Wydawca: Książkowe Klimaty Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 304

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Przez ucho igielne (sploty) - Jan Pucek

Być może istnieje podskórna tkanka świata wyznaczająca relacje ludzi i przedmiotów. A może to przypadek, że ścieżki kamieniarza Jana i krawcowej Bożeny, początkowo oddalone, w pewnym momencie zbiegają się we wspólną drogę. Przyglądając się z bliska drobnym wydarzeniom, rzeczom i ludzkim zachowaniom, Ján Púček wydobywa na powierzchnię sploty ludzkich historii.

Jan, działający podczas drugiej wojny światowej w antyfaszystowskim ruchu oporu, na ponad pięć lat staje się więźniem nazistowskich obozów koncentracyjnych i radzieckiego łagru. Nikt, nawet on sam, nie wierzy, że powrót do domu po wojnie będzie „nowym początkiem”, który rozpocznie się wraz z założeniem niewielkiej manufaktury odzieżowej.

 

Opinie o ebooku Przez ucho igielne (sploty) - Jan Pucek

Fragment ebooka Przez ucho igielne (sploty) - Jan Pucek

Ján Púček

Przez ucho igielne

(SPLOTY)

Przełożyła: Weronika Gogola

Wrocław 2017

Bożenie i Janowi

Przekład dedykuję babci Eli – najlepszej krawcowej w Nowym Sączu.

Weronika Gogola

Gdy człowiek buduje dom,

wraz ze wznoszącymi się ścianami

rośnie strach, że umrze.

W najwyraźniejszym ze snów

na wszystko znajdzie się miejsce.

Tu stanie stół, a na nim

chleb i długi nóż.

Tu będzie spać dziecko,

żona zapłacze w kąciku,

kiedy przyjdzie choroba. A może

nie tylko wtedy?

Tutaj się rozstaniemy. Ale na razie

dzieci jeszcze są małe. Dokończyć

i zostać.

Štefan Strážay, „Dom”

Zegarek

1

Z nastaniem listopada drzewo zaszumi, konary strząsną liście i jesień kończy się na dobre. Przynajmniej do tej pory tak bywało: ogród za oknem pogrąży się w smutku, grusza skłoni ramiona, jabłonie się skurczą. Nawet ten pies, który wlecze za sobą zwiędnięty ogon, zmarszczy czoło i zawarczy z niepokojem. A ludzie? Ludzie stracą rumieńce, spochmurnieją, przykurczą się i zaczną szybciej i płycej oddychać. Z dnia na dzień ubędzie słońca, a przybędzie wiatru i deszczy, chłód wpełźnie pod skórę.

Owszem, gdzieś w środku jesieni świat bywa piękny. Wszystkie te kolory (czerwony, żółty i brązowy), wszystkie te zapachy (wilgotna glina, tlen, wonny dym). Wciąż słyszy się o tym, jaką to miłością darzona jest jesień i że właśnie jesienią świat jest najpiękniejszy. Ale jak mam się tym cieszyć, kiedy wiem, że już w przyszłym roku przyjdzie czas na smutek?

Należy spoglądać wstecz, ale do przodu również – najlepiej robić to równocześnie. Wtedy ani pełna kolorów jesienna paleta, ani srebrne włókna babiego lata nie są w stanie wyprowadzić nas w pole. Od razu widzimy. Widzimy, że wszystko jest inaczej.

W listopadzie powietrze jest pełne śmierci – śmierdzi jak mokra zgnilizna, spalony wosk i chryzantemy. Na ulicach przekrzykują się skrzypiące szkielety drzew i człowiek tylko czeka, kiedy z żalem posypią się na ziemię, kiedy zostanie po nich jedynie równo ułożona sterta drewna.

Smutny, smutnylistopad. Wszystkich Świętych. To wtedy człowiek częściej niż zwykle przemierza cmentarne alejki i zapala znicze, które nie są światełkami pogrążonych we śnie, a na odwrót – każda z nich, żarząc się, wystrzeliwuje wysokim płomieniem w ciemność w intencji duszy tego, który żyje. Za jego radość. Z tego, że jeszcze może. To proste. Bardzo proste. Zapalić zapałkę.

Znicze dogasają na wietrze, który już przeszło trzy dni sieje spustoszenie na wszystkich cmentarzach. Nawet Gaik, który podczas Zaduszek zwykł żarzyć się tysiącem ognistych oczek, dziś wydaje się jakiś wyszczerbiony.

Nagle w wietrzną ciemność wkracza wątła postać mężczyzny. Jan. Stoi na tylnych schodkach swojego domu i z ciemności późnego wieczoru wyłaniają się jedynie jego białe włosy i migają rękawy jego wykrochmalonej koszuli. Przychodzi tutaj zapalić swojego ostatniego papierosa przed snem – jeszcze nie w pidżamie, ale już bez zębów. Dziś nawet nie zaświecił – pomyślał sobie, że palić też można z pamięci.

Wicher ukradnie mu ogień z trzech zapałek, a zaraz po tym, kiedy końcówka papierosa wreszcie się rozżarzy, połowa odleci gdzieś do tyłu.

Jan spojrzy ponad pole, sięgając wzrokiem aż do Gaiku. Grobów nie widać, ale wie, że tam są. Tak jak biały mur cmentarza. I stary kościółek. Wszędzie panuje ciemność. Procesja zaduszkowa, która o ósmej wyszła z wioski, powinna teraz być gdzieś w pół drogi. Gdzieś pośród tego ciemnego zastępu jest również jego żona; nie na początku ani nie na końcu, kroczy w środku, tak jak lubi najbardziej.

Jan myśli o niej. To tak, jakby szedł obok. Ogarnia go jakaś ckliwość. Zaduszki. Wszystkich Świętych. Jego mama miałaby urodziny. Dokładnie pierwszego. Które to? Sam jest już po osiemdziesiątce. I znowu procesja. Słychać śpiewy. Być może już przecinają drogę, być może kierują się już w stronę bramy cmentarnej.

