Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Są historie, które mimo upływu lat wciąż mają tę samą siłę.
Historie o wolności. O honorze. O człowieku wystawionym na próbę przez dziką naturę i własne sumienie.
Pogromca zwierząt Jamesa Fenimore Coopera powraca w zupełnie nowym wydaniu — nowoczesnym, filmowym i pełnym emocji.
To klasyka literatury przygodowej, która dziś brzmi bardziej aktualnie niż kiedykolwiek wcześniej.
Dzika Ameryka XVIII wieku.
Niebezpieczne lasy. Cisza jezior skrywających śmierć. Konflikty między osadnikami a rdzennymi mieszkańcami. I człowiek, który próbuje pozostać wierny sobie w świecie, gdzie słabość nie wybacza błędów.
Nowa produkcja 4P Acoustic została przygotowana z myślą o współczesnym słuchaczu.
To nie jest „lektura szkolna” zamknięta w muzealnym stylu.
To dynamiczna, klimatyczna opowieść, która wciąga jak serial premium — pełna napięcia, przygody i obrazowych scen, które działają na wyobraźnię od pierwszych minut.
To idealny moment, by odkryć Coopera na nowo.
Niezależnie od tego, czy znasz tę historię od lat, czy sięgasz po nią po raz pierwszy — Pogromca zwierząt potrafi wciągnąć bez reszty.
Dostępny jako audiobook i ebook.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 838
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
© 2026 4P Acoustic sp. z o.o.
Wszelkie prawa zastrzeżone.Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Żadna jej część nie może być powielana, reprodukowana, rozpowszechniana ani przetwarzana w jakiejkolwiek formie — elektronicznej, mechanicznej, kserograficznej, nagraniowej lub innej — bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
ISBN: 978-83-68669-75-6
Wydanie IWarszawa 2026
Wydanie elektroniczne (EPUB)
Wydawca: 4P Acoustic4P Acoustic sp. z o.o.
Tytuł: Przygody Sokolego Oka: Pogromca Zwierząt.
Autor: James Fenimore Cooper
Opracowanie redakcyjne: 4P Acoustic
Przekład i opracowanie edytorskie: 4P Acoustic
James Fenimore Cooper
POGROMCA ZWIERZAT
===LxkrEiITYFhrXTcBOFlvCm5Ybl9nUGQCZAEwVmVVNwc2ATU James Fenimore Cooper
Miła zaprawdę jest puszcza bezdrożna,
Zachwycające samotnepobrzeże,
A towarzystwo bez ludzi mieć można
Na morskich falach, muzyką — w ich
szmerze.
Do miłowania bliźnich się poczuwam,
Lecz nade wszystko naturą miłują;
Z nią w obcowaniu z siebie się wyczuwam,
Z tego, czym jestem lub byłem, i czują,
Z wszechświatem zlany, rozkosze tak błogie,
Że ich wyrazić ani skryć nie mogą.
Byron „Wędrówki Childe-Harolda"
Wydarzenia działają na wyobraźnię ludzką podobnie jak czas. Kto więc odbył dalekie podróże i wiele widział, może sobie wyobrazić, że długo żył, a historia, która obfituje w ważne zdarzenia, niezmiernie szybko nabiera pozoru dawnych dziejów. Tylko w ten sposób możemy wyjaśnić atmosferę czcigodnej starości, która zaczyna już otaczać kroniki amerykańskie. Kiedy wracamy myślą do pierwszych dni dziejów kolonialnych, okres ten wydaje się nam daleki i mroczny, tysiące bowiem przemian, wiążąc się w gęsty łańcuch wspomnień, cofa początki narodu do chwili tak odległej, że — rzekłbyś — chwila ta ginie we mgle czasu. A przecież cztery życia ludzkie normalnej długości wystarczyłyby do przekazania — z ust do ust, w postaci tradycji — wszystkiego, co człowiek cywilizowany osiągnął w czasach republiki. Choć dzisiaj sam Nowy Jork ma więcej ludności niż którekolwiek z czterech najmniejszych królestw w Europie i więcej niż cała Federacja' Szwajcarska, to przecież zaledwie dwa wieki minęły od czasu, kiedy Holendrzy zaczęli osiedlać się w Ameryce,. przynosząc z sobą cywilizację europejską. Widzimy tedy, że to, co dzięki bogactwu zmian wydaje się czcigodną starością, staje się nam bliskie, jeżeli przystąpiwszy poważnie do rozważania dziejów, mamy na uwadze jedynie czas, jaki upłynął.
To spojrzenie z perspektywy przeszłości ustrzeże czytelnika przed nadmiernym zdziwieniem, gdy będzie patrzył na malowane przez nas obrazy, parę zaś dodatkowych wyjaśnień pozwoli jego wyobraźni przenieść się w przeszłość i wyraźnie ujrzeć stan społeczeństwa, którego życie pragniemy odmalować. Faktem historycznym jest, że sto lat temu takich osad na wschodnim brzegu Hudsonu, jak na przykład Claverack, Kinderhook, a nawet Poughkeepsie, nie uważało się wcale za bezpieczne od napadów Indian. Na brzegu tej rzeki, w odległości strzału z rusznicy od przystani okrętowej w Albany* , stoi dziś jeszcze dom młodszej linii Van Rensselaerów , który ma w murach otwory strzelnicze, zrobione dla obrony przed tym samym podstępnym nieprzyjacielem, a przecież dom ten zbudowano wcale nie tak dawno. Dużo innych podobnych pamiątek z okresu dzieciństwa naszego kraju można znaleźć w okolicach uważanych dzisiaj za ośrodki amerykańskiej cywilizacji. Świadczą one niezbicie, że od najazdów i gwałtów nieprzyjaciela uwolniliśmy się niewiele wcześniej niż przed tylu laty, ile zazwyczaj wypełnia jedno życie ludzkie.
Wypadki, które opowiemy, zdarzyły się w latach 1740-1745, kiedy to zaludnioną część kolonii Nowy Jork stanowiły jedynie cztery hrabstwa atlantyckie. Były to wąskie pasy ziemi po obu brzegach Hudsonu, ciągnące się od ujścia tej rzeki do wodospadów niedaleko jej źródeł. Poza tym było jeszcze kilka wysuniętych osad „sąsiedzkich" nad rzekami Mohawk i Schoharie. Szerokie pasy dziewiczej puszczy nie tylko sięgały brzegów Hudsonu, lecz nawet przekraczały tę rzekę i wdzierały się do Nowej Anglii,dając leśną osłonę cichym mokasynom tubylczego wojownika, kiedy skradał się krwawą ścieżką wojenną. Kraina leżąca na wschód od Missisipi, gdyby spojrzeć na nią z lotu ptaka, zapewne przedstawiała wówczas rozległy obszar leśny — nad morzem ustępujący miejsca stosunkowo wąskiemu pasmu ziemi uprawnej, obszar nakrapiany lśniącymi zwierciadłami jezior i poprzecinany falistymi liniami rzek. W tak rozległym obrazie uroczystego pustkowia okolica, którą zamierzamy odmalować, gubi się jako szczegół bez większego znaczenia. Zabieramy się jednak do jej opisu ośmieleni przekonaniem, że ten, komu się uda ukazać trafny obraz skrawka tego dziewiczego kraju, da tym samym dostatecznie poprawne pojęcie o całości, różnice zaś między obu obrazami nie będą ani wielkie, ani istotne. Człowiek może w różny sposób zmieniać świat, ale wieczne koło pór roku toczy się nieprzerwanie. Lato i zima, czas siewów i zbiorów — wracają w ustalonym porządku i z największą precyzją, otwierając przed człowiekiem wspaniałe pole do wykazania siły jego dalekosiężnego umysłu, który z radością poznaje prawa rządzące niezmiennym powrotem pór roku i oblicza ich nigdy nie ustające przemiany. Od wieków słońce letnie ogrzewało wierzchołki tych samych dębów i sosen śląc swój żar aż do spoistych korzeni, zanim dały się słyszeć głosy nawołujące się wzajemnie w głębi puszczy, której listne sklepienie kąpało się w blasku czerwcowego dnia bez chmurki na niebie, a niżej posępnie wyniosłe pnie drzew tonęły w cieniu. Nawoływały się dwa głosy, najwidoczniej pochodzące od dwóch mężczyzn, którzy zabłądzili i teraz w różnych kierunkach szukali zgubionej ścieżki. Wreszcie okrzyk obwieścił pomyślny wynik poszukiwań, po czym mężczyzna olbrzymiego wzrostu wynurzywszy się z labiryntu gęstwiny pokrywającej trzęsawisko zjawił się na polanie, która najprawdopodobniej zawdzięczała swoje istnienie po części zniszczeniom dokonanym przez wiatry, po części zaś spustoszeniom ognia. Chociaż na polance pełno było martwych drzew, widać było nad nią spory kawał nieba. Znajdowała się ona na zboczu jednego ze wzgórz, a raczej górek, których pasma wzdłuż i wszerz przecinały dookolną krainę.
— Tutaj odetchniemy! — zawołał ocalony leśny człowiek stanąwszy pod gołym niebem, przy czym otrząsnął się jak brytan, który wydostał się z zaspy śnieżnej. — Hura! Pogromco Zwierząt! Nareszcie ujrzeliśmy światło dzienne, a tam widać jezioro.
Ledwie powiedział te słowa, drugi leśny człowiek gwałtownie odgarnął krzaki bagniska i ukazał się na polance. Spiesznie poprawił broń i ubranie, które było w nieładzie, i podszedł do swego towarzysza. Ten zaczął już przygotowania do postoju.
— Czy znasz to miejsce — zapytał przybysz nazwany Pogromcą Zwierząt — czy też krzyknąłeś na widok słońca?
— Jedno i drugie, chłopcze. Tak jest, znam to miejsce i miło mi powitać przyjaciela tak uczynnego jak słońce. Teraz znów mamy w głowie wszystkie kierunki kompasu i sami będziemy sobie winni, jeśli pozwolimy, żeby się znów pokręciły, jak to nam się właśnie przytrafiło. Nie nazywam się Hurry Harry, jeżeli nie tutaj ostatniego lata rozbili obóz pionierzy i spędzili w nim tydzień. Patrz! Tam widać zeschnięte gałęzie ich szałasu, a tu jest źródło. Chociaż bardzo lubię słońce, mój chłopcze, i bez niego wiem, że jest południe. Mój żołądek jest takim zegarkiem, że lepszego nie znajdziesz w całej kolonii — wskazuje już pół do pierwszej. Otwórz torbę, nakręcimy nasze zegarki na dalsze sześć godzin.
