Przewaga - Jack Campbell - ebook

Przewaga ebook

Jack Campbell

4,6

Opis

Doskonałe połączenie ziemskiej nauki i kosmicznej akcji. - Brandon Sanderson

Upłynęły trzy lata od wydarzeń na Glenlyon, kiedy Rob Geary oraz Mele Darcy stanęli na czele zorganizowanych naprędce sił zbrojnych, aby odeprzeć atak na swoją kolonię.

Jednak z trudem zażegnany konflikt wybucha ponownie, gdy Glenlyon podejmuje próbę utworzenia szlaku handlowego. Odizolowana, osamotniona kolonia pokłada nadzieje w nieformalnych umowach z innymi światami, mierzącymi się z podobnym zagrożeniem. Jednak światy zażarcie broniące swej niezależności, niełatwo przekonać do tego rodzaju zobowiązań. Podczas gdy politycy usiłują zawrzeć formalny układ, Geary i Darcy po raz kolejny muszą podjąć desperacką walkę w obronie swojego domu w nadziei, że wytrwają, dopóki nie przybędzie pomoc.

O ile w ogóle jakaś pomoc przybędzie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 448

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (120 ocen)
83
27
8
2
0
Sortuj według:
seman

Nie oderwiesz się od lektury

Super,szkoda że trzeba czekać na dalszy ciąg. Polecam
10
Gerdka

Nie oderwiesz się od lektury

kurcze... pewne fragmenty to jak czytać cytaty dzisiejszej propagandy Putina... "humainitarna interwencja" ...
00
Georgalbert

Dobrze spędzony czas

Trochę dłużyzn ale świetne. Polecam
00
ursus040666

Nie oderwiesz się od lektury

Campbell e formie. wartka akcja, świetny język. Siadłem i czytałem aż do końca. Polecam
00
materut

Nie oderwiesz się od lektury

Za szybko się kończy :(
00

Popularność




Dla Aly Parsons, niezwykłej koleżanki, której zaangażowanie i wsparcie na prowadzonej przez siebie grupie dla pisarzy udoskonaliło wiele tekstów i sprawiło, że życie należących do grupy szczęśliwców stało się lepsze.

Dla S., jak zawsze.

iliony lat temu narodziła się gwiazda podobna do tej, którą ludzie nazwali Słońcem. Jej nuklearne pożary ogrzewały gromadę asteroid i komet skupionych na orbitach. Miliony lat temu gwiazda, której paliwo się wyczerpało, przeszła w nową, wyrzucając w kosmos zewnętrzne warstwy i niszcząc krążące wokół niej światy. Gwiazda przestała być piecem jądrowym, ale nadal jarzyła się białym, jasnym światłem, wytworzonym przez żar powstały w wyniku zapadania się w kulę wielkości Ziemi. W ciągu kolejnych milionów lat gwiazda traciła ciepło i z wolna stygła.

Ludzkość przybyła na statkach, którym niezbędna była masa gwiazdy, aby stworzyć punkty skoku umożliwiające pokonywanie lat świetlnych w kilka tygodni. Gwieździe nadano nazwę Jatayu, ale ponieważ jej układ tworzyło zaledwie kilka szczątkowych skał, ludzie ruszyli dalej, do innych gwiazd, które nadal ogrzewały światy zdatne do zamieszkania. Jatayu został punktem przelotowym, o który zahaczało się w drodze do innych miejsc.

Jednak pewnego dnia pewni ludzie przybyli do układu, aby w nim zostać. Przywieźli niewielką stację, którą umieścili na orbicie białego karła, i objęli Jatayu we władanie.

Miliony lat po narodzinach małej, jasnej gwiazdy wraz z ludźmi przybyła do Jatayu wojna.

– Wyjście z przestrzeni skoku w punkcie Jatayu za pięć... cztery... trzy...

Erik Hopkins, były komodor z ziemskiej floty, przygotował się na znajome uczucie dezorientacji i zawrotów głowy towarzyszące opuszczeniu przestrzeni skokowej. Poza tym nie miał powodów do niepokoju. Istniały przecież „Regulacje swobodnej żeglugi w kosmosie”. Zawierały odpowiednie procedury, a każdy ich punkt z listy kontrolnej został odhaczony. Niszczyciel „Claymore”, wcześniej pod banderą floty ziemskiej znany jako „Garibaldi”, znajdował się w stanie standardowej gotowości na poziomie drugim, dokładnie tak jak przewidywała procedura. Frachtowiec, który eskortowali, miał wylecieć z przestrzeni skokowej tuż za nimi i razem przelecą przez system gwiezdny Jatayu, przełamując nieoficjalną blokadę systemu gwiezdnego Glenlyon. Wszystko było zaplanowane.

