Przygody Borwara.  Tom I: Potomek klanu Atlantis - Łukasz "Strzelba" Przelaskowski - ebook
Opis

Pół wampir, pół człowiek, specjalnie wyszkolony do walki ze złem, reprezentujący klan Upadłych Aniołów Borwar chroni Tomasza, potomka klanu Atlantis przed wilkołakami i innymi wysłannikami ciemnej mocy chcącej przeciągnąć go na swoją stronę. Zadaniem Trapera – bo i taką nosi ksywkę nasz bohater – jest dotrzeć ze swoim opiekunem na zjazd klanów w Szwecji.
W tym czasie  młody uczeń poznaje tajną historię walki dobra ze złem,  swojego rodu, a także przedstawicieli innych klanów na Ziemi oraz pozostałych planetach, m.in. krasnoludów, smoków, yeti, skrzatów, syren, wampirów, aniołów, którzy wędrują dzięki magicznym portalom, budując stopniowo coraz większą drużynę. Dzielni wojownicy podejmują nierówną walkę z czyhającymi na nich niebezpieczeństwami, zagadkami, a nawet zdradą. Na szczęście rozkwita powoli promyk nadziei w postaci miłości, która potrafi prowadzić do zwycięstwa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 224

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Przemyślenia

Wyobraźmy sobie noc mającą się ku końcowi, na niebie widać chmury, których kształty mienią się odcieniami od ciemnego granatu, poprzez ciemny niebieski, do szarości. Oznaki wschodzącego słońca przejawiają się lekko jasnym różem, by potem przeistaczać się w zabarwienia lekkiej żółci, pomarańczy i na koniec krwistej czerwieni. Z pewnością niejeden malarz dałby sobie rękę uciąć dla pozyskania tak wiarygodnych i pełnych pasji twórczej kolorów, które tworzy magia i nieznana siła przyrody.

Przyroda, w którą tak usilnie ingeruje człowiek i którą stara się okiełznać niczym dzikiego konia, wydusić bogactwa natury, ujarzmić dla swoich codziennych potrzeb, potrafi ciągle zaskakiwać oraz się przeciwstawiać chociażby poprzez zmiany klimatyczne. Natura kryje jeszcze w sobie wiele niespodzianek, które na pewno niosą ze sobą przesłanie zarówno dobra, jak i zła – symboli tak ważnych w religiach świata ludzi, które nieustannie od wieków jednych łączą, a drugich uśmiercają, budując, o dziwo, znaną wszystkim z nazwy harmonię ładu, porządku czy po prostu przyrody.

Zrozumiałe jest, że przyroda żyje swoim trybem niczym mechanizm zegarka i ingerowanie w jego budowę zmienia cały przebieg funkcjonowania, który zamienia się z kolei w złe skutki dla ingerujących. Można nawet użyć metafory, że my ludzie zmieniamy sposób funkcjonowania harmonii według odwiecznego czasu, który unormował się dla miliardów różnych form życia na Ziemi.

Planeta Ziemia stała się swojego rodzaju wytyczną dla ludzi od czasów takich osób jak Homer, ojciec poezji epickiej, Kopernik, który wstrzymał Słońce, a ruszył Ziemię, od czasów Krzysztofa Kolumba, odkrywcy Ameryki, Michelangela Buonarrotiego i Leonarda da Vinci oraz wielu innych uczonych, badaczy, podróżników im podobnych, którym udało się przeciwstawić światu i jego naturze, łamiąc harmonię, by wmontować nowe wizje, myśli, barwy, teorie do umysłów ludzkich, a tym samym uruchamiając na nowo czas zegara istnienia kolejnych pokoleń.

Wraz z rozwojem cywilizacyjnym kurczy się świat znany nam na Ziemi, a swe oczy kierujemy głęboko we Wszechświat, szukając nowych form życia i miejsc, gdzie będą mogły się osiedlić nowe pokolenia, gdy już Ziemia przestanie być użyteczna do zamieszkania.

W tym momencie, gdy świat nam znany oceniamy na podstawie wartości pieniądza, czy to dowód, że nic poza nim nie ma? Czy to dowód, że pieniądz rządzi światem, a Bóg jest tylko rozumiany w wielu religiach jako trójliterowa nazwa reprezentująca firmę, którą może ktoś wprowadzić jak wiele innych na giełdę, której akcje raz rosną, a raz maleją, i można nią handlować?

W Biblii na początku dowiadujemy się, że to Bóg stworzył świat rozumiany dziś także jako Wszechświat, czyli też przyrodę na Ziemi, a więc wprowadził pewną harmonię, a także stworzył człowieka, który z dzisiejszej obserwacji czasu ją wykorzystuje. Zatem co ma wpływ na życie? Bóg, przyroda czy człowiek? Należy pamiętać, że istnieje jeszcze coś, czym interesował się Albert Einstein, czyli CZAS, który funkcjonował już przed stworzeniem świata, bo przecież był Bóg, a samo słowo BYT jest rozumiane jako funkcjonowanie, czyli istnienie życia, a więc i czasu. Człowiek zatem swoje kroki kieruje i w tę stronę, aby go poznać, załamać, doszukać się sposobu jego opanowania, „złamania klucza”. Szuka sposobu na jego przekroczenie i tym samym wykorzystanie, by zmieniać „los”, czyli „byt”, na swą korzyść w imię po raz kolejny pieniądza, a także chęci poznania „eliksiru” na tak pożądaną nieśmiertelność. Czy to dowód, że po śmierci nic nie ma i boimy się, chcemy tym samym jej uniknąć?

