Przygody na okręcie „Chancellor“ - Juliusz Verne - ebook

Przygody na okręcie „Chancellor“ ebook

Juliusz Verne

0,0

Opis

“Przygody na okręcie „Chancellor“” to powieść Juliusza Verne’a,  uznanego za jednego z pionierów gatunku science fiction.

Powieść ta została spisana w formie pamiętnika jednego z pasażerów statku "Chancellor", płynącego z Karoliny Południowej do Wielkiej Brytanii. Statek ulega katastrofie, a rozbitkowie przeżywają wydarzenia pełne grozy.


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 173

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



Juliusz Verne

Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-8226-188-2
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

I

Charleston 27 września 1870 r.

 Opuściliśmy wybrzeże Bateryi dziś o trzeciej po południu podczas największego przypływu morza. Odpływ szybko oddalił nas od brzegów. Kapitan Huntly kazał rozpiąć górne i dolne żagle, a silny wiatr północny popchnął »Chancellora« wpoprzek zatoki. Wkrótce potem okrążono fort Sumter, pozostawiając na lewo baterye nadbrzeżne. O czwartej przebyliśmy przewał, skąd silny prąd odpływu uniósł nas dalej. Do pełnego jednak morza daleko jeszcze, a drogę zagradzają ławy piasku, z wąskiemi przejściami, przez które trzeba się przemykać. Kapitan Huntly wybrał południowe przejście, nad którem wznosi się latarnia morska lewego skrzydła fortu Sumter. Żagle »Chancellora« ustawiono najdokładniej i o 7-mej wieczorem, minąwszy ostatnią ławę piaszczystą, statek nasz wpłynął na Atlantyk.  »Chancellor«, piękny trzymasztowiec o 900 beczkach objętości, należy do bogatego domu braci Leard w Liwerpolu. Zupełnie nowy, zaledwie dwa lata temu zbudowany, jest okuty blachą miedzianą — jego zaś szkielet i dolne części masztu, oprócz tylnego, są z żelaza.  Po opuszczeniu zatoki zwinięto flagę angielską, pomimo to każdy marynarz rozpozna narodowość statku. Anglik przejawia się w nim od szczytu masztów do linii wodnych.  Powinienem powiedzieć, dlaczego jadę na tym okręcie, kursującym pomiędzy Liwerpolem a Charlestonem.  Pomiędzy południową Karoliną a Brytanią niema bezpośredniej komunikacyi. Ażeby dostać się do której linii transatlantyckiej, trzeba było dojechać na północ do New-Yorku lub na południe do Nowego Orleanu. Pomiędzy New-Yorkiem a starym lądem funkcyonuje kilka linii francuskich i hamburskich, z łatwością więc »Scotia«, »Pereire« lub »Holsatia« zawiozłaby mnie prędko do miejsca przeznaczenia. Pomiędzy Nowym Orleanem i Europą także przebiegają statki »National«, »Steam Navigation et Comp.« W Charlestonie jednak, chodząc po wybrzeżu, zobaczyłem »Chancellora«, który podobał mi się bardzo, zresztą nie wiem, jakiś instynkt skłonił minie do zajęcia miejsca na pokładzie tego okrętu, na nader przystępnych warunkach.  Podróż morska na okrętach przy pomyślnym wietrze jest prawie tak szybką, jak i na statku parowym, pod wszelkimi zaś innymi względami przedstawia więcej dogodności.  Na początku jesieni pod tą szerokością pogoda zwykle sprzyja. Zdecydowałem się więc na »Chancellora«. Czy dobrze, czy źle zrobiłem? Czy pożałuję kiedyś mego postanowienia? Przyszłość to pokaże.  Notatki będę prowadził dzień po dniu, w chwili więc kiedy to piszę, wiem tyle co i ty mój czytelniku, jeżeli tylko mój dziennik znajdzie kiedy czytelnika.