Po tej aluzji obydwaj myśliwi zabrali się do przygotowania swego zwykłego posiłku, prostego, lecz obfitego. Skorzystamy z przerwy w ich rozmowie, aby czytelnikowi opisać pokrótce, jak wyglądali ci mężczyźni, obaj bowiem mają odegrać w naszym opowiadaniu niemałą rolę.
Nie łatwo byłoby znaleźć godniejszy okaz silnego mężczyzny niż osoba tego, który sam siebie nazywał Hurry Harry. Nazywał się właściwie Henry March, ludzie pogranicza jednak, którzy przejęli od Indian zwyczaj dawania przezwisk, wołali na niego częściej Hurry niż po nazwisku, a nierzadko nazywali go Hurry Skurry. Przydomek ten zawdzięczał swemu postępowaniu — pełnemu rozmachu — oraz jakiemuś fizycznemu niepokojowi, który sprawiał, że nie mógł usiedzieć na miejscu, i stąd znały go wszystkie osady rozrzucone wzdłuż szlaku między prowincją amerykańską a Kanadą. Hurry Harry miał ponad sześć stóp i cztery cale wzrostu, a że był nader proporcjonalnie zbudowany, jego siła całkowicie odpowiadała temu, czego można się było spodziewać po jego olbrzymim wzroście. Twarz Hurry'ego harmonizowała z całą jego postacią, była bowiem pogodna i przystojna. Wyglądał na człowieka szczerego, a chociaż był szorstki w obejściu, czego nauczyło go twarde życie pogranicza, szlachetna natura, wyrażająca się w jego postaci, ustrzegła go przed prostactwem.
Pogromca Zwierząt, jak go nazywał Hurry, wyglądał zupełnie inaczej i charakter miał odmienny. Gdy stał w mokasynach, sięgał sześciu stóp; kształtów był raczej lekkich, i smukłych, chociaż wyraźnie zarysowane muskuły świadczyły o niezwykłej zwinności, a może nawet niepospolitej sile. Nie było w nim nic szczególnie pociągającego poza młodością, chociaż wyraz twarzy zjednywał tych, którzy uważnie jej się przyjrzeli, i budził zaufanie. Oblicze Pogromcy Zwierząt zwracało uwagę po prostu prawdomównością, wypływającą z powagi myśli i szczerości uczuć. Czasem ten wyraz prawości robił wrażenie czegoś tak naiwnego, że budził podejrzenie, czy odróżnienie podstępu od prawdy nie sprawia Pogromcy nadmiernego trudu. Wszakże niemal każdy, kto bliżej z nim się zetknął, wyzbywał się podejrzeń względem jego myśli i pobudek.
Obydwaj mieszkańcy pogranicza byli jeszcze młodzi: Hurry miał lat dwadzieścia sześć lub dwadzieścia osiem, a Pogromca Zwierząt był młodszy od niego o kilka lat. Nie będziemy szczegółowo opisywać ich stroju, powiemy tylko tyle, że stanowiły go w głównej mierze wyprawione skóry jelenie, po czym łatwo było poznać, iż są to ludzie, którzy spędzają czas między pograniczem cywilizowanego społeczeństwa a nie zmierzonymi puszczami. Strój Pogromcy Zwierząt wskazywał jednak na pewną dbałość o dobry wygląd, dotyczyło to zwłaszcza broni i ekwipunku myśliwskiego. Strzelba Pogromcy była świetnie utrzymana, rękojeść jego myśliwskiego noża zdobiły udatne rzeźby, a róg na proch — dobrze dobrane i lekką ręką wyryte emblematy, mieszek zaś na kule przystrojony był wampumem . Natomiast Hurry Harry — czy to z wrodzonego niedbalstwa, czy też z ukrytego przekonania, że jego wygląd nie wymaga sztucznych upiększeń — nosił się nieporządnie i niechlujnie, jakby żywił wyniosłą pogardę dla błahych przydatków i ozdób stroju. Może zresztą szczególne wrażenie, jakie wywoływała piękna postać i wysoki wzrost Hurry'ego, nie malało, lecz zwiększało się dzięki jego naturalnej i pogardliwej obojętności w sprawach stroju.
— Chodź tu, Pogromco Zwierząt, i do dzieła! Pokaż, że masz żołądek Delawara , skoro mówisz, żeś się wychował u Delawarów! — zawołał Hurry i dał dobry przykład, otwierając usta na przyjęcie kawała zimnej dziczyzny, który europejskiemu chłopu starczyłby na cały obiad. — Do dzieła, chłopcze! Pokaż, że jesteś mężczyzną, i rozpraw się własnymi zębami z tą biedną łanią, podobnie jak już urządziłeś ją za pomocą strzelby.
— Nie, nie, Hurry, niewielkie to męstwo zabić łanię, i to jeszcze w czasie ochronnym. Położyć panterę lub lamparta — to już prędzej byłoby męstwem — odparł tamten zabierając się do jedzenia. — Delawarzy tak mnie nazwali nie tyle dlatego, że serce moje jest mężne, ile, że mam bystre oko i szybkie nogi. Może i nie jest tchórzem ten, kto kładzie jelenia, ale też na pewno nie jest to bohaterstwo.
— Delawarzy też nie są bohaterami — mruknął Hurry przez zęby, gdyż usta miał tak pełne, że nie mógł ich dobrze otworzyć — inaczej nie pozwoliliby Mingom , tym podskakującym włóczęgom, zrobić z siebie uległych bab.
— W tej sprawie panują niesłuszne poglądy i nikt jej nie wyjaśnił w sposób właściwy — rzekł z powagą Pogromca Zwierząt, był bowiem równie oddany jako przyjaciel, jak jego towarzysz niebezpieczny jako wróg. — Lasy pełne są kłamstw Mingów, łamią oni przyrzeczenia i traktaty. Przez dziesięć ostatnich lat żyłem z Delawarami i wiem, że szczep ten jest nie mniej mężny od innych, niech tylko nadejdzie pora walki.
— Słuchaj, Wielki Pogromco Zwierząt, kiedy już o tym mówimy, możemy być wobec siebie szczerzy jak mężczyzna z mężczyzną. Odpowiedz mi na jedno pytanie. Miałeś, zdaje się, tyle szczęścia na łowach, żeś zdobył zaszczytny tytuł. Ale czyś trafił kiedy kulą istotę rozumną, człowieka? Czy pociągnąłeś kiedy za cyngiel celując w nieprzyjaciela, który też mógł strzelić do ciebie?
Pytanie to wywołało u młodzieńca szczególnego rodzaju walkę wewnętrzną, w której ambicja starła się z prawdomównością. Przebieg tej walki można było łatwo obserwować w grze uczciwej twarzy Pogromcy. Nie trwało to długo.
Szczere serce szybko pokonało fałszywą dumę i chełpliwość ludzi pogranicza.
— Wyznam szczerze, nigdy tego nie zrobiłem — odparł Pogromca Zwierząt — nigdy bowiem nie znalazłem się w położeniu, które by tego wymagało. Delawarzy przez cały czas mego pobytu u nich żyli na stopie pokojowej, a odebrać życie człowiekowi, jeśli nie dzieje się to na wojnie otwartej i szlachetnej, uważam za rzecz niegodną.
— Jak to! Nigdy nie złapałeś złodziejaszka, który dobierał się do twych sideł i skór, i nie wymierzyłeś mu sprawiedliwości własnymi rękami, aby sędziom oszczędzić fatygi rozstrzygania sprawy, a hultajowi kosztów procesu?
— Nie poluję za pomocą sideł — dumnie odparł młodzieniec. — Żyję ze strzelby i z tą bronią w ręku nie pokażę pleców żadnemu rówieśnikowi, jakiego mogę spotkać między Hudsonem a rzeką św. Wawrzyńca. Nie mam zwyczaju sprzedawać skór, które miałyby w głowie więcej niż jedną dziurę, nie licząc tych, jakie natura dała zwierzętom, aby mogły widzieć i oddychać.
— Tak, tak, bardzo to pięknie, jeśli chodzi o zwierzęta. Ale to jest tyle co nic w porównaniu ze skalpami i zasadzkami. Zastrzelić Indianina z zasadzki — oto czyn zgodny z jego własnymi zasadami, a przecież mamy z nimi teraz otwartą wojnę, jak to nazywasz. Im wcześniej zmażesz plamę, która przynosi ci ujmę, tym zdrowszy będziesz miał sen, bo będziesz wiedział, że ilość wrogów grasujących po lasach zmniejszyła się o jednego. Nie będę zadawał się z tobą, miły Natanie, jeśli nie będziesz szukał celu dla twej strzelby wyżej poziomu czworonożnych zwierząt.
— Podróż nasza, jak sam mówisz, panie March, ma się ku końcowi, możemy więc rozstać się dziś wieczór, jeśli masz ochotę. Czeka na mnie przyjaciel, który nie będzie uważał za hańbę zadawać się z takim, co nie zabił jeszcze swego bliźniego.
— Chciałbym wiedzieć, co tego skradającego się Delawara sprowadza w te strony o tak wczesnej porze roku — mruknął do siebie Hurry w sposób ukazujący zarówno nieufność, jak i brak chęci jej ukrycia. — Gdzież to ten młody wódz wyznaczył ci spotkanie?
— Przy małej, okrągłej skale, niedaleko od brzegu jeziora, gdzie — jak mi mówiono — szczepy indiańskie zbierają się, aby zawrzeć przymierze i zakopać topory. Często słyszałem, jak Delawarzy o niej wspominali, lecz dotąd nie zetknąłem się ani z jeziorem, ani ze skałą. Do tych okolic roszczą sobie pretensje Mingowie i Mohikanie , jedni bowiem i drudzy uważają je za swoje tereny rybackie i myśliwskie. Tak jest w czasie pokoju, ale co się tu dzieje w czasie wojny, Bóg raczy wiedzieć.
— Swoje tereny! — zawołał Hurry śmiejąc się głośno. — Chciałbym wiedzieć, co by na to powiedział Pływający Tom. Uważa on jezioro za swoją własność, posiada je bowiem od piętnastu lat. Śmiem wątpić, czy by je oddał bez walki Mingowi albo Delawarowi.
