Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czas na część drugą historii Pogromcy Zwierząt!
„Są historie, które mimo upływu lat wciąż mają tę samą siłę.
Historie o wolności. O honorze. O człowieku wystawionym na próbę przez dziką naturę i własne sumienie.
Pogromca zwierząt Jamesa Fenimore Coopera powraca w zupełnie nowym wydaniu — nowoczesnym, filmowym i pełnym emocji.
To klasyka literatury przygodowej, która dziś brzmi bardziej aktualnie niż kiedykolwiek wcześniej.
Jeśli fascynuje Cię klimat serialu Yellowstone — surowe krajobrazy, napięcie między ludźmi, życie blisko natury, walka o własne zasady i brutalne prawa pogranicza — odnajdziesz to wszystko właśnie tutaj.
Dzika Ameryka XVIII wieku.
Niebezpieczne lasy. Cisza jezior skrywających śmierć. Konflikty między osadnikami a rdzennymi mieszkańcami. I człowiek, który próbuje pozostać wierny sobie w świecie, gdzie słabość nie wybacza błędów.
Nowa produkcja 4P Acoustic została przygotowana z myślą o współczesnym słuchaczu.
To nie jest „lektura szkolna” zamknięta w muzealnym stylu.
To dynamiczna, klimatyczna opowieść, która wciąga jak serial premium — pełna napięcia, przygody i obrazowych scen, które działają na wyobraźnię od pierwszych minut.
Za interpretację odpowiada Wiktor Piechowski, nadając tej historii świeżość, emocje i autentyczny charakter.
Dzięki nowoczesnej realizacji dźwięku każda scena nabiera filmowej głębi, a słuchacz może niemal poczuć chłód porannej mgły i usłyszeć echo kroków w dzikim lesie.
To idealny moment, by odkryć Coopera na nowo.
Niezależnie od tego, czy znasz tę historię od lat, czy sięgasz po nią po raz pierwszy — Pogromca zwierząt potrafi wciągnąć bez reszty.
Dostępny jako audiobook i ebook.
Wejdź do świata, w którym liczy się odwaga, lojalność i instynkt przetrwania.
Poznaj klasykę w nowej jakości.”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 294
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
© 2026 4P Acoustic sp. z o.o.
Wszelkie prawa zastrzeżone.Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Żadna jej część nie może być powielana, reprodukowana, rozpowszechniana ani przetwarzana w jakiejkolwiek formie — elektronicznej, mechanicznej, kserograficznej, nagraniowej lub innej — bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
ISBN: 978-83-68669-69-5
Wydanie IWarszawa 2026
Wydanie elektroniczne (EPUB)
Wydawca: 4P Acoustic4P Acoustic sp. z o.o.
Tytuł: Przygody Sokolego Oka: Pogromca Zwierząt. Część II.
Autor: James Fenimore Cooper
Opracowanie redakcyjne: 4P Acoustic
Przekład i opracowanie edytorskie: 4P Acoustic
Wszelkie znaki towarowe, nazwy własne i marki użyte w publikacji należą do ich prawnych właścicieli.
James Fenimore Cooper
PRZYGODY SOKOLEGO OKA: POGROMCA ZWIERZĄT. Część II.
James Fenimore Cooper
c2ATU=
Wszak wielki Król królów
Kazał wypisać w tablicach przykazań,
Byś nie zabijał.
Strzeż się, bo zemsta czeka w jego dłoni.
By spaść na głowę, która łamie prawa.
Szekspir
O tym, że grupa Indian, do której Cyt siłą została wcielona, nie wyruszyła na wojnę, świadczyła obecność kobiet w ich obozie. Grupę tę, stanowiącą małą część szczepu, początek wojny zaskoczył na terytorium angielskim, gdzie polowała i łowiła ryby. Mingowie spędzili w tych stronach zimę i wiosnę żyjąc właściwie z tego, co należało do nieprzyjaciela, a teraz postanowili zadać mu cios i wycofać się z jego terenów. Manewr, który zawiódł Mingów tak daleko w głąb nieprzyjacielskiego terytorium, podyktowany był iście indiańskim sprytem. Gdy przybył goniec z wieścią, że wybuchła wojna między Anglikami a Francuzami — wojna, do której musiały być wciągnięte wszystkie szczepy znajdujące się pod wpływami jednej ze stron walczących — nasz oddział Irokezów stał obozem nad jeziorem Oneida, które leży o pięćdziesiąt mil bliżej granicy Kanady niż jezioro, nad którym rozgrywają się wypadki naszego opowiadania. Uciekając w kierunku granicy Kanady naraziliby się na niebezpieczeństwo bezpośredniego pościgu; wodzowie indiańscy postanowili więc wykonać manewr polegający na przeniknięciu w głąb kraju, w którym groziło im teraz niebezpieczeństwo, przy czym mieli nadzieję, że uda im się wycofać na tyły nieprzyjaciela i nie dopuścić, aby im deptał po piętach. Do tego podstępu nakłoniła ich obecność kobiet, zbyt słabych, żeby podołać ucieczce przed pościgiem wojowników. Jeśli czytelnik uprzytomni sobie, na jak olbrzymich obszarach rozciągała się amerykańska puszcza w owych odległych czasach, zrozumie, że nawet cały szczep mógł miesiącami ukrywać się w lasach. Niebezpieczeństwo zaś spotkania wroga w lasach, jeśli zachowało się zwykłe środki ostrożności, było mniejsze niż w czasie wojny na pełnym morzu.
Obozowisko było tymczasowe i nie wyglądało o wiele lepiej niż zwykły biwak, chociaż wprowadzono w nim pewne pomysłowe ulepszenia, jakie nasunęły się mieszkańcom obozu, przywykłym do życia koczowniczego. Jedno ognisko, rozpalone wśród korzeni zielonego dębu, wystarczało całemu obozowi, gdyż przy ciepłej pogodzie ogień służył tylko do gotowania. Wokół ogniska rozrzuconych było piętnaście do dwudziestu chatek (należałoby raczej powiedzieć: psich bud), do których ich właściciele wpełzali na noc i gdzie chronili się w czasie burzy. Chatki te zbudowano z gałęzi drzew, dość pomysłowo splecionych; wszystkie jednakowo pokryte były korą, zdartą z leżących drzew, jakich nigdy nie brak w dziewiczej puszczy. Mebli niemal nie było. Najbardziej prymitywny sprzęt kuchenny leżał koło ogniska; nieco odzieży można było ujrzeć w chatkach lub obok nich; strzelby, rogi i sakwy leżały oparte o drzewa lub wisiały na niższych gałęziach; dwa czy trzy zabite jelenie zwisały z drzew, stanowiących naturalne jatki.
