Przeznaczeni miłości - Grace Burrowes - ebook
Opis

Po latach spędzonych na wojnie Michael Brodie wraca do swego szkockiego zamku i odkrywa, że narzeczona, którą tu zostawił, stała się mu zupełnie obca. Brenna jest niezależna, pewna siebie… i wściekła, że nie było go tak długo.
Lecz tak naprawdę Brenna jest zraniona i zmęczona ciągłą walką o szacunek otoczenia. Michael zostawił ją, kiedy go najbardziej potrzebowała i nie pojawiał się, choć wojna dawno się skończyła. Teraz mężczyzna, który ją porzucił, wraca – dojrzalszy, opiekuńczy i wciąż zakochany. Lecz jakiego wyboru dokona, gdy Brenna wyzna mu prawdę, której tak pilnie strzegła?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 460

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Barbara Cywińska

Hanna Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Olena Zaskochenko/Shutterstock

Tytuł oryginału

The Laird

Copyright © 2014 by Grace Burrowes.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6928-3

Warszawa 2018. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja

1

Elspeth, wydaje mi się, że przybył wiking, żeby nam złożyć wizytę.

Na tę niecodzienną uwagę pokojówka odłożyła tamburek – haftowanie było jedynie pretekstem, by nacieszyć się słońcem szkockiego lata – podniosła się z kamiennej ławeczki i stanęła obok Brenny przy balustradzie.

– Jeśli wikingowie mieliby ci przeszkodzić w podwieczorku, lepiej, żeby zjawiali się w pojedynkę – stwierdziła Elspeth, zerkając na główną bramę zamku. – Ten jest wielki, nawet jak na wikinga.

Bramy nie obsadzano strażą od co najmniej dwóch wieków, jednak Brenna instynktownie żałowała, że nie rozkazała opuścić kraty, zanim samotny jeździec znajdzie się na brukowanym dziedzińcu przy donżonie[1].

– Piękny koń – zauważyła Elspeth.

Ogromny, wspaniały gniadosz sierść miał zmierzwioną od potu i kurzu.

Ze swojego punktu obserwacyjnego na murach zamku Brodie Brenna mogła jedynie stwierdzić, że przybysz jest wysokim, jasnowłosym mężczyzną o szerokich ramionach.

– Nasz gość przybywa w pojedynkę, pewnie znalazł się daleko od domu, może być głodny i zmęczony. Jeśli mamy go ugościć, trzeba dać znać w kuchni.

Szkockie obyczaje podejmowania gości nieco straciły na znaczeniu w niektórych zakątkach tej krainy, ale nie w zamku Brodie, i tak miało pozostać, póki Brenna sprawowała w nim władzę.

– Wygląda znajomo – powiedziała Elspeth, kiedy jeździec zeskoczył z konia.

– Koń?

Nie, Elspeth nie miała na myśli konia, bo teraz, kiedy gość prowadził zwierzę, żeby je przekazać stajennemu, Brennę także zaczęło męczyć wrażenie, że to ktoś znajomy. Znała ten swobodny krok, znała kogoś, kto właśnie tak głaskał końską szyję, znała…

Jej ramiona pokryły się gęsią skórkę na chwilę przedtem, nim dotarło do niej, kim jest ten wiking; w żołądku poczuła bryłę lodu.

– Michael wrócił do domu. – Dziewięć lat czekania i niepokoju, podczas gdy Korsykanin siał zniszczenie na kontynencie; dziewięć lat, podczas których właściwie nie wiedziała, czego ma pragnąć.

Jej przeklęty mąż nie zdobył się nawet na tę drobną uprzejmość, żeby ją zawiadomić o swoim powrocie.

Elspeth przyglądała mu się przez kamienne blanki; wydawała się mieć wątpliwości.

– Jeśli to rzeczywiście laird[2], to lepiej idź go powitać, choć nie widzę, żeby miał za dużo bagażu. Może przy odrobinie szczęścia zaraz znowu pobiegnie na jakieś nowe pole bitwy.

– Wstydź się, Elspeth Fraser.

Kobieta nie powinna mówić w ten sposób o swoim panu, a żona nie powinna myśleć w ten sposób o swoim mężu. Brenna przeszła szybko przez zamkowe korytarze i znalazła się na dziedzińcu; popychała ją wściekłość i wdzięczność.

Minęło wiele szkockich zim, podczas których mogła przygotować mowę powitalną, na jaką zasłużył Michael, miała wiele lat, żeby wyćwiczyć postawę wyniosłej rezerwy wobec męża, jeśli kiedyś przypomniałby sobie, że ma dom. Pech chciał, że kamienie były mokre od niedawnego szorowania i tak więc jej wyniosła rezerwa wylądowała z poślizgiem przed mężem.

Przytrzymały ją silne ręce; podniosła głowę i spojrzała w górę i jeszcze trochę wyżej – w zielone oczy, znajome i obce zarazem.

– Przyjechałeś do domu. – Niezupełnie to, co zamierzała powiedzieć.

– Owszem, tak. Jeśli będziesz tak dobra i pozwolisz pani zamku… Brenna?

Ręce mu opadły, a Brenna cofnęła się, owijając ciaśniej szalem.

– Witaj w zamku Brodie, Michaelu. – Ponieważ ktoś powinien te słowa wypowiedzieć, dodała: – Witaj w domu.

– Kiedyś byłaś pulchna. – To zabrzmiało jak oskarżenie, jakby ktoś zabrał tamtą pulchną dziewczynę.

– Kiedyś byłeś chudy. – Teraz składał się z samych mięśni. Wyjeżdżał jako wysoki, patykowaty młodzian, wracał nie tylko jako mężczyzna, ale jako wojownik. – Może jesteś głodny?

Nie wiedziała, co począć z mężem, w szczególności tym mężem, tak mało podobnym do chłopaka, którego poślubiła, ale wiedziała doskonale, jak postępować z głodnym człowiekiem.

– Jestem… – Powiódł wzrokiem dookoła w taki sposób, jak doświadczony strzelec mógłby namierzać ruchomy cel; przyjrzał się granitowym murom wznoszącym się na jakieś trzydzieści stóp z trzech stron dziedzińca. Sądząc po wyrazie jego twarzy, chciał się upewnić, że zamek przynajmniej stoi tam, gdzie go zostawił. – Jestem głodny.

– Chodź, zatem. – Brenna odwróciła się i ruszyła w stronę wejścia do głównego holu, ale Michael pozostał na środku dziedzińca, wciąż rozglądając się wokół. Geranie w donicach rozkwitały w najlepsze, róże wspinały się po treliażach do wysokości pierwszego piętra, w skrzynkach okiennych pyszniły się rozmaite rośliny.

– Posadziłaś kwiaty.

Kolejne niemal oskarżenie, bo przed dziewięciu laty jedynymi roślinami na dziedzińcu były krzaczki dzikich wrzosów, rozsiane gdzieniegdzie w bardziej zacisznych kątach.

Brenna wróciła do męża i starała się spojrzeć na dziedziniec jego oczami.

– Musiałam sobie znaleźć jakieś zajęcie, czekając na powrót męża – albo na wiadomość o jego śmierci.

Musiał się dowiedzieć, że przez dziewięć lat mimo gniewu, konfuzji, a czasem prób zobojętnienia na niego i jego los, Brenna codziennie kładła się do łóżka, modląc, aby śmierć omijała go w jego podróży.

– Trzeba, w istocie, czymś się zająć. – Podał jej ramię, co jeszcze podkreśliło fakt, jak długo byli rozdzieleni i jak daleko zawędrował.

Mężczyźni z zamku i ziem przyległych pamiętali, żeby trzymać ręce przy sobie, jeśli chodzi o Brennę MacLogan Brodie. Nie podawali jej krzesła, nie pomagali przy wsiadaniu i wysiadaniu z powozu czy dosiadaniu i schodzeniu z konia.

A jednak Michael stał tam, wielki, muskularny mężczyzna ze zgiętym ramieniem, podczas gdy zapach śliskich kamieni, kwitnących róż i wetywerii wypełniał powietrze.

– Brenno Maureen, przy każdym otworze strzelniczym i oknie zamku stoi służący albo krewny, obserwując nasze powitanie. Chciałbym wejść do domu ramię w ramię z małżonką. Czy będziesz tak uprzejma?

Przebywał wśród Anglików, angielskich żołnierzy i to mogło wyjaśniać jego dbałość o pozory, nie stracił jednak szkockiego rozsądku.

Michael poprosił, żeby ułatwiła mu sytuację. Brenna otoczyła dłonią jego grube przedramię i pozwoliła, żeby ją eskortował do zamku.

Mógł pójść z żoną do łóżka. Ulga, jaką Michael Brodie odczuł na tę myśl, przyćmiła ulgę, że znowu słyszy języki dzieciństwa, gaelicki i szkocki, oba coraz powszechniejsze, w miarę jak wędrował dalej na północ.

Świadomość, że czuje pożądanie wobec ślubnej małżonki sprawiała większą ulgę niż to, że zastał zamek w dobrym stanie, a nawet fakt, że kobieta nie dostała ataku histerii na jego widok.

Żona, którą kiedyś zostawił, była bardziej dzieckiem niż kobietą, antytezą tej płomiennowłosej celtyckiej bogini spowitej w klanowy tartan do polowań i pełnej urażonej godności.

Dotarli do schodów prowadzących do wielkich drewnianych drzwi zamku.

– Pisałem do ciebie.

Brenna nie odwróciła głowy.

