Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 244 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przezroczystość - Marek Bieńczyk

Czy dzięki słynnemu wystąpieniu w telewizji francuskiej, w którym Nicolas Sarkozy niemal płakał, że opuściła go żona, wygrał potem wybory prezydenckie? Co chcą osiągnąć wielkie koncerny, stawiając na przejrzystość? Francuski oddział Mc Donald’sa zorganizował nawet dni otwarte, podczas których publiczność może zwiedzać od kuchni placówki firmy, a także zakłady, które dostarczają produkty, oraz siedziby administracji…

A w Polsce? Postulat transparentności pojawił się w III RP wraz z aferami Rywina i Orlenu, jej wyrazem była też wydrukowana w Internecie tzw. lista Wildsteina. Obecnie przezroczystości wymaga rynek, wymagają opinia publiczna i media, a nawet indywidualni konsumenci. Przejrzystość jako nieodzowna zasada istnienia publicznego, podporządkowana pełnej kontroli, ustanowiona zostaje coraz częściej literą prawa.

Marek Bieńczyk, laureat Nagrody Nike opowiada historię i sens tyleż tajemniczego, co szerokiego pojęcia przezroczystości, zataczając niezwykły krąg od osiemnastowiecznej filozofii, przez sztukę, literaturę, architekturę i psychologię, po współczesną transparentność, wymaganą od władz przez dzisiejsze społeczeństwo. Mówi, że marzenie o pierwotnej przezroczystości pozostałoby metaforą utopijnego stanu szczęścia, gdyby nie odkryto psychoanalizy i mroków ludzkiego wnętrza… A potem cytuje Milana Kunderę, definiującego najpopularniejsze dziś znaczenie przezroczystości. W dyskursie politycznym i dziennikarskim słowo to oznacza: odsłonięcie życia prywatnego przed spojrzeniem publicznym – napisał autor „Nieznośnej lekkości bytu”.

Moje serce jest przezroczyste niby kryształ – pisał blisko trzysta lat temu Jan Jakub Rousseau, pierwszy piewca Przezroczystości, postulujący czystość i szczerość słów, uczuć i intencji. Czy dziś, w dobie wszechkontroli i fejsbuka, powtórzyłby to samo? Rousseau – przypomina Bieńczyk - żył w przekonaniu, że raj to wzajemna Przezroczystość serc, porozumienie między ludźmi pełne i bezpośrednie, że słowa i uczucia przechodzą od jednych do drugich. W dobie kamer na każdym kroku, paparazzich i podsłuchów, należałoby zapytać: czy aby na pewno?

Opinie o ebooku Przezroczystość - Marek Bieńczyk

Fragment ebooka Przezroczystość - Marek Bieńczyk

Wrzesień–marzec

Od paru miesięcy, gdy włączałem do porannej kawy radio, słyszałem poważne, najczęściej niskie głosy mówiące o pełnej przejrzystości jako warunku sprawnego funkcjonowania gospodarki i wymiaru sprawiedliwości. Albo o pełnej przezroczystości działań rządu. Albo o wymogu przejrzystości w podejmowaniu wszelkich decyzji administracyjnych. I w finansowaniu partii politycznych. Albo o akcji zwanej „Przejrzysta Polska”. I o nieskalanych, przezroczystych biografiach. Słowa te rozbrzmiewały niczym echo głosu, który słyszę od bardzo dawna. Dzień wstawał z trudem, jedna kawa nie wystarczała, była znowu jesień, mokry wrzesień, mokry listopad, w pobliskim parku liście konały płowo. Dwadzieścia pięć lat wcześniej szedłem przez ten sam park, obok tych samych drzew, wówczas wyzwalających się dopiero z zimy, na drugą stronę miasta. W zbyt dużym plecaku niosłem dwie bułki, pewnie z serem topionym, chińską herbatę ekspresową, niebieski kubek i grzałkę, drugą koszulę, może jakąś książkę – podręczny zestaw strajkowy. Był marzec 1981 roku, nazajutrz miał rozpocząć się w całej Polsce bezterminowy strajk w proteście przeciw tak zwanej prowokacji bydgoskiej: pobiciu lokalnych przywódców Solidarności przez milicję. Dookoła wszyscy mówili: tym razem Sowieci chyba nie przepuszczą, interwencja wisi na włosku, trzeba się spodziewać najgorszego. Wyszedłem z domu dużo za wcześnie; mogłem na uniwersytet przyjechać nocą czy po prostu przyjść nazajutrz, z samego rana, lecz niecierpliwość wygnała mnie w miasto, chciałem już tam być. Usiadłem na ławce przy kortach tenisowych; nie zdążyły jeszcze odzyskać koloru po zimie, bez białych linii przypominały nieobsiany ugór. Patrzyłem pod nogi, przyglądałem się kształtom kamieni, ich barkom, głowom, plecom wyrastającym z gliny, z piasku, ze żwiru. Były jak wypchnięte na wierzch resztki ciał, zachowane szczątki zdarzeń. Wyciągałem je, brałem do ręki, otrzepywałem z grudek i chichotałem bezgłośnie: ty jesteś wojna stuletnia, ty jesteś rewolucja francuska, a ty jesteś powstanie warszawskie. Byłem nieco patetyczny, dla siebie, bez świadków. Szedłem przez most, rzeka już jakiś czas temu zrzuciła kneble kry i z nowym wigorem parła do przodu. Po raz pierwszy w życiu nie czułem strachu i było to szczęściem. Nigdy wcześniej, ale też nigdy później, nie doznałem takiej wolności od lęku – ani podczas solidarnościowych manifestacji, gdy na widok zomowców dosyć szybko, szybciej niż wielu, uciekałem w bramy, ani w trakcie zwykłego, z dnia na dzień, z roku na rok, życia, w którym strach jak cień, raz bliższy, raz ledwie widzialny, zawsze nam towarzyszy. Byłem gotów na wszystko, wreszcie, ten jeden jedyny raz, gotów na wszystko, wolny jak nigdy wcześniej i później. Szedłem przez miasto i widziałem nad sobą lazur nieba, po mojej, praskiej stronie gasnący w jeszcze zimowych, idyllicznych kolorach zmierzchu. Wzrok niósł daleko, nie znajdował przeszkody i wszystko stawało się przejrzyste, przezroczyste. Ja sam, mój kraj, jego los zebrany w jedną czystą błękitną poświatę nad Wisłą. Przejrzysty, przezroczysty; zdawało mi się, że wszyscy byliśmy przezroczyści, że przezroczystość wypełniała innych i mnie po brzegi, łączyła nas bez słów. Niektórzy zginęli później, pobici czy zastrzeleni. Ich twarze, przypominane w rocznice, są wielkimi niemymi książkami; mnie został luksus rozważania i błędnego dobierania słów, więc tak, to wrażenie z tamtego dnia (strajk w nocy odwołano) najmocniej zapamiętałem.

