Opis

Przygody Sherlocka Holmesa – klasyka powieści kryminalnej, wpisały się do kanonu literatury angielskiej i światowej. Bohater powieści, Sherlock Holmes, jeden z archetypów detektywa, rozwiązuje skomplikowane zagadki kryminalne i rozszyfrowuje najbardziej utajone zło, posługując się metodą dedukcji. W demaskowaniu przestępstw pomaga mu rozległa wiedza z zakresu psychologii, nauk ścisłych i technologii, a także niezwykła sprawność fizyczna. Sherlock Holmes nie działa sam. W śledztwach pomaga mu wierny przyjaciel doktor Watson. Przygody Sherlocka Holmesa są zbiorem siedmiu dochodzeń prowadzonych przez sławnego detektywa: Błękitny karbunkuł, Ostatnia zagadka, Pięć pestek pomarańczy, Przygoda w pustym domu, Samotna cyklistka, Umierający detektyw i Zabójstwo przy moście.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 226

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:The Adventures of Sherlock Holmes
Przekład:Zabójstwo przy moście, Samotna cyklistka, Umierający detektyw – Jan MeysztowiczPięć pestek pomarańczy, Ostatnia zagadka – Jan JackowiczPrzygoda w pustym domu – Dorota KraśniewskaBłękitny karbunkuł – Irena Doleżal-Nowicka
Projekt okładki:Artur Piątek na podstawie ilustracji Artura Łobusia
© Copyright by Siedmioróg
ISBN 978-83-7791-581-3
Wydawnictwo Siedmioróg ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław
Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg:www.siedmiorog.pl
Wrocław 2016
Konwersja:eLitera s.c.

Zabójstwo przy moście

Gdzieś w piwnicach banku Cox & Co na ulicy Charing Cross stoi noszące ślady licznych podróży płaskie blaszane pudło, jakiego się zazwyczaj używa do przewożenia poczty wojskowej, z moim nazwiskiem wymalowanym na wieku:

John H. Watson, dr medycyny,

emerytowany oficer armii indyjskiej.

Pełno w nim notatek, a prawie wszystkie dotyczą zagadkowych spraw, z którymi w różnych okresach Sherlock Holmes miał do czynienia. Niektóre, nawet bardzo ciekawe, zakończyły się kompletnym fiaskiem. Nie warto więc o nich mówić, nie doczekały się bowiem rozwiązania. Nie rozstrzygnięty problem może interesować naukowca, ale znudzi zwykłego czytelnika. Do tych nie zakończonych opowiadań należy sprawa niejakiego Jamesa Phillimore’a, który wrócił do domu po zapomniany parasol, po czym nikt go już więcej na tym świecie nie oglądał. Równie niezwykła jest zagadka kutra „Alicja”. Pewnego wiosennego poranka wszedł w niewielki kłąb mgły i już z niej nie wypłynął. Od tej chwili statek wraz z całą załogą zniknął bez najmniejszego śladu. Trzecią godną uwagi tajemnicą jest los Isadora Persano, znanego dziennikarza i bohatera kilku głośnych pojedynków, którego znaleziono w stanie kompletnego obłędu, z pudełkiem od zapałek przed sobą, zawierającym nie znanego nauce robaka. Oprócz spraw, które pozostały nie wyjaśnione, moje notatki zawierają nieco innych, tak ściśle związanych z tajemnicami rodzinnymi, że sama możliwość ich opublikowania wywołałaby nie lada konsternację w arystokratycznych sferach różnych krajów. Nie może być oczywiście mowy o podobnym nadużyciu zaufania, i teraz, gdy mój przyjaciel ma dość czasu, aby się tym zająć, wspomniane relacje zostaną wyłączone i zniszczone. Pozostanie jednak sporo spraw mniej lub bardziej interesujących, które już dawniej mogłem ogłosić drukiem, lecz nie uczyniłem tego w obawie, że ich nadmiar mógłby obniżyć w oczach czytelników reputację człowieka, którego poważam nad wszystkich. W niektórych uczestniczyłem osobiście i mogę o nich mówić jako naoczny świadek, inne znam tylko ze słyszenia lub odegrałem w nich tak marginesową rolę, że mogę przystąpić do ich opisywania tylko w trzeciej osobie. To, co nastąpi, zaczerpnięte jest z moich własnych przeżyć.

