma­ni­fe­stu ko­mu­ni­stycz­ne­go: „Al­les Ste­hen­de und Stän­di­sche ver­dampft” –

Ko­smicz­na ska­la i wi­zjo­ner­ska wiel­kość tego ob­ra­zu, jego nie­zmier­nie skon­den­so­wa­na i dra­ma­tycz­na siła, jego nie­wy­raź­nie apo­ka­lip­tycz­ny pod­tekst, wie­lo­znacz­ność jego punk­tu wi­dze­nia – cie­pło, któ­re nisz­czy, jest rów­nież nad­mia­rem ener­gii, za­le­wem ży­cia – wszyst­kie te ce­chy mają rze­ko­mo być zna­ka­mi roz­po­znaw­czy­mi mo­der­ni­stycz­nej wy­obraź­ni. Są to tego ro­dza­ju rze­czy, któ­re spo­dzie­wa­my się spo­tkać u Rim­bau­da, Nie­tz­sche­go, Ril­ke­go albo Yeat­sa „Wszyst­ko w roz­pa­dzie, w od­środ­ko­wym wi­rze”.5

I chwi­lę póź­niej:

Tak więc w pierw­szej czę­ści Ma­ni­fe­stu Marks przed­sta­wia prze­ci­wień­stwa, któ­re będą kształ­to­wać i wpra­wiać w ruch kul­tu­rę mo­der­ni­zmu w nad­cho­dzą­cym stu­le­ciu: wą­tek nie­na­sy­co­nych pra­gnień i po­pę­dów, per­ma­nent­nej re­wo­lu­cji, nie­skoń­czo­ne­go roz­wo­ju, nie­ustan­ne­go two­rze­nia i od­na­wia­nia każ­dej sfe­ry ży­cia; oraz jego ra­dy­kal­ną an­ty­te­zę, wą­tek ni­hi­li­zmu, nie­na­sy­co­nej de­struk­cji, wstrzą­sów i prze­si­leń ży­cia, ją­dra ciem­no­ści, gro­zy.6

In­a­czej jed­nak niż Rim­baud, Nie­tz­sche, Ril­ke i Yeats Marks grun­tu­je swo­ją „top­nie­ją­cą wi­zję” w re­al­nych prze­mia­nach spo­łecz­no-eko­no­micz­nych, nie po­zwa­la­jąc, by mo­der­ni­stycz­ny kwiat zbun­to­wał się prze­ciw swym mo­der­ni­za­cyj­nym ko­rze­niom. Tak za­tem, jak Mark­so­wi przy­da­je się po­wi­no­wac­two z wy­bo­ru z naj­więk­szy­mi po­eta­mi no­wo­cze­sno­ści, wy­chwa­la­ją­cy­mi na­dob­fi­tość ży­cia uwol­nio­ne­go z oko­wów fał­szy­wych ko­niecz­no­ści – tak też po­etom tym na­le­ży się przy­po­mnie­nie, że nie upra­wia­ją oni art for art’s sake, lecz wy­po­wia­da­ją wa­run­ki spo­łecz­nej eg­zy­sten­cji, w któ­rych uczest­ni­czą na rów­ni z po­gar­dza­ny­mi przez sie­bie miesz­czu­cha­mi i nie­wy­edu­ko­wa­nym pro­le­ta­ria­tem.

Ber­ma­na głów­nie jed­nak zaj­mu­je sam Marks i jego mo­der­ni­stycz­na, wy­so­ce dia­lek­ty­cza mel­ting vi­sion „wi­zja roz­pły­wa­nia się”7. Na­tych­mia­sto­wym efek­tem tego sil­ne­go mi­sre­ading Mark­sa (jak­by po­wie­dział zio­mal z Bronk­su Ha­rold Blo­om) jest jego „zmiesz­cza­nie­nie”: prze­su­nię­cie punk­tu cięż­ko­ści z pro­fe­tycz­nych wy­krzyk­ni­ków na te­mat wy­klę­te­go ludu pro­le­ta­riac­kie­go w stro­nę apo­lo­gii no­wo­cze­sne­go „tu i te­raz”, czy­li bur­żu­azji. Jak każ­dy mo­der­ni­sta Marks w opo­wie­ści Ber­ma­na jest człon­kiem kla­sy śred­niej i cała Ber­ma­now­ska ana­li­za tak Ma­ni­fe­stu, jak i Ka­pi­ta­łu sprzy­ja wy­raź­nie do­war­to­ścio­wa­niu miesz­czań­stwa jako nadal naj­bar­dziej re­wo­lu­cyj­nej kla­sy w dzie­jach, któ­ra jako pierw­sza po­ka­za­ła, do cze­go zdol­na jest ludz­ka ak­tyw­ność:

Co za­ska­ku­ją­ce, na na­stęp­nych kil­ku stro­nach – pi­sze Ber­man o kon­struk­cji Ma­ni­fe­stu ko­mu­ni­stycz­ne­go (któ­ry w isto­cie na­le­ża­ło­by na­zy­wać, przy­najm­niej w czę­ście pierw­szej, Ma­ni­fe­stem ka­pi­ta­li­stycz­nym) – wy­da­je się, że Marks nie za­mie­rza grze­bać bur­żu­azji, lecz ją wy­chwa­lać. Pi­sze na­mięt­ną, en­tu­zja­stycz­ną, czę­sto li­rycz­ną po­chwa­łę dzieł, idei i osią­gnięć bur­żu­azji. Istot­nie, na tych stro­nach jego po­chwa­ły prze­wyż­sza­ją zde­cy­do­wa­niem i siłą wszyst­kie pe­any, ja­kie for­mu­ło­wa­li pod jej ad­re­sem przed­sta­wi­cie­le sa­mej bur­żu­azji.8

Pa­ra­doks po­le­ga tu na tym, że naj­więk­szą ofia­rą dia­lek­ty­ki no­wo­cze­sno­ści oka­zu­je się wła­śnie samo miesz­czań­stwo, któ­re jako kla­sa pa­nu­ją­ca nie po­sia­da żad­nej le­gi­ty­mi­za­cji (jak pa­mię­ta­my, wszyst­ko, co sta­łe, w tym każ­de „pra­wo na­tu­ral­ne” uza­sad­nia­ją­ce do­mi­na­cję jed­nej kla­sy nad dru­gą, w mię­dzy­cza­sie wy­pa­ro­wa­ło…), dla­te­go też w zgo­dzie z wła­sną ide­olo­gią po­win­no znieść wa­run­ki spo­łecz­ne opar­te na nie­rów­no­ści i pa­no­wa­niu. To za­tem, co de­cy­du­je o wiel­kiej po­chwa­le bur­żu­azji u Mark­sa, jest jed­no­cze­śnie tym, co bur­żu­azję w koń­cu naj­praw­do­po­dob­niej „po­grze­bie” – jak twier­dzi Ber­man, wy­łącz­nie dla jej wła­sne­go do­bra.

Ber­man sku­pia się na zja­wi­sku, któ­re już Gy­or­gy Lu­kacs w Hi­sto­rii i świa­do­mo­ści kla­so­wej na­zwał „an­ty­no­mia­mi my­śli miesz­czań­skiej”: po­kła­da na­dzie­ję nie tyle w re­wo­lu­cyj­nej sile out­si­de­ra, czy­li pro­le­ta­ria­tru, ile ra­czej w au­to­su­bwer­syw­nych ten­den­cjach sa­mej bur­żu­azji i ka­pi­ta­li­zmu jako for­ma­cji we­wnętrz­nie sprzecz­nej i nie­sta­bil­nej. Pi­sze więc: „Ka­pi­ta­lizm jest prze­ra­ża­ją­cy wła­śnie dla­te­go, że wspie­ra ludz­ką ener­gię, spon­ta­nicz­ne uczu­cie, roz­wój czło­wie­ka tyl­ko po to, by je zmiaż­dżyć, oszczę­dza­jąc nie­licz­nych zwy­cięz­ców na szczy­cie”9.