Kontrolę nad Jatayu przejął system gwiezdny Scatha, a choć roszczenie to nie miało podstaw prawnych, Scatha mogła próbować je egzekwować wobec frachtowca bez eskorty. Gdy inne systemy w zasięgu Glenlyona zostały przejęte przez Scathę bądź jej zbrojnych sojuszników – systemy Apulu oraz Turan – handel pomiędzy Glenlyonem i resztą ludzkości został zdławiony. Glenlyon miał do wyboru zbrojny sprzeciw lub poddanie się, a nie chcąc podejmować ostatecznej decyzji, rząd postanowił sprawdzić przeciwnika z nadzieją, że ten tylko blefuje.

Stąd „Claymore” i komodor Hopkins. Komodor nie martwił się rozwojem sytuacji. Ziemska flota posiadała procedury na wszystko oraz podprocedury i listy kontrolne do tych pierwszych. W ten sposób sprawy załatwiała flota Ziemi i w ten sposób awansował Hopkins – pilnując, by odhaczać każdy punkt na liście kontrolnej każdej procedury. Na Ziemi nie pozostało już wiele sił zbrojnych, byli to głównie ludzie, których zadanie polegało na wycofaniu ostatnich okrętów wojennych floty, zarchiwizowaniu pozostałych danych i poczynieniu przygotowań do zgaszenia świateł i zamknięcia ostatnich drzwi. Sam komodor wraz z większością załogi oraz „Claymore’em”, jako zbędni, zostali zmuszeni do znalezienia zatrudnienia z dala od Ziemi, pośród intensywnie kolonizowanych nowych światów. Glenlyon był przyzwoitym miejscem pracy, ale i komodor, i większość jego załogi nadal uważali się bardziej za Ziemian niż Glenlyończyków, a Hopkins działał zgodnie z zasadami, według których funkcjonowała flota ziemska.

Gdy niszczyciel wyszedł ze skoku, nagle na ekranach mostkowych bezkształtną, nijaką szarość zastąpił znajomy widok upstrzonej gwiazdami czerni normalnej przestrzeni kosmicznej. Jedną z jasnych plamek był Jatayu, leżący nieopodal punktu skoku, zaledwie pół godziny świetlnej od miejsca, gdzie pojawił się „Claymore”. W trakcie skoku nie dało się mierzyć prędkości, ale już w normalnej przestrzeni okręt leciał z szybkością dwóch dziesiątych świetlnej – czyli ślimaczą, jak na krążownik – a to z powodu konieczności pozostawania w pobliżu eskortowanego frachtowca.

Oszołomiony jeszcze po wyjściu ze skoku Hopkins usiłował skupić wzrok na ekranie przed sobą, kiedy niszczyciel zadrżał, a potem nim szarpnęło, jakby jakiś olbrzym grzmotnął go w kadłub młotem. Na okręcie rozszalały się alarmy.

– Status! – rzuciła kapitan Kanda Shade, oficer dowodząca „Claymore’a”, również dopiero dochodząca do siebie po wyskoku.

– Znajdujemy się pod ostrzałem! – meldował dyżurny oficer. – Dwóch atakujących. Wstępna identyfikacja...

Kolejny wstrząs i jeszcze głośniejszy alarm.

– Awaria osłon na śródokręciu! Uszkodzenia poszycia w dwóch przedziałach!

Hopkins z wysiłkiem skupił wzrok na ekranie.

Dwóch napastników, musieli czekać przy punkcie wyjścia ze skoku. A zaraz za „Claymore’em” znajdował się frachtowiec „Bruce Monroe”, który właśnie wyszedł z przestrzeni skokowej.

– Ostrzeliwują nas niszczyciele typu Miecz i Założyciel.

Hopkins otworzył usta, żeby wydać rozkaz, ale zawahał się.

Na ekran wyskoczyła odpowiednia lista działań. Pierwszy punkt procedury podczas ataku wroga o przewadze liczebnej przewidywał „przyspieszenie do pełnej mocy”. Ale w „Regulacjach swobodnej żeglugi w kosmosie” znajdowała się zasada „utrzymać bliską pozycję względem eskortowanych jednostek”. Jedna procedura nakazywała pełne przyspieszenie, druga pozostanie przy frachtowcu.