Samo znaczenie słowa „życie” należy rozpatrywać pod względem materialnym, jak i niematerialnym. Można przyjąć, że reprezentuje świat Boga, który stworzył na swe podobieństwo człowieka. Wszystko na początku jest dzikie, ale potem w miarę się stabilizuje, rozwija, łącznie z człowiekiem.

Dochodzi jednak w pewnym momencie do załamania równowagi, a historia daje przykłady zła w postaci wojen, obozów koncentracyjnych, łagrów. Ludzie znów zamieniają się w zwierzęta i tracą swoje ludzkie wartości, stają się dzicy, inni pozbawieni człowieczeństwa, wynaturzeni ze swych racji, godności, przekonań, tracą wiarę i poddają się losowi. Natomiast ci, którzy walczą o przetrwanie, muszą zamienić się w bestie nieczułe na wszystko, by przeżyć, obronić się resztkami sił, odpowiadając złem na zło.

Czy świat niematerialny istnieje? Czy granica między nim a światem materialnym jest jedna w postaci drzwi, które są zamknięte? Czy może funkcjonują te światy razem, nie przeplatając się na co dzień? Mówi się o nich, ogląda w telewizji, słyszy w radiu, czyta w mediach społecznościowych o różnych przypadkach przekroczenia tej granicy i funkcjonowania wokół nas sił, o których nie wiemy tak wiele w rzeczywistości. Czy zatem, jeśli istnieje świat nazwany niematerialnym, jest on jedyny?

Najciekawszym stwierdzeniem może być to, że jeśli dobro i zło istnieje, a istnieją na pewno pod różnymi maskami, to z pewnością są po obu stronach światów, ile by ich nie było, i walczą ze sobą odwiecznie. Przyroda natomiast jest łącznikiem między nimi obydwoma, ponieważ była, jest i będzie zawsze dzika, walcząc o przetrwanie, dając tym samym siłę oraz schronienie dla obu mocy określanych jako boskie. Boskimi bowiem w mitologii greckiej byli dobrzy i źli bogowie, a w Biblii diabeł to upadły anioł, który także jest tworem boskim.

Wśród ludzi tworzyły się, istnieją, nawet rozwijają się nadal grupy, które staną po jednej z dwóch stron. Jedni chciwi władzy, pieniądza, dominacji na Ziemi i nawet dalej, we Wszechświecie, korzystając z oferty złych sił będą walczyć z tymi, którzy w pokorze i w duchu ładu z naturą oraz czystym sumieniem nie poddadzą się ich namowom. W rzeczywistości, w najprostszym tłumaczeniu, źli chcą przejąć kontrolę nad światem, a dobrzy walczą o zachowanie wolności.

Czy jest coś pośród nich bardziej nienaturalne, nieludzkie, dzikie, nieposkromione przez boskość?

Rozdział IMgła

Nawet gdyby niebo zmęczyło się błękitem,

nie gaś nigdy światła nadziei.

Bob Dylan

 

Na wieży wrocławskiego ratusza dochodziła godzina dwunasta w nocy, wiatr gonił chmury po niebie, odsłaniając pełnię księżyca, lecz nie w pełnej kościstej bieli, jaką wszyscy znamy, ale w lekkiej czerwieni od pyłów wulkanu, które przyszły z Islandii. Od kilku dni padało, a tego wieczoru akurat przestało, przynosząc ochłodzenie i mgłę, która niczym rozlane mleko i warstwa pajęczyny jednocześnie pokryła całe miasto, nie dając zobaczyć nic na odległość dalszą niż metr. Pełnię natomiast widać było już z wyższych wieżowców. Ponieważ była to niedzielna noc, a warunki pogodowe złe dla samochodów, wydawało się więc, że miasto zapadło w sen, a nawet zostało wyludnione. Uliczki i przejścia dawały się rozpoznawać tylko po zamglonych światłach latarni w odcieniach zmieszanej żółci i pomarańczy. Wraz z końcowym wybijaniem północy przez zegar mgła lekko się rozrzedziła. Chwilę potem wraz z ostatnim uderzeniem dzwonu zegarowego rozległo się przeraźliwe i przechodzące ciarkami przez całe ciała wrocławian wycie wilków, kojotów, piski i wrzaski małp, ptaków, które wzbiły się do lotu, oraz ryki tygrysów, lwów, niedźwiedzi, zebr w zagrodach; wszystkie biegały w swych klatkach, rzucały się na kraty lub racicami kopały w ściany zagród, wydając inne, niedające się opisać odmiany dźwięków. Niosące ze sobą paniczne odgłosy zwierząt z wrocławskiego ogrodu zoologicznego dały się słyszeć w obrębie kilku kilometrów, resztę wyciszała mgła.

