Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 456 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przez niego zginę - K.A. Tucker

Dwudziestoośmioletnia Maggie Sparkes przyjeżdża do Nowego Jorku, by spakować rzeczy przyjaciółki, która popełniła samobójstwo. Policja zgromadziła mocne dowody. Twierdzą, że Celine połknęła całe opakowanie środków psychotropowych, popiła je wódką i już się nie obudziła. W szkatułce ukrytej w mieszkaniu przyjaciółki Maggie odkrywa jednak coś, co stawia wiele niewygodnych pytań. Musi dowiedzieć się czegoś o tajemniczym mężczyźnie, którego Celine kochała, chociaż miał stać się przyczyną jej zguby.

Szukając informacji, Maggie odkrywa nieznane fakty z prywatnego życia przyjaciółki. Przypadkowo stawia się także na celowniku mordercy, który nie cofnie się przed niczym, by jego zbrodnie nie wyszły na jaw.

"Ten mężczyzna był moim zbawieniem. Teraz Przez niego zginę."

Opinie o ebooku Przez niego zginę - K.A. Tucker

Fragment ebooka Przez niego zginę - K.A. Tucker

Dla Sarah Cantin

za wskazówki, za cierpliwość i magię,

którą władasz, dzierżąc pióro redaktora

PROLOG

MAGGIE

23.12.2015

Nadgarstki palą.

Godziny spędzone na próbach uwolnienia rąk z liny związanej za moimi plecami sprawiły, że moja skóra jest otarta i poraniona. Jestem pewna, że zostaną mi brzydkie blizny.

Nie żeby miało to jakiekolwiek znaczenie, gdy będę martwa.

Zaczęłam przyzwyczajać się do tej myśli mniej więcej w tym samym czasie, w którym odpuściłam sobie trzymanie pełnego pęcherza. Teraz, przemarznięta na kość, po prostu leżę w kałuży moczu i wymiocin, a zęby bolą mnie od zaciskania na każdym wyboju drogi.

Próbuję ignorować ciemność, walcząc jednocześnie z ogarniającą mnie paniką. Lęk dosłownie mnie dusi.

On o tym wie.

Teraz to wykorzystuje. To właśnie musi być to – odkrywa twoje tajemnice, obawy, słabości – po czym obraca je przeciwko tobie. Zrobił to Celine.

Teraz robi to mnie.

Właśnie dlatego zamknął mnie w ciasnym bagażniku, gdzie moje płuca pracują ponad swoje możliwości, korzystając z ograniczonych ilości tlenu, podczas gdy moja dzika wyobraźnia podsuwa scenariusze tego, co może mnie czekać na końcu tej drogi.

Rozpędzone do granic serce gotowe jest wybuchnąć.

Samochód wpada w wyjątkowo głęboką dziurę, aż grzechoczą mi kości. Już tak długo jestem tu uwięziona. Godziny. Dni. Nie mam pojęcia. Wystarczająco długo, by odtworzyć w głowie każdy popełniony błąd.

To, jak mu zaufałam, jak dałam się nabrać na jego urok, jak uwierzyłam w jego kłamstwa. Jak ułatwiłam mu to wszystko.

Jak ułatwiła mu to Celine, pozwalając mu się zbliżyć.

Zanim ją zabił.

Jak zabije i mnie.

ROZDZIAŁ 1

MAGGIE

30.11.2015

Promienie popołudniowego słońca sączą się przez wąskie okno, rzucając ciepły blask na kwiatową kołdrę Celine.

Byłby to przyjemny widok, gdyby nie fakt, że trzynaście dni temu w tym samym łóżku znaleziono jej ciało.

– Maggie?

– Tak? – odpowiadam, nie odwracając się, a mój wzrok błądzi po niewielkiej sypialni. Nigdy nie byłam fanką Nowego Jorku i tych jego drogich dzielnic. Zbyt głośny, zbyt zatłoczony, zbyt pretensjonalny. Weźmy na przykład to mieszkanie na Lower East Side, znajdujące się na drugim piętrze, w ciągu budynków pochodzących z dziewiętnastego wieku, z chwiejnymi, metalowymi schodami przeciwpożarowymi na tyłach oraz z kiczowatą kawiarnią z przodu. Miesięczny czynsz jest wyższy niż rata kredytu hipotecznego, który spłaca przeciętny Amerykanin.

A Celine je uwielbiała.

– Gdybyś mnie szukała… jestem pod czterysta dziesięć.

W końcu obracam się do zarządcy budynku – kasztanowłosego Anglika, na oko koło trzydziestki, z niewielkim zarostem na policzkach, ubranego w wyblakłe niebieskie jeansy – zmierzającego do drzwi. Biorąc pod uwagę, że mieszkanie ma niecałe pięćdziesiąt metrów kwadratowych, dotarcie do nich nie zajmuje mu dużo czasu.

Chyba podał mi swoje imię, ale nie słuchałam. Zamieniłam z nim dwa słowa przed mieszkaniem Celine, uzbrojona w stos kartonowych pudeł i worków na śmieci. Kolekcja miękko tykających zegarów twierdzi, że było to prawie pół godziny temu. Od tamtej pory po prostu tu stoję, wpatrując się w ściany z cegły, zastawione sięgającymi do sufitu regałami, wypełnionymi imponującą kolekcją skarbów, które Celine gromadziła przez niemal dwadzieścia osiem lat, i zbliżające się do mnie.

Jednak czuję, że muszę się odezwać.

– To ty wpuściłeś policję? – Celine nigdy nie brała wolnego w pracy, nigdy się nawet nie spóźniała. Właśnie dlatego, gdy dwa dni z rzędu się w niej nie zjawiła, nie odbierała telefonu i nie otwierała drzwi, jej współpracowniczka w końcu zawiadomiła policję.

Zarządca kiwa głową.

– Widziałeś ją?

Mężczyzna zerka na cienką ściankę oddzielającą sypialnię od reszty mieszkania – jej jedynym celem jest umożliwienie właścicielowi budynku pobierania czynszu za dwupokojowe mieszkanie zamiast kawalerki. Nie ma tu nawet wystarczająco dużo miejsca na drzwi. Tak, widział jej ciało.

– Wydawała się bardzo miła – mówi ochryple, przestępując z nogi na nogę. Wolałby przetykać muszlę klozetową, niż być tutaj w tej chwili. Nie mam mu tego za złe. – Um… jeśli chcesz, po skończonej pracy możesz wsunąć klucz do szczeliny na listy w moich drzwiach. Wrócę wieczorem, to go znajdę.

W innych okolicznościach uznałabym, że ma uroczy akcent.

– Zostanę tu na trochę.

Marszczy czoło.

– Nie możesz…

– Tak, mogę – rzucam, przerywając jego sprzeciw. – To mieszkanie jest wynajęte aż do końca stycznia, prawda? Więc nawet nie waż się mówić, że czegoś nie mogę. – Nie będę się spieszyć z opróżnieniem go, aby jakiś głupi zarządca mógł je od razu wynająć i zainkasować podwójny czynsz do własnej kieszeni. – Dodatkowo… – ponownie rozglądam się po salonie – przez chwilę muszę pozostać przy Celine, nawet jeśli jej już tutaj nie ma.

– Oczywiście. Chciałem tylko… – Przygryza dolną wargę, jakby powstrzymywał oschłą odpowiedź. Kiedy ponownie się odzywa, jego głos na powrót jest miękki: – Trzeba wymienić materac i pościel. Zrobiłbym to wcześniej, ale stwierdziłem, że decyzja nie należy do mnie. Nakryłem je kocem i wietrzyłem, ale…

Wzdycham roztrzęsiona, nerwy spinają moje ciało. To ja tu jestem głupia.

– Tak. Przepraszam. – Oddycham głęboko. Odświeżacz powietrza nie do końca maskuje zapach. Jej ciało leżało na tym łóżku przez dwa dni.

Była martwa.

Zaczynała się rozkładać.

– Do czasu dostarczenia nowego materaca będę spała na kanapie. – Będzie luksusem w porównaniu z cienkim śpiworem na podłodze chaty w Etiopii, na którym spałam przez ostatnie trzy miesiące. Mam tu przynajmniej bieżącą wodę i nie dzielę pokoju z dwójką innych ludzi. Na szczęście nie ma tu też szczurów.

– Gdybyś chciała, mógłbym tu kogoś podesłać, aby pomógł ci wynieść ten stary – mówi, wkładając ręce do kieszeni i powoli się wycofując.

– Dziękuję – mówię z uśmiechem skruszonym głosem, obserwując, jak młody zarządca wychodzi, zamykając za sobą drzwi.

Mój wzrok powraca do niekończących się regałów. Od dwóch lat nie odwiedzałam Celine w Nowym Jorku. Zawsze spotykałyśmy się w Kalifornii, stanie, gdzie się wychowywałyśmy.

– Rany, nie próżnowałaś – szepczę. Celine zawsze uwielbiała stare, wyrzucane rzeczy, miała do nich oko. Zapewne każdy odcinek programu o handlarzach antykami widziała ze trzy razy. We wrześniu miała rozpocząć studia magisterskie na wydziale sztuki, aby zostać rzeczoznawcą. Z jakiegoś powodu spóźniła się ze złożeniem dokumentów.

Jednak nie powiedziała mi o tym. W zeszłym tygodniu dowiedziałam się tego od jej matki.

Jej mieszkanie wygląda raczej jak komis niż miejsce, w którym ktoś mógłby żyć. Przynajmniej rzeczy są poukładane i pogrupowane logicznie. Jedne półki przeznaczone są dla ręcznie malowanych filiżanek, inne dla srebrnych zastaw do herbaty, prawdziwych, ręcznie szlifowanych kryształów, ornamentowanych zegarów, zdobionych zegarków, ręcznie malowanych płytek i tak dalej. Na niewielkich stoliczkach stoją lampki witrażowe, zegary i nieskończenie wiele książek na temat historii sztuki. Na kilku osobnych półkach znajduje się kompozycja przeróżnych bibelotów.

Bardzo niewiele rzeczy w tym mieszkaniu nie jest antykami. Na mosiężnym stojaku na butelki można znaleźć wódkę Ketel One, whisky Maker’s Mark, jak i likier ziołowy Jägermeister. Na wysłużonym drewnianym blacie biurka, które przypomina szkolną ławkę, znajduje się jej komputer i kilka książek. Jest tu nawet niemal metrowa sztuczna choinka, której gałązki udekorowane są staroświeckimi ozdobami.

Spaceruję po mieszkaniu, wszystkiego dotykając i sprawdzając. Pociągam szufladę, ale jest zamknięta i nigdzie nie widzę klucza. Muskam palcem skórzany grzbiet Poskromienia złośnicy stojącej na półce. Nie ma ani odrobiny kurzu. Celine nie znosiła bałaganu. Wszystkie rzeczy musiały stać w równej odległości od siebie, poukładane wielkościami, małe z przodu, większe z tyłu, jakby mierzyła je najpierw linijką, po czym nigdy nie przesuwała.

Spinam się, stojąc pośrodku tego zorganizowanego chaosu, a może odzywa się moja niezwykle minimalistyczna osobowość.

Wzdycham i rzucam torebkę na kanapę. Odkładam telefon, jednak najpierw piszę wiadomość do mojej asystentki Taryn, by poprosić ją o zakup podwójnego materaca i dostawę pod adres Celine. Wyłączam telefon, nim Taryn zdąży zasypać mnie gradem niepotrzebnych pytań. Komórkę mam wyciszoną, odkąd pięć dni temu wylądowałam w San Diego, by pójść na pogrzeb. Nawet przy dwóch asystentkach pomagających mi w sprawach organizacyjnych, gdy muszę uporać się ze śmiercią przyjaciółki, telefon nie przestawał wibrować.

Mogą poczekać, gdy będę wymyślać, od czego tutaj zacząć.

Wiem, że czeka mnie sporo papierkowej roboty i wizyta u prawnika. Wszystkie wpływy ze sprzedaży powinny trafić do matki Celine, Rosy, choć ta nie chce ani pensa. Postanowiła, że jeśli sprzedam coś, czego nie będę chciała zatrzymać, w imieniu jej córki mam przeznaczyć dochód na moją organizację charytatywną.

Wiem, że Rosa nadal jest w szoku, ponieważ z natury lubiła gromadzić rzeczy – Celine miała to po niej – więc zaskoczyło mnie, gdy stwierdziła, że nie chce zatrzymać przynajmniej części skarbów córki. Jednak była nieugięta, a ja nie zamierzałam nalegać. Spakuję kilka drobiazgów, które mogą coś dla niej znaczyć, i wyślę do San Diego.

Chociaż, widząc wszystkie te rzeczy w mieszkaniu Celine, wnioskuję, że ich sprzedaż potrwa wieki. Kusi mnie, by spakować wszystko do pudeł, oszacować wartość i wypisać czek. Jednak byłoby to pogwałceniem wszystkich wieczorów i weekendów, które Celine poświęcała na polowania w komisach z antykami i na wyprzedażach garażowych, wykorzystując nieświadomość sprzedawców, jak wielki posiadają skarb.

Moją uwagę przyciąga półka z surowego drewna, zawieszona nad fioletową zamszową kanapą, otoczona jedwabnymi zasłonkami, na której w pozłacanych ramkach stoją zdjęcia z dzieciństwa Celine. Na większości jest z mamą. Na niektórych sama. Na czterech jestem też ja.

Uśmiecham się, dotykając fotografii przedstawiającej mnie i Celine w zoo w San Diego. Miałam wtedy dwanaście lat, a moja przyjaciółka jedenaście. Nawet wtedy była olśniewająca, z oliwkową, opaloną nad basenem skórą. Przy niej moja jasna walijska karnacja zawsze wyglądała niezdrowo.

Poznałam Celine, gdy miałam pięć lat. Matka zatrudniła jej mamę, Rosę Gonzalez, jako gosposię i opiekunkę w zamian za wyżywienie i mieszkanie zarówno dla niej, jak i jej czteroletniej córeczki. Przerabiałyśmy wiele niań, ale mama nigdy nie była zadowolona z ich pracy. Jednak Rosa miała znakomite referencje. Kiedyś podsłuchałam, jak matka mówiła do koleżanki, że bardzo trudno znaleźć dobrą pomoc. Znajome pochwaliły jej hojność w stosunku do Rosy, ponieważ dała schronienie nie tylko imigrantce z Meksyku, ale również jej dziecku.

Celine weszła do ogromnego domu moich rodziców w La Jolla, przyglądając się wszystkiemu wielkimi brązowymi oczami. Miała długie ciemne włosy, splecione w warkocze ozdobione niebieskimi kokardami. Ubrana była w biało-niebieską sukienkę i pasujące kolorem skarpetki, przez co wyglądała jak bohaterka Czarnoksiężnika z krainy Oz. Celine wyznała mi później, że była to jej jedyna sukienka, zakupiona w sklepie z używaną odzieżą, zakładana jedynie na wyjątkowe okazje.

Rosa i Celine mieszkały z nami przez dziesięć lat. Celine szybko przejęła moje codzienne zwyczaje. W drodze do mojej prywatnej szkoły kierowca wysadzał ją przed szkołą publiczną. Choć jej szkoła była całkiem dobra, błagałam rodziców, by również opłacili Celine prywatną. Wtedy nie do końca rozumiałam ideę pieniędzy, ale wiedziałam, że mieliśmy ich dużo, więc było nas na to stać.

Powiedzieli mi, że świat tak nie działa. Poza tym, mimo iż Rosa chciała jak najlepiej dla swojej córki, była zbyt dumna, by przyjąć aż tak hojny dar. Nawet przekazywanie Celine moich nienoszonych już ubrań było niekończącą się walką.

Bez względu na to, gdzie spędzałyśmy dnie w czasie od przyjścia ze szkoły do pójścia spać, byłyśmy nierozłączne. Wracałam z lekcji gry na fortepianie i uczyłam Celine, jak czytać nuty. Wykorzystywała drugą stronę mojej sztalugi, byśmy wspólnie w oknie mojego pokoju mogły malować ocean. Kibicowała mi przy nurkowaniu i liczyła czas okrążeń naszego basenu, po czym ja robiłam to samo dla niej. W upalne dni siedziałyśmy na leżakach pod palmą, snując plany na przyszłość. W moich oczach Celine zawsze miała być częścią mojego życia.

Tworzyłyśmy przedziwną parę. Poczynając od naszego wyglądu, przez różny status społeczny i przeciwne charaktery, chyba nie mogłyśmy się bardziej różnić. Byłam kapitanem kółka dyskusyjnego, Celine natomiast grała romantyczne bohaterki w szkolnych przedstawieniach. W wieku trzynastu lat wspierałam wakacyjną kampanię charytatywną, podczas gdy Celine śpiewała w chórze dla lokalnych seniorów. Regularnie czytywałam „Wall Street Journal”, jak i „Los Angeles Times”, podczas gdy Celine zasypiała z książkami Jane Austen na piersi.

Pewnej lipcowej soboty, gdy miałam piętnaście lat, moi rodzice poinformowali mnie o rozwodzie. Wciąż dobrze pamiętam tamten dzień. Podeszli do leżaka nad basenem, na którym się wylegiwałam. Tata ubrany w strój do golfa, mama niosąc talerze zrobionej przez Rosę enchilady. Od miesięcy żyli w separacji, choć nie miałam o tym pojęcia, ponieważ tak naprawdę rzadko widywałam ich razem.

Dom w La Jolla miał iść na sprzedaż. Tata kupował mieszkanie blisko lotniska, aby łatwiej było mu podróżować w interesach, podczas gdy matka chciała przenieść się do Chicago, gdzie nasza rodzinna firma, Sparkes Energy, miała swoją siedzibę. Mogłam zdecydować, gdzie chciałabym mieszkać w czasie, gdy nie będę akurat w internacie prestiżowej szkoły w Massachusetts, którą dla mnie wybrali na ostatnie trzy lata liceum.

Najgorsze było jednak to, że Rosa i Celine miały iść własną drogą.

Rosa, która była dla mnie rodzicem bardziej niż własna matka czy ojciec.

Celine… moja przyjaciółka, moja siostra.

W ciągu dwóch tygodni obydwie miały zniknąć z mojego życia.

Mama powiedziała mi, że zawsze będę mogła do nich dzwonić. Miałam telefon, więc z niego korzystałam. Przez lata każdego dnia dzwoniłam do Rosy i do Celine. Miałam dalekosiężny plan, mimo to wciąż doprowadzałam matkę do szału wysokością rachunku telefonicznego, rozżalona, że zostawiła mnie, by zajmować się swoją firmą. Święta wolałam spędzać z Rosą i Celine niż z Melody lub Williamem Sparkesami.

Szczerze mówiąc, nie widziałam innej możliwości.

Celine i Rosa pozostały stałym elementem mojego życia, przechodząc ze mną przez studia, chłopaków, pracę i prowadzenie organizacji charytatywnej, dzięki której od sześciu lat mieszkałam to w Afryce, to znów w Azji.

Aż trzynaście dni temu szloch Rosy popłynął w słuchawce telefonu w wiosce blisko Nekemtie w Etiopii, gdzie wspierałam budowę domów i wodociągu. Po długim, żmudnym dniu na palącym słońcu moje ręce pokryte były zadrapaniami od blachy falistej, a mięśnie bolały od noszenia cegieł, więc głos Rosy mną wstrząsnął. Kalifornia wydawała się być na końcu świata. Z początku myślałam, że mam halucynacje z powodu odwodnienia. Jednak gdy po raz trzeci powiedziała: „Celine popełniła samobójstwo”, w końcu to do mnie dotarło. Chociaż nie miało sensu.

Wciąż go nie ma.

W podróży towarzyszyła mi pustka – najpierw w autobusach i w wyczarterowanym samolocie, później w liniowych samolotach – aż dotarłam do skromnego domu Rosy na przedmieściach San Diego. Ta pustka nie odstępowała mnie podczas pełnej emocji wizyty, jak i pogrzebu. Zwarta meksykańska społeczność była przybita tą wiadomością. Jednak byłam wystarczająco otępiała, by spojrzeć Rosie w przekrwione, podkrążone oczy i zgodzić się na podróż do Nowego Jorku, by zaopiekować się dobrami doczesnymi pozostałymi po jej dziecku.

Dochodzenie zostało oficjalnie zamknięte przez policję, która czeka teraz jedynie na raport z autopsji, potwierdzający śmiertelna dawkę Xanaxu – pudełko po lekach, zakupionych na receptę dwa dni wcześniej, wciąż stoi otwarte na szafce nocnej Celine – jak i krytyczną dawkę alkoholu, który, pomieszany z lekiem psychotropowym, doprowadził do jej śmierci. Zakwalifikowano to jako szybkie, nieskomplikowane śledztwo w sprawie samobójstwa, ponieważ znaleziono przy łóżku kartkę z jej charakterem pisma, na której widniał tekst: Przepraszam za wszystko.

Ramka zdjęcia pęka pod wpływem siły moich palców, gdy łzy spływają strumieniami po policzkach. Dopada mnie przemożna chęć zniszczenia całej półki tych wesołych wspomnień.

Wszystko to wydaje mi się niemożliwe. Jak mogła zrobić to matce? Przenoszę spojrzenie na fotografię Rosy – drobnej brunetki o wielkim sercu, która potrafiła ściskać zasmuconych nieznajomych i wyrzucać z siebie ciągi hiszpańskich zdań, kiedy ktoś próbował wstać od stołu, zostawiając resztki na talerzu.

Nie widziałam Rosy od świąt Bożego Narodzenia. Wciąż wygląda krucho, choć minęło jedenaście miesięcy, odkąd lekarz ogłosił, że podwójna mastektomia, chemioterapia i naświetlanie zadziałały, a pacjentka znajduje się w stanie remisji. W styczniu minie rok, odkąd Celine zadzwoniła z dobrymi wieściami: Rosa ostro walczyła z rakiem piersi – i wygrała.

Więc dlaczego, u diabła, Celine miałaby narażać matkę na tak wielkie cierpienie?

Przemierzam bez celu mieszkanie. Jestem mocno wykończona podrożą, jet lagiem, płaczem i widokiem wszystkiego, co pozostało po mojej przyjaciółce.

Jednak niektóre rzeczy mnie zaskakują – szafa pełna sukienek od znanych projektantów, na które Celine prawdopodobnie nie mogłaby sobie pozwolić za pensję asystentki, czy półka w łazience pełna krwistoczerwonych szminek i odważnych, ciemnych cieni do powiek, których nigdy nie widziałam nałożonych na jej naturalnie piękną twarz, nawet na ostatnich zdjęciach.

Znając Celine, kupiła te sukienki w sklepach z używaną odzieżą. A kosmetyki, cóż… Musiała ładnie wyglądać, malując usta czerwoną szminką.

Uśmiecham się, muskając dłoń pędzlem z bronzera, który pozostawia na mojej skórze świetlisty ślad. To ja powinnam być taka – mieć ekstrawaganckie ubrania i kosmetyki, starając się, by mój wygląd mówił o pieniądzach. Jako czwarte pokolenie w jednej z największych energetycznych firm świata, pewnego dnia dostanę pięćdziesiąt jeden procent udziałów koncernu. Choć moi rodzice nie muszą pracować, oboje prowadzą oddziały – mój ojciec zarządza „brzydką” gałęzią spalania węgla, podczas gdy matka zasłania się maską wiatraków i farm solarnych, ukrywając fakt, że wszyscy powoli przyczyniamy się do zniszczenia świata.

Dorastałam świadoma protestów. Przeczytałam wystarczająco wiele artykułów o chciwości i szkodach wyrządzanych planecie, które są skutkiem tej działalności. Miałam dwadzieścia jeden lat, wciąż byłam młodą idealistką, kiedy nastąpił wyciek z tankowca u wybrzeży Chin, co było najnowszym skandalem wiążącym się z naszą firmą, przez co postanowiłam, że nie chcę mieć nic wspólnego z ogromnym funduszem powierniczym, jaki zostawiła mi babcia. Właściwie jeden podpis dzielił mnie od przekazania tych pieniędzy na fundację charytatywną. Moim największym błędem – a jednocześnie zbawieniem – było to, że próbowałam to zrobić przy pomocy prawnika, który był lojalnym konsultantem prawnym Sparkes Energy. Oczywiście poinformował rodziców, którzy zaczęli ze mną walczyć. Nie słuchałam ich.

Jednak słuchałam Celine. To ona przekonała mnie, by tego nie robić, wysyłając mi link za linkiem do artykułów opisujących skandale w organizacjach charytatywnych. Były tam informacje, jak niewiele pieniędzy trafia do potrzebujących, a jak dużo zostaje w kieszeniach oficjeli. Snuła najczarniejsze scenariusze, by odwieść mnie od pierwotnego planu, ponieważ wiedziała, jak to wszystko funkcjonuje. Zasugerowała, że powinnam wykorzystać pieniądze z funduszu powierniczego na założenie własnej organizacji charytatywnej. Kierując nią osobiście, mogłabym robić dużo większe i lepsze rzeczy.

Właśnie w ten sposób otworzyłam Zjednoczone Wioski.

Celine miała rację.

ZW mają może sześć lat, jednak już stały się międzynarodową organizacją non profit, opartą na systemie pożyczkowym na całym świecie, ukierunkowanym na budowanie samowystarczalnych wiosek. Uczymy dzieci czytać, dajemy im dach nad głową, czystą wodę, ubrania i książki. Wykorzystując moje własne pieniądze i środki pozyskane przez organizację Zjednoczonych Wiosek, udało nam się pozostawić po sobie trwały ślad w trzydziestu sześciu różnych społecznościach w krajach na całej ziemi.

Ale nie wypisuję jedynie czeków, siedząc w domu w Kalifornii. Jestem na miejscu, doświadczam zmian na własnej skórze. Moi rodzice tego nie rozumieją. Wiele razy starali się wykorzystać moją organizację do poprawy wizerunku Sparkes Energy.

Za każdym razem odmawiałam.

Ponieważ po raz pierwszy od dłuższego czasu jestem prawdziwie dumna z bycia Maggie Sparkes.

Nie ostrzegłam ich nawet w temacie mojego nowego przedsięwzięcia – zapewnienia znaczącego wsparcia finansowego dla firm wdrażających rentowne i ekonomiczne rozwiązania dla zielonej energii. ZW przygotowuje się, by w najbliższych tygodniach ogłosić to w mediach. Choć w tej chwili nie jestem w stanie o tym myśleć, niedługo będę do tego zmuszona. Zbyt wielu ludzi na mnie liczy.

Jednak na razie… mogę myśleć jedynie o Celine.

Wchodzę do jej sypialni, stoję plecami do kolejnego regału wypełnionego bibelotami, przodem do stóp wykonanego z kutego żelaza łóżka, przykrytego kwiatową pościelą, jakby Celine rano je zasłała. Jakby zaraz miała wrócić i śmiać się ze mną przy lampce wina.

Zdejmuję kołdrę, odkrywając pod nią smutny dowód.

Przypomnienie, że to nigdy nie nastąpi.

Przechodząc wzdłuż boku łóżka – muszę się obrócić i nakombinować, aby się zmieścić – zmierzam w kierunku starych drewnianych skrzynek po artykułach spożywczych, stojących na szafce nocnej. Dopada mnie nostalgia, gdy dotykam ciężkich zamków i ręcznie robionego, masywnego wieka antycznej szkatuły stojącej obok lampy. W dniu, w którym wypatrzyłam ją w komisie z antykami, szukając prezentu na szesnaste urodziny Celine, pomyślałam o średniowiecznym zamku. Starzec, który mi ją sprzedał, powiedział, że to prawdziwa osiemnastowieczna szkatułka.

Czymkolwiek by była, wiedziałam, że spodoba się Celine.

Niosę ją do salonu, siadam na kanapie i otwieram. W środku znajduję sentymentalne pamiątki Celine. Bilety z koncertów, jakieś notatki, zasuszoną różę, różaniec po babci, który dała jej matka. Rosa jest niezwykle religijna, natomiast Celine jako oddana córka utrzymywała przy matce pozory, jednak przyznała mi się kiedyś, że nie znajduje w tym żadnej wartości.

Wyciągam wszystkie przedmioty, układając je na ławie, aż zostaje samo aksamitne podłoże szkatułki. Szukam na zewnątrz niewielkiej dźwigienki – pamiętając własne zaskoczenie, gdy sprzedawca pokazał mi tajemny schowek – aż słyszę kliknięcie i widzę otwierające się podwójne dno.

Wstydliwe, tajemnicze oczy Celine rozjaśniły się, gdy pierwszy raz pokazałam jej tę sporej wielkości skrytkę. Była idealna na skarby, liściki od chłopaków i srebrną bransoletkę, którą kupił jej chłopak w ostatniej klasie liceum na walentynki, a którą bała się nosić przy Rosie. Choć mocno kocham Rosę, czasami potrafi być nieznośna.

Wyjmuję zwitek pieniędzy, a na moim czole pojawia się głęboka zmarszczka. W większości to setki, ale są też pięćdziesiątki. Szybko je przeliczam. Jest tu niemal dziesięć tysięcy dolarów.

Dlaczego Celine nie wpłaciła tego na konto?

Wyjmuję ozdobny klucz z brązu i pogniecioną kartkę. Zgaduję, że klucz jest do szuflady w biurku. Zaraz to sprawdzę. Rozwijam kartkę, która, wnosząc po załamaniach, musiała być już wiele razy składana.

Oczy robią mi się wielkie jak spodki.

Z jednej strony to zdjęcie nagiego mężczyzny. Jest niebywale przystojny. Ma długie rzęsy i złote zmierzwione włosy, a na policzkach ślad zarostu. Leży na plecach, jedną muskularną rękę trzyma pod poduszką za głową, kołdra zaś leży splątana między jego nogami, w ogóle nie zakrywając męskości, która, z tego co widzę, jest dość imponująca. Nie potrafię powiedzieć jedynie, jakiego koloru są jego oczy, ponieważ ma zamknięte powieki, jakby spał.

– Proszę, proszę. – Zaskoczona ściągam brwi.

Nie dziwi mnie fakt, że Celine mogła przyciągnąć uwagę takiego faceta. Była piękną młodą kobietą. Dzięki meksykańskim korzeniom miała bujne loki, pełne usta i zmysłowe krągłości połączone z wąską talią, co robiło wrażenie na wszystkich mężczyznach.

Nie dziwię się też jego blond włosom. Żartowałyśmy, że Celine pociągają jedynie blondyni. Umawiała się wyłącznie z facetami o jasnych włosach.

Jestem jednak zaskoczona, że miała odwagę zrobić – wydrukować i trzymać przy łóżku – tak obsceniczne zdjęcie.

Zastanawiam się, czy kiedykolwiek mi o nim wspominała. Zawsze opowiadała o chłopakach, miłosnych wzlotach i upadkach, choć minął już chyba rok, odkąd spotykała się z kimś na poważnie, a z tym człowiekiem z pewnością łączyło ją coś więcej, skoro z nim sypiała. Celine zazwyczaj czekała miesiącami, nim poszła z kimś do łóżka. Nawet dziewictwo straciła w wieku dwudziestu dwóch lat z chłopakiem, z którym chodziła od pół roku, licząc na to, że kiedyś wyjdzie za niego za mąż. Zerwał z nią niedługo później.

Kim zatem jest ten człowiek i dlaczego nic mi o nim nie mówiła? I gdzie jest teraz? Gdzie ostatnio razem byli?

Wie o jej śmierci?

Przygryzając dolną wargę – taki mam brzydki nawyk – powoli składam zdjęcie. Na odwrocie widnieje zapisany odręcznie, fioletowym atramentem tekst. Słowa, których wcześniej nie zauważyłam.

Słowa, przez które zatrzymuje się moje serce.

Ten mężczyzna był moim zbawieniem. Teraz przez niego zginę.

ROZDZIAŁ 2

MAGGIE

Celine zawsze była bardziej emocjonalna niż ja. Uwielbiała kwiecistą prozę i poezję, od której szkliły się oczy. Płakała na filmach, godzinami potrafiła wpatrywać się w rzeźby. Gdy się w kimś kochała, nie było to nic lekkiego.

Dopiero w jej dwudzieste urodziny lekarz wypowiedział słowo na „d”. Na niezaawansowaną depresję i stany lękowe przepisał leki, które wydawały się działać. Nazywała je „pastylkami szczęścia”. Stabilizowały ją trochę. Była po nich bardziej zrównoważona, mniej skłonna do dramatyzowania.

Jednak słowa, które mam właśnie przed oczyma… Co mogą oznaczać? Czy to przesadne wyznanie miłosne skierowane do faceta, z którym sypiała? Próba poetyckiego wyrażenia, ile dla niej znaczył? Znając Celine, to możliwe. Ale w jaki sposób miał ją niby zbawić? Przed czym potrzebowała ratunku? Zerwał z nią, łamiąc jej serce?

Zbyt wiele pytań i nikogo, kto potrafiłby na nie odpowiedzieć. Może mógłby to zrobić ten nagi facet, jednak w ponad ośmiomilionowym mieście nie za bardzo wiem, gdzie zacząć go szukać.

Jeśli się spotykali, powinna mieć w telefonie od niego SMS-y.

Przeszukuję czarną skórzaną torebkę wiszącą na haku przy drzwiach i znajduję wszystkie zwyczajne rzeczy – pełen portfel, identyfikator z pracy, okulary przeciwsłoneczne, kosmetyki.

Lecz nie ma telefonu.

Wiem, że nie miała go w kieszeni, gdy umarła. Dom pogrzebowy miał do San Diego dostarczyć wraz z ciałem wszystkie osobiste przedmioty. Były to jedynie kolczyki i zegarek.

Komórka zagubiła się gdzieś po drodze? Ktoś byłby na tyle chory, by ukraść ją trupowi? Z tego, co pamiętam, Celine ekscytowała się jakością zdjęć robionych przez jej iPhone’a. Podejrzewam, że ktoś mógł go sprzedać dla pieniędzy. Jednak kolczyki były diamentowe, a zegarek firmowy od Michaela Korsa. Dlaczego ktoś miałby ukraść smartfona, a zostawić drogocenną biżuterię? Zaginięcie kolczyków byłoby mniej widoczne niż brak telefonu…

Pierwszy raz od śmierci przyjaciółki, drżącymi palcami, wybieram jej numer. Gardło ściska mi się na dźwięk jej gładkiego, niskiego głosu, gdy nagranie na poczcie głosowej ogłasza, że abonent jest niedostępny. Poczta włączyła się od razu, więc bateria w komórce musiała się wyczerpać.

Cztery razy ponawiam połączenie z jej numerem, słuchając głosu Celine, zanim zmuszam się do dalszego działania.

Z biurka biorę przybory do pisania i rozpoczynam spisywanie listy rzeczy, które muszę jutro załatwić. Po pierwsze: zapytać na policji o telefon Celine.

Dotykam kciukiem ekranu mojej komórki. To zarazem zbawienie, jak i przekleństwo. Zabieram go ze sobą wszędzie, nawet w te okropnie parne dni, gdy po łokcie jestem umazana ziemią, a zasięg jest kiepski.

W telefonie może być zawarte całe życie.

Może ktoś zabrał komórkę Celine i nie miało to nic wspólnego z łatwym zarobkiem. Może było w niej coś, co nie powinno zostać ujawnione.

A może jestem zwyczajnie zmęczona i miesza mi się w głowie.

Odkładam kartkę i długopis, po czym biorę żółtą zasuszoną różę, którą znalazłam na dnie szkatułki. Wydaje mi się, że Celine nie zachowała jej ze względu na piękno, ponieważ płatki stały się brązowe i pomarszczone. Choć u ich podstawy wciąż jest odrobina wilgoci. Kwiat nie może być bardzo stary.

Bliżej przyglądam się każdemu przedmiotowi wyciągniętemu ze szkatułki. Bilety z Broadwayu na Romea i Julię – ulubioną sztukę Celine – sprzed kilku lat. Pamiętam, że była na spektaklu z „miłością swojego życia”, Brucem. Palantem, który zerwał z nią za pomocą wymówki: „nie chodzi o ciebie, to moja wina”. Kilka dni później Celine odkryła, że „to moja wina” oznaczało rudzielca z zajęć historii, przez co moja przyjaciółka wpadła w emocjonalną spiralę.

To był jedyny raz, gdy przyjęła ode mnie kosztowny prezent – opłaciłam nam obu wycieczkę na Jamajkę. Ale zgodziła się jedynie dlatego, że była tak bardzo nieszczęśliwa, że nie potrafiła jasno myśleć. Dodatkowo, wczasy były zarezerwowane wcześniej i nie podlegały rezygnacji.

Z pogardą odkładam bilety, zastanawiając się, dlaczego je zatrzymała. Chociaż taka właśnie była Celine – bardzo sentymentalna, nawet jeśli dobre wspomnienia naznaczone były okropnymi następstwami, chciała zatrzymać coś na pamiątkę. Ochoczo karała samą siebie.

Są tu też bilety na kilka liczących się aukcji. Udział w wielkich sprzedażach – obserwowanie jak bogaci ludzie unoszą tabliczki, a szczęśliwy zwycięzca wychodzi z kawałkiem historii – było dla Celine niczym kibicowanie zawodnikom na olimpiadzie. Czasami dzwoniła do mnie po takiej aukcji. Zazwyczaj po mojej stronie świata był środek nocy, ale słuchałam zafascynowanego głosu, wyobrażając sobie jej rumieńce i się uśmiechając.

Znajduję również kartkę z kwiaciarni na Manhattanie. Jest na niej niebieski atrament i kobiecy charakter pisma.

Wciąż bardzo mi na Tobie zależy. J.

Jeśli to nie oznacza romansu… I być może złamanego serca…

Wiedziona impulsem wybieram numer telefonu znajdujący się na odwrocie kartki. Po trzecim sygnale odbiera kobieta:

– Witam, dostarczaliście państwo ostatnio do mnie kwiaty, chciałam podziękować nadawcy, ale nie jestem do końca pewna, kto to był.

– Och, to rzeczywiście może być kłopotliwe, prawda? – Śmieje się kobieta o miękkim głosie. – Proszę poczekać, sprawdzę w komputerze, który muszę włączyć. Już miałam wychodzić. Wszystko pogasiłam.

– Przepraszam. – Gdybym była bardziej cierpliwa, zaproponowałabym, że zadzwonię jutro.

– Nie szkodzi. Zawsze z chęcią pomagamy klientom. – Nuci cicho pod nosem. – Otworzyliśmy dopiero dwa miesiące temu, wciąż nie znam dobrze tego systemu, więc… proszę mi powiedzieć, kiedy przyszły te kwiaty?

– No właśnie chodzi o to… że nie pamiętam.

– Och? – W jej głosie dźwięczy podejrzliwość, której nie było wcześniej.

Natychmiast mówię:

– Byłam na wakacjach, a kiedy przyjechałam, leżały pod drzwiami. Gdyby sprawdziła pani wysyłkę na… – Podaję adres Celine.

– Jak się pani nazywa?

– Celine Gonzales.

– Mam tutaj informację, że osobiście je pani odebrała.

Przygryzam wargę.

– Sąsiadka musiała podpisać za mnie odbiór. Podczas mojej nieobecności miała zajmować się mieszkaniem.

– I zostawiła kwiaty pod drzwiami? – Zaciskam zęby, milcząc. – Muszę porozmawiać z właścicielem kwiaciarni, nim zdradzę pani więcej informacji. Mamy tutaj zasady poufności, których musimy przestrzegać.

Wzdycham.

– Proszę posłuchać, tak naprawdę Celine była moją przyjaciółką. Niedawno zmarła. Chciałabym skontaktować się z osobą, która wysłała jej te kwiaty, by poinformować o tym, co się stało.

Mija dłuższa chwila milczenia.

– Przykro mi to słyszeć. Mogę jutro do pani oddzwonić?

– Proszę. – Podaję swój numer, wątpiąc, czy ponownie usłyszę jej głos, no chyba że pójdę do tej kwiaciarni, osobiście nękać jej właściciela.

Jedno już wiem: ktoś w ciągu ostatnich dwóch miesięcy wysłał Celine kwiaty. Może to facet ze zdjęcia i może trzymana przeze mnie róża jest właśnie od niego, co oznaczałoby, że był kimś ważnym dla Celine, a ona dla niego. Wygląda na to, że chyba coś spieprzył.

Owijam się kocem, leżąc na kanapie, słucham miękkiego tykania zegarów na regałach i wdycham lawendową woń perfum Celine z poduszki, a mój zmęczony umysł wciąż przetwarza informacje.

Zaginiona komórka.

Kwiaty od faceta, o którym nigdy nie wspominała.

Zwitek pieniędzy.

Zdjęcie nagiego mężczyzny ukryte w tajemnym schowku z dramatycznym wersem z tyłu.

Dziewczyna, w której samobójstwo nie mogę uwierzyć.

Co, jeśli policja się myli?

Kiedy zasypiam, śnię o morderstwach.

ROZDZIAŁ 3

MAGGIE

1.12.2015

Z głębokiego snu wytrącają mnie jakieś trzaski. Widzę wpatrzonych we mnie dwanaście par oczu. Porcelanowe lalki Celine obserwowały mnie całą noc. Drżę, postanawiając jak najszybciej spakować je do pudeł, zaraz po porannej kawie.

Słyszę kolejne długie brzęczenie, następnie trzy krótsze. Orientuję się, że obudził mnie domofon.

– Chwila – mamroczę, pocierając twarz i przeciągając się. Sprawdzam godzinę na kilku różnych zegarach i uświadamiam sobie, że przespałam czternaście godzin. Nie pamiętam, kiedy ostatnio spałam aż tak długo.

Wciskam wielki żółty przycisk na starodawnym domofonie, zaskoczona, że w ogóle działa, i mówię:

– Tak?

– Cześć, to ja – odzywa się męski głos.

– „Ja”, czyli kto?

– Hans. Przyszedłem dokonać oceny.

– Jakiej oceny?

– Jaj! – Wyraźnie słychać jego irytację. – To nie jest śmieszne, Celine. Nie zajmuję się tym w zimie i dobrze o tym wiesz.

Ktokolwiek to jest, nie słyszał jeszcze o tragedii. Mogłabym – i prawdopodobnie powinnam – poprosić, by przyszedł później lub w ogóle go odesłać. Ale może wie coś, co okaże się przydatne. Może jest ważny.

Może Hans jest tym tajemniczym mężczyzną.

– Gdzie mam iść? – pyta.

– Schodami i na lewo, do mieszkania numer trzysta dziesięć. – Przyciskiem otwieram bramę i biegnę umyć zęby. Przynajmniej jestem ubrana, choć mam na sobie te same sfatygowane jeansy i flanelową koszulę, w których przyleciałam wczoraj do Nowego Jorku.

Otwieram drzwi w chwili, w której Hans wyciąga rękę, by zapukać, więc mężczyzna piszczy zaskoczony.

Hans z pewnością nie jest tajemniczym facetem ze zdjęcia. Nie, no chyba że tamten gość stracił całą masę mięśniową i ubrał się w kobaltowy garnitur, dopełniając wizerunku kapeluszem. I jest teraz Azjatą.

Pobieżnie taksuje mnie wzrokiem, po czym prycha:

– Nie jesteś Celine. – Próbując zajrzeć do mieszkania, pyta: – Gdzie ona jest?

Wzdycham.

– Wejdź.

Mija mnie, otrzepując śnieg z płaszcza, pozostawia ślady na zniszczonym parkiecie, wnosząc ze sobą do mieszkania chłód. Z fascynacją w niemal czarnych oczach rozgląda się po regałach, przez co zastanawiam się, czy kiedykolwiek tu był.

Biorę głęboki wdech.

– Chodzi o to…

Hans przeprowadza inspekcję półek, wyciąga z kieszeni białe rękawiczki i lupę, przygląda się szczególnie uważnie stojącym tam jajom i wydaje z siebie przy tym dźwięki uwielbienia.

– Skąd znasz Celine? – pytam w końcu zaciekawiona.

– Robiliśmy razem licencjat. Przyjaźnimy się od lat. – Milknie na chwilę. – A ty skąd znasz Celine? – Ponownie mierzy mnie wzrokiem, jakbym mu się nie podobała i nie mógł uwierzyć, że mogłam mieć coś wspólnego z jego znajomą. Celine preferowała elegancję. Styl, który nie uwzględniał zniszczonych jeansów czy wełnianych skarpet.

Głębiej się nad tym zastanawiając, przypominam sobie, że Celine wspominała o znajomym ze szkoły, którego tak samo jak ją kręciły antyki.

– Wychowywałam się z nią – odpowiadam wymijająco. – Przyszedłeś w sprawie tych jaj?

– Moja praca magisterska opierała się na jajach Fabergé – odpowiada rzeczowo Hans. – Pracuję w Hollingsworth. Celine od miesięcy próbowała mnie tu ściągnąć, bym oficjalnie je ocenił, aby mogła je sprzedać. Wcześniej nie miałem czasu.

Celine opowiadała mi o Hollingsworth wystarczająco często, bym wiedziała, że jest to renomowany, międzynarodowy dom maklerski zajmujący się sztuką. Nie tylko organizuje jedne z najbardziej liczących się aukcji w historii i pośredniczy w prywatnych sprzedażach, ale też zajmuje się edukacją w Instytucie Sztuki Hollingsworth, na którego wykłady dostała się Celine. Po obronie magisterki chciała starać się tam o pracę jako rzeczoznawca.

Jednak…

– Sprzedać?

– Tak. Wymyśliła, że pieniądze ze sprzedaży pokryją jej opłaty za magazynowanie. – Ciemnym spojrzeniem wodzi po półkach. – Przynajmniej na kilka miesięcy.

Marszczę czoło.

– Opłaty za magazynowanie? – Wiem, że dla Hansa muszę brzmieć jak kompletna idiotka, dopytując się o wszystko i patrząc tępo.

– Świat jest okrutny, nieprawdaż? Kiedy to kolekcjoner musi sprzedać któreś ze swoich dzieci? Dzięki Bogu byłem w stanie przekonać ją, by nie zamieszczała ogłoszeń na wstrętnym eBayu. – Wypowiada tę nazwę z odrazą, aż się wzdryga.

Celine prowadziła tam wirtualny sklep, gdzie okazjonalnie sprzedawała ciekawe znaleziska. Jednak mawiała, że buduje swoją „prawdziwą” kolekcję, więc sprzedaż tych jaj nie wydaje się być do niej podobna.

– Mówiła dlaczego?

Wzrusza ramionami.

– Chyba potrzebuje pieniędzy.

Zamykam oczy, wrze we mnie frustracja. Jeśli chodzi o pieniądze, Celine i Rosa to dwie najbardziej nieugięte osoby, jakie w życiu poznałam. Rosa zawsze była zbyt dumna, by wziąć choćby dolara, którego nie zarobiła. Każdy czek, który wysłałam jej jako prezent świąteczny czy też urodzinowy, pozostał nietknięty. Znając Rosę, natychmiast je targała. Kiedy zdiagnozowano u niej nowotwór, przyleciałam do niej, ale musiałam kraść jej rachunki, by je opłacić, zanim znalazła je w skrzynce.

Rosa nauczyła córkę, by była tak samo dumna i uparta.

Musiało chodzić o czesne na studiach, przez co nie rozpoczęła nauki. Nie wiem, ile już razy proponowałam, że za to zapłacę, ale odmawiała.

– To nie są autentyczne jaja Fabergé, prawda? – pytam. Nie za dobrze znam się na historii sztuki, ale nawet ja o nich słyszałam. – Prawdziwe warte są chyba… miliony?

Hans się śmieje. To jeden z tych fałszywie brzmiących, piskliwych dźwięków, który tak naprawdę nie jest sztuczny.

– Nie, oczywiście, że nie są autentyczne, jednak dobrze zrobione „Fauxbergé” też są sporo warte. Dla przykładu to. – Unosi delikatne niebieskie jajo zdobione srebrem. – Spójrz na szczegóły perforacji, na szkliwo, na… – ciągnie, rozwodząc się nad szlifem diamentowym i kolorem, czego w ogóle nie rozumiem. – To jedno warte jest jakieś cztery tysiące, uwierzysz? Kilka lat temu kupiła je na wyprzedaży garażowej w Bronxie za pięć dolarów. Jacyś nieświadomi niczego ludzie czyścili strych zmarłej matki.

– Wow.

Musi wyczuwać mój brak ekscytacji, ponieważ zaciska usta i pyta przemądrzałym tonem:

– Gdzie jest Celine?

Nie ma łatwego sposobu, by mu powiedzieć:

– Prawdopodobnie powinieneś odłożyć to jajo.

Ściąga brwi, ale wykonuje polecenie.

Dopiero wtedy przekazuję mu informację o śmierci Celine.

Hans, samozwańczy ekspert od jaj Fabergé, opada na kanapę i zaczyna niekontrolowanie szlochać. Nie wiem, co zrobić, więc siadam obok niego, by dotrzymać mu towarzystwa, gdy łka nieprzerwanie. Nigdy nie radziłam sobie z emocjonalnymi ludźmi.

Oczywiście z wyjątkiem Celine.

– Ale… ale… jak? – Zerka na mnie z powagą. To dobre pytanie. To pierwsze, jakie ktokolwiek mi zadał w tej sprawie. Gdyby pytał ktoś obcy, skłamałabym, mówiąc, że miała wadę serca.

– Za dużo alkoholu pomieszanego z tabletkami.

Na jego twarzy pojawia się zrozumienie.

– Nie uważasz, że naprawdę zamierzała…?

Wzruszam ramionami, co wystarcza, by z jego oczu popłynął nowy potok łez.

– Była taka piękna i dobra. Nigdy nikogo nie osądzała. Pozwalała mi się zwierzać, jednak ostatnio byłem zajęty w pracy i nie miałem dla niej czasu. – Smarka w chusteczkę z dzianiny wyciągniętą z kieszeni. – Nie wiedziałem. Jestem okropny. Naprawdę była moją najlepszą przyjaciółką.

– Tak… moim również – mówię, uśmiechając się słabo i dodaję cicho: – Jedynym. – Dopiero niedawno zdałam sobie sprawę, że nie dopuszczam do siebie zbyt wielu ludzi, więc moja lista osób, do których odzywam się po powrocie do Ameryki, stała się bardzo krótka.

Zawsze byłam samotniczką.

– Czekaj, jesteś tą przyjaciółką? Jesteś… – Pstryka mi palcami przed twarzą.

– Maggie Sparkes.

– Prawda. – Powoli kiwa głową, surowy wyraz znika z jego twarzy. – Często o tobie opowiadała. – Zawisa między nami długa, niezręczna cisza, nasze spojrzenia wędrują po mieszkaniu. – Nie wierzę, że nie żyje. Co zamierzasz zrobić z wszystkimi tymi rzeczami?

– Dobre pytanie – mówię, przypominając sobie życzenie Rosy.

– Wszystko musi zostać wycenione. Jak zamierzasz to zrobić?

– Jeszcze nie wiem. Czytałam już o tym i sądzę, że muszę znaleźć jakąś firmę zajmującą się tym on-line, która zbada całą kolekcję. Wystarczy mi dziesięć dolarów za przedmiot… – Krzywię się. – Albo dziesięć tysięcy za cały zbiór, by się go pozbyć. – Zgaduję, że za wycenę zapłaciłabym więcej niż to wszystko warte. Szczerze mówiąc, musiałabym zapłacić za to z własnej kieszeni, dodatkowo zasilając też konto fundacji.

– Wycena internetowa? Zamilcz, kobieto! – wrzeszczy Hans. – Przez twoje słowa Celine przewraca się w grobie.

– Nie widzę innego rozwiązania.

Bierze głęboki wdech, przełyka z trudem ślinę i przygląda się regałom, licząc coś w głowie.

– Jeśli wszystko skatalogujesz, mogę zadzwonić w kilka miejsc. Tak… – Powoli kiwa głową, zaciskając zęby w determinacji, gdy ociera łzy z policzków. – Znam kilku ludzi w tym biznesie, każdy jest mi winien przysługę. Możemy to zrobić. I znam też dobrych handlarzy, może będą chcieli kupić niektóre rzeczy lub sprzedać za drobną opłatą. Opisz je wszystkie, zajmiemy się znalezieniem odpowiednich kupców.

– To… – Wzdycham, czując ulgę, ponieważ mam kogoś, kto mi pomoże. – Dziękuję. Nawet nie wiem, od czego zacząć. Na przykład, co masz na myśli, mówiąc o katalogowaniu?

Mamrocze coś po francusku.

– Zrób zdjęcia. Kilka, z różnych kątów, uwzględniając wszelakie oznaczenia. Mogą się przydać do przekonania ludzi, by wykonali ekspertyzę.

– Zdjęcia. To potrafię.

Dotyka palcami kutych zdobień szkatuły stojącej na ławie.

– Wow, osiemnastowieczne okucia.

– Tak. – Uśmiecham się krzywo, choć podziwiam umiejętności tego człowieka. Już wiem, dlaczego przyjaźnili się z Celine. Mogli rozmawiać o historii sztuki w sposób, w jaki ja nie potrafiłam.

Hans bierze fotografię nagiego, tajemniczego mężczyzny, leżącą teraz u moich stóp, i rozkłada ją. Jego smutek natychmiast ulatuje.

– O proszę… A to kto?

Mężczyzna, który dla Celine był zarówno zbawieniem, jak i drogą ku śmierci? Te słowa nie dają mi spokoju.

– Nie mam pojęcia. Rozumiem, że ty też go nie znasz?

Marszczy czoło i kręci głową.

– Dlaczego o to pytasz?

– Bez powodu. Po prostu… z ciekawości. – Zabieram mu zdjęcie i wkładam do torebki. Muszę przekazać je śledczemu.

Hans ściska mnie serdecznie, roniąc w ciszy kilka dodatkowych łez. Wymieniamy się numerami telefonów, by skontaktować się w przyszłym tygodniu w sprawie sprzedaży rzeczy Celine i się żegnamy.

Ledwie siadam na kanapie, a do drzwi rozlega się kolejne pukanie. Chciałabym je zignorować, ale nie mogę, ponieważ każdy gość przynosi nowe informacje na temat Celine.

Wraca zarządca.

– Cześć, jak leci? – Przenosi spojrzenie na nieruszony stos pudeł i rzeczy rozłożone na ławie. Widzę, że dziś skrócił brodę i przyłożył się do czesania.

– Zaczęłam wyciągać jakieś rzeczy i zasnęłam – mówię, wskazując ręką na jeansy i koszulę, w których widział mnie wczoraj.

Kiwa głową.

– Gdy kilka lat temu zmarł mój brat, cały tydzień spędziłem otoczony jego rzeczami. To przytłaczające. – Jego spojrzenie, ni to piwne, ni zielone, ponownie wędruje po mieszkaniu. – A nie było ich aż tyle, by się w nich zagubić.

Jego zwyczajne słowa odciskają się na moim sercu, przypominając mi o tym, że każdy kiedyś kogoś stracił. Od razu czuję się mniej samotna.

Po chwili mój gość mówi:

– Zabierzemy tylko materac i już nas nie ma, okej?

Mówił poważnie?

Kiwa głową w bok, po czym obok niego staje krzepki mężczyzna.

– Przyprowadziłem osiłka.

Przyglądam się jego własnym ramionom – szczupłym, lecz umięśnionym – i mimowolnie się uśmiecham, bo najwyraźniej żartuje. To tym bardziej miłe, ponieważ mówi z lekkim angielskim akcentem.

– Okej.

Sprawdzam wiadomości w telefonie – przyszło kilka, głównie związanych z pracą, które ignoruję. Jedna mówi o dzisiejszej popołudniowej dostawie materaca. Jest też informacja od Rosy.

Mężczyźni w tym czasie wyjmują materac z łóżka i obracają go na bok, by przeszedł przez drzwi, przytrzymując przy tym kołdrę, by ukryć plamy.

Zarządca zatrzymuje się na korytarzu.

– Powodzenia, Maggie.

– Dziękuję… Przepraszam, nie zapamiętałam twojego imienia. Wszystko mnie trochę przerosło.

Uśmiecha się.

– Grady.

– Dziękuję, Grady. I dziękuję panu osiłkowi. – Znikają, zabierając łoże śmierci Celine.

* * *

Zostaję sama w słabo oświetlonym korytarzu prowadzącym do mieszkania Celine. Zamykając drzwi, widzę niewielką, pomarszczoną kobietę, stojącą jakiś metr ode mnie, która się uśmiecha.

Wita mnie:

– Dzień dobry, Maggie! – Odskakuję w tył, chwytając się za serce. – Jesteś zdezorientowana. Pewnie zastanawiasz się, skąd cię znam, co? – pyta z szerokim uśmiechem, ukazującym pełne protezy zębowe. Musi mieć koło osiemdziesiątki, siwe loki okalają jej twarz.

– Trochę. – Wyszła ze swojego mieszkania bezszelestnie. Zgaduję, że spotkanie nie jest przypadkowe. Zapewne stała za drzwiami, z podkręconym aparatem słuchowym w lewym uchu, czekając, aż wyjdę na korytarz.

– Jestem Ruby Cummings.

Marszczę czoło.

Ruby Cummings… skądś znam to nazwisko.

– Przysłała pani kwiaty na pogrzeb. – Zadałam sobie trud, by zapamiętać ludzi, którzy poświęcili czas na tak miły gest. Większość znałam. Nie rozpoznałam wtedy nazwiska tej kobiety, ale w duchu podziękowałam jej za wyraz szacunku dla Celine.

Podaję jej rękę. Pomimo, że ma skórę cienką jak papier, to uścisk jest zaskakująco silny.

– Rozpoznałam cię ze zdjęć na półce Celine. Jesteś tą bogaczką, która robi te charytatywne rzeczy, prawda? – Zamglone zielone oczy taksują mnie zza grubych okularów – moje długie karmelowe włosy, które już zapewne pół roku temu nadawały się do ścięcia, są teraz spięte w kucyk. Mam szorstkie dłonie, paznokcie połamane i obgryzione. Całkowicie akceptowalne przy przenoszeniu materiałów budowlanych do budowy wioski gdzieś w trzecim świecie. Generalnie jestem przeciwieństwem osoby, której można by się spodziewać, wiedząc, ile zer mam na koncie. – Była taką dobrą, słodką dziewczyną. Ciężko pracowała, zawsze wracała z jakiejś biblioteki albo wyprzedaży garażowej, kiedy tylko nie była w pracy. Wejdziesz do mnie na herbatę lub kawę? Upiekłam ciasteczka. Celine zawsze smakowały.

Najwyraźniej Celine i Ruby dobrze się znały. Nie ma powodu, bym obawiała się małej staruszki, nawet jeśli czekała, bym wyszła z mieszkania. Wskazuje za siebie, w kierunku swojego lokum, skąd dochodzi zapach ciasteczek. Mimowolnie zerkam do środka. Jego wystrój sprawia, że mieszkanie Celine wydaje mi się minimalistyczne. Na każdej dostępnej ścianie znajdują się regały z książkami. Stosy oprawionych w skórę tomów stoją na podłodze. Wydrukowane materiały leżą na zdobionych serwetkami stolikach. Poustawiane wszędzie przeszkody czekają tylko na nieuważnego wędrowca, który trafi w nie palcem. Już wiem, dlaczego przyjaźniły się z Celine. Jej mieszkanie to marzenie bibliotekarza.

I koszmar kogoś, kto cierpi na klaustrofobię.

Pierś ściska mi się na ten widok.

Na szczęście mam prawdziwą wymówkę, by uniknąć godziny duszenia się i ewentualnego omdlenia.

– Dziękuję za zaproszenie, ale muszę się spotkać ze śledczym w sprawie dochodzenia odnośnie śmierci Celine. – Dzwoniłam do niego wcześniej, by potwierdzić, że będzie dziś w pracy.

– Och…? – Widzę ciekawość w jej oczach. – Dlaczegóż to?

– Chciałabym, by odpowiedział na kilka pytań. – Uśmiecham się. Mam nadzieję, że odczyta z mojej twarzy, iż nie mam zamiaru plotkować.

– Och, kochana. Cóż, wiesz już, gdzie mnie znaleźć. Nie wahaj się, tylko daj znać, gdybym mogła pomóc.

– Dziękuję. – Ruszam do drzwi, ale zamieram. – Mogę zadać pani szybkie pytanie?

Niemal podskakuje z radości.

– Tak?

– Widziała pani może, czy Celine odwiedzali jacyś przyjaciele?

Na jej twarzy wskutek zamyślenia pojawia się kilka dodatkowych zmarszczek.

– Przychodziła jej współpracowniczka, urocza Greczynka z burzą czarnych loków. I…

Przerywam jej:

– A jacyś mężczyźni? Spotykała się z kimś?

– Nie. Nic mi o tym nie wiadomo. Dziwne, nie uważasz? Była taka piękna. Mówię ci, gdybym tylko mogła cofnąć czas i wyglądać jak ona, miałabym pod drzwiami kolejkę kawalerów.

Staruszka pełna wigoru.

– Celine była nieco nieśmiała.

– Tak. Zauważyłam. Nie przyprowadzała żadnego mężczyzny, przynajmniej żadnego nie zauważyłam. Nie wychodzę z mieszkania. Usłyszałabym coś lub zobaczyła. – Ścisza nieco głos. – Pilnuję tego, co się tu dzieje.

Założę się.

Choć kusi mnie, by pokazać starszej pani zdjęcie nagiego gościa, nie robię tego. Wydaje się, że dałabym jej tylko sposobność do plotkowania z innymi sąsiadkami.

– Do zobaczenia.