II

28 września. Kapitan »Chancellora« nazywa się Jan Silas Huntly, Szkot z Dundee, lat pięćdziesiąt, opinię ma wybornego znawcy dróg Atlantyku. Średniego wzrostu z wąskiemi ramionami, małą i z przyzwyczajenia zawsze na lewo przechyloną głową.  Chociaż nie mam pretensyi być dobrym fizyognomistą, łatwo mi jednak odgadnąć charakter kapitana po parogodzinnej z nim znajomości.  Nie przeczę wiec, że Silas Huntly jest najlepszym marynarzem, może znać wybornie swój zawód, ale bardzo wątpię, żeby miał wolę niezłomną i siłę charakteru wobec ciężkich prób życiowych.  W istocie, ruchy kapitana Huntly są ciężkie i ciało jego wygląda, jak gdyby znużone.  Niedbałość przebija się w jego niepewnem spojrzeniu, w ruchach rąk i w kołysaniu się z jednej nogi na drugą. Nie jest to i nie może być człowiek energiczny, ani nawet uparty, gdyż oczy jego nie zmrużają się, szczęki nie są wydatne, a dłonie zawsze otwarte, nie ściskają się w pięści. Zresztą ma jakiś dziwny wyraz twarzy, którego dotąd nie umiem sobie wytłómaczyć, będę jednak zwracał nań całą uwagę, na jaką zasługuje dowódca okrętu, ten, który jest naszym panem, drugim po Bogu.  Jeżeli się jednak nie mylę, to pomiędzy Panem Bogiem a Huntlym jest jeszcze na pokładzie człowiek, stworzony do odegrania ważnej roli w razie jakiegoś wypadku. Jest to porucznik okrętu, którego dotąd nie zbadałem dostatecznie, opiszę go później.  Załoga »Chancellora« składa się: z kapitana Huntly, porucznika Roberta Kurtis, drugiego porucznika Waltera, bosmana i czternastu majtków Anglików lub Szkotów, razem osiemnastu marynarzy, co najzupełniej wystarcza do kierowania okrętem o 900 beczkach. Zdaje się, że ci ludzie znają dobrze swój zawód, przynajmniej tak sądzę ze zręcznych manewrów, jakie robili pod komendą Kurtisa przy wyjeździe z Charlestonu.  Oprócz powyższych, służbę okrętową dopełniają jeszcze: gospodarz Hobbart i kucharz, murzyn Jynxtrop.  Pasażerów jest wraz ze mną ośmiu. Dotąd nie znam nikogo, jednostajność jednak życia okrętowego, codzienne drobne wypadki, bezustanne stykanie się ludzi ścieśnionych w tak małej przestrzeni i wrodzona potrzeba wymiany myśli, a wreszcie ciekawość, do której tak jesteśmy skłonni, nie zaniedbują nas zetknąć i zbliżyć. Hałas przy odjeździe, zajmowanie kajut i niezbędne urządzenie się, ażeby wygodnie spędzić dwadzieścia do dwudziestu pięciu dni podróży, oddalały nas dotąd od siebie.  Od wczoraj żaden z pasażerów nie przybył do stołu wspólnego, może być, że niektórzy cierpią na morską chorobę. Podobno znajdują się na pokładzie i dwie kobiety, umieszczano je w tylnych kajutach, których okna wycięte są w tablicy okrętu.  W księdze okrętowej znalazłem listę pasażerów, którą tutaj przepisuję:  Państwo Kear, Amerykanie z Buffalo, osób dwie.  Panna Herbey, Angielka, dama do towarzystwa pani Kear.  Pan Letourneur, Francuz z Hawru wraz z synem Andrzejem.  Wilhelm Falsten, inżynier, Anglik z Manchesteru.  John Ruby, kupiec z Cardiffu, Anglik.  J. R. Kazallon z Londynu, piszący ten dziennik.

III

9 września. Deklaracja kapitana Huntly, to jest akt spisujący ładunek towarów na »Chancellorze« i warunki przewozu, brzmi jak następuje: Bronsfield et Comp., dom komisowy, Charlesion. »Ja Jan Silas Huntly z Dundee w Szkocyi, dowodzący okrętem »Chancellor«, objętości 900 beczek, obecnie znajdujący się w Charleston, w odpowiedniej chwili pomyślnej mający pod opieką Bożą udać się do Liwerpolu, gdzie wyładuje swoje towary, zaświadczam niniejszem, że od pp. Bronsfield et comp., komisantów handlowych w Charleston, przyjąłem na rzeczony okręt i umieściłem pod pomostem 1.700 pak bawełny, wartości 26.000 funtów szterl., wszystko w całości i dobrym stanie, oznaczone i numerowane na marginesach, którą to bawełnę, o ile stan morza i niebezpieczeństwa, mogące minie spotkać dozwolą, podejmuję się w dobrym stanie dowieść do Liwerpolu i oddać pp. Leard, albo przekaz mającemu, po wypłaceniu za przewóz 2.000 funt., szt., z potrąceniem szkód według zwyczajów morskich. Poręczam niniejszy układ osobą swoją, majątkiem i okrętem. Na dowód czego popisałem trzy jednobrzmiące deklaracye, po spełnieniu których moc tychże upada«.  Charleston 13 września 1870 r.