Budka strażnicza zoo od strony ulicy Zygmunta Wróblewskiego, jak i cały ośrodek, znajduje się naprzeciwko Hali Stulecia. Tej nocy nadzór mieli dwaj strażnicy w dość podeszłym wieku, a że jeden z obchodów był po drugiej w nocy, więc drzemali sobie lekko z nastawionym budzikiem. W momencie wybicia północy i wybuchu panicznych odgłosów zwierząt jeden spadł z krzesła, a drugi zeskoczył z łóżka i szybkim susem znalazł się przy monitoringu. Spoglądał z bladą twarzą na wstającego z podłogi i drżącego kolegę oraz wypisanym czytelnie strachem w oczach, aby powiedzieć cicho, lekko zająkując się, jakby zaschło mu w gardle:

Staszek: Mi… Mi… Mirrrek… co to ku… kurwa było?

Mirek po upadku był w chwilowym szoku bardziej niż kolega, więc jedynie zdobył się na odpowiedź poprzez zaprzeczenie ruchem głowy i wzniesieniem ramion, że nie wie. Staszek szybko przeglądał rozlokowane po ośrodku kamery, ale nad zoo mgła nadal była zbyt gęsta, aby przez kamerę można było cokolwiek wypatrzeć. Ponieważ zwierzęta niczym opętane nadal szalały, zadzwonili do zastępcy dyrektora, który akurat był na wyjeździe poza Wrocławiem.

Zastępca dyrektora Jarek był nowym pracownikiem, który przeprowadził się do Wrocławia po studiach magisterskich. Zoo przeszło wiele zmian, gdy po głośnej sprawie kilka lat wstecz zostali z niego wyrzuceni zimą poprzedni dyrektorzy, para małżeńska. Było pewne, że pracę dostanie, bowiem dyrektor to brat jego mamy, a że akurat niedawno skończył studia doktoranckie weterynaryjne i ochronę środowiska, pracował już w kilku innych ogrodach zoologicznych w Polsce, więc pasował idealnie na to miejsce.

Odebrał i zaspanym głosem spytał.

Zastępca dyrektora Jarek: Taaakkk słuuuucham?

Staszek nadal się jąkał

Staszek: Do… dobry wie… wieczór. Prze… przepraszam, że budzę, ale zwierzęta osza… oszalały i nie wiemy, co się dzieje… mo… może pan tu kogoś przy… przysłać?

Zastępca dyrektora, który już bardziej się przebudził, dosłyszał w końcu oprócz panicznego głosu strażnika przeraźliwe odgłosy. Przez chwilę nachodziła go potworna myśl, że może przez te deszcze znów nadciąga fala kulminacyjna, o której nikt nic nie wiedział, a zwierzęta to wyczuwają i chcą się ratować.

Zastępca dyrektora Jarek: Słuchajcie, w pierwszej kolejności uspokójcie się i bardzo uważnie zróbcie obchód, sprawdźcie w szczególności od strony grobli szczytnicko-bartoszowickiej, czy czasem nie ma podtopień wody oraz co się dzieje przy Restauracji Letniej, bo miały tam dziś być poprawiny weselne. Zaraz zadzwonię do odpowiednich osób od zwierząt, aby tam pojechały… widzę, że pogoda paskudna, więc dojadę za pół godziny, może troszkę dłużej, bo z Kozanowa.

Staszek wysłuchiwał uważnie poleceń, teraz widział bladą twarz kolegi, który stał nieruchomo i wpatrywał się przez okno w otoczenie pełne mglistych oparów i hałasu zwierzęcego. Odłożył słuchawkę, kiedy już było wszystko jasne, i podszedł do Mirka, dotykając jego lewego ramienia, na co on odpowiedział z trwogą w ustach:

Mirek: Boję się… coś tam jest nie tak, to nienaturalne odgłosy.

Staszek doszedł już bardziej do siebie. Wydawać by się mogło, że pracował w tym zawodzie od młodości. Wysoki na prawie dwa metry, barczysty i krzepkiej postury, z mocnym wąsem i twarzą pokrytą zmarszczkami, smaganą od wiatrów, zimna, upałów podczas pełnienia sumiennej służby wartownika. Chociaż miał za sobą duże doświadczenie w ochronie, ten przypadek lekko go przeraził. Po chwili już pewnym głosem rzekł:

Staszek: Wiem, też się przestraszyłem i trochę to wygląda dziwnie, ale z rozmowy ze Zbyszkiem zrozumiałem, że może to niezapowiedziane podwyższenie poziomu rzeki po opadach i zwierzęta się boją, więc pójdziemy sprawdzić od tamtej strony i do Letniej, gdzie pewnie poczęstują nas strzemiennym i od razu się rozluźnimy. Weź latarki i idziemy. Zastępca dyrektora Jarek przyjedzie tu do pół godziny i ma jeszcze przysłać kilka osób, aby uspokoiły zwierzęta.