Nie wiadomo, kiedy wróci do domu – myśli sobie Jan – ten ksiądz nie potrafi przestać, nie potrafi wyczuć, kiedy mają go dosyć, kiedy już przesadza. Starym kobietom każe włóczyć się po nocach po cmentarzu, tak jakby modlitwa z domu nie była modlitwą. Kobiety człapią na cmentarz, pod górę, w ciemności, w ich domach powoli gasną żarówki, a mężowie na werandach umierają ze strachu. Boże, jesteś przecież wszędzie, w każdej drobince, w źdźble trawy i w nóżce czarnej mrówki. Powiedz zatem – naprawdę musisz je widzieć tam na górze, w Gaiku, czy to są tylko jakieś księżowskie wymysły?

Jan wyrzucił niedopałek w krzak dzikiej róży i przez chwilę patrzył, jak powoli dogasa. Przeszył go chłód.

Z procesji i nabożeństwa żona wróciła dopiero po dziesiątej, płaszcz miała poplamiony woskiem. Zastała Jana na brzegu łóżka – spał na siedząco i czekał. Nie był w stanie położyć się sam ani przebrać w pidżamę.

Bożena. Nazywa ją Bożka albo Boba. A ostatnimi czasy już tylko mameńka. Pomogła mu z rękawami i nogawkami pidżamy, nie przestając mówić, poruszona:

– Wybacz mi, Janko. Wybacz. Nie wiedziałam, że to potrwa tak długo.

Potem przykryła go grubą pierzyną, dbając o to, żeby guziki były po stronie nóg. Tego wymagał. Bał się, że w nocy wpełźnie mu na twarz jakiś pająk, bał się, że przez sen nieświadomie może go połknąć.

Jan. Mówi do niego Jańcio. Czasami nawet tatuś. Rano nie będzie już pamiętać o tym, że go w nocy przebierała i układała do snu. Coś zamajaczy mu się o wosku na jej płaszczu, natychmiast pójdzie sprawdzić, ale niczego nie znajdzie. Sen. To był tylko sen.

Potem wyruszy na poszukiwania Bożeny. Nigdzie jej nie ma, ani w łazience, ani na werandzie, ani nawet w kuchni, gdzie przecież urzęduje każdego poranka. Zawoła jej imię. A potem jeszcze:

– Mameńko!

Zamiast odpowiedzi usłyszy jednak tylko swoje własne ciche kroki w miękkich pluszowych pantoflach. Pierzyny w sypialni są porozrzucane, jakby poplątały się ze sobą, zagryzły, a Bożeny ani widu, ani słychu. Na wpół wyblakłym oleodruku w pozłacanej ramie siedzi mały półnagi Jezus z gołębicą w otwartej dłoni i skrzyżowanymi palcami. On też nie wie.

Jan narzuci na ramiona jakąś zrobioną na drutach kacabajkę w brązowe i zielone paski, jak nic należy do żony, ale cóż z tego? Na głowę włoży beret i tak wystrojony wyjdzie w stronę tylnych schodów. Przedtem jednak, jeszcze na korytarzu, wspominając wczorajszy zachłanny wiatr, zapali papierosa. Szkoda każdej zapałki.

Nocne wietrzysko ucichło, ale przemieniło się w deszcz. Leje jak z cebra, nad Gaikiem rodzą się kędzierzawe chmury i odlatują gdzieś na Náhač.

– Skóry skupuję, skóry! – odezwie się z głośnika czyjś głos od strony ulicy, a Jan nieświadomie pogładzi się po rzadkich siwych włosach na głowie. Gdzie się podział ich kolor? I gdzież podziały się te włosy? Pogubił je po całej Europie, a teraz stracił kolejne dwa – zamotały mu się pomiędzy palce lewej ręki. Wtedy przypomniał sobie: zegarek wczoraj w nocy stanął wpół do czwartej, czas się zmienił.

– Zajęcze, kozie, skórki skupuję!

Głos muezina ze szczekaczki powoli cichnie, odzywa się z coraz większej oddali, aż wreszcie zupełnie zniknie.

Ten Jan, Jan Hollý, to mój dziadek. Albo ściślej mówiąc – dziadzio. Obu tych pojęć strzegliśmy z powagą: dziadek w Mikulašu był dziadkiem, a ten z Trstína od zawsze był dziadziem. Z babciami było podobnie: jedna była babcią, a druga babusią.

Czasem nachodzi mnie wielka ochota na snucie opowieści o nich wszystkich. Najbardziej o dziadziu. Chcę opowiedzieć całą jego historię, wszystko, o czym wiem, jedynie tu i ówdzie nieco podkoloryzować i wymyślić. Kiedy jednak już zdecyduję się zarysować to wszystko, przed oczyma zawsze przebłyśnie mi jedynie kilka szybkich obrazów, które stają się coraz bledsze i bledsze. Coraz mniej zostaje również słów, zlepiam je ze sobą, jedno z drugim, montuję zdanie po zdaniu, żeby z całej historii został przynajmniej szkielet. Za plecami jednak wciąż czyha na mnie jakiś dziwny strach, czyha i dyszy mi w kark, wciąż przypominając, że wszystkie te obrazy któregoś razu zbledną na dobre, słowa też się zagubią, wszystko po kawałku rozsypie się w ciemności.

Jeden z tych obrazów wyglądał tak: dziadek zbija w szopie mały drewniany taboret, a kiedy gwóźdź się zegnie, klnie:

– Kurna chata!

Stoję obok niego. Bardzo mały. Oczy ledwo dosięgają do blatu warsztatowego stołu. Śmieję się, a przed ustami wirują mi trociny.

O wszystkim zapomniałem, nawet te okruchy, które zostały mi w głowie, powoli znikają, bąbelki spadają na powierzchnię i rozpryskują się. Śmiechowi towarzyszy smutek, ze wspomnień zostają jedynie rozproszone, oskubane kurczęta. I pusty kurnik. I pusta szopa.