– Może twoje listy zaginęły.

Co za dumna obojętność. Mógł kochać się z żoną – każdy młody mężczyzna z odrobiną krwi w żyłach pożądałby kobiety u jego boku – ale było jasne, że taka możliwość nie gwarantuje, że tak się rzeczywiście stanie.

– Pisałem do ciebie z Edynburga, zawiadamiając, że wracam do domu.

– Edynburg jest piękny latem.

Cała Szkocja jest piękna latem, a dla człowieka, któremu słońce Andaluzji przypaliło boleśnie skórę, była piękna także w środku najsurowszej zimy.

– Byłem we Francji, Brenno. Poczta królewska nie dociera do Tuluzy.

Przed drzwiami zatrzymała się, przyglądając z uwagą metalowym zdobieniem starożytnego zamka.

– Dotarła do nas wiadomość, że zdezerterowałeś, potem, że umarłeś. Byli tu żołnierze z twojego regimentu i ostrzegali, żeby nie wierzyć wojskowym plotkom. A potem, miesiąc po zwycięstwie, zawitał tu jakiś oficer, chcąc cię odwiedzić.

Stojąc przed tymi starożytnymi drzwiami nie do zdobycia, Michael pogodził się z myślą, że jego decyzja, aby służyć królowi i ojczyźnie, zostawiła rannych tak w domu, jak i na kontynencie.

A jednak próbując teraz przeprosić, zepsułby wszystko.

– Gdybyś widziała odwrót do La Coruñy, Brenno, gdybyś była świadkiem chociaż jednej bitwy… – Kobiety widziały to wszystko, wraz z mężami i dziećmi. Zaraz za żołnierzami ciągnęła mniejsza, dużo bardziej narażona na ciosy, bezbronna armia zależnych od nich cywilów, głównie kobiet, cierpiąca i umierająca ze swoimi mężczyznami.

– Błagałam cię, żebyś mnie zabrał ze sobą. – Szarpnęła drzwi, otwierając je, ale cofnęła się, tak żeby Michael mógł wejść pierwszy do zamku.

Płakała i błagała przez pół ich nocy poślubnej, nie tyle jak zrozpaczona młoda żona, ile niepocieszone dziecko, a ponieważ był od niej starszy tylko o pięć lat, wymknął się rano, kiedy spała, ze łzami wciąż cieknącymi po bladych policzkach.

Szukał słów, szczerych, ale takich, które nie zraniłyby jej jeszcze bardziej.

– Modliłem się za ciebie każdej nocy. Myśl, że jesteś tutaj, bezpieczna i zdrowa, była dla mnie pociechą.

Zerwała kolczastą różę z kraty przy drzwiach i podała mu kwiat.

– Kto i co miało mnie pocieszać, Michaelu Brodie? Kiedy mi powiedziano, że przeszedłeś na stronę wroga? Kiedy mi doniesiono, że nie żyjesz? Kiedy sobie wyobrażałam, że schwytali cię Francuzi, albo coś gorszego?

Stali na schodach zamku, każde ich słowo można było usłyszeć w holu czy stojąc w pobliskim oknie. Zamiast zastanawiać się gorączkowo, czy żona pozostała mu wierna – retoryczne pytania nie dawały wskazówki – Michael przysunął się bliżej.

– Twój mąż wrócił do domu i z przyjemnością zatroszczy się o to, żebyś nie była niepocieszona.

Próbował nawet uśmiechem dać jej do zrozumienia, że mąż i żona mogą mieć pewne sprawy do nadrobienia, ale mąż i żona mogą sobie z tym świetnie i szybko poradzić.

Wydawała się skonsternowana – albo zirytowana. Nie był w stanie odczytać wyrazu twarzy własnej żony.

– Czy masz bagaż, mężu?

Owszem, miał. Wskazał gestem, żeby weszła pierwsza do holu.

– Jechał za mną wóz, ale nie podróżowałem z wieloma dobrami.

– Każę wstawić twoje rzeczy do niebieskiej sypialni.

Kiedy już miała pogrążyć się z szumem spódnic w czeluściach zamku, Michael chwycił ją za nadgarstek, zatrzymując przy sobie. Stała, zwrócona tylko częściowo w jego stronę, w dwuznacznej pozie, nie opierając się, ale także niekoniecznie wniebowzięta widokiem swojego dawno niewidzianego współmałżonka.

– Co się zmieniło? – Wielka sień, która, jak zapamiętał, zawsze wyglądała mniej więcej tak samo od czasu jego trzecich urodzin, wydawała się jakaś obca. – Coś musiało. Tutaj zawsze było… ciemno. Jak w wielkiej, lodowej jaskini.

A także zawsze biegały po niej myszy i pająki.

Wyrwała rękę z jego uścisku.

– Niewiele się zmieniło. Kazałam powiększyć okna, wybielić ściany, wyszorować podłogi. Należało wpuścić tu więcej światła, mieliśmy wtedy trochę grosza, a ludzie potrzebowali zajęcia.

– Umieściłaś balkon nad kominkiem.

Kazała także całe pomieszczenie wyszorować od biało-czarnej marmurowej podłogi po poczerniałe od dymu belki sufitu, usuwając brud dosłownie z kilku wieków.

– Sufity są tak wysokie, że tracimy całe ciepło. Kiedy rozpalamy ogień, na balkonie jest dużo cieplej niż na dole.

„Oswoiła” średniowieczną sień, nie niszcząc jej charakteru, sprawiła, że stała się… wygodna i przytulna. Bukiety róż zdobiły cztery spośród głębokich parapetów okiennych, na każdym krześle i kanapie leżał złożony pled Brodiech. Nie ten ciemniejszy, o bardziej skomplikowanym wzorze, używany do polowań, jaki nosiła Brenna, ale weselszy – czerwono-czarno-żółty, wkładany na co dzień.

– Bardzo mi się tu podoba, Brenno. Hol jest przyjazny i gościnny. – Nawet jeśli nie dało się tego powiedzieć o damie.

Wpatrywała się z natężoną uwagą w ogromne belki dwadzieścia stóp nad głową – a może wzywała niebiosa na pomoc – choć komplement wywołał na jej twarzy cień uśmiechu.

To już był postęp, choćby i nieznaczny.

Potem uśmiech zniknął.

– Angus, dzień dobry.

Michael powiódł oczami za jej spojrzeniem: w drzwiach zacienionego korytarza prowadzącego do kuchni stał krzepki mężczyzna w kilcie. Nawet w marnym świetle Michael rozpoznał wuja, który pełnił wobec niego rolę połowicznie brata, a połowicznie ojca; jego widok sprawił mu teraz w całości przyjemność.

– A zatem wioskowe plotki czasami się sprawdzają! Nasz Michael wrócił w końcu do domu. – Angus ruszył szybkim krokiem do sieni, kilt łopotał mu wokół kolan. – Witaj, chłopcze! Nareszcie! Bogu niech będą dzięki, żeś zdrów i w jednym, wielkim kawałku, hę?

Wuj objął go w niedźwiedzim uścisku, grzmocąc następnie po plecach; powitał go z entuzjazmem, jakiego Michael pragnąłby u żony.

U każdego.

– Z tej okazji należy się bez wątpienia kieliszeczek czegoś dobrego – oznajmił Angus. Włosy zupełnie mu posiwiały, choć był od Michaela niecałe dwadzieścia lat starszy. Niższego wzrostu niż Michael, miał mocną budowę ciała i wydawał się w dobrym zdrowiu.

– Człowiek musi coś zjeść, zanim go upijesz – wtrąciła Brenna. Stała parę stóp dalej, pod dwoma skrzyżowanymi mieczami dwuręcznymi, które lśniły jak reszta holu.

– Możemy zabrać tacę do biblioteki, kobieto – powiedział Angus. – Kiedy mężczyzna nie widział bratanka przez prawie dziesięć lat, whiskey jest bardziej na miejscu niż twoje placki, ha?

Brenna zarzuciła koniec pledu na ramię ruchem tak obojętnym, jakim francuski dragon wskakuje na siodło.

– Mój mąż zje właściwy posiłek przy odpowiednim stole, Angusie Brodie, a twój kieliszeczek poczeka na swoją kolej.

Angus stanął na szerzej rozstawionych nogach, kładąc pięści na biodrach – wskazując jasno, że bitwy toczą się nie tylko na kontynencie.

– Wuju, Brenna ma rację. Nic nie jadłem od rana. Jeden kieliszek mocnego trunku, a przyniosę wstyd własnemu dziedzictwu. Najpierw posiłek, potem whiskey.

Brenna przesunęła się, żeby wsunąć palec do białej wazy z różami, podczas gdy Angus posłał bratankowi żartobliwie nadąsane spojrzenie.

– Nasza Brenna prowadzi dobrą kuchnię, trzeba jej to przyznać. Oddaj jej sprawiedliwość i przyjdź do mnie, do biura, kiedy się porządnie najesz. Cieszę się, że wróciłeś, chłopcze.

Odszedł, frędzle przy sporanie uderzały go w masywne uda, a Brenna strząsnęła kropelki wody z palca.

– Czy wuj często krzyżuje z tobą szpady?

Wytarła palec o pled.

– Nie, teraz już nie. Zostawił mi zamek. Z pewnością tylko twój powrót wywabił go za drzwi. Co chciałbyś zjeść?

Czuł głód jej uśmiechów. Żołnierz po powrocie z wojny ma prawo pragnąć uśmiechów swojej żony.

