Przygoda doktora. The Beetle Hunter - Arthur Conan Doyle - ebook
Opis

Chociaż Sir Arthur Conan Doyle jest najbardziej znany ze swoich kryminałów, napisał także inne opowiadania, które są arcydziełami tajemnicy i napięcia. W niektórych opowiadaniach tłumiony niepokój stopniowo narasta i przekształca się w horror; w innych historia nieoczekiwanie się zmienia i dochodzi do nieoczekiwanego zakończenia. W „The Beetle-Hunter” początkujący lekarz jest zatrudniony przy dziwnym zleceniu dla koleopterologa, czyli naukowca zajmujące go się badaniem owadów z rzędu chrząszczy. A niniejsze opowiadanie tak się zaczyna: Ciekawa przygoda? – mówił doktor. – O tak, moi drodzy, miałem raz ciekawą przygodę. I nie spodziewałem się już, by mnie coś takiego drugi raz spotkało, gdyż byłoby to przeciwne wszelkiemu prawdopodobieństwu; raz w życiu tylko człowiekowi coś podobnego przydarzyć się może. Opowiem wam najdokładniej, jak się to stało – możecie mi wierzyć, albo nie wierzyć. Arcyciekawa historia, której dalszy ciąg pozna się po przeczytaniu całego utworu. Zachęcamy!

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 56

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Arthur Conan Doyle

Przygoda doktora

The Beetle Hunter

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej.

A dual Polish-English language edition.

Przekład anonimowy

 

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Na okładce: Jesienne chmury (2013), fot. Elżbieta Sarwa 

 

Tekst polski według edycji z roku 1947.

Tekst angielski z roku 1898.

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-591-3 

 

 

 

Przygoda doktora

– Ciekawa przygoda? – mówił doktor. – O tak, moi drodzy, miałem raz ciekawą przygodę. I nie spodziewałem się już, by mnie coś takiego drugi raz spotkało, gdyż byłoby to przeciwne wszelkiemu prawdopodobieństwu; raz w życiu tylko człowiekowi coś podobnego przydarzyć się może. Opowiem wam najdokładniej, jak się to stało – możecie mi wierzyć, albo nie wierzyć.

W owym czasie świeżo właśnie otrzymałem patent doktorski, ale nie zacząłem jeszcze praktykować. Mieszkałem w meblowanych, kawalerskich pokojach na Gower Street. Wdowa Murchison odnajmowała te pokoje, a miała wtedy za lokatorów trzech medyków i jednego inżyniera. Ja zajmowałem pokój na najwyższym piętrze, ponieważ ten był najtańszy – ale i tak cena jego przewyższała moje środki. Szczupły mój fundusik wyczerpywał się i z każdym tygodniem stawało się konieczniejszym znaleźć jakieś zatrudnienie. Niechętnie jednak myślałem o wzięciu się do praktyki; wszystkie upodobania moje ciągnęły mnie ku nauce, a zwłaszcza ku zoologii, która mnie zawsze silnie zajmowała. Ostatecznie już prawie dawałem za wygraną i gotów byłem zostać na całe życie lekarzem do wszystkiego, gdy w sposób niespodziewany, a niezwykły zaszedł punkt zwrotny w mojej karierze.

Pewnego ranka przeglądałem Standard. Nie znajdując w gazecie nic ciekawego, już miałem ją odrzucić, gdy nagle wpadło mi w oczy ogłoszenie na widocznym miejscu.

Brzmiało ono:

˝Potrzeba na jeden albo na parę dni usług lekarza. Koniecznie musi to być człowiek silny fizycznie, spokojnych nerwów i stanowczego charakteru. Musi być przytem entomologistą – coleopterystą o ile możności. Uprasza się o osobiste zgłoszenie Brook Street 77. Zastać można przed dwunastą w południe, dzisiaj.˝

Otóż, jak już wam mówiłem, miałem zamiłowanie do zoologii; lecz ze wszystkich dziedzin tej wiedzy pociągało mnie najwięcej studium owadów, z chrząszczami zaś byłem obeznany najlepiej. Wielu jest zbieraczy motyli, chrząszczy jednakże posiadamy o wiele więcej odmian i łatwiej o nie na naszych wyspach, niż o motyle. To zdecydowało mój wybór; posiadałem zbiór, liczący kilkaset odmian.

Co się tyczy innych warunków, zastrzeżonych w ogłoszeniu, to wiedziałem, że liczyć mogę na swoje nerwy – w różnych zaś sportach brałem nagrody za zręczność i siłę. Oczywiście czułem, że byłem jedynym człowiekiem, odpowiadającym, jak nikt inny, stawianym żądaniom. W pięć minut po przeczytaniu ogłoszenia, siedziałem już w dorożce i jechałem na Brook Street.

Po drodze roztrząsałem w głowie całą kwestię, pragnąc odgadnąć, do jakiego rodzaju pracy tak dziwnych kwalifikacji potrzeba. Siła fizyczna, stanowczy charakter, wykształcenie medyczne i znajomość chrząszczy – cóż za związek istnieje między tymi żądaniami? A potem, jakżeż to mało zachęcające – tu nie chodziło o trwałą posadę, tylko o jakieś zajęcie chwilowe, kończące się z dnia na dzień, jak mówiło ogłoszenie.

Im dłużej rozmyślałem, tym mniej stawało się mi wszystko zrozumiałe; ostatecznie jednak zawsze powracałem do zasadniczej podstawy: nie miałem nic do stracenia, środki moje były na wyczerpaniu, a więc cóż mi szkodzi zaryzykować jakąkolwiek przygodę, któraby kilka uczciwie zarobionych suwerenów napędziła mi do kieszeni. Ten się lęka niepowodzenia, kto za niepowodzenie musi płacić, ale mnie cóż mogło grozić? Byłem jak ten gracz z pustą kieszenią, któremu pozwolono próbować szczęścia z innymi.

Dom na Brook Street pod 77-mym był to jeden z tych skromnych, a jednak imponujących domów, ciemno malowanych, o płaskiej fasadzie i tym wielce szanownym, solidnym charakterze, odznaczającym domy budowane za panowania króla Jerzego. Gdym wysiadał z dorożki, młody człowiek jakiś wychodził właśnie z bramy. Zauważyłem, że mijając mnie spojrzał na mnie ciekawie i niechętnie; wziąłem to sobie za dobry omen – gdyż wyglądał na odrzuconego kandydata – skoro zaś niechętnie patrzył na moje zabiegi, widocznie wakans jeszcze nie jest obsadzony. Pełen dobrej myśli wstępowałem po szerokich schodach i zastukałem ciężką kołatką.

Upudrowany lokaj w liberii otworzył mi drzwi. Widocznie miałem do czynienia z ludźmi bogatymi i z wielkiego świata.

– Czym mogę służyć? – zapytał lokaj.

– Przyszedłem w odpowiedzi na ogłoszenie, które...

– Tak, proszę pana, – odpowiedział lokaj. – Lord Linchmere przyjmie pana zaraz w bibliotece.

Lord Linchmere? Znane mi było to imię, ale na razie nie mogłem sobie przypomnieć, skąd. Prowadzony przez lokaja wszedłem do obszernego, półkami książek zastawionego pokoju, w którym za biurkiem siedział drobny mężczyzna, o miłej, ruchliwej, wygolonej twarzy i długich siwiejących włosach, zczesanych z czoła. Trzymając w ręku bilet, który mu lokaj podał, obrzucił mnie od stóp do głów przenikliwym spojrzeniem. Po zadowolonym uśmiechu, jaki zagościł mu na twarzy, poznałem, że zewnętrznie w każdym razie odpowiedziałem jego życzeniom.

– Przybywasz pan, doktorze Hamilton, w odpowiedzi na moje ogłoszenie? – pytał.

– Tak jest, milordzie.

– Czy posiadasz pan warunki, które tam wymieniłem?

– Sądzę, że tak.

– Jesteś pan człowiekiem dużej siły, sądząc z pańskiego wyglądu. –

– W istocie siły mi nie brak.

– I jesteś pan stanowczy, odważny?

– Tak sądzę!

– Czy znalazłeś się pan kiedy w życiu wobec groźnego niebezpieczeństwa?

– Nie, co prawda, nigdy dotąd.

– Ale czy sądzisz pan, że w danej okoliczności zdobyłbyś się pan na szybką decyzję i zimną krew?

– Wyobrażam sobie, że tak.

– I mnie się zdaje, że tak. A tym więcej budzisz pan we mnie zaufania, że nie twierdzisz z pewnością, cobyś uczynił w okolicznościach, nieznanych ci dotychczas. Mam wrażenie, że co się tyczy osobistych warunków, jesteś pan właśnie takim człowiekiem, jakiego poszukuję. To przyjąwszy przejdźmy do następnego punktu.

– Mianowicie?

– Mów mi pan o chrząszczach.

Spojrzałem na niego, myśląc, że żartuje – ale przeciwnie, przechylony przez biurko ciekawie, miał w oczach wyraz jakby obawy, jakby niepewności.

– Lękam się, że pan zapewne nic nie wiesz o chrząszczach! – zawołał.

Zacząłem mówić. Nie twierdzę, że powiedziałem coś nowego lub oryginalnego w tym przedmiocie, ale w krótkości i szkicowo dałem charakterystykę chrząszczów i pogląd na główniejsze odmiany, z uwzględnieniem niektórych okazów z moich własnych zbiorów i ze wzmianką o artykule ˝O chrząszczach grzebiących˝, który drukowałem w ˝Dzienniku nauk entomologicznych˝.

– Nie może być! Zbieracz z pana? – wykrzyknął lord Linchmere. – Czy rzeczywiście dobrze zrozumiałem? Więc pan sam jesteś zbieraczem? – Oczy jego na samą myśl o tym zabłysły radością.

– W takim razie z całego Londynu jesteś pan dla mnie najodpowiedniejszym człowiekiem. Wiedziałem, że przecież wpośród pięciu milionów musi się taki człowiek znajdować, ale w tym trudność, żeby go wyszukać. Szczęście mi posłużyło, skorom znalazł pana.

Zadzwonił. Ukazał się lokaj.

– Poproś lady Rossiter, żeby zechciała przyjść tutaj – rozkazał lord.

Za chwilę lady weszła do pokoju. Była to mała kobieta w średnich latach, bardzo z twarzy podobna do lorda Linchmere, z tymi samymi ruchliwymi rysami i czarnymi, siwiejącymi włosami. Wyraz niepokoju i troski jednak, który zauważyłem na twarzy lorda, na jej twarzy akcentował się jeszcze wybitniej. Zdawało się, że jakieś wielkie strapienie cieniem swoim zmąciło pogodę jej twarzy. Obróciła się do mnie w chwili, gdy mnie lord Linchmere przedstawiał, i z przykrością zauważyłem przez pół zagojoną bliznę, długości dwóch cali, nad jej prawą brwią. Bliznę tę częściowo zakrywał opatrunek, mogłem jednakże rozpoznać, że to była poważna rana i jeszcze świeża.

– Dr. Hamilton, Ewelino, jest