Gabriel i śnieg

Przyszedł już grudzień, świąteczny wieczór, trochę śnieży, ale jeszcze daleko, nie tutaj, bo w domu u ciotek jest ciepło i kolorowo, trwają już tańce, słychać śpiewy, kominek rozgrzewa licznych gości, talerze są pełne gęsi w sosie jabłecznym, dla panny Furlong tylko mały kawałek piersi, to Gabriel Croney kroi pieczyste, później przemawia, uroczyście, ze swadą, ułożył wcześniej przemowę w głowie, łącznie z cytatami, jest wino i piwo ustawione w trzech rzędach, więc i śmiechy, żarty, rozmowy, płoche, rodzinne albo o ostatnim spektaklu w Royal Theatre, o tenorze Caruso i o cudownym powietrzu w Mount Melleray i pensjonacie prowadzonym tam przez zakonników, także swary, tłumione, Freddy Malins jak zawsze pijany, lecz ostatecznie miły, przyjazny, Gabriel zbyt mało narodowy, nie dość irlandzki w oczach panny Ivors, pisuje drań do angielskich gazet, coś mu tam panna syknie w ucho, lecz oto ciotka Julia znowu śpiewa arię, trzeba ją pochwalić, pudding też jest wyśmienity, choć może nie tak brązowy jak trzeba, wreszcie wieczór wygasa, pożegnania, jeszcze jakieś żarty w sieni, na odchodnym, wspomnienie o dziadku Patricku Morkanie i jego ukochanym koniu imieniem Johnny, z którym lubił gawędzić, dorożki zaraz nadjadą, na piętrze Bartell d’Arcy śpiewa cicho jakąś pieśń, Gretta, zasłuchana, spyta o tytuł.

To pierwszy znak – Gretta oparta o poręcz, zastygła z twarzą w cieniu – z drugiej strony, jak inna barwa w cieple wieczora, jak nuta nie z tej partytury, lecz zaraz o tym zapominamy, niczego się nie spodziewamy. Wsiadają, ona i Gabriel, do powozu i jadą do hotelu ośnieżonymi już mocno ulicami; Gabriel coś jednak dojrzał, dosłyszał tę nagłą i piękną zadumę żony; odtwarza ją w sobie na własną melodię, na swą męską modłę, na rosnące pożądanie jej ciała, jej smutku.

Wchodzą do pokoju, Gabriel jeszcze poinformuje, że Freddy Malins wreszcie zwrócił funta, i wszystko nagle, po kilku godzinach świątecznego przyjęcia, po czterdziestu stronach opowieści o nim, przyśpiesza. Gretta oszczędnie, w kilku słowach i wśród łez, powie o bardzo dawnej miłości, której wspomnienie ożywiła pieśń; to nawet nie miłość, to dotknięcie się dwóch młodziutkich istnień. Ona i Michel Furey, chłopiec wystający pod jej oknem, słaby na zdrowiu, chodzili na długie spacery i tamtego zimowego wieczora przed jej odjazdem zaziębił się pod tym oknem na śmierć; owszem, pięknie śpiewał. Jeszcze zazdrość Gabriela, taka realna, byle jaka, samolubna i próżna, i próżne poczucie własnej małości („ujrzał siebie nagle w innym świetle: śmieszna figura (...) sentymentalny poczciwina, orator dla pospólstwa”), jeszcze myśli o jego z Grettą małżeństwie, tylu wspólnych latach, i wtedy, tak właśnie – nagle – coś puszcza, coś pęka i wszystko rozwiera się na drugą stronę, na śnieg za oknem. Cały wieczór – sceny, ludzie, uczucia – wysypuje się na zewnątrz, zrywa z uwięzi dnia, ucieka z własnych ram, wybiela się bezgłośnie za oknem, zastyga w bieli, która pokrywa cały kraj, a może i całe trwanie, dawne i obecne, jedną bezkształtną plamą.

„Usnęła głęboko. Gabriel wsparty na łokciu patrzył bez urazy w sercu na jej potargane włosy i półotwarte usta, wsłuchując się w jej głęboki oddech. (...) Wzrok jego padł na krzesło, na którym leżało jej ubranie. Tasiemka od halki zwisała na podłogę. Jeden z bucików stał prosto, z cholewką przekrzywioną w dół, drugi leżał na boku. Gabriel zastanawiał się nad podnieceniem, jakie czuł przed godziną. Co się na to złożyło? Kolacja u ciotek, jego własne, głupie przemówienie, wesoła rozmowa w hallu przed wyjściem, urok spaceru po śniegu. Biedna ciotka Julia! Wkrótce i ona stanie się cieniem, tak jak Patrick Morkan i jego koń. Pochwycił błędny wyraz, jaki przez chwilę pojawił się na jej twarzy, kiedy śpiewała: «W stroju weselnym». Może wkrótce będzie siedział w tym samym salonie, w czarnym ubraniu, z cylindrem na kolanach. Żaluzje będą spuszczone i ciotka Kate usiądzie przy nim, zapłakana, i wycierając co chwila nos, będzie opowiadać mu o tym, jak odeszła Julia. On będzie szukał słów pociechy, ale znajdzie tylko frazesy, nieudolne i puste. Tak, to nastąpi już wkrótce.