– Cokolwiek, choć tęsknię za porządnymi rogalikami. Wiesz, Anglicy nie potrafią ich robić, skąpią masła i smarują wszystko swoimi okropnymi dżemami, podczas gdy do tego nadaje się tylko miód wrzosowy.

W porównaniu z lekkim wygięciem ust, jakie widział u niej wcześniej, ten uśmiech był… urzekający. Brenna wyrosła na śliczną kobietę, ale kiedy uśmiechnęła się wprost do niego, pomyślał po raz pierwszy, że może być także kobietą stworzoną do rozkoszy. W jej uśmiechu było ciepło i życzliwość, może nawet odrobina aprobaty.

– Partia świeżych rogalików właśnie wyszła z pieca, Michaelu Brodie. Jeśli się pośpieszymy, dostaniesz swoją część, zanim nadciągną kuzyni.

Poszedł za nią w głąb domu, obserwując, jak marszczy się jej spódnica, i wyobrażając sobie niegrzeczne sceny z małżeńskiej sypialni.

A potem sobie przypomniał, że niebieska sypialnia, dokąd Brenna posłała jego rzeczy, to pokój gościnny, oddzielony od apartamentów lairda zimnym, pełnym przeciągów korytarzem i wieloma drzwiami.

To był i nie był Michael, ten wiking, który zjawił się tak niespodziewanie. Przy stole wciąż zachowywał się powściągliwie – można by powiedzieć elegancko – bez sztucznej wyniosłości, jego oczy miały ten sam odcień zieleni i wciąż pachniał lekko wetywerią… A jednak nie był tym mężczyzną, którego poślubiła.

Brenna posmarowała mu masłem rogalika – trzeciego – i położyła na talerzu.

– Wiesz, próbowałam cię znienawidzić, ale mi się nie udało.

Zamarł, z kawałkiem pieczonej kuropatwy w połowie drogi do ust.

– Czemu przypisujesz to niepowodzenie?

Miło z jego strony, że nie zbeształ jej za tę uwagę, zważywszy, że był w domu niecałą godzinę.

– Kiedyś cię lubiłam.

Nie chciała, żeby to zabrzmiało tak smutno.

Uśmiechał się tak samo, jak w jej wspomnieniach, unosząc najpierw prawy kącik ust i ukazując dołeczek w prawym policzku.

– Można mieć nadzieję, że poślubiłaś chłopaka, którego lubiłaś.

Wyszłaby niemal za każdego, kto by się okazał chętny.

– Przekomarzałeś się ze mną, ale nigdy nie byłeś złośliwy.

A także trzymał ręce przy sobie – dłonie, które nie miały brudnych paznokci – choćby był nie wiadomo jak głodny, kiedy siadał do stołu.

Podał jej rogalik, który właśnie posmarowała.

– Patrzysz, jak jem już prawie pół godziny, moja pani, a jedzenie jest boskie. Proszę, skosztuj chociaż.

Brenna przyjęła rogalik, oderwała kawałeczek, a resztę odłożyła na jego talerz. Zanim go zjadła, próbowała skierować rozmowę na właściwe tory.

– Ciekawa byłam, czy żałowałeś naszego małżeństwa.

– Nigdy.

Wsunęła kawałek słodkiego ciasta do ust, głównie, żeby zyskać czas na przetrawienie tej odpowiedzi, szybkiej i pewnej, jak strzał z kuszy.

– Dlaczego więc zostawiłeś mnie dziewiczą, Michaelu?

– Żeby nie zostawić cię matką. – Mówił łagodnym głosem, podając jej następny kawałek rogalika palcami błyszczącymi od masła i miodu.

Zielone oczy, zwykle roześmiane i wyrażające pewność siebie, teraz pomroczniały. Nie kłamał, ale nie był całkiem szczery. Brenna wzięła od niego jedzenie, uświadamiając sobie, że też jest głodna, a kolacja dopiero za parę godzin.

– Jadamy późno o tej porze roku. Dni są długie, a noce takie krótkie.

Ponownie zajął się czyszczeniem własnego talerza, był zatem także roztropny, nie tylko głodny.

– Czy zdążę się wykąpać przed posiłkiem?

– Owszem, tak. – Brenna zjadła swój kawałek rogalika i oblizała palce. Złapała męża na tym, że jej się przygląda. – Każę przygotować ci kąpiel.

Odsunęła krzesło, a Michael zerwał się na nogi ze zdumiewającą szybkością.

– Nie musisz przestrzegać przy mnie salonowych manier, Michaelu. Od lat daję sobie radę bez tego, żeby mi ktoś przytrzymywał krzesło. – Odeszła bez pośpiechu.

– Kiedy mi o tym przypominasz, pewnie nie chcesz robić mi wyrzutów, ale ja tak to słyszę. Czy pomożesz mi w kąpieli? Żony na ogół oddają mężom takie przysługi.

Przypominał jej, że ich rozłąka i dla niego nie była łatwa, niech go diabli!

– Nie robię wyrzutów. Ja… – Była głodna i zmęczona i miała ogromny żal do męża, że wrócił – choć miała mu także za złe, że tak długo go nie było. Z jednej strony chciała mu pomóc w kąpieli, dotykać go i upewnić się, że jest prawdziwy. Jednak częścią duszy niemal go nienawidziła.

Niemal.

– Nie obudziłam się dziś rano, oczekując, że mój mąż wróci akurat tego dnia do domu. Odzwyczaiłam się od takich życzeń, a teraz oto się zjawiasz i co mam z tobą począć?

Co mam z tobą począć?

Czy w jakiś sposób zrozumiały tylko dla żołnierzy, którzy przez lata obcowali ze śmiercią, nienawidził jej i tych wszystkich, którzy przez te lata żyli w pokoju?

Wsunął jej krzesło z powrotem na właściwe miejsce przy stole.

– Porozmawiamy o tym, co trzeba zrobić, ale najpierw spłuczę z ciała kurz z podróży, wypiję kropelkę z Angusem, a potem przejdę się po zamku. Dzięki za strawę. Nic lepszego nie jadłem, odkąd opuściłem dom.

Wydawał się szczery, ale na tym polegał problem z mężczyznami – tak łatwo im przychodziło udawać szczerość. Albo może – stary dylemat – coś było nie tak z jej zdolnością dostrzegania prawdy.

Udała się do kuchni, żeby przekazać pochwałę lairda oraz zająć się przygotowaniem jego kąpieli. W tych okolicznościach Angus mógł towarzyszyć bratankowi przy kąpieli, ale Brenna nie mogła znieść tej myśli.

Angus nie wszedł nawet do zamku głównymi drzwiami, ale przeszedł przez kuchnię, jakby wciąż tu mieszkał albo spodziewał się, że znowu zamieszka.

Tak mogło się stać, ale tylko po trupie Brenny.

Brenna była żoną Michaela i Michael poprosił ją, żeby mu pomogła w kąpieli. Była gotowa zmierzyć się z tym wyzwaniem, póki nie znalazła wanny – nie w niebieskiej sypialni, ale we właściwej sypialni lairda. Jego zadufanie, to, że śmiał zmienić jej rozkazy, podsyciło tylko jej gniew, budząc w niej niemal wściekłość.

– Tutaj też sporo zmieniłaś – zauważył Michael, kiedy pokojówki wlewały resztę wody do wanny, cały czas zerkając ukradkiem na marnotrawnego lairda. – Moja żona lubi jasne, wesołe otoczenie. Dobrze się składa, bo ja także.

Czy spodziewał się pogodnego i radosnego małżeństwa? Z nią?

– Daj mi swoje buty, mój panie. Najstarszy syn Hugh pięknie je wyczyści. Czy masz przybory do golenia, które mogłabym znaleźć w twoich rzeczach?

Usiadł w bujanym fotelu, na którym Brenna lubiła haftować na koniec dnia. Fotel był stary i dość ciężki – jak prawie wszystko w zamku – a jednak jęknął pod ciężarem Michaela.

– Goliłem się dziś rano. Czy gdzieś w domu jest wciąż mój kilt? W swoich rzeczach mam kilt na uroczyste okazje. Myślę, że włożę go jutro, kiedy przywitam się ze służbą.

Zakurzony but zsunął się z nogi, ukazując odzianą w pończochę muskularną łydkę i wielką prawą stopę.

Brenna udawała, że sprawdza temperaturę wody, która okazała się cudownie gorąca.

– A więc nie zagustowałeś w tym, jak się noszą na południu?

– Miałem po uszy wszystkiego, co południowe. Tęskniłem za domem, tęskniłem okrutnie. – Ściągnął drugi but i podał jej oba.

Nie tęsknił okrutnie za nią i choć powinna to przyjąć z ulgą, poczuła ból. Dojmujący.

Wzięła buty i wyniosła je za drzwi, gdzie zastała małego Lachlana; tak więc straciła wymówkę, żeby przejść przez cały zamek aż do kuchni.

– Dziękuję, Lachlan. Spraw się dobrze. Przynieś mi jeden z kiltów twojego taty, które nosi na co dzień, i czystą koszulę z pralni. Zostaw je w salonie, zanim zabierzesz się do butów.

Chłopiec odbiegł, ukazując w uśmiechu wyrwę po dwóch przednich zębach. Za plecami Brenna usłyszała skrzypienie, mąż podnosił się z bujanego fotela.

– Ucieszysz się na wieść, że jesteś baronową – powiedział, rozpinając kamizelkę. – Albo wkrótce nią zostaniesz. Miałem nadzieję, że się wykręcę pasowaniem na rycerza albo tytułem baroneta, ale regent robi się sentymentalny wobec żołnierzy.