Kolejny wstrząs.

– Następne trafienie w śródokręcie! Straciliśmy działo cząsteczkowe!

– Pełna moc osłon! – zawołała komandor Shade znad swojej listy proceduralnej. – Główny napęd... – Zamilkła, gapiąc się w ekran, gdzie dwie procedury podsuwały wykluczające się działania. – Komodorze?

Hopkins potrząsnął głową, rozdarty pomiędzy wyborami.

– Nie mogę... Nie możemy...

Dwa silne szarpnięcia.

– Główny napęd trzydzieści procent mocy! Straciliśmy osłony!

Komodor zasępił się, wpatrując w ekran. Wiedział, że musi wykonywać punkty procedury.

– Musimy... – Spojrzał bezradnie na Shade. – Kapitanie...?

Pokręciła głową stropiona.

– Powinniśmy...

„Claymore” zazgrzytał wstrząsany kolejnymi trafieniami. Światła zgasły, zastąpił je ciemniejszy poblask reflektorów awaryjnych.

– Wyrzutnie kartaczy unieszkodliwione. Drugie działo cząsteczkowe zniszczone! Poważne naruszenie konstrukcji śródokręcia!

– Jakie rozkazy, sir? – zapytał inny oficer dyżurny.

Hopkins zawahał się.

Shade usiłowała jeszcze raz przebrnąć przez obie procedury.

Nagle „Claymore” zadrżał, a potem nastąpił niski grzmot, który wstrząsnął przełamującym się wpół okrętem.

Hopkins poczuł nieprzemożną falę ulgi, gdy na ekranie awaryjnym pojawiła się nowa procedura z listą działań. Nareszcie wiedział, co robić. Miał to przed sobą, punkt pierwszy listy.

– Opuścić okręt!

Nadal przesuwał wzrokiem po liście „Przygotowanie do opuszczenia jednostki”, kiedy chmara pocisków z kartaczy rozerwała poszycie mostka.

Rob Geary, starszy oficer doku portu i stacji orbitalnej, głównej placówki łączącej Glenlyona z przestrzenią poza układem, łypnął na wizerunek radnej Leigh Camagan, który pojawił się na ekranie na jego biurku.

– I rząd na poważnie oczekuje, że wkroczę?

– Owszem – odparła. – Już przez to przechodziłeś, Rob, trzy lata temu, dla Glenlyona.

– I co niby miałbym zrobić? Z tego, co wiem, „Claymore” został całkowicie zniszczony, połowa jego załogi zginęła. Wysłałem Hopkinsowi wiadomość, zanim „Claymore” wyruszył, ostrzegałem, że jego przedłużające się przygotowania do misji dały czas Scathanom na zorganizowanie się z wyprzedzeniem. Wszyscy na tej stacji byli tego świadomi. – Rob przerwał, z bólem myśląc o poległych. – Żałuję, że się nie myliłem albo że Hopkins mnie nie posłuchał. Dlaczego „Rapier” został na orbicie?

Camagan skrzywiła się znacząco.

– Komandor Teosig otrzymał rozkaz wylotu, ale znajdował coraz to nowe powody do zwłoki. Został zwolniony dzisiaj rano.

– Trzeba go było zwolnić najpóźniej rok temu! Musiałem z nim współpracować za każdym razem, kiedy „Rapier” zawijał do zatoki stoczniowej. Zależało mu tylko na jednym: żeby dobrze wyglądać przed Hopkinsem i unikać podejmowania jakichkolwiek działań mogących zbrukać mu reputację. Mówiłem ci to!

– Owszem, mówiłeś – przyznała Camagan z rozdrażnieniem. – A ja przekazywałam to radzie, która zdawała się w tej sprawie całkowicie na komodora Hopkinsa. On zaś, jak sam zauważyłeś, uważał Teosiga za wzór dowódcy. Dlaczego wyżywasz się na mnie? Bo to mnie wydelegowano z prośbą, żebyś wrócił do służby?

Rob zmitygował się pomimo złości na siebie i na wszechświat.

– Przepraszam. Czego rząd ode mnie oczekuje? – zapytał ponownie.

– Objęcia dowodzenia „Rapierem” i całą flotą i zorganizowania obrony Glenlyona.

– „Rapier” to cała nasza flota! I co, znów oferują mi nieoficjalny, tymczasowy stopień porucznika?