„Pro­blem z ka­pi­ta­li­zmem po­le­ga na tym, że tu­taj po­dob­nie jak gdzie in­dziej nisz­czy on ludz­kie moż­li­wo­ści, któ­re sam two­rzy. Wspie­ra, a w isto­cie wy­mu­sza sa­mo­roz­wój wszyst­kich – jed­nak ludz­ki roz­wój może być tyl­ko ogra­ni­czo­ny i znie­kształ­co­ny”10. „[Bur­żu­azja], ta naj­bar­dziej kre­atyw­na kla­sa, od­ci­na się od swo­jej wła­snej kre­atyw­no­ści”11. Albo jesz­cze w in­nym miej­scu: „Spo­łe­czeń­stwo bur­żu­azyj­ne trak­tu­je swo­ich ro­bot­ni­ków jak przed­mio­ty, a jed­nak roz­wi­ja ich pod­mio­to­wość”12. No­wo­cze­sne miesz­czań­stwo two­rzy kon­cep­cję jed­nost­ko­wej eman­cy­pa­cji, praw czło­wie­ka, od­kry­wa nie­zna­ne do­tąd głę­bie du­cho­we in­dy­wi­du­um w ro­man­tycz­nej teo­rii Bil­dung, otwie­ra na­dzie­je na nie­skoń­czo­ny sa­mo­roz­wój i zin­dy­wi­du­ali­zo­wa­ne dą­że­nie do szczę­ścia, de­cy­du­je się na obłęd­ne ry­zy­ko „in­no­wa­cji przez per­ma­nent­ną au­to­de­struk­cję” – a jed­no­cze­śnie od­bie­ra so­bie wol­ność w „ka­pi­ta­li­stycz­nej re­li­gii”, w któ­rej kła­nia się no­we­mu bó­stwu praw ryn­ku trak­to­wa­nych z rów­nym na­bo­żeń­stwem co nie­gdy­siej­sze pra­wa bo­skie. „Fik­cja Pra­wa Na­tu­ral­ne­go – któ­ra wy­ko­rzy­stu­je wszyst­kie wie­lo­znacz­no­ści za­rów­no «na­tu­ry», jak i «pra­wa» i za spra­wą któ­rej dys­kurs opi­so­wy i nor­ma­tyw­ny ule­ga­ją roz­ma­za­niu – z nie­zmier­ną siłą przy­ku­wa lu­dzi do ich ról”13 – pi­sze Ber­man, wska­zu­jąc na sa­mo­ogra­ni­cza­ją­cy się cha­rak­ter bur­żu­azyj­nej re­wo­lu­cji, któ­ra roz­po­czy­na się od ulot­nie­nia wszyst­kie­go, co obo­wią­zu­ją­ce, by chwi­lę póź­niej za­trzy­mać się na od­two­rze­niu sztyw­nej gra­ni­cy prze­strze­ga­nej w for­mie iście re­li­gij­ne­go kul­tu. Roz­dział o fe­ty­szy­zmie to­wa­ro­wym z Ka­pi­ta­łu po­ka­zu­je tę dru­gą, „kul­to­wą” stro­nę bur­żu­azyj­nej dzia­ła­no­ści eko­no­micz­nej, w któ­rej – jak to póź­niej uj­mie Ben­ja­min w swo­im słyn­nym ese­ju – ka­pi­ta­lizm, nie­gdyś siła wszech­pro­fa­nu­ją­ca, sam wy­stę­pu­je jako nowa re­li­gia14. Fa­na­tyzm, z ja­kim ka­pi­ta­li­sta aku­mu­lu­je ka­pi­tał i z ja­kim fe­ty­szy­zu­je war­tość do­dat­ko­wą, któ­ra sa­kra­li­zu­je wy­two­rzo­ny prze­zeń to­war, jest zda­niem Mark­sa ści­śle re­li­gij­ne­go po­cho­dze­nia: wy­ka­zu­je wszyst­kie ce­chy uza­leż­nie­nia ludz­kie­go umy­słu od jego wła­sne­go wy­two­ru, któ­ry się wy­alie­no­wał od swe­go twór­cy. O ile jed­nak Marks (po­dob­nie jak cała mark­si­stow­ska or­to­dok­sja) uwa­ża miesz­czań­stwo za for­ma­cję sprzecz­ną bez­płod­nie i ja­ło­wo, na za­wsze ska­za­ną na qu­asi-re­li­gij­ną służ­bę wy­ob­co­wa­ne­mu bó­stwu Ka­pi­ta­łu, i in­we­stu­je w nową kla­sę, pro­le­ta­riat – o tyle Ber­man lo­ku­je swo­je na­dzie­je w bur­żu­azji wła­śnie, są­dząc, że roz­sa­dza­ją­ce je na­pię­cie do­pro­wa­dzi w koń­cu do zwy­cię­stwa ten­den­cji pro­fa­na­cyj­nej. A wów­czas, jak twier­dzi, na­stą­pi przej­ście od ka­pi­ta­li­zmu jako re­li­gij­nej he­te­ro­no­mii do ka­pi­ta­li­zmu jako au­to­no­mii sa­mo­re­ali­za­cji, gdzie…

Lu­dzie nie czu­ją się już zmu­sze­ni do speł­nia­nia nie­koń­czą­cych się żą­dań ob­cej Woli – są wol­ni przy­najm­niej na tyle, żeby my­śleć o so­bie. Jed­nak, po­wia­da Marks, mimo tego wszyst­kie­go „pra­gnie­nie za­ba­wy” w jego czy­stej for­mie, gdy tyl­ko zo­sta­nie roz­nie­co­ne, nig­dy nie może zo­stać stłu­mio­ne; dla­te­go lu­dzie nig­dy nie po­zwo­li­li­by, by ich wol­ność znów cał­ko­wi­cie zni­kła, a „fau­stow­ski kon­flikt” – bę­dzie trwał i mo­dy­fi­ko­wał ka­pi­ta­lizm tak dłu­go, jak on sam bę­dzie trwał.15

Ta in­we­sty­cja w no­wo­cze­sne miesz­czań­stwo, któ­re w koń­cu roz­wią­że fau­stow­ski dy­le­mat – „Dwie du­sze żyją w pier­si mej!” – na rzecz swo­bod­ne­go po­szu­ki­wa­nia szczę­ścia, to naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­ny rys Ber­ma­now­skiej in­ter­pre­ta­cji Mark­sa, naj­sil­niej chy­ba od­da­la­ją­cy ją od kla­sycz­nej mark­si­stow­skiej or­to­dok­sji, wiecz­nie po­szu­ku­ją­cej out­si­de­ra i al­ter­na­ty­wy dla bur­żu­azji16. Po­dob­nie jak Ad­or­no i Hor­khe­imer, któ­rzy w Dia­lek­ty­ce oświe­ce­nia de­kla­ru­ją, że będą bro­nić oświe­ce­nia przed nim sa­mym, od­wo­łu­jąc się do jego lep­szej, „obie­ca­nej” wi­zji, tak samo u Ber­ma­na Marks „ma na­dzie­ję na za­le­cze­nie ran no­wo­cze­sno­ści dzię­ki peł­niej­szej i głęb­szej mo­der­ni­za­cji”17. Chce oca­lić mo­der­ni­tas przez prze­pra­co­wa­nie – iście freu­dow­skie Dur­char­be­iten – skon­flik­to­wa­nej we­wnętrz­nie psy­che je­dy­nej kla­sy bę­dą­cej rze­czy­wi­stym no­śni­kiem no­wo­cze­snej dy­na­mi­ki, czy­li bur­żu­azji. Marks Ber­ma­na nie jest więc jed­no­li­cie „le­wac­ki”; jest w nim tak­że spo­ra doza „ro­man­tycz­ne­go li­be­ra­li­zmu”, z któ­rym Ber­ma­no­wi (za jego na­uczy­cie­lem Lio­nel­lem Tril­lin­giem) bar­dzo po dro­dze. Nie­chęt­ny wszel­kie­mu ko­lek­ty­wi­zmo­wi, któ­ry, jak są­dzi, znisz­czył mark­si­stow­ską or­to­dok­sję, Ber­man usi­łu­je wy­ło­wić z Mark­sa aspekt hu­ma­ni­stycz­ny, ro­dem z nie­miec­kie­go ro­man­ty­zmu:

Tym, co tak bar­dzo ude­rzy­ło mnie w ese­jach Mark­sa z 1844 roku – pi­sze w ese­ju po­świę­co­nym jego od­kry­ciu wcze­snych rę­ko­pi­sów Mark­sa – a cze­go w ogó­le się nie spo­dzie­wa­łem, była jego wraż­li­wość na jed­nost­kę. Te wcze­sne ese­je wy­ra­ża­ją kon­flikt mię­dzy Bil­dung i wy­alie­no­wa­ną pra­cą. Bil­dung jest pod­sta­wo­wą ludz­ką war­to­ścią w li­be­ral­nym ro­man­ty­zmie… obej­mu­je ono całą ro­dzi­nę idei ta­kich, jak „su­biek­tyw­ność”, „od­na­le­zie­nie sa­me­go sie­bie”, „do­ra­sta­nie”, „toż­sa­mość”, „sa­mo­roz­wój” i „sta­wa­nie się tym, kim się jest”. Marks sy­tu­uje ten ide­ał w hi­sto­rii no­wo­żyt­nej i przed­sta­wia teo­rię sy­tu­ują­cą go w kon­tek­ście spo­łecz­nym.18

Ber­ma­now­ski Marks sie­dzi więc bar­dzo moc­no w oko­pach miesz­czań­skie­go hu­ma­ni­zmu, z jego fla­go­wym po­ję­ciem Bil­dung, któ­re to­wa­rzy­szy eu­ro­pej­skiej bur­żu­azji nie­prze­rwa­nie od Go­ethe­go po Ror­ty’ego, od Wil­hel­ma Me­istra po Iro­nię, przy­god­ność, so­li­dar­ność. Miesz­czań­ska Bil­dung poj­mo­wa­na jest prze­zeń cał­ko­wi­cie de­mo­kra­tycz­nie (jak traf­nie za­uwa­ża, praw­dzi­wym mi­strzem bil­dung­sro­man jest Bru­ce Spring­ste­en): każ­dy może zo­stać człon­kiem kla­sy śred­niej, któ­ra „robi się sama”; każ­dy może pod­jąć ten wy­si­łek sa­mo­sta­no­wie­nia w pro­jek­cie „nie­skoń­czo­ne­go sa­mo­roz­wo­ju”; i każ­dy może opu­ścić tra­dy­cjo­nal­ne pie­le­sze „idio­ty­zmu ży­cia wiej­skie­go”, by stać się miesz­czań­skim mo­der­ni­stą, któ­re­go ży­wio­łem jest my­śle­nie. Bur­żu­azja musi tyl­ko zro­zu­mieć, czym jest, czy­li naj­bar­dziej re­wo­lu­cyj­ną kla­są w dzie­jach, dla któ­rej ka­pi­ta­lizm jest na­rzę­dziem, nie pa­nem; za­miast imi­to­wać feu­dal­ną ary­sto­kra­cję, musi przy­jąć w peł­ni świa­do­mie toż­sa­mość, jaką pro­jek­tu­je dla niej Marks w Ma­ni­fe­ście.

W Ber­ma­now­skim uję­ciu Mark­sa nie znaj­dzie­my więc śla­du an­ty­hu­ma­ni­zmu, tak ty­po­we­go dla sys­te­ma­tycz­nej ter­ror-the­ory spod zna­ku Lu­kác­sa czy Al­thus­se­ra. Nie znaj­dzie­my go, choć­by dla­te­go, że Ber­man nie wi­dzi naj­mniej­sze­go po­wo­du, by no­wo­cze­sne my­śle­nie mia­ło pod­da­wać się wy­mo­gom rze­czy­wi­sto­ści ka­pi­ta­li­stycz­nej. An­ty­hu­ma­nizm jest bo­wiem do­kład­nie tym, cze­go chce ka­pi­ta­lizm jako wy­alie­no­wa­na ma­chi­na pa­seu­do­na­tu­ra­li­stycz­nych praw: „au­to­ma­tu [któ­ry] po­sia­da w oso­bie ka­pi­ta­li­sty świa­do­mość i wolę – śro­dek pra­cy jest więc oży­wio­ny dąż­no­ścią, aby zre­du­ko­wać do mi­ni­mum opór prze­ciw­dzia­ła­ją­cej mu, lecz ela­stycz­nej na­tu­ry ludz­kiej”19. De­hu­ma­ni­za­cja współ­cze­snej „fi­lo­zo­fii ak­tu­al­no­ści” – li­nia cią­gną­ca się w póź­no­no­wo­cze­snej my­śli od Nie­tz­sche­go, przez He­ideg­ge­ra, po Al­thus­se­ra i De­leu­ze’a, La­ca­na i Ži­žka – oka­zu­je się tu alie­na­cyj­ną ten­den­cją sa­me­go ka­pi­ta­li­zmu, któ­rej prze­ciw­sta­wić się może tyl­ko jed­na ba­rie­ra, wpraw­dzie pla­stycz­na, ale jed­nak sta­wia­ją­ca opór: czło­wiek.

Jako mark­sow­ski hu­ma­ni­sta Ber­man nie ma ani zro­zu­mie­nia, ani cier­pli­wo­ści dla ca­łej XX-wiecz­nej my­śli, któ­ra, jak są­dzi, ule­gła „re­li­gii ka­pi­ta­li­stycz­nej”, po­rzu­ca­jąc czło­wie­ka albo dla au­to­ma­tów, albo dla Über­men­scha – tego, co nie­ludz­kie i po­nad­ludz­kie – a co w isto­cie wy­cho­dzi na jed­no. Już we Wszyst­ko, co sta­łe, roz­pły­wa się w po­wie­trzu so­li­da­ry­zo­wał się z Du­chem Zie­mi, któ­ry na­śmie­wa się z Fau­sta, że ten już ma­rzy o by­ciu isto­tą nad­ludz­ką, kie­dy jesz­cze tak na­praw­dę nig­dy nie stał się czło­wie­kiem. Tak samo w tej książ­ce. W ese­ju o Iza­aku Ba­blu Ber­man świet­nie wy­chwy­tu­je nie­tz­sche­ań­ski mo­ment no­wo­cze­snej po­li­ty­ki, ja­kim jest „wy­wo­ły­wa­nie bar­ba­rzyń­ców”: kar­na­wa­ło­wy flirt z prze­mo­cą, któ­ry zno­si me­lan­cho­lij­ną, we­wnętrz­nie skon­flik­to­wa­ną świa­do­mość miesz­czu­cha, by za­stą­pić ją, choć­by na mo­ment, sil­ną i bez­re­flek­syj­ną wolą pło­wej be­stii, zdol­ną do każ­de­go, naj­bar­dziej na­wet gwał­tow­ne­go aktu. I pod­czas gdy Ži­žek i Ba­diou będą nas dziś prze­ko­ny­wać, że ten ro­dzaj „no­wych na­ro­dzin” (bo jest to po pro­stu qu­asi-re­li­gij­na for­mu­ła born aga­in) do­pie­ro daje ak­ces do praw­dzi­wej su­biek­tyw­no­ści, okre­ślo­nej od­tąd tyl­ko przez fa­na­tycz­ne od­da­nie Spra­wie, Ber­man spo­koj­nie weź­mie stro­nę Ba­bla, któ­ry wy­le­czył się z fa­scy­na­cji pro­stą siłą i do­ce­nił kom­pli­ka­cje miesz­czań­skie­go pod­mio­tu, le­piej czu­ją­ce­go się w ży­wio­le wąt­pli­wo­ści niż w sta­nie wier­no­pod­dań­czej in­ter­pe­la­cji.