– Jestem baronową? – Nie zdumiałaby się bardziej, gdyby jej oświadczył, że jest brzemienna. – Przyznają ci tytuł?

Zawiesił kamizelkę na oparciu fotela; to był dziwny, a zarazem swojski, dodający otuchy widok.

– Kiedy mówiono, że przeszedłem na stronę wroga, w istocie pełniłem służbę dla króla, tak mi to przedstawił, w każdym razie, starszy oficer. Pomożesz mi z tym supłem?

Brenna przeszła przez pokój i stanęła przed nim; podniósł brodę.

– Służba dla króla w Tuluzie to niezbyt bezpieczne zajęcie, Michaelu Brodie. – Rozluźniła supeł, który rzeczywiście zaciągnął zbyt mocno.

Patrząc na jego szerokie ramiona, Brenna przypomniała sobie nagle, że Michael Brodie, jej zbłąkany mąż – a teraz także par królestwa! – był także roześmianym, chętnym do żartów, przyzwoitym mężczyzną, który poślubił ją, choć mógł łatwo zerwać umowę, jaką ich ojcowie zawarli przed laty.

Ile razy umknął śmierci w ciągu ostatnich dziewięciu lat?

Poczuła dziwną miękkość w kolanach, kiedy patrzyła na jego szyję.

– Nie chciałabym zostać wdową po tobie.

Z jakimi uczuciami by się nie zmagała – gniewem, żalem, zdumieniem, ulgą – każde było lepsze niż smutek.

Otoczył ją delikatnie ramionami, poczuła się zaskakująco dobrze w jego objęciach.

– Miło mi to słyszeć.

– Brzmisz jak Anglik. – Odsunęła się, zadowolona jednak, że jest w stanie w jakiś sposób mu dopiec. – Ubierasz się jak Anglik.

– Jednakże Anglicy na początku ledwie mnie rozumieli. – Podał jej swój pognieciony fular, który zawiesiła na kamizelce. – Nie cieszysz się z tytułu baronowej.

Wielka, płócienna koszula, którą rozpinał, kosztowała pewnie dość, żeby wyżywić chłopską rodzinę przez całe miesiące, a Michael oczekiwał, że się ucieszy z jakiegoś tam tytułu.

– Tytuł to kolejna niespodzianka, a ja nie lubię niespodzianek. Czy masz ambicję przyłączyć się do szkockiego przedstawicielstwa?

– Nie, nie mam. Ci nieszczęśnicy muszą obijać się po Londynie przez większą część roku, udając, że mają jakiś wpływ na lordów, którzy, rozpieszczani przez życie, nigdy nie wykopali kartofla ani nie spróbowali przyzwoitej whiskey. Dość Francuzów, dość Anglików i jak na razie dość mam także Irlandczyków i Niemców.

Ściągnął koszulę przez głowę i Brenna musiała znowu sprawdzić temperaturę wody. Nie stała się ani odrobinę chłodniejsza.

– Twoja matka była Irlandką, i to córką irlandzkiego hrabiego. Prawdziwą damą.

A jego siostry odesłano do Irlandii wkrótce potem, jak opuścił zamek.

– Tak jak Wellington jest Irlandczykiem – powiedział, rzucając jej koszulę – choć jego książęca mość nie lubi o tym wspominać. To dzięki przyjaźni księżnej z mamą Wellington zwrócił na mnie uwagę.

Brenna złożyła koszulę – arcydzieło z białego materiału i starannych, drobnych ściegów – koszulę, jaką mogłaby mu uszyć, gdyby został w domu. Koszulę, w jakiej mógłby umrzeć.

Ta niezwykła, małżeńska rozmowa, podczas której Michael odsłaniał coraz większe obszary nagiego ciała, budziła niepokój Brenny, stopniowo przeradzając się w panikę, którą odczuwała jako ściskanie w żołądku.

– Czy przywykłeś do tego, że damy pomagają ci przy kąpieli? – Ona z pewnością nie przywykła do tego rozbierania się, które szło mu tak szybko i swobodnie. Może żołnierze tracili tę skromność, ucząc się, jak maszerować i strzelać. Pierś i ramiona Michaela stanowiły masę mięśni, muskuły drgały na jego rękach, a brzuch… Bardzo starannie powiesiła jego koszulę na oparciu krzesła.

Michael znieruchomiał z dłońmi na zapięciu spodni.

– Nie jestem przyzwyczajony, żeby ktoś w ogóle mi pomagał przy kąpieli. Całymi miesiącami mogłem się kąpać jedynie w stawach i strumieniach, a robiąc to, ryzykowałem stratę ubrania, jeśli nie wolność czy życie. – Rozpiął parę guzików po bokach spodni i rzucił jej zdziwione spojrzenie. – Czy ty się wstydzisz, Brenno Maureen?

To już powiedział z bardziej szkockim akcentem. „Czy ty się wstydzisz…?”

Podczas gdy ona lekko poróżowiała na policzkach.

– Widziałam wielu nagich mężczyzn, więcej, niżbym sobie życzyła.

Nie powinna tego mówić, i to nie dlatego, że jej słowa zaintrygowały Michaela.

– Och, czy tak? – Przeszedł przez pokój powolnym krokiem drapieżnika. – Zatem, kiedy zrzucę spodnie, nie będziesz rozdarta między chęcią bezwstydnego wpatrywania się w utracone na tak długo klejnoty rodowe a pragnieniem ucieczki z zamku w panieńskim przerażeniu?

W sąsiednim pokoju ktoś otworzył drzwi, a chwilę później je zamknął.

– To pewnie Lachlan z czystym ubraniem dla ciebie.

Brenna mogłaby przemknąć obok męża, ale stał jej na drodze, nagi do pasa; w jego głosie nie było kpiny i nie uśmiechał się.

– Brenno Maureen?

Zawsze lubiła sposób, w jaki wymawiał jej imię, melodyjnie, jak czułe słowo. To nie był odpowiedni moment na takie wspomnienie.

Jednak, choć zła na Michaela, nie chciała go urazić, jeśli dało się tego uniknąć, nawet za cenę własnej dumy.

– Bardzo często widuję kuzynów i chłopów ze wsi, jak się kąpią w jeziorze. Wiedzą doskonale, kiedy jestem z Elspeth na murach albo w pokoju słonecznym, i nie mają cienia wstydu. Elspeth bardzo to bawi. Podoba jej się ojciec Lachlana, choć wątpię, żeby on zdawał sobie sprawę z jej uczuć.

Michael spojrzał na nią z góry.

– Co matka Lachlana sądzi o takim zamiłowaniu do czystości, które wymaga puszenia się w stroju adamowym wobec przyzwoitych kobiet?

– Annie nie żyje od pięciu lat, Michaelu. – Brenna podeszła do szafy, gdzie trzymała mydło i ściereczki. Grzebała w niej dłużej, niż było to potrzebne, usiłując, bez powodzenia, rozeznać się w swoich uczuciach.

– Czy przyniosłabyś moje czyste ubranie? – zapytał Michael. – Musisz sporządzić dla mnie listę tych, którzy odeszli, urodzili się albo pożenili. Powinienem to wiedzieć, zanim zacznę odwiedzać dzierżawców.

Nie wydawał się ani zrezygnowany, ani rozżalony, jedynie, być może, zdecydowany. Brenna wyszła z pokoju, układając już tą listę w głowie, bo wiele rodzin wyjechało do Nowego Świata i w każdej rodzinie, w ciągu dziewięciu lat, ktoś umarł – i ktoś się urodził. Kiedy wróciła do pokoju, Michael siedział w wannie, namydlając się pracowicie.

To było ładne z jego strony, naprawdę ładne.

2

Jeśli Brenna błądziła podczas długich lat nieobecności Michaela, to nie zapuszczała się zbyt daleko ani nie robiła tego zbyt często. Sądząc po jej niezwykłej skromności, dopuszczała się swoich szaleństw pod osłoną nocą, pod wieloma warstwami koców i bez ani jednej zapalonej świeczki.

Z jednej strony szkoda – dziewice i niemal dziewice wymagały podobno mnóstwo zachodu, z drugiej – była to ogromna, słodka ulga.

– Myślę, że się jednak ogolę – oznajmił Michael, kiedy udało mu się zmyć cały nawarstwiony brud. – Może przyniesiesz mi także przybory do golenia?

Jego żona czmychnęła z pokoju, jakby atakował ją szwadron dragonów, co pozwoliło Michaelowi wyjść z wanny, wytrzeć się do sucha i ubrać w zwykły, ciemny, roboczy kilt. Żonę poprosił jedynie, żeby spłukała mu namydlone włosy, a i to przywołało na jej policzki żywy rumieniec.

I to milczenie; Brenna była spokojną dziewczyną, stała się milczącą kobietą.

– Dziękuję – powiedział Michael. Wziął od niej przybory i podszedł do okna. Zamek Brodie był w istocie elżbietańskim dworem z kamienną wieżą przy środkowym skrzydle i grubymi murami dla ochrony przed szkocką zimą.

Michael wyjął nożyczki, brzytwę, grzebień, osełkę i pędzel do golenia; ten ostatni zamoczył w wannie i namydlił mydłem od Brenny.

– Dodajesz do mydła zapach wrzosu i czego jeszcze? – zapytał, ponieważ rozmowa o drobiazgach wydawała się najlepiej sprawdzać w stosunkach z żoną, która miała wszelkie powody, żeby go nienawidzić.