Pogoda tego październikowego poranka należała do najmniej zachęcających. Ubierając się, patrzyłem, jak wiatr porywa ostatnie liście z samotnego platana, upiększającego podwórze za naszym domem. Schodząc na śniadanie, myślałem, że zastanę Holmesa w ponurym nastroju, jak każdy bowiem wielki artysta miał naturę niesłychanie wrażliwą na wpływ otoczenia. Myliłem się jednak. Skończył właśnie śniadanie i był w wyjątkowo dobrym humorze. Jego wesołość, jak zawsze, gdy widział życie w jaśniejszych barwach, przepojona była pogodną ironią.

– Masz jakąś nową sprawę? – zapytałem.

– Zdolność dedukcji jest najwidoczniej zaraźliwa – odpowiedział. – Pozwoliła ci przejrzeć mój sekret. Tak, mam nową sprawę. Po całomiesięcznym zastoju i babraniu się w błahostkach nareszcie trafia mi się znakomity kąsek.

– Czy mogę wziąć udział w tej uczcie?

– Udział będzie skromny, ale pomówimy o tym, gdy się uporasz z dwoma jajami na twardo, którymi uraczyła nas nasza nowa kucharka. Ich nie licująca z pierwszym śniadaniem twardość pozostaje zapewne w jakimś związku z egzemplarzem „Family Herald”, który wczoraj widziałem na stole w holu. Nawet tak prosta czynność jak gotowanie jajek wymaga skupienia i uświadomienia sobie roli, jaką w życiu odgrywa czynnik czasu, a to nie da się pogodzić z zamiłowaniem do sentymentalnych powieści drukowanych w tym znamienitym czasopiśmie.

W kwadrans później siedzieliśmy naprzeciw siebie przy uprzątniętym stole. Holmes wyciągnął jakiś list z kieszeni.

– Czy słyszałeś o Neilu Gibsonie, zwanym Królem Złota?

– Masz na myśli amerykańskiego senatora?

– Tak, był kiedyś senatorem z ramienia któregoś z zachodnich stanów, ale znany jest przede wszystkim jako jeden z największych magnatów wśród właścicieli kopalń złota.

– Tak, słyszałem o nim. Zdaje mi się, że przebywał jakiś czas w Anglii. Jego nazwisko jest ogólnie znane.

– Masz rację. Mniej więcej pięć lat temu kupił wielki majątek ziemski w Hampshire. A może słyszałeś o tragicznej śmierci jego żony?

– Oczywiście. Teraz sobie przypominam. Dlatego właśnie jego nazwisko jest tak znane. Ale nic mi nie wiadomo o szczegółach.

Holmes wskazał ręką na stos gazet złożonych na krześle.

– Nie spodziewałem się, że wypadnie mi zająć się tą sprawą, więc nie mam przygotowanych wycinków i notatek. W gruncie rzeczy ten problem, aczkolwiek w najwyższym stopniu sensacyjny, zapowiada się bardzo prosto. Atrakcyjna indywidualność oskarżonej nie wpływa na wagę i jasność materiału dowodowego. Na takim stanowisku stanęły władze sądowe i policja. Sprawa będzie rozpatrywana przez sąd przysięgłych w Winchesterze. Obawiam się, że czeka mnie niewdzięczne zadanie. Mogę wykryć fakty, ale nie potrafię ich zmienić. Jeśli nie wyjdzie na jaw nic nowego i nieoczekiwanego, nie wiem doprawdy, na co mój klient mógłby liczyć.

– Twój klient?

– Aha, zapomniałem ci powiedzieć. Nabrałem twego zwyczaju komplikowania spraw przez opowiadanie ich od końca. Przeczytaj to najpierw.

Pismo listu, który mi podał, znamionowało silny, władczy charakter.

Claridge Hotel, 3 października

Wielce Szanowny Panie!