Mirek miał około czterdziestkę na karku, był wrocławianinem, który w momencie przyjścia kryzysu do Polski został zwolniony z pracy w fabryce Volvo w ramach redukcji zatrudnienia. Chociaż miał posturę szczupłej osoby, nie był jednym z tych, co się poddają i popadają w jakieś nałogi, depresje. Podejmował prace, które tasowały się jak karty, raz lepsza, a raz gorsza. Niestety były to oferty przelotne, więc stwierdził, że zrobi jakieś kursy, bo rodzina duża, sześcioosobowa, więc musi ją utrzymywać wspólnie z żoną. Los chciał, że zrobił jako bezrobotny kurs ochroniarza – taką wersję przedstawił podczas rozmowy kwalifikacyjnej wraz z dokumentami.

Mirek, patrząc na Staszka, zrobił powolny wydech, jakby przez kilka minut nie oddychał, dając tym samym znak, że opanował się i uspokoił.

Uznali wpierw, że pójdą pod niedawno odrestaurowaną Bramę Japońską, która mieści się po drugiej stronie, przy budynku administracyjnym, i tam zobaczą, jak wygląda sytuacja z rzeką, którą widać ze skarpy, a potem podejdą do Letniej.

Wychodząc z portierki zamknęli drzwi i zostawili kartkę, że są na obchodzie. Mgła powodowała, że po dwóch metrach światło latarek w jej mroku rozchodziło się, a odgłosy z zagród i klatek sprawiły, że szli obok siebie, próbując dojrzeć, czy mijają już Zwierzyniec Dziecięcy. Musieli iść cały czas prosto, gdzie normalnie przy obchodzie dojście na drugi koniec zajmuje z dziesięć do piętnastu minut maksymalnie, a teraz zamieniło się na powolny marsz, gdzie minuty zamieniały się w godziny. Minęli parking po lewej stronie, a następnie potwierdziło się, że mijają Zwierzyniec Dziecięcy, bo po prawej stronie mieściła się zagroda osła, którego głosu nie da się nie rozpoznać. Doszli do skrzyżowania dróg, które jest przy zagrodzie między innymi mary patagońskiej. Staszek zatrzymał się, mówiąc:

Staszek: Słuchaj, Mirek, trzeba to wszystko szybko i konkretnie sprawdzić, ja pójdę dalej prosto, a ty skręć tu w lewo i idź prosto cały czas, aby zobaczyć, co się dzieje w Letniej. Jak coś, mamy krótkofalówki lub komórki. OK? Dasz radę?

Mirek pracował w zoo dopiero od niecałego miesiąca, a to była jego druga praca, jeśli chodzi o stróżówkę. Mimo lęku, jaki dopadł go w tym momencie, kiwnął głową i ruszył, znikając w toni szarości mglistych oparów nocy.

Staszek minął dwie kolejne zagrody, w tym zagrodę lam, aby następnie skręcić w lewo. Ostatnia prosta do budynku administracyjnego, którego jeszcze nie widział, wydawała się łatwa i była kwestią chwili do przejścia. W tym samym momencie, gdy wszedł na nią, nagle zoo jakby za pstryknięciem jednego palca czarodzieja ucichło, pozostawiając martwą ciszę dookoła. Staszek stanął jak wryty, również w jego głowie zapanowała jedna wielka pustka, a oczy starały się jakby przeniknąć przez otaczającą biel i wyszukać przyczyn wyciszenia. Powoli ruszył, słysząc uderzenia swych butów i skrzypiący pod nimi piasek. Wiedział, że nie jest sam, odruch sumienia i wyczucie podpowiadały mu, że jest obserwowany. Trzymając w lewej ręce latarkę, prawą ręką powoli odpinał kaburę na broń gazową, do której wyjątkowo miał uprawnienia i zezwolenie dyrekcji. Czuł, jak pot spływa powoli po czole na ramiona i plecy, a oddech z ledwością może nabrać, bo jeszcze nie wypuścił poprzedniego z obawy, że musi wytężyć słuch i zachować ciszę, ale przed kim lub przed czym? Krok po kroku posuwał się naprzód, będąc gotowy na wyjęcie broni i oddanie krzyku, tylko jaką formę by przybrał, nakazu czy lęku? – nie wiedział. Powoli, pośród iście cmentarnego ukojenia, wyłaniał się z tafli pomroku budynek ze strzelistym dachem i odnowioną Bramą Japońską w kolorze ciemnego czerwonego brązu. Nie wiedzieć czemu, ani razu nie obejrzał się za siebie, szedł prosto, co rusz rzucając kątem oczu na boki. Wtem niespodziewanie rozległ się dźwięk skrzypiących drzwi, które przestraszyłyby nawet umarłego, a Staszek poczuł jak serce podchodzi mu do gardła, po czym padł dość mocny, chrapliwy głos z otwartych drzwi:

Traper: Kim byś nie był, zatrzymaj się i nie ruszaj, mam broń i nie zawaham się jej użyć.