– Komandora – sprostowała Camagan. – Oficjalny stopień komandora. I stanowisko głównego dowódcy wszystkich sił floty.

– O, widać bardzo się boją.

– Bardzo. Glenlyon dogorywa, duszony przez sieć kontroli Scathy, Apulu i Turana nad szklakami handlowymi w rejonie. Jeśli nie uda nam się rozbić ich hegemonii, nie będziemy mieli wyjścia, Glenlyon będzie musiał poddać się ich władzy.

– Poddać?

Tym razem wściekłe spojrzenie Camagan nie było przeznaczone dla Roba.

– Będzie to samo, co z Hestą. Założą tu tak zwane biuro handlowe, które w efekcie przejmie kontrolę nie tylko nad handlem, ale całym rządem.

– Przecież przylecieliśmy tutaj, szukając wolności – przypomniał Rob posępnie.

– Jak wielu ludzi. Ale widać inni przybyli tu budować imperia.

– A co z Mele Darcy? – Rob był jej winien zainteresowanie po tym, co uczyniła trzy lata wcześniej, pokonując Scathan na planecie.

– Jej też będziemy potrzebować. Przepchnęłam przez głosowanie utworzenie niewielkich sił piechoty kosmicznej, zapewniających wsparcie flocie. Mele Darcy zaproponowano objęcie dowództwa nad nimi. Otrzyma tylko stopień kapitana piechoty kosmicznej, ale oficjalnie.

– Komu będą służyły oddziały piechoty kosmicznej? – zapytał Rob, przypominając sobie, co słyszał o obecnym dowódcy sił lądowych.

– Będą twoim wsparciem i częścią floty. Czyli zostaniesz zwierzchnikiem Mele. Nie wiem, czy ktokolwiek inny przyjąłby tę robotę.

– Muszę porozmawiać z Ninją, zanim się na cokolwiek zgodzę.

– Jasne – westchnęła Camagan. – Pozdrów ode mnie swoją Lyn.

– Wiesz, że Lyn nie ma nic przeciwko, żebyś nazywała ją Ninja. Wszyscy przyjaciele tak do niej mówią.

– Uhm, tylko nie wiem, czy po tym nadal będzie wobec mnie taka przyjacielska. Mam nadzieję, że nie zhakuje mi osobistych plików...

Drogę do domu pokonał szybko – to była jedna z zalet przynależności do kadry zarządzającej. Zazwyczaj był z tego zadowolony, tego dnia jednak wolałby mieć więcej czasu na przemyślenia. Oprócz jego nazwiska na wizytówce widniało też małymi literkami „Ninja – konsultacje informatyczne”.

Ninję zastał jak zwykle pracującą przed monitorami.

– Cześć – powiedział Rob, siadając obok niej.

– Nie cześciaj mi tutaj. – Ninja spojrzała na niego ostro. – I oszczędź sobie streszczania rozmowy z Camagan.

– Słuchałaś?

– Kiedy członkini rady wykonuje pilne połączenie do mojego męża, chyba mam prawo wiedzieć, o co chodzi.

– Połączenie było zaszyfrowane. Potrójnie – zauważył Rob.

– Daj spokój, przerabialiśmy to już nie raz. Szyfrowanie to bajka. – Ninja odwróciła wzrok, jakby spoglądała na ekran boczny po drugiej stronie. – Czyli podejmiesz się tego.

– Powiedziałem, że zanim coś postanowię, muszę z tobą porozmawiać.

– Ładne słówka. Oboje wiemy, co chcesz zrobić.

– Co muszę zrobić – sprostował Rob. Popatrzył w stronę drugiej sypialni. – Ninjusia śpi? – Mimo że córeczka miała na imię Dani, odkąd pół roku wcześniej Mele Darcy nazwała ją „Ninjusią”, reagowała tylko na nowe przezwisko.

– Uhm. A co, gryzą cię wyrzuty sumienia, że zostawiasz rodzinę?

– Ninja...

– Nie! – Odwróciła się do niego z oczyma pociemniałymi od wspomnień. – Nigdy nie zdołam zapomnieć, jak się czułam, kiedy myślałam, że zginąłeś na „Szkwale”. Wiesz, jak to jest, Rob?

– Nie – odrzekł, nie mogąc spojrzeć jej w oczy.

