Przestroga - Iga Fuerte - ebook

Przestroga ebook

Iga Fuerte

0,0
25,00 zł

lub
Opis

Być może jestem Twoją sąsiadką, albo koleżanką z pracy, może on był kiedyś Twoim kochankiem, a może jego żona po cichu zemściła się na Tobie, a Ty dowiadujesz się o tym po latach…

Jeśli zastanawiasz się czy rozpocząć romans, albo jeśli jesteś już zaangażowana w taką relację, otwórz szeroko oczy. Nie będę hipokrytką i nie powiem Ci, że nie warto... Ja naprawdę przeżyłam coś wspaniałego,  pomimo wszystkich przykrości, które mnie spotkały... Ta nierealna historia którą przeczytasz, to prawdziwe życie. Rozejrzyj się dookoła siebie i zobacz czy mężczyzna, z którym żyjesz albo się spotykasz, nie jest taki jak Artur. Pamiętaj tylko o jednym. Błagam, nigdy nie bądź Kaśką. Nie warto się mścić, bo zło zawsze powraca...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 177




© Global Scientific Platform and the Author, 2021

Redakcja:

Joanna Kłos

Korekta:

Halina Stykowska

Projekt okładki:

Paweł Pietrzyk, Iga Fuerte

Ilustracje na okładce: pixabay

Skład i łamanie:

PanDawer

ISBN 978-83-66546-41-7

Wydanie I

FB: @Przestroga

Wydawnictwo Po Godzinach

www.wydawnictwopg.pl

[email protected]

Napisałam tę książkę, by pokazać Wam, jak zaskakujące może być życie. Wszystkie wydarzenia w niej opisane są prawdziwe, chociaż niejednokrotnie mogą wydawać się nierealne, a wręcz absurdalne. Nigdy nie sądziłam, że coś takiego może się komukolwiek przytrafić, a już na pewno nie mnie. Imiona bohaterów zmieniłam celowo, tylko po to, by ta książka była prawdziwą przestrogą, ale nie zniszczyła nikomu życia. Z drugiej strony, pewnie gros osób od razu będzie wiedziało, czyją historię opisałam. Być może jestem Twoją sąsiadką albo koleżanką z pracy. Może on był kiedyś Twoim kochankiem, a może jego żona po cichu zemściła się na Tobie, a Ty dowiadujesz się o tym po latach…

Z dedykacją dla mężczyzny, który kiedyś powiedział, że jego całe życie to jedno wielkie kłamstwo – wtedy, paradoksalnie, powiedział prawdę.

Wstęp

Nazywam się Iga i jestem zwykłą, a wręcz przeciętną trzydziestoczterolatką. Prowadzę, a właściwie do teraz prowadziłam, normalne, poukładane życie. Rodzina, praca, znajomi – standard, bezpieczeństwo, monotonia. Zawsze byłam samodzielna, bo musiałam liczyć na siebie. Wcześnie zdecydowałam się wyjść za mąż, bo chciałam szybko wyprowadzić się z domu. Byłam typem buntowniczki i nigdy nie słuchałam rodziców. Chyba właśnie dlatego nasze relacje nigdy nie były poprawne. Bezustannie dążyłam do celu, pragnęłam osiągać sukcesy, być kimś, mieć coś. Pielęgnowałam swoje marzenia i wiedziałam, na czym mi zależy w życiu. Zaraz po ukończeniu studiów znalazłam wymarzoną pracę w szkole. Uwielbiałam uczyć i odkąd pamiętam, chciałam zostać nauczycielką. Mało ambitne? Może i tak, ale dla mnie praca miała być satysfakcjonująca, a właśnie nauczanie sprawiało mi radość i przynosiło spełnienie. Od początku łapałam świetny kontakt z młodzieżą i z każdej osoby byłam w stanie wydobyć to, co w niej najlepsze. Wierzyłam, że nie ma złych uczniów, a tylko nieodpowiedni nauczyciele. Moje dzieci wygrywały w konkursach i świetnie zdawały egzaminy, a ja byłam z nich dumna i stale służyłam wsparciem.

Praca wciąż była moją pasją. Powinnam być najszczęśliwszą kobietą na ziemi – w końcu miałam kochającego męża, wspaniałą córkę, satysfakcjonujący zawód, mieszkanie, samochód i psa. Wielu wystarczyłaby przecież albo rodzina, albo zatrudnienie. Czego chcieć więcej? A jednak czegoś chciałam. Nie umiałam się w pełni cieszyć tym, co miałam. Czegoś mi brakowało. Czułam, że tak naprawdę niczego dotąd nie przeżyłam. Do tego pojawiły się problemy zdrowotne. Podejrzewano guza nadnerczy i diagnozowano mnie w tym kierunku. Czekałam na rezonans, który dla mnie miał być wyrokiem. Do głowy wbiłam sobie, że ten guz na pewno istnieje. Zaczęłam myśleć, że to koniec, że umrę. Zazwyczaj rozsądnie podchodziłam do takich spraw, ale teraz wszystko mnie przytłoczyło. Postanowiłam, że muszę zmienić podejście do życia. Chciałam nauczyć się cieszyć wszystkim, co mam, zacząć wyjeżdżać z rodziną, spędzać czas z bliskimi. Moje plany szybko uległy jednak zmianie. W życiu nie można niczego planować, bo to i tak się nie uda.

Nigdy nie zapomnę tego dnia. Jedenastego października 2019 roku – piątek. Zmienił on całkowicie mnie i całe moje życie. Okazało się wtedy, że ja sama nic o sobie nie wiem. To przerażające, że człowiek nigdy nie może przewidzieć, jak zachowa się w danej sytuacji. Nawet jeśli mówisz, że coś zrobisz lub czegoś na pewno nie zrobisz – to nieprawda! Nikt z nas nie wie, czego dokona, gdy znajdzie się tam, gdzie w najśmielszych snach nie był. Ja też nie sądziłam, że mogę zachować się tak, jak się zachowałam. Że moje decyzje spowodują tyle problemów, a zarazem radości w moim życiu. Że dzięki temu przez niespełna dziewięć miesięcy przeżyję więcej niż przez trzydzieści cztery lata. Mówi się, że pewne rzeczy nie mogą się wydarzyć, a jednak na mnie spadła lawina zaskakujących sytuacji. Myślałam, że jestem twardą i rozsądną kobietą. Okazało się, że rozsądek nie idzie w parze z uczuciem. Byłam przekonana, że panuję nad swoim życiem – nic bardziej mylnego. Jedna chwila zapomnienia przemieniła moje życie prywatne, zawodowe, emocjonalne. Nigdy już nie będę tą Igą, którą byłam.

Początek

Piątek. Mój ulubiony dzień tygodnia. Wstałam rano i jak co dzień popędziłam pod prysznic. To miał być bardzo intensywny dzień. Najpierw praca, potem rozmowa kwalifikacyjna w prywatnej szkole językowej, odbiór córki z przedszkola i na koniec impreza integracyjna z okazji Dnia Nauczyciela. Przygotowałam kawę, zabrałam ją ze sobą i pojechałam do pracy. Poranek jak każdy inny. W szkole wszyscy rozmawialiśmy o planowanym wyjściu i cieszyliśmy się na wspólne spotkanie. Rzadko się gdzieś razem wybieraliśmy i trochę nam tego brakowało. Skoro w końcu nadarzyła się okazja, wszyscy chcieliśmy bawić się jak najlepiej. Po lekcjach pobiegłam na rozmowę kwalifikacyjną. To było moje marzenie – zostać lektorką. I w końcu się udało! Zaproponowali mi pracę na bardzo dobrych warunkach, a ja ją bez wahania przyjęłam i byłam najszczęśliwszą osobą świata – spełnioną. Po wyjściu ze szkoły językowej od razu zadzwoniłam do męża, który co prawda mi pogratulował, ale nie okazał zbytniego entuzjazmu. Cóż, facet. W końcu oni cieszą się z nowego auta, a nie z nowej pracy żony. Na szczęście miałam przyjaciółki, które wspierały mnie we wszystkim. Zresztą wspierałyśmy się wzajemnie i motywowałyśmy do działania. Grono moich bardzo bliskich koleżanek było zróżnicowane, zarówno pod względem wieku, jak i charakteru. Łączyło je jedno. Były ze mną wtedy, kiedy ich potrzebowałam, cieszyły się moimi sukcesami i pomagały przetrwać porażki. Większość z nich wiedziała o mojej rozmowie o pracę i z zainteresowaniem dzwoniły, pytając o wynik. Cieszyły się, że spełniam marzenia, a ja prawie unosiłam się nad ziemią.

Po tym, jak dostałam nową pracę, pojechałam odebrać dziecko z przedszkola. Tam spotkała mnie kolejna miła niespodzianka. Wychodząc z budynku, zobaczyłam przyjaciela z lat młodości. Przystojnego faceta, którego zawsze otaczał wianuszek kobiet. Zmienił się bardzo przez te lata, ale dalej miał błysk w oku. On z kolei mnie nie poznał. Miałam wrażenie, że z brzydkiego kaczątka przeistoczyłam się w pięknego łabędzia. Fakt. Bardzo się zmieniłam. Miałam inny niż przed laty styl ubierania się, zapuściłam włosy, zaczęłam nakładać makijaż, dbać o siebie. Zauważyłam, że mężczyźni oglądają się za mną na ulicy. To było bardzo miłe, w końcu stałam się atrakcyjną, zadbaną kobietą, która emanowała pewnością siebie, a jej oczy lśniły ze szczęścia. Wszyscy dookoła dostrzegli moją metamorfozę. Wszyscy poza jedną osobą – moim mężem. Damian uważał, że nie musi mi prawić komplementów. Nie zwracał na mnie zupełnie uwagi. Dałam mu w życiu to, czego chciał najbardziej. Upragnioną, wyczekaną córkę. Kochałam Lusię najbardziej na świecie. Była wspaniałym dzieckiem. Niestety, odkąd przyszła na świat, dla Damiana byłam już tylko jej matką. Choćbym stanęła na głowie, nie zwróciłby na to uwagi.

Tego dnia nie chciałam się przejmować domowymi problemami. Wróciłam z Lusią z przedszkola i zaczęłam przygotowywać się do wieczornego wyjścia na kręgle. Perspektywa relaksu w gronie znajomych z pracy była bardzo miła po tak emocjonującym dniu. Niby zwykły piątek, ale ja czułam się jakoś inaczej, miałam nieodparte wrażenie, że coś się wydarzy, tylko nie miałam pojęcia co. Mąż wrócił z pracy, a ja, wraz z koleżanką, pojechałam na kręgielnię. Wszyscy zaczęli się powoli schodzić i biegać do baru. Przyszedł też Artur, mój kolega ze szkoły. Atrakcyjny czterdziestolatek, z którym zawsze lubiłam rozmawiać i z którym nigdy nie łączyło mnie nic poza sprawami zawodowymi. Podszedł do baru i dotknął – zdawałoby się przypadkiem – mojej ręki. Niby nic, zresztą Artur lubił flirtować i chyba robił to zupełnie nieświadomie. Wszyscy bawiliśmy się doskonale, grając w kręgle, jednak impreza powoli dobiegała końca. Szefowa zaproponowała zmianę lokalu i tak w szóstkę znaleźliśmy się w pubie na Starym Mieście. Świetnie nam się wszystkim rozmawiało, a czas płynął wyjątkowo szybko.

W końcu zostaliśmy tylko my: Artur i ja. Siedzieliśmy, rozmawiając o niczym, kiedy on zaproponował, żebyśmy poszli gdzieś potańczyć. Sama nie wiem dlaczego, ale bez wahania się zgodziłam. Przecież nie powinnam. Po co szukać wrażeń? Artura znałam od dwóch lat i szłyszałam opinię, że jest kobieciarzem. Często w pracy opowiadał o swoich potajemnych wyjściach na dyskoteki. Zawsze w złym świetle przedstawiał swoją żonę. Skoro była naprawdę tak beznadziejna, to nic dziwnego, że wychodził do klubów. Dla mnie był jednak tylko kolegą z pracy, a ja jestem przecież bardzo silną kobietą, która potrafi powiedzieć „nie”. W końcu nie ma nic złego w posiadaniu kumpli. Zawsze dobrze dogadywałam się z facetami, bez żadnych podtekstów. Poza tym – on był niemalże ósmym cudem świata według niektórych moich koleżanek, więc dlaczego miałby w ogóle zainteresować się mną. Koleżeńskie wyjście i tyle. Spacer do klubu był długi i bardzo przyjemny, niezobowiązujący i wypełniony rozmową. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zamówiliśmy piwo i wciąż gadaliśmy. Trochę potańczyliśmy i znowu wróciliśmy na miejsce przy stoliku. Po dłuższej chwili wyszliśmy na taras na dachu. Było chłodno, ale gazowe ogrzewacze tworzyły bardzo fajny klimat. Nie wiadomo kiedy zaczęliśmy trzymać się za ręce. To było cudowne uczucie, jakbym cofnęła czas, miała osiemnaście lat, jakbyśmy nie mieli rodzin – istnieliśmy tylko my i blask ognia. Czułam się bardzo dobrze w jego towarzystwie, bezpiecznie i wyjątkowo. Najgorsze było to, że nie odczuwałam strachu, żadnych wyrzutów sumienia i nie widziałam nic złego w tym, że mając męża, jestem w klubie z kolegą i pozwalam, żeby trzymał mnie za rękę.

W pewnym momencie na tarasie pojawiła się grupka młodych ludzi, którzy zaczęli z nami rozmawiać. Tłumaczyli nam, jak fajnie razem wyglądamy i że jesteśmy świetną parą. Zaprzeczaliśmy, a oni mówili, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Oboje się z tego śmialiśmy, ale kiedy spojrzeliśmy sobie prosto w oczy, nie wiem dlaczego, pocałowałam go. Artur oddał pocałunek. Całował nieziemsko. Spojrzał mi ponownie w oczy i znowu całował. Nie przestawaliśmy przy tym trzymać się za ręce. Wbrew temu, że chciałam w nim widzieć tylko kolegę, było mi z nim dobrze. Resztę wieczoru, a właściwie połowę nocy, spędziliśmy w klubie, całując się namiętnie i nie zwracając uwagi na nic i na nikogo. Artur był troskliwy, nawet do toalety nie pozwalał mi chodzić samej. Czekał na mnie tak, jakby się martwił. Nie byliśmy pijani i oboje wiedzieliśmy, co robimy. Tańczyliśmy, chodziliśmy, trzymając się za ręce i przytulaliśmy się w klubie pełnym ludzi. Żadne z nas nie próbowało tego przerwać. Obojgu nam było błogo i nie chcieliśmy się rozstawać. Po pierwszej w nocy zadzwonił do mnie mąż. Przerwałam pieszczoty, żeby odebrać telefon. Nie czułam strachu ani wyrzutów sumienia. Odebrałam i spokojnym głosem obiecałam, że wrócę niedługo.

Zakończyłam rozmowę, a Artur dalej mnie całował i przytulał. W ten sposób upłynęła nam kolejna godzina. To było doświadczenie magiczne, wyjątkowe i nierealne. Przed drugą przyszedł jednak czas powrotu. Udaliśmy się do szatni po rzeczy, wzięliśmy za ręce i poszliśmy w kierunku windy. Czekając na nią, całowaliśmy się i tuliliśmy do siebie. Wyszliśmy z klubu wciąż złączeni rękoma i co chwilę wymieniając pocałunki na ulicy. Dorośli ludzie, którzy zachowywali się jak gówniarze i w ogóle nie myśleli o konsekwencjach. Co ja sobie myślałam, robiąc to z kolegą z pracy? Mam wrażenie, że w mojej głowie panowała totalna pustka. Dałam się ponieść. Może dlatego, że w domu brakowało mi namiętności i szaleństwa? Może dlatego, że uczucie między mną a mężem się wypaliło? Sama nie wiem. W końcu dotarliśmy do głównej ulicy. Zamówiliśmy dwie taksówki i wróciliśmy, każde do swojego domu. Nigdy dotąd tak się nie zachowałam, nigdy! Najgorsze było to, że nie miałam żadnych wyrzutów sumienia, a przecież mężatce z dwunastoletnim stażem nie wypada całować się namiętnie przez kilka godzin z żonatym facetem. Co ja zrobiłam? I dlaczego było mi z nim tak dobrze?

W domu dopadły mnie obawy. Jak on się zachowa? Czy będziemy mogli normalnie pracować? Miliony myśli przebiegały mi przez głowę, a wśród nich obrazy. Zamykałam oczy i widziałam jego twarz, czułam smak jego ust i jego zapach na swoich dłoniach. W końcu zasnęłam pełna niepokoju. Z samego rana zobaczyłam na telefonie wiadomość. Napisał. Bałam się czytać, ale w końcu ciekawość pokonała lęk. Zachował się bardzo odpowiedzialnie. Zapytał, czy nie miałam w domu żadnych problemów, i dał znać, że odwiózł córkę na zajęcia. To były proste zdania, które sprawiły, że przestałam się bać tego, co będzie w pracy, kiedy zobaczymy się twarzą w twarz. Była sobota, a do szkoły wracaliśmy dopiero we wtorek. Miałam czas na myślenie i podejmowanie decyzji. Zdradziłam męża. Tak, dla mojego męża pocałunek to zdrada, a dla mnie – nie wiem, mąż nigdy mnie nie zdradził, przynajmniej nic o tym nie wiedziałam. Ciężko oceniać coś, czego nigdy się nie przeżyło. Moje małżeństwo właściwie nie istniało. W niedzielę mieliśmy obchodzić dwunastą rocznicę ślubu. Nie wiedziałam, co robić, z Arturem było mi tak dobrze. Ale ja i romans? Jak to możliwe? Postanowiłam, że przez nadchodzące dni powalczę sama ze sobą. Chciałam zrobić wszystko, żeby mąż mnie zauważył, żebym poczuła się z nim lepiej niż z niedoszłym kochankiem, żebym nie chciała romansu, tylko normalnego życia. Za wszelką cenę pragnęłam kochać męża i czuć się przez niego kochaną. Walczyłam bardzo intensywnie przez trzy dni, ale mąż nie wykazał nawet odrobiny zainteresowania moją osobą. Nie wziął mnie za rękę, nie przytulił, nie kochał się ze mną. Artur przez cały czas pisał. Pisał zwyczajnie, po koleżeńsku. Nie zostawił mnie samej z tym, co się wydarzyło.

W końcu przyszedł dzień powrotu do pracy. Czułam lęk, stres i niewiarygodne napięcie. Kiedy się zobaczyliśmy, wymieniliśmy uśmiechy. Tak mijały kolejne godziny aż do piętnastej, a wtedy mieliśmy w końcu okazję porozmawiać jak dorośli ludzie. Okazało się, że oboje czujemy, że spędziliśmy ze sobą wyjątkowy czas. Podjęliśmy wspólną decyzję o tym, że chcemy się spotykać. Byłam bardzo podekscytowana. Nie myślałam o tym, co będzie dalej. Spłynęło na mnie uczucie szczęścia, bo znowu się pocałowaliśmy. Tym razem bez grama alkoholu we krwi i w pełni świadomie. Było cudownie. Nikt mnie nigdy tak nie całował. Czułam się z nim naprawdę niezwykle, jakbym była nastolatką. Wiedziałam, że Artur miewał kobiety na boku. Zapytałam go wprost, czy aktualnie się z żadną nie widuje i ile ich w jego życiu było. Odpowiedział, że w tej chwili nie ma nikogo, i przyznał się do jednego romansu sprzed lat. Co ciekawe, był to również romans w miejscu pracy. Rozsądna kobieta pewnie by się wycofała. A ja? Uznałam, że czeka mnie fajna przygoda z kimś, kto jest w tym doświadczony i poprowadzi mnie za rękę. Nauczy, jak mam postępować w romansie.

Wieczorem zadzwonił. Umówiliśmy się na kolejny dzień, a właściwie wieczór. Ustaliliśmy zasady naszych kontaktów. Właściwie to on wszystko ustalał, a ja grzecznie się do tego dopasowywałam. Obiecaliśmy sobie kasować SMS-y i nie dzwonić do siebie, kiedy jesteśmy w domu. Nie wiedzieliśmy, co z tego będzie, ale chcieliśmy spróbować. Przed snem wysłał mi wiadomość o treści: „dobranoc”. Jedno słowo, które sprawiło, że śniłam o nim. Do pracy zaczęłam chodzić coraz bardziej zadbana. Kiedy tylko go widziałam, uśmiech sam pojawiał się na mojej twarzy. A on? Patrzył na mnie tak, że rozpływałam się przy każdym spojrzeniu. Nie potrafił oderwać ode mnie wzroku. Nic dookoła go nie rozpraszało. Musieliśmy być bardzo dyskretni, choć niesamowicie nas do siebie ciągnęło. Szukaliśmy kontaktu, chcieliśmy choć na chwilę poczuć swój dotyk. Zamykaliśmy drzwi, wspólnie trzymając klamkę, przekazywaliśmy sobie wielokrotnie klucz do sali, niby przypadkiem szturchaliśmy się w pokoju nauczycielskim i czekaliśmy na koniec zajęć oraz na wieczorne spotkanie. Umówiliśmy się na parkingu pod jednym z większych centrów handlowych. To zabawne i dziwne, ale zbiegiem okoliczności zatrzymaliśmy się obok siebie na parkingu dla tysiąca samochodów. Dla nas to było przeznaczenie. Zostawiłam tam swój samochód i już jego autem pojechaliśmy w ustronne miejsce, całą drogę trzymając się za ręce.

W trakcie jazdy czułam ogromne podekscytowanie, ale też niepokój. Byłam w samochodzie mężczyzny, nie wiedziałam, gdzie mnie zabierze i czego będzie ode mnie chciał, ale czułam się przy nim bezpiecznie. Kiedy dojechaliśmy na obrzeża miasta, oboje przesiedliśmy się do tyłu. Tuliliśmy się do siebie i całowaliśmy jak uczniaki. To było takie abstrakcyjne… miałam motyle w brzuchu i byłam naprawdę szczęśliwa. Po godzinie Artur odwiózł mnie z powrotem na parking. Pocałowaliśmy się namiętnie i każde z nas wróciło do swojego domu. Potem jeszcze tylko wieczorna wiadomość o treści: „tęsknię, dobranoc”. Kolejny dzień, kolejne spotkanie w pracy, a potem już bezpośrednio po pracy. Jeździliśmy w różne miejsca tylko po to, żeby ukraść dla siebie czas, żeby spędzić chociaż godzinkę razem. Wciąż czułam na sobie jego zapach, a kiedy zamykałam oczy, widziałam jego uśmiech, czułam oddech. Tak mijały dni – na kolejnych spotkaniach, podczas których trzymaliśmy się za ręce i wtuleni patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Całowaliśmy się godzinami i rozmawialiśmy o wszystkim. Ten czas, który mogłam z nim spędzać, był wspaniały. Powoli, stopniowo pozwalaliśmy sobie na coraz więcej. Ale seks nie wchodził w grę. Wystarczał nam dotyk, oddech, pocałunek. Za każdym razem posuwaliśmy się o krok dalej, całowaliśmy kolejne partie naszych ciał.

Pewnego dnia wyszeptał mi do ucha, że chce mnie zasmakować, i delikatnie ściągnął ze mnie bieliznę. To było cudowne uczucie. Całował nieziemsko, a ja poddałam mu się całkowicie. Rozpalił mnie do granic możliwości i sprawił, że osiągnęłam szczyt podniecenia. Cała drżałam i chciałam jeszcze. Po wszystkim mocno mnie pocałował i przytulił, a ja rozpięłam jego spodnie i z pewną dozą nieśmiałości starałam się, aby poczuł się tak dobrze, jak ja przed paroma minutami. Po wszystkim leżeliśmy przytuleni na tylnej kanapie samochodu. Czas biegł bardzo szybko i nasze spotkanie musiało się skończyć, ale wiedzieliśmy, że będzie kolejne, że to dopiero początek i że wiele jeszcze przed nami. Nie chcieliśmy przeżyć pierwszego razu w samochodzie i chyba oboje czekaliśmy na dzień, w którym w końcu będziemy mogli się ze sobą kochać. Tak bardzo się nawzajem pociągaliśmy, pragnęliśmy. Chcieliśmy czuć swój zapach, dotyk. Oddychaliśmy sobą, byliśmy swoim powietrzem. Nie liczyliśmy się z nikim i z niczym. Pożądaliśmy tylko siebie i cały czas szukaliśmy nowych możliwości spotkań.

Artur zaczął przyjeżdżać do pracy coraz wcześniej tylko po to, żeby mnie zobaczyć. Pisaliśmy do siebie setki wiadomości dziennie. Zaczęliśmy szczerze tęsknić i czekaliśmy na nasz pierwszy raz. Było mi z nim naprawdę cudownie, nie miałam w swoim życiu wielu mężczyzn, on był trzeci, więc nie byłam zbyt doświadczona. Artur uchodził za kobieciarza, nie wiem, ile tak naprawdę miał przede mną kobiet. Uwierzyłam w jeden romans, bo chciałam mu wierzyć, a tylko on wie, co jest prawdą. Mijały tygodnie, a my dalej za sobą szaleliśmy. Rezygnowaliśmy ze spotkań z innymi ludźmi tylko po to, żeby spędzić trochę czasu razem. Moje przyjaciółki zauważyły we mnie zmianę – emanowałam szczęściem. Artur twierdził, że nikt z jego znajomych nie wie o naszym romansie, ja jednak czułam, że wiedzieli, ale po prostu milczeli. Musieli wiedzieć, bo zaczął spóźniać się na cotygodniowe spotkania z kolegami, którzy wydzwaniali wielokrotnie, podczas gdy my siedzieliśmy razem i nie mogliśmy się od siebie odkleić. To było takie szalone, ryzykowne, nieprzewidywalne i piękne. A ja poznawałam nową siebie. A może nie nową? Może zawsze taka byłam? Trochę sama siebie przerażałam. Po spotkaniu z kochankiem wracałam do domu i całowałam męża w policzek, opowiadając mu o ciężkim dniu w pracy. Kłamałam, cały czas kłamałam, a co najgorsze, nie miałam żadnych wyrzutów sumienia. Zaczynałam prowadzić podwójne życie i nie sprawiało mi to żadnej trudności w aspekcie moralnym.

Pytałam siebie, kim jestem i dlaczego to robię. Przecież rządziło nami pożądanie. Chcieliśmy dotyku, czekaliśmy na pierwszy seks. Normalna i odpowiedzialna żona i matka nie ryzykuje szczęścia swojej rodziny dla romansu, dla kilku chwil zapomnienia. Tak nie można. A jednak ja tak właśnie zrobiłam. I czekałam. Czekałam na każde spojrzenie. Pragnęłam go w końcu poczuć w sobie, kochać się z nim i nie przerażały mnie konsekwencje.

Wszystko, co działo się wokół nas, wydawało się przeznaczeniem. Każde wydarzenie potrafiliśmy odczytać jako znak od losu, który zdawał się nam sprzyjać. Kolejny dzień przyniósł nowe zaskoczenie. W środowy wieczór spotkałam się z dawno niewidzianą przyjaciółką z liceum. Kiedyś byłyśmy nierozłączne i perfekcyjnie oszukiwałyśmy rodziców jako nastolatki. W kreatywności nie miałyśmy sobie równych, a wszystko tylko po to, żeby Sylwia mogła się widywać ze swoim chłopakiem, a ja z grupą znajomych, za którymi nie przepadali moi rodzice. Ach, te wspomnienia. Tyle razem przeżyłyśmy, ale najpierw moje, a potem jej małżeństwo sprawiły, że miałyśmy dla siebie coraz mniej czasu. Żadna z nas nie była szczęśliwa, a w środę na twarzach obu widoczny był promienny uśmiech.

Zamówiłyśmy naszą ulubioną herbatę i chyba w tym samym momencie nie wytrzymałyśmy. W tej samej chwili każda z nas wypowiedziała te same słowa, a właściwie zadała to samo pytanie: „Masz kogoś?”. Obydwie się roześmiałyśmy i zaczęłyśmy sobie opowiadać nasze historie. Nagle Sylwia powiedziała, że wynajęła mieszkanie, bo chce odejść od męża. Jeszcze w nim nie mieszka, ale ma do niego klucze. Otworzyła torebkę i położyła zestaw kluczy na stole. Niewiele myśląc, wzięłam je od niej, szepcąc „dziękuję”. Po wypiciu herbaty pojechałyśmy do tego mieszkania. Sylwia pokazała mi wszystko i kazała cieszyć się życiem. Świadkowała na moim ślubie, a mimo to wcale nie próbowała odwieść mnie od romansu. Nie krytykowała, nie analizowała, po prostu wspierała. Po kilku minutach wyszłyśmy. Klucze schowałam w torebce i z uśmiechem na twarzy wróciłam do domu. Byłam bardzo podekscytowana. Wiedziałam, co oznacza prezent od mojej przyjaciółki. Tak bardzo chciałam podzielić się z nim tą wiadomością, ale nie mogłam. Było późno, pewnie leżał w łóżku obok żony. Wiadomość od kobiety przed północą na pewno by jej się nie spodobała.

Musiałam czekać do rana, a kolejny dzień był inny niż pozostałe. To był czwartek, ale nie taki zwykły. Mieliśmy wolne w pracy, gdyż szefowa zdecydowała o dniu dyrektorskim przed pierwszym listopada – tylko ja pełniłam poranny dyżur. Pojechałam rano do szkoły, niemalże modląc się o to, żeby żadne dziecko się w niej nie zjawiło. Artur odezwał się jeszcze przed ósmą rano. Napisał codzienne „dzień dobry”, ale moja odpowiedź nie była taka jak zawsze. Wysłałam mu zdjęcie kluczy, a on natychmiast zadzwonił. Podałam mu adres i umówiliśmy się na spotkanie. Czas oczekiwania wypełniony był obawą, lękiem i podnieceniem. W końcu mogłam wyjść z pracy i pojechać do mieszkania. Jeszcze tylko telefon do męża, wymyślona historia o dodatkowych obowiązkach w szkole i byłam bezpieczna. Mogłam spokojnie jechać na spotkanie z nim. Z mężczyzną, z którym czułam się jedyna w swoim rodzaju, którego dotyk uwielbiałam, który niesamowicie mnie kręcił.

Spotkaliśmy się przed blokiem i wspólnie weszliśmy do budynku. Czułam się, jakby to miał być mój pierwszy raz w życiu. Oboje byliśmy bardzo zdenerwowani. Dorośli ludzie, którzy nie bardzo wiedzą, co robić, ale wiedzą, co się wydarzy. Poszliśmy do sypialni i zaczęliśmy się całować, a potem nieudolnie ściągaliśmy z siebie ubrania. To było okropne! Nasz pierwszy seks wyglądał tak, jakbyśmy nigdy wcześniej go z nikim nie uprawiali. Oboje czuliśmy ogromną frustrację. Mieliśmy ochotę uciec. Byliśmy jak dwójka dzieciaków, które nie wiedzą, co robić i jak się zachować.

Kiedy poziom stresu zmalał, zaczęliśmy się w końcu kochać. Raz, potem drugi. Pomimo trudnego początku, oboje przeżyliśmy cudowne chwile, pieszcząc się przez długi czas, a potem leżąc nago na łóżku, wtuleni i wpatrzeni w siebie jak dwójka zakochanych licealistów. Jego bliskość sprawiała, że czułam się bardzo bezpiecznie. Jego spojrzenie dawało niesamowite ciepło. Przez cały czas trzymał mnie za rękę, a ja miałam wrażenie, jakbym była pod jego opieką. Nigdy wcześniej nie czułam się z nikim tak swobodnie. Nie musiałam niczego udawać. Artur był pierwszym mężczyzną, przy którym niczego się nie bałam, nie wstydziłam się, przy którym czułam się piękna i jedyna. Czas leciał nieubłaganie i spotkanie musiało się skończyć, chociaż żadne z nas nie chciało powrotu do rzeczywistości.

Wyszliśmy razem, wróciliśmy do