– Lawendy, odrobinę rozmarynu, kroplę wetywerii. Używam tego, co jest pod ręką w zależności od pory roku. Olejek różany trzymam do prezentów.

Michael naostrzył brzytwę i podniósł brodę.

– O której jutro powinniśmy przeprowadzić inspekcję służby? Z pewnością niecierpliwią się, żeby mnie poddać inspekcji.

W lustrze zobaczył, że żona przestała sprzątać w okolicy wanny – albo przestała udawać, że to robi. Uważał bardzo, żeby nie uronić ani kropli na podłogę. Brenna obserwowała, jak się goli.

– Odbębnimy to wcześnie. Jest sporo pracy do zrobienia, a pogoda będzie ładna.

Wcześnie – według standardów szkockiego lata – nie brzmiało pociągająco dla człowieka, który przewędrował setki mil na grzbiecie konia.

– A zatem niech będzie wcześnie. Czy stara Maudie wciąż prowadzi nam dom?

– Owszem, tak.

– A Dabnich nadzoruje dzierżawców i gospodarstwa?

Twarz Brenny niczego nie zdradzała, pobudzając ciekawość Michaela.

– Angus przejął te obowiązki. Chłopcy Dabnicha przenieśli się do Bostonu, a on i jego pani pojechali za nimi.

Michael usiłował przetrawić te informacje, goląc górną wargę.

– Czy miałabyś coś przeciwko temu, żebym zgolił brodę? – Nienawidził brody. Swędziała od niej skóra, a jedzenie stawało się wyzwaniem. Poza tym ta rozmowa zaczynała go męczyć.

– Jeśli ci to odpowiada…

– A czy przytniesz mi włosy?

Zdecydował, że nie pozwoli jej całego małżeństwa spędzić w drugim końcu pokoju, a nawet jako młoda dziewczyna Brenna nie znosiła niechlujstwa.

– Podobają mi się twoje włosy.

Skaleczył się w brodę.

– Podobają ci się moje włosy?

Otworzyła szafę, żeby odłożyć swoje pachnidła i mydło.

– Tak. Teraz są bardziej rude. Dwoje rudowłosych ludzi zwykle ma rude dzieci.

Ponieważ mogła się odwrócić i zobaczyć wyraz jego twarzy w lustrze, Michael zachował poważną minę; pamiętała kolor jego włosów sprzed lat i myślała, żeby mieć z nim potomstwo.

Kolejny postęp, ale, podobnie jak przeklęci Francuzi, bardzo niechętnie ustępowała pola.

– Czy mogę dostać tę koszulę?

Złożyła czystą koszulę co najmniej dwa razy, ale teraz mu ją rzuciła.

– Może być trochę na ciebie za mała. Hugh nie jest taki szeroki w ramionach.

Baronowa Michaela nie prawiła mu komplementów.

Hugh nie korzystał z usług londyńskich krawców, podobno najlepszych na świecie, jednak koszula była czysta i dobrze uszyta. Michael zostawił dwa górne guziki niezapięte, żeby czuć się swobodniej.

– Muszę mieć gdzieś czysty krawat w mojej torbie. – Tym razem, zamiast dawać swojej damie kolejny pretekst, żeby uwolnić się na chwilę od jego obecności, sam przeszedł przez hol i wrócił z torbą podróżną.

Kiedy stał przed lustrem, wiążąc krawat na szyi, Michael zauważył odbicie Brenny – stała z ramionami skrzyżowanymi na piersi, ciasno owinięta pledem.

– Skąd ten mars na twarzy, żono?

Chciał, żeby sprzeciwiła się temu, że przeniósł swoje rzeczy do pokoju, który najwyraźniej był jej sypialnią. Chciał, żeby wytoczyła bitwę, bo każda walka wymagała zaangażowania obu stron.

– Czy będziesz chodziła po zamku boso?

– Połowa kobiet w Edynburgu chodzi boso teraz, kiedy rozmawiamy, bo buty są zbyt kosztowne, żeby marnować pieniądze na letnie obuwie.

Spodziewał się, że mu odpowie, że nie jest żoną handlarza ryb, która rozstawia swój stragan w porcie, ale Brenna tylko wlała wodę po goleniu do wanny, wytarła brzytwę, rzuciła ręcznik, którym się wycierał, na stos mokrych ściereczek na podłodze i zaczęła pakować jego przybory do golenia.

– Byłabyś znakomitą żoną dla oficera.

Podała mu przybory, związawszy tasiemki przy torebeczce w piękną kokardkę.

– Można by powiedzieć, że jestem żoną oficera.

Byłaby doskonałym oficerem. Zamiast narażać się na kolejny symboliczny cios sztyletem ze strony żony, Michael skupił się na czesaniu swoich zbyt długich włosów, odsuwając je z czoła.

– Angus czeka na ciebie – przypomniała mu Brenna. – Uważaj, żeby cię nie spił. Służba śledzi cię od momentu, kiedy wjechałeś na dziedziniec. Miałeś rację co do tego.

Odłożył na bok przybory, zdecydowawszy, że uzyska od niej jakieś ustępstwo.

– Skoro tak, to spędzę tu dzisiaj noc, Brenno Brodie. Jesteśmy mężem i żoną, a baron potrzebuje dziedzica.

Zmarszczyła nos – wyglądała młodziej i nie tak groźnie.

– Jakiś konkretny baron?

Brenna dokonała zręcznego uniku w tej walce na słowa, niczym szermierz w pojedynku na szpady.

– Jesteśmy baronem i baronową Strathdee. – Tytuł brzmiał przyjemnie w jego uszach, nawet jeśli nie wywierał specjalnego wrażenia na jego małżonce.

– Udał nam się połów w rzece Dee. Spotkamy się przy kolacji.

Zeszła z pola bitwy, żeby wysprzątać, uporządkować czy w jakiś sposób urządzić kolejny zakątek domu, a jednak Michaelowi nie wydawało się, żeby zmusił żonę do odwrotu. Baron może potrzebować dziedzica, ale mężczyzna poślubiony Brennie Brodie potrzebował współpracy żony, jeśli jacyś dziedzice mieli się w ogóle pojawić.

Z tą niezbyt pocieszającą myślą Michael ruszył boso na niższe piętro, gdzie czekał na niego mały kieliszeczek – albo dwa.

– Nienawidzę Szkocji. Góry są szare i wstrętne, drogi wyboiste i wszyscy dziwnie mówią.

Niania Maeve nie przejęła się tą litanią; równie dobrze mogłaby być głucha, Maeve wytoczyła zatem cięższą artylerię.

– Potrzebuję do wygódki.

Prebish przestała gapić się przez okno i posłała podopiecznej uśmiech, który nie zwiódł jej ani przez chwilę.

– Byłaś w wygódce w ostatniej karczmie pocztowej, a jeśli chcesz mnie przekonywać znowu, że umierasz z głodu i pragnienia, wiesz, że koszyk jest pod ławką.

– Nie ma w nim niczego poza rogalikami, a do tej pory zrobiły się czerstwe. Herbata w butelce też już wystygła i jest nie do picia. – Tak jak zimne i nie do zniesienia stało się życie Maeve.

– Doceń dobre jedzenie, póki je masz, dziecko. Czasy są ciężkie i nie każda mała dziewczynka ma tyle szczęścia co ty.

Prebish była papistką, co dla Maeve oznaczało, że modliła się często, była po imieniu z mnóstwem świętych i nie martwiła się za bardzo, kiedy ktoś umierał. Kiedy Maeve była naprawdę malutka, usłyszała niejedną wspaniałą historię, siedząc na potężnych kolanach Prebish. W związku z tą długą znajomością – i niemiłym uczuciem ściskania w żołądku – Maeve zadała pytanie, które dręczyło ją, odkąd opuściły Irlandię.

– Skoro mam tyle szczęścia, to dlaczego Bridget odesłała mnie tak bardzo, bardzo daleko?

Tak przeraźliwie daleko. Szkockie drogi to był drobiazg w porównaniu z kołysaniem na irlandzkim morzu i dziwną mową, jaką posługiwano się w Belfaście i Glasgow. W miastach portowych Prebish trzymała Maeve za rękę, a dziewczynka nie protestowała.

– Twoja siostra spodziewa się dziecka, moja Maeve, a twój starszy brat został szkockim baronem. Jest głową rodziny i właściwą osobą, żeby się tobą zająć teraz, kiedy skończył się ten nonsens na kontynencie.

Nonsensem Prebish nazywała wszystko od kłótni pokojówek, przez wojnę, do całkiem rozsądnych argumentów Maeve, żeby nie zaplatać jej włosów każdego dnia bez wyjątku.

– Powiedz mi jeszcze raz, jak mój brat wygląda.

Uśmiech Prebish zmienił się, stał się zadumany – czy smutny?

– Kawał chłopa, ten twój brat Michael. Wysoki jak Hamish Heckendorn, z zielonymi oczami i jasnymi włosami. Śmiał się dużo, kiedy go znałam, a twoje siostry go uwielbiały.

– Czy nadal się śmieje? – Bo jakie znaczenie miało to, że człowiek był wyższy niż kowal w Darrow, jeśli miał burkliwe i marudne usposobienie?

– Był długo poza domem, na wojnie, Maeve. To może zdusić śmiech w człowieku, ale nic lepiej go nie przywraca jak dziecko.

A kto miał przywrócić śmiech Maeve?

Góry nigdy się tu nie zmieniały. Objeżdżanie ich zajęło cały dzień, a im dalej od wybrzeża, tym drogi stawały się gorsze. W Aberdeen Prebish oznajmiła, że potrzebują dnia na odpoczynek, ale powiększył im się bagaż i z większym ciężarem podróżowało się jeszcze trudniej.

– Czy mój brat mnie polubi?

Prebish nie zamierzała zlekceważyć tego pytania. Maeve widziała, jak jej stara twarz marszczy się w zamyśleniu.

– Pokocha cię i ty go pokochasz, bo tak to jest w rodzinie.

Maeve sięgnęła pod ławkę po koszyk z rogalikami – wcale nie były czerstwe – i odgryzła kęs, mając nadzieję uspokoić żołądek. Prebish mówiła prawdę, w rodzinie wszyscy się kochają – nawet rodziny, które odsyłają ukochane małe dziewczynki do obcych, górzystych krain – ale Prebish nie odpowiedziała na pytanie Maeve.

Czy Michael, brat, którego nigdy nie widziała, ją polubi?

Brenna zostawiła swojego świeżo wyszorowanego męża przy pierwszej sposobności; musiała się czymś zająć, żeby nie rzucić się na niego w ataku paniki.

Jednak przy stole zwykle nie rozmawiało się o dziedzicach, toteż miłą kolację podano o godzinę wcześniej niż na co dzień.

Z której Brenna nie spróbowała ani kęsa.

– Angus twierdził, że podajesz dobre posiłki, i mówił prawdę. – Michael uśmiechnął się i nadział plasterek sera na czubek małego noża z kościaną rączką. Brenna wzięła ser, wiedząc, że zjadła mniej, niż potrzebuje zając w lecie.

Zignorowała komplement i uśmiech, ponieważ Angus sypiący pochwały był miejscowym odpowiednikiem Greków przybywających z darami[3].

– Dziękuję. – Podziobała ser, woląc nie zastanawiać się, o czym jeszcze Angus opowiadał przy jednym czy trzech kieliszkach whiskey.

– Czy Angus zwykle tutaj jada?

– Mieszka we wdowim dworku i ma tam dobrą opiekę. Wiesz, to jest nasz ser. Bardzo go lubię.

Wyraz twarzy Michaela wskazywał, że unik Brenny nie podziałał.

Ukroił sobie gruby plaster sera jednym, czystym cięciem.

– Dlaczego mój wuj rezyduje we wdowim dworku, podczas gdy mamy cały zamek, który może pomieścić rodzinę?

– Zamek jest pełen przeciągów i kurzu, bez udogodnień, zdaniem Angusa. – Podczas gdy wdowi dworek, zbudowany na skutek nalegań matki Michaela, był klejnotem architektury, wygodnym i pełnym innowacji. – Twój ojciec dał mu prawo użytkowania dworku za zgodą twojej matki.

To nie było dalekie od prawdy, jeśli ufać bajaniom niezbyt trzeźwego zmarłego lairda. Brenna zbyt sobie ceniła nieobecność Angusa, żeby kwestionować to wyjaśnienie.

– Sądzę, że tyle możemy zrobić dla Angusa, jeśli się tam zadomowił. Czy twoi kuzyni będą z nami spożywać posiłki?

Kiedy Brenna zjadła ser i popiła go resztką wina, uświadomiła sobie, że Michaelowi bardzo zależy, żeby odnowić więź z własnymi ludźmi. Chciał poznać służbę z samego rana, poprosił o listę nieobecnych z różnych powodów, zanim wziął kąpiel, a teraz zainteresował się tym, co robili jej kuzyni i ich rodziny.

– Chodź – powiedziała, wstając. – Odpowiem na twoje pytania po drodze.

Ponieważ przesunęła kolację na wcześniejszą godzinę i ponieważ byli w Szkocji, słońce jeszcze nie zaszło. W środku lata zmrok zapadał godzinami – można było wtedy wykonać jakąś pracę albo przemówić mężowi do rozumu.

– Dokąd mnie zabierasz, Brenno? – Był rozbawiony, nie obawiał się porwania.

– Prosiłeś o listę tych, którzy odeszli z majątku pod twoją nieobecność. Zaczniemy od kościoła.

Kaplicę zamkową zburzono podczas fali reformatorskiego zapału sprzed lat, a kamienie użyto do innych celów, więc Brenna poprowadziła męża przez poternę, boczne wyjście, w dół zalesionego wzgórza, w stronę wsi.

– Nawet drzewa urosły – zauważył Michael. – Czy nadal mamy dziczyzny pod dostatkiem?

– Mamy i dzięki Bogu za to. Mamy dziczyznę, łososia, kuropatwy, baraninę, owies, a za wełnę kupujemy inne rzeczy. Dbam o ogrody kuchenne; oranżeria dostarcza paru frykasów. Angus pewnie rozmawiał z tobą o plonach.

Brenna nie mogła zapytać bardziej wprost o tę godzinę, którą Michael spędził z wujem za zamkniętymi drzwiami. Angus opowie Michaelowi historię Brenny, w takim miejscu i czasie, które postawią go w dobrym świetle, a obciążą Brennę – albo ją zniszczą.

Michael wziął ją za rękę. Po prostu splótł palce z jej palcami, idąc dalej swobodnym krokiem, podczas gdy w głowie Brenny zapanował zamęt.

– Angus narzekał, oczywiście. Wesoło, bo my, Szkoci, zawsze narzekamy wesoło, ale dał mi jasno do zrozumienia, że jestem jego dłużnikiem za utrzymanie majątku przez ostatnich dziesięć lat, podczas gdy na naszej ziemi trudno jest hodować nawet najbardziej odporną rasę owiec.

– Pięć lat – sprostowała Brenna. – Twój ojciec spadł z konia pięć lat temu, a do końca bardzo dobrze zarządzał majątkiem. – Choć poza tym nie radził sobie tak świetnie.

– Czy możemy chwilę odpocząć? – Michael nie puścił jej ręki, tylko zatrzymał się na małej polance. Wrzos wyrastał wśród paproci, a wieczorne słońce przebijało się przez leśny mrok. Zapach świeżej zieleni uspokajał.

Michael zahartował się, znosząc trudy w wojsku, nie prosił o odpoczynek, ponieważ bolały go stopy.

– Zaraz się ściemni – powiedziała Brenna.

Michael jednak nie puścił jej dłoni.

– Żołnierz uczy się doceniać piękno tam, gdzie je znajdzie. Opowiedz mi o dniu, kiedy umarł mój ojciec.

Pięć lat wcześniej Brenna nie wiedziała, na jaki adres pisać do męża, a nawet czy on nadal żyje.

– Usiądziemy, mężu?

Przed wiekami ktoś postawił na polance zwykłą ławkę z desek; ławka przetrwała. Brenna oswobodziła rękę i usiadła, ale drań po prostu usiadł obok niej i znowu ujął jej dłoń.

– Czy byłaś tu, kiedy umarł?

– Byłam przy nim. Prosił, żebym ci o nim przypomniała i powiedziała, że był z ciebie dumny.

Michael skulił się, opierając jedno przedramię na udzie. Siedział tak dłuższą chwilę, zanim się odezwał.

– Jeśli Bóg pobłogosławi nas dziećmi, powiemy im, że jesteśmy z nich dumni, ale powiemy im także, że je kochamy, a kiedy wyjadą, powiemy, że za nimi tęsknimy i każdej nocy modlimy się, żeby były bezpieczne.

– Tak.

Współczuła mu, choć bardzo tego nie chciała, bo nie był tym samym wesołym, przystojnym chłopcem, który przed laty wyruszył na wojnę. Był teraz i bardziej, i mniej tamtym młodym człowiekiem, a te zmiany dokonały się poprzez wyrzeczenia, przemoc i cierpienie.

– Czy było strasznie we Francji?

Podniósł jej dłoń do ust i pocałował kostki dłoni.

– Tak, było strasznie, z wielu powodów. Pod wieloma względami wojna okazała się gorsza dla Francuzów. Poświęcili tysiące najlepszych, najśmielszych młodych ludzi dla żądzy krwi Korsykanina, tak więc niewielu zostało w domu, żeby doglądać zbiorów czy wychowywać dzieci. Trudno było nie podziwiać Francuzów, tak jak oni niechętnie podziwiali odwagę i wytrwałość swoich wrogów.

– Cała ta rycerskość doprowadziła tylko do tego, że pojawiło się więcej wdów i sierot. – I rannych, głodujących żołnierzy.

– Tak jest.

Brenna szukała czegoś, co mogłoby mu przynieść pociechę.

– Twój ojciec pod koniec życia bywał często podchmielony, ale nie bardziej niż każdy starzejący się laird. Męczyła go podagra i trunek dawał mu wytchnienie. Dosiadał ulubionego konia i po prostu coś nie wyszło, kiedy skoczyli.

Znowu minęła chwila ciszy; w lesie o zmroku panowały cisza i spokój. Wiewiórki popiskiwały i skakały wokół, ptaki fruwały z gałęzi na gałąź.

– Nawet na polu bitwy coś takiego może się zdarzyć – powiedział cicho Michael. – Straciliśmy wielu żołnierzy na skutek chorób i wyczerpania, więcej niż od kul. Zbyt wielu.

Nie wiedziała, czy to „my” odnosi się do Francuzów czy Anglików. Prawdopodobnie do jednych i drugich.

– Twój ojciec prosił także, żebym przekazała wyrazy miłości twojej matce i siostrom. Napisałam list do twojej matki. – Był dumny z syna, ale to jego żona i córki dostały jego miłość, zbyt późno, oczywiście, ale jednak.

Znowu ucałował kostki jej dłoni.

– Dziękuję.

Miał tak ponury wyraz twarzy, że Brennę bolało serce.

– Wiesz, jeżdżę na tym wałachu. Boru to świetny wierzchowiec, choć Angus chciał go zastrzelić.

– Wobec tego jutro pojeździmy konno, ty i ja.

– Jeśli pogoda pozwoli. – Tyle że najpierw musieli przetrwać noc. – Ruszymy dalej? Zaraz zrobi się ciemno i nie da się czytać znaków na kamieniach.

– Prowadziłaś mnie do kościoła?

– Tak. – Ciągle trzymał jej dłoń w swojej. Jako młody człowiek też był taki, uczuciowy, skory do uśmiechu i przelotnej pieszczoty. Kochała go za to, kochała rozpaczliwie. – Michael, rozumiem, że będziemy dzisiaj dzielić łoże, ale jeśli oczekujesz…

Siedział obok, trzymając jej dłoń, z nieodgadnionym wyrazem twarzy w leśnym mroku.

– Jeśli oczekuję?

Wstała i przeszła przez polanę; gałązki trzaskały pod jej butami. Może to była rozmowa, którą należało przeprowadzić poza murami zamku, a przynajmniej ją zacząć.

– Nie mogę zbliżyć się cieleśnie do obcego człowieka.

– Przestraszyłbym się, gdybyś mogła, ale ja nie jestem obcy, jestem twoim mężem.

Szedł za nią przez polanę, a ona nie słyszała żadnego dźwięku. Ciepło jego ciała, zapach wetywerii i jego głos powiedziały Brennie, że mąż stoi tuż za nią.

– Dlaczego nie wróciłeś do domu, Michaelu? Zawieszenie broni zawarto przeszło dwa lata temu, a nie służyłeś podczas stu dni. Jesteś na brytyjskiej ziemi ponad dwa lata i przez cały ten czas dostałam od ciebie raptem jeden krótki list.

– Jesteś rozgniewana – powiedział, kładąc jej ręce na ramionach. – Mogę to zro…

Brenna wyrwała się z jego uścisku, odwracając twarzą do niego.

– Nie jestem rozgniewana, a ty nie jesteś w stanie zrozumieć, nie bardziej niż ja rozumiem, dlaczego rok po roku siedziałeś we Francji za linią wroga, wypełniając jakieś zadanie, którego nie miałeś czasu wyjaśnić własnej żonie.

– Raczej nie należy zdradzać, gdzie się przebywa za linią wroga, Brenno.

– Raczej nie przebywa się za linią wroga latami, żeby odczekać potem jeszcze dwa lata, zanim się wróci do domu, Michaelu. – Światło gasło, a ta rozmowa nie była celem ich wyprawy poza mury zamku.

– Musiałem się wywiązać z zadania ku własnemu zadowoleniu i tak, żeby usatysfakcjonować przełożonego.

Do diabła z jego przełożonym.

– Każdy żołnierz dostaje przepustki, Michaelu Brodie, ja jednak nie dostałam przepustki od bycia twoją żoną. Wiesz, myślałam o tym, żeby pojechać do Londynu. Stanąć na twoim progu i sprawdzić, czy mnie rozpoznasz.

Milczał, nie próbując nawet przepraszać czy wyjaśniać.

– Twoi rodzice rozstali się z praktycznych powodów – powiedziała, bo jakakolwiek reakcja z jego strony była lepsza niż to przeciągające się milczenie. – Wiele par tak robi.

– My się nie rozstaniemy. – Brzmiał dokładnie tak jak jego ojciec, a także jak wuj.

– Nie skonsumowałeś naszego małżeństwa, kiedy miałeś okazję, wojowałeś dłużej, niż było trzeba, nie zawracałeś sobie głowy pisaniem do żony dwa razy na rok i teraz zjawiasz się w domu, oczekując… czego? Dziedzica w drodze przed Bożym Narodzeniem? Czy jesteś niespełna rozumu?

– Nie rozstaniemy się, Brenno Brodie. Angus powiada, że nasze finanse nie są w najlepszym stanie, wielu dzierżawców wyjechało do Nowego Świata, Anglicy nakładają jeden podatek za drugim, a ci, co zostali, potrzebują lairda i jego damy. Matka nigdy nie powinna była wyjeżdżać do Irlandii.

– Taki jesteś pewien – odparła Brenna – a nic o tym nie wiesz, bo cię tu nie było, czyż nie? – Gorycz w jej głosie musiała do niego dotrzeć, bo Michael wydawał się poruszony.

– Michaelu – powiedziała łagodnie – rozstaliśmy się na prawie dekadę. Nie chcę być już twoją odrzuconą żoną, tak jak ty nie chcesz iść w ślady rodziców, ale założenie rodziny to nie jest kolejny rozkaz z kwatery głównej, który trzeba wykonać natychmiast.

– Nie pojmuję… – Zamilkł i w jego milczeniu Brenna domyślała się muru męskiej dumy i szkockiego uporu. Gdyby postawił na swoim, pewnie poszedłby z nią do łóżka i kochał się z nią, co najmniej parę razy przed świtem, odhaczając to na liście, jako jedno z wykonanych zadań.

Jej dusza – i kolacja w żołądku – buntowały się na samą myśl o tym.

– Nie wiem, jaki jest twój ulubiony deser – powiedziała. – Nie wiem, jaki taniec najbardziej lubisz i czy wciąż je pamiętasz. Czy lubisz wrzosowe ale, czy raczej zagustowałeś w angielskich napitkach? Czy będziesz całe dnie polować na wrzosowiskach, jak twój ojciec, czy też masz głowę do liczb jak twoja matka?

– Co to ma wspólnego z poczęciem dziedzica? – odparował, podchodząc bliżej. – Żołnierz przyzwyczaja się zarówno do trudów, jak i skromnych wygód dostępnych w czasie wojennym. Mogę cię zapewnić, moja pani, że mężczyzna i kobieta nie muszą znać się szczególnie dobrze, żeby cieszyć się…

Brenna zakryła mu usta dłonią.

– Jeśli zamierzasz właśnie porównać swoją żonę do obozowej prostytutki, Michaelu Brodie, to radzę ci zastanowić się nad słowami.

Odezwał się zza jej palców.

– Czy to cię bawi?

Opuściła rękę. Pierwszy raz, kiedy dotknęła go z własnej woli, zrobiła to po to, żeby zmusić go do milczenia i, owszem, wydawało jej się to zabawne, a także dające jakąś nadzieję.

– Myślę, że to smutne, że jedyną pociechę przynosiły ci prostytutki. Ja, jednakowoż, do nich nie należę.

Brenna była tego diabelnie pewna.

– Nigdy nie przyszłoby mi do głowy cię z nimi porównać, ale szkockich baronii nie nadaje się co dzień.

– Daj spokój. – Ruszyła ponownie ścieżką w stronę zamku. – Nie dbasz o tytuły i ceremonie, zwłaszcza te, których dostępujesz z łaski angielskiego suwerena. Byłam wobec ciebie lojalna i byłam ci wierna przez cały czas trwania tej małżeńskiej farsy, Michaelu Brodie, i jeśli jesteś uczciwy, przyznasz, że wiele innych kobiet nie dochowałoby w takim stopniu, jak ja, wierności przysiędze.

Zostawiła go w gęstniejącym mroku, niczego nie ustaliwszy, poza własną pozycją w kwestii sławetnych dziedziców.

I tego, że Michael się z nią nie zgadza.

– Wszystko zepsułem.

Odgłos monotonnego żucia świadczył o tym, że dla Diabła niezręczne postępowanie pana z żoną nie miało szczególnego znaczenia. Diabeł był jednak wałachem, a letnia trawa miała wyjątkowy smak.

– To nie jest ta Brenna, którą zostawiłem – dodał Michael. – Nie ta Brenna, za którą modliłem się każdej nocy, biwakując obok konia na terenach wroga, kiedy śmierć mogła nas w każdej chwili wyrwać ze snu.

Wtedy, tak jak teraz, regularne głośne mlaskanie konia uspokajało, przekonując, że wszystko jest w porządku, żadne wrogie oddziały nie przedzierają się w ich stronę, żeby zniszczyć armię Wellingtona.

– Bogu wiadomo, że nie tęsknię za Francją. Za Londynem też nie.

Diabeł przesunął się o parę kroków; miał nos do koniczyny jak żaden inny, znany Michaelowi koń. Michael także się przesunął, próbując ułożyć się jak najwygodniej na łące, żeby móc obserwować wschodzące gwiazdy.

– Tęsknię za… czymś. – Tęsknota za czymś stała się nawykiem, szkodliwym nałogiem. Tak jak whiskey mogło stać się nałogiem. – Nie należało zwlekać tak długo w Londynie, ale St. Clair mnie potrzebował.

Żona Michaela dała mu do zrozumienia, że też go potrzebowała, choć Michael nie wiedział jak bardzo. Brenna wydawała się niezwykle samodzielna, była też kobietą, która nie wahała się określać swoich potrzeb i pragnień.

A także mówić o tym, czego sobie nie życzyła; wydawało się, niestety, że jej małżeństwo – albo mąż – do tych rzeczy się zaliczali.

Końskie wargi zatrzęsły się nad włosami Michaela. Podrapał zwierzę po uchu, tak jak koń go nauczył.