Nie można było ogarnąć obozu jednym spojrzeniem, leżał bowiem w gęstym lesie; chatki wynurzały się jedna po drugiej, w miarę jak oczy oswajały się z mrokiem, jaki tu panował. Ognisko mogło uchodzić za środek obozu, ale w całej tej nędznej wiosce nie było otwartego miejsca, na którym mogliby się zbierać jej mieszkańcy. Przyczajona w mroku osada niczym nie różniła się od swych panów — ponurych, skrytych, podstępnych Mingów. Garstka dzieci plątała się między chatkami, co trochę przypominało życie osiadłe. Czasem głęboką ciszę mrocznego lasu przerywał stłumiony śmiech i ciche głosy kobiet. Mężczyźni jedli, spali lub oglądali broń. Rozmawiali niewiele. Zazwyczaj zbierali się w tym celu w grupy, możliwie najdalej od kobiet. Niestrudzona, wrodzona im czujność i obawa niebezpieczeństwa nie opuszczała ich, można by rzec, nawet w czasie snu.
Gdy obie dziewczyny podeszły do obozu, Hetty wydała cichy okrzyk, ujrzała bowiem ojca. Siedział na ziemi, oparty o drzewo. Obok niego stał Hurry i bezmyślnie strugał gałązkę. Na pozór korzystali z takiej samej wolności, co inni mieszkańcy obozu; ktoś nie znający dobrze zwyczajów Indian wziąłby ich za gości, a nie jeńców. Wah-ta-Wah przyprowadziła do nich Hetty, po czym skromnie odeszła, aby swą obecnością nie krępować uczuć przyjaciółki. Hetty jednak nie była przyzwyczajona do pieszczot i czułości i umiała zapanować nad swymi uczuciami. Po prostu podeszła i stanęła obok ojca bez słowa — podobna do niemego posągu kochającej córki. Starzec nie okazał ani niepokoju, ni zdziwienia z powodu nagłego pojawienia się Hetty. Przyjął stoicką postawę Indian, dobrze bowiem wiedział, że panowanie nad sobą jest niezawodnym sposobem pozyskania ich szacunku. Dzicy także nie okazali śladu zdziwienia, że nagle obca osoba znalazła się w obozie. Słowem, przybycie Hetty, choć nastąpiło w tak szczególnych okolicznościach, nie wywołało większego wrażenia niż przyjazd zwyczajnego podróżnego przed wiejską gospodę w Europie. Jednakże paru wojowników przystanęło w pobliżu, a ze spojrzeń, jakie rzucali Hetty w czasie rozmowy, można się było domyślić, że mówią o niej i zastanawiają się, po co tak niespodziewanie zjawiła się w obozie. Flegmatyczne obejście jest cechą Indian z Ameryki Północnej (niektórzy mówią to samo o białych następcach Indian). Tym razem spokój dzikich w dużej mierze należało przypisać ich szczególnie bezpiecznej sytuacji. Stan załogi arki, wyjąwszy obecność Chingachgooka, był im dobrze znany, w najbliższej okolicy nie było ani innych szczepów indiańskich, ani oddziałów wojskowych, a przenikliwe oczy czujek rozstawionych wokół całego jeziora śledziły każde poruszenie tych, o których można bez przesady powiedzieć, że byli oblężeni.
Hutter był bardzo wzruszony postępkiem Hetty, chociaż zachował wszystkie pozory obojętności. Przypomniał sobie cichą prośbę dziewczęcia, aby został na arce, a niepowodzenie wyprawy dodało wagi jej przestrodze, o której na pewno by zapomniał, gdyby mu się powiodło. Wiedział, jak to niemądre i naiwne dziecko jest mu oddane, rozumiał, po co tu przyszła, zdawał sobie sprawę, że we wszystkich swych postępkach zupełnie nie dbała o swą własną osobę.
— Źle zrobiłaś, Hetty — powiedział, więcej obawiając się o nią niż o siebie. — To są zawzięci Irokezi; nie zapominają łatwo ani krzywdy, ani przysługi.
— Powiedz mi, tatusiu — odparła dziewczyna rozglądając się ukradkiem, czy nikt nie podsłuchuje — czy Bóg pozwolił ci spełnić okrutny zamiar, z jakim tu przyszedłeś? Muszę to wiedzieć, bo tylko wtedy będę mogła szczerze mówić z Indianami, jeśli Bóg nie dopuścił do tej zbrodni.
— Nie powinnaś tu była przychodzić, Hetty; to bydło nie zrozumie ani ciebie, ani twych intencji!
— Jak to było, ojcze? Ani ty, ani Hurry nie macie nic takiego, co by wyglądało na skalpy.
— Jeśli to cię może uspokoić, dziecko, mogę powiedzieć, że nie zdobyliśmy skalpów. Złapałem młode stworzenie, które tu przyszło z tobą, ale jej krzyki ściągnęły mi na kark taką zgraję tych lampartów, że żaden chrześcijanin sam nie dałby im rady. Jeśli ci to może sprawić przyjemność, dowiedz się, że tym razem i my jesteśmy niewinni: nie wzięliśmy skalpów. I kolonia nie jest winna nam pieniędzy, nie ma co gadać.
— Dziękuję ci, tatusiu! Teraz mogę śmiało i z czystym sumieniem mówić z Irokezami. Czy Hurry'emu także nie udało się zrobić krzywdy Indianom?