Całe podwórko zatopiło się w zapachu wilgotnych więdniejących chryzantem. Jan palił niespiesznie i przestępował z nogi na nogę. Krzesło, które stało dwa kroki od niego, było mokre od deszczu, nie mógł na nim usiąść. Wtedy zauważył gwóźdź. Sterczał z drewnianej belki, która podpierała daszek nad tylnym wejściem. Zwyczajny przyrdzewiały gwóźdź. Być może sam go tam wbił. A co, jeśliby tak zamknąć drzwi i odejść? Odejść i zostawić ten klucz wiszący na gwoździu, rzucający się w oczy? Jeszcze przez chwilę patrzeć na to, jak siłą rozpędu huśta się, żeby w końcu się zatrzymać. Odejść stąd i zniknąć im z oczu, kiedy już samemu się je zamknie. Zniknąć jak najprędzej – tak sobie mówił. Gdzieś za szopą, w wąskiej szczelinie między drewnianą ścianą a murem. Znaleźliby go już zesztywniałego, może dzięki temu byłoby mniej płaczu? Albo poszedłby do szopy. Zakneblował drzwi od środka, poszukał krzesła, starej rozeschniętej thonetki, którą przytargał jeszcze z Holíča, albo przynajmniej jakiegoś zjedzonego przez korniki zydelka. Usiadłby. Nie chciałoby mu się umierać na stojąco.

Jan skończył palić i powoli prześlizgnął się wzdłuż muru, pod krótkim okapem, przed dom. Po ulicy ściekała deszczowa rzeczka, która dokładnie przed nimi przecinała ulicę i przepływała na drugi brzeg. Rozglądał się w jedną i drugą stronę – żony nie było. Jak nic musiała się gdzieś schować, któż by chciał biegać po wsi w taki deszcz? A jednak są i tacy – po chwili przemknie ulicą Doňa Pepe na starym wielkim rowerze, węzeł chustki śmiga jeszcze pół metra za nią. Trzyma się tylko jedną ręką, w drugiej ściska czarny parasol wygięty na odwyrtkę.

– Przemarzniecie! – zakrzyknie, a Jan nie będzie w stanie tak szybko zorientować się, czy to było do niego, czy do kogoś innego. W tej samej chwili zobaczy Bożenę wychodzącą z uliczki wiodącej do szkoły. Nie ma parasola, deszczowe krople ściekają jej po czole. Siatka w lewej ręce ugina i krzywi całą jej posturę, chleb, który niesie pod pachą, jest całkowicie przemoczony.

– A parasola to nie mamy, co? – zapyta ją, kiedy sięgnie ręką za bramkę, żeby otworzyć.

– Jak wychodziłam, jeszcze nie padało. A jak zaczęło, spieszyłam się, żebyś znowu nie musiał na mnie czekać.

Chciała mu jeszcze wygarnąć, że biega po polu w samej pidżamie, podczas takiej pogody, chciała mu zrobić wyrzuty o to, że nie ma skarpetek, że jest w pantoflach, boso, chciała mu zrobić awanturę, że zarzucił jej kacabajkę, ale nie pozwolił jej na to.

– Bałem się. Nie wiedziałem, gdzie jesteś.

– Wybacz. Myślałam, że zdążę wrócić do domu, zanim wstaniesz.

Usadowiła go za wielkim okrągłym kuchennym stołem i postawiła wodę na herbatę. Torebka ze zwykłą herbatą Ceylon leżała na spodku, zalewana już dwa razy. Jedna torebka wystarczała mu nawet na trzy dni, taki był oszczędny. Zawsze tylko delikatnie zamoczył ją w gorącej wodzie, słabo zabarwioną słodził i pozwalał sobie dolać z butelki Trenčianskiego Hradnégo.

– Mameńka, mamy jeszcze koniaczek?

– Kupiłam – powie mu Bożena i zaraz po butelce brandy wyciągnie z siatki paczkę Marsków.

– Mówiłam ci, że możesz palić na werandzie. Nie musisz latać na dwór. Chcesz się zaziębić? Co?!

Jan uśmiecha się kątem ust. Teraz już wszystko gra, wszystko jest na swoim miejscu, Bożena jest w domu, koniak w herbacie, nogi w skarpetkach, zapałki w kieszeni, zegarek na ręce, stary pozłacany PRIM znów pokazuje czas z dokładnością co do sekundy.

Bożena siedzi naprzeciwko niego w milczeniu. Podgląda jego poranne rytuały i bywa, że sekundę przed tym, jak on napije się i wierzchem dłoni wytrze usta, powie sobie po cichu – teraz się napije i dłonią wytrze usta.

Jak strasznie się zestarzeliśmy – pomyśli sobie Bożena. Znamy się już na wylot. Już nawet nie chce nam się kłócić jak dawniej, już nie tłuką się wazony, a po kuchni nie latają miski haluszek. Kto by pomyślał, że na stare lata przyzwyczaimy się jedno do drugiego.

– Chcesz się przebrać? – spyta Bożena, a Jan jedynie pokręci głową.

– Zostajesz dzisiaj w pidżamie?

– Tak.

– Idziesz się położyć?

– Pójdę. Dopiję herbatę i pójdę.

2

Wygląda na to, że człowiek najwięcej dowiaduje się o śmierci dopiero wtedy, kiedy sam zaczyna umierać. Do tego momentu wszystko to jedynie domysły. Przypuszczenia. I naiwne wyobrażenia. Czego jednak mógł nie wiedzieć o śmierci Jan, który na własne oczy widział wszystkie te żywe trupy w niemieckich obozach, który widział słupy dymu, pachnące ludzkim mięsem? Śmierć już niczym mnie nie zaskoczy, nawet jeśli uderzy zza pleców – mówił sobie, kiedy u góry w Gaiczku stawiał swój własny grób. Najpierw musiał wykopać fundamenty, wtedy to po raz pierwszy znalazł się na jego dnie. Nie miał jeszcze sześćdziesiątki, a już mu się wydawało, że wie o śmierci wszystko – tak pachnie śmierć, tak przychodzi, tak przechadza się po grobie. A teraz, jest już pięć lat po osiemdziesiątce, zaczął się uczyć od nowa. To boli. Każdy dzień. Zastrzyk domięśniowy z magnezu.

– Trzymaj się, Janek. Myśl o kobietach. Jakie one to mają wszystko piękne, mięciusie – mówił mu każdego dnia doktor Štipec, przed wkłuciem, a Jan się śmiał – gdyby nie to, że podpierał się drewnianą laską, z pewnością by spadł.

Na razie grób w Gaiczku stoi pusty. Już ponad dwadzieścia lat. Jan nie chodził nawet go zamiatać, nie palił na nim świeczek – wystarczyło, że wiedział, że grób tam stoi, że wszystko jest w porządku, że czeka na niego. Przynajmniej jeden kłopot z głowy. Wymurował grób. Każdy porządny murarz musi postawić swój nagrobek; tego go nauczył przed laty w Holíču jego majster murarski Hubert Angelini. Mimo to pomnika i tablicy już Jan nie kupił. Po co? Jeśli będą chcieli zapamiętać jego imię, kupią ją ci, którzy tu zostaną.

Nie pamiętam tego, jak dziadek budował grób – stało się to długo przed tym, zanim przyszedłem na ten świat. Ale do dzisiaj potrafię przywołać w sobie to dziwne uczucie, kiedy spacerując przez Gaiczek jako małe dziecko, dowiedziałem się po raz pierwszy, że to jest jego grób. Nie rozumiałem tego, przecież dziadzio siedzi w domu w salonie, ma na kolanach cienki kocyk w niebieskie i pomarańczowe koty i jest na tyle zdrów, na ile pozwoli mu jego całe minione życie. No więc jaki grób dziadzia? Żywi przecież nie potrzebują grobów. A ten, bez imienia i dat, opuszczony, zasypany suchym listowiem – dlaczego akurat ten?

Poranek przesiąknięty jest zapachem herbaty i koniaku. Równocześnie wypala pierwszy papieros, przydusza go z rozkoszą. W skrzynce pocztowej znalazł gazetę „Bojownik”. Prenumeruje ją od pierwszego numeru, co oznacza, że dłużej niż pięćdziesiąt lat. Niektóre egzemplarze, zwłaszcza te, w których znalazł wspomniane swoje imię, z pieczołowitością odłożył.

Ostatnie dwa, trzy lata już ich jednak prawie nie czytał. Płacił z wyprzedzeniem, gazeta każdego miesiąca lądowała w skrzynce, po czym przeglądał ją pobieżnie i kładł na stosik do palenia w piecu. Przyjdzie zima. Ogień też z radością poczyta.

Upływ tygodni zaczęły wyznaczać zastrzyki. Jeszcze trzy i przyjdzie niedziela. Wszystko poszło w cholerę, listopad jeszcze się na dobre nie zaczął, a już jest dziesiąty, piętnasty, czas pokrojony na cienkie sekundowe plastry, jak salami, jemy po kawałku i wciąż nie mamy dość, wciąż nie jesteśmy syci, aż z całego pętka zostanie jedynie tłusty sznurek na haczyku.

Bożena też cały dzień skracała i odkrajała. Ze spodni Jana. Skurczył się. I znowu go ubyło. Być może któregoś razu zostanie po nim tylko sama marynarka i skarpetki w zawiązanych butach, któregoś razu być może wyparuje do cna. Ale na razie jedynie skraca. Podwinąć i przeszyć. Dwa albo trzy centymetry. To powinno wystarczyć.

Jan pałętał się w pobliżu Bożeny. Lubił stukot szyjącej maszyny, to go jakoś uspokajało. W otwartej na oścież szafie z orzechowego drzewa wisiały w równym rzędzie wszystkie jego garnitury. Kiedy patrzył na nie, poukładane obok siebie, przyszło mu do głowy, że właściwie to nie wie, który z nich najbardziej chciałby włożyć do trumny. Patrzył na nie, zastanawiał się, zaraz potem jednak rozbijał tę myśl na drobinki, jednym machnięciem ręki, żeby powrócić do niej szybko, na widok kapeluszy. W ogóle, czy wkłada się kapelusze do trumny? Wypada, żeby nieboszczyk w domu pogrzebowym miał na głowie kapelusz, kiedy cała reszta ściąga je z pietyzmem od razu przy drzwiach?

Co zostało z tych kapeluszy? Które z nich się zachowały? Pamiętam, że wszystkie rzeczy dziadka w jakimś bezsensownym porywie zniszczenia spłonęły za płotem, na skraju pola z kukurydzą. A to nie były tylko kapelusze. Wypełnione po brzegi kufry, całe sterty rzeczy, razem z aktówkami z tektury. Welurowe pantofle szyte na miarę. Marynarki z wełny i manczesteru. Beretki. Koszule. Kamizelki. Ciepłe wełniane spodnie i wełniane swetry. Kalesony. Chusteczki. Krawaty oraz muszka. Tak jakby po nim nie miał już przyjść na świat nikt inny. Pod pretekstem robienia porządków spalono rzeczy, a wraz z nimi wspomnienia. Walizki pełne wspomnień.

Pamiętam jedynie ten słup czarnego dymu, który podnosił się zza płotu i gubił w koronie starego orzecha. Pamiętam też te sterty ubrań, które szybko wynosiło się z domu, tak jakby wszyscy bali się, że przestaną być łatwopalne albo że nieboszczyk wróci do domu i złapie ich na gorącym uczynku. Jeszcze bawełniane kalesony. Płaszcz. Jeszcze jeden czarny kapelusz. Na sam koniec ogień pożarł również te aktówki z tektury, które nagle pofrunęły z nim, jak suche snopy słomy. W kupie popiołu znalazły się jedynie metalowe zatrzaski z kufrów, klamry, guziki, spinki do krawatów, zamki błyskawiczne i jeden aluminiowy grzebień, który dziadzio zapomniał wyciągnąć z tylnej kieszeni swoich spodni. To wszystko, co zostaje po śmierci – kilka rzeczy, które są w stanie stawić opór ogniowi, po to tylko, żeby w ciągu pół roku bezlitośnie pożarła je rdza.

3

Człowiek przez całe życie zyskuje mnóstwo różnych imion i na wszystkie musi, prędzej czy później, nauczyć się reagować. Najlepiej od razu. W dowodzie osobistym miał napisane Jan Hollý, ale mama nazywała go Janek, koledzy Jano albo Janie, w trstińskim szynku znowuż Janko. To podobało mu się najbardziej, bardzo to lubił, za to przezwisko zwykł stawiać kolejkę – dwie seteczki od Janka. I cóż z tego, jeśli za jego plecami wszyscy mieszkańcy Trstína wciąż prześmiewczo nazywali go Czechem, pomimo tego, że z Holíča do Trstína przeprowadził się ponad czterdzieści lat temu. Nigdy nie przywykli do niego. Ale przezwisko Czech, którego przed nim nie taili, o którym wiedział bardzo dobrze, było przecież lepsze niż wszystkie te, których używali w Niemczech. Szkoda słów. Niektórych nie da się nawet wypowiedzieć na głos. No, może jedno z nich jeszcze jako tako dało się znieść, to najkrótsze, dwie śmieszne litery, nic więcej – „d” i „u”. Ty…

W gruncie rzeczy imiona nie są takie ważne. Imię się nie zgubi, nie rozpłynie, nie ucieknie jak mysz. Ale taka twarz, twarz każdego dnia jest inna. To, co było gładkie, przetną zmarszczki, co było śniade, zblednie i stanie się przeźroczyste. Przed twarzą nie da się uciec, każdego dnia zerka na nas z lustra i małpuje nasze grymasy; znowu jeden dzień, znowu o krok bliżej, a równocześnie dalej. Ile jeszcze kroków?

O tym wszystkim rozmyślał Jan jesienią 1997 roku, kiedy siedział na krzesełku, paląc i obserwując chylące się ku ziemi słońce, które nieoczekiwanie z litości obdarzyło poświatą koniec listopada. Przed nim stał murowany garaż z zieloną bramą, drewnianą szopą i węglownią, którą potajemny, schodzący w głąb tunel łączył prosto z piwnicą, przez co, żeby iść po węgiel, nie trzeba było wychodzić na zewnątrz – wystarczyło jedynie odryglować drewniane drzwiczki, nabrać na łopatę trochę tych czarnych diamentów i tym samym ruchem wrzucić je do żarłocznego kotła.

Z tego tunelu Jan był dumny najbardziej – zwłaszcza w lecie, kiedy węglownia stała pusta i tunel stawał się tajemniczym korytarzem spajającym świat ziemski z podziemiem, półtorametrowy zwyczajny podziemny korytarz zamieniał się w miejsce pasjonujących przygód i gier jego czworga wnucząt.

Jan schylił się i oparł plecami o ścianę domu. Wokół niego było wszystko to, co zbudował przez lata, ale i tak wydawało mu się, że jest tego żałośnie mało. Wciąż było tyle rzeczy, których nie zdążył i już nie zdąży, bo nie ma już na nie sił. Na przykład wędzarnia. Albo kolejka górska z ogródka aż na balkon. Tę wymyślił i wyśnił sobie jego najmłodszy wnuk, a on obiecał mu, że ją zrobi, jak tylko zdobędzie wystarczająco długi powróz. Albo betonowe chodniczki w ogrodzie. Był już bardzo blisko, zabierał się za wylewkę na przygotowanym szalunku, kiedy nagle nieoczekiwanie, dwa dni przed tym, wróciła Bożena z sanatorium. I odrzuciła cały jego projekt. Jako pomnik jego planów ostała się w ogródku jedynie betonowa plama, mała betonowa plama z wiadra, które się przewróciło, kiedy bronił murarskiej szpachli przed swoją żoną.

Żona. Bo-żona. Że-ona. Bo-że. Bo-żena. Tyle razy obracał jej imię w ustach, na podniebieniu i koniuszku języka, tyle razy przecedził je przez zęby. Bo-żona. Boska. Bożka. Kiedy było mu najlepiej i najpiękniej, kiedy przez chwilę cieszyło go życie, nie nazywał jej Bożka ani mameńka. Kiedy było mu najpiękniej, miał dla niej zupełnie inne imię – wymawiał je po cichu, półgłosem, jakby sam dla siebie. Kocurku. Chodź tutaj, Kocurku.

Kolejka górska, którą sobie wyśniłem, ostatecznie zardzewiała jeszcze w fazie planów i szkiców. W ten sam sposób zardzewiało stare koło z roweru zatknięte na długą tykę, do której przywiązała się wijąca fasola. Właśnie z niego miała powstać kolejka, ono było dowodem długich przemyśleń, rozrachunków i szacunków co do tego, jak długi powinien być powróz i jaka powinna być siła silnika. Z planów na wyciąg nie zostało więc nic. Betonowa plama wciąż jednak jest w ogrodzie, ostał się również tajny tunel prowadzący z węglowni do piwnicy. Szopę, tę godną podziwu, podniosłą i szaleńczą Arkę Przymierza, musieliśmy zaraz po śmierci dziadka zburzyć, rozmnażały się tam miliony szczurów.

***

W szopie spędziłem znaczną część dzieciństwa, nauczyłem się tam wszystkiego, co mogło mi się przydać w przyszłości. Wbijałem gwoździe do każdego kawałka drewna czy deski, z bezczelnością i bezmyślnie – świetliste trzony gwoździ, powbijane ciasno jeden obok drugiego, przypominały metalową koronkę. Mówiłem sobie, że majsterkuję, i naprawdę w to wierzyłem. Nikt nie śmiał przeszkadzać mi w pracy, tylko dziadzio, który co rusz, co krok przynosił mi nowe skrzyneczki świeżych błyszczących gwoździ.

Czasami zdaje mi się, że tę dawno już zburzoną szopę znam tak dobrze, że kiedykolwiek zechcę, mogę ją przywołać z pamięci w ten sam sposób, w jaki pojawia się fotografia podczas wywoływania w podczerwieni, że mogę na nią spojrzeć, kiedy tylko mi się zachce; jej okno z odpryskującym zielonym lakierem, z nitką rysy na szybie, jej szare ściany i szare drzwi, zamykane na masywną rdzewiejącą zasuwę, na których tu i ówdzie spod wierzchniej warstwy prześwitywała żółta, czerwona i zielona farba jeszcze nie tak dalekiej przeszłości. Wiem, gdzie znaleźć imadło, i wiem również, gdzie są ukryte gwoździe, wiem, co zobaczę za oknem, kiedy podniosę wzrok znad warsztatowego stołu i na sekundę rzucę okiem na zewnątrz.

(Kiedy do ust wkładam gwóźdź, po chwili wydaje mi się, że na języku czuję smak krwi).

Tak dzisiaj widzę szopę. Potem jednak gdzieś z kredensu wyciągnę stertę fotografii, przeglądam je i na jednej z nich odnajdę ją przyczajoną pod koroną orzecha; starą, drewnianą, dotkniętą zgnilizną budę. I już wiem, jak bardzo się myliłem, jak bardzo moje wspomnienia różnią się od tego obrazu. W mojej pamięci jest tylko szczelina, nie rozbite okno, w mojej pamięci nie ma brakujących dachówek. Spojrzę uważnie na fotografię i będę się starał zachować w myśli sprawiedliwy i obiektywny obraz szopy, takiej jaką była naprawdę. Nie potrwa to jednak długo, a z mojej pamięciowej kliszy znów wynurza się na świat tak dobrze znany i ustalony obraz, owszem, starej i próchniejącej budowli, ale bez dziur i innych drobnych defektów, które mogłyby zburzyć we mnie jej niezmienność.

***

Jak powstaje deska

Drzewo kładzie się wzdłuż cienia, kiedy ma już dość, że ten czarny potwór je małpuje, powtarza każdy jego ruch. Kiedy je zetną, to tak, jakby rozebrali je do naga. Zlecą się dzieci i zaczynają liczyć kręgi, które drzewo latami rysowało pod korą, pod ubraniem.

– Pięćdziesiąt sześć! – krzyczy najstarsze dziecko.

A potem rozbierają je dalej, obdzierają je ze skóry, dopóki jego pień, jego gołe ciało w pełni nie zajaśnieje. Jakby było ze złota, ale to tylko złudzenie pod wpływem światła. A kiedy je już pokroją, kiedy potną je na cienkie płaty, kiedy wyrównają mu krawędzie, wtedy nikt go już nie rozpozna.

Deska.

Ktoś pochwyci ją w ręce i spostrzeże na środku ciemny sęk. Węzeł jak oko. Odłoży ją na bok i wyburczy:

– Sękata. Gówniana. Gów-nia-na!

***

Doktor Štipec robił Janowi zastrzyki z magnezem bezpośrednio do mięśnia. Jan zawsze z na wpół wstydliwym uśmiechem odkrywał mały fragment swojego bladego wysuszonego pośladka i pozwalał się oznakować igłą.

– Masz dupę jak sito, Janek. W ciebie zawsze tak dobrze się wkłuwa!

Cały doktor Štipec. Powiedział, że narysuje sobie na nim dwadzieścia cztery okienka i będzie mieć kalendarz adwentowy. Albo będzie rzucać zastrzykami jak w tarczę, na odległość. Jan śmiał się, nawet wtedy, kiedy nie było mu do śmiechu. Było mu głupio się nie śmiać, kiedy wiedział, że te żarty doktora kierowane są tylko do niego.

W kuchni jednak doktor Štipec mówił Bożenie:

– Nie wygląda to dobrze, Bożka. Nic mu nie mów, ale to już nie potrwa długo. Nie płacz. Pomyśl, że mógł umrzeć już pięćdziesiąt lat temu, to cud, że żyje.

Był czwartek. Do końca tygodnia zostały jeszcze trzy zastrzyki.

Jan nie potrzebował, żeby doktor zdradzał mu, że koniec już czyha za rogiem, wiedział o tym dobrze i bez tego. Myślał, że ze śmiercią już dawno się zmierzył, ale teraz nie był tego całkiem pewien. Śmierć. Tak, przyjdzie. Tylko co robić, kiedy teraz, na samym końcu, zachciało mu się jeszcze troszkę pożyć? Westchnął głęboko. I zasnął.

Czasami, kiedy spaceruję po Trstínie, wydaje mi się, że spotykam dziadzia na każdym kroku, widzę go w każdym budynku, przy którym pracował.

Wszystko zaczęło się od przedszkola, w którym Tóno Vlaškovič odstawił fuszerkę; tynk jeszcze nie zdążył porządnie wyschnąć, a już zaczął odpadać. Zawołali więc po pana Hollý’ego, czy nie mógłby przyjść popatrzeć; pana Hollý’ego, tego Czecha z Holíča, wyszkolonego w firmie budowlanej FY ANGELINI HUBERT, STAVITEL. Zrobiło mu się ich żal, zakasał rękawy i powiedział, że wszystkim murarzom, którzy stawiali to przedszkole, połamałby ręce.

Po przedszkolu przyszła kolej na remizę strażacką, potem dom pogrzebowy, szkołę, spółdzielnię, pałac ślubów, cmentarny mur i oszklony ogród zimowy w Domu Kultury. Wszystko to są jego pomniki.

Myślę o tym, że w zaprawie, która wiąże cegły wszystkich tych budynków, zostały krople jego potu i krwi, i wtedy wydaje mi się, że dziadzio wciąż żyje. A kiedy indziej, kiedy wypiję za dużo wina, wydaje mi się, że co najmniej połowę z tego, co wypiłem, musiałem wypić za niego. No cóż, tak wygląda moja pamięć, w ten sposób jestem z dziadziem wczoraj i dziś. Ale jutro być może wszystko się zapomni. Szkoła, przedszkole, Jan Hollý i jego remiza strażacka. Zapominanie jest łatwe i przyjemne, nic nie kosztuje ani głowa od tego nie boli. Zapomni się tak, jak zapomniało się o morzu, które tu kiedyś było, zapomnieliśmy, że chodzimy po jego dnie. Może będą o tym pamiętać chłopcy, którzy przychodzili tutaj po nocy z latarkami i szukali skamielin trylobitów. Któregoś dnia odnajdą je w szkatułce ze swoimi skarbami z dzieciństwa i powiedzą sobie:

– Morze? To nie może być prawda.

Trylobity. Skamieniałe odciski śmierci.

Boże Narodzenie przeszło jak pociąg towarowy, bez zatrzymywania się, ani się człowiek obejrzał, a już było Szczepana. Na Szczepana, to znaczy na drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, każdego roku rozlewają wino. Tym razem również nie mogło być inaczej. Trzeba wyczyścić rurkę, przetkać gumowy wężyk, wygotować korkowe zatyczki i co tam jeszcze, ach, zapalić w dymionach siarkowe knoty.

Potem nie trzeba już długo czekać i Jan może zacząć zlewać również tegoroczne wino, chociaż ostatnimi laty tylko się przygląda. Nie ma sił. Wszystko za niego wykonuje jego zięć Rudko. Z pięćdziesięciolitrowego dymionu ciurkiem ścieka mętna czerwień przepełniona smakiem i zapachem, cieknie śpiew i radość, cięcie i okopywanie, wycieka wszystko, co potrafią ofiarować te cztery stare korzenie.

Jan się uśmiecha. Już teraz cieszy się na myśl o bąbelkach młodego wina, które usadowią się na jego podniebieniu.

Kiedy jeszcze starczało mu sił, najchętniej wszystkie te rytuały odprawiał sam. Pierwsze przycinanie jeszcze w lutym, ułamywanie pędów, okopywanie. Uwielbiał, kiedy winogrono zaczynało kwitnąć i cała ścieżka zalana była drobniutkimi kwiatkami, a jeszcze bardziej uwielbiał, kiedy w październiku zaczynał się zbiór. Wszystko, co chociażby ocierało się o tematykę wina, wszystko to niezmiernie go cieszyło. Najszczęśliwszy był jednak, rzecz oczywista, na świętego Szczepana. Ten dzień oznacza bowiem wyjście z piwnicy z kieliszkiem wina w ręce i radość z tego, że usta na chwilę nabiorą czerwieni, mocniejszej niż zwykle.

***

Jak się robi wino

To nie jest takie trudne, jeśli posiadasz winogrona, winną latorośl, jakąkolwiek odmianę, którą darzysz uczuciem, kiedy drżysz od spojrzenia tych dojrzewających źrenic, które ciemnieją z każdym dniem. Nie mówisz im o tym, co je czeka, chociaż dobrze wiesz, chociaż mógłbyś udawać jakiegoś wróżbitę, mędrca i zdradzić im wszystko – pościągają was z łodyg, rozbiorą was z szypułek, rozgniotą was bosymi stopami, aż będziecie czarować w beczce, cukier zmieniać na ogień alkoholu, ogień winny niewinny. Nie mówisz im nic o ich przyszłości, tobie przecież nikt jej nie zdradza, chociaż wielu zdaje się ją przeczuwać. Przyszłość nie istnieje, każdy to wie, nie da się odgadnąć smaku przyszłego wina. Wszystko wiesz dopiero wtedy, kiedy przyszłość przeciśnie się przez mgnienie oka teraźniejszości, kiedy rozleje się na języku i zniknie w tobie – tak szybko wszystko zostaje za nami, tak szybko wszystko mija.

***

Boże Narodzenie było dla Jana czasem cudów głównie z tego powodu, że przy jednym stole spotkała się cała rodzina. Chociaż na chwilę, chociaż na mgnienie oka. Te dni przyniosły mu wiele radości, ale mimo tej odświętnej atmosfery zauważył, że jakoś obwisły mu kąciki ust i coraz ciężej jest mu zmusić twarz do uśmiechu. A potem zaszumi wiatr, śnieg się roztopi i już po świętach. W tym roku jeszcze szybciej niż kiedyś. Zamknęła się brama. Zatrąbiło auto. W wielkim domu znowu zostali sami, we dwójkę, Bożena i Jan.

***

Po świętach Bożego Narodzenia Bożena zaczęła chodzić z Janem palić na werandę. Nie dlatego, że szukała na stare lata nowych niechwalebnych przyzwyczajeń, chodziła jedynie patrzeć. W milczeniu siedziała w fotelu i obserwowała te zmienne i nietrwałe obłoczki dymu ulatujące pod sufit. Widziała, że z Jana znowu ubyło, nawet ślepy by to zauważył. Znowu troszkę zmalał, skurczył się. Tych kawałków siebie, które zgubił i rozproszył po świecie, już nikt nie znajdzie. Kiedy w wielkiej popielniczce z modrzańskiej ceramiki zagasił niedopałek papierosa, spojrzał na Bożenę i powiedział:

– Mameńka, nawet papierosy przestały mi smakować. Nie zostało mi już wiele czasu.

Bożena nie miała ochoty na słuchanie takich mądrości, ale zaśmiała się na siłę. Człowiek czasami musi zaśmiać się na takie słowa, bo wie, że są prawdziwe.

Drugiego stycznia Jan skończył osiemdziesiąt pięć lat. Pomyślał sobie – może uda się do setki! Przypomniał sobie swoje osiemdziesiąte urodziny i nie mógł powstrzymać się od śmiechu. W Trstínie zebrała się wtedy cała rodzina, bliższa, dalsza, wszyscy, jakby się umówili, dorzucili do kosza z prezentami butelkę koniaku. Jan, nie posiadając się z radości, pootwierał wszystkie i rozlewał je do grubych francuskich kieliszków. Tyle, ile zdołały pomieścić. Po chwili wszystkie te butelki z magicznymi nazwami i etykietkami były puste. Armagnac. Ararat. Martell. Godet. Hennessy. Rémy Martin. Courvoisier. Wypito wszystko – nie do dna, ale do ostatniej kropli, a za okrągłym stołem nagle wszyscy odmłodnieli o dwadzieścia lat. Około dziesiątej siostrzenica Bożeny Valika zarządziła przeniesienie się do niej na domowe wino. Przeszli więc świeżym śniegiem aż do stacji kolejowej, zanim jednak przyszła kolej na wino, ktoś zauważył w rogu garażu beczkę z kiszoną kapustą i już było za późno – rurkami do wina zaczęto wybierać wodę z kapusty i wszyscy kosztowali ją z namaszczeniem, mlaskali i przewracali oczami, jakby na świecie nie było lepszego trunku.