— A cóż by na taki spór powiedziała kolonia? Kraj ten musi do kogoś należeć, bo nienasycone apetyty panów sięgają w głąb puszczy nawet tam, gdzie panowie szlachta nie śmieliby się pokazać, aby spojrzeć na ziemię, która do nich należy.
—Władza ich może rozciągnąć się na inne obszary należące do kolonii, ale nie tutaj, Pogromco Zwierząt. Żadna istota, z wyjątkiem Boga, nie posiada piędzi ziemi w tej części kraju. Nigdy nie przyłożono pióra do papieru w związku z którymkolwiek wzgórzem czy doliną w tych stronach. Powtarzał mi to nieraz stary Tom i dlatego żadna żywa dusza nie ma tu lepszych praw od niego, a Tom umie postawić na swoim.
— Z tego, co słyszę, Hurry, ten Pływający Tom musi być niezwykłą osobą. Nie jest Mingiem ani Delawarem, nie jest też bladą twarzą. Posiada te ziemie, jak mówisz, od dawna, dłużej, niż istnieje pogranicze. Jakie są jego dzieje i jaki jest on sam?
— Cóż, natura starego Toma niewiele ma wspólnego z naturą człowieka, a bardziej jest naturą piżmoszczura, gdyż jego zwyczaje więcej przypominają to zwierzę niż jakiekolwiek inne stworzenie. Niektórzy mówią, że za młodu żył sobie samopas na słonych wodach i był towarzyszem niejakiego Kidda, powieszonego za korsarstwo znacznie wcześniej niż ty i ja urodziliśmy się i zawarliśmy znajomość. Mówią też, że przybył w te strony uważając, że królewskie krążowniki nie przepłyną przez góry i będzie mógł w tych lasach spokojnie nacieszyć się łupami.
— Był więc w błędzie, Hurry, w grubym błędzie. Człowiek nigdzie nie może spokojnie nacieszyć się łupami.
— A on ma właśnie tego rodzaju usposobienie. Znałem takich, którym łupy nie sprawiały przyjemności, jeśli ich nie dzielili z wesołą kompanią, i takich, którzy, by się nimi nacieszyć, zaszywali się w kącie. Jedni nie zaznają spokoju, jeśli nie będą grabić, innym, na odwrót, grabież odbiera spokój. Pod tym względem natura ludzka jest skomplikowana. Stary Tom nie należy ani do jednych, ani do drugich. Z niezmąconym bowiem spokojem korzysta wraz z córkami ze swych łupów, jeśli jego majątek rzeczywiście pochodzi z rabunku, prowadzi wygodne życie i niczego więcej nie pragnie.
— To ma i córki? Delawarzy, którzy polowali w tych stronach, wiele opowiadali o tych młodych kobietach. A matki one nie mają, Hurry?
— Miały kiedyś matkę, rozumie się. Umarła i poszła na dno, dobre dwa lata temu.
— Jak to? — zapytał Pogromca Zwierząt patrząc na towarzysza nieco zdziwiony.
— Umarła i poszła na dno, mówię, i mam nadzieję, że wyrażam się poprawnie i zrozumiale. Stary pochował żonę na dnie jeziora o czym mogę zaświadczyć, gdyż byłem naocznym świadkiem tej ceremonii. Czy jednak Tom zrobił to, aby oszczędzić sobie kopania grobu, co nie jest lekką pracą ze względu na korzenie drzew, czy też postąpił tak w przekonaniu, że woda zmywa grzech prędzej niż ziemia, na to pytanie nie umiałbym odpowiedzieć.
— Czy biedaczka była aż taką grzesznicą, że jej mąż musiał zadać sobie tyle trudu z jej ciałem?
— Nie było tak źle, chociaż nie była wolna od wad. Uważam, że Judyta Hutter była więcej warta i zasługiwała na lepszy koniec niż inne kobiety, które tak długo żyły poza zasięgiem dzwonów kościelnych. Sądzę więc, że stary Tom utopił ją po prostu, aby oszczędzić sobie trudu kopania grobu. Było coś ze stali w jej usposobieniu, to prawda, a że stary Hutter jest znów twardy jak krzemień, nie raz i nie dwa krzesali iskry. Razem jednak wziąwszy, można powiedzieć, że żyli na stopie przyjaznej. Ale gdy zapłonęli gniewem, słuchacze mogli wejrzeć w ich przeszłość, jak ten, kto zagląda w mroczną gęstwinę lasu, kiedy zbłąkany promień słońca przeniknie aż do korzeni drzew. Judytę będę zawsze szanował choćby dlatego, że była matką tak uroczej istoty jak jej córka, Judyta Hutter!
— Tak, imię Judyty wymieniali Delawarzy, choć wymawiali je po swojemu. Z tego, co mówili, nie sądzę, aby ta dziewczyna była w moim guście.
— W twoim guście! — zawołał March dotknięty do żywego zarówno obojętnością, jak i zuchwalstwem swego towarzysza. — Cóż ty, u diabła, możesz mówić o guście, i to wtedy, gdy idzie o taką kobietę jak Judyta? Jesteś jeszcze chłopcem, drzewiną, która ledwo zapuściła korzenie. Judyta od piętnastego roku życia miała mężczyzn wśród swych wielbicieli. Od tego czasu minęło pięć lat i dzisiaj nie raczyłaby nawet spojrzeć na takiego młokosa!
— Jest czerwiec, Hurry, nie ma nawet chmurki między nami a niebem, jest gorąco, po cóż jeszcze się gorączkować —odparł Pogromca Zwierząt, bynajmniej nie zmieszany. — Każdy może mieć swój gust, a wiewiórka ma prawo mieć swoje zdanie o lamparcie.
— Tak, ale nie byłoby wcale mądrze powtórzyć to zdanie lampartowi — mruknął March. — Jesteś młody i bezmyślny, puszczę więc płazem twą ignorancję. Słuchaj, Pogromco Zwierząt — dodał po chwili namysłu, uśmiechając się dobrodusznie — słuchaj, Pogromco Zwierząt, przysięgliśmy sobie przyjaźń, nie będziemy się więc kłócić z powodu jednej lekkomyślnej, zalotnej kobietki tylko dlatego, że jest akurat ładna, tym bardziej żeś jej nigdy nie widział. Judyta jest dla mężczyzny, który nie ma mleka pod nosem, i tylko głupiec bałby się młokosa jako rywala. Co Delawarzy mówili o tej dziewczynie? Indianin przecież, tak samo jak biały, ma swoje zdanie o płci niewieściej.
— Mówili, że ładna, aż miło popatrzeć, i że mowa jej jest przyjemna; zbyt jednak zajęta swymi wielbicielami i lekkomyślna.
— A to diabły wcielone! Zresztą, żaden nauczyciel nie dorówna Indianinowi w znajomości natury ludzkiej. Niektórzy uważają, że Indianie są dobrzy tylko na tropie i ścieżce wojennej, a ja mówię, że to są filozofowie. Znają się na ludziach niegorzej niż na bobrach, a o kobietach też wiele mogliby powiedzieć. To właśnie jota w jotę charakter Judyty. Indianie przejrzeli ją na wylot. Wyznam ci szczerze, Pogromco Zwierząt, ożeniłbym się z tą dziewczyną dwa lata temu, gdyby nie dwie rzeczy, z których jedną jest właśnie jej lekkomyślność.
— A co stanowi drugą przeszkodę? — zapytał myśliwy nie przestając jeść, jak ktoś, kogo mało zajmuje temat rozmowy.
— Niepewność, czyby mnie chciała. Dzierlatka jest ładna i wie o tym. Słuchaj, wśród drzew rosnących na tych pagórkach nie ma bardziej prostego niż ona i żadne z nich wdzięczniej niż ona nie przegina się z wiatrem. Nie widziałeś też skaczącej łani, która w ruchach miałaby więcej naturalnego uroku. Gdyby na tym się kończyło, każdy język musiałby głosić jej chwałę. Judyta ma jednak wady, o których trudno byłoby mi zapomnieć. Nieraz już przysięgałem sobie, że nie pokażę się więcej nad jeziorem.
— I dlatego ciągle tu wracasz? Przysięga nie dodaje mocy słowom ludzkim.
— Ach, Pogromco Zwierząt, nic jeszcze nie wiesz o tych sprawach, trzymasz się wiadomości szkolnych, jak gdybyś nigdy nie porzucił osad ludzkich. Ze mną jest inaczej: niczego nie postanawiam, jeśli czegoś gorąco nie pragnę. Gdybyś wiedział o Judycie tyle co ja, to byś zrozumiał dlaczego diabli mnie czasem biorą. Otóż oficerowie z fortów nad Mohawkiem zapędzają się czasem nad jezioro na ryby i na polowanie, a wtedy stworzenie to zupełnie traci głowę! Zobaczysz, jak obnosi swe piękne stroje i jaką damę kroi wobec tych elegantów.
— To nie przystoi córce biedaka — z powagą powiedział Pogromca Zwierząt. — Oficerowie to szlachta i wobec takiej Judyty mogą mieć tylko złe intencje.
— Stąd właśnie moja niepewność i to powściąga moje zamiary! Mam poważne obawy co do pewnego kapitana. Judytka może mieć pretensje tylko do własnej głupoty, jeśli moje podejrzenia są słuszne. Krótko mówiąc, chciałbym widzieć w niej skromną i przyzwoitą dziewczynę, ale chmury, które wiatr pędzi ponad tymi wzgórzami, nie są tak zmienne jak ona. Od czasu, gdy przestała być dzieckiem, niewielu spotkała mężczyzn, a przecież wobec niektórych oficerów zachowuje się jak młoda uwodzicielka.
— Przestałbym myśleć o takiej kobiecie i zwróciłbym oczy ku puszczy, bo puszcza nie zdradzi, dopóki ręka, która ma nad nią władzę, nie zadrży.
— Gdybyś znał Judytę, przekonałbyś się, o ile łatwiej jest tak mówić, niż postąpić. Gdybym przestał myśleć o oficerach, uprowadziłbym dziewczynę nad Mohawk i ożenił się z nią nie zważając na jej grymasy. A starego Toma zostawiłbym pod opieką Hetty, jego drugiej córki, nie takiej ładnej i bystrej jak jej siostra, lecz bardziej posłusznej.