— No cóż, tym razem, Hetty — odparł Hurry — trafiłaś w sedno, święte twoje słowa — jak z Biblii. Hurry'emu nie udało się i tyle. Przeszedłem już niejedną zawieruchę, na lądzie i na morzu, ale takiej gwałtownej, jaka runęła na nas przedwczoraj w nocy w postaci indiańskich zuchów — jak żyję, jeszcze nie widziałem! No cóż, Hetty, z rozumem u ciebie nie jest najlepiej i takiej trochę głębszej myśli to już nie zrozumiesz, ale zawsze jesteś człowiekiem i coś ci tam świta w głowie. A teraz posłuchaj, co ci powiem. Stary Tom, twój ojciec, i ja wybraliśmy się na całkiem legalną operację indiańskich pałek, zgodną z literą prawa, jako też z odezwą kolonii. Nie mieliśmy więc złych zamiarów. Aż tu nagle rzuciło się na nas stado już nie dzikich ludzi, lecz zgłodniałych wilków. Związali nas jak dwa barany prędzej, niż mogę ci o tym opowiedzieć.
— Ale teraz nie jesteś związany, Hurry — powiedziała Hetty, nieśmiało spoglądając na niczym nie skrępowane, potężne członki młodego olbrzyma. — Ani sznury, ani łyko nie rani teraz twych ramion i nóg.
— To prawda, Hetty. Natura jest naturą, a wolność to też natura człowieka. Moje członki wyglądają na wolne, ale na tym też kończy się ta wolność, bo nie mogę ich użyć tak, jakbym chciał. Tutaj nawet drzewa mają oczy — tak — i języki. Widzisz, gdyby ten oto starzec albo ja, gdyby któryś z nas przekroczył o łokieć granice naszego więzienia, wzięliby go za kark, zanim by sam wziął nogi za pas, i chcesz czy nie — kilka kul poleciałoby za nami z zaproszeniem, abyśmy nie byli tacy nerwowi. W całej kolonii nie ma lepiej zamkniętego więzienia. Sam próbowałem już, co są warte dwa albo trzy, i wiem, z jakiego materiału są zbudowane. Poznałem też tych, co je stawiali, i wiem, że są to budowle, które jedni budują, a inni potem rozwalają.
Aby czytelnik na podstawie przechwałek i niemądrych wynurzeń Hurry'ego nie wyrobił sobie zbyt ujemnego sądu o jego przewinieniach, może nie od rzeczy będzie zauważyć, że przestępstwa Marcha ograniczały się do burd i bijatyk, za które nieraz siedział w więzieniu, skąd też nierzadko — jak to przed chwilą powiedział — uciekał dowodząc słabej budowy aresztu w ten sposób, że otwierał sobie drzwi tam, gdzie architekci wcale ich nie umieścili. Ale Hetty nic nie wiedziała o więzieniach i nie bardzo rozumiała, co to jest zbrodnia; tyle że w sposób prymitywny i niemal instynktowny odróżniała dobro od złego. Dowcipy młodego prostaka i zabijaki wcale też do niej nie dotarły. Ogólny jednak sens słów Hurry'ego zrozumiała i taką dała odpowiedź:
— Tym lepiej, że was pilnują, Hurry. Najlepiej będzie, jeśli ty i ojciec zachowacie się cicho i spokojnie, póki nie pomówię z Irokezami, a wtedy wszystko skończy się dobrze i szczęśliwie. Nie chcę, żeby któryś z was poszedł za mną, chcę iść sama. Gdy tylko załatwię sprawę i będziecie mogli wrócić do zamku, przyjdę was o tym zawiadomić.
Hetty mówiła z taką naiwną powagą, tak była pewna powodzenia i tak przekonana o słuszności swych słów, że obaj słuchacze byli skłonni uwierzyć w skuteczność jej pośrednictwa. Kiedy więc oświadczyła, że teraz musi się z nimi rozstać, nie zatrzymywali jej, chociaż wiedzieli, że zmierza ku grupie wodzów, którzy naradzali się na boku, zapewne rozważając, w jaki sposób i po co dziewczyna tak niespodziewanie zjawiła się w obozie.
Gdy Cyt — bo tak wolelibyśmy nazywać indiańską dziewczynę — rozstała się ze swą towarzyszką, podeszła do dwóch najstarszych wojowników, którzy okazali jej najwięcej serca w czasie jej pobytu w niewoli. Jeden z nich, wojownik, który cieszył się wielkim szacunkiem, chciał ją nawet adoptować, gdyby zgodziła się zostać Huronką. Sprytna dziewczyna podeszła do wojowników po to, aby zapytali ją o Hetty. Zbyt dobrze znała obyczaje indiańskie, by — jako kobieta, i to młoda — chciała narzucić swe zdanie mężczyznom i wojownikom. Miała jednak tyle wrodzonego taktu i dowcipu, że umiała, gdy było jej to potrzebne, zwrócić na siebie uwagę nie raniąc dumy tych, którym winna była posłuszeństwo i szacunek. Właśnie ta jej udana obojętność wywołała zainteresowanie. Zaledwie Hetty stanęła obok swego ojca, już delawarską dziewczynę wezwano nieznacznym, lecz wymownym gestem do koła wojowników. Zapytano ją, co sprowadziło jej towarzyszkę do obozu. Cyt na to tylko czekała. Najpierw więc wyjaśniła, w jaki sposób przekonała się, że Hetty jest niespełna rozumu, wyolbrzymiając raczej jej braki umysłowe, następnie opowiedziała pokrótce, w jakim celu dziewczyna ta odważyła się przyjść do nieprzyjacielskiego obozu. Słowa jej odniosły taki skutek, jakiego się spodziewała: gość był osobą świętą i godną szacunku, co — jak dobrze wiedziała — zapewniało Hetty nietykalność. Osiągnąwszy swój cel Cyt odeszła na bok i tam z kobiecą starannością, jak gdyby była siostrą Hetty, zabrała się do przygotowywania 'posiłku, aby w stosownej chwili podać go swej nowej przyjaciółce. Cały czas jednak bystra dziewczyna zachowywała największą czujność i obserwowała grę twarzy wodzów, każdy ruch Hetty i wszystko, co tylko mogło mieć wpływ na jej własne położenie lub los przyjaciółki.