– Kto powie Ninjusi, że jej tata już nie wróci do domu, co? I że nie zobaczy już cioci Mele? Wiesz, jak mała ją uwielbia. Oczywiście będę musiała to zrobić ja, prawda? A co z naszym następnym projektem? – Poklepała brzuch, po którym nie było jeszcze widać dwumiesięcznej ciąży. – Kto powie temu maleństwu, że nigdy nie pozna taty? To też będę musiała zrobić ja, tak?

Wiedział, co napędza jej strach. Bała się o niego, bała się tego, co może mu się stać, co będzie z nią i dziećmi. Potrzebowała dać upust tym lękom, pokazać mu, jak się z tym czuje. I bez wątpienia była wściekła, że los znowu stawia ich w sytuacji, kiedy musi sobie z tymi lękami radzić.

Pokaże mu to wszystko, a potem prawdopodobnie już do tego nie wróci. Wiedziała bowiem, pod jaką presją się znajduje, i zdawała sobie sprawę, że potrzebuje jej wsparcia, a walka z losem jest bezsensowna.

Czy ma prawo ją na to narażać? Rob przygryzł wargę, próbując znaleźć odpowiednie słowa. Wreszcie podniósł na nią wzrok.

– Ninja, uważam, że powinienem to zrobić, bo ty i dzieci powinniście żyć w wolnym świecie. Nie chcę was zostawiać. Jeśli będzie to dla ciebie za trudne...

– Och, daj sobie siana, Rob! Oboje wiemy, że musisz to zrobić! Bo właśnie w takim idealistycznym durniu się zakochałam i za niego wyszłam! A nasze dzieci pewnie odziedziczą po tobie ten idealizm i poczucie obowiązku i któregoś dnia pewnie je też będę musiała wyprawić na jakąś idiotyczną szlachetną misję! I to będzie twoja wina! Twoja! Więc lepiej wróć, rozumiesz?! Przysięgam, że jeśli nie wrócisz, powiem tym dzieciakom, że byłeś głupcem i za żadne skarby świata nie wolno im cię naśladować!

Spojrzał na nią bezradnie.

– Co mam zrobić?

Ninja potrząsnęła głową.

– Sam zdecyduj.

– Myślisz, że tego chcę?! – uniósł się. – Myślisz, że chcę zostawiać ciebie i Ninjusię? Że chcę wylecieć i... patrzeć, jak ci mężczyźni i kobiety giną na mój rozkaz? Myślisz, że chcę znów przez to przechodzić?

Przez moment patrzyła na niego w milczeniu.

– Czasami przez sen mamrocesz ich imiona. Wiedziałeś o tym? Imiona tych, którzy nie wrócili. Słyszę to i nie wiem, co robić. – Nachyliła się i objęła go mocno. – A potem myślę o Kosatce, o tym, ilu ludzi by tam zginęło, gdybyś nie był takim idiotą. I o tym, jak ocaliłeś większość załogi „Szkwała”, kiedy wydawało się, że to już koniec. I myślę o Glenlyonie, bo gdyby nie wy, Scathanie pewnie wszystko by zniszczyli. Tacy ludzie jak ty i Mele odchodzą i robią to, co uważają za słuszne, a tacy jak ja i Ninjusia muszą żyć nadzieją i modlić się za każdym razem o wasz powrót.

– Naprawdę chodzi mi o was – wyszeptał jej Rob do ucha. – Nie mogę was zawieść.

– Wiem. – Ninja odsunęła się i spojrzała mu w oczy ze smutnym uśmiechem. – Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? Byłeś oficerem floty Alfara badającym mój przypadek, a ja jakimś tam żołnierzem, którego chciano się pozbyć. Zobaczyłam wtedy, że naprawdę ci zależy. Byłam dla ciebie nikim. Grube ryby chciały mnie zwolnić, ale ty chciałeś mieć pewność, że zostanę sprawiedliwie oceniona. Pomyślałam wtedy: skoro tak traktujesz nieznajomych, to jaki jesteś dla bliskich? Wiedziałam, w co się pakuję. Chciałam tego. Życie z tobą jest przeważnie cudowne. Ale czasem cierpię. Jak teraz.

– Mogę odmówić, jeśli tego chcesz.

Pokręciła głową.

– Chciałam Roba Geary’ego. I dostałam Roba Geary’ego. Na dobre i na złe. Będę się wściekała, będę nieszczęśliwa, ale wiem, dlaczego musisz to zrobić. Kojarzysz tego gościa, Ferrera? Jest tu informatykiem, na stacji?

– Nie – zaprzeczył Rob, zbity z tropu nieoczekiwaną zmianą tematu.

– Jego dziewczyna była na „Claymorze”. Mieli się pobrać. Teraz jest na liście zaginionych. – Ninja ujęła w dłonie twarz Roba, zmuszając go, by patrzył na nią. – Ruszaj i dopilnuj, żeby nie było już więcej takich par jak Ferrer i jego dziewczyna. Wiem, że potrafisz. Spuść łomot temu, kto rozwalił okręt, i zrób to, tracąc jak najmniej ludzi. Wróć żywy z tak wieloma, jak się da. I pamiętaj, że cię tu potrzebujemy. Masz wrócić, rozumiesz?

– Wrócę.

– I sprowadź z powrotem Mele. Ta dziewczyna to wariatka.

– Jest piechociarką.

– Właśnie o tym mówię.

Dzień pracy na stacji orbitalnej dobiegł końca. Mele Darcy rozparła się w jednym z wygodnych foteli stojących w jej ulubionym barze, na wpół zwrócona ku rozciągniętemu od podłogi do sufitu wirtualnemu ekranowi, ukazującemu zapierający dech w piersi widok na planetę w dole. Jako dowódca sił ochrony stacji Mele namawiała członków swojego małego oddzialiku policji, żeby odwiedzali takie bary, mając na sobie mundury. W ten sposób relaksując się, mogli odstraszać ewentualnych grandziarzy. Ponieważ nie należała do osób, które wymagają od podkomendnych czegoś, czego sami nie robią, relaksowała się właśnie w mundurze kapitana.

Wychyliwszy lufkę, skinęła do idącego w jej stronę Roba.

– Klapnij sobie, flociarzu. Słyszałam, że rozmawiałeś z Leigh Camagan. To co, jesteś już komandorem?

– Dopiero od jutra. – Rob usiadł, odprawiając gestem usłużnego kelnerobota. – A ty?

Zawahała się nad odpowiedzą, wspominając wydarzenia sprzed trzech lat, wspominając, jak ryzykowała i ilu nie wróciło wtedy z misji.

– Jeszcze się zastanawiam.

– Znów byś została piechociarzem.

Mele łypnęła na niego spod oka.

– Nigdy nie przestałam nim być.

– Wybacz – mruknął, nieco zmieszany.

– Spoko – odpuściła mu Mele. – To jak choroba przewlekła. Nie ma na to lekarstwa. – Zajrzała do pustego kieliszka, a potem uśmiechnęła się promiennie do Roba, wiedząc dobrze, że mina ta w jej wykonaniu jednocześnie urzeka i niepokoi odbiorców. – Słyszałam, że mój ewentualny szef to ciężki przypadek.

– No – zgodził się Rob. – Musi być nieźle walnięty, skoro decyduje się ci szefować.

– Bez przesady. Nie jestem taka straszna. Dopóki nie mam powodu. – To, niestety, również przywołało wspomnienia sprzed trzech lat. Mele pochyliła się i zrzuciła maskę pozornej beztroski. – Dobrze mi tu, gdzie jestem. Stabilna praca, dopóki ją wykonuję, właściwie nikt nie zagląda mi przez ramię i przy tym niewielkie szanse, że mnie stukną.

– Wiem, o czym mówisz.

– Ninja bardzo się wkurzyła?

– Dosyć.

– Poza tobą, Ninją i waszą małą nie mam tu innej rodziny. Mówię to, na wypadek gdybyś nie wiedział.

Odwrócił wzrok, wyraźnie nieszczęśliwy.

– Musiałeś jakoś przekonać Ninję – podjęła Mele. – Dalej, przekonaj i mnie.

Przez chwilę milczał, patrząc w wirtualne okno. W dole przez oceany i lądy sunęła plama nocy.

– Potrzebują nas.

Mele prychnęła, dając upust irytacji.

– Ostatnio, kiedy nas potrzebowali, pozbyli się nas tak szybko, jak przestali nas potrzebować.

– Nie mówię o rządzie. Mówię o Glenlyonie. O mieszkańcach, takich jak Ninja i Ninjusia. Mele, sama wiesz, jak tu będzie, jeśli wpuścimy tu Scathan.

– Tak – skrzywiła się Mele. – Ale nie podoba mi się, że nadstawiam karku, daję z siebie wszystko, a potem dostaję kopa w tyłek od ludzi, którym tyłki ocaliłam.