Staszek przełknął ślinę, aby szybko odpowiedzieć:

Staszek, portier:Cholera, Bogdan, to ja, portier Staszek, skąd ty, kurwa, masz broń, lepiej nie mierz nią we mnie.

Bogdan, zwany „Traperem”, był jednym z najstarszych pracowników zoo, miał pod sześćdziesiątkę, i mimo że miał swoje własne mieszkanie, często nocował w ośrodku, jakby wrósł korzeniami i złożył śluby nieprzekroczenia jego granic raz na kilkanaście dni. Pomagał opiekować się zwierzętami jako ich obrońca i miłośnik, a przy tym doktor biologii. Mówiło się, że jest trochę szalony i czasem gada od rzeczy, ale każdy go lubił i jego opowieści ze swych przygód po świecie, jakich nie brakowało podczas imprez integracyjnych. Jego postać była już dość mocno ociosana przez życie w postaci ran, blizn, ale uścisk niedźwiedzia powodował, że niejeden młody z siłowni wymiękał w kilka sekund podczas siłowania się na ręce. Ciężka praca i życie hartują ciało i umysł, a jego było tym dość ociosane, by powalić dwóch rosłych mężczyzn podczas obrony. Można go było zawsze łatwo rozpoznać poprzez głos i zabawny ubiór w stylu iście prawie że z połączenia hipisa z długimi, kręconymi siwymi włosami, poprzez ubranie niczym traper i drwal noszący koszulę w kratę, pas z przyborami w postaci nożyka oraz pakunku na swoje jakieś drobiazgi, po kowbojski kapelusz i kowbojskie buty – ponoć z krokodyla, na dżinsach z nogawkami w kształcie dzwonów u dołu kończąc.

Teraz, gdy podchodząc powoli, wpatrywał się w jego osobę, Staszek widział człowieka, w którym obudziła się dawno zakrzepła krew, a oczy ożyły dziwną magią niepewności, przerażenia, jakby coś widział, tylko nie chciał w to uwierzyć, jakby obudził swojego dawnego młodzieńczego ducha do walki obronnej, ale co miałoby stanowić tak wielkie zagrożenie i budzić tak niesamowite emocje w czasach dwudziestego pierwszego wieku?

Widząc teraz bliżej i lepiej, Bogdan rozejrzał się dookoła, zanim podszedł, opuścił lekko dwugwintówkę, rzekł cicho i głosem pełnym obaw:

Bogdan, Traper: Niech mnie diabli, przepraszam ciebie, Staszek, chodź… nic nie mów i szybko wchodź do środka.

Staszek jednym szybkim susem wskoczył do środka budynku, gdzie Bogdan zatrzasnął drzwi, zamykając je na wszystkie możliwe zamki i zasuwy. Wchodząc po schodach sprawdzał, czy okna są domknięte. Staszek czuł w powietrzu zapach wielu kadzideł. Doszli na poddasze, gdzie mieściła się mała ambona, tam na stoliku leżała lornetka oraz niedopalony papieros, który teraz wrócił do palców swego właściciela. Portier nie wiedział, co powiedzieć na to, co się działo, a było to dla niego zbyt szalone, wyglądało na jakiś żart, by uznać za normalne i prawdziwe wszystko, co działo się tej nocy. Nawet był przygotowany, że usłyszy hasło „mamy cię”, a wszystko dookoła okaże się stworzoną iluzją, jednak tak nie było. Bogdan z niepokojem wpatrywał się chwilę poprzez mgławicę z papierosem w ustach i lornetkę przed oczami, obracając się dookoła, jakby czegoś wypatrywał, co już widział wcześniej. Broń przewiesił przez ramię. Natomiast jego nowy kompan stał i czekał na to, co nastąpi za chwilę, aby po kilku minutach zmusić się do wypowiedzi. Podejrzewał, że Traperowi odbiło z wiekiem, a do tego przyczyniła się ta pogoda oraz zachowanie zwierząt, które od pewnego momentu zachowywały dziwnie stoicki spokój.

Staszek, portier:Bogdan, wiem, że mamy przejebane dni, a dziś takie zamieszanie. Dzwoniłem do Jarka, przyjedzie może za dwadzieścia minut i obiecał, że dośle parę osób do pomocy. Mam zrobić przegląd zoo, w tym wałów, bo możliwe, że po deszczach podniesiony stan rzeki niepokoi nasze maskotki. Jeśli widziałeś kogoś podejrzanego i uzbrojonego, żeby wylądować u góry z tą dwugwintówką, mogłeś dać nam znać, bo numery znasz, oraz policji hm… co się stało?