W pokoju było chłodno i dreszcz przebiegł mu po plecach. Ostrożnie wsunął się pod kołdrę, obok żony. Wszyscy, jeden za drugim staną się cieniami. (...) W półmroku wydało mu się, że widzi postać młodego człowieka stojącego pod drzewem w strugach deszczu. Obok stali inni. Dusza jego zbliżała się do granicy tego miejsca, gdzie mieszkali zmarli. Wyczuwał ich drżący, złudny byt, nie mogąc go zrozumieć. Jego własna osobowość pogrążała się w szarym, nieuchwytnym świecie; świat dotykalny, w którym zmarli niegdyś wzrastali i żyli, rozpływał się i ginął. Usłyszał leciutkie uderzenia w szybę i zwrócił głowę do okna. Znów zaczął padać śnieg. Sennym wzrokiem przyglądał się srebrnym i ciemnym gwiazdeczkom, które padały z góry, ukośnie przecinając smugę światła latarni. Tak, nadeszła już pora podróży na zachód. Tak, gazety miały rację: śnieg pada w całej Irlandii. Okrywa każdą piędź równiny centralnej, nagie pagórki, miękko spływa na bagniska Allen, a dalej, na zachodzie, w ciemne i groźne fale Shannonu. Obsypał także samotny cmentarz na wzgórzu, gdzie leży Michel Furey, sutą okiścią srebrzy pochylone krzyże i nagrobki, pręty niskiego ogrodzenia, nagie, bezlistne krzaki. Słyszał śnieg cicho spływający na wszechświat i dusza jego zamierała z wolna, jakby nadeszła ostatnia godzina dla wszystkich żyjących i zmarłych”.

Za każdym razem, gdy czytam dwie ostatnie strony opowiadania, a nie da się ich czytać inaczej jak jednym tchem, czuję po szybkości lektury, po połykaniu słów, przyśpieszenie, jakie się na nich dokonuje, i zostaję porwany wraz z wszystkimi słowami, wraz z duszą Gabriela, ku śnieżnej bieli. Tak jak powolny, leniwy nurt opowiadania zamienia się niepostrzeżenie na ostatnich kartach w niepowstrzymany prąd, tak czas lektury staje się lawiną, która wyrywa nas z bezpiecznej, cichej chwili. Jeszcze raz więc: od przyjęcia minęła godzina, już tylko ten hotelowy pokój, tasiemka halki zwisająca z krzesła, nierówno postawione buty (puste buty są zawsze niewinne i niezdarne jak nieutulone kocięta), równy oddech Gretty i samotna, coraz bardziej samotna i teraz już coraz bardziej przenikliwa myśl Gabriela. Zrazu wciąż po tej stronie, błądząca wśród zdarzeń ostatnich godzin, wśród twarzy przed chwilą widzianych, lecz po chwili już przenosząca je wszystkie w biel i zataczająca coraz szersze kręgi, widząca z lotu ptaka coraz więcej w przestrzeni i czasie: nie tylko ulice Dublina, lecz i cmentarz na wzgórzu, i równiny Irlandii, i całą Ziemię; nie tylko chwilę, lecz wieczność; i nie tylko losy żywych, lecz i dzieje zmarłych, którzy połączeni z żywymi, trwają w jednej wspólnocie, nie wiadomo czy nicości, bieli czy snu.

Ta dziwna bożonarodzeniowa noc prowadzi Gabriela ku doświadczeniu przezroczystości, innemu, ale nie całkiem innemu niż wcześniej wspomniane. Jego całe istnienie tak szybko, w ciągu parunastu minut, traci zwartość, rozrzedza się; zza zasłon doraźności zaczyna prześwitywać to, czego Gabriel wcześniej nie dostrzegał, niedotykalne wieczne tło, które, białe i nieokreślone, narasta tak, że zaczyna wszystko wchłaniać, zacierać konkret zdarzeń, wyciszać głosy, łączyć żywych i martwych w jednej nieuchwytnej i teraz widocznej poświacie, w której wydźwięczał już lament. Przed Gabrielem zapatrzonym w okno świat dociera do kresu czasu i traci swe formy i barwy w śniegu, który pada nie tylko na miejsca, lecz i na wszystkie chwile, te dawne i te obecne, innych już nie będzie. Byt jest biały i przezroczysty (tak powiedział filozof Michel Serres, gdzie, dlaczego, nie wiem) i cokolwiek by to miało znaczyć, tak właśnie nazwać można, czuję, odkrycie Gabriela; jego ostatnie widzenie stawia nas na granicy, gdzie niknie cała dotychczasowość, ciągnąca za sobą pełno wielobarwnych przesłon, i ujawnia się czysta, niezmącona postać istnienia, która narzuca takie właśnie określenia: białe i przezroczyste.

Nie ma opowiadania, nie ma tekstu, do którego wracałbym częściej niż do Zmarłych Jamesa Joyce’a; dwie ostatnie strony przynoszą mi zimę w każdej porze roku i wciąż wydaje mi się, że Irlandia leży na Dalekiej Północy i wszyscy tam jeżdżą na nartach. Widzę Gabriela wpatrzonego w śnieg; cały obraz jest mimo nocy jasny, przepastny. Przypomina mi się Kunderowski Tomasz z Nieznośnej lekkości bytu, bohater zrodzony z podobnego gestu, z patrzenia przez okno. Gabriel nie jest jednak bohaterem, który ma dopiero powstać; jego biografia („śmieszna figura, orator dla pospólstwa”) już jest znana, to życie już się w dużej mierze przetoczyło. Wracam więc do niego wciąż jako do znajomego, jako brata w spojrzeniu, bliskiego świadka przezroczystości, w dublińskim pokoju hotelowym, na nieznanej ulicy, gdzieś nieopodal O’Connel Bridge, mostu między tym i tamtym światem.

Jastrzębie w zmroku

O przejrzystości i przezroczystości chciałem napisać choć parę stron od dawna, od wielu lat. Przezroczystość – mówiłem sobie – wzywa mnie, drąży jak sonda, jest moja. W obcych miastach do obiadów wybierałem restauracje z panoramicznymi szybami, wieczorami zatrzymywałem się przy oświetlonych witrynach, przyjaciele zaczynali kpić, kupować mi na prezent szklane kule, powstała niezła kolekcja. Szkło było moim fiksum-dyrdum, wchodziłem do sklepów zoologicznych gapić się w akwaria, wracałem do muzeów, gdzie eksponaty (w Bolzano ten przedziwny Ótzi, zamarznięty na kość człowiek śniegu, praprzodek odnaleziony w lodowcu z kołczanem pełnym strzał) wystawiano za pancerną szybą; o Leninie i Mao Tse-tungu w szklanych trumnach wolałem zapomnieć. Pracując nad jakimkolwiek tekstem, rozrzedzałem bezwiednie konkret znaczeń, słowa uciekały od sensów, metafory gubiły idee, wszystko nieuchronnie dążyło ku abstrakcji, zza zdań prześwitywała biel. Śmiech powiedzieć, ale lubiłem klarowane zupy, jedzenie z żelatyną, ryby czy mięsa w galarecie, tymbaliki i inną podobną garmażerkę. Na ścianach w mieszkaniu wieszałem reprodukcje Edwarda Hoppera, lśniły za szkłem jak zbyt tanie odpustowe obrazki.