– Nie potrafię podać ci innego powodu – rzekł Rob, patrząc jej w oczy.

– Jak to? Żadnego odwoływania się do mojego honoru? – zapytała Mele, rozglądając się za botem obsługującym. – Obietnic sławy i chwały?

– Przykro mi, ale musisz się obejść.

Westchnęła.

– Masz szczęście, że odpuściłam sobie sławę i chwałę już podczas szkolenia dla rekrutów. Są tylko dwa powody, dla których w ogóle rozważam ich propozycję. Po pierwsze, dlatego że nie chcę, żeby Ninja została wdową, a to oznacza, że musi cię pilnować ktoś opanowany i rozsądny, kiedy zrobi się gorąco...

– Mówisz o sobie? – wtrącił Rob. – Bo zdawało mi się, że usłyszałem „opanowany i rozsądny”?

Mele wyszczerzyła się do niego.

– To ten drugi powód. Wiem, że nie będę pracowała z jakimś kretynem.

– W tym miejscu Ninja pewnie by się nie zgodziła z twoją oceną ewentualnego szefa – stwierdził Rob.

– Nie dziwię się, to pewnie dla niej trudne. – Mele potrząsnęła głową i spojrzała na planetę. – Myślisz, że dasz sobie radę z tymi sztywniakami z ziemskiej floty?

– Danielle Martel powiedziała mi kiedyś, że każdy oficer ziemskiej floty, którego spotkam, będzie bardzo kompetentny i dobry w tym, co robi. Powiedziała mi też, że żaden z nich nie jest w stanie funkcjonować bez swoich procedur. W obu przypadkach miała rację.

– To co zrobisz? – zapytała Mele, namierzając w końcu kelnerobota. – Mogę ci jakoś pomóc?

– Nie, na razie nie – odparł Rob, gdy Mele wychylała kolejny kieliszek. – Co zrobię? Po pierwsze, wykasuję wszelkie procedury.

Nie mogła powstrzymać się od śmiechu.

– Każesz im samodzielnie myśleć? Prawdziwy potwór z ciebie.

– Tak, potwór, który chce wygrać, nie skazując tych flociarzy na śmierć.

Mele skinęła głową, bawiąc się kieliszkiem.

– To nie zmienia faktu, że masz tylko jeden okręt.

– Sami tego nie zrobimy – zgodził się Rob. – Na szczęście mamy przyjaciół.

– Kosatka ma wobec nas dług – przyznała Mele, ale nie mogła się oprzeć, żeby nie dodać: – I pewnie między innymi dlatego rząd tak bardzo chciał, żebyś wrócił do służby.

– Pewnie tak. Będę też potrzebował piechoty kosmicznej.

– Jak każdy, kto siedzi po uszy w kłopotach. – Uśmiechnęła się i uniosła w toaście kieliszek. Przechyliła go i westchnęła z satysfakcją, gdy fala ciepła spłynęła jej do żołądka.

Rob nareszcie odwzajemnił jej uśmiech.

– Jak sądzisz, dasz radę na jutro zebrać dla mnie oddział piechoty?

– Na dokonanie cudu potrzebuję zazwyczaj tygodnia – odrzekła Mele i spojrzała na niego, poważniejąc. – To zależy, jakie mięso dostanę. Z tego, co mówiła Camagan, rząd nakazał pułkownik Menziwie dać mi dwudziestu ochotników ze swojego pułku wojsk lądowych. Zgadnij, jak pułkownik na to zareaguje.

– Wścieknie się?

– Pewnie tak. Nie wiem, czy miałeś z nią kiedyś do czynienia, ale ja miałam nieprzyjemność ze dwa razy, gdy kilkoro jej ludzi wpakowało się tu w kłopoty. Nie jest typem ciepłej mamuśki.

– To co zrobisz? Diabli wiedzą ile mamy czasu, zanim Scathanie albo ich kumple się tu pojawią.

Mele potrząsnęła głową, zastanawiając się nad trzecim kieliszkiem.

– Jest czas. Mądry generał karmi swoją armię zapasami wroga.

– Słucham?