— Czyżby jeszcze drugi ptaszek był w tym gniazdku? — zapytał Pogromca Zwierząt podnosząc wzrok z na pół rozbudzoną ciekawością — Delawarzy mówili mi tylko o jednej córce.
— To rzecz naturalna, gdy idzie o Judytę i Hetty. Hetty jest niebrzydka. Ale jej siostra, mówię ci, chłopcze, to coś zupełnie niezwykłego. Drugiej takiej nie znajdziesz w całym kraju, stąd aż do morza. Judyta błyszczy dowcipem, wymową i sprytem jak stary mówca indiański, a biedna Hetty to w najlepszym razie taki „mętny kompas" .
— Co takiego? — zapytał Pogromca Zwierząt.
— Tak to nazywają oficerowie, co ja rozumiem w ten sposób: Hetty chce zawsze iść we właściwym kierunku, ale nie wie, którędy. Ja to określam inaczej: biedna Hetty idzie skrajem niewiedzy i raz potyka się o linię graniczną z tej, a drugi raz z tamtej strony.
— Są istoty, które Bóg darzy swą szczególną opieką — powiedział uroczystym tonem Pogromca Zwierząt. — Bóg czuwa nad tymi wszystkimi, którym mniej dostało się rozumu, niż na nich przypadało. Czerwonoskórzy czczą i szanują takich ludzi, bo wiedzą, że Zły Duch woli zamieszkać w ciele filuta, niż opętać człowieka niezdolnego do podstępu.
— Wobec tego powiem, że Zły Duch nie zabawiłby dłużej u biednej Hetty, bo ta dziewczyna, jak ci mówiłem, ma właśnie „mętny kompas". Stary Tom ma do niej słabość, podobnie jak i Judyta, choć sama ma cięty język i jest wielką damą. Inaczej nie ręczyłbym za całość Hetty wśród tego pokroju ludzi, jacy pokazują się czasem na brzegu jeziora.
— Myślałem, że to wielkie lustro wody jest nieznane i rzadko odwiedzane przez ludzi — zauważył Pogromca Zwierząt, któremu najwidoczniej nie w smak było, że znalazł się za blisko cywilizowanego świata,
— Miałeś słuszność, chłopcze, oczy mniej niż dwudziestu białych widziały to jezioro. Ale dwudziestu ludzi urodzonych i wychowanych na pograniczu — myśliwych, traperów, zwiadowców i tym podobnych — może zrobić wiele złego, jeśli tylko przyjdzie im chętka. Byłoby dla mnie strasznym ciosem, Pogromco Zwierząt, gdybym po sześciu miesiącach nieobecności zastał Judytę mężatką.
— Dlaczego spodziewasz się czegoś lepszego, czy masz jej słowo?
— Wcale nie. Nie wiem, jak to się dzieje. Wyglądam nieźle, co mogę stwierdzić. W każdym źródle błyszczącym w słońcu — a mimo to nie mogę wyjednać u tej dziewczyny ani jej słowa, ani nawet serdecznego uśmiechu, choć lubi śmiać się całymi godzinami. Jeśli ważyła się wyjść za mąż w czasie mej nieobecności, pozna rozkosze stanu wdowiego, zanim skończy dwadzieścia lat!
— Myślę, że nie zrobiłbyś krzywdy mężczyźnie, którego by wybrała, tylko dlatego, że bardziej jej się spodobał niż ty.
— Czemu nie? Kiedy wróg zagradza mi ścieżkę, czyż mi nie wolno usunąć go z drogi? Spójrz na mnie! Czy wyglądam na takiego, co ścierpł, aby jakiś skradający się chyłkiem, pełzający po ziemi handlarz skór ubiegł mnie w sprawie, która obchodzi mnie tak żywo jak względy Judyty Hutter? Zresztą żyjąc w stronach, do których prawo nie dociera, sami musimy być sędziami i wykonawcami wyroków. Gdyby w lasach znaleziono martwego mężczyznę, kto wskaże mordercę, jeśli nawet przyjąć, że kolonia weźmie tę sprawę w swe ręce i narobi koło niej szumu?
— Gdyby to był mąż Judyty Hutter, ja sam mógłbym powiedzieć wiele, co najmniej zaś tyle, żeby sprowadzić kolonię na ślady zbrodniarza.
— Ty?! Wyrostek, smarkacz polujący na jelenie! Ty śmiałbyś myśleć o donosie, na Hurry Harry'ego, jakby chodziło o bobra lub świstaka?!
— Śmiałbym powiedzieć prawdę o tobie lub każdym innym mężczyźnie.
March patrzył przez chwilę na swego towarzysza z wyrazem niemego osłupienia. Potem chwycił go oburącz za gardło i potrząsnął swym raczej szczupłym przyjacielem tak gwałtownie, jakby naprawdę chciał mu połamać kości. Nie były to żarty, gdyż gniew płonął w oczach olbrzyma, który brał sprawę poważniej i zachowywał się groźniej, niż miał do tego powody. Jakiekolwiek były istotne intencje Marcha (nie jest wykluczone, że działał bez żadnych określonych zamiarów), pewne jest, że był niezwykle wzburzony.
Na pewno większość mężczyzn, których rozgniewany olbrzym chwyciłby za gardło, i to jeszcze w tak beznadziejnym pustkowiu, uległaby trwodze i odstąpiła nawet swych słusznych praw. Pogromca Zwierząt postąpił jednak inaczej. Twarz jego pozostała niewzruszona, ręka mu nie zadrżała. Odpowiedział głosem wcale nie podniesionym, choć mógł w ten sposób dać wyraz swej stanowczości:
— Możesz, Hurry, trząść tak górą, aż się zawali — powiedział spokojnie. — Ze mnie nic oprócz prawdy nie wytrzęsiesz. Prawdopodobnie Judyta Hutter nie wyszła jeszcze za mąż, nie ma więc kogo zabijać. Może też nigdy nie będziesz miał okazji czyhać na cudze życie, inaczej bowiem powiedziałbym jej o twych pogróżkach w pierwszej rozmowie, jaką będę miał z tą dziewczyną.
March uwolnił przyjaciela z uścisku i usiadł patrząc na niego z niemym zdziwieniem.
— Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi — powiedział po chwili; — Była to chyba ostatnia z moich tajemnic, jaką usłyszały twoje uszy.
—Nie chcę znać twych tajemnic, jeśli mają być tego rodzaju. Wiem, Hurry, że żyjemy w lasach, że uważają nas za ludzi poza prawem i może tak jest istotnie, cokolwiek mówi o tym prawo. Ale jest prawo i prawodawca; którego władza obejmuje cały kontynent. Kto jawnie buntuje się przeciw niemu, niech nie nazywa mnie swym przyjacielem.
— Niech mnie diabli wezmą, Pogromco Zwierząt, jeśli nie wierzę, że w sercu jesteś bratem morawianinem , ale nie szczerym i rzetelnym myśliwym, za jakiego się podawałeś.
— Zobaczysz, Hurry, że jestem tak szczery i rzetelny w mych postępkach, tak samo jak w słowach. Ale tylko głupiec może ulec nagłemu gniewowi. Twoje zachowanie dowodzi, jak mało przebywałeś wśród czerwonoskórych. Judyta z pewnością nie wyszła jeszcze za mąż, ty zaś mówiłeś, co ślina przyniosła ci na język, a nie — co czuło twe serce. Oto moja ręka i więcej nawet nie myślmy o tym.
Nigdy jeszcze Hurry nie był tak zdziwiony. Nagle parsknął śmiechem tak głośnym i wesołym, że aż oczy zaszły mu łzami. Potem uścisnął wyciągniętą doń rękę i znów byli przyjaciółmi.
— Trzeba nie mieć rozumu, żeby kłócić się o to, co komu przyszło do głowy! — zawołał March zabierając się znów do jedzenia. — Taka kłótnia przystoi bardziej miejskim prawnikom, niż rozsądnym leśnym ludziom. Słyszałem, Pogromco Zwierząt, jakoby w południowych hrabstwach ludzie tak się różnili w swych myślach, że aż krew się w nich burzyła i dochodziło do walki na śmierć i życie.
—To prawda, tak, to prawda. Ludzie spierają się też o takie sprawy, które lepiej byłoby zostawić w spokoju. Słyszałem, że są kraje, gdzie ludzie kłócą się nawet o religię. No, jeśli takie sprawy wywołują gniew ludzki, to niechże Bóg zlituje się nad nimi. Nie ma jednak żadnego powodu, abyśmy szli w ich ślady i gniewali się na męża owej Judyty Hutter, którego ona może nigdy nie ujrzy ani też pragnie zobaczyć. Mnie jednak ciekawi więcej od twej pięknisi jej słabogłowa siostra. Chwyta nas coś za serce, gdy spotkamy stworzenie, które zdaje się być istotą rozumną, a jednak nie jest tym, na co wygląda, nie staje mu bowiem rozumu. Źle jest, jeśli to się zdarzy mężczyźnie, lecz jeśli słabość ta dotknie kobietę, i to młodą i powabną, budzą się w nas wszystkie uczucia litości, jakie drzemią w naturze człowieka. Bóg wie, że kobiety, biedule, są dość bezbronne, nawet gdy mają rozum. Los ich jest jednak naprawdę okrutny, jeśli brak im tego wielkiego obrońcy i przewodnika człowieka.
— Słuchaj Pogromco Zwierząt, wiesz, jakimi ludźmi są myśliwi, traperzy i handlarze skór. Ich najlepsi przyjaciele nie zaprzeczą, że są to ludzie uparci i że lubią postawić na swoim niewiele myśląc o prawach i uczuciach innych ludzi — a mimo to nie sądzę, aby w całym tym kraju znalazł się choćby jeden mężczyzna, który by skrzywdził Hetty Hutter. Nie — nawet czerwonoskóry.
— Tym samym, mój miły Hurry, oddajesz tylko sprawiedliwość Delawarom i wszystkim sprzymierzonym z nimi szczepom, albowiem czerwonoskóry uważa, że istotę upośledzoną z woli Boga winien otoczyć szczególną opieką. W każdym razie cieszy mnie to, co mówisz, cieszy mnie bardzo. No, ale słońce przechyla się na zachodnią stronę nieba, czy nie lepiej więc stanąć znów na szlaku naszej drogi i ruszyć tęgo naprzód, abyśmy wcześniej mogli zobaczyć owe zadziwiające siostry?
Harry March chętnie się na to zgodził. Szybko tedy zebrali resztki jedzenia, po czym obydwaj wędrowcy zarzucili na ramiona torby myśliwskie, podjęli broń i opuściwszy polankę, znów zanurzyli się w głębokim mroku puszczy.
*Albany — jedno z najstarszych miast w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, założone w roku 1623 przez Holendrów. Stolica stanu Nowy Jork. Aby oddać sprawiedliwość prawdzie, trzeba powiedzieć, że Greenbush Van Rensselaerowie uważają się za najstarszą linią tej starej i godnej szacunku rodziny (przyp. autora).
Choć płoną ogniska nad brzegiem jeziora,
Ku ziemi pochyla się skroń —
To lato jest winne, córeczko, żeś chora,
To kwiatów zabija cię woń.
„Z notatnika kobiety"
Nasi dwaj łowcy przygód nie mieli przed sobą dalekiej drogi. Hurry, gdy znalazł polankę i źródło, znał już właściwy kierunek, prowadził więc dalej pewnym krokiem człowieka, który wie, dokąd idzie.. Puszcza była, oczywiście, mroczna, ale nie była już podszyta zaroślami, które by tamowały drogę. Stąpali więc pewną nogą po suchej ziemi. Kiedy przeszli około reili, March stanął i zaczął rozglądać się bystro, badając starannie otoczenie, a nawet przyglądając się pniom zwalonych drzew, których leżało tu sporo, jak to bywa w lasach amerykańskich, zwłaszcza w tych stronach, gdzie drzewo nie ma jeszcze swej wartości.
— To musi być tu, Pogromco Zwierząt — powiedział wreszcie March. — Oto buk obok świerka, trochę dalej trzy sosny, a tam biała brzoza ze złamanym wierzchołkiem. Nie widzę tylko skały ani zwisających gałęzi, o których ci mówiłem.
— Złamane gałęzie nie pomagają zorientować się w okolicy. Nawet mało doświadczony myśliwy wie, że gałęzie rzadko łamią się same — odparł Pogromca Zwierząt. — Natomiast złamane gałęzie nasuwają podejrzenia i prowadzą do ciekawych odkryć. Delawarzy nigdy nie wierzą złamanym gałęziom, chyba że jest to w czasie pokoju i nie potrzeba maskować swych śladów. Mówisz o bukach, sosnach i świerkach; no cóż, widzimy ich dużo wokół siebie, nie tylko po dwa lub trzy, ale po czterdzieści, pięćdziesiąt, całymi setkami.
— Wszystko to prawda, Pogromco Zwierząt, lecz nie bierzesz pod uwagę sytuacji. Tu jest buk i świerk.
— Tak, a tam jest drugi buk i świerk, kochający się jak dwaj bracia, lub — jeśli już o tym mowa — bardziej niż niejedno rodzeństwo; a tam znów buk i świerk, gdyż oba drzewa nie należą do rzadkości w tych lasach. Obawiam się, Hurry, że lepiej zastawiasz sidła na bobry i strzelasz niedźwiedzie, niż prowadzisz ukrytym śladem. O! A jednak jest to, czego szukasz!
— Widzisz! Pogromco Zwierząt, zdaje się, słusznie uważasz się trochę za Delawara. Niech mnie kaci, jeśli widzę coś więcej niż te dwa drzewa, które chyba rozmnożyły się i otaczają nas w sposób przedziwny i niepokojący.
— Spójrz tu, Hurry — tu, w prostej linii za tym czarnym dębem — czy widzisz krzywe drzewko, które kryje się w gałęziach lipy? Otóż drzewko to uginało się kiedyś pod ciężarem śniegu; nie wyprostowało się o własnych siłach i nie samo znalazło oparcie w gałęziach lipy, tak jak to widzisz. Ręka ludzka oddała mu tę przysługę.
— To była moja ręka! — zawołał Hurry. — Spotkałem tego smukłego młodzika, zgiętego do ziemi niczym człowiek złamany nieszczęściem. Wyprostowałem drzewko i oto je widzisz. Co tu gadać, Pogromco Zwierząt, muszę przyznać, że oczy twoje są doskonale obeznane z lasem.
— Wzrok poprawia mi się, Hurry, to prawda, przyznaję ale moje oczy są oczami dziecka w porównaniu ze wzrokiem niektórych moich znajomych. Na przykład taki Tamenund, człowiek tak stary, że niewielu już pamięta go jako młodzieńca, a jednak nic nie ujdzie jego oku; wzrok jego bardzo przypomina węch psa. Dalej Unkas* , ojciec Chingachgooka i zarazem prawowity wódz Mohikanów — daremnie próbowałbyś ukryć się przed jego wzrokiem. Mój wzrok wyrabia się, nie przeczę, ale daleko mi jeszcze do doskonałości.
— Kto jest ten Chingachgook, o którym mówisz bez przerwy, Pogromco Zwierząt? — zapytał Hurry ruszając w stronę drzewka, które kiedyś wyprostował. — W najlepszym razie jakiś czerwonoskóry włóczęga.
— Nie, Hurry, najlepszy spośród czerwonoskórych włóczęgów, jak ich nazywasz. Gdyby wrócił do swych praw, byłby wielkim wodzem. Tak jak sprawy stoją obecnie, jest tylko dzielnym i prawym Delawarem; szanowanym i nawet mającym posłuch w pewnych sprawach, to prawda. Cóż, niestety, należy do upadłej rasy, należy do zlikwidowanego szczepu. Ach, Harry March, serce by ci rosło, gdybyś tak siedział w ich wigwamie w noc zimową i słuchał starych opowiadań o dawnej wielkości i potędze Mohikanów!
— Słuchaj, przyjacielu — powiedział przystając Hurry. Spojrzał w twarz towarzysza, aby słowa, które miał wypowiedzieć, łatwiej doniosły swój wielki ciężar — kto by wierzył w to, co innym podoba się mówić o sobie, nabrałby o nich zbyt dobrego mniemania, a zbyt lichego o sobie. Czerwonoskórzy to znane samochwały, więcej niż połowę ich opowieści uważam za puste gadanie.
— Jest dużo prawdy w tym, co mówisz, Hurry, nie przeczę, przekonałem się o tym sam i zgadzam się z tobą. Lubią się chełpić, ale takimi stworzyła ich natura i grzechem byłoby jej się sprzeciwiać. Patrz, oto miejsce, którego szukałeś.
Na tym rozmowa się urwała i obaj mężczyźni zwrócili swą uwagę ku temu, co zobaczyli przed sobą. Pogromca Zwierząt pokazał swemu towarzyszowi pień ogromnej lipy, drzewa łykowego, jak nazywają w tym kraju lipę amerykańską, która dopełniła swego życia i zwaliła się pod własnym ciężarem. Drzewo, jak miliony jego braci, leżało tam, gdzie padło, i gniło pod powolnym, lecz nieuniknionym wpływem pór roku. Kiedy jeszcze stało w całej chwale wegetacji, rozkład zaatakował je od środka, drążąc serce drzewa, tak jak choroba niszczy organizm zwierzęcia, gdy na zewnątrz przedstawia jeszcze piękny widok. Leżące drzewo miało około stu stóp długości. Nie uszło to bystremu oku myśliwego. Pogromca z tego faktu i innych okoliczności doszedł do wniosku, że March szukał tego właśnie drzewa.
— Tak, teraz mamy to, czego nam trzeba! — zawołał Hurry oglądając korzenie lipy. — Wszystko tu jest tak bezpieczne, jakby było schowane w kredensie u babci. Jazda, pomóż mi, Pogromco Zwierząt, a za pół godziny będziemy na wodzie.
Myśliwy podszedł do swego towarzysza i we dwójkę zaczęli pracować z namysłem i sprawnie jak ludzie, którym ta praca nie była pierwszyzną. Hurry najpierw usunął stos kory leżący przed wielką dziuplą drzewa. Pogromca stwierdził, że kora była ułożona tak, iż zamiast zamaskować nakrycie dziupli, mogła raczej zwrócić uwagę włóczęgi, który by tędy przechodził. Potem wyciągnęli z dziupli czółno zrobione z kory, zaopatrzone w ławki, wiosła i cały niezbędny sprzęt, a nawet wędki. Łódka nie była mała, ale stosunkowo lekka, Hurry zaś był tak niepospolitej siły, że bez wysiłku wziął ją na plecy i nie przyjął pomocy Pogromcy nawet wtedy, gdy podnosił łódkę z ziemi, ani też gdy trzymał ją na plecach w niewygodnej pozycji.
— Prowadź, Pogromco Zwierząt — powiedział March — i toruj drogę wśród krzaków, resztę biorę na siebie.
Pogromca wyszedł na czoło i ruszyli w dalszą drogę. Myśliwy torował drogę towarzyszowi i skręcał to w prawo, to w lewo wedle wskazówek Marcha. Po upływie około dziesięciu minut znaleźli się nagle w jaskrawym świetle słońca na niskim, piaszczystym cyplu, którego skraj do połowy oblany był wodami jeziora.
Gdy Pogromca Zwierząt stanął na brzegu jeziora i objął wzrokiem nieoczekiwany widok, okrzyk zdumienia wyrwał mu się z ust, okrzyk cichy i ostrożny, gdyż przyzwyczajony był do znacznie większej rozwagi i opanowania niż jego porywczy towarzysz. Widok był istotnie tak uderzający, że zasługuje na krótki opis.
Na tym samym niemal poziomie co cypel rozpościerało się wielkie zwierciadło jeziora, tak spokojne i przezroczyste, że wyglądało jak dno czystej górskiej atmosfery, wciśniętej w oprawę wzgórz i lasów. Jezioro miało około dziewięciu mil długości, szerokość jego była nieregularna, dochodziła naprzeciw cypla do półtorej mili czy nawet więcej, a ku południowi zwężała się co najmniej o połowę. Brzeg jeziora był oczywiście nierówny, postrzępiony zatokami i przerywany wieloma wystającymi niskimi cyplami. Północny, najbliższy naszych wędrowców brzeg jeziora zamykała samotna góra, której zbocza, opadające na wschód i zachód, wdzięcznie łagodziły linie jej sylwetki. Cała okolica miała charakter górzysty, wysokie wzgórza wznosiły się stromo tuż nad wodą jeziora na dziewięciu dziesiątych jego obwodu. Skrawki "niskiego brzegu służyły jedynie do urozmaicenia obrazu; nawet za pasmami lądu, które były stosunkowo niskie, wznosiły się góry, tylko nieco dalej.
Najbardziej jednak uderzającą osobliwością okolicy była uroczysta pustka i kojący spokój. W którąkolwiek stronę zwróciłoby się oczy, widać było tylko lustrzaną taflę jeziora, czyste niebo i gęsty wieniec lasów. Puszcza tak bujnie okryła ziemię, że nie było widać ani jednej polany, a od zaokrąglonego wierzchołka góry do brzegu jeziora słała się jednostajna, niczym nie zmącona zieleń.
Jakby roślinności mało jeszcze było tego pełnego zwycięstwa, drzewa zwisały tuż nad powierzchnią jeziora, wyciągając gałęzie do słońca. Wzdłuż wschodniego brzegu, całymi milami łódź mogła płynąć pod gałęziami ciemnych, jakby rembrandtowskich świerków, drżących osik i smętnych sosen. Słowem, ręka ludzka niczego jeszcze nie tknęła i nie zniekształciła w tym obrazie stworzonym przez przyrodę, w tym zakątku skąpanym w słońcu, we wspaniałym widoku bujnej i majestatycznej puszczy, któremu słodyczy przydawało balsamiczne powietrze czerwca. Krajobraz łagodziły, upiększały i wzbogacały szeroko rozlane wody jeziora.
— Cóż za wspaniały widok! Jak dziwnie uroczysty! I jakże podnosi nas na duchu! — zawołał Pogromca Zwierząt wspierając się na strzelbie i patrząc w prawo i w lewo, na północ i na południe, w górę i w dół, wszędzie gdzie tylko mógł sięgnąć wzrokiem. Jeżeli dobrze widzę, żadnego drzewa nie dotknęła tu nawet ręka Indianina. Wszystko zostało w ręku Boga, by żyło i umierało zgodnie z jego wolą i prawem! Hurry, twoja Judyta musi być panną uczciwą i dobrą, jeśli spędziła choćby tylko połowę czasu, o którym mówiłeś, w miejscu tak hojnie obdarzonym przez naturę.
— To święta prawda! A jednak dziewczyna ma swoje kaprysy. Dawniej nie mieszkała tu stale, stary Tom bowiem, zanim go poznałem, zwykł był przenosić się na zimę w okolice zamieszkałe przez osadników lub pod ochronę dział fortecznych. Niestety, Judytka od osadników, a jeszcze bardziej od nadskakujących jej' oficerków nauczyła się znacznie więcej, niż mogło jej wyjść na dobre.
— Jeśli... jeśli nawet tak było, okolica ta jest szkołą, która może wyprostować jej charakter. Ale cóż to widzę przed nami? Za małe to na wyspę, a za duże na łódź, choć znajduje się na środku jeziora.
—To jest właśnie to, co bawidamki z fortów nazywają Zamkiem Piżmoszczura. Nawet stary Tom śmieje się z tej nazwy, choć jest to złośliwy przytyk do jego charakteru.
To właśnie jego baza, Tom ma bowiem dwa domy: ten, który nigdy nie rusza się z miejsca, i drugi, który pływa po wodzie i raz jest tu, a drugi raz tam. Drugi dom nazywa się „arka", ale co znaczy to słowo, tego już nie umiałbym ci powiedzieć.
— Słowo to pochodzi na pewno od misjonarzy. Słyszałem, jak mówili i czytali o czymś takim. Misjonarze powiadają, że ziemię kiedyś zalała woda i że Noe ze swymi dziećmi byłby utonął, gdyby nie zbudował sobie statku, zwanego arką, i w samą porę się na nim nie schronił. Jedni Delawarzy wierzą w tę legendę, inni ją odrzucają. Tobie i mnie, jako że urodziliśmy się białymi, wypada dać wiarę tej opowieści. Czy widzisz gdzie arkę?
— Jest chyba w południowej części jeziora albo leży na kotwicy w jakiejś zatoce. Ale czółno czeka, w ciągu piętnastu minut zaniesie dwu takich wioślarzy jak ty i ja do zamku Toma.
Pogromca Zwierząt pomógł tedy swemu towarzyszowi znieść rzeczy do łódki, która czekała już na wodzie. W chwilę potem dwaj przyjaciele weszli do łodzi i mocno odbijając wiosłami od dna, odepchnęli ją na jakieś osiem lub dziesięć prętów od brzegu. Hurry usiadł z tyłu, a Pogromca Zwierząt z przodu i wolno, lecz miarowo zaczęli uderzać wiosłami. Łódka pomknęła po gładkiej tafli jeziora ku niezwykłej budowli, nazwanej przez Hurry'ego Zamkiem Piżmoszczura. Kilka razy młodzi mężczyźni przestawali wiosłować, aby przyjrzeć się nowemu widokowi, jaki ukazywał się, kiedy minęli cypel. Odkrywały się wtedy przed nimi dalsze części jeziora lub bardziej rozległe widoki lesistych gór. Atoli zmiany te polegały jedynie na innym kształcie, jaki przybierały góry, na urozmaiceniu falistych linii zatok i rozszerzaniu się doliny ku południu, cała bowiem okolica przybrana była w strojne szaty listowia.
— Oto widok porywający serce! — zawołał Pogromca Zwierząt, gdy tak zatrzymali się po raz czwarty czy piąty. — Jezioro wydaje się stworzone po to, aby lepiej ukazać nam widok wspaniałych lasów. Ziemia i woda przepojone są tutaj pięknem Opatrzności boskiej! Mówisz, Hurry, że nikt nie nazywa się prawowitym właścicielem tych wszystkich bezcennych skarbów?
— Nikt prócz króla, mój chłopcze. Może on rościć sobie pewne prawa do tego zakątka, ale jest tak daleko, że jego roszczenia nigdy nie zaszkodzą staremu Tomowi Hutterowi, który włada tą okolicą i zatrzyma ją w posiadaniu aż do swej śmierci. Tom nie jest osadnikiem, bo nie mieszka na lądzie. Ja nazywam go pływakiem.
— Zazdroszczę temu człowiekowi! Wiem, że to brzydko, i walczę z tym uczuciem, ale zazdroszczę Tomowi! Nie myśl, Hurry, że knuję coś przeciw niemu, aby wleźć w jego mokasyny. Myśl taka nawet nie zaświtała w mej głowie, ale nie mogę oprzeć się zazdrości. Jest to uczucie wrodzone człowiekowi, nawet najlepsi z nas dają mu czasem folgę.
— Ożeń się więc z Hetty — odziedziczysz połowę tego majątku! — zawołał śmiejąc się Hurry. — Dziewczyna jest niebrzydka, ba, gdyby nie uroda jej siostry, byłaby nawet ładna. Rozumu nie ma za wiele, możesz tedy z łatwością sprawić, że będzie myślała o wszystkim to samo, co ty. Jeśli weźmiesz Hetty, ręczę, że Tom da ci „udział w zarobku na każdym jeleniu, którego położysz w promieniu pięciu mil od jego jeziora.
— Czy dużo tu jest zwierzyny? — zapytał nagle tamten niewiele sobie robiąc ze złośliwości Marcha.
— To jest królestwo zwierzyny. Rzadko się tu strzela do niej; nie są to również okolice często odwiedzane przez traperów. Ja też bym nie bywał tu często, ale bóbr ciągnie w jedną stronę, a Judytka w drugą. Ponad sto dolarów hiszpańskich kosztowało mnie to stworzenie w ciągu ostatnich dwóch lat, a mimo to nie mogę oprzeć się pragnieniu zobaczenia jeszcze raz jej twarzy.
— Czy czerwonoskórzy często pokazują się nad jeziorem? — zapytał Pogromca Zwierząt, który trzymał się własnego biegu myśli.
— Przychodzą i odchodzą, czasem gromadnie, kiedy indziej pojedynczo. Okolica nie należy właściwie do żadnego szczepu tubylców. Dlatego dostała się w ręce szczepu Huttera. Stary mówił mi, że byli tacy filuci, którzy zawracali głowę Mohawkom, aby wydostać od nich dokument indiański i na tej podstawie otrzymać od kolonii tytuł własności. Nic jednak z tego nie wyszło, bo nie znalazł się jeszcze taki, co by miał mocną głowę do tego interesu. Myśliwi więc korzystają z dożywotniej bezpłatnej dzierżawy tych lasów.
— Tym lepiej, Hurry, tym lepiej. Gdybym był królem angielskim, człowieka, który by powalił jedno z tych drzew bez wyraźnej potrzeby, wygnałbym na daleką pustynię, gdzie w ogóle nie ma czworonożnych zwierząt. Jestem bardzo rad, że Chingachgook na miejsce spotkania ze mną wybrał brzeg tego właśnie jeziora, gdyż dotąd oko moje nie widziało tak wspaniałego widowiska.
— Bo długo przebywałeś wśród Delawarów, w których kraju nie ma jezior. Otóż, na północ i zachód jest więcej takich jeziorek. Jesteś młody, jeszcze je zobaczysz. Ale choć jest tyle innych jezior, nie ma drugiej Judyty-Hutter!
Uwaga ta wywołała uśmiech Pogromcy Zwierząt, który znów zanurzył wiosło w wodzie, jakby miał na względzie, że kochankowi spieszy się do dziewczyny. Obaj wiosłowali żywo, aż zbliżywszy się na' odległość stu jardów od zamku — jak Hurry zwykł był nazywać dom Huttera — znów odłożyli wiosła. Wielbicielowi Judyty łatwiej przyszło pohamować niecierpliwość, kiedy' zobaczył, że nikogo nie ma w domu. Wolna chwila pozwoliła Pogromcy Zwierząt obejrzeć osobliwą budowlę o tak niespotykanej konstrukcji, że zasługuje na osobny opis.