Słynny ochrypły głos Bogdana jak głos pirata z filmów lub z wujowych morskich opowieści usłyszanych w dzieciństwie, na podstawie których tylko wyobraźnia dziecka potrafi stworzyć tak niewyobrażalne kształty, wygląd, ubiór, chód i wydawane odgłosy przybrały teraz postać realną. Jakby świat wyobraźni przekroczył granice i wkroczył do świata rzeczywistego słuchającego Staszka. Bogdan mówił z cicha, powoli, pewnie:

Bogdan, Traper:Mam już spokojnie powyżej sześćdziesięciu lat, przeżyłem w swoim życiu wiele, pracowałem w różnych miejscach i ciężko, dla uzyskania nie tyle tych gównianych tytułów, ale wiedzy i fascynacji światem, który chłonąłem oczami, uszami, wszelkimi zmysłami, aby nic nie stracić, żadnego szczegółu i wnieść potem do swej pamięci, przekładając na wiedzę, a potem badania. Wyjechałem jako młody gówniarz z rodzicami do Stanów, gdzie może dziś miałbym lepsze warunki oraz życie, ale czy byłbym tak szczęśliwy jak tu? Jednak były miejsca, sytuacje, do których mało kto chciałby wrócić wspomnieniami, pamięcią. Dziś boję się, że to wszystko, co za mną zdawało się odejść… wróciło.

Staszek wysłuchał wszystkiego, przyglądając się raz okolicy, a raz zachowaniu Trapera, do którego nie mógł mieć zaufania, gdy ten miał broń i swoim zachowaniem zupełnie zmieniał zasady bezpieczeństwa ogółu. Postanowił, że spróbuje wpierw spokojnie.

Staszek, portier:Rozumiem ciebie, nikt nie obiecywał, że w życiu każdego będzie łatwo, a każdy ma w życiu wybór drogi, którą pójść, chociaż los potrafi płatać figle… Proponuję, aby zejść na dół, zapalić światło, napić się ciepłej herbaty i radzę, abyś odłożył tę pukawkę, bo jeszcze niechcący pociągniesz za spust, a tego nie chcemy, prawda?

Spojrzał tym samym bezpośrednio na starca i wskazał ręką na broń do oddania.

Traper mocniej zacisnął swe palce wokół pasa do broni, przyjął postać twardej i niewzruszonej osoby.

Bogdan, Traper:Rozumiem, myślisz, że zwariowałem… nie jestem w stanie ci wszystkiego wyjaśnić, gdy tak szybko mija czas, którego, kto wie, może pozostało nam niewiele… są na tym świecie jeszcze sprawy, o których dawno zapomnieliśmy, przestaliśmy w nie wierzyć, ale…

W tym samym momencie odezwała się krótkofalówka z głosem Mirka.

W jego głosie było słychać przerażenie, miał tak potworny piskliwie cichy głos, jakby zaraz miał umrzeć, zdaje się, że płakał:

Mirek: Staszek, jesteś tam?… Jezus… daj mi siłę… dla mojej rodziny… Staszek, tu Mirek… na Boga odezwij się… daj mi żyć… oni mnie potrzebują… mówiłem, że coś jest tu nie tak…

Staszek i Bogdan słuchali tego przez chwilę, jakby odgłosów, które można zazwyczaj usłyszeć w radio, telewizji, gdzieś w Internecie, ale nagle to działo się tu i teraz, głos zwracał się do jednego z nich ze zdecydowaną, błagalną prośbą o pomoc, tylko przed czym?

Traper szybko przebudził się z tego chwilowego ogłuszenia słowami i pewnie powiedział do portiera:

Traper: Odbierz szybko i zapytaj się, gdzie jest, niech najszybciej ukryje się w jak najwyższym punkcie lub w bezpiecznej w miarę odległości od okien i drzwi… już, szybko…

Staszek jakby na rozkaz w wojsku podniósł sprzęt i powtórzył słowa Bogdana, aby usłyszeć od swego nowego kolegi z portierni:

Mirek:Już to zrobiłem… jestem w Letniej… Jezu, co tu się stało… nie wiem, co to było… jestem w chłodni… o Boże, chyba to wróciło… wezwijcie pomoc… ratujcie…

Po czym słychać było wyłączenie mikrofalówki i znów ciszę. Staszek rzucił okiem na zegarek, było już dobre trzydzieści minut po północy… po czym wziął komórkę i zaczął wykręcać numer dziewięć dziewięć siedem.

Stary hipis zerknął na niego z lekkim uśmiechem w kącikach ust i rzekł:

Traper:Myślisz, że nie próbowałem… przyjęli zlecenie, ale teraz mają na głowie powódź, powiedzieli, że woda przerwała wały na Kozanowie i w innych okolicach Wrocławia, w tym na Psim Polu, a wiesz, jakie to tereny, w takich momentach policja zwiększa tam patrole i swą czujność. W momencie, gdy wysłuchiwali mojej historii, słyszałem, jak się śmieją z naiwnego starca, na pewno szybko tu się nie pojawią. Pracował tu jeden, którego zaatakowali nożownicy w rynku, w centrum miasta, on oraz jeszcze trzy inne osoby pokrzywdzone po wezwaniu policji czekali pół godziny, mało tego, nawet śledzili tamtych, żeby nie uciekli, żeby ich wskazać, nawet i dobrze, bo policjanci minęli ich, jakby nic, traktując jako przechodniów, pijanych imprezowiczów. Jak myślisz, gdy usłyszą również od ciebie, że zwierzęta sieją popłoch, twój znajomy zamknął się w chłodni, a inny biega z dubeltówką po zoo, jak szybko zareagują?