Lubiłem Hoppera, tak jak inni lubią wspomnienia. Kiedyś to przeżyłem, tak już kiedyś było; w fantazjach i w wierszach stawałem się bohaterem kolejnych obrazów, tym facetem w oszklonej werandzie wpatrującym się w bezkresny horyzont, tamtym kawiarnianym gościem spoglądającym przez szybę na pustą ulicę. Niekiedy wplątywałem w te fantazje Olgę; gdy o tym mówiłem, irytowała się, więc szybko milkłem. Oczywiście (wyobrażałem sobie) bywaliśmy przede wszystkim Nighthawks, Jastrzębiami Nocy, ptakami ciemności, nocnymi markami, ćmami po zmierzchu, gdy siadywaliśmy w oszklonych barach, pustoszejących o północy jak gniazda po wiośnie; sączyliśmy drinki o amerykańskich nazwach, Bronx, Manhattan, a przy ostatniej whisky zostawaliśmy już sami, zanurzeni w uroczystej ciszy po życiu, które stąd odleciało. Wypełniała nas jak hel; unosiliśmy się lekko nad ziemią, nad samymi sobą, skrzydlaci stróże planety, jej emisariusze w kosmicznej nocy. Czuliśmy się swobodni i bezdomni; nasza wspólnota, Olgi i moja, mogła trwać gdzieś ponad miastem i nie umierać w jego murach, lecz wydana była na błądzenie bez celu po alejach nieba, polach nad Wisłą, dzielnicowych parkach, gdziekolwiek. Nighthawks, najsłynniejszy obraz Edwarda Hoppera, coraz częściej pojawiał się na okładkach książek, na pocztówkach, a nawet na torebkach reklamowych, z których – podstawione pod anonimowe rysy gości – twarze Jamesa Deana i Marlona Brando, niekiedy Marilyn Monroe, wpatrywały się tępo we własną samotność. Trochę mnie to peszyło i drażniło, moje wyobrażenie, moje marzenie, ulubiona fotografia nas samych, tak banalnie powtórzone i rozproszone na lśniących laminatach, zamienione razem z okładką Abbey Road, czy zdjęciem z budowy Chrysler Tower w dostępne w każdym markecie puzzle Gelini, rozpisywane w opowieściach wyrastających z obrazu Hoppera jak grzyby ze ściółki. Było tego dużo, nieco za dużo, zbyt często „mój” obraz pojawiał się na okładkach książek i kalendarzy dołączanych gratis do pism, których i tak już nie chciano kupować, ale też godziłem się z tą powszechną fascynacją; skoro tak, skoro wzbierała w niej jakaś niewypowiedziana tęsknota ludzi, skoro mówiła o wspólnej im matrycy marzeń, to nabierała wagi. Choćby zbanalizowana i stereotypowa, opowiadała o jakimś pragnieniu, które jak głód mogło dotknąć każdego. Istniałem więc (wyobrażałem sobie) po to, by brać je na własne barki, w imieniu wszystkich prześwietlać je nad kieliszkami, nad pobrzękującymi lodem szklankami w lipcowe wieczory, nad szklankami grogu (co to, do licha, jest grog?), gdy mróz usidlał parę na oknach, wywoływał ją z ust przechodniów jak fumatę biankę dla nowej, zimowej religii.

Znałem deklamacje innych. Tyle drżących głosów próbujących utrzymać obraz Hoppera na wiotkich barkach wierszy, przetoczyć po nich jego kruchą kulkę. Topiły się w półcieniach tej nocy, wybrzmiewały szybko, zostawiając pojedyncze słowa jak ślady spojrzeń. „Tani zapach gardenii”, którą Sue Standing wyczuła na szyi kobiety w czerwonej sukni; „patroni życia”, których Samuel Yellen dostrzegł w całej trójce gości; wieść o kolejnym zwycięstwie aliantów, którą Ira Sadoff dosłyszała z niewidzialnego na obrazie radia; prowadzone przy barze strzępy rozmów o wojnie, Hemingwayu i Fitzgeraldach, które doszły uszu Susan Ludwigson, gdy pisała swój wiersz z charakterystycznym dla amerykańskiej poezji wyliczeniem prozaicznych szczegółów, stygnąca kawa, cztery solniczki na ladzie, samochód z pewnością zaparkowany w pobliżu, ach, i przecież tam, przy tym barze, to jej rodzice, teraz spierają się o American Dream... Wszystkie te wiersze i więcej, całe powieści (francuskie, angielskie) wyrosłe z Nighthawks, wzbite na ich skrzydłach, były wzruszająco nieistotne jak Ziemia widziana z Księżyca; ktoś patrzył z ich wnętrza na kawiarnię Phillies, na jej przezroczystą bryłę i usiłował przyswoić sobie widok; po czymś coś mówił, coś szeptał, opowiadał własne małe życie, swój taniec ćmy przed żółtym światłem wnętrza. Patrzył; światło za szybą, łagodna Meduza, przykuwało wzrok, odbierało oczy, tak jak odebrać można rozum; szyba oddzielała słowa od jaźni, opadały po tej stronie i nikły w ciemności.