– To cytat ze starego Ziemianina, Sun Tzu – wyjaśniła Mele. – Mówił też, że najlepiej jest zdobyć kraj w stanie nienaruszonym. Tak właśnie działają Scathanie i ich sojusznicy. Jak w Heście. Przejęli system bez walki, więc nic nie jest zniszczone. – Mele wskazała głową mniej więcej w kierunku „Rapiera”. – Nie chcą zniszczyć okrętu. Chcą go w jednym kawałku, żeby dodać go do swoich sił. To oznacza, że nie pojawią się tu z oddziałami, żeby dokonać inwazji. W każdym razie nie teraz. Najpierw sprawdzą, czy nie ulegniemy jak Hesta. To dlatego pozwolili „Bruce’owi Monroemu” zabrać ocalałą załogę „Claymore’a”, żeby nas zastraszyć i zmusić do poddania. Bo inaczej przecież o wydarzeniach w Jatayu dowiedzielibyśmy się, dopiero widząc nadciągające tu siły wroga.

– Szlag – zaklął Rob. – Może to ty powinnaś zostać dowódcą.

– O nie, nie jestem taka głupia – odpaliła Mele.

Rob rozejrzał się po cichym barze, gdzie zatroskani ludzie siedzieli przy stolikach w ponurych nastrojach.

– Może jednak nie mamy czasu – stwierdził. – Plany Scathan mogą się powieść. Ludzie się boją. Musimy dać im powód, żeby uwierzyli, że nasz świat to przetrzyma. – Znów zamilkł na chwilę. – Ale z drugiej strony, im dłużej nie będziemy się poddawać, tym większe ryzyko, że Scathanie i reszta zaatakują.

Mele porzuciła rozglądanie się za robotem obsługującym i skupiła się na Gearym.

– A to dlaczego?

– Bo nie chcą, żeby Glenlyonowi się udało, bo stanie się przykładem dla innych systemów, dowodem, że opór działa. W pewnej chwili uznają, że powinniśmy zostać przykładem innego rodzaju, ostrzeżeniem, że tak właśnie dzieje się z układami, które stawiają opór.

– No fakt – przyznała Mele. – Jeśli zainspirujemy opozycję, prędzej czy później Scatha i ich banda przybędą tutaj i zaczną nas łamać, żeby zdławić w innych wszelką myśl o walce. Czyli mamy czas, ale możliwe, że nie aż tak wiele.

– Mamy? – powtórzył Rob. – Wchodzisz w to?

Mele wpatrzyła się ponuro w dno kieliszka.

– Muszę wypić więcej, zanim powiem „tak”. Tylko sobie czegoś nie wyobrażaj.

– Ninji by się to nie spodobało – zaśmiał się Rob. – Ech, pewnie i tak nas wyruchają, zanim to wszystko się skończy.

– I to nie w ten przyjemny sposób. – Mele zasalutowała niedbale Robowi, zastanawiając się, jak bardzo pożałuje tego, co za chwilę powie. – W porządku. Masz swojego piechociarza. Skontaktuję się z Camagan i powiem jej, że może jutro pogadać z Menziwą o tym świeżym mięsku, które mi obiecała.

– Przydałabyś mi się rano, jeśli możesz odłożyć wizytę u Menziwy na popołudnie. Masz jakiś plan, w razie gdyby pułkownik Menziwa stanęła okoniem?

– Jasne. Każę jej iść do mojego szefa.

– Wielkie dzięki – skwitował Rob.

– A tak poważnie – dodała Mele, podnosząc trzeci kieliszek i spoglądając przez bursztynowy płyn. – Wątpię, żeby Kosatka przyszła nam z pomocą, mają na głowie swoje kłopoty. Stary kumpel z bitwy pod Vestri, Lochan Nakamura, nadal tam siedzi i czasem coś skrobnie. Wygląda na to, że sytuacja u nich stale się pogarsza. Jak się nazywała ta laska ze Starej Ziemi, z którą się trzymał? Carmen...? A, Ochoa. – Mele wychyliła kieliszek. – Twardzielka, tak mówi Lochan. Mam nadzieję, że u nich wszystko w porządku.

Krawędzią terminalu przemykały ciemne postaci, niektóre w pancerzach bojowych, inne w mundurach polowych, ale wszystkie uzbrojone.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Copyright © 2018 by John G. Hemry Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2022

Tytuł oryginału: Ascendant

Wydanie I

ISBN 978-83-7964-706-4

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydaniaEryk Górski, Robert Łakuta

Tłumaczenie Dominika Schimscheiner

Ilustracja na okładce Jaime Jones

Projekt okładki Szymon Wójciak

Redakcja Rafał Dębski

KorektaMagdalena Byrska

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 www.dressler.com.pl e-mail: [email protected]

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected]/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/