Wydawca: Wydawnictwo Świętego Wojciecha Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2017

Przezwyciężyć lęki. Obudź orła, który jest w tobie ebook

Joel Pralong  

4 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 160 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przezwyciężyć lęki. Obudź orła, który jest w tobie - Joel Pralong

Joël Pralong w prostych słowach zaprasza nas, abyśmy odważnie wyruszyli w podróż do swojego wnętrza, zmierzyli się z paraliżującym nas strachem czy wręcz – odważyli się na… lęk, z ufnością dziecka powierzyli swoje zranienia, obawy i niepokoje Bogu. Abyśmy – na wzór św. Teresy z Lisieux – odważnie wkroczyli na drogę duchowego dziecięctwa i dzięki Bożej pomocy rozwinęli skrzydła wielkiego orła. Przerażone pisklę, które żyje w nas, zostało powołane do urzeczywistnienia wielkiej przemiany i uświadomienia sobie, kim jest naprawdę. Do wielkiego wyzwolenia i wypowiedzenia w prawdzie słów: „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia!” (Flp 4,13).

Przezwyciężyć lęki. Obudź orła, który jest w tobie to książka napisana prostymi słowami, szczera i autentyczna, wzbogacona osobistym świadectwem autora, który nie waha się otwarcie mówić o swojej walce duchowej i wewnętrznej przemianie, dokonanej za sprawą Ducha Świętego. To dzieło pedagogiki duchowej uczy wiary, ufności i miłości w codziennym życiu.

Joël Pralong -  kapłan w szwajcarskiej diecezji Sion. Autor wielu książek z pogranicza duchowości i psychiatrii (Pokochać samego siebie; Samobójstwo i co dalej?; Słabość i moc: Paweł z Tarsu i Teresa z Lisieux: miłosna pieśń na dwa głosy; Terapia dla duszy; Zwalczyć negatywne myślenie). Szczególną troską otacza młodzież, osoby cierpiące na depresję, rodziny dotknięte samobójczą śmiercią dziecka. Duchowy towarzysz wszystkich, którzy pragną wzrastać w miłości, odzyskać radość życia i odkrywać swoją prawdziwą tożsamość dzieci Bożych.

Opinie o ebooku Przezwyciężyć lęki. Obudź orła, który jest w tobie - Joel Pralong

Fragment ebooka Przezwyciężyć lęki. Obudź orła, który jest w tobie - Joel Pralong

Wstęp

Lęk, któ­ry w nas miesz­ka

Uwa­ga, lęk!

Boję się cie­bie, sie­bie, wła­snych re­ak­cji. Boję się tego, co po­wiesz…

Boję się spoj­rzeń in­nych lu­dzi. Tego, co o mnie po­myślą, co po­wie­dzą…

Boję się, że nie osią­gnę suk­ce­su za­wo­do­we­go, nie znaj­dę pra­cy…

Boję się bra­ku mi­ło­ści, a tak­że sa­mot­no­ści, lek­ce­wa­że­nia, od­rzuce­nia…

Boję się o cie­bie, o na­sze dzie­ci, o na­szą ro­dzi­nę…

Boję się cho­ro­by, sta­ro­ści, śmier­ci…

Boję się nocy i kosz­ma­rów sen­nych…

Boję się ze­rwa­nia, boję się, że on/ona mnie po­rzuci…

Boję się Boga i pie­kła. Boję się, że nie będę do­brym chrze­ści­ja­ni­nem…

W sy­tua­cji naj­mniej­sze­go za­gro­że­nia – na­wet je­śli jest ono tyl­ko wy­ima­gi­no­wa­ne – na­tych­miast wpa­dam w pa­ni­kę. Na nic się zda­je ra­cjo­na­li­za­cja, w ża­den spo­sób nie po­tra­fię się uspo­ko­ić.

Strach… przy­cho­dzi nie­spo­dzie­wa­nie.