W ese­ju Od Pa­ry­ża po Gdańsk ten an­ty­fa­na­tycz­ny ton jest jesz­cze wy­ra­zist­szy. Ber­man kry­ty­ku­je tu Ja­me­sa Bil­ling­to­na i jego Fire in the Minds of Men za in­fan­tyl­ną re­wo­lu­cyj­ną eg­zal­ta­cję, któ­ra każe mu za­chwy­cać się Le­ni­nem jako „naj­bar­dziej mę­skim z re­for­ma­to­rów” zdol­nym do „na­głej chłod­nej de­per­so­na­li­za­cji”20. Gdy dia­gno­zu­je ten typ re­wo­lu­cyj­no­ści jako „de­spe­rac­ki skok w jed­no­wy­mia­ro­wą wia­rę”21, to jest to jed­no­cze­śnie naj­lep­sza cha­rak­te­ry­sty­ka „le­wi­cy la­ca­now­skiej”, któ­ra dziś prze­ję­ła szta­fe­tę „nie­ludz­kie­go” po Lu­kác­su i Al­thus­se­rze. Tak­że kie­dy pi­sze o Lu­kác­su, choć z wiel­kim sza­cun­kiem i nie­zwy­kłą wprost wy­ro­zu­mia­ło­ścią (ja­kiej oso­bi­ście nie po­dzie­lam), pod­kre­śla fa­na­tycz­no-re­li­gij­ny wy­miar jego „na­wró­ce­nia na ko­mu­nizm”, iro­nicz­nie stwier­dza­jąc, że w ten spo­sób mark­sizm na­ba­wił się swo­je­go Ter­tu­lia­na i Au­gu­sty­na z ich nie­na­ru­szal­nym przez fak­ty cre­do quia ab­sur­dum.

Wszyst­kie te prze­ja­wy de­hu­ma­ni­za­cji, de­per­so­na­li­za­cji i qu­asi-re­li­gij­ne­go sa­mo­ofia­ro­wa­nia, ja­kie Ber­man z nie­po­ko­jem śle­dzi na le­wi­cy, są dla nie­go tyl­ko ko­lej­ny­mi fi­gu­ra­mi ka­pi­ta­li­stycz­nej alie­na­cji, je­dy­nie wzma­ga­ją­cy­mi naj­gor­sze an­ty­hu­ma­ni­stycz­ne ten­den­cje ka­pi­ta­li­zmu; w żad­nym zaś sen­sie nie mogą one sta­no­wić opar­cia dla sen­sow­nej sub­wer­sji. Po­wra­ca­jąc do od­wiecz­nej for­mu­ły wier­no­pod­dań­cze­go od­da­nia, grze­bią one to, co naj­cen­niej­sze w re­wo­lu­cji no­wo­cze­sno­ści: od­wa­gę my­śle­nia, któ­re wy­po­wie­dzia­ło woj­nę wszel­kiej alie­na­cji, nie chcąc już wię­cej słu­żyć – ani Bogu, ani Ob­cej Woli, ani Par­tii, ani Spra­wie. Je­dy­nym slo­ga­nem no­wo­cze­sne­go pod­mio­tu jest i ma po­zo­stać: non se­rviam! Każ­dy ro­dzaj służ­by, upodmio­to­wie­nia przez pod­da­nie (su­je­tion, jak ma­wia La­can, pod­kre­śla­jąc tę dwu­znacz­ność) – czy to bo­gom ryn­ku, czy bo­skiej spra­wie re­wo­lu­cji – je­dy­nie za­wra­ca nas z dro­gi mo­der­ni­tas. A tego Ber­man, wier­ny pierw­sze­mu wiel­kie­mu en­tu­zja­ście no­wo­cze­sno­ści Mark­so­wi, ab­so­lut­nie nie chce.

Ży­cie w am­bi­wa­len­cji

Tyl­ko za­tem sta­wia­jąc na miesz­czań­ski hu­ma­nizm, moż­na li­czyć na za­ostrze­nie „kul­tu­ro­wych sprzecz­no­ści ka­pi­ta­li­zmu”, któ­re, jak ma na­dzie­ję Ber­man, w koń­cu do­pro­wa­dzi obec­ną for­ma­cję do ożyw­cze­go kry­zy­su22. Nie zna­czy to jed­nak, że pro­jekt ten jest wol­ny od wąt­pli­wo­ści. Dla Ber­ma­na praw­dzi­wym ży­wio­łem no­wo­cze­sne­go my­śle­nia jest am­bi­wa­len­cja – pięk­no i gro­za, tre­men­dum et fa­sci­nans – któ­rej pa­ra­dy­gam­tycz­nym prze­ja­wem jest wła­śnie myśl Mark­sa re­pre­zen­tu­ją­ca „szcze­gól­ny ro­dzaj ludz­kie­go do­świad­cze­nia, od­mien­ny od co­dzien­ne­go ży­cia, ra­do­sny, wy­zwa­la­ją­cy, przej­mu­ją­cy, ale za­ra­zem pro­ble­ma­tycz­ny, nie­po­ko­ją­cy i nie­bez­piecz­ny”23.

Choć ob­da­rzo­ny nie­spo­ży­tym opty­mi­zmem woli, Ber­man jest mimo wszyst­ko pe­sy­mi­stą in­te­lek­tu i nie może nie do­strzec, jak bar­dzo pro­jekt mark­sow­ski uwi­kła­ny jest w an­ty­no­mie, któ­re wszyst­kie cier­pli­wie wy­li­cza. Tak oto Marks twier­dzi, że ka­pi­ta­lizm jest for­ma­cją, któ­ra żywi się kry­zy­sa­mi i ka­ta­stro­fa­mi, a jed­no­cze­śnie jest prze­ko­na­ny, że ja­kaś przy­szła po­stać kry­zy­su osta­tecz­ne­go ka­pi­ta­lizm znisz­czy. Marks dia­gno­zu­je no­wo­cze­sność jako epo­kę nie­skoń­czo­ne­go sta­wa­nia się, a jed­no­cze­śnie są­dzi, że ko­mu­nizm, któ­ry na­sta­nie po ka­pi­ta­li­zmie, bę­dzie for­ma­cją trwa­łą i nie­prze­mi­jal­ną. Marks fa­scy­nu­je się ulat­nia­ją­cą wszyst­ko sub­li­ma­cją no­wo­cze­snych pro­ce­sów, a jed­no­cze­śnie pro­jek­tu­je „ide­al­ne” spo­łe­czeń­stwo, któ­re, jak każ­dy „ko­niec hi­sto­rii”, bę­dzie mu­sia­ło wy­ga­sić całą tę pięk­ną ne­ga­tyw­ność i jej ruch. Marks wie­rzy w po­tę­gę „czło­wie­ka na­gie­go”, me­ta­fi­zycz­nie bez­dom­ne­go i wy­ko­rze­nio­ne­go, a jed­no­cze­śnie gło­si po­chwa­łę no­we­go ko­lek­ty­wu o na­der nie­pew­nych pod­sta­wach, bo nie wia­do­mo skąd zin­dy­wi­du­ali­zo­wa­ny pod­miot no­wo­cze­sny miał­by wziąć „po­trze­bę wspól­no­to­we­go cie­pła”, któ­ra nie by­ła­by tyl­ko re­ak­cyj­no-kon­ser­wa­tyw­ną no­stal­gią. Marks wy­zna­je po­wrót do so­lid­nej war­to­ści użyt­ko­wej w ko­mu­ni­stycz­nym świe­cie, któ­ry, jak są­dzi, prze­zwy­cię­ży ka­pi­ta­li­stycz­ny ni­hi­lizm roz­pusz­cza­ją­cy każ­dą war­tość w grze wy­mia­ny i zy­sku, a jed­no­cze­śnie nie daje żad­nej gwa­ran­cji, że ko­mu­nizm nie oka­że się jesz­cze bar­dziej „wy­bu­cho­wy i nisz­czą­cy niż jego bur­żu­azyj­ny po­przed­nik”24. Marks wy­gła­sza jed­no­znacz­ną apo­lo­gię no­wo­cze­snej pro­fa­na­cji jako utra­ty fał­szy­wej aury, któ­ra odar­ła ze świę­tych halo każ­dy aspekt ludz­kie­go ży­cia, a jed­no­cze­śnie od­da­je się ro­man­tycz­nym mrzon­kom na te­mat pro­le­ta­ria­tu, któ­ry w jego wi­zji po­zo­sta­je szla­chet­nym out­si­de­rem no­wo­żyt­nych prze­mian.

Czy wy­li­czan­ka ta wy­star­czy, by po­rzu­cić myśl Mark­sa jako dys­funk­cjo­nal­ną i nie­na­da­ją­cą się do na­pra­wy? Ab­so­lut­nie nie. To bo­wiem tyl­ko prób­ka tego lot­ne­go ży­wio­łu am­bi­wa­len­cji, w któ­rym z ko­niecz­no­ści po­ru­sza się no­wo­cze­sne my­śle­nie:

Wiel­kim da­rem, jaki może nam dziś dać [Marks] – kon­klu­du­je Ber­man – jest moim zda­niem nie tyle wyj­ście ze sprzecz­no­ści no­wo­cze­sne­go ży­cia, ile pew­niej­sze i głęb­sze doj­ście do tych sprzecz­no­ści. Wie­dział on, że wyj­ście poza te sprzecz­no­ści bę­dzie mu­sia­ło pro­wa­dzić przez no­wo­cze­sność, a nie poza nią. Wie­dział, że mu­si­my za­cząć tam, gdzie się znaj­du­je­my: psy­chicz­nie ogo­ło­ce­ni, odar­ci ze wszyst­kich re­li­gij­nych, es­te­tycz­nych, mo­ral­nych au­re­oli i sen­ty­men­tal­nych za­słon, zda­ni na na­szą in­dy­wi­du­al­ną wolę i ener­gię, zmu­sze­ni do wy­ko­rzy­sty­wa­nia się na­wza­jem i wy­ko­rzy­sty­wa­nia nas sa­mych, aby prze­trwać; a jed­nak – po­mi­mo tego wszyst­kie­go – mio­ta­ni ra­zem przez te same siły, któ­re nas roz­dzie­la­ją, mgli­ście zda­ją­cy so­bie spra­wę z tego wszyst­kie­go, czym mo­że­my ra­zem być, go­to­wi do­sto­so­wać się, by uchwy­cić nowe ludz­kie moż­li­wo­ści, by stwo­rzyć toż­sa­mo­ści i wza­jem­ne wię­zi, któ­re mogą nam po­móc trzy­mać się ra­zem, gdy su­ro­we po­wie­trze no­wo­cze­sno­ści prze­ni­ka nas na wy­lot swo­imi go­rą­cy­mi i zim­ny­mi sma­gnię­cia­mi.25

Bez wzglę­du więc na to, jak bar­dzo cią­gnę­ło­by nas do pro­sto­ty – tak no­stal­gicz­nie, jak i pro­gre­syw­nie – mu­si­my oprzeć się tej po­ku­sie i na­uczyć się my­śleć dia­lek­tycz­nie: nie tyl­ko na po­zio­mie teo­rii, ale na co dzień, ko­lo­kwial­nie i prak­tycz­nie. Am­bi­wa­len­cja, nie­gdyś do­stęp­na tyl­ko naj­wyż­szym mo­der­ni­stom z ich ezo­te­rycz­ny­mi „sied­mio­ma stop­nia­mi dwu­znacz­no­ści”26, musi stać się ży­wio­łem my­śle­nia co­dzien­ne­go – ba, ma­so­we­go – któ­re przy­bli­ży je­dy­ne w swo­im ro­dza­ju do­świad­cze­nie no­wo­cze­sno­ści wszyst­kim jej uczest­ni­kom, nie tyl­ko en­tu­zja­stom, ale też nie­świa­do­mym pa­sa­że­rom za­pę­dzo­nym do tego po­cią­gu bez ich woli i wie­dzy. Twór­czość Ber­ma­na jest ta­kim wła­śnie cier­pli­wym wy­sił­kiem prze­kła­du: prze­no­sze­nia am­bi­wa­lent­nych prze­słań no­wo­cze­sno­ści z mo­der­ni­stycz­ne­go par­na­su w ulicz­ne doły na­szej co­dzien­nej, ma­łej i wiel­kiej, mo­der­ni­za­cji.

PRZEDMOWA

Gdy­by Marks żył dziś

Stał­by na skra­ju gro­bu.

Ran­dy New­man

Kie­dy Co­lin Ro­bin­son z Ver­so pierw­szy raz za­pro­po­no­wał mi wy­da­nie tego zbio­ru ese­jów, mia­łem wąt­pli­wo­ści. Wie­dzia­łem, że moje tek­sty o Mark­sie i mark­si­zmie były cał­kiem nie­złe, ale nie by­łem pe­wien, czy wy­star­cza­ły, żeby zro­bić z nich po­waż­ną książ­kę. Wszyst­kie te ese­je i wy­wia­dy na­gro­ma­dzo­ne przez po­nad trzy de­ka­dy na pierw­szy rzut oka wy­glą­da­ły jak zbiór nie­pa­su­ją­cych do sie­bie wy­cin­ków. Dla­cze­go ten jest krót­ki? A tam­ten dłu­gi? Dla­cze­go pi­szę o Lu­kác­su i Ben­ja­mi­nie, a nie o Ad­or­nie albo Mar­cu­sem? Dla­cze­go Ba­bel a nie Brecht? Dla­cze­go nie ma nic o kul­tu­rze ma­so­wej? Dla­cze­go ani sło­wa o mark­si­zmie ana­li­tycz­nym? Dla­cze­go nic o post­mo­der­ni­zmie? (I tak da­lej, i tak da­lej, i tak da­lej).

Przez więk­szość cza­su przy­cho­dzi­ły mi na myśl tyl­ko do­raź­ne od­po­wie­dzi. Nie­mal wszyst­kie te tek­sty to frag­men­ty, na­pi­sa­łem je na proś­bę re­dak­to­rów, a ich dłu­gość i cha­rak­ter od­po­wia­da mniej wię­cej temu, cze­go wów­czas po­trze­bo­wa­li (choć nie­mal za­wsze da­wa­łem im wię­cej, niż chcie­li). Te od­po­wie­dzi wy­da­ją mi się dość ża­ło­sne. Wy­ro­słem w prze­ko­na­niu, że książ­ka po­win­na sta­no­wić or­ga­nicz­ną ca­łość i wy­pły­wać z głę­bi du­szy au­to­ra. Wła­ści­wie uda­ło mi się na­pi­sać jed­ną taką książ­kę: Wszyst­ko, co sta­łe, roz­pły­wa się w po­wie­trzu: Rzecz o do­świad­cze­niu no­wo­cze­sno­ści. Kie­dy nie po­tra­fi­łem na­pi­sać ko­lej­nej, nie wy­da­wa­łem w ogó­le żad­nych ksią­żek.