Czuliśmy ten ciężar spojrzeń od lat skupionych wokół i oczy Olgi (wyobrażałem sobie) stawały się chwilami tak poważne i otchłanne, że nie dorastałem do ich brzegów. Patrzyła za wszystkich, jak ze stanowiska, wysłana na jaskółkę masztu, na najwyższe gniazdo, podczas gdy mnie trawiła jeszcze pokusa długiej opowieści. Widziała od razu więcej, może majestatyczną ciszę pranocy, nieruchomość ciał tkwiących na taboretach jak posągi z Wysp Wielkanocnych i tę szybę wokół niczym błonę pierworodną, pod którą człowiek się ukształtował, lecz nie zdecydował żyć i zastygł od razu w wiecznej, tępej, zbędnej gotowości podtrzymywanej szklankami taniego burbona; podczas gdy ja szukałem jeszcze utożsamień z ich losami, z samotnością jednego, z rozmową pozostałych (o tym, że na Harolda nie można liczyć, że Rangersi nigdy nie zdobędą mistrzostwa), z myślami barmana o ciężkim dniu, który znowu minął, z owym nocnym New Yorkiem z wczesnej wiosny 1942 roku, gdy wyczekiwanie wydarzeń po ataku na Pearl Harbor oczyszczało ulice, żłobiło jeszcze bardziej głębię nocy, naprężało powietrze w szklanej kawiarni Phillies tak, że gesty nieruchomiały na paru centymetrach i samotność trójki gości podkreślała smutek ciał wobec siły wyższej, wobec wielkiego nadchodzenia wojny.

Tyle szyb, tyle okien, tyle szklanych drzwi postawionych zostało przez Edwarda Hoppera, że gdyby zebrać je wszystkie razem, do siebie dodać, świat wydałby się przecięty na pół przez nowy Wielki Mur, który dzieli go na dwie strony, przetacza się przez miasta, wyrasta nagle wokół przydrożnych hoteli, zagubionych wiejskich domów, prowadzi swą niewidzialną szklaną serpentynę obramowaną tu i ówdzie framugami, ościeżynami, ostrzami ściągniętych do połowy zasłon i kurtyn. Po którejkolwiek staniemy stronie, zapatrzeni w pokoje, sale, komnaty skryte za szybami czy – odwrotnie – z ich wnętrza zapatrzeni w ulice, domy, niebo, czeka nas nieokreślona tęsknota: albo za życiem, które dzieje się w danej chwili, blisko, bliziutko czasu, że aż się o niego ociera, trzeszczy w jego szwach, bo oto założona kartka w książce, otworzony list, uniesiona filiżanka, wyjęta z szuflady teczka, albo za bezruchem, którego się czas nie ima, podkradającym się z zewnątrz pod nasze pokoje, wzywającym ku światłu południa, ku neonom nocy, pokrywającym przejrzystą ciszą nerwowe brzmienia dnia.

Dlaczego przezroczystość

Dlaczego jednak przezroczystość? Dlaczego to słowo, które wydawało mi się piękne zarówno w polskim, jak i w angielskim, francuskim, hiszpańskim brzmieniu? Przezroczystość, transparency, transparence, transparencia. Nie, po polsku brzmi nawet ładniej. Ładna przejrzystość, jeszcze ładniejsza przezroczystość. Czy lubiłem w nim od zawsze sam właśnie dźwięk? I te półsłówka, te inne słowa, które je współtworzą? Czystość, oczy? Oczy w swej najlepszej, mianownikowej postaci, ze szlachetnym igrekiem, postaci, której dorównać może tylko narzędnik – „oczyma”, lecz nigdy w swej obocznej, wulgarnej formie – „oczami”, oczami, tracącymi swe zapatrzenie na rzecz wścibskości? Oczy, oczyma, uroczysty, przeoczyć? I do tego możliwość dwojakiej wymowy, ochota, która nachodzi, by powiedzieć „przeźro-”, tak jak w dzieciństwie mawiało się „przeźrocza”? Pójść obejrzeć przeźrocza czy po prostu pójść na przeźrocza; w tej zapowiedzi kryły się i ciut magii, i przyjemność oczekiwania. Obraz nie był jeszcze tak bardzo demokratyczny, trudno nim było przesolić dania codzienności; nadchodził, zapowiadał się, pojawiał tajemniczo na białych ekranach, na samych ścianach (wybierało się te najjaśniejsze). Jak wtedy, trzydzieści parę lat temu, w beskidzkim przysiółku, gdy ktoś – pan z miasta – przyszedł starym góralkom pokazywać pustynię i wielbłądy, afrykańskie pejzaże, wygięte jak ciała wydmy. Siedziały w środku izby na krzesłach ustawionych nieco porządniej niż zwykle, w wyprasowanych chustach na znak, że doceniają odświętność wieczoru. Uroczyście, przezroczyście; skryłem się w kącie, zmarznięty po całodziennej wędrówce w deszczu i śniegu, widziałem znieruchomiałe głowy w chustach, wpatrzone w faliste piaskowe pasma, złote światło, które biło ze ściany, wciągało na drugą stronę. Tak, to były przeźrocza, transoczy; obrazy miały moc przenoszenia i ich fałdy na jasnej farbie odsłaniały przestrzeń otwartą, bezgraniczną, czysty lazur nad pustynią, nad kopułami piasku. Kino liczyło już dobrze ponad siedemdziesiąt lat, lecz wyobraźnia była wciąż trójwymiarowa, widziała daleko, przez – przez ściany, przez mury, przez biel ekranu, przeźroczyście.

Dlaczego przezroczystość, od najwcześniejszych lat? Skąd jej pragnienie wśród zabawek, zabaw i ulubionych gier, których precyzyjne geometryczne zasady (jak gra w zośkę czy wyścig kapslami) ograniczały pole widzenia do ściśle wymierzonych przestrzeni? Czy była po prostu marzeniem ucznia o dalekiej wyprawie, ucieczce ze szkoły, wielkiej przygodzie, żegludze po nieskończonym oceanie; przecież tam, za szybą, za oknem szkolnej klasy rysuje się niedostępny świat, w który kiedyś się wreszcie wkroczy? Czy raczej powstawała gdzieś całkiem obok, obok polowań na bizony, nocy w wigwamie i długiej włóczęgi od portu do portu? Czy nie wpuszczała raczej strumienia światła w pokój, gdzie od początku była jakaś ciemność? Czy nie rozjaśniała raczej ścian tam, gdzie – jak podpowiadał wykuty na blachę wiersz – „niebo, jak ciężka z ołowiu pokrywa / Miażdży umysł złej nudzie wydany na łup, / Gdy spoza chmur zasłony szarej / Światło spływa, światło dnia smutniejszego niźli nocy grób”? Przejrzystość, przezroczystość, transparencia, nie czyniłem istotnej różnicy między tym, co jest tylko przejrzyste, prawdziwie przezroczyste, jak muślin czy szyba, a tym, co wydaje się od razu czystym światłem, widzialnym bezpośrednio. Bo też wciąż czułem, że czyste światło nigdy nie jest dane wprost; to zasłona między nim a naszymi oczyma, między światem a nami, stawała się niewidzialna, łaskawie godziła się wycofywać z siebie wszystkie cienie i zacieki; światło okazywało się tylko tolerowaną przezroczystością.