To emo­cja, któ­ra po­ja­wia się w ob­li­czu za­gro­że­nia i nad któ­rą nie moż­na za­pa­no­wać. Mniej lub bar­dziej pa­ra­li­żują­ca, sta­no­wi za­wór bez­pie­czeń­stwa, po­nie­waż urucha­mia me­cha­ni­zmy obron­ne: uciecz­kę, atak, skutecz­ną obro­nę. Kie­dy nie­bez­pie­czeń­stwo mija, strach zni­ka. Nie­któ­re oso­by mają jed­nak skłon­ność do od­czuwa­nia nie­po­ko­ju, lęku, trwo­gi. Za­wsze i wszę­dzie wie­trzą nie­bez­pie­czeń­stwo, żyją w nie­ustan­nym po­czuciu za­gro­że­nia, dla­te­go ich re­ak­cje obron­ne bywa­ją nie­prze­wi­dywal­ne i nie­ade­kwat­ne do oko­licz­no­ści.

Strach prze­dłu­ża­ją­cy się, chro­nicz­ny, upo­rczywy w psy­cho­lo­gii okre­śla się mia­nem sta­nów lę­ko­wych (za­zwyczaj to­wa­rzyszą im ogól­ne złe sa­mo­po­czucie i ból eg­zysten­cjal­ny). Są one pod­ło­żem wszyst­kich cho­rób psy­cho­so­ma­tycz­nych.

Je­zus le­kar­stwem na lęk?

Czy Je­zus uzdra­wia nas z nie­po­ko­ju?

A czyż w trud­nych chwi­lach na­sze­go życia, kie­dy zma­ga­my się z prze­ciw­no­ścia­mi losu pię­trzą­cymi się jak fale na wzbu­rzo­nym mo­rzu, nie woła do nas: „[…] Nie bój­cie się, to Ja je­stem!” (J 6,20)? Czyż nie wy­da­je się bez­piecz­ną przy­sta­nią, w któ­rej mo­że­my za­ko­twi­czyć na­sze chybo­tli­we łód­ki? Ale czy to ozna­cza, że jest dzia­ła­ją­cym na za­wo­ła­nie zna­cho­rem? W na­szym spo­łe­czeń­stwie, wy­nisz­cza­nym przez oso­bi­ste zmar­twie­nia, pro­ble­my fi­nan­so­we, stres i brak du­cho­wych punk­tów od­nie­sie­nia, po­ja­wia się co­raz wię­cej „pi­skla­ków Ca­li­me­ro”, któ­re drep­czą chod­ni­ka­mi miast i mruczą: „To ta­kie nie­spra­wie­dli­we!”[1]. Ca­li­me­ro wciąż zwie­sza dziób na kwin­tę, nie­ustan­nie się uskar­ża i ocze­kuje, że inni znaj­dą za nie­go roz­wią­za­nie, a ja­kaś cza­ro­dziej­ska różdż­ka zmie­ni jego po­ło­że­nie. Ale to nig­dy nie na­stę­puje… Ro­zu­mu­ją­cy tymi ka­te­go­ria­mi Ca­li­me­ro nie może do­ro­snąć. Na za­wsze po­zo­sta­je pi­sklę­ciem do­pie­ro co wy­klu­tym z jaja.

Ta­kie „pi­skla­ki Ca­li­me­ro” czę­sto zgła­sza­ją się do mnie w ocze­ki­wa­niu, że jako ka­płan udzie­lę im „po­ra­dy błyska­wicz­nej”, dzię­ki któ­rej roz­wią­żą swój pro­blem, ule­czą lęk, uzyska­ją prze­ko­nują­ce wy­ja­śnie­nie – zupeł­nie jak­bym był Bo­giem. A ja w mgnie­niu oka de­ma­skuję ten błąd w spo­so­bie myśle­nia i czym prę­dzej kie­ruję ich spoj­rze­nia ku nie­bu. Wska­zuję uśpio­ne­go w nich wiel­kie­go orła – przede wszyst­kim po to, aby na­uczyli się czynić użytek z wła­snych skrzydeł i… po­frunę­li! Pró­bu­ję im po­móc, de­li­kat­nie po­pycham „pi­skla­ki” ku bez­mier­ne­mu tchnie­niu Du­cha Bo­że­go, by po­rwał je w prze­stwo­rza, roz­bił po­zo­sta­ło­ści sko­rup­ki, z któ­rej się wy­klu­ły, i uwol­nił je od niej.

Ro­bert, pięć­dzie­się­cio­la­tek, od kil­ku mie­się­cy cier­pi na chro­nicz­ny lęk, któ­ry po­ja­wił się wła­ści­wie bez przy­czyny. Jak twier­dzi męż­czyzna, pro­ble­my za­czę­ły się wkrót­ce po tym, jak z po­wo­du nie­zno­śne­go bólu w le­wym ra­mie­niu sko­rzystał z po­mo­cy uzdro­wi­cie­la. Ten ule­czył ból przez zwykłe na­ło­że­nie rąk. Ma­gia: ból mi­nął na­tych­miast! Po po­wro­cie do domu Ro­bert po­czuł się jed­nak po­zba­wio­ny ener­gii, jak­by spo­wi­jał go oło­wia­ny ko­kon. Nie­po­kój o nie­zna­nym po­cho­dze­niu ści­skał mu gar­dło. Dwa ty­god­nie póź­niej le­karz stwier­dził u męż­czyzny po­cząt­ki de­pre­sji. Przez wie­le mie­się­cy Ro­bert z trudem „cią­gnął swój wó­zek”. Dziś uwa­ża, że padł ofia­rą uzdro­wi­cie­la, któ­ry – być może nie­chcą­cy – „rzucił na nie­go urok”, a po­wia­do­mio­ny o spra­wie, kon­se­kwent­nie od­ma­wia spo­tka­nia. Dziw­ne… Ro­bert usiadł przede mną i po­wie­dział: „Czyta­łem książ­ki ojca o de­pre­sji i sta­nach lę­ko­wych. Po­wie­dzia­no mi, że oj­ciec może mi po­móc”. Od­cią­łem się sta­now­czo od kwe­stii zwią­za­nych z uzdro­wi­cie­lem i za­chę­ci­łem Ro­ber­ta, aby przede wszyst­kim wró­cił do Pana, do mo­dli­twy i sa­kra­men­tów, któ­re po­rzucił wie­le lat temu. Nie je­stem uzdro­wi­cie­lem ani cu­do­twór­cą, lecz zwykłym po­śred­ni­kiem pro­wa­dzą­cym cier­pią­ce du­sze do po­kor­nej Obec­no­ści, któ­ra wy­cią­ga ku nam ra­mio­na: „Pójdź­cie do Mnie wszyscy utrudze­ni i ugi­na­ją­cy się pod cię­ża­rem, a Ja wam dam wy­tchnie­nie” (Mt 11,28). Je­dynie Bóg po­cie­sza, umac­nia i uzdra­wia ubo­gie­go, o ile ten zde­cydu­je się na­wią­zać re­la­cję uf­no­ści ze swym Pa­nem i za­wo­ła do Nie­go z mi­ło­ścią. Na za­koń­cze­nie na­szej dłu­giej roz­mo­wy po­mo­dli­łem się za Ro­ber­ta i po­wie­rzyłem go opatrz­no­ści Bo­żej. Roz­sta­li­śmy się, a on po­szedł za moją radą i z żar­li­wo­ścią zwró­cił się do Boga. Po­szuki­wał opar­cia w mo­dli­twie – in­dywi­du­al­nej oraz wspól­no­to­wej. Stop­nio­wo jego lęk słab­nął, a w koń­cu ustą­pił cał­ko­wi­cie. Ro­bert od­zyskał ra­dość życia.

Je­den z po­bli­skich skle­pów nosi wdzięcz­ną na­zwę „Małe szczę­ście”. Pod szyl­dem do­pi­sa­no: „W sprze­da­ży wy­łącz­nie zia­ren­ka szczę­ścia”. Chyba po­wie­szę po­dob­ny szyld na drzwiach mo­jej ple­ba­nii. Je­stem tyl­ko po­śred­ni­kiem… Na tym po­le­ga po­moc księ­dza: na czer­pa­niu ze skarb­ca Ewan­ge­lii zia­ren za­płod­nio­nych życiem Bo­żym, sia­niu ich w cier­pią­cych ser­cach i cze­ka­niu, aż w swo­im cza­sie za­kwit­ną barw­nym kwie­ciem bło­go­sła­wieństw (zob. Mt 5). Owo­cem mo­jej roz­mo­wy z oso­bą, któ­ra pro­si o wspar­cie, jest prze­mia­na: czło­wiek ten, po­cząt­ko­wo bier­ny, z wol­na sta­je się ko­wa­lem wła­sne­go losu. Po­sta­na­wia pie­lę­gno­wać oso­bi­stą re­la­cję z Pa­nem ni­czym ogrod­nik, któ­ry sys­te­ma­tycz­nie dba o ogród: sie­je, ple­wi chwa­sty i na­wad­nia grząd­ki. „Pi­sklak Ca­li­me­ro” za­czyna ma­chać skrzydła­mi, pi­kuje, wy­ko­nuje kil­ka pi­rue­tów, po czym pod­no­si gło­wę i zni­ka w błę­ki­cie. Ale za­nim po­le­ci, musi za­ufać… bo uf­ność prze­ga­nia lęk.

Czło­wiek chęt­nie wy­rę­cza się Bo­giem. Spo­dzie­wa się, że Pan na za­wo­ła­nie speł­ni wszyst­kie jego za­chcian­ki i ocze­ki­wa­nia. Sam ze swej stro­ny nie robi nic: nie na­wra­ca się, nie na­wią­zuje oso­bi­stej re­la­cji z Bo­giem, ma­ją­cej u pod­staw wia­rę i za­ufa­nie. Już św. Ja­kub grzmiał w swo­im li­ście:

Po­żą­da­cie – a nie osią­ga­cie, za­bi­ja­cie i za­bie­ga­cie gor­li­wie – a nie mo­że­cie zdo­być; pro­wa­dzi­cie spo­ry i wal­ki. Nie osią­ga­cie – bo nie pro­si­cie; [a je­śli] pro­si­cie – nie otrzymu­je­cie, bo źle się mo­dli­cie, myśląc [tyl­ko] o za­spo­ko­je­niu swo­ich pra­gnień.

(Jkb 4,2–3)

No cóż, sko­ro Bóg zwle­ka z za­spo­ko­je­niem na­szych żą­dań, to trud­no. Zwróć­my się do tych, któ­rzy od­le­ją dla nas zło­te­go ciel­ca. Do wróż­bi­tów dys­po­nują­cych wie­dzą ma­gicz­ną. Oni wie­dzą, jak prze­ko­nać Boga… A po­tem pad­nij­my na ko­la­na przed tym zło­tym ciel­cem – świe­ci­deł­kiem, błyskot­ką o ma­gicz­nych wła­ści­wo­ściach kupio­ną na wagę zło­ta. Albo ukuj­my so­bie wła­sną re­li­gię – na mia­rę na­szych po­trzeb, bez do­gma­tów i re­guł. Wy­bierz­my to, co nas sa­tys­fak­cjo­nuje… A wy, ka­pła­ni, mo­że­cie spać spo­koj­nie. W ra­zie po­trze­by damy wam znać!

Zło­tych ciel­ców dziś nie brak. Są nimi upstrzo­ne stra­ga­ny na tar­gach ezo­te­ryki i ła­two­wier­no­ści. Pa­ro­die Boga, róż­ni guru, mi­strzo­wie oraz ja­sno­wi­dze wszel­kiej ma­ści na Za­cho­dzie po­ja­wia­ją się jak grzyby po desz­czu i że­rują na ludz­kim stra­chu – a skut­ki ich dzia­łań są wię­cej niż opła­ka­ne.