J. S. Huntly.

 Tak więc »Chancellor« wiezie do Liwerpolu 1.700 pak bawełny. Ładunku tego z największem dopełniono staraniem, »Chancellor« zaś specyalnie jest zbudowany do przewozu bawełny. Paki zajmują cały spód okrętu, tworząc zbitą masę, mały tylko kawałek miejsca pozostawiono na bagaże pasażerów, nie tracąc daremnie przestrzeni, ażeby tym sposobem okręt mógł zabrać pełny ładunek.

IV

Od 30 września do 6 października. »Chancellor« wybornie płynie, pozostawiając za sobą wstęgę piany, rozrzuconej na powierzchni morza jak biała koronka na niebieskiej materyi. Niewiele statków mogłoby się z nim ścigać. Atlantyk jest prawie zupełnie spokojny. O ile wiem, kołysanie okrętu nikomu z podróżnych nie sprawia już przykrości. Zresztą każdy z nas odbywał drogę morską i mniej lub więcej zna się z morzem, to też jak tylko dzwon da znak posiłku, wszystkie miejsca przy stole zawsze są zajęte. Stosunki pomiędzy pasażerami zaczynają się ożywiać i życie na pokładzie przestało być monotonne. Pan Letourneur Francuz, najczęściej rozmawia ze mną. Jest to człowiek, mający lat około 50, wysoki, z białymi włosami i siwiejącą brodą. Zdaje się starszym nad swój wiek z powodu cierpień, jakie przebył w życiu. Człowiek ten wiele cierpiał i jak mi się zdaje cierpieć jeszcze nie przestał. Nigdy się nie śmieje, zaledwie uśmiecha niekiedy i to tylko do syna. Oczy jego jak przez łzy patrzą na świat. Cała twarz nosi wyraz goryczy i miłości, pociągając urokiem niewysłowionej dobroci. Na okręcie jest także syn jego Andrzej, 20-letni młodzieniec z twarzą słodką i pociągającą. Młody ten człowiek jest żywym portretem swojego ojca. Nieszczęściem jednak, jest kaleką od brodzenia i to właśnie jest powodem ciężkiego smutku ojca. Kuleje biedak, mając źle rozwiniętą lewą nogę i nie może chodzić bez laski. Ojciec uwielbia to jedyne dziecko, widząc w niem świat swój cały. Kalectwo syna więcej jeszcze dokucza ojcu, który stara się też wynagrodzić nieszczęście biedaka, poświęcając się dlań bez granic. Na chwilę nawet nie opuszcza syna, śledząc najmniejsze jego życzenia i podtrzymując go bezustannie. Pan Letourneur przywiązał się do mnie i rozmawiamy z nim o Andrzeju.  — W tej chwili rozstałem się z synem pańskim. Masz pan dobre dziecko, panie Letourneur. Młodzieniec to inteligentny i wykształcony.  — O, tak panie Kazallon — odpowiedział Letourneur — jest to piękna dusza w słabem zamknięta ciele, dusza biednej matki, zmarłej w chwili przyjścia jego na świat.  — Ale i on pana kocha!

Na pokładzie.

 — Drogie dziecię! — szepnął pan Letourneur, spuszczając głowę.  — Ach, panie, czy jesteś w stanie pojąć, wiele cierpi ojciec, patrząc na syna kalekę, kalekę od urodzenia!  — Panie Letourneur — rzekłem — nie umiecie podzielić się nieszczęściem, jakie was obydwóch spotkało. Żałuję szczerze pana Andrzeja, ale czyż miłość, jaką pan go otacza, nie wynagradza go dostatecznie. Niemoc fizyczna jest niczem, w porównaniu z cierpieniem moralnem, które pan zabiera całe dla siebie. Uważnie obserwuję Andrzeja, mogę więc zaręczyć, że rozpacz pańska więcej go boli, niż własne kalectwo.  — Wszakże ja staram się ukrywać to przed nim! — zawołał pan Letourneur. — Jedyną moją dążnością jest uprzyjemnić mu każdą chwilę życia. Zauważyłem, że bardzo lubi podróże, od wielu lat więc podróżujemy razem. Zwiedziliśmy całą Europę, obecnie powracamy ze Stanów Zjednoczonych. Nie chciałem posyłać Andrzeja do szkół początkowych, sam go uczyłem, resztę dopełniam podróżami. Posiada on żywą inteligencye i bujną wyobraźnię. Jest wrażliwy, raduję się, gdy pomyślę, że czasami na widok cudownej natury zapomina o swojem kalectwie, ale jeżeli on zapomina, ja o tem pamiętam i wiecznie pamiętać będę!  Chciałem go pocieszać, ale właśnie syn ukazał się i p. Letourneur pobiegł, ażeby mu dopomódz do wejścia na zbyt strome schodki, prowadzące na wystawkę.  Tam usiedliśmy we trzech na ławce blisko kurników, gawędząc o obecnej podróży. P. Letourneur, tak samo, jak i ja, ma bardzo niekorzystne wyobrażenie o zdolnościach kapitana, którego brak stanowczości i ospała powierzchowność przykre robi wrażenie na wszystkich. Przeciwnie p. Letourneur podobał się porucznik p. Kurtis, mężczyzna 30-letni, dobrze zbudowany, obdarzony wielką siłą fizyczną, zawsze czynny i którego silną wolę widać z każdego poruszenia!  Robert Kurtis właśnie wszedł na pomost. Po bliższem przypatrzeniu się, zostałem uderzony wyrazem siły i energii tego człowieka. Chodzi prosto z lekko zmarszczonem czołem, dumnie spoglądając naokoło. Oprócz energii zdaje się posiadać wiele chłodnej odwagi, niezbędnej marynarzowi. Ma także dobre serce i usługuje jak może młodemu Letournerowi. Zbadawszy stan nieba i żagli okrętu, Kurtis zbliżył się ku nam i wmieszał do rozmowy, z czego, jak uważałem, młody Letourneur się uradował. Porucznik opowiedział nam niektóre szczegóły o pasażerach, z którymi dotąd nie zawiązaliśmy znajomości. Państwo Kear pochodzą z północnej Ameryki. Zrobili ogromny majątek na handlu naftą. Pan Kear raczej zbogacony niż bogaty, myśli wyłącznie o swoich wygodach. Ręce trzyma wciąż w kieszeniach, pobrzękując sztukami złota. Dumny i zarozumiały, z pogardą patrzy na wszystko co go otacza, jak paw zakochany w sobie. Byłoby trudnem do rozwiązania zadaniem odgadnąć, co w nim przeważa — głupota czy egoizm. Nie mogę sobie wytłómaczyć, co mogło skłonić pana Kear do odpłynięcia na pokładzie »Chancelora«, zwyczajnego okrętu handlowego, bez wygód, zapewnionych na parowcach transatlantyckich. Pani Kear jest kobietą pospolitą, bez pretensyi, obojętną, której czterdziestka już minęła, bez wykształcenia i wciąż milcząca. Patrzy, ale nie widzi, słucha, ale nie słyszy. Czy myśli?... Nie ręczyłbym za to.  Jedynem zajęciem tej pani jest posługiwanie się co chwila swoją panną do towarzystwa, miss Herbey, łagodną i spokojną Angielką, nie bez upokorzeń zarabiającą te kilka funtów, które jej płaci handlarz nafty. Ta młoda osoba jest bardzo ładną blondynką o ciemno-szafirowych oczach. Wyraz jej twarzy nie jest bezmyślnym, jaki często spotyka

się u Angielek. Usta jej byłyby prześliczne, gdyby miała więcej sposobności uśmiechać się. Ale do kogo i czego miałaby się uśmiechać biedna dziewczyna, będąca celem nieustannego dokuczania i dziwacznych kaprysów swej pani? Pomimo to, miss Herbey choć cierpi, z rezygnacyą poddaje się swojemu losowi.  Wiliam Falsten, inżynier z Manchesteru z arcyangielską fizyognomią. Jako dyrektor hydraulicznych zakładów w południowej Karolinie, jedzie do Europy, ażeby kupić świeżo wydoskonalone maszyny, mianowicie, odśrodkowy młyn marki Gaila. Lat może mieć około 45 i należy do tego rodzaju uczonych, którzy nic nie znają oprócz rachunku i mechaniki. W rozmowie, jeżeli go zaczepisz, chwyta jak koło zębate, bez nadziei ratunku.  Pan Ruby jest to kupiec zwyczajny, niczem się nie wyróżniający. Od dwudziestu lat bezustannie sprzedaje i kupuje, a ponieważ ma zwyczaj tanio kupować, a drogo sprzedawać, zrobił więc majątek, z którym sam nie wie, co ma czynić. Pan Ruby tak dalece pogrążył się w handlu detailicznym, że zupełnie stracił władzę myślenia, zadając kłamstwo zdaniu Paskala: »Człowiek jest stworzony na to, ażeby myślał, jest to jego godnością i zasługą«.

V

7 października. Dziesięć dni temu opuściliśmy Charleston: droga odbywa się pomyślnie i szybko. Zaznajomiłem się z porucznikiem i często z nim rozmawiam.  Dziś rano Robert Kurtis powiedział mi, że zbliżamy się do gromady wysp Bermudzkich na wysokości przylądka Hatteras. Obserwacye wskazały 32°, 20′ szerokości północnej, a 64°, 50′ długości zachodniej według południka Greenwich. Przed wieczorem zobaczymy Bermudy, mianowicie zaś wyspę św. Jerzego.  — Jak to — zawołałem — dopływamy do Bermudów? Sądziłem, że statek wyjeżdżający z Charlestonu posuwa się w kierunku więcej północnym, trzymając się prądu Golfstromu.  — W istocie, panie Kazallon, jest to zwyczajny kierunek, który tym razem jednak kapitan uważał za stosowne zmienić.  — Dlaczego? — Nie wiem, z samego początku ruszyliśmy drogą wschodnią, jesteśmy więc na wschodzie.  — Czyś pan mu robił jakie względem tego uwagi?  — Owszem, wspomniałem mu kilkakrotnie, że nie jedziemy zwykłą drogą, na co mi odpowiedział, że sam najlepiej wie, co czyni.  Mówiąc to Robert Kurtis zmarszczył kilkakrotnie brwi i potarł ręką czoło; sądzę, że nie mówi wszystkiego, co myśli.  — Jednakże panie Kurtis dziś mamy siódmego października, zbyt więc już późno na to, ażeby w tym roku szukać nowych dróg. Nie mamy ani dnia do stracenia, jeżeli chcemy dojechać do Europy zanim się zerwą nawałnice.  — Tak, panie Kazallon, ani jednego dnia.  — Racz mi wybaczyć panie Kurtis niedyskretne pytanie, chciałbym jednak wiedzieć zdanie pańskie o kapitanie Huntly.  — Ja myślę — odrzekł porucznik — ja myślę, że to jest... mój kapitan!  Zaniepokoiła mnie ta ostrożna odpowiedź. Robert Kurtis nie mylił się wcale. Około trzeciej majtek czuwający na bocianiem gnieździe zawołał: »Ziemia pod wiatrem, na północo-zachód«, dotąd jednak zaledwie rozróżnić ją można było jako lekką mgłę.  Około szóstej wyszedłem na pokład w towarzystwie Letourneurów, ażeby przypatrzyć się Bermudom.  Otoczone łańcuchem skał, wznoszą się one bardzo mało nad poziom morza.  I to jest ten zaczarowany archipelag, ta grupa malownicza, którą wasz poeta, panie Kazallon, Tomasz Moore wychwalał w swoich odach. Już w 1643 r. wygnaniec Walter z zapałem opisał te wyspy, a później, jeżeli się nie mylę, damy angielskie nie chciały nosić kapeluszy, jeżeli te nie były zrobione z liści bermudzkich palm.  — Masz słuszność mój Andrzeju, archipelag bermudzki był bardzo w modzie około XVII wieku, dziś jednak uległ zupełnemu zapomnieniu.  — Oprócz tego, panie Andrzeju — dodał Robert Kurtis — poeci, unosząc się nad tym archipelagiem, wcale nie zgadzają się z żeglarzami, bo do lądu tych krajów, których widok tak zachwycał pieśniarzy, bardzo trudno dostać się marynarzowi z powodu skał formujących naokoło pas, ukryty pod wodą i bardzo dla okrętów niebezpieczny. Co zaś do jasnego nieba, o tem także wiele możnaby powiedzieć. Sam ogon huraganów, które niszczą Antyle, uderza w Bermudy, burza zaś, to jak wieloryb, ogonem najsilniej bije. Radzę więc nie dawać zbytniej wiary opisom Tomasza Moore i Waltera.  — P. Kurtis słusznie mówi — dodał uśmiechając się Andrzej — poeci jak przysłowia, jeden drugiemu zawsze przeczy. Jeżeli Tomasz Moore i Walter unoszą się nad rozkoszą pobytu na tych wyspach, za to Schakespeare, który zapewne musiał je znać lepiej niż tamci obydwaj, na nich umieścił najstraszliwsze sceny swojego dramatu »Burza!«  Anglicy, odwieczni posiadacze archipelagu, utrzymują na nim stacyę wojskową, która pośredniczy między Antyllami i Nową Szkocyą. Archipelag ten wciąż si powiększa, liczy on 50 wysp i wysepek, a madrepory pracują bezustannie nad powiększeniem ich, łączą je pomiędzy sobą i z czasem utworzą nowy kontynent.  Oprócz nas nikt z podróżnych nie wyszedł na pokład, ażeby zobaczyć ten ciekawy archipelag.  Panna Herbey zaledwie się ukazała na wystawce, musiała cofnąć się, przywołana do kajuty lamentującym głosem pani Kear.

VI

Od 8 do 13 października. Wiatr północno-zachodni dmie silnie.  Morze rozkołysało się i żegluga męczy coraz gorzej. Deski w podłodze trzeszczą i to mnie nudzi potężnie. Podróżni prawie cały czas siedzą pod wystawką, ja zaś wolę zostać na pokładzie, pomimo ciągłego deszczu, przenikającego aż do kości.  Od dwóch dni daleko prędzej płyniemy, pomimo zniżenia masztów; wiatr przelatuje od 50 do 60 mil na godzinę.  »Chancellor« jest ciągle w najlepszym stanie, zboczenie jednak silne pcha nas ciągle na południe.  Zachmurzone niebo nie pozwala robić obserwacyi astronomicznych, nie wiemy zatem na pewno, gdzie się znajdujemy.  Towarzysze podróży nic nie wiedzą o dziwnym i niewytłómaczonym kierunku, jaki kapitan nadał statkowi.  Anglia jest na północo-wschodzie, a my ciągle płyniemy na południo-wschód! Robert Kurtis nie rozumie uporu kapitana, który zamiast puszczać ciągle żagle z wiatrem, powinien je zmienić i na północo-zachodzie szukać przyjaznych prądów.  Dziś zrana na wystawce spytałem Roberta Kurtisa, czy kapitan czasem nie zwaryował?  — Pan obserwujesz go ciągle, panie Kazallon, powinieneś więc lepiej wiedzieć ode mnie.  — Nie wiem co myśleć o nim, ale rzeczywiście ma szczególny wyraz twarzy i oczy często spoglądają błędnie!  — Czy jeździłeś pan z nim kiedy?  — Nie, panie Kazallon, po raz pierwszy teraz z nim płynę.  — I zwracałeś pan powtórnie uwagę kapitana na zły kierunek żeglugi?  — Zwracałem; ale on ponownie mi odpowiedział, że wie co robi.  — Powiedz mi, panie Kurtis, co myślą o tem bosman i porucznik Walter?  — Myślą toż samo, co pan i ja.  — No, ale gdyby kapitanowi Huntly przyszła fantazya zawieźć nas do Chin.  — To pojedziemy do Chin.  — Tak, ale subordynacya ma pewne granice?  — Nie, dopóki postępowanie kapitana nie grozi niebezpieczeństwem okrętowi.  — A jeżeli naprawdę dostał pomieszania zmysłów?  — W takim razie, panie Kazallon, wiem co mi robić należy.  Przyznam się, że było to dla mnie niespodzianką, nie wchodzącą wcale w program podróży na »Chancellorze«.  Pogoda coraz gorsza, w tej stronie Atlantyku silne wiatry ciągle panują w jesieni.  W nocy z dnia 11 na 12 »Chancellor« wpłynął na morze Sargaskie: tak nazywają przestrzeń wody otoczoną ciepłym prądem Golfstromu i pokrytą wodorostami, które Hiszpanie nazywają »Sargasso«.  Okręty Kolumba z trudnością zaledwie przebyły tę ruchomą masę.  W dzień Atlantyk wygląda jak ogród; panowie Letourneur wyszli także na pokład, pomimo silnej nawałnicy, która dmiąc na metalowe liny wydobywa z nich dźwięki jak ze strun harfy.  Ubranie każdy zapiął jak najszczelniej, chcąc je uchronić od poszarpania przez wiatr.  Okręt na tej łące morskiej przecina kolej szeroką, niekiedy wiatr zarzuca długie jak dzikie wino gałązki aż na liny masztowe, tworząc pomiędzy niemi festony zieleni.  Algi, te wstążki bez końca, 300 do 400 stóp długie, czepiają się masztów i pną się do samego szczytu.  Przez kilka godzin musieliśmy odpierać ten napad wodorostów, chwilami zaś »Chancellor«, cały okryty lianami, wyglądał jak krzak płynący po niezmiernej łące.