Zamek Piżmoszczura stał na środku jeziora, oddalony o dobre ćwierć mili od najbliższego brzegu. Z pozostałych stron woda rozpościerała się znacznie dalej: od północnego krańca jeziora dom był oddalony około dwóch mil, a od wschodniego — prawie milę. Nie było tu ani śladu wyspy, dom stał na palach wystających z wody. Pogromca Zwierząt zauważył już przedtem, że jezioro jest bardzo głębokie, wielce był zatem ciekaw wyjaśnienia tego dziwnego faktu. Rozwiązanie zagadki dał mu Hurry: w tym miejscu, jedynym na jeziorze, znajduje się długa i wąska mielizna, biegnąca z północy na południe, długości paruset jardów, sześć do ośmiu stóp poniżej powierzchni jeziora, Hutter wbił więc pale w tę mieliznę i na nich zbudował bezpieczną siedzibę.
— Staremu w czasie walk między Indianami i myśliwymi trzy razy spalono dom, gdy zaś w potyczce z czerwonoskórymi stracił jedynego syna, schronił się na wodę, zapewniającą większe bezpieczeństwo. Ktokolwiek chciałby go tu zaatakować, musiałby podpłynąć łodzią; łup zaś i skalpy nie bardzo są warte mozolnego drążenia czółen w drzewie. Poza tym nigdy nie wiadomo, kto kogo położy trupem w takiej awanturze, bo staremu Tomowi nie brak broni i amunicji, a ściany zamku, jak widzisz, stanowią niezawodną osłonę przed kulami.
Pogromca Zwierząt posiadał trochę teoretycznych wiadomości o sposobie prowadzenia wojny na pograniczu, chociaż nie miał jeszcze okazji podnieść gniewnej ręki na bliźniego. Z łatwością więc stwierdził, że Hurry nie przecenia siły pozycji Toma, jeśli, oceniając ją z punktu widzenia wojskowego, wziąć pod uwagę, że niełatwo byłoby zaatakować zamek tak, aby napastnicy nie byli wystawieni na ogień oblężonych. Drzewem, z którego zbudowano zamek, posłużono się z wielką sztuką, dzięki czemu budowla ta dawała znacznie lepszą osłonę niż zwykłe drewniane domy na pograniczu. Wszystkie ściany domu Toma zbudowane były z grubych pni sosnowych, przyciętych do dziewięciu stóp długości, ustawionych pionowo, a nie położonych poziomo jak zwykle w tych stronach. Kloce te ociosane zostały z trzech stron, a wielkie czopy stanowiły ich oba końce. Na palach ułożono masywne belki, starannie wygładzone, z odpowiednimi otworami na wierzchu. Dolne czopy kloców stanowiących ściany weszły w te otwory dając w ten sposób ścianom mocną podstawę. Podobne belki ułożono na wierzchu stojących kloców i umocowano je tak samo jak belki na dole; węgły budowli umocnione były zamkami i fugami w dolnych i górnych belkach. Podłogę zrobiono z mniejszych pni, podobnie ociosanych, dach zaś stanowiły paliki, przylegające ściśle do siebie;i starannie pokryte korą. Celem wszystkich tych pomyłkowych rozwiązań było zbudowanie domu, do którego można by było dostać się tylko wodą. Kloce tworzące ściany zostały ściśle dopasowane do siebie, a najsłabsze z nich były grube na dwie stopy. Rozdzielić te kloce mogła tylko umiejętna i mozolna praca rąk ludzkich lub powolne działanie czasu. Ściany domu na zewnątrz były toporne i nierówne, pnie bowiem były różnej grubości; wewnętrzną stronę ścian belki podłogi ociosano tak gładko, że odpowiadały wszystkim wymaganiom: stały się zarówno wygodne, jak i ładne. Kominek należał do niemałych osobliwości zamku, na co Hurry zwrócił uwagę towarzyszowi, wyjaśniając mu, w jaki sposób go zbudowano. Jako materiał posłużyła tu gęsta glina, odpowiednio urobiona, którą w drewnianych formach układano warstwami grubości stopy lub dwóch, w miarę jak twardniała. Kiedy w ten sposób wyrósł kominek i został od dołu podparty słupami, rozpalono wielki ogień, który podtrzymywano tak długo, aż kominek wypalił się na kolor cegły. Nie było to łatwe zadanie i nie wszystko się udało. Gdy jednak szczeliny zostały zalepione świeżą gliną, powstało wreszcie palenisko i kominek — zdatne do bezpiecznego użytku. Kominek stanął na podłodze z belek i został podparty z dołu dodatkowym palem.
Dom Huttera krył jeszcze inne osobliwości, które lepiej przedstawią się w ciągu dalszego opowiadania.
— Stary Tom ma głowę pełną pomysłów — dodał Hurry. — Całą duszę włożył w ten kominek, no, i udało mu się, choć zrazu wydawało się, że nic z tego nie będzie; upór ludzki daje sobie radę nawet z dymem. Teraz Tom ma wygodne mieszkanie, choć swego czasu zanosiło się na to, że popękany kominek będzie tylko kopcił i buchał ogniem na izbę.
— Zdaje się, że dobrze znasz historię tego zamku, Hurry, razem z kominkiem i ścianami — powiedział uśmiechając się Pogromca Zwierząt. — Czyżby potęga miłości była aż tak wielka, że skłania do zagłębiania się w Historię mieszkania ukochanej?
— Po części miłość, chłopcze, a po części widziałem to na własne oczy — odparł śmiejąc się dobroduszny olbrzym. — Była nas cała paczka na brzegu jeziora owego lata, kiedy stary budował swój zamek, i pomogliśmy mu w tej pracy. Niemałą część pni tworzących dziś ściany przyniosłem na własnych barkach, a siekiery śmigały w powietrzu wśród drzew na brzegu, kiedyśmy znosili budulec; tyle mogę ci powiedzieć, paniczu Natanielu. Stary frant nie skąpi jadła i nieraz podjedliśmy jego dziczyzny. Nim więc poszliśmy ze skórami do Albany, myślimy sobie — trzeba urządzić "mu wygodne mieszkanie. Tak, nieraz dobrze najadłem się w domu Toma Huttera. Hetty, choć główkę ma słabą, świetnie obraca patelnią i rożnem!
Gdy tak rozmawiali, łódka pomału zbliżała się do zamku i wreszcie znalazła się na odległości jednego uderzenia wiosłem od drewnianego pomostu. Znajdował się on przed wejściem do domu i mógł mieć jakieś dwadzieścia stóp kwadratowych.
— Stary Toni nazywa to swego rodzaju molo podwórzem — powiedział Hurry umocowując łódkę, kiedy, już wysiadł z niej wraz ze swym towarzyszem. — Panowie oficerowie z fortów nazwali je „dziedzińcem zamkowym". No tak, stało się to, czego się obawiałem. Nie ma w domu żywej duszy, cała rodzina wybrała się w podróż — pewnie chcą odkryć Amerykę!
Gdy Hurry kręcił się po podwórzu, oglądając oszczepy rybackie, wędki, sieci i tym podobny sprzęt, jaki można znaleźć w każdym domu na pograniczu, Pogromca Zwierząt, zachowujący się na ogół poprawniej i spokojniej niż jego towarzysz, wszedł do domu okazując ciekawość rzadko spotykaną u ludzi, którzy przez dłuższy czas znajdowali się pod wpływem obyczajów indiańskich. Wnętrze zamku było tak nienagannie schludne, jak dziwny był jego wygląd zewnętrzny. Mieszkanie miało około czterdziestu stóp długości i dwudziestu szerokości i podzielone było na małe sypialnie. Pierwsza izba, do której wszedł, służyła równocześnie za pokój mieszkalny i kuchnię. Umeblowanie stanowiło dziwną mieszaninę, jaką nierzadko spotyka się w domach z drzewa ciosanego, daleko w głębi kraju. Większość mebli odznaczała się surowością kształtów i skrajną prostotą. Jednak piękny zegar z ciemnego drzewa, który wisiał w rogu, a także dwa czy trzy krzesła, stół i biurko pochodziły najwidoczniej z mieszkania, którego właściciel miał większe pretensje, niż to bywa normalnie. W pokoju słychać było mozolne tykanie zegara, które sprawiało wrażenie, jakby jego wskazówki były z ołowiu. Rzeczywiście, posuwały się tak ociężale, jak wyglądały, wskazywały bowiem godzinę jedenastą, chociaż wedle słońca było najwidoczniej już dobrze po południu. Była tam jeszcze ciemna, masywna skrzynia. Naczyń kuchennych, bardzo zresztą prymitywnych, było niewiele, ale każde z nich znajdowało się na swoim miejscu, a stan ich świadczył, że stanowiły przedmiot troskliwych starań.
Pogromca Zwierząt, kiedy już rozejrzał się po pierwszym pokoju, podniósł drewnianą klamkę i wszedł do wąskiego korytarza dzielącego resztę mieszkania na dwie równe części. Zwyczaje pogranicza pozwalają wejść do cudzego domu pod nieobecność właściciela, poza tym Hurry podniecił ciekawość młodego człowieka. Pogromca otwarł więc drzwi i znalazł się w sypialni. Jedno spojrzenie wystarczyło, aby zauważył, że w pokoju mieszkały niewiasty. Łóżko stanowiła pierzyna nabita pierzem dzikich gęsi, leżała zaś na zwykłej pryczy, wznoszącej się zaledwie jedną stopę ponad podłogę. Z jednej strony łóżka wisiały na kołkach różne sukienki, znacznie lepsze niż te, jakich można się było spodziewać w tym miejscu, przybrane wstążkami i tym podobnymi faramuszkami. Nie brakło też ślicznych bucików, zdobnych w srebrne sprzączki, jakie nosiły wówczas niewiasty żyjące w dostatku. Dalej leżało tam nie mniej niż sześć na pół otwartych wachlarzy w dość pstrych kolorach, rzucających się w oczy dzięki pomysłowości swych barwnych malowideł. Nawet poduszka z tej strony łóżka miała poszewkę z delikatniejszego płótna niż jej „koleżanka" po drugiej stronie i przybrana była wąską, marszczoną koronką. Nad wezgłowiem wisiał czepek przystrojony zalotnie wstążkami, z ostentacyjnie przypiętą do niego parą długich rękawiczek, rzadko w owych czasach noszonych przez osoby należące do klas pracujących. Widocznie szło o to, aby wystawić te rękawiczki na widok, kiedy nie można ich było pokazać na rękach właścicielki. Wszystko to ujrzał Pogromca Zwierząt i zanotował w pamięci z dokładnością, która przyniosłaby zaszczyt nawet jego spostrzegawczym przyjaciołom, Delawarom. Nie uszła też jego uwagi różnica między wyglądem dwu stron łóżka, którego głowa opierała się o ścianę. Po drugiej stronie łóżka wszystko było skromne i niczym nie nęciło oka, wyróżniało się jednak niezwykłą czystością. Na kołkach wisiało parę sukni z najbardziej prostego materiału i nader pospolitego kroju, bynajmniej nie uszytych na pokaz. Nie było tam wstążek ani czepka, a chustki były tylko takie, jakie przystało nosić córkom Huttera.