Muszę uczynić wszystko, co leży w mojej mocy, aby ratować od śmierci najlepszą na świecie kobietę. Nie potrafię wyjaśnić faktów... nawet nie próbuję... ale wiem z pewnością, że panna Dunbar jest niewinna. Zna pan na pewno tę sprawę. Któż zresztą jej nie zna? Plotkują o tym w całym kraju! Nikt jednak nie podniósł głosu w jej obronie! Szał mnie ogarnia na tę krzywdzącą niesprawiedliwość. Ta kobieta nie potrafiłaby zabić nawet muchy. Będę jutro u pana, może pan zdoła rzucić nieco światła na tę tajemnicę. Może, nie wiedząc o tym, sam posiadam jakiś klucz do niej. W każdym razie, jeśli pan potrafi ją uratować, wszystko, co mam, cały mój majątek i samego siebie oddaję do pańskiej dyspozycji. Liczę na to, że zechce pan poświęcić tej sprawie wszystkie pańskie zdolności.

Łączę wyrazy szacunku

J. Neil Gibson

– Jak widzisz – rzekł Holmes, wytrząsając popiół ze swej porannej fajki i powoli nabijając ją na nowo – czekam na przybycie do nas autora tego listu. Jeśli chodzi o samą sprawę, to wątpię, czy zdążysz uporać się z tymi gazetami. O ile więc chcesz wziąć czynny udział w tym, co nastąpi, muszę ci streścić w paru słowach przebieg wypadków. Ten człowiek to największa potęga finansowa świata. Jak wnioskuję, odznacza się ponadto niezwykle gwałtownym i nieugiętym charakterem. Żonaty był z ofiarą tej tragedii, kobietą, o której właściwie wiem tylko tyle, że nie była już pierwszej młodości. Co gorsza, opiekę nad ich dwojgiem małych dzieci sprawowała bardzo ponętna guwernantka. Oto trzy główne postacie tragedii, sceną zaś jest wielki stary pałac, pewna historyczna angielska rezydencja. A teraz przejdziemy do akcji. Panią Gibson znaleziono w parku, o jakieś pół mili od pałacu, późno w nocy, ubraną w wieczorową suknię, z szalem na ramionach i kulą rewolwerową w głowie. Na miejscu nie odkryto żadnych poszlak, nic, co by wskazywało na osobę mordercy. Zapamiętaj sobie: żadnej broni przy zwłokach! Zabójstwa dokonano najprawdopodobniej późnym wieczorem. Ciało znalazł leśniczy około godziny jedenastej. Lekarz w asyście policji dokonał obdukcji zwłok, po czym przeniesiono je do pałacu. Czy nie streszczam się zbytnio i czy wszystko jest jasne?

– Wszystko jest jasne, ale dlaczego podejrzewa się guwernantkę?

– Przede wszystkim dlatego, że istnieją bezpośrednie obciążające ją dowody. Na dnie jej szafy znaleziono rewolwer z jedną komorą w bębenku pustą, a kaliber broni odpowiada kuli wydobytej z czaszki zabitej. – Oczy Holmesa znieruchomiały i raz jeszcze powtórzył przerywanym głosem: – Na dnie... jej... szafy... – po czym umilkł.

Zdałem sobie sprawę, że w jego mózgu myśli poczynają się układać w jakiś logiczny łańcuch i że nie należy w żadnym wypadku przerywać ich toku. Nagle Holmes ocknął się gwałtownie z zadumy.

– Tak, mój drogi, znaleziono broń. Trudno o bardziej przekonywający dowód. Takiego zdania są władze. Poza tym przy zabitej znaleziono kartkę wyznaczającą jej spotkanie w miejscu, w którym zbrodnia została dokonana, kartkę podpisaną przez guwernantkę. Co o tym myślisz? Wreszcie pobudki popełnionej zbrodni są najzupełniej oczywiste. Senator Gibson to nie lada gratka. W razie śmierci żony któż zająłby jej miejsce u jego boku, jeśli nie młoda i piękna dziewczyna, która, jak wszystko na to wskazuje, cieszyła się już przedtem względami swego chlebodawcy? Miłość, bogactwo, władza... to wszystko można osiągnąć po śmierci jednej kobiety w średnim wieku. Szpetnie się zapowiada ten casus!

– Tak, masz rację.

– Guwernantka nie może się zasłonić żadnym alibi, a co gorsza, musiała się przyznać, że znajdowała się koło Thor Bridge – miejsca, w którym zabójstwo zostało popełnione – o tej mniej więcej godzinie. Nie może zaprzeczyć, gdyż widział ją tam przechodzący wieśniak.