Nie cho­dzi o to, że w ogó­le nie pi­sa­łem. Nig­dy nie prze­sta­łem pi­sać, ale nic z tego, co na­pi­sa­łem, nie wy­da­wa­ło mi się wy­star­cza­ją­co świet­ne albo głę­bo­kie, żeby za­słu­żyć na na­zwę „książ­ka”. Jed­nak z upły­wem lat ten ide­alizm wy­da­wał mi się co­raz głup­szy – mia­łem po­czu­cie, że za­pę­dzi­łem się w śle­py za­ułek. Prze­czy­ta­łem wy­star­cza­ją­co dużo, aby wie­dzieć, że ist­nie­je wie­le róż­nych ro­dza­jów do­brych ksią­żek. Au­tor może po­wie­dzieć coś, nie­ko­niecz­nie mó­wiąc wszyst­ko. Książ­ka nie musi być ca­ło­ścią, żeby była do­bra, a pró­by uczy­nie­nia jej ca­ło­ścią mogą pro­wa­dzić do do­pa­so­wy­wa­nia jej do pro­kru­sto­we­go łoża, czy­li po pro­stu do ka­ta­stro­fy. Pró­bo­wa­łem uczyć się od Mark­sa, któ­ry przez pół ży­cia pró­bo­wał uczy­nić ca­ło­ścią Ka­pi­tał i do­pie­ro po pięć­dzie­się­ciu la­tach zro­zu­miał, że to przed­się­wzię­cie ska­za­ne jest na po­raż­kę. (I na­wet wte­dy nie po­tra­fił się za­trzy­mać).

Jako au­tor pi­szą­cy o po­li­ty­ce i kul­tu­rze wie­dzia­łem, jak ka­ta­stro­fal­ne skut­ki ma współ­cze­śnie głód ca­ło­ści; mo­głem po­czuć, jak ten głód od­zy­wa się we mnie, i nie po­tra­fi­łem do­strzec, że nie przy­no­si mi nic do­bre­go. Jak mógł­bym go prze­zwy­cię­żyć? Mó­wi­łem so­bie wie­le róż­nych rze­czy. Pró­bo­wa­łem my­śleć o książ­ce jako for­mie dia­lo­gu i in­te­rak­cji. Je­śli cze­goś bra­ku­je, lu­dzie to do­strze­gą i do­po­wie­dzą, a wte­dy będę mógł im od­po­wie­dzieć, pi­sząc wię­cej ksią­żek; albo też zro­zu­mie­ją źle, a wte­dy na­pi­szę wię­cej ksią­żek, pró­bu­jąc to wy­ja­śnić, wy­ostrzyć, uczy­nić bar­dziej ży­wym, tak żeby na­stęp­nym ra­zem zro­zu­mie­li, a two­rzą­ca się mię­dzy nami che­mia po­mo­że nam pro­wa­dzić na­sze zbio­ro­we ży­cie. Są­dzi­łem, że tyl­ko Bóg może uczy­nić ca­łość – a na­wet „Dzie­sięć przy­ka­zań” za­wsze po­trze­bu­je no­wych ko­men­ta­rzy. My­śla­łem o ca­łej im­po­nu­ją­cej no­wo­cze­snej sztu­ce, któ­ra jest sztu­ką frag­men­tu i wie­lu per­spek­tyw. Po­my­śla­łem: „Już dość!”.

Je­sie­nią 1998 roku w mo­jej gło­wie za­pa­li­ło się coś w ro­dza­ju neo­nu – ty­tuł: PRZY­GO­DY Z MARK­SI­ZMEM. To był spo­sób na ze­bra­nie wszyst­kie­go w jed­ną ca­łość. Przy­wo­ły­wał on mark­sizm jako szcze­gól­ny ro­dzaj ludz­kie­go do­świad­cze­nia, od­mien­ny od co­dzien­ne­go ży­cia, ra­do­sny, wy­zwa­la­ją­cy, przej­mu­ją­cy, ale za­ra­zem pro­ble­ma­tycz­ny, nie­po­ko­ją­cy i nie­bez­piecz­ny. Mia­ło otwar­ty cha­rak­ter: su­ge­ru­je przy­szłość, któ­ra może przy­nieść ze sobą wię­cej mark­si­stow­skich przy­gód. Może te­raz by­łem go­tów po­słać moją książ­kę w świat i niech się dzie­je, co chce.

Chcę po­dzię­ko­wać nie­któ­rym ze wspa­nia­łych lu­dzi, któ­rzy po­mo­gli mi do­trzeć do tego punk­tu. Naj­pierw pró­bo­wa­łem opi­sać łą­czą­ce mnie z nimi związ­ki, ale póź­niej zda­łem so­bie spra­wę, że je­śli na­praw­dę chcę, żeby książ­ka wy­szła te­raz, mu­szą za­do­wo­lić się sa­my­mi na­zwi­ska­mi. Wiem, że jest wie­le zna­ko­mi­tych na­zwisk, któ­re za­po­mnia­łem, a z pew­no­ścią nie­któ­re wy­par­łem z pa­mię­ci, ale oto li­sta tych, któ­re za­pa­mię­ta­łem: Ja­cob Tau­bes, Mey­er Scha­pi­ro, Isa­iah Ber­lin i Irving Howe; Geo­r­ges Bor­chardt, Jer­ry Co­hen, Todd Gi­tlin, Bob Chri­st­gau, Ca­ro­la Dib­bell;

Elsa First, Len­ny Krie­gel, John Le­onard, Ste­ven Lu­kes, Bert Ol­l­man, Jim Ho­ber­man, Co­lin Ro­bin­son, An­drea Si­mon, Josh Wil­ner, Jeff Ni­chols; Mi­chel Ra­do­mi­sli, Tru­de Pol­lock, Ire­ne Ja­vors i Mag­da­le­na Be­re­nyi; Mi­chel­le, Da­vid i Ste­ve Na­than. Na­stęp­nie wszy­scy moi stu­den­ci i ko­le­dzy wy­kła­dow­cy z City Uni­ver­si­ty of New York; Fun­da­cji Gu­gen­he­ima i Rif­kind Fo­un­da­tion oraz NEH; wszy­scy młod­si i star­si w Mor­ning­si­de Mon­tes­so­ri; wszy­scy moi przy­ja­cie­le z „Dis­sent” i „Na­tion”. W koń­cu moja uko­cha­na ro­dzi­na, Mama i Tata (wresz­cie zna­la­złem spo­sób, by o nich na­pi­sać), Didi i John, Eli i Dan­ny, Idie i Mia, Ma­rvin i Deb­bie, i przede wszyst­kim Shel­lie, któ­ra nie tyl­ko jest part­ner­ką w dia­lo­gu, ale roz­świe­tla i wy­peł­nia moje nie­bo.

Nowy Jork

czer­wiec 1999

WPROWADZENIEW samym środku zamętu.Przygody z marksizmem

Pe­wien by­wa­lec te­atrów zła­pał kie­dyś [Ar­thu­ra] Mil­le­ra i za­py­tał: „Co on sprze­da­je? Nig­dy nie po­wie­dział pan, co on sprze­da­je”. Mil­ler od­ciął się: „Cóż, sa­me­go sie­bie. To wła­śnie jest w wa­liz­ce”.

John Lahr, Ma­king Wil­ly Lo­man

Mark­sizm był czę­ścią mnie przez całe moje ży­cie. Gdy do­bie­gam sześć­dzie­siąt­ki, wciąż się go uczę i po­rząd­ku­ję so­bie. Są­dzę, że aż do dziś mia­łem tyl­ko jed­ną praw­dzi­wą przy­go­dę z mark­si­zmem. Była ona jed­nak za­dzi­wia­ją­ca. Po­mo­gła mi do­ro­snąć i zro­zu­mieć, kim mam być. To jest do­bra hi­sto­ria. Mój oj­ciec rów­nież miał przy­go­dę z mark­si­zmem, o wie­le bar­dziej tra­gicz­ną niż moja. Tyl­ko dzię­ki temu, że pra­co­wał przez całe swo­je ży­cie, by­łem w sta­nie za­jąć się tym, czym chcia­łem. Stu­dio­wa­nie ży­cia to jed­na z wiel­kich kwe­stii, w któ­rych mark­sizm po­ma­ga.