Dlaczego przezroczystość, przejrzystość, transparence, transparencia! Może to światło przyszło jeszcze z innej strony? Bo chyba to przede wszystkim: czyż to nie ona była pierwszym zapamiętanym obrazem życia, ikoną bądź krzyżem na drogę? Pierwszy obraz: pusty, poranny, jasny pokój z ogromną plamą słońca, żółtym kwadratem na ścianie. Powietrze tak rozświetlone, z rozedrganymi drobinami pyłu, tak w tym świetle czyste i pełne, że zdawało się mieć odsłonięte wnętrze; przez swą odkrytą powierzchnię przepuszczać wzrok ku jeszcze głębszej czystości. Drzemała więc przez długie lata, niekiedy podsyłała skrycie pragnienie samotności, ciszy, nieobecności, była wizualną projekcją życia, jego nieodkopaną protoewangelią, aż wreszcie wybuchła w pełni swej nazwy, przezroczystość, transparence, transparencia, jako motyw, prawda i iluzja, jako hobby egzystencji, uchwytna poręcz, o którą można oprzeć własne istnienie, a nawet próbować wsypać je w tekst.

Czy stąd więc przezroczystość? Przezroczystość wciąż nadchodzi, jak nadchodziła godzina przeźroczy. Nie wspominam jej; pamiętam jej smak. Smak przeźroczy na przykład, kolorowych kwadratów objawianych przez tynk.

Grzebień panny Lambercier

Od czego to wszystko mogło się zacząć? Jan Jakub Rousseau miał osiem lat, gdy jeden z wielu grzebieni pani Lambercier został zniszczony. Grzebienie suszyły się na blasze we wnęce pokoju przylegającego do kuchni; ciepło dochodzące z kuchennego pieca nagrzewało powietrze, pierwsze wiosenne słońce rozjaśniało ścianę i Janowi Jakubowi miło było czytać tuż obok zadane mu łacińskie lektury. Niektóre grzebienie były wielostronne; pani, a właściwie panna Lambercier, surowa panna Lambercier musiała mieć długie, mocne i gęste włosy. Gdy służąca wróciła do pokoju, zobaczyła, że wszystkie zęby po jednej stronie największego grzebienia były połamane. Wszczęła rwetes i echo jej krzyków rozbrzmiewa w niektórych uszach jeszcze do dzisiaj.

Przeprowadzono śledztwo, pan Lambercier z rodziną urządzili przesłuchanie, mordercze inkwizytorium; pytający nie mieli wątpliwości, że to Jan Jakub był sprawcą nieszczęścia, ba, wręcz małej zbrodni: nikt inny nie przebywał w pokoju, nie zauważono nikogo, kto by wchodził; winien, winien, winien. Jan Jakub przeczył, protestował, zaklinał; sprowadzono z daleka jego wuja Bernarda; surowość i autorytet krewnego nie skłoniły Jakuba do wyznania winy. „Nie było sposobu wydobyć ze mnie wyznania. Brany na kilkanaście zawodów do kaźni i doprowadzony do najopłakańszego stanu, pozostałem niewzruszony. Byłbym poniósł śmierć i byłem na nią zdecydowany”. Za sam występek, ale też za opór i zatwardziałość, za bezczelne zaprzeczanie, za krnąbrność, za swoje głupie ośmioletnie życie, za te zmrużone niebieskie oczy, za potrząsaną z godnością grzywkę, za wypieki na twarzy, za węża ukrytego w gaju, za pierwszy grzech człowieka, za klęskę wieku dorosłego wymierzono jemu oraz kuzynkowi, który też coś przeskrobał – wedle jego zapewnień bezwiednie, lecz w ocenie sądu rozmyślnie – stosowną karę. Zamknięci w pokoju leżeli w jednym łóżku i, w poczuciu bezsilności i niesprawiedliwości, obejmowali się, unosili spod pościeli, stawali na ramie i krzyczeli wściekle w doskonale wyuczonej łacinie: Carnifex! Carnifex! Kat, kat, wszyscy kaci!

Kiedy Jan Jakub wspomina to zdarzenie, pisząc swe Wyznania, jest już starym człowiekiem, lecz jego ręka drży, fale krwi uderzają mu do twarzy i czuje, że „dziś jeszcze puls wali (...) jak młotem”. Minęło pół wieku niemal, pół wieku, i nic się nie zmieniło, blacha nadal parzy, jest tak, jakby to było wczoraj. Wczoraj grzebień został złamany, wczoraj rzucono na niego fałszywe oskarżenie, wczoraj ukarano, wczoraj zwątpiono w jego niewinność, nie wysłuchano głosu jego serca. Pół wieku!: „Upłynęło blisko pięćdziesiąt lat od tej przygody i nie obawiam się już, aby mnie powtórnie ukarano; otóż, oznajmiam w obliczu nieba, że byłem niewinny. Nie złamałem ani nie dotykałem grzebienia, nie zbliżyłem się do blachy, nawet mi to w myślach nie postało. Niech nikt nie pyta, w jaki sposób stała się szkoda; nie wiem i nie pojmuję; to jedno wiem, że nie ja byłem winny”.