Nie, zło­ty cie­lec nie jest Bo­giem. A Bóg to nie ma­rio­net­ka, któ­rą moż­na po­cią­gać za sznur­ki, aby wy­mu­sić wła­ści­wą od­po­wiedź lub ocze­ki­wa­ną po­moc. Nie może też być trak­to­wa­ny jako „ener­gia nad­przyro­dzo­na”, któ­ra w pół­mro­ku po­ko­ju, w obec­no­ści sza­ma­na czy in­ne­go me­dium, spa­da na pa­cjen­ta pod­czas qua­si-ma­gicz­ne­go rytua­łu ni­czym grom z ja­sne­go nie­ba. Bóg ob­ja­wia się czło­wie­ko­wi z otwar­tym ser­cem i od­sło­nię­tą twa­rzą w oso­bie swe­go Syna, Je­zusa. Za­pra­sza nas, abyśmy rzuci­li się w Jego ra­mio­na i wy­zna­li: „Oj­cze, uko­cha­ny Tato, ufam To­bie!”. Tyl­ko w tak po­ję­tej re­la­cji wza­jem­nej uf­no­ści i sza­cun­ku po­mię­dzy Oj­cem a sy­nem jed­nost­ka może bu­do­wać sie­bie jako czło­wie­ka i za­cho­wać – lub od­zyskać – zdro­wie du­cho­we. Choć to wy­ma­ga cza­su, al­bo­wiem mi­ło­ści nie bu­du­je się z dnia na dzień.

Spyta­cie: czy za­tem Je­zus uzdra­wia, czy nie?

Tak, Je­zus uzdra­wia, lecz nie jest sza­ma­nem! Co to zna­czy?

Kto czytał Ewan­ge­lie, nie może za­prze­czyć praw­dzie, że Je­zus uzdra­wia cia­ło.

Fi­zycz­ne uzdro­wie­nie na­bie­ra jed­nak peł­nej war­to­ści tyl­ko wte­dy, gdy przy­czynia się do na­ro­dze­nia wia­ry w Je­zusa, któ­ry jest wy­słan­ni­kiem Ojca. Ta zaś po­le­ga nie na zwykłym uwie­rze­niu w ist­nie­nie Isto­ty Wyż­szej, lecz na na­wią­za­niu re­la­cji uf­no­ści z Bo­giem bę­dą­cym źró­dłem mi­ło­ści, na do­bro­wol­nym i oso­bi­stym przy­lgnię­ciu do Chrystusa. Nie ozna­cza to, że wia­ra uwal­nia od cier­pie­nia i śmier­ci. Do­wód: sam Je­zus umarł na krzyżu!

Po­przez wia­rę otrzymu­je­my od Boga siłę, aby nieść wła­sny co­dzien­ny krzyż przy jed­no­cze­snym kie­ro­wa­niu spoj­rze­nia ku Zmar­twych­wsta­łe­mu, obie­cu­ją­ce­mu nam osta­tecz­ne zwycię­stwo. W Je­zusie Bóg jest ZBA­WI­CIE­LEM – zba­wia ludz­kość od igno­ran­cji od­dzie­la­ją­cej ją od Nie­go i czynią­cej czło­wie­ka czło­wie­ko­wi wil­kiem. Na­zwij­my rzecz po imie­niu: Je­zus to Ba­ra­nek Boży, któ­ry gła­dzi GRZE­CHY ŚWIA­TA. Grze­chy le­żą­ce u pod­sta­wy nie­uf­no­ści, prze­mo­cy, wo­jen, izo­la­cji, po­dzia­łów, lę­ków, cho­rób i – w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku – śmier­ci. Grze­chy ra­żą­ce ten świat ni­czym ty­sią­ce szrap­ne­li.

W Ewan­ge­liach uzdro­wie­nia sta­ją się prze­ja­wa­mi zba­wie­nia, prze­ja­wa­mi roz­prze­strze­nia­nia się kró­le­stwa Bo­że­go w życiu czło­wie­ka – a cele tego prze­ni­ka­nia sta­no­wią na­wró­ce­nie ludz­ko­ści i do­pro­wa­dze­nie jej do Boga. Je­zus nie uzdro­wił wszyst­kich lu­dzi – za­rów­no wte­dy, jak i w cza­sach obec­nych. Cier­pie­nie nadal po­zo­sta­je na­szą rze­czywi­sto­ścią; Je­zus wy­ma­ga, aby każ­dy wziął na ple­cy wła­sny krzyż i po­szedł za Nim. Ile­kroć jed­nak Chrystus uzdra­wia, mu­si­my pa­mię­tać, że owo uzdro­wie­nie jest da­rem Bo­żym, a nie czymś, co się nam na­le­ży. Nie moż­na go kupić za żad­ną cenę, na­wet za cenę wia­ry. Bóg uzdra­wia, kogo, gdzie i kie­dy chce, choć nam umyka­ją ra­cje Jego dzia­ła­nia. Naj­waż­niej­sze, aby aż do śmier­ci trwać z Nim w Ko­mu­nii św. „[…] jesz­cze dziś bę­dziesz ze Mną w raju” (Łk 23,43), mówi Je­zus do na­wró­co­ne­go zło­czyń­cy, któ­ry ko­rzy się przed Nim.

Dla­te­go ka­płan, któ­ry nie­sie po­moc wier­ne­mu, nie od­grywa roli psy­chia­try. A już na pew­no nie sza­ma­na-uzdro­wi­cie­la. Gdy dzia­ła jako al­ter Chri­stus („drugi Chrystus”), mi­stycz­nie utoż­sa­mio­ny z Je­zusem, sta­je się po­śred­ni­kiem Bo­że­go zba­wie­nia w Je­zusie Chrystusie.

Au­striac­ki psy­chia­tra Vik­tor Frankl wy­ja­śnił, na czym po­le­ga róż­ni­ca po­mię­dzy ka­pła­nem a le­ka­rzem. Jak stwier­dził, w prze­szło­ści „oso­by cier­pią­ce na za­bu­rze­nia lę­ko­we nie uda­wa­ły się do le­ka­rza, lecz do księ­dza. I tak na­praw­dę po­win­ny uda­wać się do nie­go tak­że i dziś”[2].

Oto idea zdol­na wpłynąć na oso­bi­sty roz­wój czło­wie­ka: udaj się do ka­pła­na!

Rolą księ­dza nie jest do­ko­nywa­nie ana­li­zy psy­chia­trycz­nej, lecz do­pro­wa­dze­nie do zba­wie­nia du­szy czło­wie­ka. In­nymi sło­wy: ka­płan opie­kuje się jed­nost­ką po­szukują­cą sen­su ist­nie­nia, pra­gną­cą po­znać osta­tecz­ny cel eg­zysten­cji. Gdy od­naj­dzie ona już Boga, jej je­ste­stwo od­zyskuje zdro­wie i rów­no­wa­gę.

Dzia­ła­nia księ­dza mogą jed­nak być nie­zwykle skutecz­ne tak­że w sfe­rze hi­gie­ny psy­chicz­nej, po­nie­waż za­pew­nia on czło­wie­ko­wi „nie­zrów­na­ne po­czucie bez­pie­czeń­stwa i za­ko­rze­nie­nia, któ­re­go ten nie zna­la­zł­by nig­dzie in­dziej; po­czucie bez­pie­czeń­stwa i za­ko­rze­nie­nia w trans­cen­den­cji, w ab­so­lu­cie”[3].

Ka­płan może po­móc cier­pią­cej oso­bie spo­tkać Boga mi­ło­ści, mocy, ła­god­no­ści i po­cie­sze­nia. Wów­czas czło­wiek ów uświa­da­mia so­bie, że jest pod­trzymywa­ny we­wnętrz­nie, nie­sio­ny w nie­wi­dzial­nych ra­mio­nach, ocze­ki­wa­ny po­nad pro­giem śmier­ci fi­zycz­nej, któ­ra sta­no­wi ostat­ni etap na dro­dze do osta­tecz­ne­go celu: Ko­mu­nii św. z Obec­no­ścią, peł­ni roz­wo­ju isto­ty ludz­kiej i wiecz­ne­go życia w peł­ni Bo­żej mi­ło­ści.