Gdy Hetty podeszła do wodzów, ich kółko otwarło się na jej przyjęcie z uprzejmością tak swobodną, że nie przyniosłaby ujmy nawet towarzystwu osób wysoko urodzonych. Najstarszy z wojowników łagodnym gestem wskazał dziewczynie miejsce na pniu drzewa i sam usiadł przy niej z miną dobrotliwą i prawdziwie ojcowską. Inni wodzowie usadowili się wokół z wielką powagą i godnością. Hetty, która wiedziała, czego od niej oczekują, zaczęła mówić o celu swej wizyty. Ledwie jednak otwarła usta, stary wódz dał jej uprzejmy znak, by się wstrzymała, powiedział parę słów do młodszego wodza i w milczeniu czekał cierpliwie, aż tamten przyprowadzi Cyt. Wódz spostrzegł się, że potrzebny jest tłumacz: zaledwie bowiem dwóch czy trzech spośród Huronów obecnych przy rozmowie znało angielski, i to słabo.
Wah-ta-Wah wcale się nie zmartwiła, gdy zawołano ją, aby była obecna przy rozmowie z Hetty, a nawet ucieszyła się, że będzie tłumaczem. Wiedziała, co jej grozi, gdyby chciała wprowadzić w błąd któregoś z wodzów, niemniej była zdecydowana użyć wszystkich sposobów i chwycić się każdego podstępu, jakich ją nauczono, aby zataić obecność narzeczonego w tych stronach i cel jego przybycia. Kto z bliska nie poznał życia ludów pierwotnych, ich poglądów i pomysłów, ten nigdy by się nie domyślił, ile dowcipu, ostrożności, śmiałości decyzji, szlachetnych pobudek, samozaparcia i poświęcenia zakochanej kobiety kryło się pod chłodnym spojrzeniem łagodnych oczu i promiennym uśmiechem młodej indiańskiej piękności. Starzy, posępni wojownicy z przyjemnością patrzyli na idącą ku nim dziewczynę, gdyż z ukrytą dumą żywili nadzieję, że zaszczepią ten piękny pęd na pniu własnego plemienia. Trzeba powiedzieć, że szczepy amerykańskie równie dobrze znają i często stosują adaptację jak narody, u których sprawy te reguluje prawo cywilne.
Gdy Cyt usiadła, obok Hetty, stary wódz poprosił ją, aby zapytała „piękną młodą bladą twarz", co sprowadziło ją do Irokezów i w czym mogliby jej pomóc.
— Powiedz im, Cyt, że jestem młodszą córką Tomasza Huttera, starszego ich jeńca, który jest panem zamku i arki i który ma najwięcej praw, aby uchodzić za pana tych wzgórz i Jeziora, bo od dawna tu mieszka, poluje i łowi ryby. Będą wiedzieć, o kim mówię, gdy im to wszystko powiesz. Powiedz im dalej, że przyszłam tu przekonać ich, że nie powinni zrobić nic złego ojcu i Hurry'emu, ale — pozwolić im odejść w pokoju i traktować ich jak braci, nie jak wrogów. To wszystko powiedz im wprost, Cyt, i nie bój się o siebie lub o mnie — Bóg nas obroni! – Wah-ta-Wah spełniła życzenie Hetty. Starała się słowa swej przyjaciółki możliwie najdokładniej przełożyć na język irokezki, którym mówiła niemal tak biegle jak po delawarsku. Wodzowie z godnością i powagą słuchali tych wstępnych wyjaśnień; dwaj Mingowie, którzy coś niecoś rozumieli po angielsku, dyskretnymi, lecz wymownymi spojrzeniami dawali do zrozumienia, że są zadowoleni z tłumaczki.
— A teraz, Cyt— podjęła Hetty, gdy dano jej znak, że może mówić dalej — a teraz, Cyt, chcę, żebyś tym czerwonoskórym powtórzyła słowo w słowo to, co powiem. Najpierw powiedz im, że... ojciec i Hurry przyszli tu z zamiarem wzięcia tylu skalpów, ile tylko będą mogli... bo rządca kolonii, bezecnik, wyznaczył cenę za skalpy... Wszystko jedno: wojowników, kobiet, mężczyzn, dzieci… A złoto było zbyt drogie ich sercu, aby oparli się tej pokusie. Powtórz im, droga Cyt, to wszystko, słowo w słowo. Wah-ta-Wah zawahała się, czy powtórzyć to przemówienie dosłownie, jak tego życzyła sobie Hetty; zauważyła jednak, że dwaj wodzowie, którzy znali język angielski, zrozumieli Hetty i podejrzewając ich o lepszą znajomość tego języka, niż to było istotnie, uznała, że trzeba spełnić życzenie przyjaciółki. Wbrew temu, czego oczekiwałby człowiek cywilizowany, przyznanie, czym kierowali się i do czego zmierzali jeńcy, nie wywołało żadnego widocznego wrażenia na słuchaczach. Zapewne uważali postępek bladych twarzy za chwalebny, żaden z nich bowiem nie zawahałby się tak postąpić, a tym samym nie mógł zganić za to drugiego.
— A teraz, Cyt — ciągnęła Hetty, gdy zauważyła, że wodzowie ją zrozumieli — możesz powiedzieć im więcej. Wiedzą, że ojcu i Hurry'emu wcale się nie powiodło, nie mogą więc mieć do nich urazy, skoro obaj biali nie wyrządzili im krzywdy. Ale gdyby obaj wymordowali dzieci' i kobiety indiańskie, sprawa wcale nie wyglądałaby inaczej: a nawet, zdaje mi się, że to, co im teraz powiem, miałoby większe znaczenie, gdyby rzeczywiście biali wyrządzili im krzywdę. Ale najpierw zapytaj ich, Cyt, czy wiedzą, że jest Bóg, który panuje nad całym światem, jest panem i władcą wszystkich ludzi bez wyjątku — białych, czerwonych i jeszcze innych.
Wah-ta-Wah wydała się zdziwiona tym pytaniem (każda niemal starsza dziewczyna indiańska wie o istnieniu Wielkiego Ducha). Przetłumaczyła jednak dokładnie pytanie Hetty. Wodzowie z powagą odpowiedzieli, że wiedzą o istnieniu Wielkiego Ducha.