Jean Starobinski w swej pięknej książce Jan Jakub Rousseau. Przejrzystość i przeszkoda mówi o całym zajściu z grzebieniem jako o scenie wygnania z raju. Mały Jan Jakub żył w przekonaniu, że raj to wzajemna przezroczystość serc, porozumienie między ludźmi pełne i bezpośrednie, że słowa i uczucia przechodzą od jednych do drugich, od Jana do Zofii, od Zofii do Pawła, jak promień z oka do oka. Lecz oto dowiedział się, że własne uczucia, własna pewność – co do swej niewinności na przykład – nie dają się przekazać, wyrazić, opowiedzieć. Na drodze ku sercom innych stanęła przeszkoda; przekonanie płynące z głębi jego własnego serca nie mogło już ku nim dotrzeć. Świat był taki jasny, przejrzysty; słońce tamtego ranka wpychało się niecierpliwie w pokój i nagle wszystko się zmieniło, padł na ten dzień mrok oskarżenia i odrzucenia. Świat się zasępił, spochmurniał i stracił blask, który wcześniej aż po horyzont torował drogę oczom; teraz już tylko gdzieś w głębi mroku niewinne serce Jana Jakuba tliło się jak gorący, niewygasły, niepotrzebny kryształ. Od tego zdarzenia, powiada, przestał się cieszyć niezmąconym szczęściem; wyznaczyło ono kres dzieciństwa; oto przytrafiła się katastrofa, która przecięła jego życie, pozostawiając po jednej stronie czas czystości, niewinności i naiwności, po drugiej, nieskończenie dłuższej, otwierając żmudną, codzienną grę pozorów. „Zaczęliśmy się kryć, udawać, kłamać”. Później, raz jeden, powie nawet: „stałem się tym, na kogo wyglądałem”. Niszczycielem grzebieni, przebiegłym lisem, sprytnym kłamczuszkiem, kimś innym niż on sam. Jak wówczas w Turynie, gdy ukradł wstążkę pannie Pontal, różową wstążkę ze srebrem, już przecież znoszoną, nieco wytartą, i winą za ten uczynek obarczył Maryjkę, kucharkę pani de Vercellis, dziewczynę ładną, skromną, słodką, „dobrą, cnotliwą i nieskazitelnie wierną”. Żałował przez czterdzieści lat; miał nadzieję, że za tę zbrodnię odpokutował czterdziestoma latami prawości i honoru oraz lawiną nieszczęść, która przygniotła schyłek jego życia, obarczyła umieranie.

Wydaje się, że to właśnie Jan Jakub Rousseau, nieszczęsny strażnik grzebienia, obudził dawne pojęcie i pierwszy wprowadził przezroczystość jako samoistny obiekt (idei, uczuć, fantazmatów) do wyobraźni i literatury europejskiej; to w jego pismach staje się ona oznaczeniem ideału, najwyższej wartości, której jego własne, Jana Jakuba, istnienie jest czy mogłoby być – gdyby nie zamknięte serca innych ludzi – najpełniejszym wcieleniem. „Moje serce jest przezroczyste niby kryształ”, powtarza wielokrotnie w swych listach i Dialogach. Lubi, gdy zaczyna rozprawiać o szczerości, pisać na swój temat nie tylko w pierwszej, lecz i w trzeciej osobie, nabierać dystansu, by ustanowić obiektywną miarę stwierdzeń: „Jego serce, przezroczyste niby kryształ, nie umie kryć niczego, co się w nim wydarza; każde poruszenie, którego ono doznaje, trafia do jego oczu i rysuje się na jego twarzy”. Serce kryształowe, serce przezroczyste – ideał jest tyleż duchowy, co niemal fizjologiczny. „Jeśli umiem wyobrazić sobie serca Julii i Klary – pisał o bohaterkach swej Nowej Heloizy – to były dla siebie przezroczyste”. W takie serca można wierzyć, lecz można je sobie także wyobrażać, nie jako przenośnię, lecz przejrzystą materię.

Marzenie o pierwotnej przezroczystości pozostałoby metaforą utopijnego stanu szczęścia i Jan Jakub nie doszedłby zapewne do kresu swego wielkiego, nadzwyczajnego szaleństwa, które nadal wzbudza nienawiść i niechęć (ileż oskarżeń w opiniach pisarzy, filozofów i krytyków po dziś dzień, ileż wypomnień, te porzucone dzieci, te maniactwa, te dziwne związki z kobietami, ta rewolucja francuska), gdyby nie jego zainteresowanie przejrzystością jako stanem tyleż duchowym, co fizyczno-chemicznym. Przejrzystością nie tylko jako środowiskiem relacji międzyludzkich i, co za tym idzie, społecznych, ale też jako stanem psychofizycznym. Bardzo zajmowały go procesy witryfikacji, o których pisał w swych Instytucjach chemicznych; interesowały go prace niemieckiego fizyka Joachima Bechera, który uważał, że „człowiek jest ze szkła i do szkła może powrócić”, i był przekonany, że po odpowiedniej obróbce można przemienić zwłoki w „piękne, przejrzyste szkło” (co najnowsze technologie, stosowane w Ameryce merkantylnie, opanowały do perfekcji; za odpowiednio wysoką opłatą zmarłe ciało można przetworzyć w diamentowy – z mocnym, niebieskim odcieniem – sygnet do noszenia na palcu).

W tym zresztą okresie (połowa XVIII wieku) wyobrażenie ciała ze szkła zyskuje na sile; pojawia się między innymi w bardzo wówczas czytanych Rozmowach o wielości światów Fontenelle’a i w traktacie filozofa La Mettrie. Wyobrażenie to czerpie napęd z technologicznego postępu w produkcji szkła i jego rozpowszechnienia się jako materiału użytkowego w stuleciu poprzednim. Siedemnastowieczna wyobraźnia szkła jest jeszcze negatywna, wiąże się z barokowym dyskursem o kruchości i marności istnienia. Robert Burton w Anatomii melancholii wyróżnia wśród „melancholików lękliwych” takich, którzy „są cali ze szkła i nie znoszą, by ktoś do nich podchodził”, w Medytacjach o filozofii pierwszej Kartezjusz mówi również o melancholikach, którzy pod wpływem waporów z czarnej żółci wyobrażają sobie, że „są dzbanami bądź mają szklane ciało”; idea szklanej kruchości (bo puchary, kieliszki, bo przezroczyste kule, bo bańki mydlane bliskie pęknięcia) rozpościera się też przez cały XVII wiek w obrazach vanitas i martwych naturach.