Opro­mie­nio­na świa­tło­ścią Bożą du­sza czło­wie­ka otwie­ra się na nową per­spek­tywę życia. Zmie­nia się sens cier­pie­nia i śmier­ci. Św. Pa­weł wy­ra­ża tę wiel­ką praw­dę we wła­ści­wy so­bie spo­sób:

Są­dzę wresz­cie, że cier­pie­nia obec­ne­go cza­su są nie do po­rów­na­nia z chwa­łą, jaka ma nas opro­mie­nić. Całe bo­wiem stwo­rze­nie z wiel­ką tę­sk­no­tą wy­cze­kuje ob­ja­wie­nia się sy­nów Boga. Bo całe stwo­rze­nie […] ma […] na­dzie­ję, że do­cze­ka się uwol­nie­nia z nie­wo­li po­wo­du­ją­cej za­gła­dę i otrzyma wol­ność, któ­ra da­rzy chwa­łą, jaką cie­szą się dzie­ci Boga.

(Rz 8,18–21)

Wię­cej niż le­kar­stwo na lęk: ob­ję­cia, któ­re dają po­czucie bez­pie­czeń­stwa…

Je­że­li nie po­tra­fi się za­pa­no­wać nad stra­chem, utrzymać go w ryzach i świa­do­mie ska­na­li­zo­wać, to może on przy­brać prze­ra­ża­ją­ce for­my, uwię­zić czło­wie­ka w nie­zdo­bytej wie­ży z ko­ści sło­nio­wej, opan­ce­rzyć jego oso­bo­wość, za­mknąć go w fa­na­tycz­nych sys­te­mach re­li­gij­nych, zmu­sić ko­bie­ty i męż­czyzn do wy­ści­gu zbro­jeń, prze­mo­cy, wsz­czyna­nia wo­jen, a na­wet do do­ko­nywa­nia ak­tów au­to­agre­sji. Na koń­cu umie­ra na­dzie­ja.

Strach, nie­mal nie­znisz­czal­ny, jest sta­ry jak świat i sama ludz­kość. Oskar­ża, za­gra­ża, ata­kuje… A prze­cież czło­wiek tak bar­dzo po­trze­bu­je, aby ktoś za­pew­nił mu po­czucie bez­pie­czeń­stwa, po­cie­szył, uko­chał… Czy za­tem ist­nie­je spo­sób na to, aby po­go­dzić się z sa­mym sobą, po­ko­nać tar­ga­ją­ce nami sprzecz­no­ści i uj­rzeć w in­nej oso­bie nie po­ten­cjal­ne­go wro­ga, lecz bra­ta? Od­po­wiedź przy­no­si Syn wy­sła­ny przez Ojca. Bóg chciał nam dać star­sze­go Bra­ta, któ­ry na­uczył­by nas żyć w bra­ter­stwie. Jed­no­cze­śnie ze swo­im Sy­nem, udrę­czo­nym przez grze­chy ludz­ko­ści, przyj­mu­je i nas – tak samo po­ra­nio­nych – i tuli do ser­ca. Gdy w Jego ra­mio­nach znaj­du­je­my spo­kój, na­sze lęki zni­ka­ją: „[…] Kie­dy był jesz­cze da­le­ko, oj­ciec go zo­ba­czył i wzruszył się bar­dzo [z gr. dosł. po­ruszo­ny w swych trze­wiach]. Po­biegł, rzucił się mu na szyję, i uca­ło­wał” (Łk 15,20). W Nim na­sze du­sze od­naj­du­ją od­po­czynek.

Rzut oka przez uchylo­ne drzwi – przed­smak lek­tury

Oto klucz do lek­tury:

Na­wet mło­dzień­cy się mę­czą, usta­ją, mło­dzi sła­nia­ją się wy­czer­pa­ni – lecz ci, co Jah­we za­ufa­li, no­wych sił na­bio­rą, wzbi­ją się jak orły na skrzydłach! Biec będą, ale się nie zmę­czą, pój­dą, a nie usta­ną!