– To chyba ostatecznie przypieczętowuje całą sprawę!

– A jednak... a jednak! Ten most, zwykły kamienny łuk, z balustradami po obu stronach, spina w najwęższym miejscu brzegi długiego, głębokiego stawu, zarośniętego sitowiem. Staw nazywają Thor Mere. Zabita leżała u samego wylotu tego mostu. Podałem ci główne fakty. A oto, jeżeli się nie mylę, nadchodzi nasz klient. Znacznie przed czasem.

Billy otworzył drzwi i wymienił nazwisko najzupełniej dla nas nieoczekiwane. Nie znaliśmy pana Marlowa Batesa. Był to drobny, szczupły mężczyzna, o nieśmiałych, niespokojnych ruchach. Oceniając go z lekarskiego punktu widzenia, powiedziałbym, że znajdował się u kresu wytrzymałości nerwowej.

– Pan jest bardzo podniecony – rzekł Holmes. – Proszę, niech pan siada. Niestety, mogę panu poświęcić tylko parę chwil, gdyż o jedenastej oczekuję wizyty.

– Wiem o tym – wykrztusił nasz gość jak człowiek na próżno usiłujący złapać oddech. – Za chwilę przyjdzie tu pan Gibson. To mój chlebodawca. Zarządzam jego majątkiem ziemskim. To łajdak... to szatan, nie człowiek.

– Dosadne określenie.

– Nie mogę przebierać w słowach. Czasu jest mało. Za nic na świecie nie chciałbym, aby mnie tu zastał. Lada chwila się zjawi. Ale nie mogłem przyjść wcześniej. Ferguson, jego sekretarz, dopiero dziś rano powiedział mi o umówionym z panem spotkaniu.

– Więc pan jest zarządcą jego posiadłości?

– Wymówiłem już tę posadę. Za dwa tygodnie zrzucę z siebie to przeklęte jarzmo! Zbyt mi dokuczał ten człowiek, mnie i całemu swemu otoczeniu. Ostentacyjnie uprawiana filantropia to tylko zasłona dla prywatnych niecnych postępków. Jego żona była główną ofiarą. Traktował ją brutalnie... tak, brutalnie! Nie wiem, jak doszło do jej śmierci, ale jakże się nacierpiała za życia! Pan wie chyba, że pochodziła z podzwrotnikowego kraju, z Brazylii?

– Nie, nie wiedziałem tego.

– Była dzieckiem południa z urodzenia i charakteru, dzieckiem słońca i szalonych namiętności. Kochała go tak, jak tylko taka kobieta kochać potrafi, lecz gdy zwiędła jej uroda – była jakoby kiedyś bardzo piękna – straciła na niego wszelki wpływ. Lubiliśmy ją wszyscy i współczuliśmy jej. Jego zaś nienawidziliśmy za okrutny do niej stosunek. Ale to człowiek chytry i umiejący wzbudzić zaufanie. To wszystko, co miałem panu do powiedzenia. Niech się pan nie da zwieść pozorom. Dużo się za nimi kryje. Już idę. Nie, nie, proszę mnie nie zatrzymywać! On tu zaraz będzie!

Spojrzawszy z przerażeniem na zegarek, nasz gość dosłownie pobiegł do drzwi i zniknął.

– No, no – rzekł Holmes po chwili milczenia. – Gibson ma niezwykle lojalnych współpracowników. Jednakże ostrzeżenie może się przydać. Pozostaje nam teraz tylko czekać na główną osobę dramatu.

Ściśle o wyznaczonej godzinie usłyszeliśmy ciężkie kroki na schodach i niebawem Billy wprowadził słynnego milionera. Patrząc na niego, zrozumiałem, dlaczego budził nienawiść i strach u swoich podwładnych i dlaczego tylu rywali w świecie biznesu ciskało gromy na jego głowę. Gdybym był rzeźbiarzem i chciał przedstawić ideał człowieka interesów, o nerwach ze stali i gumowym sumieniu, zaprosiłbym Neila Gibsona, aby mi pozował. W jego wysokiej, masywnej postaci wyczuwało się jakąś drapieżną zaborczość. Rzeźba Abrahama Lincolna, w której dłuto artysty uwypukliłoby wszystkie najniższe instynkty zamiast najszlachetniejszych, dałaby obraz tego człowieka. Twarz miał jakby wykutą w granicie: twardą, posępną, bezwzględną, porytą głębokimi bruzdami, śladami minionych przeżyć. Szare, zimne oczy, przebiegle patrzące spod krzaczastych brwi, zmierzyły nas obu od stóp do głów. Niedbale skinął głową, gdy Holmes wymienił swoje nazwisko. Po czym, z władczą miną, przysunął sobie krzesło do Holmesa i zasiadł naprzeciw niego, nieomal dotykając go kościstymi kolanami.

– Na początek chciałbym powiedzieć bez ogródek – zaczął rozmowę – że w tej sprawie pieniądze nie grają dla mnie żadnej roli. Może pan nimi palić w piecu, jeśli w blasku tego ognia prawda stanie się widoczna. Ta kobieta jest niewinna i musi być oczyszczona z wszelkich zarzutów. Jak to zrobić, to pańska sprawa. Proszę wymienić dowolną sumę!

– Stawki mego zawodowego honorarium są stałe – chłodno odparł Holmes. – Nigdy nie ulegają zmianom, chyba w wypadku, gdy z niego całkowicie rezygnuję.

– Skoro dolary nie mają dla pana uroku, proszę uwzględnić, jaki czeka pana rozgłos i reklama. Jeżeli potrafi pan tego dokonać, wszystkie gazety w Anglii i Ameryce roztrąbią pańskie nazwisko. Stanie się pan sławny na dwóch kontynentach.

– Dziękuję. Nie sądzę, abym potrzebował reklamy. Zdziwi się pan może, słysząc, że wolę pracować anonimowo. Interesuje mnie przede wszystkim sam problem. Nie traćmy jednak czasu. Proszę o fakty.

– Najważniejsze znajdzie pan w sprawozdaniach prasowych. Nie wiem, czy potrafię dorzucić coś, co by się panu mogło przydać, lecz chętnie służę wyjaśnieniami i gotów jestem odpowiadać na pańskie pytania. Po to przyszedłem.

– Mam takie jedno pytanie.

– Słucham.

– Jakie naprawdę stosunki łączyły pana z panną Dunbar?

Król Złota żachnął się i uniósł na krześle. Jednakże opanował się natychmiast.

– Przypuszczam, że stawiając podobne pytanie, działa pan w granicach swoich uprawnień, a może nawet spełnia pan swój obowiązek.

– Zgadzamy się pod tym względem – odparł Holmes.

– A więc mogę pana zapewnić, że łączyły nas tylko takie stosunki, jakie powinny łączyć młodą pannę z jej pracodawcą, i że nie widywałem się z nią sam na sam, lecz zawsze w towarzystwie dzieci.

Holmes powstał ze swego krzesła.

– Jestem człowiekiem bardzo zajętym – rzekł – i nie mam ani czasu, ani ochoty na bezcelowe rozmowy. Do widzenia panu.

Nasz gość powstał również; jego wysoka postać górowała znacznie nad Holmesem. Oczy rzucały gniewne spojrzenia spod nastroszonych brwi, a bladożółte policzki zarumieniły się z lekka.

– Co, u diabła, mam przez to rozumieć? Rezygnuje pan z mojej sprawy?

– Rezygnuję z dalszej z panem rozmowy. Sądziłem, że wyrażam się dość jasno.

– Jasno... tak. Ale co za tym się kryje? Chce pan uzyskać ode mnie wyższą sumę czy też boi się pan do tego zabrać? A może chodzi o coś innego? Mam prawo żądać szczerej odpowiedzi.

– Załóżmy, że ma pan istotnie do tego prawo, udzielę więc jej panu. Ta sprawa jest już dostatecznie skomplikowana i nie należy zaczynać od fałszywych informacji.

– A zatem zarzuca mi pan kłamstwo?

– Usiłowałem się wyrazić jak najoględniej, ale jeśli pan upiera się przy tym słowie, nie będę oponował.

Zerwałem się na równe nogi, gdyż milioner podniósł swą wielką, żylastą pięść, a twarz jego przybrała zdecydowanie wrogi wyraz. Holmes uśmiechnął się lekceważąco i sięgnął po fajkę.

– Po cóż się tak unosić, łaskawy panie. Po śniadaniu nawet najmniejsza kłótnia wpływa ujemnie na samopoczucie. Zdaje mi się, że mały spacer i chwila spokojnej rozwagi dobrze panu zrobią.

Król Złota z największym wysiłkiem opanował wściekłość. Trudno go było w tej chwili nie podziwiać: ulegając swej potężnej woli, błyskawicznie przeszedł od niepohamowanego gniewu do pogardliwej obojętności.

– Decyzja – rzekł – do pana należy. Sądzę, że sam pan wie najlepiej, co odpowiada pańskim interesom. Nie mogę zmusić pana do zajęcia się tą sprawą wbrew jego woli. Ale dzisiejszy ranek nie wyjdzie panu na zdrowie; dawałem już sobie radę z silniejszymi od pana ludźmi. Nikt jeszcze nie sprzeciwił się bezkarnie.

– Niejeden już mi to mówił – odrzekł z uśmiechem Holmes – a jednak, jak pan widzi, cieszę się dobrym zdrowiem. Do widzenia, panie Gibson. Musi się pan jeszcze wiele nauczyć.

Nasz gość wyszedł, trzasnąwszy drzwiami, Holmes zaś palił dalej w milczeniu, z oczyma utkwionymi w sufit.

– Co myślisz o tym? – odezwał się wreszcie.

– Myślę, że ten człowiek potrafi usunąć każdą przeszkodę na swej drodze, a że jego żona mogła stanowić przeszkodę i jak to nam wyraźnie powiedział Bates, była przedmiotem jego nienawiści, dochodzę do wniosku, że...

– Słusznie, ja również.

– Ale co go łączyło z guwernantką? I jak to odkryłeś?

– Blef, mój drogi, czysty blef. Namiętny, niezwykły, powiedzmy nawet – niezbyt rzeczowy ton jego listu nie uszedł mojej uwagi. Porównałem treść listu z opanowaniem i wyglądem jego autora i doszedłem do wniosku, że jego uczucie w stosunku do oskarżonej musi być głębsze niż wobec ofiary. Jeśli mamy dojść prawdy, musimy dokładnie zbadać stosunki pomiędzy tymi trzema osobami. Byłeś świadkiem, jak śmiało przeprowadziłem czołowe natarcie i jak spokojnie to przyjął. Potem blefowałem, chcąc, aby odniósł wrażenie, że znam całą prawdę, podczas gdy w rzeczywistości chodziło tylko o usprawiedliwione podejrzenie.

– Może on wróci?

– Na pewno wróci. Musi wrócić. Nie może na tym poprzestać. Zdaje mi się, że ktoś dzwoni. Tak, słyszę jego kroki. Panie Gibson, właśnie mówiłem doktorowi Watsonowi, że pan każe na siebie czekać.

Król Złota wszedł do naszego pokoju w znacznie pokorniejszym nastroju. Z nadąsanego spojrzenia przebijała urażona duma, ale najwidoczniej zdrowy rozsądek wziął górę i kazał mu ustąpić na rzecz osiągnięcia celu.

– Zmieniłem zdanie – rzekł – i doszedłem do wniosku, że nie należy brać panu za złe jego uwagi. Słusznie żąda pan ode mnie ujawnienia faktów, wszelkich faktów. To tylko podnosi pana w moich oczach. Zapewniam pana jednak, że moje stosunki z panną Dunbar nie mają nic wspólnego z tą sprawą.

– O tym, jeśli pan pozwoli, ja zadecyduję.

– Zgadzam się. Jest pan jakby chirurgiem, który zanim postawi diagnozę, musi poznać wszystkie objawy choroby.

– Słusznie. Doskonałe określenie. Tylko pacjent, który ma po temu powody, ukrywa prawdę, aby zwieść chirurga.

– Tak, lecz przyzna pan, że każdy mężczyzna żachnie się na postawione mu bez ogródek pytanie o stosunki łączące go z kobietą... zwłaszcza gdy w grę wchodzi głębsze uczucie. Większość ludzi ma jakiś kącik w duszy, do którego innym wzbrania dostępu. Pan zaś zapytał tak prosto z mostu... Jest pan jednak usprawiedliwiony – chodzi o to, by ją ratować. A więc zaczynamy badanie terenu. Czego pan chce?