– Nie zrobiłem odpowiedniego rozpoznania, koniu. Wellington nigdy nie wydawał bitwy, nie naradziwszy się przedtem, jeśli to było możliwe, z oficerami wywiadu, a St. Clair wydawał się wiedzieć rzeczy, o których nawet ptaki nie śpiewały.

Michael nie tęsknił także za swoim dawnym oficerem przełożonym, nie bardzo. Choćby dlatego, że drań napawał się teraz małżeńskim szczęściem.

– Angus powiedział, że Brenna może być trudna. – Ta nieprzyjemna myśl wymagała kolejnego łyku z flaszki. – Domyślam się, że wuj i moja żona nie przepadają za sobą, ale przecież wuj sprzeciwiał się temu małżeństwu.

Powiedział mu o tym ojciec; w tamtym czasie to tylko wzmogło determinację Michaela, żeby stanąć przed ołtarzem.

– Byłem kiedyś bardzo opiekuńczy wobec Brenny. Była taka cicha i krucha. – I ładna; nadal była ładna, ale już nie taka krucha, a jej milczenie wyrażało niezadowolenie dorosłej kobiety.

Światło rozbłysło w zamkowych oknach, a niebo nad głową wypełniło się gwiazdami.

– Wuj powiada, że Brenna potrzebuje silnej ręki, że jest wyniosła i miewa dziwaczne kaprysy. – Choć Angus mówił o tym niechętnie, Michael miał ochotę dać mu w twarz za to, że obmawia kobietę, która tyle zniosła.

Przechylił flaszkę, starając się nie myśleć o tym wszystkim, co Brenna musiała znieść bez męża u boku.

– W Hiszpanii było wściekle gorąco. Jednak spaliśmy w ubraniach. – Czy Brenna śpi w ubraniu, nawet latem? Czy jest gotowa na podstępny atak w środku nocy?

– Rozumiesz, jeszcze nie zawinąłem do portu, w gruncie rzeczy. – W zamku zapaliło się kolejne światło, tym razem w sypialni lairda. – To mi nie pomaga.

Michael leżał w chłodnej, wilgotnej trawie, próbując sobie przypomnieć, w którym momencie jego rozmowa z żoną potoczyła się w niewłaściwą stronę. Kolacja była pyszna, obfita i całkiem przyjemna… a potem, na polanie, Brenna oznajmiła, że nie życzy sobie, żeby korzystał z przywilejów męża, i nagle znalazł się w przedsionku Hadesu.

– Czego się spodziewałem? – zapytał, drapiąc konia pod brodą. – Brenna miała rację. Nie chciałem porównać jej do ladacznicy, ale porównałem cielesne obcowanie z nią do tego, co zachodzi między prostytutką a jej klientem. Kobiecie należy się dużo więcej ze strony męża i dlaczego miałaby kochać się z jakimś gałganem?

Coś w tej rozmowie podniosło go jednak na duchu. Coś w związku z…

– Nie zdradziła mnie, koniu. Moja Brenna Maureen nie zbłądziła ani razu.

Choć Angus twierdził, że zadurzyła się w owdowiałym kuzynie, a kuzyni często żenią się między sobą.

– Myślisz, że mi uwierzy, jeśli powiem, że ja także jej nie zdradziłem?

Koń odsunął się w poszukiwaniu świeżej koniczyny, a Michael podniósł się, zebrał swoje rzeczy i ruszył, żeby spędzić noc u boku żony.

Której dochował wierności i wobec której był wciąż – ku swojemu zaskoczeniu, radości i uldze – opiekuńczy.

Jakiś czas po tym, jak wyczerpana położyła się na spoczynek, Brenna poczuła, jak materac opada w dół i porusza się. Poczuła przyjemny zapach wetywerii, whiskey – i trawy? – kiedy mąż usadowił się dwie stopy od niej.

Kolejny dźwięk był trudniejszy do rozszyfrowania, ale udało jej się; to odgłos pocierania o siebie dwóch wielkich męskich stóp, w celu otrząśnięcia ich z kurzu przed spaniem, a także drobne zabezpieczenie pościeli przed zabrudzeniem, o ile operacji dokonywano ze stopami zwisającymi poza brzegiem łóżka.

Michael następnie wymierzył parę ciosów pięścią poduszce; te uderzenia przywołałyby do porządku niejednego dorosłego mężczyznę.

– Próbujesz mnie obudzić, mężu?

Uderzenia ustały, poczuła, jak opadł na materac; rozległo się żałosne, męskie westchnienie, z jakim opatulił się kołdrą.

– Nie zamknęłaś drzwi na klucz, Brenno. Moje rzeczy są w tym pokoju.

Podobnie jak jego żona.

– Żadne z nas nie chce rozmawiać. – W ogromnym łożu nie dotykali się, ale Brenna czuła, jak mąż myśli.

– Nie chciałem, żebyś uznała, że się zakradam, żeby cię zaskoczyć.

– W łóżku trudno cię nie zauważyć, Michaelu. Śpij. Ranek szybko przychodzi. – A jednak cieszyła się, że poduszki wzięły na siebie parę ciosów ostrzegawczych.

– Chcesz zyskać na czasie.

– Chcę się dobrze wyspać. – Choć mogła przewidzieć, że jak każdy mężczyzna Michael będzie drążył raz poruszony temat do upadłego. Nie potrafił prowadzić dyskusji z przerwami, czyniąc ją znośną; musiał wyrzucić z siebie wszystko, niezależnie od godziny.

– Ja także potrzebuję czasu, Brenno Maureen.

Brenna przewróciła się na bok, żałując, że nie zostawiła zapalonej świeczki, nie licząc się z wydatkiem.

– Czasu na co?

– Byłem dobrym żołnierzem, kiedy zrozumiałem, czego się ode mnie oczekuje. Częściowo z tego powodu pojechałem do Francji. Miałem otoczyć opieką swoich ludzi, tak jak laird opiekuje się dzierżawcami. We Francji było bardzo podobnie, choć żołnierze w garnizonie byli innej narodowości. Troszczyliśmy się o siebie przez większość czasu, a kiedy ktoś zaniedbał obowiązku, ponosił konsekwencje.

O czym mówił i dlaczego musiał to mówić po ciemku?

– Gdybym zamierzała uciec, Michaelu Brodie, zrobiłabym to dawno temu. Wiele, wiele rodzin opuściło Szkocję, również dużo gałęzi klanu MacLogan. Bez trudu zabrałabym się z nimi. – Choć członkowie jej klanu nie bardzo pamiętali, co się z nią stało, odkąd zamieszkała w zamku Brodie.

Nastała cisza pełna zastanowienia, a potem Brenna poczuła, jak jeden szorstki palec obrysowuje jej szczękę.

– Mogłaś odejść, ale zostałaś. Cieszę się, że zostałaś. – Natura mroku uległa zmianie, osłaniając delikatne poczucie godności, zamiast kryć obawy i ciekawość. Ponieważ Michael zdobył się na ustępstwo, Brenna także zdecydowała się na jedno.

– Nie musiałeś w ogóle wracać do domu. Wiem o tym. Jesteś baronem albo lordem w parlamencie czy kimś takim. Mogłeś zamieszkać w Londynie, pozbywając się mnie z łatwością.

Wciąż mógł to zrobić.

– Taka myśl nigdy nie przyszła mi głowy To jest mój dom, ty jesteś moją żoną i proszę cię, żebyś dała nam trochę czasu, żebyś nie odrzucała naszego małżeństwa tylko dlatego, że późno zaczynamy jako mąż i żona.

Prosił.

Cały dzień Brenna odpowiadała na pytania: co podać na kolację, na kiedy zaplanować ślub czy chrzciny, co włożyć do koszyka dla rodziny, którą nęka choroba, i jak sobie poradzić z Davey MacCrayem, który znowu pił trzy dni pod rząd.

Tamte pytania były łatwe i to ostatnie też nie było trudne.

– Także się cieszę, że zostałam, Michaelu. Nauczyłam się cierpliwości. Może ty także nauczysz się cierpliwości wobec mnie.

Materac poruszył się znowu, podrzucając Brenną jak łódką na wzburzonym jeziorze. Poczuła, jak Michael przysuwa się bliżej, zaszokowało ją ciepło jego nagiej piersi na swojej ręce; potem ustami musnął jej czoło.

Zanim zdążyła żachnąć się czy go odepchnąć gwałtownie, odsunął się.

– Dobranoc zatem, żono. Choć ostrzegam cię, że w wojsku człowiek uczy się mnóstwa cierpliwości.

Przekręcił się, odwracając do niej plecami. Widziała już wcześniej jego nagie plecy, podczas kąpieli, i wiedziała, że skóra na jego łopatkach jest gładka, mięśnie wzdłuż kręgosłupa szczupłe i zgrabne.

Brenna także odwróciła się, tak że leżeli plecami do siebie. Dzięki temu zmalało niebezpieczeństwo, że pokusa dotknięcia go przeważy nad zdrowym rozsądkiem.

– Dobranoc, mężu.

Dlaczego ją pocałował i dlaczego nie wpadła w panikę?

– Michaelu?

– Hm?

– Czuję się bezpieczniej, kiedy tu jesteś.

Milczał, nie pytając, czy chodzi jej o to, że czuje się bezpieczniejsza z nim w domu, w zamku czy w jednym łóżku.

Nie zapytał także wobec czego czy kogo czuła się bezpieczniejsza.