Mój oj­ciec Mur­ray Ber­man zmarł na atak ser­ca w 1955 roku, gdy koń­czył czter­dzie­ści osiem lat, a ja nie mia­łem jesz­cze pięt­na­stu. Do­ra­stał w No­wym Jor­ku na Lo­wer East Side i Bronk­sie, prze­stał cho­dzić do szko­ły, gdy miał dwa­na­ście lat i rzu­cił się w „świat biz­ne­su” – tak wła­śnie to z moją mat­ką na­zy­wa­li – pcha­jąc wó­zek w cen­trum odzie­żo­wym, by po­móc utrzy­mać swo­ich ro­dzi­ców i dzie­wię­cio­ro ro­dzeń­stwa, któ­rzy miesz­ka­li w jed­nej izbie. Na­zy­wał to „ko­łem tor­tur” i nie­ustan­nie na nie na­rze­kał. Jed­nak przy­ja­zna wro­gość cen­trum odzie­żo­we­go spra­wia­ła, że czuł się jak w domu, i tego domu nig­dy by nie opu­ścił.

Z bie­giem lat awan­so­wał z wóz­ko­we­go pra­cu­ją­ce­go na ze­wnątrz na wóz­ko­we­go pra­cu­ją­ce­go we­wnątrz (my­ślę, że dziś na­zwa­no by go ma­ga­zy­nie­rem), a póź­niej na róż­ne sta­no­wi­ska biu­ro­we i sprze­daw­cę. Był w dro­dze na dłu­go przed­tem, nim się uro­dzi­łem i kie­dy by­łem bar­dzo mały. Przez wie­le lat pra­co­wał jed­no­cze­śnie jako re­por­ter i ko­mi­wo­ja­żer re­kla­mu­ją­cy pro­duk­ty dla „Wo­men’s Wear Da­ily”. Wszyst­kie te lata pa­mię­tam mgli­ście. Wiem jed­nak, że w 1948 roku wraz z przy­ja­cie­lem z Bronk­su zro­bi­li wiel­ki krok na­przód: za­ło­ży­li cza­so­pi­smo. Jego ha­słem, któ­re wid­nia­ło w na­głów­ku, było: „Prze­mysł odzie­żo­wy od­po­wia­da wy­mo­gom świa­ta”. Mój oj­ciec i jego przy­ja­ciel Dave mie­li nie­wiel­kie wy­kształ­ce­nie, a jesz­cze mniej­szy ka­pi­tał, ale byli bar­dzo da­le­ko­wzrocz­ni – jest na to sło­wo w ji­dysz: sa­chel. Glo­ba­li­za­cja w cen­trum odzie­żo­wym była ideą, któ­rej czas wła­śnie nad­cho­dził, i przez dwa lata cza­so­pi­smo kwi­tło, sprze­da­jąc co­raz wię­cej miej­sca na re­kla­my (spe­cjal­ność mo­je­go ojca), co w go­spo­dar­kach ka­pi­ta­li­stycz­nych utrzy­mu­je przy ży­ciu ga­ze­ty i cza­so­pi­sma.

Na­gle, wio­sną 1950 roku, za­bra­kło pie­nię­dzy na pen­sje, rów­nie na­gle znik­nął przy­ja­ciel Dave. Pew­ne­go so­bot­nie­go ran­ka oj­ciec za­brał mnie do Na­tu­ral Hi­sto­ry Mu­seum; po po­łu­dniu spa­ce­ro­wa­li­śmy po Up­per East Side, szu­ka­jąc Dave’a. W jego ulu­bio­nych ba­rach przy Trze­ciej Alei nikt go nie wi­dział od dwóch dni. Do­zor­ca domu, w któ­rym miesz­kał, po­wie­dział to samo, ale wska­zał nam miesz­ka­nie Dave’a i po­wie­dział, że gdy­by był, sły­sze­li­by­śmy szcze­ka­nie psa. Nie sły­sze­li­śmy, a pod­czas gdy mój oj­ciec klął i gry­zmo­lił list, żeby wsu­nąć go pod drzwi, zaj­rza­łem przez na wpół uchy­lo­ne drzwi w ko­ry­ta­rzu i zo­ba­czy­łem otwar­ty szyb win­dy. Gdy cie­ka­wie ga­pi­łem się na dół, oj­ciec chwy­cił mnie i po­pchnął na ścia­nę – był to je­den z dwóch mo­men­tów, gdy po­trak­to­wał mnie w gwał­tow­ny spo­sób. Nie roz­ma­wia­li­śmy zbyt wie­le, gdy wra­ca­li­śmy me­trem na Bronx. Cza­so­pi­smo zban­kru­to­wa­ło w nocy. Mie­siąc póź­niej oj­ciec miał atak ser­ca, któ­ry nie­mal go za­bił.

Nig­dy wię­cej nie zo­ba­czy­li­śmy Dave’a, ale wy­śle­dzi­ła go po­li­cja. Oka­za­ło się, że miał ko­chan­kę na Park Ave­nue, dru­gą w Mia­mi, i był uza­leż­nio­ny od ha­zar­du. Opróż­nił kon­to cza­so­pi­sma, ale gdy go zna­le­zio­no, nie­wie­le mu zo­sta­ło, a dla nas nie nie było nic. Oj­ciec po­wie­dział, że cała ta hi­sto­ria była ba­nal­ną po­wtór­ką z cen­trum odzie­żo­we­go (wła­śnie w ten spo­sób na­uczy­łem się zna­cze­nia sło­wa „ba­nal­ny”), nie mógł uwie­rzyć, że przy­ja­ciel mógł mu to zro­bić. Wie­le lat póź­niej, zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie, Dave znów się ode­zwał, miał nowe na­zwi­sko – ko­lej­na ba­nal­na po­wtór­ka z cen­trum odzie­żo­we­go – i nową pro­po­zy­cję. Ode­bra­łem te­le­fon i prze­ka­za­łem słu­chaw­kę mat­ce. Po­wie­dzia­ła Da­ve­owi, że zruj­no­wał ży­cie mo­je­go ojca, i spy­ta­ła, czy to mu nie wy­star­czy­ło. Dave upie­rał się, żeby była mil­sza.

Oj­ciec stop­nio­wo od­zy­skał siły, ro­dzi­ce na­zy­wa­li się te­raz „Bet­mar Tag and La­bel Com­pa­ny”. Miesz­ka­li w za­ka­mar­kach cen­trum odzie­żo­we­go jak bro­ke­rzy albo ma­kle­rzy, bę­dąc czymś po­mię­dzy pro­du­cen­ta­mi kon­fek­cji i wy­twór­ca­mi me­tek. Ich fir­ma nie mia­ła żad­ne­go ka­pi­ta­łu – jej je­dy­ny­mi ak­ty­wa­mi były ga­wę­dziar­skie zdol­no­ści mo­je­go ojca i umie­jęt­ność opa­no­wy­wa­nia cha­osu, jaką mia­ła moja mat­ka. Wie­dzie­li, że ich po­ło­że­nie jest nie­pew­ne, ale speł­nia­li pew­ną re­al­ną funk­cję i są­dzi­li, że mają wy­star­cza­ją­co dużą zna­jo­mość te­re­nu, by utrzy­mać się na po­wierzch­ni. Przez kil­ka lat się żyło. Ale we wrze­śniu 1955 roku mój oj­ciec miał ko­lej­ny atak ser­ca, po któ­rym zmarł.