— To dobrze — powiedziała Hetty — teraz już moje zadanie będzie łatwe. Ten Wielki Duch, jak wy nazywacie naszego Boga, kazał napisać książkę, którą my nazywamy Biblią. W tej książce zebrano wszystkie Jego przykazania, Jego świętą wolę i upodobania oraz prawidła, wedle których ludzie powinni żyć, wskazówki, jak należy kierować nawet swoimi myślami, pragnieniami i wolą. Oto jedna z tych świętych książek. Ty, Cyt, musisz wodzom przetłumaczyć to, co zaraz przeczytam:
To powiedziawszy, Hetty z nabożeństwem wyjęła z grubego płótna małą Biblię angielską; zrobiła to z oznakami takiej czci, jaką katolicy okazują relikwiom. Posępni wojownicy śledzili jej powolne ruchy nie spuszczając z niej oczu, a jednemu czy dwóm na widok książeczki wymknął się cichy okrzyk zdziwienia. Hetty triumfalnie wyciągnęła do nich Biblię, jakby się spodziewała, że sam jej widok dokona cudu, po czym, nie zdradzając zdziwienia ani zmartwienia obojętnością Indian, zwróciła się ponownie do swej przyjaciółki i mówiła dalej.
— To jest święta książka, Cyt — powiedziała. — Słowa, wiersze, wersety i rozdziały — wszystko pochodzi od Boga.
— A czemu Wielki Duch nie posłał tej książki również Indianom? — zapytała Cyt ze szczerością zupełnie pierwotnego umysłu.
— Czemu? — powtórzyła Hetty, trochę zmieszana tym nieoczekiwanym pytaniem. —Czemu? Ach, naturalnie! Wiesz, że Indianie nie umieją czytać.
Aczkolwiek wyjaśnienie to nie zadowoliło Cyt, nie uważała sprawy za tak ważną, aby dalej nastawać na Hetty. Skłoniła się skromnie, co miało w uprzejmy sposób wyrazić, że uważa za prawdę to, co usłyszała,, i cierpliwie czekała na dalsze argumenty bladolicej entuzjastki.
— Możesz powiedzieć wodzom, że cała ta książka nakazuje ludziom, aby przebaczali swym nieprzyjaciołom, traktowali ich jak braci, nigdy bliźnim nie czynili zła, a tym bardziej — z zemsty lub pod wpływem innych grzesznych namiętności. Czy możesz, Cyt, powiedzieć im to tak, aby zrozumieli?
— Ja przetłumaczę dobrze, ale oni zrozumieć niełatwo. – Cyt powtórzyła, jak umiała najlepiej słowa Hetty, a Indianie słuchali pilnie, ale z takim zdziwieniem, jakie by okazał dzisiejszy Amerykanin, gdyby ktoś twierdził, że wielka, nowoczesna, choć niestała władczyni spraw ludzkich, opinia publiczna, może się mylić. Jednakże kilku Wodzów, którzy zetknęli się z misjonarzami, w paru słowach wyjaśniło innym, o co chodzi, po czym całe zebranie pilnie nadstawiło uszu, czekając, co będzie dalej. Hetty, zanim przystąpiła do dalszych wywodów, zapytała Cyt z wielką powagą, czy wodzowie zrozumieli ją, na co otrzymała odpowiedź wymijającą, którą przyjęła za dobrą monetę.
— Teraz przeczytam wojownikom parę wersetów, które bardzo im się mogą przydać — powiedziała Hetty przybierając ton coraz bardziej poważny i uroczysty. — Niech tylko pamiętają, że będą to słowa Wielkiego Ducha. Po pierwsze: Kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Powiedz im to, droga Cyt.
— Dla Indianin blada twarz nie jest bliźniego swego — odparła Delawarka ze stanowczością, jakiej dotąd nie okazywała. — Bliźni to Irokez dla Irokez. Mohikanin dla Mohikanin i blada twarz dla druga taka sama. Nie ma po co mówić wodzom co innego.
— Zapominasz, Cyt, że to są słowa Wielkiego Ducha, wodzowie muszą im być posłuszni tak — jak wszyscy inni. Oto następne przykazanie: Jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu lewy.
— A to co znowu znaczy? — zapytała Cyt szybko. Hetty wyjaśniła, że nie wolno mścić się za krzywdę, lecz należy się poddać nowym razom napastnika.
— I jeszcze tego posłuchaj, Cyt — dodała Hetty. — Miłujcie nieprzyjaciół waszych, błogosławcie tych, którzy was przeklinają, czyńcie dobro tym, którzy was nienawidzą, i módlcie się za tych, którzy wami gardzą i was prześladują.
Hetty bardzo się podnieciła. Oczy wzruszonej dziewczyny błyszczały, policzki płonęły rumieńcem, a głos, zwykle cichy i drżący, brzmiał silnie i dobitnie. Wah-ta-Wah, gdyby nawet chciała, nie mogłaby przetłumaczyć ani połowy tego, co Hetty powiedziała w pobożnym uniesieniu. Zarówno Indiance, jak wodzom zdumienie odebrało mowę. Nim Delawarka zdążyła otworzyć usta, młoda naiwna entuzjastka osłabła z wielkiego wysiłku. Teraz Cyt pokrótce przetłumaczyła treść tego, co Hetty przeczytała lub powiedziała, ograniczając się do najbardziej charakterystycznych wersetów, zwłaszcza takich, które przemówiły do jej wyobraźni, jako najbardziej dziwne, i które mogłyby znaleźć zastosowanie w sprawie jeńców.
Chyba nie trzeba mówić czytelnikowi, jakie wrażenie wywarł na indiańskich wojownikach wykład o nowych powinnościach moralnych, kiedy ich własna religia uczyła, że nigdy nie należy zapominać o dobrodziejstwie, jakiego się doznało, ani darowywać krzywdy, jaką ktoś nam wyrządził. Na szczęście, pierwsze wyjaśnienia Cyt przygotowały umysły Huronów na to, że usłyszą coś bardzo dziwnego; większość tego, w czym nie mogli znaleźć ani ładu, ani składu, przypisali faktowi, że osoba przemawiająca do nich ma inny porządek w głowie niż reszta ludzi. Jednakże było tam paru starców, którzy słyszeli podobne nauki od misjonarzy, i ci nabrali ochoty poświęcenia wolnej chwili tej, zdaniem ich, tak ciekawej sprawie.