– Prawdy.

Król Złota zwlekał przez chwilę, jak człowiek zbierający myśli. Wyraz jego posępnej twarzy stał się jeszcze bardziej smutny i poważny.

– Wyznam panu prawdę w paru słowach. Są sprawy, o których nie tylko przykro, ale i trudno jest mówić, nie będę się więc w nie zagłębiał. Poznałem moją żonę w Brazylii; brałem tam udział w poszukiwaniu złota. Maria Pinto, dziewczyna niezwykłej urody, była córką urzędnika państwowego w Manaos. Byłem wówczas młody i łatwo traciłem głowę, ale nawet dzisiaj, gdy patrzę w przeszłość okiem bardziej krytycznym i z zimniejszą krwią w żyłach, widzę, że jej piękność i wdzięk należały naprawdę do wyjątkowych. Charakter i temperament miała również niepospolity: namiętna, niezrównoważona, tak niepodobna do wszystkich kobiet, jakie znałem, prawdziwa tropikalna roślina. Krótko mówiąc, zakochałem się w niej i ożeniłem. Dopiero po latach, gdy pierwsze gorące uczucie przeminęło, przekonałem się, że nie mamy ze sobą nic, absolutnie nic wspólnego. Moja miłość odeszła bezpowrotnie. Gdyby i ona przestała mnie kochać, sprawa byłaby łatwiejsza. Ale pan zna kobiety! Niczym nie mogłem jej do siebie zrazić. Jeśli traktowałem ją szorstko, a nawet, jak powiadają niektórzy, brutalnie, to tylko, by zabić w niej miłość i wzbudzić nienawiść. Los nasz byłby wówczas łatwiejszy. Niestety, nic nie było w stanie zmienić jej uczucia. Kochała mnie wśród angielskich lasów tak samo jak dwadzieścia lat temu nad brzegami Amazonki. Wybaczała mi wszystko, była mi nadal bezgranicznie oddana.

I nagle zjawiła się Grace Dunbar. Poszukiwaliśmy za pomocą ogłoszenia w gazetach guwernantki dla naszych dzieci. Grace się zgłosiła i została przyjęta. Widział pan może jej zdjęcia w prasie. Cały świat uznał, że jest również bardzo piękna. Nie mam pretensji do wyższości moralnej nad bliźnimi i przyznaję, że żyjąc pod jednym dachem z tą dziewczyną, widując ją codziennie, zakochałem się w niej bez reszty. Czy bierze mi to pan za złe?

– Nie biorę panu za złe samego uczucia. Ale miałbym panu za złe, gdyby się pan z nim nie krył, gdyż ta młoda dziewczyna była w pewnej mierze od pana zależna.

– Być może – zgodził się milioner, chociaż ta uwaga rozpaliła na chwilę złe błyski w jego oczach. – Nie uważam się za lepszego, niż jestem. Przez całe życie wystarczało mi wyciągnąć rękę, aby uzyskać wszystko, cokolwiek chciałem, a nigdy jeszcze niczego nie pożądałem silniej niż tej kobiety i jej miłości. Powiedziałem jej to.

– Ach tak? – W chwilach szczerego oburzenia Holmes wyglądał bardzo groźnie.

– Powiedziałem jej, że ożeniłbym się z nią, gdybym mógł, ale to przekracza moje możliwości. Mówiłem jej, że pieniądze nie grają żadnej roli; zrobię wszystko, co mogę, aby jej zapewnić szczęśliwe i dostatnie życie.

– Cóż za wspaniałomyślność – rzekł szyderczo Holmes.

– Przyszedłem do pana po fachową pomoc, a nie po nauki moralne. Pańska krytyka w tej dziedzinie mnie nie interesuje.

– Rozmawiam z panem w tej sprawie – oschle odpowiedział Holmes – wyłącznie ze względu na los tej młodej kobiety. Nie wiem, doprawdy, co jest bardziej godne potępienia: przestępstwo, o które ona jest oskarżona, czy też postępek, do którego się pan przyznaje; wszak usiłował pan zmarnować życie młodej, bezbronnej dziewczyny żyjącej pod pańskim dachem. Niektórzy tacy jak pan bogacze winni się przekonać, że są jeszcze ludzie na świecie, których nie można zmusić przekupstwem do tolerowania niecnych sprawek.