Wrócili dopiero koło północy, spragnieni i wciąż jeszcze nie dość zmęczeni. Jan wyciągnął więc swój ostatni as z rękawa, butelkę Trenčianskiego Hradnégo, którego tak bardzo brakowało mu na drugi dzień w herbacie. Do dzisiaj wszyscy się z tego śmieją – podczas gdy dzieci spały, nagle ich rodzicom nie wystarczały już trzy toalety, nagle nie przeszkadzała im ciemność w ogrodzie, pod orzechem.

4

Pamiętam, że dziadzio zaczął umierać zaraz po Nowym Roku. Zaczął umierać, ale nikomu o tym nie powiedział, nie wysyłał poselstwa ani okrągłej pieczęci.

Ten początek roku nie był najlepszym czasem na umieranie. W Trstínie nie było wtedy w parafii księdza, ponieważ stary Oto Školuda umarł jeszcze na początku grudnia, a nowemu jakoś nie było spieszno. Zapanował chaos, który zbiłby z pantałyku każdego, kto powoli wybierał się na tamten świat, ale i tych, którzy wyruszali na ten świat albo przygotowywali się do ślubu.

Babcia jednak zdecydowała, że nie ma sensu czekać, i zadzwoniła do Trnavy, aby natychmiast kogoś przysłali, nawet jeśli to miałby być sam stary Sokol. Potrzebne było aż pięć dni, żeby młody elegancik z Boleráza znalazł czas i raczył przyjść. Pamiętam, że ledwie pewny siebie młody ksiądz przekroczył bramę, od razu na sutannie uwiesił mu się nasz pies Deni, wgryzł się w niego i nie chciał puścić.

– Zabierz to świństwo, gówniarzu! – wysyczał do mnie ksiądz i rzucił w moją stronę długie, nieprzyjemne spojrzenie. Ze strachu wmurowało mnie w beton. Patrzyłby na mnie tak dłużej, gdyby nie to, że nagle strzeliły szwy jego czarnego stroju, to na chwilę wstrzymało naszego Deniego. Ksiądz wykorzystał sekundowe wahanie szczęk naszego psa, wymknął się i już go nie było, zniknął w domu.

Szybko wyspowiadał dziadzia, udzielił mu ostatniego namaszczenia, w kuchni wypił jednym haustem kieliszek czerwonego wina, zjadł precel na stojąco, po czym ogłosił, że odchodzi i byłby niezmiernie szczęśliwy, gdybyśmy przez chwilę mogli popilnować tego naszego szelmę.

Zaraz po tym, jak ksiądz odszedł, przybiegłem do sypialni dziadzia. Leżał w łóżku i spał, oddychał spokojnie, ręce miał ułożone na kołdrze. Wydawało mi się, że po tym ostatnim namaszczeniu nic się nie zmieniło.

***

Mało kto wie, jak ważne jest dobrze się ogolić. A do tego mieć uczesane włosy, jeden obok drugiego. Jan wiedział o tym dobrze, dlatego każdego ranka, jeszcze na wpół śpiący, wchodził do kuchni, stał chwilę przed przeszklonymi drzwiami i kilkoma oszczędnymi ruchami starał się doprowadzić głowę do porządku.

Wstawał około dziesiątej, kiedy wszyscy już dawno byli na nogach, ale dopóki nie wstał on, nie można było z niczym ruszać. Wszyscy czekali. I obserwowali przeszklone drzwi. Kiedy się pojawi? Kiedy spostrzegą jego sylwetkę? I ten ruch – rękę, która nagle wystrzeli w stronę włosów i zaraz potem spocznie na rączce od laski. Czekali. Dzień bez tego małego teatru cieni to dzień stracony.

A golenie? Każde golenie to doskonały pretekst do napisania powieści, która zaczyna się od tego, jak Jan zamyka się w łazience, rozbiera do pasa i owija wokół bioder ręcznik. Zlew napełni gorącą wodą, a dopóki gęsta para nie zarośnie całego lustra, pędzelkiem namydli sobie twarz. A potem zacznie przedzierać się przez mgłę – ręką przetrze smugę z błyszczącej powierzchni lustra i powoli, tak powoli, że nieuczestniczący w procesie świadek mógłby powiedzieć, że Jan stoi w bezruchu, zacznie przejeżdżać żyletką po twarzy. Kiedy po dobrej półgodzinie wychodzi z łazienki, jeszcze przed drzwiami wyprzedza go niemalże widoczny obłoczek zapachu. Zużył hektolitry piany do golenia i wody kolońskiej, tak samo jak koniak do porannej herbaty.

***

Nadeszły szare i krótkie dni pozbawione zarówno śniegu, jak i słońca, kiedy styczeń powoli przelał się do lutowego kielicha. To były dni, kiedy Jan już nawet nie wstawał z łóżka, kiedy przeżywał wiele z nich, przebudzając się na krótko i śpiąc przez większość czasu.

Na dodatek ten luty taki krótki – myślał. A to przysłowie „Marzec odmienia wiatry, deszcz miesza z pogodą, więc nie dziw, jeśli starzy czują go ze szkodą” – może nie musi oznaczać tego, co przeczuwał? Chciałby jeszcze widzieć chociaż jedną procesję do Gaiczka, tę piętnastego sierpnia, chciałby przeżyć jeszcze chociaż jedno lato.

Za oknem padało i kropelki deszczu zatrzymywały się w igliwiu daglezji, oświetlone nieoczekiwanym słońcem zapalały się jak żarówki. Na parapecie przysiadła sikorka. W dziobie trzymała jakiegoś leniwego zimowego robaka, długo, w bezruchu obserwowała Jana, była ostrożna, nie chciała go wypłoszyć.

Bożena przyniosła do sypialni żeliwną misę i przyrządy do golenia, na ramieniu miała przewieszony ręcznik. Jan chciał się ogolić sam, przytrzymywała mu lusterko. Pochylał się nad nim. Im bliżej był, tym bardziej lusterko pokrywało się mgiełką jego oddechu. Nic nie widział. Z pamięci namydlił sobie policzki i brodę, ale żyletka zadrżała mu w rękach i spadła na pościel.