— To jest dobra książka bladych twarzy — zauważył jeden z tych wodzów biorąc Biblię z rąk Hetty bez sprzeciwu z jej strony. Kiedy przerzucał kartki książki, Hetty z zaniepokojeniem wpatrywała się w jego oblicze, jak gdyby chciała ujrzeć widoczne skutki zetknięcia się Indianina z Biblią.
— To jest prawo, wedle którego żyją moi biali bracia, prawda?
Cyt, do której pytanie było zwrócone, jeśli w ogóle było skierowane do jakiejś określonej osoby, odpowiedziała twierdząco. Delawarka dodała, że zarówno Francuzi z Kanady, jak i Jankesi z prowincji brytyjskich uznają powagę tej książki i twierdzą, że szanują jej zasady.
— Powiedz mojej młodej siostrze — rzekł Huron patrząc na Cyt — że chcę otworzyć usta i powiedzieć kilka słów.
— Wódz Irokezów chce mówić, moja przyjaciółka, blada twarz słuchać — powiedziała Cyt.
— Cieszę się bardzo! — zawołała Hetty. — Bóg wzruszył jego serce: wypuści ojca i Hurry'ego na wolność!
— To jest prawo bladych twarzy — zaczął wódz. — Prawo to mówi im, żeby czynili dobrze tym, którzy ich krzywdzą. Jeśli brat prosi bladą twarz o strzelbę, trzeba mu dołożyć jeszcze róg na proch. Takie jest prawo bladych twarzy?
— Nie, nie tak — z powagą odparła Hetty. — W całej Biblii nie ma słowa o strzelbach, a proch i kule — to obraza Wielkiego Ducha.
— Czemuż więc biała twarz ich używa? Jeśli przykazano jej dać w dwójnasób temu, który o coś prosi, to czemu zabiera podwójnie biednym Indianom, którzy o nic bladej twarzy nie proszą?
Przychodzi z tamtej strony wschodzącego słońca z książką w ręce i na niej uczy czerwonoskórego czytać, ale dlaczego sama zapomina, co mówi ta książka? Gdy Indianin daje, blada twarz nigdy nie ma dosyć; a teraz obiecuje złoto za skalpy naszych kobiet i dzieci, choć nas nazywa dzikimi zwierzętami, jeśli zdejmiemy skalp wojownikowi zabitemu w otwartej walce. Nazywam się Rozdarty Dąb.
Kiedy to straszne pytanie dotarło do Hetty w dokładnym tłumaczeniu, a tym razem Cyt wykonała swe zadanie z większym niż dotąd zapałem, dziewczyna, rzecz jasna, doznała bolesnego rozczarowania i bardzo się zmieszała. Tego rodzaju pytania wpędzały w kozi róg znacznie tęższe umysły niż słaba główka biednego dziewczęcia nic więc dziwnego, że mimo całej swej dobrej woli i szczerości nie wiedziała, co odpowiedzieć.
— Co im powiedzieć, Cyt? — zapytała błagalnym tonem Indiankę. — Wiem, że wszystko, co przeczytałam im z książki, to prawda, a jednak wydaje się to nieprawdą, jeśli sądzić wedle postępków tych, którzy otrzymali tę książkę. Więc jakże to?
— Twoja prawda jest prawda bladej twarzy — odparła ironicznie Cyt. — Dobra tylko dla jedna strona, zła dla druga.
— Nie, nie, Cyt, prawda jest jedna dla wszystkich. A jednak to bardzo dziwne!... Jestem pewna, że dobrze przeczytałam słowa Biblii... A chyba nie ma człowieka tak podłego, żeby źle wydrukował słowa Boga. To niemożliwe, Cyt.
— Cóż, biedna indiańska dziewczyna myśli, że dla blade twarze wszystko jest możliwe. Raz mówią białe, drugi raz mówią czarne. Czemu, mówisz, niemożliwe?
Hetty była coraz bardziej zmartwiona, aż wreszcie ogarnęło ją przerażenie, że pokpiła sprawę, że ojciec i Hurry życiem zapłacą za jakiś błąd, który musiała popełnić, i zalała się łzami. Cyt natychmiast porzuciła ton ironiczny i chłodną obojętność — i znowu stała się dla Hetty czułą przyjaciółką. Objęła zgnębioną dziewczynę starając się uśmierzyć jej ból swym kobiecym współczuciem, środkiem, który niemal nigdy nie zawodzi.
— Przestać... nie płakać — mówiła ocierając Hetty łzy z policzków jak małemu dziecku i co chwilę przerywając to zajęcie, aby przycisnąć dziewczynę do piersi niby najdroższą siostrę. — Czego się martwić? Ty nie zrobiłaś ta książka, jeśli ona zła, i ty nie zrobiłaś blada twarz, jeśli ona podła. Być zły czerwony człowiek i być zły biały. Żaden kolor cały dobry, żaden kolor cały zły. Wodzowie dobrze to wiedzą.
Hetty szybko się opanowała i znów z całą naiwną powagą wróciła myślą do celu swej wizyty. Kiedy ujrzała, że posępni wodzowie ciągle otaczają ją kołem, stojąc z poważnymi i skupionymi minami, nabrała nadziei, że może za drugim razem uda się jej przekonać Indian o słuszności swej sprawy.
— Słuchaj, Cyt — zaczęła starając się opanować łkanie i mówić wyraźnie — powiedz wodzom, że to, co robią źli ludzie, nie ma żadnego znaczenia, co jest słuszne, pozostanie słuszne... Słowa Wielkiego Ducha pozostaną jego słowami... I nikt nie ujdzie kary za zły postępek, choćby ktoś inny zrobił przedtem to samo! Kto na ciebie kamieniem, ty na niego chlebem — powiada ta książka; a to jest prawem tak samo dla czerwonoskórego, jak dla białego człowieka.
— Ja nigdy nie słyszeć o takie prawo u Delawarów lub Irokezów — łagodnie odparła Cyt. — Na nic mówić wodzom o takie prawo. Powiedz im coś takiego, w co oni uwierzą.
Mimo to Cyt chciała przetłumaczyć słowa Hetty, gdy najstarszy wódz dotknął palcem jej ramienia.. Obejrzała się i zobaczyła, że jeden z wojowników odszedł i właśnie wracał z Hutterem i Hurry'm. Zrozumiała, że obaj mężczyźni będą teraz przesłuchiwani, i zamilkła ze ślepym posłuszeństwem indiańskiej kobiety. Jeńcy stanęli twarzą w twarz z wodzami zwycięzców.