Osiemnastowieczny dyskurs sensualistyczny waloryzuje szkło odmiennie, pozytywnie, wiążąc je po raz pierwszy z takimi wartościami jak czystość, jawność. U Rousseau wyobrażenie szklaności własnego ciała jest dobroczynne, a nie złowieszcze jak w melancholijnych obsesjach kruchości. We wspomnianych Instytucjach chemicznych zastanawia się długo nad fizycznymi właściwościami przejrzystości i uznaje, że podstawowa jest płynność; „żadne ciała nie byłyby nieprzejrzyste, gdyby wszystkie ich części były płynne w równym stopniu”. Przejrzystość jest dla Rousseau zastygłą, powstrzymaną czy zmrożoną płynnością i dlatego kryształ serca nie podlega czasowi, trwa w swej niezmiennej, czystej postaci jak wieczna rzeka. Gdyby można było postawić dzisiaj Janowi Jakubowi nowy pomnik (na przykład w parku Skaryszewskim), mógłby przyjąć on, wyobrażam sobie, kształt „Człowieka ze szkła”, L’Homme en verre, rzeźby witającej gości w hallu paryskiej Wystawy Światowej w roku 1937. Oświetlony od góry snopem światła, wznosi ku tej jasności szklane ręce, w których żyły toczą domyślną krew, napręża szklany tors, w którym można policzyć wszystkie żebra, podczas gdy szklane nogi z wplecionymi mięśniami i szklanymi tętnicami utrzymują tułów w pozycji prostej, mocno osadzonej, lecz gotowej do lekkiego uniesienia, a nawet wzlotu. Albo mógłby wyglądać jak postać ze złożonego mu dwieście lat po jego śmierci hołdu (Hommage à Jean-Jacques Rousseau) przez Emmanuela Saulniera, rzeźbiarza, dla którego przezroczystość stała się tematem królewskim; ów szklany Jan Jakub stanął na deptaku w Annecy, w jego rodzinnych alpejskich stronach, nieopodal jezior, na których tafli spisywał swe marzenia i przechadzki. A gdyby można było na cokole upamiętnić Jana Jakuba słowami najbardziej odpowiednimi do jego wyobrażeń, wybrałbym te z wiersza ks. Twardowskiego:

Modlę się Panie żebym nie zasłaniał

był byle jaki ale przezroczysty

żebyś widział przeze mnie kaczkę z płaskim nosem

żółtego wiesiołka co kwitnie wieczorem

wciąż od początku świata cztery płatki maku

serce co w liście wzruszenie rysuje (...).

(Przezroczystość)

Przezroczystość Roussowska jest całkowita, absolutna i, jak każdy Roussowski ideał, pierwotna i mityczna, dana od początku. Jej ekspresja nie zna cienia, między sercem a twarzą nic nie zalega, istnieją one we wspólnocie intencji niczym naczynia połączone. Żadnego tu stopniowania, niuansów, ewolucji, stanów pośrednich, chwil niewiedzy; żadnej dialektyki istoty i pozoru, żadnego libertyńskiego larvatus prodeo, przemierzania życia w masce. Tym, co ją zakłóca, może być tylko przeszkoda nałożona z zewnątrz, która uniemożliwia promieniowanie przejrzystości, jej immanentne trwanie w czasie. Ta konfrontacja, ujęta w tytule wspomnianej książki Jeana Starobinskiego właśnie jako „przejrzystość i przeszkoda”, przenika całe dzieło Jana Jakuba, tworząc dwa odrębne porządki i podstawę do jego teorii społecznych i politycznych, opartych na dychotomii jasności i zasłony. Przeszkodą dla przezroczystości odczuwanej w sobie przez Jana Jakuba, przeszkodą, która później zostanie podniesiona do rangi negatywnego doświadczenia społecznego (ludzie utkali zasłonę i nie chcą bez niej żyć), jest niemożność – mówiąc dzisiejszym językiem – komunikacji, czyli pełnego ujawnienia i przekazania przezroczystości, jej wiecznego utrwalenia. W innych świadomościach powstaje fałszywy obraz Jana Jakuba, destruktora grzebienia, i zaprzecza jego absolutnej przezroczystości, która mogłaby być wzorem idealnym dla tejże społecznej komunikacji.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Diaphanes

Dostępne w wersji pełnej

Język serc

Dostępne w wersji pełnej

Jedno zdanie

Dostępne w wersji pełnej

Bandoneon i muleta

Dostępne w wersji pełnej

Pokój nad morzem

Dostępne w wersji pełnej

Światło i reakcja

Dostępne w wersji pełnej

To piękne słowo

Dostępne w wersji pełnej

Przejrzysta Polska

Dostępne w wersji pełnej

Firma „Woreczek”

Dostępne w wersji pełnej

Klosz modrego kryształu

Dostępne w wersji pełnej

Zatrzyj ślady

Dostępne w wersji pełnej

Glasarchitektur

Dostępne w wersji pełnej

Dygresja w katedrze

Dostępne w wersji pełnej

Nowa higiena

Dostępne w wersji pełnej

Melancholia w wielkim mieście

Dostępne w wersji pełnej

Crystal Palace I

Dostępne w wersji pełnej

Laboratoria władzy

Dostępne w wersji pełnej

Crystal Palace II

Dostępne w wersji pełnej

Trzy domy

Dostępne w wersji pełnej

Rowe i Slutzky

Dostępne w wersji pełnej

Przejrzystość rzeczy

Dostępne w wersji pełnej

Mroźne medytacje

Dostępne w wersji pełnej

W stronę milczenia

Dostępne w wersji pełnej

Pająk małe licho

Dostępne w wersji pełnej

Aerofanie

Dostępne w wersji pełnej

Histeria

Dostępne w wersji pełnej

Blok czysty, przezroczysty

Dostępne w wersji pełnej

Olga

Dostępne w wersji pełnej

Liczba mnoga

Dostępne w wersji pełnej

Ciastko w Arkadii

Dostępne w wersji pełnej

Jan Jakub, suita

Dostępne w wersji pełnej

Znowu czerwiec

Dostępne w wersji pełnej

Parę słów na drugie wydanie

Dostępne w wersji pełnej

Książki, teksty i opracowania, z których korzystałem

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Justyna Czerniakowska

Zdjęcie autora na okładce

Krzysztof Dubiel

Redakcja

Małgorzata Szczurek

Korekta

Justyna Kulesza Nguyen

Copyright © Marek Bieńczyk, 2015

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2015

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl/

ISBN 978-83-8032-032-1

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl