Wydawca: Wydawnictwo Literackie Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 611 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przeznaczeni - Katarzyna Grochola

Oto jest! Nowa powieść Katarzyny Grocholi.

Los? Przypadek? Co kieruje naszym życiem?

Życiowo prawdziwa, nasączona nadzieją i dojrzałym optymizmem, ta książka to Twoje przeznaczenie

O tej książce można opowiadać na wiele sposobów. Na przykład tak: Przeznaczeni to historia pięciu osób. Pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego, ale już wkrótce zbiegi okoliczności i przypadkowe na pierwszy rzut oka zdarzenia sprawią, że ich drogi nierozerwalnie się połączą.

Olin jest rozchwytywaną autorką  kryminałów. Ma wszystko: pieniądze, sławę, sukces, jest nawet zakochana. Problem w tym, że nie do końca szczęśliwie. Od wielu lat ma romans z żonatym facetem. Historia jakich wiele: ona kocha jego, on kocha tylko ją, no ale żona, dzieci…

Gabrysia pracuje w kasynie. Każdego dnia obserwuje ludzi, którzy wygrali albo przegrali. Sama jest nieufna i żyje na uboczu. Aż do momentu, gdy – przypadkiem – spotyka Mateusza.

Mateusz jest zdolnym grafikiem i beztroskim singlem. Ma pieniądze i kobiety. Pieniądze co prawda pożyczył swojemu przyjacielowi Kubie, ale kobiet w jego życiu nie brakuje – pojawiają się i znikają. Wszystko się zmienia, gdy spotyka Gabrysię. Ta kobieta to dla niego tajemnica, którą musi rozwikłać.

Kuba jest alkoholikiem. Niepijącym. W poszukiwaniu lepszego jutra wyrusza do Stanów Zjednoczonych. Pożyczone od Mateusza pieniądze błyskawicznie trafiają w ręce Jurka (zwanego Jerrym), polskiego emigranta, który w Ameryce dorobił się synów i  kolejnych żon, a także paru szemranych interesów, na których nieustannie ma nadzieję się dorobić.

Historie wszystkich bohaterów zbiegają się w kulminacyjnym punkcie. Jedni otrzymają szansę od losu, inni tę szansę bezpowrotnie stracą…

Przeznaczeni  to absolutny majstersztyk, na który warto było czekać cztery długie lata. Katarzyna Grochola, najpopularniejsza polska pisarka,  postawiła wszystko na jedną kartę i napisała powieść, jakiej jeszcze nie było. Przemyślaną i  misternie skonstruowaną. Mądrą, czasem zabawną, a momentami bardzo poważną. O poplątanym życiu,  wzlotach i upadkach. O zderzeniach z rzeczywistością, ale nasączoną dojrzałym optymizmem. To powieść, w której gra toczy się o naprawdę dużą stawkę.

Opinie o ebooku Przeznaczeni - Katarzyna Grochola

Fragment ebooka Przeznaczeni - Katarzyna Grochola

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK
Współpraca redakcyjna: PAWEŁ CIEMNIEWSKI
Redakcja: WIESŁAWA GROCHOLA
Korekta: ANETA TKACZYK, MAŁGORZATA WÓJCIK, JOANNA ZABOROWSKA
Projekt okładki i stron tytułowych: On The Rocks: MICHAŁ DOROSZ, JOLANTA PIÓRO
Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA”
© Copyright by Anna Katarzyna Grochola © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2016
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-05867-1
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Oleńce i Andrzejowi Wiśniewskim –moim Przyjaciołomz miłością

Chciałem mieć wszystko,

żeby cieszyć się życiem.

Ty dałeś mi życie,

żebym cieszył się wszystkim.

(anonim)

Popołudnie wyślizgiwało się niezdarnie z mgły. Zatłoczone o tej porze ulice korkowały się jeszcze bardziej. I nikt nie miał żadnego przeczucia, o którym się potem, po wszystkim, słyszy.

Nigdy nie wiadomo, kiedy się widzi kogoś po raz ostatni.

Niby dzień jak co dzień, niby tydzień niezmienny, niby pogoda taka sama jak wczoraj i taka sama jak jutro.

Nie pamięta się ostatniego słowa, spojrzenia, grymasu twarzy, dźwięku syreny pogotowia gdzieś z dala, podniesionego głosu jakiegoś ojca, który obok, na przystanku, szarpie jakiegoś syna. To dopiero potem mozolnie przedzierają się przez pamięć drobne gesty i wspomnienia, do których już dotarła przyszłość, więc nie są takie same, i wszystkie świadczą o zbliżającym się nieszczęściu.

Tylko głosy są różne. Na przykład obojętny:

– Pamiętam, jak jeszcze się odwrócił, jeszcze tak dziwnie popatrzył. Ni stąd, ni zowąd zerwały się wrony i nagle zaczęły kołować nad tym dużym budynkiem...

Albo ściszony:

– Cały dzień było ładnie, a nagle, znikąd, taka chmura zasłoniła słońce, w minutę zrobiło się ciemno...

Albo przerażony:

– Poczułam dreszcz, możesz mi wierzyć lub nie...

Albo podekscytowany:

– I wiem, że trudno w to uwierzyć, ale akurat przejechał karawan, Zakład Pogrzebowy „Służew nad Dolinką”, i już wtedy uznałam to za znak... Zaraz za autobusem sto siedemdziesiąt pięć. A sto siedemdziesiąt pięć w ogóle tam nie jeździ... I piątki miał z tyłu na rejestracji, same piątki... Ja się tam numerom nie przyglądam, ale to takie dziwne było...

Albo głos złowieszczy:

– Kto by się spodziewał, tramwaj nie chciał ruszyć, wszyscy się przesiedli w następny, a spod tylnego koła poszedł taki dym... A skąd w tramwaju dym? Taki, mówię ci, jakbym obcy oddech na plecach poczuła...

Albo cicho ktoś mówi:

– Odwołał tego dnia spotkanie, najpierw pomyślałam, że jak zwykle, a potem mnie taki niepokój ogarnął...

– Dzwoniłam do niej, ale nikt nie odbierał. A ja z pięć razy dzwoniłam, jak nigdy... Jakbym coś czuła...

– Jeszcze w środę się z nim widziałam, zdjęcie sobie zrobiliśmy, powiedział jakoś tak dziwnie: to na pamiątkę... No i to były jego ostatnie słowa.

I nigdy nie wiadomo, kiedy się kogoś widzi po raz pierwszy.

Nic tego nie zapowiada, to potem, dużo później, szuka się znaków, przeczuwań przeszłych, i dopiero w przyszłości przeszłość staje się znana, oswojona, jakby na zapas wiadoma.

I na razie wszystko jest tak, jak było jeszcze parę godzin temu.

*

Szłam Marszałkowską w stronę banku i byłam zła na świat, na brudny luty, na swoje marzenie o lepszym życiu, którego tu w ogóle nigdzie nie było, a w torbie miałam niezapłacone od listopada rachunki za gaz i elektryczność, bo gdzieś się zapodziały i dopiero wezwanie do pilnej zapłaty...

Autobus numer sto siedemdziesiąt pięć nie zmienił trasy ani koloru, jest nadal czerwony, a numery rejestracyjne ma przybrudzone, i piątka na końcu, jeśli w ogóle istnieje, jest nie do rozpoznania.

Chodnik na Świętokrzyskiej dziurawy, dwie duże płyty położone w kwietniu, kiedy to zajęto się naprawą, zdążyły się znowu zapaść, mimo że wysypano tam z pół ciężarówki ziemi. Ale padało tyle razy, że nic dziwnego, że ziemia ugięła się raz jeszcze, jakby trudno jej było dźwigać te tysiące ludzi w codziennym pędzie za niczym. Żeby ominąć tę przeszkodę, trzeba prawie wejść w bramę. Na bramie duży szyld „NOVAVIT Sp. z o.o.”, dalej wystawa z sukniami ślubnymi.

Koronki, gipiury, jedwab tajlandzki, sztywny, tkany ręcznie, surowy, i jedwab spływający do ziemi, białe wiszą w oknie, ale z tyłu widać, że biel już nie króluje niepodzielnie, oto zieleń i róż, bladoniebieski, beżowy haftowany gorset z krótką spódnicą i welon do ziemi, kapelusiki i kapelusze, wianki i opaski, jedna haftowana drogimi kamieniami, bo w szkatułce za szkłem i cena z trzema zerami, sklep dla idiotów, którzy wierzą w dozgonne śluby jako uwiecznienie wielkiej miłości.

Mam jeszcze czas, za wcześnie wyszłam, niech się przewali ten pierwszy tłum na wystawie, na którą idę. Lubię grafikę, ale nie chcę być pierwsza. Powinnam podjechać na Krakowskie autobusem. Moja wystawa jest na Krakowskim. Wstrętna pogoda, ale mam jeszcze czas.

Opieram torbę o wnękę okienną i udaję, że czegoś szukam.

Miałabym taką suknię jak ta pierwsza z prawej, takiego kroju jak kiedyś, od zawsze niepoddającego się modom – z trójkątnym wycięciem w talii, do ziemi, ale z długim rękawem, delikatna jak mgła, prawdziwa suknia panny młodej. I welon, koniecznie welon.

Ale nie będę miała.

Z klimatyzacją ten sklep, najprzyjemniej wejść tutaj w lipcu, kiedy upał, ale po co wchodzić, teraz można tylko rzucić okiem niedbale, kto w ogóle przygląda się takim wystawom? Na pewno nie ja, to byłoby śmieszne, żenujące, wzbudzające litość, nie w tym miejscu, nie w tym kraju, nie na tej ulicy i nie w tym mieście. Nie w tym życiu.

Wyjmuję telefon, że niby dzwonił, chociaż nikt nie dzwoni, podnoszę do ucha, odwracam się tyłem do wystawy, niech nikt nie myśli, że zatrzymałam się specjalnie, ale nikt nic nie myśli, ludzie mijają mnie, jakbym nie istniała, a to oni nie istnieją.

Chowam telefon, fajne oświetlenie ma ten sklep, najbardziej widoczny na całej ulicy, ciepłe światło pada z wystawy na chodnik, chociaż dzień taki dżdżysty. Ruszam dalej. Nie spieszy mi się przecież, nie spieszy mi się do nikogo. Obok spożywczy, ale z działem warzywnym. Potem przecznica, szkoła dla głuchoniemych, przystanek.

Dzień jak co dzień. Żadnych znaków, zaćmienia Słońca, zatrzymania czasu, nic. Kiedyś, dawno, dawno temu, kiedy jeszcze wierzyłam, że świat jest dobry, nawet odwilż wydawała mi się zapowiedzią czegoś lepszego. Odwilż, czyli koniec zimy, hurra, odwilż, czyli wiosna! Teraz tamta ja wydaje się skończoną idiotką. Teraz nie. Nie cieszę się już. Teraz już wiem, jakie jest życie.

Żeby ci umarli wszyscy, których kochasz!

Jak tak można powiedzieć do drugiego człowieka?

Czuję na sobie te słowa, jakby się do mnie przykleiły, a przecież jestem przyzwyczajona do przekleństw.

Kogo kocham?

Dziadek mówi, że słowa mają moc sprawczą. Nie wierzę w to, gdyby to była prawda, nikt by nie przeżył życia. Ale nie mogę zapomnieć tego wstrętnego spojrzenia, tego złorzeczenia.

Ptaki spokojnie przechadzają się po brudnych łachach topniejącego śniegu, wszyscy się gdzieś spieszą, takie miasto, taki czas, taka pora. Nie ma czasu na miłość. Gołębie nic sobie nie robią z setek nóg, odskakują tylko zdecydowanie na bok, jeśli but nie stara się ich ominąć. Jeden ma złamane skrzydło, nigdy nigdzie nie odleci, ale dziarsko próbuje wydłubać z błota jakieś okruchy, podskakuje, uciekając przed ludźmi, i ciągnie skrzydło po błocie.

Na skrzyżowaniu Świętokrzyskiej z Marszałkowską czekam na zielone światło i patrzę na kalekiego ptaka.

Nie wydaje się nieszczęśliwy, być może nie wie, że nie będzie już latał, ale może przetrwa tu jakoś do wiosny, jeśli jakiś zbłąkany kot nie upoluje go dla zabawy, nie rozszarpie go wrona lub życzliwy człowiek nie przyłoży mu kijem.

On nie wie, ale ja wiem, że już nigdy nigdzie nie poleci.

Ogarnia mnie smutek.

Ja też jestem kaleka w tym mieście.

Żeby ci umarli wszyscy, których kochasz. Jak można tak powiedzieć do drugiego człowieka?

Ktoś mnie trąca, nienawidzę, jak ktoś mnie trąca, staję tuż przy krawężniku, mijam kobietę w brązowym płaszczu, nie chcę, żeby ktoś mnie dotykał.

I wtedy robię krok na jezdnię.

*

Całe szczęście, że siedzę w ciepłym samochodzie, bo pogoda wstrętna. Gaz, hamulec, gaz, hamulec.

Spóźnię się, znowu zaczęło mżyć. Mam wrażenie, że wszystkie samochody mają specjalne czipy reagujące na śnieg i na deszcz, że wszystkim kierowcom coś również wszczepiono, żeby nagle zapomnieli podstawowych umiejętności. Tam gdzie przed chwilą była całkiem przejezdna ulica, nagle coś zaczyna się korkować. Jakby mżawka powodowała niewidzialne, a jednak namacalne przeszkody nie do pokonania. Samochód przede mną nagle zwalnia, a jedziemy już tak wolno, że kierowca kołysze się na swoim pasie, jakby tracił przytomność. Duży dostawczy hamuje o wiele za ostro i biały ford nie mieści się za nim, a właśnie zdołał wyminąć dwa samochody, więc salwuje się ucieczką ponownie na prawy pas, co powoduje gwałtowne hamowanie czerwonego audi i trzech samochodów za nim.

Nie znoszę takiego jeżdżenia.

Mam być w telewizji przed czwartą, żeby zdążyli mnie umalować, a na pewno będę spóźniona. Ale musiałam być na Żoliborzu, odebrać książki. Powinnam o tym wcześniej pomyśleć, jak zwykle jednak zostawiłam wszystko na ostatnią chwilę. W samochodzie przede mną kierowca nie wytrzymuje i naciska klakson, więc ten przed nim, jakiś szary, stary ford, który może już ruszyć, bo zmieniły się światła, startuje gwałtownie, szarpie do przodu i staje.

Pewno mu silnik zgasł.

Kierowca włącza awaryjne i widać, że próbuje znowu uruchomić silnik, ale już jest zdenerwowany, bo samochód rwie pół metra i znowu staje. Światła się zmieniają, a on jest wysunięty o pół długości na prostopadłą jezdnię i teraz tamuje ruch z lewej strony. Skrzyżowanie zatkane, samochody oczywiście wjechały na tory tramwajowe i stoją na nich, światło się znowu zmienia, możemy ruszać, szary również, ale nadciągający tramwaj nie chce zwolnić, tylko dzwoni. Szary startuje, a za nim rusza nasz pas, dwa stojące na torach muszą słuchać dzwonienia tramwaju, który zbliża się najbliżej jak się da i dzwoni, dzwoni, dzwoni. Myśli, że jak pohałasuje, to miejsce się zrobi. Podziwiam tę logikę. Ale gdyby nie przeklęta mgła i wilgoć, nic takiego by się nie wydarzyło.

*

Za dwa tygodnie o tej porze będę daleko stąd.

Zacznę prawdziwie żyć.

Dopełni się moje przeznaczenie.

Będę z mężczyzną, którego kocham.

Na którego czekam.

Który jest dla mnie wszystkim.

Zostawię to nieprawdziwe życie.

Wiem, że warto było tyle przejść.

Bilet już kupiony. Decyzja zapadła.

– Mama?

Włączam głośnomówiący, wie, że za godzinę mam program, zwykle to ja do niej dzwonię, zawsze wieczorem, zapytać, jak minął dzień.

Zbliżam się do skrzyżowania z Solidarności, nie mam pojęcia, co się dzieje, że wszystko stoi. Cała Marszałkowska przede mną zapchana. Gdybym skręciła w prawo i pojechała aleją Niepodległości... Może nie jest aż tak...

– Kochanie, przepraszam, ale ty masz tego znajomego lekarza, a ja...

– Mamo, oddzwonię. Jadę w korku, już jestem spóźniona, przepraszam. – Muszę uważać na drogę, a rozmowa mnie rozprasza. Zresztą teraz nawet nie mam jak zanotować, czego potrzebuje.

– Dobrze, ale ja... wiesz, nie chciałam ci mówić, to pewnie nic poważnego... Nie chcę ci przeszkadzać, ale pilnie...

– Zadzwonię po programie. Całuję – przerywam, bo zaczynam być napięta, a nie chcę być dla niej niemiła.

Moja matka wie, że mam dojścia, a w naszej rzeczywistości znajomości z lekarzami są ważniejsze niż znajomości z największymi sławami. Dzwoni i prosi, żebym zatelefonowała do kardiologa, bo jej przyjaciółka ma zawał, leży na OIOM-ie, czy może do Anina, tam może lepsza opieka... Albo córka jej koleżanki nie może zajść w ciążę, czy przypadkiem nie znam tego Iksińskiego, endokrynologa, co uchodzi za cudotwórcę. A jej koleżance z pracy pilnie potrzebny jest onkolog, bo ten, który ją leczy, powiedział, że góra rok. Przecież lekarz nie może tak mówić, czy jest możliwe, żeby umówić ją do profesora...

Więc dzwonię i proszę. To mogę dla niej zrobić, bo próśb własnych nie ma żadnych.

– Nie przejmuj się, radzę sobie, żebyś tylko ty...

Nie cieszy jej mój sukces, oczywiście czyta moje książki, czasem tylko mówi:

– Olinko, bardzo smutny ten twój świat.

A ja wiem, że chciałaby, żebym pisała inaczej. Ale inaczej nie potrafię.

Mam dwa tygodnie, żeby pomóc jej we wszystkim, w czym mogę, żeby ją przygotować i zabezpieczyć, tak by nie była zdana wyłącznie na siebie, kiedy ja będę daleko. Załatwiłam przesympatyczną panią, która od lat sprząta u Dagmary, będzie przychodzić dwa razy w tygodniu, mimo że mama uważa, że to strata pieniędzy, przecież sobie radzi. Wpłacę też na jej konto sporą sumę, może do mnie przyleci, jak już będę wiedziała, że tego chcę.

I wtedy powiem: mamo, nie mogłam wcześniej ci o tym powiedzieć, ale nie jestem sama, to jest mężczyzna, którego od zawsze kocham. A ona się zdziwi, ale będzie wiedziała, że to najprawdziwsza miłość, która przetrwała wszystko, zrozumie, zobaczę podziw w jej oczach, może też rozczarowanie, że nie wiedziała, ale podziw, że wytrzymałam, i powie: tak się cieszę, że nie jesteś sama, ludzie nie powinni być sami, ludzie są stworzeni do życia we dwoje.

I nareszcie będziemy szczęśliwe. A ja przestanę w końcu czuć się winna.

Wrzucam migacz i skręcam w Solidarności.

I w tym samym momencie z całych sił naciskam na hamulec, bo widzę, że dziewczyna w szarej kurtce robi krok na jezdnię.

Choć wiem, że nie zahamuję.

*

Mateusz stał przy bankomacie i patrzył, jak maszyna cierpliwie wypluwa z siebie kolejne setki. Kuba powinien już tu być, ale w taką pogodę, mimo że to sobota, wszystko się opóźniało. Tylko że Mateusz o wpół do był umówiony z Magdą i czas miał obliczony co do minuty. A w końcu to był interes Kuby, żeby się do niego dostosować.

Poza tym nie chciał się z taką forsą nigdzie kręcić.

Wybrał numer.

– Stary, gdzie jesteś?

– Gdzie jestem, gdzie jestem, czy ja wiem, gdzie jestem? Przed rondem jestem, na skrzyżowaniu mi się samochód rozkraczył. Ściągają już, ale muszę na piechotę zasuwać, bo tramwaje stoją. Wszystkie. Unieruchomiłem stolicę. Daj mi piętnaście minut, stary, kto mógł wiedzieć? A ty gdzie?

– Przed bankiem, tak jak się umawialiśmy.

– Naprzeciwko jest knajpa, poczekaj, to nie moja wina, grata na złom za karę, przepraszam, zaraz będę, radio coś tam, coś tam, widzisz? Jak się odwrócisz, to ją masz jak na dłoni, ja biegiem ruszam, oddam tylko dokumenty. Byłbym, kurczę, pół godziny temu, zaczekaj tam, okej?

Mateusz schował do kieszeni plik banknotów. Wszystkie oszczędności, jeśli nie liczyć zamrożonej lokaty. Ale nie będzie się teraz martwił, skoro obiecał pomóc Kubie. Ma sporo zleceń, poradzi sobie.

Spojrzał na Marszałkowską, rzeczywiście czerwony sznur tramwajów sięgał w głąb dżdżystego dnia, jak okiem sięgnąć. Nie zwrócił uwagi, że korek zrobił się po horyzont. Jak to objechać? To zabawne, że taki korek robi się w pół minuty, a rozładowuje godzinami.

Wszedł do kawiarni naprzeciwko i zadzwonił do Magdy.

– Magda, przepraszam bardzo, ale małe opóźnienie, będę za pół godziny, okej? Przyjaciel nawalił.

– O, to świetnie, skoczę po jakąś chińszczyznę.

– Zamów, beznadziejna pogoda.

– Mam po drugiej stronie knajpę, a od rana nie miałam nic w ustach. Przynieść będzie szybciej, niż zamówić. Nie wychodziłam z domu, to się przejdę.

– Widzisz, jaka pogoda?!

– Nie takie rzeczy się widziało, Mateusz. – W słuchawce usłyszał jej śmiech. – Dla zdrowia przebiegnę się na drugą stronę Marszałkowskiej i zaliczę ćwiczenie zdrowotne. Do zobaczenia! Co chcesz? To co zwykle? Słodko-kwaśne?

Ale Mateusz już się wyłączył.

Magda narzuciła kurtkę i stanęła przy windzie. Wielkie mi rzeczy, przejść całe dwieście metrów i wrócić.

Na dworze było okropnie. Przebiegła na drugą stronę ulicy i stanęła w niewielkiej kolejce.

– Dwa razy kurczak w sosie słodko-kwaśnym. I sałatki.

– Na wynos?

– Tak.

Trwało to równo sześć minut, wzięła paczuszkę i stanęła przy przejściu, czekając na światło.

I wtedy zobaczyła, że ktoś przed nią robi krok prosto pod nadjeżdżający samochód.

*

Kręcił się po domu i nie mógł sobie miejsca znaleźć.

– Już cię nosi? Dawno nie grałeś?

Nosiło go, gdy tak do niego mówiła. Po pierwsze, to on ją wyrwał z tego bagna i powinna mu być wdzięczna. Siedziała bez zielonej karty, z dorywczą pracą i skończyłaby na zmywaku jako staruszka. Albo by ją wywalili w końcu ze Stanów. To dzięki niemu ma wspaniały dom, ma karty kredytowe, ma rocznego chryslera i życie jak królowa. I nie potrafi tego docenić. Nie zauważyła, że przestał pić, że jest w programie AA, że dał sobie radę z takim problemem, wypomina mu tylko tę odrobinę przyjemności, na którą przecież sam zarabia.

– Mam spotkanie w sprawie sprzedaży mustanga, wspominałem ci – odpowiedział i starał się mówić spokojnie, jak radził mu sponsor (Nie wchodź w cudze emocje, nie dawaj się sprowokować, pamiętaj o programie).

– Przecież wiem, gdzie idziesz! – krzyknęła, ale zatrzasnął drzwi łazienki, rozebrał się i puścił gorącą wodę.

Prysznic, ubranko porządne i urwać się chociaż na parę godzin, bo nie wytrzyma. A wytrzymać musi, bo przecież nie pije. I poprawić sobie trochę humor. Program HALT, na który sponsor stawia taki nacisk, miał wbity do głowy. Nie bądź hungry, angry, lonely, tired. Ani głodny, ani zły, ani samotny, ani zmęczony. Zmęczony nie był, ale jak zostanie w domu, to szlag go trafi. Samotny nie będzie w kasynie, bo tam są kumple, którzy go rozumieją, nie tak jak Halina. I złość mu przejdzie. Czyli okej, trzeba zrobić wszystko, żeby nie pić. Nie wrócić do picia. To podstawa, wszystko inne jest nieważne, a najważniejsze najpierw.

Spojrzał w lustro. Czterdzieści sześć lat, a wygląda na czterdziestkę, góra. Ćwiczenia na siłowni pięknie poprawiły klatę, kaloryfer rysował się pod obcisłą koszulą. I tak ma być. Lustro odbijało naprawdę przystojnego mężczyznę. Wciągnął brzuch i naprężył biceps. Uśmiechnął się. Nikt mu nie podskoczy, a najbardziej Halina, choć kobiety by nigdy nie uderzył. Nie musi. Ale żeby nigdy nie była z niczego zadowolona?

Owszem, jest młodsza o piętnaście lat. Ale wcale na pierwszy rzut oka tego nie widać. Kto inny by ją wyciągnął zza tego baru, gdzie robiła drinki i chowała się do kuchni, żeby uciec tylnym wejściem, jak wchodził policjant? Miała takie piękne, smutne oczy. Na te oczy go nabrała. Myślał, że jak zbuduje dom, wyniesie się pod Chicago – nawet dwie umywalki zainstalował w łazience – to wreszcie będzie szczęśliwa. Ale nawet stanika nie zdejmowała, jak się kochali. I pierwszego dnia, kiedy sięgnął po krem, powiedziała, że to jej. A to wszystko przecież było wspólne! Co ona wniosła? Matkę, która po śmietnikach szperała? Włosy swoje długie? Smutek i rozczarowanie? On miał jak najlepsze chęci, wszędzie ją brał, i do Europy polecieli, i na Wyspy Kanaryjskie, najlepsze hotele, najdroższe, żeby tylko ją uszczęśliwić. A ona, że krem jej, no nie może być!

Jeszcze wrócą te czasy, jeszcze forsa popłynie strumieniem.

Wziął głęboki oddech i wszedł pod deszczownicę.

Oddychać, uspokoić się, nie myśleć. Nie wracać do przeszłości. Nie puszczać sobie filmów w mózgu, nie wkręcać się. To, co myślisz, zależy wyłącznie od ciebie – przypomniał sobie słowa Billa, swojego sponsora, i odetchnął głęboko.

Dziecko by poprawiło sytuację, stworzyliby normalną rodzinę. A ona na dodatek jeszcze dziecka nie chce. Dziecko cementuje. A to dla niego ostatni dzwonek. A zmusić jej nie ma jak. Pewno w tajemnicy żre jakieś kapsuły. No i seks taki sobie, choć żadna się nie skarżyła, potrafi nawet dwadzieścia minut się wstrzymać ze szczytowaniem, kobiety to lubią. A ta cycków się wstydzi. Owszem, duże ma, ale nie takie widział. Pieprzyć się z własną żoną w ubraniu, no nie może być!

Woda spływała mu po oczach, sięgnął po odżywkę na porost włosów. Pięć minut potrzymać na głowie, to hormony, nie starość. Wziął gąbkę i szorował ciało, potem obmył je z piany i patrzył z przyjemnością na swój twardy jak kamień brzuch i podnoszący się członek. Jeszcze z niego facet fest. I przestał pić. A to się niewielu udaje.

Nachylił głowę, żeby nie spłukać odżywki. Pięć minut to pięć minut. Ciepła woda przyjemnie spływała po plecach i nogach. Jeszcze cztery minuty. Musi się wchłonąć to cholerstwo. Włosy się ostatnio przerzedziły.

Wypuść emocje, nie dawaj się wkręcić – stanął mu przed oczami Bill.

Cenił swojego sponsora. Wspaniały facet. Przestał pić z dnia na dzień, zupełnie tego nie planując, zanim zniszczył sobie życie do końca. Imponował mu. Chyba jedyny człowiek na świecie.

Poznał Billa, kiedy przyszedł do klubu AA trzy lata temu. Skierowany po rozprawie sądowej za prowadzenie po pijaku. Myślał, że da radę dojechać do domu, ale go zhaltowali. Już prawie na podjeździe. Nie wyhamował, rąbnął w skrzynkę sąsiadów, a psy jakby na to czekały. Na jego spokojnej ulicy!

Wytoczył się z samochodu, nie potrafił dotknąć palcem nosa. I zasądzili grzywnę i przymusowo mityngi AA. I powiedzieli, że dobrze, że nikogo nie zabił. A kogo miał zabić, skrzynkę na listy?

Otworzył oczy. Jasny marmur odbijał jego sylwetkę. Światła w kabinie prysznicowej to był jego pomysł. Minęło chyba pięć minut, spłukał głowę i zakręcił ciepłą wodę. Zimny strumień wstrząsnął nim jak zwykle, zawsze tak kończył prysznic, to daje pałer, i wyskoczył z kabiny. Chwycił ręcznik i zaczął z całej siły trzeć ciało.

Ta łazienka kosztowała go majątek. W rogu duża, podwójna wanna, z dyszami, luksusowe jacuzzi, obok duża kabina prysznicowa, dwie umywalki. Tak sobie wyobrażał szczęśliwe małżeństwo: wieczorem ona przy jednej myje zęby, on przy drugiej. Razem. Razem się kładą, razem się kochają, razem żyją.

To było jego trzecie małżeństwo. Pierwsze przełajdaczył, zdawał sobie z tego sprawę, to znaczy właściwie Bill mu to uświadomił. Pierwsza żona nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Druga zresztą też i zachowała się na dodatek jak szmata. Ale nie ma co wracać do przeszłości.

Mocno operował ręcznikiem, krew szybciej krążyła, lubił to uczucie szorstkości, aż na pograniczu bólu. Wiedział, że żyje.

Najgorsze, że najstarszy syn również się odsunął.

Z nim to akurat miał na pieńku, bo gówniarz zadał się z Murzynką. Ale tam, jasne, że z Afroamerykanką, Murzynów nie ma, poprawność ich zlikwidowała, tylko jakoś ta poprawność ich nie wybieliła. Nic przeciwko czarnym nie miał, bo i dlaczego. Ale takie mieszanie się? I te dzieci, które z tego powyłażą, ani czarne, ani białe. Nie wiedzą, do kogo należą. Nie wiedzą, kim są. A dzieci to mu akurat strasznie było żal. Dziecko musi być kochane, bez względu na wszystko. Każde. Niezależnie od tego, czy jest Chińczykiem, czy Afrykańczykiem, czy obywatelem Stanów Zjednoczonych, tak jak on. Dzieci powinny mieć rodziców odpowiednich. Białe – białych, czarne – czarnych, żółte – żółtych. Żeby nie były przedmiotem prześladowań i kpin. Tego akurat Jerry bardzo ściśle przestrzegał. Dzieci to jest świętość i dlatego nie wolno ich skazywać na upokorzenia. Nigdy i na żadne. A mieszaniec to nie wie, czy jest czarny, czy biały. Ani to, ani to. Czarni wyrzucają go poza nawias, biali się nie integrują, bo do nich też nie należy. Widział takie dzieci, maleńka Maria-Ann, na przykład. Piękne, niebieskie oczy, po matce. Kolor skóry beżowy, po nikim. Jakby popiołem przysypana. Usta szerokie, grube, murzyńskie, a nos rozłażący się na pół twarzy, włoski blond, piękne, skręcone jak sprężynki, nie do rozczesania. Biała Murzynka.

Wyobrażał sobie, co to maleństwo będzie przeżywać w przyszłości. A syn, który latem tego roku skończył dwadzieścia sześć lat, powiedział mu, żeby się odpierdolił od niego i Vanessy, bo oni się kochają. Kochaj się, ile chcesz, ale jej dzieciaka nie zrób – powiedział wtedy Jerry, i właśnie wtedy usłyszał od syna, żeby się odpierdolił.

Musiał zareagować na taki brak szacunku. Dzieci nie mogą się tak zachowywać w stosunku do rodziców. I uderzył go w twarz. Syn powinien wiedzieć, że pewnych rzeczy się nie robi i nie mówi.

Sam sypiał swego czasu z czarnymi i to było przyjemne, i naprawdę nie robiło różnicy, czarna czy biała. Ale nic poza tym. Jest człowiekiem odpowiedzialnym.

Dlatego tak zależało mu na dziecku z Haliną. Teraz dojrzał do ojcostwa, był tego pewien. A najważniejsze, że Halina też by się uspokoiła, może byłaby szczęśliwsza. Tylko akurat na to nie miał wpływu.

– Jesteś tam? – usłyszał zza drzwi.

– Zaraz wychodzę! – odkrzyknął.

Jakby nie wiedziała, że jest w łazience. Jakby musiała go nawet wtedy, kiedy bierze prysznic, zaczepiać. Ale nie, nie da się sprowokować.

Odwiesił ręcznik, skóra poczerwieniała, a on poczuł przypływ sił.

Skoczy do kasyna na godzinkę, dwie, parę razy postawi na blackjacku, parę stów wte czy wewte nie robi różnicy, a statystyka jest po jego stronie. Bo w zeszłym miesiącu miał cholernego niefarta, wszystko się sprzysięgło przeciwko niemu, trzy tysiące dolarów do tyłu.

Czas to zacząć odrabiać. Powoli, bez emocji, ma rozpracowany system, przecież nie może być tak, że cały czas krupier wygrywa! Szanse mają prawie równe, z minimalną przewagą kasyna na blackjacku. Krupier może dobierać tylko do szesnastu, on może próbować, ile chce. I tu trzeba mieć wyczucie, a nie zatracić się. Cała różnica to taka, że krupier nie obstawia. No to i nie wygrywa, tylko jest na tipach i na nędznej pensji. A wiadomo, że z tipów żyje. A tipy się daje, jak się dobrze dostaje.

A Halina niech się zajmie sobą, niech pobędzie sobie nieszczęśliwa bez jego udziału. Każdy dorosły człowiek ma się zajmować sobą, świata nie zbawisz. On się właśnie zajmie sobą. Jakby chciał sobie posiedzieć w domu, to jeszcze by mu się pić zachciało. Jak się widzi ten łzawy wzrok z wieczną pretensją, to naprawdę się żyć odechciewa!

Jakby co najmniej kogoś zabił.

*

Leżała na chodniku, a nad nią pochylali się ludzie. Niebo było takie szare i ludzie byli tacy szarzy. Kto ją tak popchnął, że upadła? I dlaczego ją popchnęli? Dlaczego jest tak ciemno?

Jak przez mokrą watę słyszała rozsypane, osobne zdania.

– Pijana jest.

Męski, zdecydowany głos.

– Nic się pani nie stało?

Teraz ktoś troskliwy.

– Gabrysia!

Ach, to mama ją woła. Ale ona jest schowana, mama jej tak łatwo nie znajdzie.

– Chciała samobójstwo popełnić, widziałam.

Głos starszy, tak, to jest głos babci. Ale babcia nic nie rozumie.

– Po pogotowie trzeba, ja na własne oczy widziałam!

Babcia wie najlepiej, ale nic nie wie.

– Gabrysia! Gabrysia, otwórz oczy!

– O, koleżankę ma. Teraz to młodzi biorą nie tylko alkohol. Może narkotyki wzięła.

To dziadek?

– Gabrysia, otwórz oczy!

Zimno. Zimno i mokro.

– Zabić ją chciał! Morderca!

– Teraz to ludzie jeżdżą jak wariaci. Pewno pijany był. Na świetle przejechał.

– Tyle że ona na czerwonym się rzuciła.

– Ta pani ją uratowała. Ona z panią jest?

– To nie nasza sprawa. Zostaw, Irka, idziemy.

– Gabrysia, to ja, Magda! Poznajesz mnie?

Trzeba otworzyć oczy.

Wpuścić trochę szarego nieba.

Magda?

Skąd się wzięła Magda?

– Gabrysia, możesz wstać? O Boże, przepraszam, ale lazłaś prosto pod samochód. Gabrysia, nic ci się nie stało?

– W głowę się uderzyła.

– Bo ta pani ją pchła na chodnik.

– Biją się teraz w biały dzień.

– Takie czasy, droga pani, takie czasy.

Otworzyć oczy. Szerzej. Podnieść się. Chwycić dłoń Magdy. Trochę się kręci Marszałkowska. I kolebie Pałac Kultury.

– Gabrysia, co ty robisz? Przepraszam, nawet nie wiedziałam, że to ty, ale musiałam... Dobrze się czujesz? Przewróciłaś się...

Wreszcie rozejrzała się dookoła. Dobrze się czuje, dobrze, łokieć ją trochę boli i ma mokre spodnie. Jasne spodnie całe w błocie.

– Magda?

– O matko, ale mnie wystraszyłaś, szłaś prosto pod samochód, o, psiakrew z tym jedzeniem! – Magda podniosła zmiętą paczkę. – Wylało się. Sos się wylał – wyjaśniła i zobaczyła, że Gabrysia ma mokre spodnie i upapraną szarą kurtkę. Torbę ściskała w rękach przed sobą.

– Przepraszam, przepraszam... – Gabrysia skuliła się i próbowała otrzepać błoto.

– Chodź do mnie, przebierzesz się, o rany, co ty, ślepa jesteś?

– Skąd się tu wzięłaś? – Świat przestał wirować, a łokieć zaczął boleć coraz mocniej.

– Chińszczyznę kupiłam, tylko na moment wybiegłam z domu. – Magda wyciągnęła przed siebie upapraną torbę. – Tutaj mieszkam. Nie wiem, czy się będzie nadawać, zmieszało się. Jakbym cię nie pociągnęła do tyłu, toby było po tobie. – Magdzie trzęsły się ręce, Gabrysia teraz to zauważyła.

– Nic mi nie jest – powiedziała. – Nie zauważyłam, myślałam, że już zielone.

– Tutaj mieszkam – powtórzyła Magda, wzięła Gabrysię pod rękę i pociągnęła za sobą. – Chodźmy do mnie, dam ci jakieś ciuchy, dziewczyno, już byś nie żyła...

I Gabrysia, mimo że nie znosiła, jak ktoś ją ciągnął, posłusznie dała się poprowadzić w stronę jednego z wieżowców na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej.

Dobrze, że nikt znajomy nie widzi jej w takim stanie.

*

Nieczęsto mi się coś śni, ale dzisiaj mi się to zdarzyło. Położyłem się po południu na chwilę, musiałem odpocząć. Wróciłem do domu nad ranem, Halina jeszcze spała, pusta butelka po winie w kuchni, szlag mnie trafił, ona wie, że to dla mnie śmierć, że to wyzwalacz, a mimo to przyniosła alkohol do domu i wypiła. Sama. Wywaliłem do śmieci, musiałem być rano w robocie, pierwszych klientów miałem umówionych o dziewiątej, bałem się położyć, choć była dopiero szósta. Wino śmierdziało nawet z kosza. Nie śmierdziało. Pachniało. Czułem je. Wiedziałem, jak smakuje. Czułem smak na podniebieniu. Jakbym się napił.

Wyjść, wyjść.

Bill mówi:

– Wyzwalacz, nie pozwalajcie sobie na rozpamiętywanie alkoholu. On chce mieć nad wami władzę, nie pozwólcie na to.

Wyjąłem butelkę z kosza i zawinąłem w dwie plastikowe torby. Specjalnie zostawiła na widoku, żeby mnie złamać, ale ja się nie dam.

Przebrałem się w dresy i postanowiłem zrobić mały jogging. Parę mam, mimo przekroczenia czterdziestki. I to dość dawno temu. Biegłem w równym tempie, minąłem Starbucks Coffee, zatrzymałem się, zrobiłem przerwę, wziąłem kawę i pobiegłem dalej.

Wróciłem do domu o wpół do ósmej, siedziała już w szlafroku w kuchni.

– Gdzie byłeś całą noc? Gdzie byłeś?

– Po pierwsze, nie całą – powiedziałem. – A po drugie, dlaczego piłaś?

– Nie zmieniaj tematu! – krzyczała Halina, a wyglądała wstrętnie, miała zaczerwienione oczy i pachniała alkoholem. – Nienawidzę cię, nienawidzę, przeklinam dzień, w którym cię spotkałam. Grasz, wiem, że grasz, mam tego wszystkiego dosyć, mam dosyć!

– Nie będę z tobą rozmawiał, gdy jesteś w takim stanie. Jak przestaniesz się drzeć i wytrzeźwiejesz, to porozmawiamy – powiedziałem najspokojniej, jak potrafiłem.

Podniosła się i dopadła mnie jak łasica, chciała dosięgnąć mojej twarzy, ale ja jestem szybki i silny, przytrzymałem ją, machała rękami w powietrzu jak wściekła kotka, gdyby mogła, wydrapałaby mi oczy.

– Spójrz na siebie – powiedziałem. – Tylko spójrz, co z sobą robisz.

Widziała, że jestem po biegu, ale nie wiedziała, o której wróciłem, i postanowiłem to wykorzystać.

– Nie wiesz, co się z tobą dzieje, a dochrzaniasz się do mnie. Mogę cię wziąć na mityng, masz problem.

– Ty jesteś moim problemem, nie rozumiesz tego?! – Przestała się szarpać, trzymałem ją na wyciągnięcie ręki, mocno napinałem mięśnie, ale ona nagle zwiotczała i zaczęła płakać.

– Weź się za siebie, muszę iść do pracy. – Zostawiłem ją w kuchni i poszedłem do łazienki. Puściłem zimną wodę, żeby trochę się postawić do pionu. Nie zmrużyłem oka przez całą noc, nie miałem kaca, ale byłem zły. Trochę pary wypuściłem, biegając, zrobiłem przynajmniej siedem mil, ale właściwie byłem na siebie wściekły, a wiedziałem, że to nie za dobrze. Obwinianie siebie prowadzi do nawrotów.

Tylko że znowu mnie zrobili w konia i wydoili ze wszystkiego.

Na czterdzieści rozdań nie wziąłem nic, nie wiem, jak oni to robią, ale robią. Statystycznie to jest niemożliwe, żeby czterdzieści razy pod rząd nie wziąć ani jednej ręki! Myślałem, że na ruletce się odkuję, ale straciłem pięć stów, stawiając pięć razy pod rząd na czerwone. Po serii jedenastu czarnych rzutów. Pieprzyć to, umieją rzucić, kiedy widzą, jak obstawione. Pożyczyłem parę groszy, ale i to przegrałem.

Jutro będzie lepiej.

Jutro mi się uda i jak Boga jedynego kocham, odbiorę to, co mi wzięli, i nigdy więcej moja noga w kasynie nie postanie. Tego jestem pewien.

*

Poza kasynem była gorszym rodzajem człowieka, bo pracowała w kasynie.

Ale w kasynie była lepsza od każdego po drugiej stronie stołu.

Widziała rozproszone i pełne napięcia spojrzenia, spocone ręce, sprawne palce przerzucające żetony, palce niezdarne, wbity w kulkę wzrok i pozory uprzejmości, które znikały, jak tylko kulka wpadała w nieobstawiony numer.

– Koniec obstawiania – przesunęła ręką nad stołem, poprawiła kupkę żetonów, pytając obstawiającego, czy to siedem, czy siedem-dziesięć.

– Siódemka, królowo ty moja – usłyszała i czekała, aż kulka się zatrzyma.

– Kurwa, mówiłem, oboki rzuca, nigdy w środek, zawsze obok. Oboki, kiler, ja nie gram z nią, kierowniku, kiedy będzie zmiana?

– Była przed chwilą. – Kierownik uprzejmie się uśmiechał. – Panie Jacku, pierwsze koty za płoty.

Zgarniała sprawnie żetony i nie zwracała uwagi na rozgoryczenie graczy.

Znała ich, ten z prawej przychodził codziennie. Grał po dwa pięćdziesiąt, a oczekiwania miał, jakby rzucał tysiącami. Odbierał ukradkiem telefon, zasłaniając mikrofon i mówił to, co wszyscy.

A wszyscy mówili:

– Jeszcze w robocie jestem.

– Na myjni jestem.

– Muzyka z samochodu, mówię ci.

– Na spotkaniu jestem, nie mogę gadać.

– Oddzwonię, bo z szefem rozmawiam.

– Z klientem jestem, nie mogę teraz.

– Za dwie minuty, sorki.

– W korku stoję i się spóźnię, nie mogę gadać, mam inny telefon.

Ten z lewej nigdy nie przychodził wieczorem, urywał się z pracy, tak jak większość tych, którzy przychodzili przed południem. Oprócz emerytów, rzecz jasna. Niby tylko na kawę albo między spotkaniami, albo samochód myli i musieli gdzieś przeczekać.

Przez pierwszy miesiąc nie widziała w tym kłamstwa, ot, po prostu ktoś wpadł, i tyle. Pobawić się. Odprężyć. Zapomnieć o czymś. Rozerwać się. Przecież wszystko jest dla ludzi!

A potem zrozumiała, że to nigdy nie jest zabawa, tylko świeży narybek. Do wyłowienia w odpowiednim czasie.

– Tego już mamy na holu – powiedział kiedyś kolega, wskazując oczami pana Mietka.

– Na holu? – zdziwiła się. – Na jakim holu?

– No, że zaszczepiony jest – roześmiał się kolega krupier. – Mamy dożywotniego klienta.

Oni wszyscy byli zaszczepieni, wcześniej czy później, to była tylko kwestia czasu. Z dnia na dzień uczyła się nie zwracać uwagi na rozpaczliwe próby odbicia się od dna tych (z pozoru wyglądających na normalnych) ludzi.

W kasynie każdy był albo prawnikiem, albo lekarzem, albo właścicielem firmy. Innych ludzi na świecie nie było. I wszyscy zachowywali się tak, jakby nie wiedzieli, że dziesiątki kamer rejestrują każdy uśmiech, każde przekleństwo, każdy grymas, każde skrzywienie, każde słowo i każdy ukradkowy nawet gest.

Brak okien i zegarów, celowy przecież. Wiedziała, że tu jest miejsce rozrywki i relaksu i nic nie może przypominać o upływającym czasie, zachodzie czy wschodzie słońca. Tu jest inny świat, w którym możesz zapomnieć o prawdziwym życiu, tu może przyjść do ciebie szczęście, tu możesz wygrać los na loterii, tu możesz postawić wszystko na jedną kartę, Los się do ciebie uśmiechnie, przecież nie wiesz, jaką niespodziankę szykuje ci przeznaczenie – a my zadbamy o ciebie, wiemy, co pijesz i co jesz, zamówimy ci sałatkę albo parówki. Pan Jan na przykład zawsze o siódmej pił ostatnią kawę latte, żeby dobrze spać, a i tak nie wychodził przed pierwszą w nocy. Pan Jarosław zaś narzekał na bóle w zoperowanym kiedyś biodrze i opowiadał o operacji i o lekarzach, i o środkach, jakie bierze, i wiadomo było, że trzeba mu podawać i herbatę, i wodę do popicia leków.

Najważniejsze były kontakt i zrozumienie ich problemów.

– Jak sprzedaż domu?

– Jak praca?

– Jak było na urlopie, panie Wojtku?

– Czy samochód już naprawiony?

Rozjaśniali się wtedy jak dzieci, o których się pamięta.

I od czasu do czasu musieli wygrywać, żeby zła passa nie trwała zbyt długo. Gdy przegrywali, trzeba było wyrazić współczucie:

– Może to nie pana dzień, panie Włodku?

– Może przy innym stole panu pójdzie?

– Może następnym razem, dziękuję bardzo za grę, tak mi przykro.

– Ja bym panu oddała te wszystkie żetony, przecież to nie moje.

Na stole spotykała różnych ludzi.

Nie przy stole, przy stole to jest w domu, tutaj spotykamy ich na stole. Na stole do blackjacka, do pokera, do ruskiego, do ruletki.

Najgorsza była konfrontacja z prawdą, która z każdego wychodziła w sposób nieubłagany, wystarczyła tylko odpowiednio wysoka przegrana. Z szarmanckiego przystojnego mężczyzny wychodził prymitywny prostak. Jakby nagle wszedł w ciuchy tamtego, podszył się pod niego tak dobrze, że był na pierwszy rzut oka nie do rozpoznania.

– Pani Gabrysiu, jak pani rzuca, to ja się nawet o losy świata nie boję. Ciężko tak pewno stać i słuchać tych wszystkich rzeczy, prawda? A pani ma takie piękne oczy... Pani powinna pracować w takim miejscu jak pani, pięknym, zadbanym i zacnym... To nie dla pani ten szmelc...

Dziesięć minut później od tego samego mężczyzny usłyszała:

– A żeby ci umarli wszyscy, których kochasz!

Sparaliżowało ją. Zdrętwiała. Poczuła wtedy całą potworność złorzeczenia, przekleństwo oblepiło ją tak bardzo, że nie była w stanie się poruszyć.

Chciała się rozpłakać i uciec, ale nie mogła.

Tak jakby ktoś rzucił na nią klątwę. Jakby ją zaczarował. Jakby to się miało spełnić.

*

Artur obejmował mnie, w jego ramionach czułam się bezpieczna i chroniona przed światem. Leżeliśmy wtuleni w siebie, jak zwykle. Włączone radio przesączało koncert skrzypcowy, a Artur głaskał mnie po głowie.

– Nie przejmuj się, pojechały, to nie twój problem. Zbyt emocjonalnie do tego podchodzisz. Najważniejsze, że będziemy razem. – Pocałował mnie w czubek głowy.

– Nie podchodzę emocjonalnie, tylko mówię ci, że coś dziwnego było w tej kobiecie.

– Matka wariatka, to jaka ma być córka? Nie wpuszcza się do domu obcych ludzi, to niebezpieczne. Nie będziesz tego więcej robić, obiecaj.

– Obiecuję – powiedziałam cicho, bo teraz sama sobie wydałam się śmieszna.

– I po kłopocie. – Odwrócił się do mnie i sięgnął po telefon. – Po dwunastej, muszę iść.

– Nie możesz dzisiaj zostać? – Wypadło to żałośnie i natychmiast zrobiło mi się niedobrze.

– Wiesz, że nie. Rano wstaję, samolot mam po południu. Lecę przez Londyn. Obiecałem, że ich zabiorę jeszcze na pożegnalny obiad. Ale niedługo o tej porze będę na ciebie czekał na lotnisku, prawda? – Schylił się i pocałował mnie w czubek nosa.

Nie znosiłam tego momentu, nienawidziłam od lat tego patrzenia najpierw na zegarek, potem w telefon komórkowy, nienawidziłam czasu, który okradał mnie z tego, co najważniejsze. Nie tolerowałam swojego głosu, który wydobywał się ze mnie wbrew postanowieniom, jakby nie zależał od mojej decyzji – zawsze zmieniał się w proszalno-błagający ton zranionego dziecka.

Mnie nigdy nie obiecywał pożegnalnego obiadu. Nigdy nie wychodziliśmy razem do restauracji, nigdy nie przyjeżdżał po mnie na lotnisko, nie czekał na mnie na dworcu. Nigdy.

Ale to się zmieni. Teraz to się zmieni.

– Wiem, o czym myślisz, i to nie są dobre myśli, Olinko. Tyle już wytrzymaliśmy, to wytrzymamy jeszcze parę dni, prawda?

Znał mnie jak nikt.

Uśmiechnęłam się i przejechałam ręką po jego włosach. Kiedyś cudownie ciemnych, dziś poprzetykanych siwymi nitkami. Wszystko budziło moją czułość. Czekałam na niego całe życie, nie muszę teraz skamleć o tych parę godzin.

– Wytrzymamy. – Uśmiechnęłam się, bo lubił, jak się uśmiechałam.

Wytrzymamy, tak mówił bardzo często, a to tylko ja musiałam wytrzymywać. Zawsze po jego wyjściu, bez względu na to, która była godzina i jak bardzo byłam zmęczona, siadałam do komputera i pisałam, żeby nie myśleć. Wcześniej w swoim małym mieszkanku, a teraz w tym domu, wygodnym, może niedużym, ale czteropokojowym, z ogródkiem. Zawsze marzyłam o własnym domku, a teraz zaludniałam go wymyślonymi postaciami. To one do mnie mówiły albo rozmawiały ze sobą, dzieliły się ze mną swoimi tajemnicami, mrocznymi najczęściej, to one pozwalały mi przeżyć tę straszną samotność, kiedy żegnałam go w drzwiach, kiedy przytulałam się do niego mocno, a on już był jedną nogą w swoim drugim życiu.

Życiu beze mnie.

Artur poszedł do łazienki, a ja wyciągnęłam się na łóżku i objęłam jego poduszkę, jak zawsze, i jak zawsze ostrożnie włożyłam kaleką rękę pod spód.

Czy jego żona wiedziała, że jest z nią dzięki mnie?

Że byłabym na jej miejscu, gdyby nie moja uczciwość?

Że oddałam siebie i nasze dziecko, oddałam na ofiarę, żeby nie stawiać go na szafocie?

Że moja miłość była silniejsza niż ja sama?

Że tyle lat czekałam w nadziei, że Bóg o mnie nie zapomniał i mi wybaczył?

I nie zapomniał.

Teraz miało się dopełnić nasze przeznaczenie.

Wyszedł z łazienki, już ubrany, podał mi szlafrok.

– Włóż, chłodno tutaj.

Skręcałam kaloryfery w sypialni, wolę, jak jest chłodniej. Wiedział, że zejdę z nim na dół, wiedział, że jak zwykle odprowadzę go do samych drzwi.

Podał mi rękę i pociągnął mnie do siebie.

– O-lin-ko. Ko-cha-na mo-ja. Prześlij mi mailem numer lotu, nie zapiszę teraz, zadzwonię zaraz, jak wyląduję. I przygotuję wszystko dla ciebie, dla nas – poprawił się, a moje serce zaczęło bić radośniej. – Kupimy wielki amerykański wóz, objedziemy wszystkie parki narodowe, ty wiesz, że w Kanadzie jest najdłuższa ulica świata? Ma parę tysięcy kilometrów, wyobrażasz sobie? Pojedziemy nad Niagarę, wejdziemy tymi korytarzami pod płaszcz wody i tam cię będę całował. – Pocałował mnie w policzek, a ja włożyłam szlafrok.

Wszystko będzie inaczej niż dotychczas. Teraz już nasz świat będzie wspólny.

*

Szłam do swojego równoległego świata z telefonem przy uchu. Gdy był ładny dzień, to szłam na piechotę. Nie biegałam, nie chodziłam na żadną sambę, nie ćwiczyłam, ten półgodzinny spacer był moją przyjemnością i próbą zachowania kondycji. A dzisiaj już czuło się w powietrzu wiosnę. Są takie momenty, że niezależnie od kalendarza czuje się w powietrzu zapach mokrej ziemi i już wie się, że nawet jeśli jeszcze spadnie śnieg i jeszcze ściśnie mróz, to będą to ostatnie podrygi odchodzącej zimy. I to popołudnie właśnie takie było.

Mateusz dzwonił codziennie, a czasem dwa razy dziennie. A ja odbierałam jego telefony z radością.

– Ty mów, bo ja idę.

– Idziesz, jak?

– Prawa noga, lewa, prawa... – roześmiałam się.

– Oj, co widzisz? Którą ulicą?

– Widzę tramwaj z lewej. Widzę bank po prawej. Słońce odbija się we wszystkich wieżowcach, wiesz, tych okropieństwach, które otaczają Pałac Kultury. Ładnie to wygląda teraz, bo od ciebie jest ciemne niebo.

– Ode mnie jest zawsze piękne niebo.

– Oj, w sensie, że na wschodzie jest granatowe i te budynki się jarzą, jakby pożary w nich ktoś zapalił. Szkoda, że tego nie widzisz.

– Ja żałuję bardziej.

– A co u ciebie nowego?

Lubiłam, jak opowiadał, codziennie miał dla mnie jakąś nową historyjkę. Żebyś się częściej uśmiechała – tak mówił.

– U mnie nic. Tęsknię za tobą.

Milczałam, bo nie wiedziałam, co powiedzieć.

– Nie masz dla mnie niczego, co sprawi, że będę podniesiona na duchu?

– Oprócz tego, że tęsknię?

– Uhm – powiedziałam – przecież się jutro zobaczymy.

– U mnie nic – ożywił się – ale znajomej się przydarzyła ciekawa historia. Wiesz, taka smutna historia z optymistyczną pointą. Może być?

– Oprócz tego, że zobaczymy się w sobotę? – zaśmiałam się.

Jakaś pani z psem mijała mnie i spojrzała na mnie jak na wariatkę, zanim zobaczyła, że śmieję się w telefon. Błysk zrozumienia, a mimo to pokiwała głową z dezaprobatą.

– Tak, to dobra wiadomość. Ale mam dla ciebie historię z trumną.

– Z trumną? Trumna nie jest optymistyczna.

– Moja jest.

– Okej – zgodziłam się, bo lubiłam, jak mówił. Lubiłam jego głos.

– Mam fajną sąsiadkę, Lilkę. A Lilka ma dziadka. I ten dziadek jest chory od paru miesięcy i leży. Babcia cierpi, bo sąsiedzi, z którymi była w dobrych stosunkach, jakoś przestali ją odwiedzać, choroby się każdy boi. Ona nie poprosi, żeby ktoś przyszedł, bo dziadka samego zostawić nie chce. Do sklepu idzie tylko, jak ktoś z rodziny przyjedzie, więc codziennie dyżury, kto dziś odwiedzi babcię.

– Czy to jest ta optymistyczna opowieść? – upewniłam się, bo choroby i brak przyjaciół wydawały mi się raczej smutne.

– Ale posłuchaj do końca. Matka tej Lilki nie żyje, ojciec, rencista, po dwóch zawałach, ona w pracy za tysiąc osiemset do piątej po południu, ciężko jest. I teraz się okazało, że mimo opieki dziadkowi zrobiły się odleżyny.

– Mateusz! – krzyknęłam w słuchawkę. – Miało być optymistycznie! Odleżyny nie są zabawne!

Dwie dziewczyny, które przechodziły obok, spojrzały na mnie ze zdziwieniem. Może nie wiedziały, co to są odleżyny. Ja wiedziałam.

– Odleżyny nie. Będzie radośniej, ale poczekaj, bo to jest niezbędne dla dramaturgii. Mogę?

– Możesz.

– Więc wezwany lekarz powiedział, że trzeba na czas rekonwalescencji, która będzie długa, załatwić łóżko przeciw odleżynom i będzie dobrze. Ale dobrze nie było, bo wszyscy wpadli w panikę. Łóżko drogie, ledwo wiążą koniec z końcem, skąd na to wszystko brać? No i Lilka obdzwoniła wszystkich przyjaciół, może kto pomoże.

– I pomógł?

– No jasne. O tym jest ta opowieść.

– I to koniec? – Byłam rozczarowana.

– Właściwie początek. Mam kontynuować czy nie?

– Mateusz... – powiedziałam z wyraźną groźbą w głosie.

– No więc tak. Stał się cud, bo za dwie godziny ktoś oddzwonił, że owszem, jest takie łóżko, tylko trzeba je dzisiaj do osiemnastej zabrać pilnie, bo mieszkanie jest likwidowane... – Mateusz zawiesił głos, a ja szłam przed siebie i serce mi rosło.

– Jeśli to wszystko, to nie będę z tobą rozmawiać... aż do jutra.

– Poczekaj, mój Gabrielu, gdzie jesteś? Ile masz jeszcze?

– Z piętnaście minut. Mijam teatr.

– No to masz czas, nie lepiej ci się idzie, jak idziesz ze mną?

Czekał na odpowiedź, więc chwilę się zastanowiłam, a potem powiedziałam:

– Może.

– Biorę to „może” za oznakę niezwykłej radości. I bądź cierpliwa, jak masz jeszcze tyle czasu. Lilka obdzwoniła przyjaciół po raz wtóry, tym razem w sprawie transportu, i okazało się, że owszem, przyjaciel przyjaciela, jakiś facet, może jej to łóżko przywieźć. Jest tylko taki problem, że towar by musiał tymczasem zostawić przed ich domem, bo inaczej nie zapakuje łóżka, i czy ktoś tego towaru mu przypilnuje. No to Lilka kazała babci wyjść z domu i czekać na tego faceta, sama wsiadła w taksówkę i do dziadków, żeby dziadek nie był sam. Jesteś?

– Mateusz! – jęknęłam w telefon. – Błagam!

– Już kończę. Lilka przyjechała i przed domem dziadków zastała babcię. A babcia siedziała na trumnie.

– Na czym? – Wydawało mi się, że nie dosłyszałam.

– Na trumnie! Trumna! Trumna, trup, pogrzeb i te rzeczy. Pudełko na trupy!

– Wiem, co to jest trumna!

– Trumna stała na podwórku, tuż koło drzwi wejściowych. Wokół babci zaś było mnóstwo sąsiadów, którzy składali jej kondolencje. A babcia była w siódmym niebie. Bo jak się okazało, ten facet był właścicielem karawanu i owszem, po łóżko mógł pojechać, ale akurat trumnę wiózł.

Znowu mu się udało mnie rozbawić.

– Wymyśliłeś to! Jestem pewna, że wymyśliłeś!

– Przysięgam, że to prawda. A babcia Lilki tłumaczyła sąsiadom, że mąż żyje i że są na tym świecie wspaniali ludzie. No i kiedy karawan wrócił, sąsiedzi pomogli wnieść i zainstalować łóżko oraz włożyli trumnę do karawanu. Sąsiadki przyniosły ciasteczka, żeby z babcią posiedzieć. Lilka mi powiedziała, że ta pusta trumna to jakiś cud. Że odtąd wszystko się odmieniło. Że ludzie są tacy dobrzy. Że sąsiedzi są teraz tacy życzliwi. Że babcia wychodzi i dziadkowi te odleżyny się leczą. Czy to nie jest optymistyczne? Mogę ci kupić malutką trumienkę, żebyś pamiętała, że to może być symbol radości. Chcesz?

– Nie chcę trumienki.

– Słyszę, że się uśmiechasz. Gdy się uśmiechasz, ja to czuję, mimo że cię nie widzę. Jesteś taka niesamowita, gdy się uśmiechasz.

– Mateusz... – powiedziałam i podobało mi się, że wymawiam jego imię.

– Mam przestać?

– Mhm – mruknęłam niejasno. Co mogło znaczyć tak lub nie.

– Gdzie jesteś?

– Już prawie na miejscu.

– Zadzwonisz, jak skończysz?

– O drugiej w nocy?

– Fajnie byłoby usłyszeć cię przed snem.

– Nie, jutro się zobaczymy. To głupie dzwonić w środku nocy.

– A możesz mi przysłać esemesa, że dotarłaś szczęśliwie do domu?

– Mateusz, od półtora roku docieram szczęśliwie do domu. Dzisiaj też mi się uda.

– Ale półtora roku temu nie mogłem wiedzieć, że idziesz sama po nocy, więc się nie martwiłem. Dzisiaj się będę martwił.

– Nie martw się o mnie – powiedziałam i dodałam szybko: – Zadzwonię, pa.

I rozłączyłam się na wszelki wypadek. Kobieta nie powinna zachowywać się tak, jakby jej zależało, a ja to właśnie zrobiłam.

*

– Nie wiem, gdzie zobaczyłam pierwszy raz ten obraz, mam wrażenie, że mi się przyśnił. Mówiłam ci, wcześniej mi się przyśnił i dlatego... jakbym go znała. – Gabriela trzymała rękę na rysunkach Eschera, którymi nigdy jakoś specjalnie się nie zachwycałem. Po co tak bardzo wszystko komplikować? Ale wiedziałem, że wprowadza mnie w swój świat, i tym akurat byłem zachwycony jeszcze bardziej niż w kawiarni. Włosy spadały jej na twarz, prawą ręką wodziła po albumie, a lewą od czasu do czasu zagarniała je za ucho, wtedy patrzyła na mnie i sama była ryciną, obrazem, malarstwem.

Niezwykły kolor jej włosów w świetle lampy był złocisty, brązowy puchaty szlafrok, którym była szczelnie owinięta, przydawał jej uroku, drobne dłonie z zadbanymi paznokciami poruszały się jak wstążki.

– Zobacz, tu dokładnie widać, że nie widać...

– Widzę, że widzę – wtrąciłem, ale nie usłyszała mojego durnego wtrętu, który miał być dowcipny.

– ...jakbyś tracił orientację w przestrzeni, nie wiesz, co jest wypukłe, co wklęsłe, co na zewnątrz, a co w środku. Co jest sufitem, a co podłogą. Wiesz, że jest najbardziej znanym artystą wśród matematyków? Popatrz na ten trójkąt, on nie może istnieć, a istnieje...

Patrzyłem na jej dłoń, która dotykała papieru. Palce błądziły po rysunku, głaskały płaską powierzchnię, jakby czuły fakturę papieru, albo kto wie, może nawet kształt tych kalekich budynków? Przesuwała rękę wolno, wodziła nią po ciemnych liniach. Jakoś tak niezwykle seksownie. Jakby ta kartka mogła się rozpaść albo jakby ścierała niewidoczny pył.

– Zobacz, ta ręka rysująca tę samą rękę, która rysuje rękę. To jest kosmiczne... Był genialnym matematykiem...

Piłem świetną, o dziwo, wiśniówkę i zimną, niedobrą herbatę i patrzyłem na wielościany, pierścienie i węzły, które nie istniały, bo przeczyły prawom logiki, i słuchałem dziewczyny moich marzeń. Jak jednocześnie można być tak zachwycającym obiektem dla ciała i dla mózgu, pozostawało dla mnie tajemnicą.

– I dlatego go lubisz? Bo też umiesz liczyć?

Pokiwała głową i nie odpowiedziała na zaczepkę, a ja znowu poczułem się jak głupiec. Zbliżyłem swoją szklaneczkę do jej szklanki i stuknąłem.

– Piję za ciebie, Gabrielu – wyszeptałem i odgarnąłem włosy z jej twarzy.

Spojrzała mi prosto w oczy, a potem wróciła do albumu.

Ryby, ptaki, gady, pajace, przedziwne kształty, niemożliwe struktury, sprzeczne figury geometryczne, z których wyłaniały się inne przestrzenie, i znowu schody donikąd, przewracające się domy, płaskie powierzchnie, z których nagle wyrastała niemożliwa trójwymiarowość – a ja zastanawiałem się, dlaczego ten Escher jest dla niej taki ważny.

– Nie patrz na mnie – powiedziała, nie odrywając wzroku od kolejnych rysunków. – Wiem, że patrzysz na mnie.

– Również na to. – Położyłem rękę na jej dłoni, a ona zaczerwieniła się jak mała dziewczynka.

To było zachwycające.

– Hej, zarumieniłaś się!

– Nieprawda. – Wysunęła dłoń i, jak rany, speszyła się jeszcze bardziej.

– Prawda! Jesteś jak dziecko złapane na gorącym uczynku! – ucieszyłem się jak głupi.

– Sam jesteś dziecko! – Otuliła rękami twarz.

– Gabrielu, popatrz na mnie, to takie śliczne. – Objąłem ją nad tymi rozłożonymi schodami donikąd. – Wiesz, że jest taka teoria, że rumieniec to jeden z podstawowych wyróżników człowieczeństwa, nie wstydź się...

– Wcale się nie wstydzę. – Jej policzki były naprawdę zaczerwienione i miałem ochotę rzucić ją na ten stół albo na podłogę. – I wcale nie ma takiej teorii – dodała po chwili.

– Tysiąc osiemset dwudziesty drugi, sir Cecil Bell w Anatomy of Expression o tym pisał. Sobie sprawdź.

– Sobie sprawdzę. Oglądasz czy nie?

– Cały czas.

– Chodzi mi o Eschera. Bo jak nie chcesz, to...

– Chcę, naprawdę. – Próbowałem się skupić. – Ale wiesz co? Najbardziej to chciałbym wiedzieć, dlaczego ty... go tak kochasz... – I zabrzmiało to naprawdę poważnie.

Przyglądała mi się przez chwilę z uwagą, jakby chciała sprawdzić, czy dalej się wygłupiam.

– Nie wiem – odpowiedziała. – Może dlatego, że jego świat jest inny. Przestajesz wierzyć swoim zmysłom, jak na niego patrzysz. Na to, co narysował. On jest jednocześnie nieprzewidywalnie przewidywalny. I harmonijnie chaotyczny. Nieskończenie śmiertelny i skończenie nieśmiertelny. – Wypiła szklaneczkę duszkiem i poprosiła: – Nalej mi jeszcze, a ja ci znajdę coś, co cię powali.

Byłem powalony bez tego. Jej włosy prawie dotykały albumu, gdy się pochylała, próbując dojrzeć coś, co dla mnie było niewidoczne. Poszedłem do kuchni, przyniosłem butelkę i postawiłem na stole.

– Będzie bliżej – usprawiedliwiłem się.

– Popatrz na to.

Posłusznie spojrzałem. Rozpięty znak nieskończoności. Mrówki, które krążyły w niemożliwy sposób, uwięzione wbrew logice.

– Wstęga Möbiusa. Jedno z najsłynniejszych jego dzieł. Przyglądasz się i chcesz zobaczyć, o co chodzi. Ale im bardziej się przyglądasz, tym mniej rozumiesz. Jeśli spojrzysz na to, jak na... na przykład na symbol życia, to coś się zaczyna z tobą dziać. W środku, tutaj. – Dotknęła ręką mojej piersi, a ja zacząłem się wpatrywać w rysunek.

– Nie widzisz początku i końca, nie widzisz wyjścia... Wiesz, że on do swojego syna napisał: nie chcę rysować, ale mam to przyczajone w duszy... Ciągle i wszędzie słyszę pełną żalu prośbę: chcę stąd wyjść, chcę stąd wyjść. – Głos jej się załamał, a ja wstrzymałem oddech.

Pierwszy raz w życiu słyszałem tyle żaru i prośby w interpretacji cytatu. Żaden aktor by tego nie zrobił bardziej rozpaczliwie i bardziej błagalnie.

– Jesteś niesamowita – powiedziałem i objąłem ją wpół.

Patrzyłem na mrówki na obrazku i przejął mnie dreszcz, one nie miały żadnych szans, żeby się stamtąd wydostać.

Patrzyłem na nie i jednocześnie czułem ciepło jej ramienia. Trwała nieruchomo i wiedziałem, że te mrówki mają z nią jakiś związek, że może chce mi coś więcej powiedzieć, ale bałem się ją spłoszyć jakimkolwiek pytaniem. Oblała mnie fala współczucia. Milczeliśmy razem z tym robactwem, które będzie tak krążyć do końca świata.

– On zniekształca rzeczywistość... – szepnąłem.

– A może ona jest właśnie taka? Może on ją widzi właściwie, a nam się tylko coś wydaje?

Odsłoniłem jej ramię, siedziała nieruchomo. Dotknąłem ustami cudownej skóry. Przechyliła głowę w moją stronę i odsunęła się.

– Wypijmy.

– Wypijmy za to, żeby się wydostały z tej wstęgi – powiedziałem i wlaliśmy w siebie następną szklaneczkę znakomitej wiśniówki jej dziadka.

*

Zaczęłam czytać:

Kotek znad jeziora Van

„Pamięć cię wzbogaca, nienawiść cię zabija”.

Najbardziej to chyba kochałam Kotka. Kotek nazywał się Kotek albo Kotuś, bo był taki milusi. Tatuś mi go przyniósł i powiedział:

– Ten kotek ma już jedenaście tygodni i będzie szukał przyjaźni z człowiekiem. Będziesz jego człowiekiem?

– Tatusiu, ach, tatusiu! – krzyknęłam z radości, choć mnie tak dziwnie za gardło ścisnęło. – Oczywiście, że tak!

– Będziesz się musiała nim opiekować. – Tata wcale mi nie pokazywał kotka, tylko się troszkę ze mną droczył, a ręce trzymał z tyłu i wiedziałam, że go tam chowa dla mnie. – I będziesz musiała o niego dbać...

– Tatusiu, będę, będę! – Podskakiwałam z radości.

Wtedy wyciągnął rękę, a tam... o Boże, po prostu maleństwo takie, z niebieskimi oczkami, calutkie białe, tylko ogonek taki brązowy i plamki dwie rudawe na uszach, takie cudne, że aż nie wiem!

A oczka jak niebo niebieskie, takie czyściutkie!

Oczywiście w naszym mieście było milion milionów kotów, ale ten właśnie, ten cudny białasek, miał być mój, tylko mój! Więc wiedziałam, że to będzie bardzo specjalny kotek, z którym będę mogła chodzić po dachach, bo kotki chodzą wszędzie, i który będzie mnie kochał.

– Czy on ode mnie nie odpłynie, jak pójdę nad jezioro? – Wiedziałam, że te kotki pływają sobie spokojnie, ale nie chciałam, żeby mój Kotuś mnie zostawił.

– Będzie pływał i nurkował, może złowi ci rybkę, ale będzie zawsze do ciebie wracał, bo już nie jest dziki. Zobacz, jak tak rozcapierzy łapkę, to wygląda, jakby miał płetwę między palcami, prawda? – Pokazał mi tatuś, a ja delikatnie postawiłam kotka Kotusia na ziemi. Usiadł od razu, podniósł nogę i oblizał ją, a potem zauważył swój ogonek, który leżał sobie spokojnie, i spróbował go złapać, ale jak się odwrócił, to ogonek uciekł i kotek Kotuś się prawie przewrócił. I był taki śmieszny z tym przewróceniem!

Ach, jak ja się cieszyłam, że będę jego własnym człowiekiem!

A tatuś, mój tatuś, był najukochańszy na świecie!

Od razu po kotku.

I mamusi, rzecz jasna.

I jeszcze babci Mariam.

No i po moim bracie Avedisie.

Bo mój tatuś był wspaniały!

Teraz patrzył razem ze mną na mojego kotka Kotusia, który gonił w miejscu swój własny brązowy ogonek koło jego dużych stóp.

Tatuś umiał mnie podnieść do samego nieba i podrzucić, i roześmiać się, ale ja wiedziałam, że mnie nigdy nie upuści. I był taki silny, że mógł podnieść mamusię, która się tak pięknie śmiała wtedy i nogi jej troszkę fruwały nad ziemią, a potem delikatnie ją stawiał i ich stopy były blisko siebie, mamusi mojej takie delikatne, wąskie, i jego takie ciemne i duże. Przytulał mamusię i ja wtedy nie patrzyłam na nich, bo to były ich sprawy, tylko na ziemię.

Tak, najbardziej te jego stopy pamiętam, choć jeszcze wtedy nie wiedziałam, że przybiją do nich podkowy.

Mój braciszek Avedis, a to znaczy Przynoszący Dobre Wieści, urodził się po mnie i był jeszcze mały. Biegał już i mówił, ale mama go karmiła piersią i to było bardzo, ale to bardzo niesprawiedliwe, ja dostawałam tylko kozie mleko, które mama kupowała na targu. Mieliśmy tylko dwa konie, nie mieliśmy kóz. No i teraz jeszcze kotka Kotusia, który był zupełnie cały mój. I ja byłam jego.

Kiedy leżałam już grzecznie i czekałam na sen, babcia Mariam siadała czasami przy mnie i opowiadała o dawnych rzeczach, które się działy bardzo, bardzo dawno temu. Że nawet jej na świecie jeszcze nie było i nawet jej mamusi. Ze dwa tysiące lat temu i jeszcze więcej.

Opowiadała, jak Jezus umarł za mnie na krzyżu, i to było bardzo smutne, bo on cierpiał i go bolało, i ja wcale nie chciałam, żeby on tak cierpiał za mnie, mogłam ja pocierpieć, ale babcia mówiła, że tak było w Piśmie i on to zrobił, bo mnie kocha. Troszkę nie rozumiałam, jak można kochać kogoś, kogo wcale jeszcze się nie zna, bo ja na przykład to znam i kotka Kotusia, i mamusię, i tatusia, i mojego braciszka, i babcię. Ale babcia mi powiedziała, że nie szkodzi, że tego na razie nie rozumiem, bo kiedyś i tak wszystko będę wiedziała.

A na dobranoc opowiadała mi też o tkaczu, którego wezwał car, i opowiadała o Semiramidzie.

– Gothar – mówiła babcia – mój klejnociku, będziesz piękna i będziesz kochana.

Gothar to znaczy klejnot. Byłam szczęśliwa, że tak ładnie mnie nazwali.

– Ty jesteś stworzona do szczęścia, zobaczysz.

Lubiłam najwięcej słuchać o Semiramidzie. Bo trochę było mi jej żal. Bo ona strasznie się zakochała w jednym panu, co był władcą naszej Armenii, on się nazywał Ara Geghecik. I jak go zobaczyła ta królowa Asyrii, bo Semiramida to była królowa, a to bardzo ważna osoba w takim państwie, no więc jak go zobaczyła, to od razu się zaleciła do niego. A on jej zaloty odrzucił, tylko nikt nie wiedział dlaczego. Może ona była brzydka? Albo podobna do kury? Nie wiadomo. I ta królowa Semiramida bardzo to przeżyła, to, że on się do niej nie zalecił, tak jak ona do niego. Bo ona chciała być wzajemną. I żeby on był wzajemny. Może chciała, żeby ją po prostu ktoś kochał, tak jak tatuś moją mamusię? A Ara jej w ogóle nie kochał. Ani trochę. I ta królowa się tak zdenerwowała, że zawołała na swoje wojsko, i już! Wojsko, idź do tego kraju i tego władcę masz ukarać! No i zrobiła wojnę. I tak walczyli i walczyli, aż zabili naszego władcę. I on poniósł dlatego śmierć. A może wtedy Semiramida płakała? Ale było już za późno. I bardzo tego żałowała.

I jeszcze lubiłam prawdziwe historie. Babcia Mariam opowiadała mi różne rzeczy, niektóre były straszne, ale niektóre nie. Trochę się lubiłam bać, ale tylko trochę. Avedis spał smacznie, przytulony do mojego ramienia, on też mnie kochał, chociaż w ogóle nie byłam jego mamusią.

Miałam blisko braciszka, kotka Kotusia i babcię. Rodzice spali w drugiej izbie i też byli blisko. Byłam ich klejnocikiem... No a oni moim, chociaż nie mieli takiego imienia jak ja.

I jeszcze najbardziej, oprócz bajek, które opowiadała nam babcia Mariam, to lubiłam, jak tatuś grał na duduku. Och, jakie to było dziwne, przytulał do ust taki kawałek drewna i coś wychodziło z tego kawałka, takiego smutnego, rzewnego, ciepłego, takiego, jakby miało nos zatkany i płakało niedawno, i niosło się aż do jeziora, jakby nic innego nie było na świecie, tylko to, co tatuś wypuszczał aż do samego Pana Boga.

Najpierw to myślałam, że tatusia palce pozwalają wychodzić jakimś zwierzątkom, albo nawet ptakom jakimś dziwnym, co ich nie widać, tylko słychać. Tatuś nadymał policzki i był niepodobny do siebie, tylko dalej, za ustami, był podobny do tatusia, ale miał zamknięte oczy, jakby nie mógł patrzeć na dźwięki.

Może one by się bały wtedy przez te dziurki wychodzić? Nie wiem. Ale tatusia palce pozwalały na wszystko, i tak było, jakby na trzcinie grał albo jakby tam w środku jakieś trąbki takie smutne były, ale tam nic nie było przecież.

Tylko kawałek drzewa morelowego, to każdy wie. Tatuś powiedział, że ten instrument to ma trzy tysiące lat! To dużo więcej, niż ja mam! Nawet parę razy więcej! Albo nawet kilka razy więcej!

Jak tatuś zaczynał grać, to sąsiedzi przynosili zydle i siadali w milczeniu i słuchali. Wszyscy. Lubili mojego tatę i mamę i myśmy ich też lubili. Chociaż oni mieli niedzielę w piątek, a myśmy mieli niedzielę w niedzielę. Trochę tego nie rozumiałam, ale tak właśnie było.

I nas, i ich codziennie budził muezin, który jak jeszcze było ciemno, to z minaretów krzyczał śpiewnie:

– Allahu Akbar!

Bóg jest wielki!

Ale to było wiadomo, że Bóg jest wielki. Największy. I dlatego trzeba być dobrym.

To ci się wtedy nic złego nie stanie.

Noce naprawdę były takie piękne! Na wiosnę w nocy odzywał się bulbul. Jak on się zanosił! Jak on gulgotał! Jaką melodię z maleńkiego gardziołka sobie robił! Babcia Mariam mogła go słuchać godzinami, uciszała mnie, podnosiła rękę i pytała:

– Gothar, słyszysz? Słyszysz? Posłuchaj...

A ja milkłam, niepotrzebnie, bo bulbul był głośny, głośniejszy niż wszystko inne. Wystarczyło, żeby jeden zaczął niepewnie gwizdać. Gwizdać czy bulgotać? I nagle odzywały się z dala inne...

– Dopóki bulbul śpiewa, jego żona i dzieci są bezpieczne. Pani bulbulowa dba o swoją rodzinę, nie opuszcza gniazda, czeka na swojego słowika, jakby tylko przy jego śpiewie mogła dbać o rodzinę. – Babcia Mariam przymykała oczy, jakby widziała panią bulbulową krzątającą się po domu. – Wysiaduje jajka, opiekuje się gniazdem, wyrzuca z niego zgniłe paproszki, niepotrzebne okruszki, utrzymuje czystość, ogrzewa jajeczka. Ale kiedy bulbul przestanie śpiewać, wszystko się kończy...

– Dlaczego przestanie? – pytałam przerażona.

– Może umrzeć. Może go złapać jakiś kot. Ptaki też umierają. – Babcia Mariam smutniała. – I jego żona zostaje sama. Wtedy opuszcza gniazdo i zostawia swoje dzieci. Nie ma już domu. Jakby tylko przy jego śpiewie mogła żyć...

Kochałam bulbula tak samo mocno jak babcia Mariam.

Niebo czerniało, a gwiazdy wypływały na niebo nie wiadomo skąd, jakby ktoś co wieczór wysypywał je z jakiegoś bardzo dużego worka, i cisza taka się robiła, i milkły rozmowy, jak tata wychodził z dudukiem. I wszyscy prosili: jeszcze, jeszcze! Czasem sąsiad z prawej przynosił swój dhol i razem to robili, jakby to były bliźniaki, ten duduk i ten bęben. Opierałam głowę o kolana mamy, a ona głaskała mnie po włosach.

No i pamiętam ten dotyk, tak samo jak jej nogi nad ziemią. Nie od taty te nogi, takie trzepoczące, tylko od tych trzech żerdzi wbitych jak piramida w ziemię i sznura pomiędzy nimi.

A trzy żerdzie ułożyli,

Moją mamę powiesili,

Raz, dwa, trzy,

A następna będziesz ty!

Nogi mojej mamy tylko chwilkę fruwały nad ziemią, potem już się nie ruszały. I nikt ich na ziemi nie postawił, zostały w powietrzu.

Ale to było potem.

Teraz babcia, kiedy troszkę byłam niegrzeczna, chociaż wcale nie chciałam, tak mi się po prostu samo udało, przytulała mnie i mówiła:

– Gothar, musisz być grzeczna, musisz być grzeczną dziewczynką, bo kiedyś będziesz miała swoje własne dzieci, i czy chciałabyś, żeby one nie były dobre dla ciebie? A mamusia się martwiła, jak tak długo nie wracałaś...

Chciałam babci wytłumaczyć, że kotek Kotuś sam pobiegł przed siebie i ja pobiegłam za nim, a potem bawiliśmy się takim długim kwiatkiem i kotek Kotuś skakał wysoko i się przewracał, i w ogóle nie wiedziałam, że tak długo się przewracamy, i dopiero jak słońce zrobiło się takie niskie, to pobiegłam do domu. Bo miałam zajętość taką, że nie myślałam o mamusi, że się martwi, bo przecież nic mi się nie stało!

Robiłam się smutna, bo wcale nie chciałam być niedobra i nie chciałam mieć niedobrych dzieci, i obiecywałam babci, że już nigdy, ale to nigdy nie zasmucę ani mamusi, ani tatusia.

Babcia rozplatała mi do mycia moje śliczne długie włosy i mówiła:

– Klejnociku, ciebie czeka szczęście, wielkie, wspaniałe życie, tylko bądź dobra dla innych. Wtedy Jezus się do ciebie uśmiecha. Uśmiecha się do wszystkich, którzy potrafią kochać. Więc musisz myśleć o tym, co czują inni, i że mogą się martwić. Obiecujesz? A Pan Jezus wszystko ci wynagrodzi, będziesz miała wspaniałe dzieci, które też nauczysz kochać. Bo tak jest zbudowany świat i trzeba o tym pamiętać.

Ale babcia jeszcze wtedy nie wiedziała, że nie będę miała nawet męża ani żadnych dzieci, bo mnie zwiążą i zepchną razem z innymi do rzeki Chabur.

I że będę miała szczęście, bo moja mamusia nie będzie na to patrzyła i nie będzie tak rozpaczała jak inne mamusie. I szybciej niż wszystkich innych Pan Jezus będzie mnie kochał.

*

Zabijam swoją matkę kilka razy dziennie.

I to niezależnie od pory dnia, nawet od tego, co w tej chwili robię lub czego nie robię. Zabijam ją bezustannie, dzień w dzień, chociaż od jej śmierci minęły prawie trzy tygodnie. Zabijam ją za każdym razem tak samo, odsłaniając ramię, podwijając rękaw szlafroka, pod którym znajduję pokruszoną skórę, cienką jak pergamin, w prawej ręce mam małą strzykawkę z morfiną i za każdym razem ona podnosi na mnie swoje szare oczy, a w nich nie ma nic poza rozpaczliwym poszukiwaniem nadziei, i za każdym razem tak samo cicho mówi, a może prosi:

– Jeszcze chcę z tobą pobyć...

A ja codziennie, od trzech tygodni, tak samo wbijam strzykawkę i wiem, że to nasze ostatnie spotkanie, potem ona już nie będzie mówić ani patrzeć, ani prosić o nic, morfina zacznie działać, upośledzi i bez tego dogasające oddychanie, za kilkanaście godzin płuca przestaną walczyć o powietrze i o osiemnastej czterdzieści siedem, kiedy wejdę do jej pokoju, z cichym chrzęstem ostatni oddech wydostanie się ze zmęczonego ciała.

Zabijam ją codziennie, w różnych miejscach i o różnych porach. Mój mózg reaguje na słowo „jeszcze” albo „chcę”, albo na promień słońca lub nagłe zachmurzenie, pogoda tamtego dnia była zmienna, rano mżyło, a potem wiatr i słońce, i było tyle innych rzeczy do zrobienia – obiad, zakupy, pojechać po pielęgniarkę, zadzwonić do wydawcy, że spóźnię się jednak z redakcją, a trzeba było usiąść przed komputerem i coś robić, robić coś innego, patrzeć na coś innego, a nie można było pracować, nawet nazwisko autora wydawało się obce, choć to było moje nazwisko. Plik otwierał się niechętnie, bo komputer był stary i program w nim był stary, i dysk nie został nigdy uporządkowany, patrzyłam na czcionkę swojego nazwiska i tytuł i wydawała się za duża i za ostra, litery tytułu przestały się układać w słowa. Ale trzeba było siedzieć przed ekranem, żeby nie siedzieć przy jej łóżku i nie słyszeć, jak umiera.

Za oknem brzozy wyginały się wdzięcznie, trzepały gałęziami jak wierzby płaczące, otulały białe pnie i odsłaniały je po chwili, bawiąc się na wietrze, rozwieszone wzdłuż drogi druty elektryczne kołysały się również, a na nich nieruchomo trwały dwa gołębie, z ciemną obrączką wokół szyi, ze śladem wisielca wmontowanym na zawsze, do śmierci, nieruchome, przyspawane do ciemnej kołyszącej się liny, dzielącej widok z mojego okna na to, co niżej, i na to, co ponad.

A przez dalekie gałęzie brzóz przebłyskiwał na czerwono dach domu sąsiadów, jak krwawa plama na dłoniach lady Makbet. Nie ma. Jest. Nie ma, jest. Znowu jest. Po ubitej drodze, nieutwardzonej, a wysypanej tłuczniem, przejechał samochód. Biały obłok podniósł się jak dym po pożarze łąk i okleił ciemny płot sąsiadów białawą pleśnią.

Świat dogorywał razem z moją matką w sąsiednim pokoju.

Nie mogłam nic zrobić, poza obserwowaniem tego, co przestawało istnieć, co na moich oczach zmieniało się nie do poznania.

Świat już się kurczył od jakiegoś czasu, ale tak powoli, że dla mnie to były prawie niezauważalne zmiany.

Dla mnie. Ale nie dla innych.

Na przykład dla kapci.