— Córko — powiedział najstarszy wódz do młodej Delawarki — zapytaj tę siwą brodę, po co przybyła do naszego obozu.
Cyt powtórzyła pytanie po angielsku. Jej angielszczyzna była dość kiepska, ale zrozumiała. Hutter był z natury człowiekiem zbyt twardym i upartym, aby bał się następstw swoich postępków, a poza tym zbyt dobrze znał sposób myślenia dzikich i wiedział, że nic tu nie pomogą wykręty lub niemęska obawa przed ich gniewem. Dlatego bez wahania przyznał się, w jakim celu wysiadł na brzeg, usprawiedliwiając swój postępek tym tylko, że rząd prowincji wyznaczył za skalpy wysoką cenę. Irokezi przyjęli otwarte przyznanie się Huttera z wyraźnym zadowoleniem, nie tyle jednak dlatego, że przyniosło im to korzyść moralną, ile że wzięli do niewoli mężczyznę, nad którego losem warto się zastanowić i który wart jest zemsty. Hurry, gdy przyszła na niego kolej, wyznał prawdę, acz łatwiej niż jego hardemu towarzyszowi przyszłoby mu nie przyznać się do niczego, gdyby tylko okoliczności na to pozwalały. Był jednak dość sprytny, aby się spostrzec, że tutaj wykręty na nic by się nie zdały. Musiał powiedzieć prawdę, ale udawał, że robi to, bo taki już jest — szczery i otwarty. Natomiast szczerość Huttera wynikała z jego usposobienia: postępował bezwzględnie i zupełnie się nie przejmował karą, jaka może go za to spotkać.
Wodzowie po otrzymaniu odpowiedzi na swoje pytania, odeszli w milczeniu, jak mężowie, którzy uważają sprawę za skończoną (wszystkie dogmaty Hetty, niczym groch rzucany o ścianę, nie zrobiły wrażenia na tych, którzy od dziecka wychowywani byli w zasadach siły i przemocy). Hetty i Cyt pozostały teraz same z Hutterem i Hurry'm. Zdawałoby się, że nic nie krępuje ich ruchów, w gruncie rzeczy jednak wszyscy czworo byli pilnie i nieustannie śledzeni. Co się tyczy mężczyzn, Indianie pilnowali tylko tego, aby w ich ręce nie dostały się strzelby, które, nie wyłączając broni jeńców, leżały rozrzucone na ziemi — i na tym kończył się jawny dozór. Ale obaj biali doskonale znali indiańskie zwyczaje i zbyt dobrze wiedzieli, że to są tylko pozory, by się dać wyprowadzić w pole udaną beztroską dzikich. Obaj bez przerwy myśleli nad sposobami ucieczki z obozu, chociaż, o tym nie rozmawiali. Obaj zdawali sobie sprawę, że szkoda nawet próbować sposobu, którego gruntownie nie przemyślą i szybko nie wykonają. Byli już dość długo w obozie i mieli tyle zmysłu obserwacyjnego, by zauważyć, że Cyt też chyba jest w niewoli; z tego względu Hutter mówił przy niej otwarcie, inaczej bowiem uważałby, że rozsądniej byłoby milczeć, a Hurry, idąc za jego przykładem, też wcale się nie krępował.
— Nie będę ci robił wyrzutów, Hetty, żeś przyszła tu w naszej sprawie; intencje miałaś dobre, ale twój pomysł nie był zbyt mądry — zaczął ojciec siadając obok córki i biorąc ją za rękę. Był to objaw czułości, na jaki ten prostak nie zdobyłby się wobec Judyty. — Widzisz, kazanie i Biblia to nie są sposoby, które mogłyby zawrócić z drogi Indianina. Czy Pogromca Zwierząt nic ci nie kazał nam powiedzieć? Czy ma jakiś plan wydostania nas z niewoli?
— O, o, w tym rzecz! — wtrącił Hurry. — Gdybyś, dziewczyno, mogła pomóc nam w uzyskaniu pół mili wolności, a nawet, na dobry początek, ćwiartuchny mili — resztę biorę na siebie. Może staruszek potrzebuje trochę więcej, ale przy moim wzroście i w moim wieku taki kawałek wystarczy, żeby dać sobie radę.
Hetty z rozpaczą w oczach patrzyła to na jednego, to na drugiego, ale nie miała odpowiedzi na pytanie beztroskiego młodzieńca.
— Tatusiu — powiedziała — ani Pogromca Zwierząt, ani Judyta nie wiedzieli, że udaję się do was, zanim opuściłam arkę. Boją się, że Irokezi zbudują tratwę i będą próbowali dostać się do naszego domu, dlatego więcej myślą o obronie zamku, niż o przyjściu wam z pomocą.
— Nie, nie, nie — zaprzeczyła Cyt gwałtownie. Mówiła ściszonym głosem, nisko pochylona ku ziemi, wiedziała bowiem, że są śledzeni, i bała się, aby nie zauważono, że w ogóle odzywa się do jeńców. — Nie, nie, nie, Pogromca Zwierząt nie jest taki. On nie myśleć o własna obrona, gdy przyjaciel w niebezpieczeństwo. Pomagać jeden drugiemu, a wszyscy znajdą się w domu.
— To nieźle brzmi, mój stary — rzekł Hurry mrużąc oko i śmiejąc się, lecz i on zachował ostrożność i mówił cicho. — Dajcie mi sprytną squaw za przyjaciółkę, a gwiżdżę na Irokezów i samego diabła.
— Nie mówić głośno — powiedziała Cyt — niektóre Irokezi znają język, a wszystkie mają ucho Jankesów.
— Czy jesteś naszą przyjaciółką, młoda kobieto? — zapytał Hutter, którego ta rozmowa coraz bardziej interesowała. — Jeśli tak, to możesz liczyć na to, że ci dobrze zapłacimy; nic łatwiejszego, jak odesłać cię do twego szczepu, byleśmy dostali się z tobą do zamku. Mając arkę i czółna będziemy panować nad jeziorem i wszyscy dzicy z całej Kanady nic nam nie zrobią. Jeśli tylko dostaniemy się do zamku, jedynie artyleria będzie mogła nas stamtąd wykurzyć.