W tym czasie, gdy Bogdan przedstawiał ich obecne położenie, Staszek podawał swoje dane przez komórkę i mówił o zaistniałych zdarzeniach, pomijając informację o Bogdanie i jego broni dla swojego bezpieczeństwa, po czym usłyszeli razem w słuchawce:

Policjantka: Przyjęłam, niedługo wyślemy tam patrol, przyjadą pod bramę portierni i główną, proszę tam czekać… może troszkę to potrwać ze względu na to, że większość jednostek pomaga przy powodzi na Kozanowie i w innych rejonach… (a w tle)… eh, zdaje się, że w dzisiejszych czasach nawet portierzy na służbie imprezują w weekend.

Traper:Przecież mówiłem, ale zawsze to potwierdzenie mojej wersji… a co z grupą ochroniarską, która zawsze była w pobliżu?

Portier odpowiedział dość w montypythonowym humorze:

Staszek:Nie podpisywali z nimi kolejnej umowy, poza tym po co, widziałeś kiedyś złodzieja z biegnącym nosorożcem albo lwem pod pachą?

Traper uśmiechnął się z lekka, podłapując morał, po czym zerwał się i biegnąc w dół, krzyczał w bardziej cichych tonach:

Traper: Szybko, za mną, przecież, kurwa, twój kompan jest tam sam, trzeba szybko działać! Palisz?

Staszek: Już nie ten wiek.

Traper jakby odpowiadając na poprzedni dowcip własnym humorem, powiedział:

Traper: To się nawrócisz.

Wbiegli do dużego pokoju, gdzie oczom Staszka ukazały się bronie dziś dostępne tylko w muzeach, ale także współczesne. Leżała tam kusza i łuk z kołczanami pełnymi strzał, które widać miały mocne metalowe niczym harpuny groty, dalej miecz o długości ponad metr i rękojeści z napisami w obcych, nieznanych portierowi językach. Noże, po dwóch stronach z zębami, jak u rekina, a także maczuga z końcówką pełną ostrzy wystających w różne strony oraz inna nieznana w użyciu starożytna broń. Broń współczesną stanowiła dwugwintówka na ramieniu Bogdana, pistolet o dość groźnie wyglądającym dużym kalibrze, coś jak 44 Magnum znany z filmu Brudny Harry z Clintem Eastwoodem oraz jednolufowy shotgun, dalej paczki z nabojami.

Staszek: Jezu, masz tu cały arsenał, jakbyś był gotów na trzecią wojnę światową, nie wierzę dalej, że to się dzieje.

Traper rozpinał plecak, pakował wybrane rodzaje broni, naboje i mówił, zdałoby się przesadnie poważnie jak na starca:

Traper:Masz tu drugi plecak i pakuj, zaraz dam ci szybki kurs strzelania, ale wpierw musisz mnie teraz szybko wysłuchać uważnie, bo nie będę powtarzał dwa razy. Gdy zbliżał się wieczór, siedziałem na krześle, tu przy bramie północnej, bo wiadomo, że zastępuję często stróża z tej części, Marka. Na pewno, po pierwsze, mogę cię zapewnić, że wody rzeki nie zagrażają zwierzętom. Natomiast co do drugiego, to właśnie to coś, co sprawiło taką reakcję, jak to ująłeś, u maskotek. Wiem, co to jest, miałem już z tym do czynienia kiedyś, zajmowałem się takimi przypadkami i myślałem, że tu na starsze lata będę miał od tego spokój… ale jak widzę, walka toczy się w różnych miejscach i do końca.

Staszek nic nie rozumiał.

Staszek: Możesz mówić bardziej konkretnie, bo to, co słyszę i widzę dookoła, to wygląda jak jakiś pieprzony film o walce dobra ze złem, co się, kurwa, dzieje?

Bogdan, Traper: Jeszcze kilka minut temu na górze miałem chwilę nadziei, że to okaże się nieprawdą, a moja historia z wyjazdem do Ameryki wystarczy. Wygląda, że muszę przedstawić prawdę. Wiem, nie jest tak łatwo to zrozumieć i przyjąć do wiadomości. Dziś te media zarzucają nas tyloma informacjami, że albo nie wierzymy w nic, albo stajemy się ich marionetkami, robiąc i słuchając, co zechcą. Na pewno ktoś jeszcze nad nimi stoi, ale teraz mamy poważniejszy problem… Słuchaj zatem dalej… na pewno znasz słynne historie o potworze Frankensteinie.

Staszek kiwnął głową, przytakując.