(Iz 40,30–31)

Na­zwij­my jed­nak rzecz po imie­niu: nie po­tra­fi­my za­ufać Panu bez resz­ty, skrę­po­wa­ni stra­chem cią­żą­cym nam ni­czym kula u nogi. Za­sta­nów­my się, czy re­li­gia rze­czywi­ście po­ma­ga nam roz­wi­nąć skrzydła, czy może prze­ciw­nie, jak twier­dzą nie­któ­rzy, ogra­ni­cza na­szą wol­ność swo­imi pra­wa­mi, do­gma­ta­mi, nor­ma­mi mo­ral­nymi, hie­rar­chią? (rozdz. 1)

Re­li­gia wy­zuta z uf­no­ści i wia­ry prze­ista­cza się w na­rzę­dzie uci­sku w rę­kach wład­ców tego świa­ta, któ­rzy sie­ją strach i spusto­sze­nie. Mu­si­my ją nie­ustan­nie na­peł­niać tchnie­niem Ewan­ge­lii (rozdz. 2), ob­ja­wia­ją­cych nam Ojca o mat­czynym ser­cu, któ­ry wy­rusza na­prze­ciw swe­mu zra­nio­ne­mu dziec­ku, aby utulić je w ra­mio­nach, utwier­dzić w praw­dzie, ozdro­wić, po­cie­szyć (rozdz. 3).

Wte­dy nasz lęk zni­ka, kula u nogi od­pa­da, a my roz­wi­ja­my skrzydła (rozdz. 4). Bie­rze­my przy tym przy­kład ze św. Te­re­sy z Li­sieux (rozdz. 5).

Ogar­nię­ci mi­łują­cym spoj­rze­niem Ojca, uczymy się ko­chać sie­bie na­wza­jem. Prze­sta­je­my się bać tych, któ­rych mo­że­my od­tąd na­zywać na­szymi sio­stra­mi i brać­mi (rozdz. 6).

[1] Aby za­wrzeć bliż­szą zna­jo­mość z Ca­li­me­rem, pi­sklę­ciem ze sko­rup­ką jaj­ka na gło­wie, wpisz­cie jego imię w wy­szuki­war­ce. Po­zna­nie tej po­sta­ci to do­bry spo­sób na na­bra­nie dy­stan­su i po­trak­to­wa­nie tej książ­ki z hu­mo­rem.

[2] V.E. Frankl, La psy­cho­théra­pie et son ima­ge de l’hom­me, Re­sma „Le fait hu­ma­in”, Pa­ris 1970, s. 81.

[3] Tam­że, s. 69.

Ty­tuł orygi­na­łu: Va­in­cre ses peurs et oser l’ave­nir. Éve­il­le l’aigle qui est en toi

Pro­jekt okład­ki: Mag­da­le­na Wol­na

Zdję­cie: fo­to­lia.com

Skład i ła­ma­nie: Jo­an­na Dą­brow­ska

Cyta­ty z Pi­sma Świę­te­go za: Bi­blia Po­znań­ska (2010) (chyba że po­da­no in­a­czej)

© Édi­tions des Béa­ti­tudes. S.O.C., 2014

© for the Po­lish edi­tion by Świę­ty Woj­ciech Dom Me­dial­ny sp. z o.o., Po­znań 2016

All ri­ghts re­se­rved. Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Li­cen­cjo­no­wa­ne dzie­ło opubli­ko­wa­ne na mocy przy­zna­nej li­cen­cji.

ISBN 978-83-7516-998-0

Wy­daw­ca:

Świę­ty Woj­ciech Dom Me­dial­ny sp. z o.o.

Wy­daw­nic­two

ul. Char­to­wo 5, 61–245 Po­znań

tel. 61 659 37 13

wy­daw­nic­two@swie­tywoj­ciech.pl

Za­mó­wie­nia:

Dział Sprze­da­ży i Lo­gi­styki

ul. Char­to­wo 5, 61–245 Po­znań

tel. 61 659 37 57 (–58, –59), faks 61 659 37 51

sprze­daz@swie­tywoj­ciech.pl • sklep@mo­jek­siaz­ki.pl

www.swie­tywoj­ciech.pl • www.mo­jek­siaz­ki.pl

Kon­wer­sja do e-wy­da­nia: Wy­daw­nic­two Świę­ty Woj­ciech