Kto go za­bił? To py­ta­nie drę­czy­ło mnie przez lata. „To złe py­ta­nie – po­wie­dział mój pierw­szy psy­chia­tra pięt­na­ście lat póź­niej. – Miał sła­be ser­ce. Jego or­ga­nizm nie wy­trzy­mał”. To była praw­da – woj­sko wi­dzia­ło jego wy­ni­ki ba­dań i od­mó­wi­ło przy­ję­cia go do służ­by pod­czas II woj­ny świa­to­wej. Jed­nak nie mo­głem za­po­mnieć jego ostat­nie­go lata, kie­dy w jed­nej chwi­li stra­cił kil­ka du­żych sum. Kie­row­ni­cy i agen­ci han­dlo­wi byli jego sta­ry­mi przy­ja­ciół­mi, gra­li ra­zem w pa­lan­ta na Suf­folk Stre­et, pra­co­wa­li i ro­bi­li ze sobą in­te­re­sy od lat, ci go­ście pili jego zdro­wie na mo­jej bar mi­cwie za­le­d­wie dwa lata wcze­śniej. Te­raz, cał­kiem na­gle, prze­sta­li od­bie­rać jego te­le­fo­ny. Po­wie­dział, że ktoś mógł prze­bić jego ofer­tę, i chciał je­dy­nie do­stać szan­sę, by zło­żyć swo­ją i do­wie­dzieć się, o co cho­dzi. Wszyst­ko wy­ja­śnio­no nam do­pie­ro po jego po­grze­bie (du­żym po­grze­bie – był bar­dzo lu­bia­ny) w cza­sie trwa­ją­cej ty­dzień szi­wy. Na­sze kon­ta i wie­le in­nych zo­sta­ły ogra­bio­ne przez ja­poń­ski syn­dy­kat, któ­ry ro­bił in­te­re­sy na ska­lę i w sty­lu nie­zna­nym do­tąd na Siód­mej Alei. Syn­dy­kat pła­cił znacz­ne ła­pów­ki swo­im ame­ry­kań­skim kon­tra­hen­tom. (Oczy­wi­ście nie na­zy­wa­no ich ła­pów­ka­mi). Na­rzu­cił jed­nak dwa wa­run­ki: nie może zo­stać zi­den­ty­fi­ko­wa­ny i nie może być żad­nych kontr­ofert. Na­ci­ska­li­śmy na jego przy­ja­ciół: dla­cze­go nie po­wie­dzie­li­ście nic ta­cie – na­wet tego, że jest coś, o czym nie mo­że­cie mu po­wie­dzieć? Wszy­scy stwier­dzi­li, że nie chcie­li do­pro­wa­dzić do tego, by po­czuł się źle. Kro­ko­dy­le łzy, po­my­śla­łem, ale wi­dzia­łem, że ich łzy były szcze­re. Znacz­nie póź­niej po­my­śla­łem, że była to jed­na z pierw­szych fal glo­bal­ne­go ryn­ku, któ­re tata prze­wi­dział i zro­zu­miał. My­ślę, że po­ra­dził­by so­bie z nią le­piej niż z tym, że jego sta­rzy przy­ja­cie­le nie od­dzwa­nia­li do nie­go.

Mat­ka przez krót­ki czas pro­wa­dzi­ła fir­mę, ale nie mia­ła do tego ser­ca. Zli­kwi­do­wa­ła ją i za­trud­ni­ła się jako bi­blio­te­kar­ka. Pew­nej nocy w le­cie 1956 roku, nie­mal na sam ko­niec na­szej rocz­nej ża­ło­by, ra­zem z mamą i sio­strą wy­rzu­ci­li­śmy do na­sze­go pie­ca grzew­cze­go na Bronk­sie ogrom­ne ilo­ści pa­pie­ru, w tym po­kwi­to­wa­nia na znacz­ne sumy, któ­rych nig­dy nie od­zy­ska­li­śmy. Mama za­cho­wa­ła jed­nak tek­tu­ro­we tecz­ki, w któ­rych trzy­ma­li te ra­chun­ki. („To wciąż moż­na wy­ko­rzy­stać do wie­lu rze­czy” – po­wie­dzia­ła). Czter­dzie­ści lat póź­niej nadal uży­wam tych te­czek, w któ­rych prze­cho­wy­wa­no do­ku­men­ty Pu­ri­tan Spor­t­swe­ar, Fo­un­ta­in Mo­des, Girl Talk, Youn­gland – gdzie są dziś te wszyst­kie mar­ki? Czy to ozna­cza, że w pew­nym sen­sie po­zo­sta­łem w in­te­re­sie mo­je­go ojca? (Hap­py Lo­man na sam ko­niec Śmier­ci ko­mi­wo­ja­że­ra: „Zo­sta­nę tu, w tym mie­ście, i dam radę tym wszyst­kim cwa­nia­kom!”). Ja­kim cwa­nia­kom? Ja­kim in­te­re­sie? Moja żona zde­fi­nio­wa­ła ten zwią­zek na­stę­pu­ją­co: za­bra­łem się do nie­za­koń­czo­ne­go biz­ne­su mo­je­go ojca.

„Na tym świe­cie li­czy się tyl­ko to, co moż­na sprze­dać”. Ko­lej­ny wers ze Śmier­ci ko­mi­wo­ja­że­ra27. To była ulu­bio­na sztu­ka mo­je­go ojca. Moi ro­dzi­ce wi­dzie­li Śmierć ko­mi­wo­ja­że­ra na sce­nie przy­najm­niej dwa razy, grał Lee J. Cobb, a póź­niej w ekra­ni­za­cji z Fre­dri­kiem Mar­chem. Sztu­ka sta­ła się naj­waż­niej­szym źró­dłem tkli­wych i iro­nicz­nych ri­post, któ­re wy­mie­nia­li aż do jego śmier­ci. Nie wie­dzia­łem tego, do­pó­ki nie obej­rza­łem fil­mu, za­le­d­wie kil­ka mie­się­cy przed śmier­cią ojca – wte­dy na­gle zna­cze­nie tych po­wta­rza­nych la­ta­mi żar­tów sta­ło się ja­sne. Do­łą­czy­łem do prze­rzu­ca­nia się cy­ta­ta­mi, spró­bo­wa­łem przy sto­le pod­czas ko­la­cji i wszy­scy się śmia­li, choć cy­tat był tra­gicz­ny, a miał się stać jesz­cze bar­dziej tra­gicz­ny. Pew­ne­go go­rą­ce­go dnia w le­cie 1955 roku oj­ciec wró­cił spra­gnio­ny z cen­trum odzie­żo­we­go i po­wie­dział: „Już mnie nie zna­ją”. Po­wie­dzia­łem: „Tato… Wil­ly Lo­man?”. Był szczę­śli­wy, że znam ten cy­tat, ale ostrzegł mnie, że­bym wie­dział, iż to nie tyl­ko cy­tat, ale rów­nież praw­da. Przy­nio­słem mu piwo, bo wie­dzia­łem, że lubi się go na­pić w let­ni żar; przy­tu­lił mnie i po­wie­dział, że uspo­ka­ja go wie­dza, że ja będę bar­dziej wol­ny niż oni, że będę pro­wa­dził ta­kie ży­cie, ja­kie ze­chcę.

Wkrót­ce po jego śmier­ci sty­pen­dia i szczę­śli­wy traf za­pro­wa­dzi­ły mnie na Co­lum­bię. Tu mo­głem roz­ma­wiać i czy­tać przez całą noc, a póź­niej pójść na spa­cer nad Hud­son, żeby zo­ba­czyć, jak wsta­je słoń­ce. Czu­łem się jak po­szu­ki­wacz, któ­re­mu uda­ło się od­kryć źró­dła świe­żej ener­gii, o któ­rych nie wie­dzia­łem, że je mam. A nie­któ­rzy z mo­ich na­uczy­cie­li po­wie­dzie­li mi na­wet, że ży­cie dla idei może być dla mnie spo­so­bem na ży­cie! By­łem bar­dziej szczę­śli­wy niż kie­dy­kol­wiek przed­tem, wkro­czy­łem w ży­cie, któ­re na­praw­dę od­czu­wa­łem jako moje