Od wielu lat Pogromca Zwierząt nie był w pokoju oddanym do wyłącznego użytku kobiet tego samego co on koloru skóry i tejże rasy. Widok pokoju dziewcząt przywołał ciżbę wspomnień z lat dziecięcych. Zatrzymał się tutaj, opanowany tkliwym uczuciem od dawna mu nie znanym. Myślał o matce, przypomniał sobie, że kiedyś widział jej skromne suknie, tak samo zawieszone na kołkach jak dziś suknie należące zapewne do Hetty Hutter. Myślał o swej siostrze. Podobnie jak Judyta, choć w znacznie mniejszym stopniu, zdradzała słabość do pięknych strojów. Pod wpływem tych drobnych skojarzeń dał upust długo tłumionym uczuciom; odwracając wzrok, wyszedł smutny z pokoju i zamyślony, wolnym krokiem wrócił na podwórze.
— Widzę, że stary Tom znalazł sobie nowe zajęcie i próbuje swej ręki w zastawianiu sideł! — zawołał Hurry, który dokładnie obejrzał sprzęt Huttera. — Skoro stary zabawia się teraz sidłami, a ty masz ochotę zatrzymać się w tych stronach, możemy bardzo przyjemnie spędzić lato. Gdy stary i ja będziemy starali się pokazać bobrom, że jesteśmy mądrzejsi od nich, ty możesz łowić ryby i tłuc jelenie. W ten sposób zarobisz na kawałek chleba. Nawet najbardziej kiepskim myśliwym dajemy zawsze połowę udziału w zdobyczy, strzelec zaś tak bystry i tak pewnej ręki jak ty może liczyć na cały udział.
— Dziękuję, Hurry, dziękuję z całego serca. Ja, też czasem; gdy nadarzy się sposobność, stawiam sidła na bobry. Co prawda, Delawarzy nazywają mnie Pogromcą Zwierząt, ale nie tyle dlatego, że sieję zniszczenie wśród zwierzyny, lecz dlatego że choć ubiłem tyle rogaczy i sarn, nigdy jeszcze nie odebrałem życia bliźniemu. Mówią, że ich tradycja nie wspomina o kimś, co by przelał tyle krwi zwierzęcej, a oszczędził ludzkiej.
— Chyba, mój chłopcze, nie uważają cię za serce zajęcze? Mężczyzna bez mężnego serca jest jak bóbr bez ogona.
— Sądzę, Hurry, że nie uważają mnie za zbyt trwożliwego, choć może nie mają mnie za nadmiernie odważnego. Nie jestem awanturnikiem, dzięki czemu nie splamiłem rąk krwią ani myśliwych, ani czerwonoskórych. Nie mam, Harry, krwi ludzkiej na swym sumieniu.
— Ja tam jelenia, czerwonoskórego czy Francuza uważam za to samo, choć podobnie jak ty nie jestem skory do zwady i nie znajdziesz w żadnej kolonii człowieka bardziej zgodnego niż ja: Gardzę zawalidrogami jak kundlami, ale nie można mieć za wiele skrupułów, gdy nadejdzie czas, że trzeba pokazać pazury.
— Dla mnie, Hurry, prawdziwym mężczyzną jest ten, kto postępuje sprawiedliwie. Cóż za wspaniały zakątek, nie mogę się napatrzyć!
— Po raz pierwszy zetknąłeś się z jeziorem. W podobnych chwilach zawsze przychodzą nam takie myśli. Wszystkie jeziora są takie same, mówię ci, dużo wody i brzeg, cyple i zatoki.
Określenie to zupełnie nie godziło się z uczuciami, które owładnęły młodym myśliwym, nic więc nie odpowiedział i dalej patrzył w niemym zachwycie to na ciemnozielone wzgórza, to na szklistą wodę.
— Czy gubernator albo ludzie królewscy dali jakąś nazwę temu jezioru? — zapytał nagle, jakby nowa myśl przyszła mu do głowy. Jeśli nie zaczęli znaczyć drzew, nie wyciągnęli kompasów i nic nie kreślą na mapach, to pewnie nie pomyśleli jeszcze o zmąceniu nazwą spokoju natury.
— Jeszcze nie doszli do tego, a jednak kiedy ostatni raz poszedłem ze skórami do kolonii, jeden królewski geometra wypytywał mnie o te okolice. Słyszał, że w tych stronach jest jezioro, i coś mu tam świtało w głowie: tyle, że jest tu woda i pagórki. Wiedział jednak o tym jeszcze mniej niż ty o języku Mohawków. Nie odkryłem kart więcej, niż trzeba, i nie robiłem mu nadziei co do możliwości zakładania farm i karczowania lasów. Słowem, po rozmowie ze mną miał takie pojęcie o tych stronach, jakie podróżny ma o mętnym źródle, do którego prowadzi grząska ścieżka, i biedak tylko się zabłoci, a wody się nie napije. Geometra mówił mi, że nie mają tego jeziora na mapie. Sądzę, że się mylił, gdyż pokazał mi mapę z pergaminu, na której jest jezioro, ale nie w tym miejscu, tylko o pięćdziesiąt mil stąd, jeśli w ogóle miało to być to jezioro. Nie sądzę, aby na podstawie mych informacji mógł zaznaczyć na mapie drugie jezioro, tym razem we właściwym miejscu.
Tu Hurry roześmiał się szczerze, były to bowiem ulubione sztuczki tych, którzy bali się przyjścia cywilizacji, uszczuplającej obszar ich królestwa, niepodległego prawu. Co więcej, rażące błędy na ówczesnych mapach amerykańskich, sporządzanych jedynie w Europie, były stałym przedmiotem kpin tych ludzi. Choć bowiem nie byli wykształceni i dlatego nie mogli sami zrobić lepszych map, znali swe własne strony na tyle dobrze, aby wykryć poważne błędy na istniejących mapach. Kto zadałby sobie trud porównania dowodów nieodpowiedzialnej wiedzy topograficznej naszych ojców sto lat temu z dokładniejszymi mapami współczesnymi, mógłby od razu zauważyć, że ludzie z lasów mieli dostateczne podstawy do krytyki wiadomości z geografii, jakie miała administracja kolonialna, która bez wahania umieszczała na mapie rzekę czy jezioro o jeden lub dwa stopnie geograficzne od ich właściwego położenia, choć leżały o dzień marszu od zamieszkałych części kraju.
— Rad jestem, że jezioro nie ma nazwy — podjął Pogromca Zwierząt — a przynajmniej, że nie ma nazwy nadanej przez blade twarze; ich chrzest zawsze bowiem oznacza zniszczenie. Nie ulega jednak wątpliwości, że czerwonoskórzy, a także myśliwi i traperzy jakoś je określają.
Dali zapewne temu jezioru jakąś rozsądną i podobną do niego nazwę.
— Każdy szczep ma swój język i własny sposób nadawania nazw rzeczom. Ten zakątek traktują oni jak każdy inny. Między sobą nazywamy jezioro „Lśniącym Zwierciadłem", gdyż odbija otaczające je sosny strzelające ku niebu tuż nad brzegiem, jakby chciało w ten sposób odepchnąć napierające nań wzgórza.
— Musi mieć odpływ. Wiem, że każde jezioro ma odpływ, a poza tym skała, przy której mam się spotkać z Chingachgookiem, znajduje się nieopodal odpływu. Czy koloniści nie nadali mu nazwy?
— Pod tym względem górują nad nami, bo mają w swych rękach jeden koniec tego. odpływu, i to większy. Nadali mu nazwę, która dotarła aż do źródła rzeki, nazwy bowiem płyną także pod prąd. Niewątpliwie widziałeś, Pogromco Zwierząt, rzekę Susquehanna , płynącą w dolinie, zamieszkałej przez Delawarów?
— Oczywiście, sto razy polowałem na jej brzegach.
— To jest ta sama rzeka i chyba tak samo brzmi jej nazwa. Rad jestem, że biali musieli zachować nazwę nadaną rzece przez Indian, bo obedrzeć ich nie tylko z ziemi, ale i z nazw — to by już było za wiele!
Pogromca Zwierząt nic na to nie odpowiedział. Stał oparty o strzelbę i patrzył na urzekający widok. Czytelnik niech jednak nie sądzi, że sam malowniczy krajobraz tak mocno przyciągnął uwagę myśliwego. Okolica była cudowna, to prawda, i o tej porze wyglądała najkorzystniej. W wodach jeziora, gładkich jak lustro i przezroczystych jak powietrze, wzdłuż wschodniego brzegu odbijały się góry okryte ciemnozieloną szatą sosen, na cyplach drzewa rosły niemal poziomo, tworząc tu i tam sklepienie z gałęzi i liści nad zatokami, które przeświecały przez zieleń. Głęboka cisza odludnej pustki, wymowny obraz okolic i lasów nietkniętych ręką ludzką — słowem, królestwo natury napełniało słodyczą i zachwytem serce takiego człowieka, jakim dzięki swym zwyczajom i skłonnościom był Pogromca Zwierząt. Przyrodę odczuwał, nie zdając sobie z tego sprawy, tak — jak poeta. Jeśli znajdował przyjemność patrząc w tę otwartą i nową dlań księgę tajemnic puszczy — podobnie jak ten, co raduje się, gdy zyskał szerszy pogląd na sprawy, które od dawna zaprzątały jego umysł — nie był nieczuły na naturalne piękno tego krajobrazu, lecz doznawał ukojenia, jakie przynosi obraz przepojony dostojeństwem i spokojem natury.
*Aby imię to nie wywołało nieporozumienia, wypada powiedzieć, że wspomniany tu Unkas jest dziadkiem Unkasa, który gra tak ważną rolę w Ostatnim Mohikaninie (przyp. autora).