— Mnie się zdaje, że wyście wyjść na brzeg po skalp, nieprawdaż? — odpaliła Cyt z chłodną ironią, co tej dziewczynie przychodziło znacznie łatwiej niż innym osobom płci niewieściej. — No tak — to był błąd; ale nie pora teraz na płacz, a jeszcze mniej na złośliwe uwagi, moja panno.
— Tatusiu — powiedziała Hetty — Judyta chce rozbić wielką skrzynię, gdyż spodziewa się znaleźć tam rzeczy, za które, będzie mogła wykupić cię z rąk dzikich.
Hutter nachmurzył się na tę wiadomość i coś mruknął, z czego można się było domyślić, że jest niezadowolony.
— Czemu nie rozbić skrzynia? — zapytała Cyt, — Życie słodsze i skalp droższy niż stare pudło. Jeśli nie powiesz córka, żeby rozbić, Wah-ta-Wah nie pomoże go uciekać.
— Co wy tam wiecie, smarkule! Najlepiej, żebyście mówiły tylko o tym, co rozumiecie, i ani słowa więcej. Słuchaj, Hurry, wcale mi się nie podoba ta chłodna obojętność dzikich; to dowód, że coś knują; jeśli więc mamy coś zrobić, trzeba się śpieszyć. Jak myślisz, możemy liczyć na tę dziewczynę?
— Słuchaj — powiedziała Cyt szybko, -najwidoczniej bardzo podniecona — Wah-ta-Wah nie Irokezka, od góry do dołu Delawarka, delawarskie serce. Ona też w niewoli. Jeden jeniec pomaga drugiemu. Teraz nic więcej nie mówić. Córka zostanie z ojciec, Wah-ta-Wah przyjść do przyjaciółka i jeśli wszystko dobrze, powie mu, co robić. – Cyt powiedziała to po cichu, lecz wyraźnie i w sposób, który wzbudzał zaufanie, po czym wstała i wolnym krokiem poszła do swej chatki, jakby nie była ciekawa, o czym białe twarze będą rozmawiać między sobą.
Mówi o ojcu, o różnych na świecie
Zdradach. To chrząka, to bije się w piersi,
Wybucha gniewem i plecie na poły
Z sensem i niedorzecznie. Sens jej mowy
Jest niczym, jednak niezwykłość wyrazu
Skłania słuchaczy do pilnej rozwagi.
Szekspir
Zostawiliśmy załogę zamku i arki pogrążoną we śnie. Co prawda raz czy dwa razy w ciągu nocy Pogromca Zwierząt i Delawar wstawali, aby wyjrzeć na spokojne jezioro, lecz upewnieni, że nic im nie grozi, wracali na swe sienniki i spali dalej, snu bowiem nigdy chętnie się nie wyrzekali. Jednakże gdy tylko zaczęło świtać, Pogromca Zwierząt wstał, umył się i ubrał. Natomiast jego towarzysz, który w drodze nie miał spokojnych nocy, spał wyciągnięty na kocu, choć słońce wzniosło się już dosyć wysoko. Judyta też wstała tego ranka później niż zwykle, gdyż w nocy długo nie mogła zasnąć. Kiedy jednak słońce ukazało się ponad wzgórzami na wschodzie, oboje byli już na nogach. W tych stronach nawet śpiochy rzadko wylegują się po wschodzie słońca.
Chingachgook zajęty był właśnie swą toaletą leśnego człowieka, gdy do kabiny wszedł Pogromca Zwierząt i rzucił mu letnie ubranie, z grubego płótna, lecz lekkie, stanowiące własność Huttera.
— Judyta dała mi to dla ciebie — powiedział rzuciwszy Indianinowi pod nogi marynarkę i spodnie — gdyż byłoby wbrew rozsądkowi i ostrożności, gdybyś pokazał się tutaj w stroju wojennym i umalowany na wojnę. Zmyj ogniste pręgi z policzków i włóż to ubranie. Oto kapelusz, jaki jest, taki jest, ale będziesz w nim wyglądał na... jak mówią misjonarze, cywilizowanego człowieka, pożal się Boże. Pamiętaj, że Cyt jest niedaleko i że musimy przyjść jej z pomocą, nie zapominając o dwóch białych jeńcach. Wiem, że ta nie-indiańska odzież sprzeciwia się twojej naturze, ale musisz włożyć to zaraz, choć pewnie będziesz się czuł nieswojo.
Chingachgook, czyli Wąż, patrzył na ubranie z wyraźnym niesmakiem, lecz zrozumiał potrzebę, a nawet konieczność takiego przebrania. Gdyby Irokezi wykryli obecność czerwonoskórego na zamku lub w jego pobliżu, mogłoby to zaostrzyć ich czujność i wzbudzić podejrzenia wobec delawarskiej branki. Wąż zgodziłby się na wszystko dla dobra swej narzeczonej, przez chwilę tedy obracał ubranie na wszystkie strony, przyglądał mu się ze smutnym i ironicznym uśmiechem, potem udawał, że wkłada je do góry nogami, i na inne sposoby okazywał odrazę młodego Indianina do nałożenia swym członkom więzów życia cywilizowanego, aż wreszcie zastosował się do wskazówek swego towarzysza i stanął przed nim w ubraniu Huttera — Indianin już tylko z koloru skóry. Nie było jednak obawy, aby Mingowie dostrzegli, że jest Indianinem. Brzeg był daleko, Mingowie nie mieli szkieł powiększających, nie mogli więc dobrze mu się przyjrzeć, a Pogromca Zwierząt, choć cerę miał jaśniejszą, tak był opalony, że jego oblicze było niemal tak czerwone jak Mohikanina. Niezgrabny wygląd Delawara w nowym stroju wywołał tego dnia niejeden uśmiech jego przyjaciela, ale Pogromca Zwierząt wystrzegał się żartów, na jakie biali pozwalaliby sobie w podobnym wypadku; zarówno bowiem zwyczaje wodza i powaga wojownika na pierwszej ścieżce wojennej, jak i niebezpieczeństwo, w jakim się znajdowali, przemawiały przeciw niewczesnym żartom.