Ku memu zdziwieniu Król Złota przyjął spokojnie tę nauczkę.

– Dzisiaj i ja podzielam pańskie zdanie i dziękuję Bogu za to, że nie udało mi się wprowadzić w życie moich planów. Panna Dunbar odrzuciła moją propozycję i chciała natychmiast opuścić nasz dom.

– Dlaczego tego nie zrobiła?

– Po pierwsze, miała obowiązki względem swej rodziny, której nie mogła z lekkim sercem skazać na nędzę, wyrzekając się dobrej posady. Gdy więc przysiągłem, że już nigdy więcej nie będę o tym mówił, zgodziła się u nas pozostać. Ale był także inny powód. Wiedziała, że ma na mnie wpływ jak nikt inny na świecie, i chciała go użyć na rzecz dobrej sprawy.

– Jakiej?

– Orientowała się nieco w mojej działalności finansowej i w moim stanie majątkowym. Interesy, które prowadzę, są rozległe... obejmują znacznie więcej, niż to zwykli ludzie mogą sobie wyobrazić. Mogę budować albo niszczyć... przeważnie niszczę. I to nie tylko jednostki, ale i społeczności, miasta, a nawet narody. Biznes to mordercza gra, słabi idą pod mur. Grałem o każdą stawkę, nie oglądając się na nic i na nikogo. Sam nigdy nie prosiłem o litość i nie miałem litości dla innych. Ale panna Dunbar inaczej na to patrzyła. Sądzę, że miała rację. Mówiła, że majątek zgromadzony w rękach jednego człowieka, majątek, przekraczający wszystkie możliwe jego potrzeby, nie powinien być oparty na ruinie dziesiątków tysięcy ludzi, pozostawionych bez środków do życia. Jej zdaniem są w życiu wyższe cele niż dolary i pragnęłaby ich użyć na rzecz instytucji trwalszych niż spółki akcyjne. Zdawała sobie sprawę, że chętnie jej słucham, i myślała, że przysłuży się światu, wywierając wpływ na moje czyny. Została więc... a potem to się stało.

– Czy może nam pan coś o tym powiedzieć?

Król Złota siedział bez słowa minutę lub dłużej, z głową podpartą rękami, głęboko zamyślony.

– Nie mogę zaprzeczyć, że wszystko przemawia przeciwko niej. Kobiety mają swoje wewnętrzne, tajemnicze życie i mogą popełniać czyny absolutnie niezrozumiałe dla mężczyzn. Początkowo byłem tak zaskoczony i przybity, iż godziłem się z myślą, że na skutek jakichś szczególnych procesów psychologicznych panna Dunbar zdobyła się na coś zupełnie przeciwnego jej poglądom i usposobieniu. Wtedy doszedłem do pewnej hipotezy. Sam nie wiem, czy można ją uznać za prawdopodobną, gotów jednak jestem podzielić się nią z panem. Otóż nie ulega wątpliwości, że moja żona była szalenie zazdrosna. Zazdrość o łączące dwoje ludzi porozumienie duchowe może być równie gwałtowna jak zazdrość o zbliżenie fizyczne. Moja żona zdawała sobie sprawę z tego, że ta ostatnia jest nieuzasadniona, wiedziała jednak, że panna Dunbar wywiera na mój umysł i moje postępowanie taki wpływ, jakiego ona nigdy osiągnąć nie zdołała. Wpływ ten był dobry, ale to nie zmienia postaci rzeczy. Szalała więc z nienawiści – w jej żyłach płynęła namiętna krew Brazylijki. Myśl o zamordowaniu panny Dunbar mogła jej przyjść do głowy lub, powiedzmy, postanowiła zagrozić dziewczynie i zmusić do opuszczenia naszego domu. Mogło zatem dojść do jakiegoś szamotania i broń wypaliła, zabijając kobietę, która trzymała ją w ręku.

– Rozważałem już taką możliwość – rzekł Holmes. – Poza rozmyślnym zabójstwem nie widzę jednak innej alternatywy.

– Ale panna Dunbar kategorycznie temu zaprzecza!

– To jej