VII

14 października. »Chancellor« wypłynął nareszcie z tego roślinnego oceanu, a gwałtowność wiatru znacznie się zmniejszyła, płyniemy jednak szybko ze ściągniętymi żaglami.  Słońce dziś pięknie świeci, ale jest bardzo gorąco. Obserwacye wskazują 21°, 33′ szerokości północnej i 50°, 17′ długości zachodniej.  O dziesięć stopni więc posunęliśmy się ku południowi. Pomimo to kierunek pozostaje ciągle ten sam.  Ażeby zdać sobie sprawę z tego niepojętego uporu, kilkakrotnie rozmawiałem z kapitanem Huntly i nie wiem co sądzić, czy ma zdrowe zmysły, czy zwaryował. Wogóle mówi zupełnie rozsądnie. Może więc jest to rodzaj maniactwa, odnoszącego się tylko do rzeczy tyczących jego zawodu.  Takie zboczenia psychologiczne niejednokrotnie już widziano i mówiłem o tem Robertowi Kurtis.  Porucznik wysłuchał mnie z zimną krwią i powtórnie oświadczył, że dopóki kapitan nie naraża statku na zgubę wyraźnem szaleństwem, nie można mu odbierać władzy, bez narażenia się na surową odpowiedzialność.  Wróciłem do kajuty około ósmej, następnie czytałem przy świetle lampy i rozmyślałem z godzinę, wreszcie położyłem się spać.  W kilka godzin potem rozbudził mnie jakiś niezwykły hałas. Na pokładzie słychać było szybkie kroki i żywe nawoływania. Zdaje się, że załoga miała jakąś pilną robotę. Co to jednak może znaczyć? sondować nie potrzeba, żagle ciągle pod wiatrem, nie rozumiem tego wcale.  Przez chwilę chciałem wyjść na pokład, ale hałas uspokoił się wkrótce. Kapitan Huntly także powrócił do kajuty, umieszczonej na przodzie wystawki, położyłem się więc i ja napowrót do łóżka.  Zapewne jakiś manewr spowodował tę bieganinę. A jednak okręt ciągle równo się kołysze, burza więc nie grozi.  Nazajutrz 14, o 6-ej zrana, wyszedłem na wystawkę i obejrzałem statek. Na pozór nic się na pokładzie nie zmieniło. »Chancellor« pędzi z szybkością 11 mil na godzinę i wybornie się trzyma na powierzchni lekko kołyszącego się morza.  Wkrótce potem pan Letourneur wyszedł z synem na pokład. Pomogłem Andrzejowi wejść na werendę i oddychamy świeżem powietrzem silnie napojonem wonią morza.  Pytałem tych panów, czy nie obudził ich w nocy hałas na pokładzie.  — Mnie wcale nie, jednym tchem przespałem całą noc — odpowiedział Andrzej.  — W takim razie można ci powinszować twardego snu — rzekł p. Letourneur — bo ja także zbudziłem się wskutek hałasu, o którym pan Kazallon mówi. Zdaje się nawet, że wołano: żywo! żywo! do klap, do klap!  — Która mniej więcej mogła być godzina?  — Około trzeciej zapewne.  — I nie wiesz pan, dlaczego tak krzyczano?  — Nie wiem, panie Kazallon, ale nic ważnego stać się nie musiało, jeżeli nas nie zawołano na pokład.  Poszedłem obejrzeć klapy, znajdujące się przed i poza wielkim masztem, przez które wchodzi się na spód okrętu.