Traper kontynuował: W odległości sześćdziesięciu kilometrów na południowy zachód od Wrocławia znajduje się miasto Ząbkowice Śląskie, leżące niezbyt daleko od słynnych fortów pruskich w Srebrnej Górze, których nie udało się zdobyć armii Napoleona. W rzeczywistości miasto, które sięga swymi początkami XIII wieku, do końca drugiej wojny światowej nosiło nazwę Frankenstein. Książka Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz, autorki Mary Shelley, o stwórcy i jego dziele nie ma w pełni do końca powiązań z tym miastem. Shelley napisała tę książkę w okresie zachwytu nad Byronem i jego stylem. Jak by nie było, miasto ma też swój stary, już w ruinach, zamek i legendę, która opowiada, jak zarazy przechodzące przez Europę w XVII czy XVIII wieku nie oszczędziły także jego mieszkańców, dodając jeszcze do tego trzy wielkie pożary w tym okresie oraz wojny. Podczas jednego z pożarów nagle przyszła zaraza. Szybko odkryto, że pomaga się jej rozprzestrzeniać grupa grabarzy, którzy dla zwiększenia dochodu w nieludzki sposób smarowali zarażonymi odciętymi częściami ciał poprzednich ofiar jak dłonie, języki, różne elementy domostw, a więc klamki, drzwi, okna… Złapano ich nocą na próbie wrzucenia kilku części ciał do studni miejskiej. Wyrok był jak na tamte czasy naturalny, obcięcie członków, palców, zmiażdżenie kończyn górnych i dolnych, przyczepienie do koni i ciągnięcie sprawców za posiekany brzuch, aż flaki wyszły im na wierzch. Niestety nie doszukano się reszty posiekanych ciał ofiar… mówiło się, że je spalili, ale wiem, że był ktoś, kto umiejętnie je wykorzystywał do badań i możesz mi uwierzyć, ciała zarażone czarną śmiercią już nie przeszkadzały tej osobie. Trzeba tutaj wspomnieć o innym, bardzo ważnym wydarzeniu i jego znaczeniu, które splata te legendy, historie. Na pewno słyszałeś także o wyprawach krzyżowych, których było bardzo wiele. Skostniała średniowieczna Europa ruszyła na wschód w imię Boga na hasło papieża, by odbić Ziemię Świętą. Walka dobra ze złem toczy się od początków świata, a wtedy to była bardzo ważna sprawa, gdzie nie do końca chodziło o interesy przewoźników Flamandczyków i podróżujących pielgrzymów oraz tych, co na nich zarabiali. Znamy tylko podstawy od strony historycznej, dużo cennych archiwów zostało utajnionych, a w reszcie, które spotykamy na co dzień, zmieniono treść, znaczenie, przebieg wydarzeń i daty, myśląc, że wszystko będą mieć pod kontrolą. Potem przyszło odrodzenie, reformacja z grupami osób chcącymi wydobyć prawdę na światło dzienne, aby zostać poczęstowanym dawką kontrreformacji i tak przychodziły oraz odchodziły nowe epoki z nowymi poglądami, które ustępowały kolejnym.

Głowa portiera pękała już od nadmiaru wiedzy, ciśnienie, jakie zapanowało tak nagle, spowodowało, że postanowił usiąść na krześle. Widząc to, Traper przyniósł szybko coś do picia.

Traper: To postawi cię na nogi i masz tu papierosa, to zmniejszy twój zapach, pot oraz strach.

Staszek: Dzięki… brrr, cholera, mocne to… a co do papierosa, to zdecydowanie muszę zakurzyć…

Dawno zapomniany smak dymu ogarniał na nowo kubki smakowe, prześlizgując się do płuc, dając uczucie zaspokojenia ciała cząsteczka po cząsteczce, aż język wychodził na zewnątrz, próbując złapać całą resztę magicznego oparu. Ciekawe, jak mocne może być uczucie zaspokojenia głodu, którego wyrzekło się dawno temu, a teraz w takim momencie, usprawiedliwiając się, że to dla uspokojenia, wyciszenia, zapanowania nad sobą, przemyślenia spraw, ułożenia myśli, ma pomóc wyrównać stan umysłu, ciała w zastanej sytuacji kryzysowej.

Staszek na pełnym relaksie i z lekkim uśmiechem odpowiedział:

Portier: Cholera… tego właśnie mi trzeba było… uff.

Traper: A ten napój to sake… a teraz podsumuję. Tysiące lat temu ludzie żyli z innymi siłami, nacjami, które przybierały w ich oczach postacie bogów, duszków, diabłów, aniołów, spisane w greckie mity, legendy, baśnie… Każdy z nich chciał żyć i przetrwać, ale jedno groziło drugiemu, gdzie w takim przypadku nie wiadomo, co jest po stronie dobra, a co po stronie zła… Czy możemy winić obecne tu zwierzęta, że jedne są myśliwymi, a inne ofiarami? Tak ukształtowała je przyroda, czas i kto wie, czyj Bóg lub bogowie… Pewnie znaleźliby się dziś tacy, co by dopisali do tego ludki UFO… – Tu zaśmiał się lekko.

W międzyczasie Bogdan załadowywał broń, pokazując ją kompanowi, jak to zrobić, przeładować, namierzyć, przytrzymać podczas oddania strzału.